Upadek. Tom 3 - Eve Silver

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dla T.K.

Spis treści

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział pierwszy

Zanim Mama, Sofu i Gram umarli, zanim rozpacz zmieniła mnie w dziewczynę o bojowym nastawieniu, uwielbiałam kolejki górskie. Kochałam te chwile, gdy kolejka wspina się nieskończenie długo, serce wali, oddech przyspiesza, a w brzuchu skręcają się trzewia. Kiedy podniecenie walczy z pragnieniem zerwania pasa bezpieczeństwa i zeskoczenia na ziemię. Złaź i ocal skórę, nim wagonik osiągnie szczyt i zniknie ostatnia nadzieja na ratunek.

Kiedy kolejka wjeżdża na najwyższy punkt, widok roztacza się na wiele kilometrów. Wystarczy unieść ręce, a dotknie się nieba. I właśnie to zawsze robię - unoszę ręce. A kiedy kolejka przekracza szczyt i spada po stromym, długim torze, drę się wniebogłosy. Krzyk to połowa radości, jeśli nie ma się nic przeciwko utracie kontroli i lubi się kolejki górskie. Jeśli jednak traficie tu przypadkiem i uświadomicie sobie, że to nie dla was, to jesteście w pułapce. Lecicie w dół.

Carla zawsze nienawidziła tej chwili.

- Nie chcę jechać, Miki Jones - mówiła, używając mojego imienia i nazwiska i naśladując ton wkurzonej na mnie Mamy.

- To świetna zabawa, Carlo Conner - odpowiadałam z pewnością siebie dziecka, zbyt małego i niedoświadczonego, aby zrozumieć, że nie wszyscy podzielają jego entuzjazm związany z tego typu rozrywką.

- Może dla ciebie.

- Dla nas obu.

- Zwymiotuję.

- Nigdy wcześniej nie wymiotowałaś.

- Zawsze jest ten pierwszy raz. Pewnie zarzygam ci kolana. Zasługujesz na to.

Wybuchałam wtedy śmiechem, chwytałam ją za rękę i ciągnęłam za sobą. Gdy już stałyśmy w kolejce, nigdy specjalnie się nie kłóciła - prawdopodobnie dlatego, że jako środkowe dziecko pośród rodzeństwa często odgrywała rolę rozjemczyni. A może zakładała, że zajęcie miejsca w kolejce nieuchronnie prowadzi do zjazdu? W każdym razie zawsze wsiadała ze mną do wagonika, zaciskała oczy i szczękę, a na jej twarzy malował się autentyczny strach. Można to zobaczyć na zdjęciach, które pstrykają wszystkim w czasie przejażdżki z nadzieją, że uda się je sprzedać za dużo więcej, niż rzeczywiście są warte. Widnieję na nich z szerokim na kilometr uśmiechem i rękami w górze obok usztywnionej Carli ze zbielałą twarzą i z palcami kurczowo zaciśniętymi na czarnej sztabie zabezpieczającej.

Czasem przeglądamy te zdjęcia z rozbawieniem.

Teraz nie jestem rozbawiona. Być może już nigdy nie będę śmiała się razem z Carlą.

Podczas ostatniej misji gra wkroczyła w życie rzeczywiste. Muszę to przemyśleć, zastanowić się, jak do tego doszło i co to oznacza, lecz nie w tej chwili. Mam na głowie wiele innych spraw. Drau niemal zabili Carlę w trakcie zabawy halloweenowej, kiedy to niemożliwe stało się możliwe - przeniknęli z gry do realnego świata. Mojego świata. Przeżyła, obudziła się nietknięta na podłodze we własnej łazience, a parę godzin później po raz drugi ledwo uniknęła śmierci. Wraz z moim ojcem uległa wypadkowi spowodowanemu przez pijanego kierowcę. Teraz oboje leżą w szpitalu - ranni, nieprzytomni, może nawet umierający.

Nie mogę się jednak nimi zająć, ponieważ Komitet właśnie w tym momencie wysłał mnie na teren opuszczonej fabryki z misją polowania na Drau. Muszę skupić całą uwagę na tym, aby ich odnaleźć, zabić i nie pozwolić, aby moja bransoletka zdrowia zmieniła kolor na czerwony.

Spoglądam na czarny pasek na nadgarstku, na którym mieni się różnymi odcieniami zieleni prostokątny ekran. To mój przenośny pasek życia. Jeżeli kolor zmieni się na czerwony, zginę w grze i w rzeczywistości.

Nie chcę umierać.

Nie chcę, aby zginęli członkowie mojej drużyny: Luka, Tyrone, Kendra i Lien. Ani Jackson - chłopak, który przebił się przez szarą mgłę mojej depresji, rozbudził we mnie uczucia i sprawił, że znowu zaczęło mi zależeć. Choć cieszy się wątpliwą sławą, kocham go. Nie znalazłam jeszcze odpowiedniej chwili, aby mu o tym przypomnieć. Teraz skrada się przede mną z nożem w lewej ręce i śmiercionośnym walcem w prawej. Pochyla ciało do przodu, wyciąga głowę i wygląda za róg, aby sprawdzić, co kryje się w szerokim korytarzu przed nami. Jest w stu procentach skupiony na grze.

Już w chwili, kiedy reszta naszej drużyny przybyła do poczekalni - na polanę otoczoną drzewami, na której zaczynamy każdą misję - Jackson wyzbył się wszelkich znanych mi emocji i stał się takim dowódcą, jakim był przez ostatnie pięć lat. Podążam za nim, nie ujawniając sekretu. Niosę sprzęt i kartę wyników. Nikt z drużyny nie ma pojęcia o tym, że wraz z Jacksonem niespodziewanie nadłożyliśmy drogi, przemieszczając się z rzeczywistości do poczekalni. Nigdy wcześniej nic takiego się nie wydarzyło. Porządek jest ustalony: realny świat, poczekalnia, misja, powrót do realu.

Tym razem było inaczej.

Spotkaliśmy się z jego siostrą Lizzie w przyprawiającym o gęsią skórkę pokoju, w którym mikroskopijni, pajączkowaci nanoagenci pełzali po jej palcach, łącząc ją z pulpitem kontrolnym. Lizzie, nanoagenci i pulpit kontrolny byli w stanie wyciągnąć nas tak jak Komitet.

Tylko że Lizzie nie żyje od pięciu lat.

Kim więc jest ta dziewczyna o twarzy Lizzie i jak powinnam potraktować jej ostrzeżenie?

"Komitet - powiedziała. - Nie ufajcie im... Nie są tymi, za których się podają. Podobnie jak Drau, bitwy, gra".

Prosiła, aby im nie ufać, ale niby dlaczego mielibyśmy zaufać jej?

Inne pytania muszą poczekać na odpowiedzi, ponieważ w tej chwili wabią nas przyciemnione otchłanie opuszczonej fabryki, w której czekają na nas Drau. Czekają, żeby nas zabić. Powinnam - my wszyscy powinniśmy - skupić się na tym, aby dopaść ich, zanim oni dopadną nas.

Jackson jest w pełni skoncentrowany. Przybrał spokojną, opanowaną minę, ale wyobrażam sobie, że w jego głowie kotłują się tysiące myśli. Oczywiście nigdy nie da tego po sobie poznać. Jego mina, działanie, ton głosu nie wskazują na to, że znajduje się pod ogromną presją. Jako dowódca ma obowiązek wyprowadzić nas bezpiecznie z akcji.

Muszę podporządkować się jego przywództwu w kilku wymiarach. Wyciszyć emocje i skupić się na grze. Zapomnieć o Tacie i Carli. Zapomnieć o białym pokoju i Lizzie zanurzonej po łokcie w nanoagentach. Zapomnieć o wszystkim poza misją.

Na kogo mogę liczyć, że będzie ubezpieczał mi plecy? Szybko oceniam drużynę. Zarówno Luka, jak i Tyrone oraz Lien wydają się skoncentrowani na grze. Kendra nie tak bardzo. Przykleiła się do Lien, stykają się ramionami. Nie jest w pełni zaangażowana. Ma nieobecne spojrzenie, a jej myśli zagubiły się w prześladujących ją okropnościach - rzeczywistych i wyimaginowanych. A może całkowicie się wyłączyła i w ogóle nie myśli? Dla drużyny jest raczej ciężarem.

Nie możemy sobie pozwolić na to, abym i ja stała się dla reszty obciążeniem, bo wszyscy tej nocy zginiemy. Bez względu na to, jak bardzo chcę wydostać się z tej kolejki górskiej, i tak za chwilę zacznę długi i szalony zjazd ze szczytu.

Jackson przysuwa się do mnie. Jego usta ocierają się o moje ucho. Szepcze: - Wytrzymaj, Miki Jones. - Powtarza te słowa tonem rozkazu, odkąd pierwszy raz zostałam wyciągnięta.

- Tak, proszę pana - odszeptuję mimo kluchy w gardle, bo moja wyobraźnia przywołuje obrazy z Detroit, gdzie omal nie zginął. - Ty też.

- Tak, pszę pani - odpowiada ze swoim firmowym uśmiechem, który w dziewięciu dziesiątych jest pyszałkowaty, a w jednej dziesiątej słodki. Nie wypuszczając z ręki noża, prostuje palce wskazujący i środkowy w kształt litery "V" i daje sygnał Luce. A potem wskazuje na ultraciemne okulary, które zawsze skrywają jego oczy. Luka rzuca się z bronią do przodu, za róg ściany, a Jackson go kryje.

Mijają sekundy. Zmuszam się do bezruchu, choć chciałabym pobiec do przodu. W końcu Luka wraca bez oddania choćby jednego strzału. To oznacza, że Drau nie czekają za rogiem. Wyczuwam ich jednak gdzieś blisko, bowiem strach i obrzydzenie, które we mnie budzą, zapisały się w moich komórkach jak pamięć genetyczna.

W przeważającym stopniu jestem człowiekiem, lecz część mojego DNA - a także DNA innych członków drużyny - pochodzi od istot pozaziemskich, które uciekły ze swojej planety po ataku Drau tysiące lat temu. Przybyły na Ziemię, zintegrowały się z ludźmi, założyły rodziny. Komitet to zbiorowa świadomość tych istot. Prowadzi grę, do której wyciąga dzieciaki będące ich hybrydowym potomstwem, aby zapobiec inwazji Drau.

Każdy zwerbowany dzieciak znajdzie w swoim drzewie genealogicznym jedno lub kilka nasion pochodzących od istot pozaziemskich. Jackson i ja mamy takich przodków po obu stronach naszych drzew, co oznacza, że mamy nieco więcej ich DNA i dzięki temu umiejętności kwalifikują nas jako przywódców. Szczęściarze.

Spoglądam na kom. Nie ma mapy. A to znaczy, że tym razem nie jestem liderką grupy. Nie zamierzam narzekać. To Jackson ma pięć lat doświadczenia i to właśnie jemu w tej chwili Komitet przesyła informacje.

- Droga wolna - szepcze Luka.

Jackson odwraca głowę w kierunku Kendry i Lien. Daje im sygnał, że mogą ruszać do przodu. Podążam obok niego. Tyrone jest na mojej lewej flance. We troje osłaniamy tamtą trójkę, która biegnie i nas mija. Nad nimi kładą się cichym cieniem kształty maszyn. Luka, Kendra i Lien chowają się za dwoma wielkimi śmietnikami na kółkach, przy których znajdują się szare metalowe skrzynie z nalepkami ostrzegającymi o niebezpiecznej zawartości. Potem kryją nas, abyśmy mogli do nich dołączyć.

Przynajmniej Luka i Lien nas kryją. Kendra opiera głowę o ścianę. Ma zamknięte oczy i cała drży. Uważam, że to dobry znak. Strach jest lepszy niż prawie katatoniczna śpiączka, w którą zapadła w trakcie dwóch ostatnich wypraw.

Na razie na horyzoncie nie widać Drau, do których trzeba strzelać. Spekulowanie, czy Kendra nas osłania, czy nie, jest więc bezcelowe.

W trakcie biegu czuję opór mięśni. Jest jak w kreskówce, w której bohater ciągle przebiera nogami, ale nie rusza się z miejsca. Spinam się, aby biec szybciej. Zanim dopadam do pudeł, czuję się tak, jakbym przebiegła kilometr przez ruchome piaski. Przysięgam.

- Coś jest nie tak - szepcze Tyrone, kiedy wszyscy kucamy obok siebie. - Chyba gra spowolniła.

- Tak. Dokładnie - niepokoi się Luka. - Czy kiedyś już coś takiego ci się przytrafiło?

- Nie. - Tyrone robi wydech. - Nic z tych rzeczy.

Wszyscy spoglądają na Jacksona.

- Nie - odpowiada i podbródkiem wskazuje na Lien. - A tobie?

Przez moment czuję się zaskoczona tym, że ją o to pyta, ale przypominam sobie, że Luka i Tyrone są z Jacksonem od początku, a Lien i Kendra przeszły z innej drużyny. To oznacza, że mogły mieć inne doświadczenia i informacje.

Lien zaprzecza kiwnięciem głowy. - Nie. I przechodzą mnie ciarki - rzuca.

- Amen - mówi Tyrone.

Jackson omiata wzrokiem otoczenie. Zawsze jest w pogotowiu. Robię to samo, ale nic nie widzę. Jeżeli Drau coś planują, to najwyraźniej nie są jeszcze gotowi. To tylko potęguje moje obawy.

- Co teraz? - pyta Luka.

- Porozmawiamy - odpowiada Jackson. - Ułożymy plan.

Tyrone parska śmiechem. Luka unosi w zdziwieniu brwi. - Narada strategiczna? To nie w twoim stylu.

- To nie narada. Raczej strategiczna dyktatura.

- Jak zwykle - zauważa Tyrone, a Luka dodaje: - Czyli chciałeś powiedzieć, że ty mówisz, a my słuchamy.

Mimo że Jackson ma oczy przesłonięte ciemnymi szkłami, spojrzenie, które im rzuca, robi upiorne wrażenie.

Tyrone spogląda w moim kierunku. - Niewiele mówisz.

Korci mnie, aby wszystko z siebie wyrzucić, powiedzieć mu o Tacie, Carli i wypadku. Zrozumiałby. Tyrone wie wszystko o złamanym sercu i stracie. Ale nie chodzi tylko o to. Chcę mu powiedzieć o Lizzie. O białym pokoju i nanoagentach, o tym, jak nas do siebie ściągnęła, zanim dotarliśmy do poczekalni. Pragnę o tym opowiedzieć całej drużynie.

Rozważam ten scenariusz i dochodzę do wniosku, że ani czas, ani miejsce nie są odpowiednie do tego, aby opowiedzieć im tę historię i wysłuchać ich pytań. Nie sądzę, aby Drau cierpliwie czekali na zakończenie mojej opowieści, a ponadto nie chcę tu spędzić ani minuty więcej niż to konieczne, bo powinnam wrócić do szpitala.

Lepiej zachować historię o Lizzie na kolejną wizytę w poczekalni, kiedy będziemy czekać na punktację, lub na chwilę spokoju między wyciągnięciem a zrzuceniem na pole walki. Mało mamy okazji do szczerych rozmów. Wzruszam więc ramionami. - Jackson mówi i oczekuje, że go posłuchamy. Nowy dzień, stare zwyczaje - stwierdzam.

Lien wybucha krótkim śmiechem.

Tyrone marszczy brwi, ale nie naciska.

Luka przygląda mi się w dziwny sposób - z napięciem, zaskoczeniem, jakby trochę nieobecny. Zdaję sobie sprawę z tego, że ani słowem nie wspomniał o Tacie i Carli. Nawet wtedy, kiedy dotarliśmy do poczekalni, gdy braliśmy broń i ukazały się wyniki. Nie zapytał, jak się mają. W ogóle nie wspomniał o wypadku. A przecież w przeciwieństwie do reszty drużyny, która w żaden sposób nie mogła dowiedzieć się o tym zdarzeniu, Luka wie. Jadąc z Jacksonem, minął rozbity samochód Taty. Jackson powiedział mi o tym w szpitalu. Powiedział też, że to Luka rozpoznał explorera.

Teraz odwraca wzrok. Nie pierwszy raz w podobnej sytuacji ludzie zachowują się wobec mnie niepewnie. Kiedy Mama była chora, połowa dzieciaków w szkole udawała, że o tym nie wie, ponieważ nie miała pojęcia, co powiedzieć. Może tak właśnie czuje się teraz Luka. Choć od niego oczekiwałabym czegoś więcej.

- Kendro - zaczyna Jackson, lecz ona nawet nie patrzy w jego stronę. Jackson opuszkami palców klepie ją lekko po policzku. Lien przenosi wzrok ze mnie na niego i chwyta go za nadgarstek, ale widocznie coś w jego spojrzeniu ją powstrzymuje, bo odpuszcza.

- Kendro - powtarza Jackson - posłuchaj. Wiem, że jesteś pogrążona w żalu...

- Ejże, już to przerabialiśmy - wtrąca się Lien.

- Po prostu posłuchaj. - Ton głosu Jacksona jest wystarczająco ostry, aby Lien zamilkła. - Chodzi o to, że chcę, abyś robiła z Lien to samo co do tej pory. Kradnij tyle punktów, ile się da, ale bez narażania reszty z nas na niebezpieczeństwo...

- Co?! - przerywa Luka nieprzyjemnym szeptem. - Zachęcasz ją, aby kradła punkty?! Poważnie?!

- W zasadzie to nie będziesz ich kradła - kontynuuje Jackson, ignorując Lukę. - Przekażemy ci je. Chciałbym, abyś zgromadziła jak najwięcej punktów. Nawet tysiąc. - Odwraca się do Luki. - Tak, chciałbym, aby je zdobyła. I chcę, aby wszyscy jej na to pozwolili, a wręcz pomogli, jeśli nie będzie to niebezpieczne. To jest warunek. Nikt nie naraża nikogo na niebezpieczeństwo.

Lien mruży oczy. - Dlaczego robisz to dla nas? - pyta, a Luka w tym samym momencie mówi: - Nie sądzę, aby to był dobry pomysł.

- To nie demokracja - odpowiada Jackson Luce. - Nie robię tego dla ciebie - zwraca się do Lien. - Znasz kogoś, kto zdobył tysiąc punktów? Kogokolwiek, kto trafił tę magiczną liczbę?

- Ja... - Lien urywa. - Nie.

- To zabawne, bo ja też nie. Luka? Tyrone?

Luka nie odpowiada, tylko beznamiętnie patrzy na Jacksona.

- Prawie - szepcze Tyrone i wiem, że myśli o Richelle, wspaniałej wojowniczce, która prawie zdobyła najwyższe trofeum. Zanim zginęła.

Dotykam pocieszająco jego ramienia, podobnie jak zrobiła to Richelle, kiedy brałam udział w swojej pierwszej grze. Tyrone kładzie dłoń na mojej dłoni i ją ściska. Czuję, że bierze się w garść.

- O coś ci chodzi - mówi.

- Tak. - Jackson rzuca mu dziki uśmiech.

- Chcesz, aby Kendra była pierwsza. - Tyrone zrozumiał wszystko wtedy, kiedy prawda dotarła i do mnie. - Pomożemy jej zdobyć tysiąc punktów, aby sprawdzić, czy to nie jest tylko plotka. Czy osiąg­nięcie tej magicznej liczby to bilet do wyjścia z gry? Jeśli tak, to będziemy sobie wzajemnie pomagać po kolei.

- Bingo - rzuca Jackson, stukając swoim kolanem w moje. To dobry plan dla wszystkich poza nim i mną. Bez względu na to, czy bonus po zdobyciu tysiąca punktów okaże się prawdą, czy plotką, my i tak nie odejdziemy. Zostaniemy w tej grze na zawsze, bo podpisaliśmy cyrograf z diabłem, próbując ratować siebie nawzajem.

To zabawne, że oboje dostaliśmy dożywocie. Tak jakby Komitet to wszystko zaplanował. Co oczywiście uczynił. W dużej mierze posiedli nasze dusze. Kto wie, może uda nam się uratować pozostałych?

- Nadal nie podoba mi się ta kradzież punktów - mówi Luka.

- Dlaczego? - pytam.

- To niebezpieczne - odpowiada bez emocji. - Komuś może stać się krzywda.

Przyglądam się mu uważnie. - Przebywanie tutaj też jest niebezpieczne. Każdemu z nas może się coś stać - stwierdzam. Życie jest niebezpieczne. Jak może o tym nie wiedzieć?

- Dlatego właśnie Kendra może zabierać punkty tylko wtedy, kiedy nikogo nie narazi na ryzyko - kwituje Jackson. - Obowiązują normalne zasady. Jeżeli czyjś kom zmieni kolor na pomarańczowy, to ta osoba zostaje w tyle. Broni się. Kendra zabija tylko wtedy, gdy bez szkody można to zaaranżować. Zrozumiano?

- Powiedzmy, że to zadziała. Uzbieramy po tysiąc punktów i wyniesiemy się stąd. Do cholery, przecież będą nowi rekruci! - Tyrone pochyla głowę i zaciska pięści. - Zastąpią nas inną drużyną. Jedni wyjdą, a inni zostaną wyciągnięci. Będą musieli walczyć. Będą ginąć.

Potworna prawda. Gra nie skończy się dopóty, dopóki Drau nie zostaną całkowicie pobici. Kiedy gracze giną, na ich miejsce wchodzą nowi. Sama przecież zastąpiłam zabitego chłopaka.

- Przynajmniej nas już tutaj nie będzie - zauważa Lien.

Luka przewraca oczami. - Pięknie. Widzę, że bardzo troszczysz się o innych.

- Troszczę się. - Lien wzrusza ramionami. - Lecz jeśli mam wybierać: oni czy ja, to wybieram ich.

Zastanawiam się, czy zawsze była taka pragmatyczna i twarda, czy też sprawiła to gra.

- Wolałbym, aby nikogo to nie dotyczyło - mówi Jackson. To stwierdzenie jest do niego tak niepodobne, że wszyscy milkną i tylko się gapią.

Po kilku sekundach odzywa się Luka: - Sądziłem, że wyznajesz zasadę: każdy martwi się o siebie.

- Przestańcie. - Wszyscy spoglądają teraz w moim kierunku. Chyba włożyłam w to proste słowo więcej mocy niż zwykle. - Przestańcie się sprzeczać. Aby przetrwać, potrzebujemy jedności. Jedna drużyna. - Odwracam się do Jacksona. - A ty przestań udawać, że ci nie zależy. Przestań udawać, że nie narażałeś się w przeszłości dla każdego z nas.

Nie odzywa się. Nie musi.

- Wiemy, że Jackson gra najdłużej. Przetrwał i pomógł nam przeżyć. Czy ktoś uważa, że może wykonać tę robotę lepiej? - Spoglądam na każdego z osobna. Nie widzę ochotników. - Zrobimy więc tak, jak mówi.

Łapię Jacksona za nadgarstek i przekręcam go, że zobaczyć kom. Widać mapę i sześć skupionych trójkątów. To my. - Jesteśmy jak kaczki na celowniku. Drau podchodzą coraz bliżej. Czuję to. - Przyciskam zaciśniętą pięść do brzucha. - Tutaj. - Coś czuję na pewno.

Węże w brzuchu się skręcają. Żółć wyżera mi tył krtani.

Podnoszę się, prostuję i odczuwam ulgę. Potem sięgam do tyłu, chwytam rękojeść miecza kendo i wyciągam go z pochwy umieszczonej między ramionami. Czarna klinga lśni i jest śmiertelnie ostra. - Do dzieła. Potem mam parę spotkań.

"W szpitalu, z Tatą i Carlą..."

Kiedy o nich myślę, ogarnia mnie niepokój.

Przyglądam się czerwonemu znakowi namalowanemu na betonowej posadzce i liczę jego boki. Liczę. Liczę. Węże w brzuchu skręcają się mocniej. Czerwony ośmiokąt na podłodze rozpada się na tysiące pikseli, a potem znowu staje się jedną figurą. Mocno zaciskam oczy i ponownie je otwieram. Znak wygląda tak, jak powinien wyglądać.

Tyrone ma rację. W grze dzieją się jakieś dziwne rzeczy.

- Miki - mówi Lien. Odwracam się do niej. - Chodzi o to, że zapytałaś nas, czy ktoś może wykonać tę robotę lepiej niż Jackson... Nie wiem, czy ty możesz, ale kiedy dowodziłaś, wszyscy wróciliśmy żywi. Dzięki tobie.

- Tyle że sama prawie zginęłam.

Zginęłabym, gdyby nie interwencja Lizzie.

Lien szczerzy do mnie zęby. - A jednak wyszliśmy z tego cało.

W kącikach ust formuje mi się dziękczynny uśmiech. - Jesteś... - Brakuje mi słów.

Szybko ściska mi dłoń. Jestem zaskoczona, bo najwidoczniej gdzieś po drodze zostałyśmy przyjaciółkami. Już za późno, abym się o nią nie martwiła i nie czuła bólu, jeśli ją stracę.

Rozdział drugi

- Luka, Tyrone, przygotujcie się - rozkazuje Jackson. - Miki, pilnuj nas z tyłu.

- A gdzie ty będziesz? - pyta Lien.

Jackson parska niemiłym śmiechem. - Pomogę ci ochraniać... - Wskazuje podbródkiem Kendrę. - Idziemy.

Ruszamy. Luka i Tyrone, najbardziej narażeni, prowadzą nas przez nieznane terytorium. Kendra ma z jednej strony Jacksona, a z drugiej Lien. Ja idę nieco za nimi i osłaniam tyły.

Wyczuwam Drau. Od tej świadomości skręca mi się wnętrze. Wrogowie przyczaili się w olbrzymiej fabryce, która oferuje milion kryjówek. Przechodzą mnie ciarki. Zapewne Drau już nas obserwują.

Taksuję wzrokiem nieruchomy taśmociąg, który zwisa z wysokiego sufitu na grubych metalowych dźwigarach pomalowanych na jaskrawożółty kolor. Obok widzę jeszcze więcej żółtego metalu - to schody, wsparte po obu stronach na pomalowanych w czarno-żółte pasy kolumnach. Na ścianach pomiędzy wysokimi stertami drewnianych skrzynek umieszczono metalowe drabiny.

Nie mam pojęcia, co produkują w tej fabryce ani nawet gdzie ona się znajduje. Nie jestem pewna, czy to w ogóle ważne. Odwracam się i idę tyłem, śledząc cienie kładące się złowrogo na tyłach naszej grupy.

Nic.

Bezruch i cisza.

Słyszę jedynie walenie swojego serca i pulsowanie krwi.

Nieprzyjemne odczucie się nasila. Powoli się odwracam.

- Snajper! - wrzeszczy Jackson. Strzela w kierunku pomostu, z którego spada na nas deszcz iskier. - Szybko!

Kendra krzyczy i przeskakuje z prawej strony na lewą, próbując znaleźć drogę ucieczki. Lien chwyta ją za ramię i ciągnie w kierunku sterty skrzyń. Ostrzegawcze naklejki na nich nie wróżą niczego dobrego, ale w tej chwili ukrycie się za nimi wydaje się mniejszym złem, dlatego ignoruję wątpliwości i podążam za resztą.

Jackson utrzymuje pozycję. Pozostaje widoczny, ale osłania nas, kiedy zmierzamy do kryjówki. Chroni mnie. Korci mnie, aby go za to walnąć. Czy bylibyśmy mniej bezpieczni, gdyby biegł z nami i strzelał?

Uginają się pode mną nogi. Drau celuje we mnie i trafia. Maleńkie kropelki oślepiającego światła przebijają się przez moją skórę i mięśnie jak żrący kwas. Ich broń po trochu nas spala, a nasza połyka ich żywcem w sączącą się ciemność. Celuję w kierunku pomostu i oddaję strzał.

Zahaczam jednak stopą o wystającą platformę. Potykam się i padając, skręcam ciało. Cel jest poza zasięgiem wzroku. Strzelam na oślep. Twardo uderzam pupą o ziemię i z szaloną prędkością zjeżdżam po podłodze. Nagle dociera do mnie, że upadłam na niski pojazd na kółkach, który wiezie mnie pod wielkim ramieniem robota zwisającym z wysokiego sufitu.

Moja drużyna i relatywne bezpieczeństwo za stertą skrzynek zostają z tyłu.

Jestem odcięta od Jacksona i reszty, zdana tylko na siebie.

Jackson rusza w moim kierunku. Robi z tuzin susów i zatrzymuje się pod ostrzałem wroga. Na górze jest więcej snajperów. Przynajmniej trzech lub czterech.

Za każdym razem, kiedy oddają strzał, ujawniają swoje pozycje. Próbuję osłaniać Jacksona, jak tylko to możliwe.

Ale wystrzały czarnej śmiercionośnej mazi są niecelne, ponieważ pojazd, który mnie wiezie, narzuca własne tempo. A poza tym ze mną dzieje się coś złego. Można to porównać do zakłóceń w telewizji, gdy obraz rozpada się na piksele lub się zatrzymuje, a potem powoli rusza. Z wysiłkiem obracam się na bok, na tyle, aby wsunąć miecz do pochwy, a potem zsuwam się z pojazdu i toczę się pod względnie bezpieczny duży wózek narzędziowy na kółkach.

Jackson, wstrzymywany przez silny ogień Drau, przycisnął się do jednej z kolumn. Luka i Tyrone są z Lien i Kendrą tam, gdzie ich zostawiliśmy, i odpierają innych Drau. Jackson wskazuje przed siebie. Podążam tam wzrokiem i widzę szklaną wieżę olbrzymiego świetlika, a nad nią gwiazdy, które nie wyglądają tak jak zwykle. Mam wrażenie, że znajdujemy się na drugim końcu świata. Rzucam okiem na Jacksona, aby zgadnąć, o co mu chodzi.

Wskazuje mi coś na górze, a następnie wózek narzędziowy, pod którym się ukrywam, i naśladuje strzelanie w stronę sufitu. Przemieszczam się na prawą stronę wózka. Pochwa z mieczem ugniata wystające kości mojego kręgosłupa. Wystawiam głowę. Dostrzegam coś w rodzaju pistoletu hydraulicznego do wbijania długich jak ramię i grubych jak kciuk gwoździ.

Przez chwilę leżę i płytko oddycham. Potem gwałtownie wyrzucam z siebie powietrze. Jackson unosi pięć palców. Cztery. Trzy. Dwa. Jeden.

Wytaczam się spod wózka i wstaję na równe nogi, podczas gdy Jackson mnie asekuruje. Wduszam guzik uruchamiający pistolet do gwoździ, chwytam narzędzie oburącz, celuję i strzelam.

I znowu.

I znowu.

Za każdym razem celuję w to samo miejsce w szklanym świetliku, ponieważ muszę...

Szklany dach rozpada się na kawałeczki, które lecą wprost na mnie, Jacksona i Drau. Z krzykiem puszczam pistolet i rzucam się do kryjówki pod wózkiem, by uciec przed spadającymi jak grad wielkimi, ostrymi kawałkami szkła.

Wyciągam walec, obracam się na brzuch, podpieram się łokciami i przesuwam do przodu, próbując jednocześnie zlokalizować Jacksona. Widocznie znalazł sobie schronienie, zanim zaczęło się najgorsze, bo poza cięciem na ramieniu, z którego sączy się krew, chyba nie ucierpiał.

Nade mną na metalowym kratowym pomoście leży nieruchomo Drau. Górna część jego ciała zwiesza się poza pomost, a dolna utknęła pomiędzy barierkami. Z jego piersi wystaje odłamek szkła - jak płetwa rekina nad powierzchnią wody.

Oczy ma otwarte. Staram się nie napotkać jego wzroku, bo może się okazać, że nadal żyje. Wiem, co te oczy koloru rtęci mogą zdziałać - wyssać ze mnie życie, aż stanę się suchą łupiną. Można to porównać do tego, co dzieje się z akumulatorem, kiedy zostawimy włączone światła w samochodzie. Nie zamierzam ryzykować.

Celuję, strzelam i słyszę cichy odgłos broni towarzyszący czarnemu strumieniowi śmierci, która pochłania Drau w całości. Nienawidzę tej części gry. Wiem, że albo ja, albo oni. Wiem, że zabiliby całą drużynę, także mnie. Ale za każdym razem, kiedy ich eliminuję, czuję ukłucie bólu.

"Oni albo ja. Oni albo ja". W głowie dźwięczy mi stała mantra.

Widzę ciało kolejnego Drau. Lśniące jaskrawo ramię zwisa z pomostu. Jackson strzela. Ramię nawet nie drgnie, bo Drau został wcześ­niej zniszczony. Może zgilotynował go odłamek szkła.

Bardziej martwią mnie żywi Drau, którzy strzelają do nas z góry, mknąc pomostem szybko jak przebłysk światła.

Strzelam ciągłym strumieniem i zdejmuję jednego, a potem dwa razy pudłuję. Ich strzały są celniejsze; trafienia parzą mi ramiona. Z ciążącym na plecach mieczem niezbyt zgrabnie umykam pod wózek, aby schronić się przed wrogim ostrzałem. Jackson trafia jednego Drau po drugiej stronie pomostu, a następnie kolejnego nade mną. Chcę opuścić swoją kryjówkę, ale widzę, że Jackson przecząco kiwa głową i wskazuje coś na górze. Przez metalowe kraty dostrzegam cień stóp Drau.

Moje widzenie zostaje zakłócone: zamiera i znowu wraca do normy, jakby ktoś wcisnął klawisz pauzy. Wycieram ręką pot z czoła.

Jackson ponownie wskazuje ku górze, a potem na mnie. Kiwam głową, mocniej ściskam walec i wysuwam się nogami do przodu spod wózka. Krążę, celuję i strzelam.

Trafiony. Światło bijące od Drau wypala się szybko, kiedy wciąga go czarna maź wybuchająca z mojej broni.

Jackson wskazuje mi resztę drużyny z tyłu. Biegniemy i jednocześ­nie strzelamy do wszystkiego, co się świeci. W zapamiętaniu rozbijam nawet lampę. Obsypują nas drobne szkiełka z żarówki. W trakcie sprintu w kierunku odległej ściany wyginam się do przodu i unoszę wysoko ramiona, jakby ta pozycja miała mnie ocalić przed upadkiem. Oboje dopadamy do ściany i nasłuchujemy sygnałów zagrożenia.

W fabryce panuje cisza.

Jackson wychyla się za róg.

- Chyba pusto - mruczy.

Wyciągam błyszczące szkiełko z jego włosów. Spadło ze świetlika czy z rozbitej przeze mnie żarówki? To idiotyczne, że w ogóle się nad tym zastanawiam. Jakie to ma znaczenie?

- Idź - nakazuje Jackson. - Będę cię osłaniał. Kieruj się do sterty skrzynek. - Zanim jestem w stanie zaprotestować, dodaje: - Będę tuż za tobą.

Niepostrzeżenie wysuwam się przed niego. Wyglądam za róg ściany i napotykam wzrok Luki. Luka unosi kciuk. Jego walec jest przygotowany. Tyrone daje mi znak głową. Oni będą mnie ubezpieczać z przodu, a Jackson z tyłu.

Trzy. Dwa. Jeden.

Mam biec.

Ale się nie ruszam. Nawet o centymetr.

Uciekają sekundy. Zanim biorę pierwszy wdech, mija wieczność. Czuję ostre kłucie w płucach, jakbym była zbyt długo pod wodą i wreszcie wynurzyła z niej głowę.

Chcę zacisnąć palce na pistolecie, ale go nie mam.

Jestem w złym miejscu.

Nie ma fabryki.

Nie ma Drau.

Stoimy z Jacksonem na środku szpitalnej poczekalni. Jego dłoń jest zaciśnięta na mojej, dokładnie tak, jak przed wyciągnięciem wiele godzin temu.

A może dni? Sekund?

Zmiana czasu pomiędzy światem rzeczywistym a grą doprowadza mnie do szału i powoduje niemal wymioty.

Widzę przed sobą plakat na temat szczepień przeciwko grypie. Słyszę głuche bicie swojego serca, przeplatane z szumem głosów ludzi chodzących po korytarzu oraz z charakterystycznymi dla szpitali mechanicznym syczeniem i piskiem dochodzącymi z oddali.

Wróciliśmy. Choć nie powinniśmy. Jeszcze nie teraz.

Powinno mi ulżyć, że tu jesteśmy, że nie muszę skupiać się na walce z Drau, skoro chcę poświęcić uwagę Tacie i Carli. Ale nie czuję ulgi. Zrozumiałam, że jeżeli w grze wydarza się coś nieoczekiwanego, to nie wróży to nic dobrego.

- Co tu robimy? - pytam cicho, a potem głośniej dodaję: - Zadanie niewykonane. Jeszcze nie skończyliśmy. Misja trwa.

- Ciii. - Jackson patrzy na otwarte drzwi i nakrywa obie moje dłonie swoimi. Albo moje ręce są bardzo zimne, albo jego bardzo ciepłe. Prowadzi mnie w odległy kąt pokoju.

Znam rutynowy przebieg akcji: wyciągnięcie, zakończenie misji, odrodzenie w rzeczywistości. Wszystko musi się zgadzać co do joty. Tutaj wkradł się bałagan. Niedobrze.

- Nic nie dzieje się we właściwym porządku - szepczę.

- Masz rację. - W jego głosie nie ma radości.

- Nie mogę myśleć. - Wyrywam swoje dłonie z jego dłoni i przyciskam je do czoła. - Misja... Coś było z nią nie tak. Jakby została przesunięta albo była pęknięta. Już od początku miałam wrażenie, że nie uczestniczę w niej na sto procent. Nie wiem, jak to powiedzieć... Ta misja, chyba najlepiej tak to ująć, się zacinała. Jakby ktoś naciskał klawisz pauzy.

Odwracam się, idę na drugi koniec pomieszczenia i z powrotem. Jestem pełna niepokoju.

- Moje widzenie się rozszalało, zostało rozdzielone na tysiące kropek lub małych prostokątów, a potem się zreperowało. Jakby gra zamarła. Teraz wróciliśmy tutaj, poza kolejnością. Dlaczego?

Jackson nie odpowiada wystarczająco szybko, dlatego łapię go za ramię i nie ustępuję: - Dlaczego? Co się dzieje? O co chodzi?

- To może mieć związek z naszym objazdem. - Mówi o Lizzie, o tym, jak jakimś sposobem pomiędzy światem rzeczywistym a poczekalnią jego siostra ściągnęła nas do białego pokoju. Milknie, marszczy brwi i kontynuuje: - Nie. To jednak niemożliwe. Przecież Luka i inni twierdzili, że też czuli przesunięcie w grze.

Oni nie zatrzymali się w drodze do poczekalni. Nie zostali wyciąg­nięci do innego miejsca zamieszkanego przez obcych, aby pogadać sobie z dziewczyną martwą od pięciu lat.

- Powiedz mi, co się dzieje. Jackson, nie drocz się ze mną. Po prostu mi powiedz!

Wszystko wymknęło się spod kontroli. Zmieniły się zasady i muszę wiedzieć dlaczego. Znaleźć odpowiedzi. Jeżeli tylko je poznam, to wszystko...

- Miki... - Nadal ściskam jego ramię. Odsuwam ręce. W miejscach, w których wbiłam w jego ciało paznokcie, widać odciśnięte półksiężyce.

Wyciąga do mnie ramiona, ale odsuwam się i cofam kilka kroków. - Przepraszam, nie chciałam ci tego zrobić. Nie zdawałam sobie sprawy... - Straciłam kontrolę nad sobą, a to niedopuszczalne. Czuję, że za chwilę przez zwalone mury mojej samoobrony przedostanie się potężny atak paniki. Oddycham z przerwami, moje serce bije jak oszalałe, a dłonie zaczyna pokrywać pot.

Nagle klatkę piersiową rozjeżdża mi ciężarówka z cementem. Miliony stonóg pełzną po mojej skórze. Już nie mogę oddychać. Nie mogę myśleć. Ogarnia mnie absolutna panika.

"Miki, oddychaj powoli. Myśl o każdym oddechu".

Jackson wnika swoimi myślami do mojego mózgu i sprawia, że uspokajam się i rozluźniam. Robię, co każe, a nawet dodaję coś od siebie. Wyobrażam sobie, że moje ręce są lekkie jak piórka. Rozluźniam kolejno stopy, kolana i biodra. Ale to nie pomaga na długo. Po chwili panika znowu puka do drzwi.

- Spójrz na mnie, Miki - prosi niskim głosem Jackson. Zdejmuje okulary przeciwsłoneczne. Widzę jego szare oczy Drau, ponieważ poza tym, że ma w sobie DNA obcych z Komitetu, obdarzono go także genami Drau. - Oddychaj ze mną. Powoli. W ten sposób. - Bierze wdech. Potrząsam głową. Ujmuje w dłonie moją twarz, unieruchamia ją i patrzy mi prosto w oczy. - W ten sposób - powtarza i powoli bierze kolejny wdech.

W miejsce jego jednego biorę trzy wdechy.

- Wolniej.

Jackson wniknął do mojej głowy. Widzę plażę, fale, słońce. To Jackson pomaga mi przywołać te wspomnienia.

"Myśl o każdym oddechu z osobna".

Potakuję i tym razem idzie mi lepiej. Naśladuję jego tempo. Poza oczami płynącymi srebrem nie widzę nic.

Nie wiem, jak długo tak stoimy. Ale widocznie wystarczająco długo, bo zwalnia mi puls i wyrównuje się oddech.

Wreszcie proszę go spokojniejszym głosem: - Powiedz, o co chodzi.

- Powiedziałbym, gdybym mógł.

- Co to znaczy? Znowu coś ukrywasz?

Opuszcza ręce wzdłuż ciała. - Nie znam odpowiedzi.

Przyglądam się mu i dochodzę do wniosku, że pierwszy raz wygląda na niezdecydowanego. Chyba że to zwykły wybieg, jakaś sztuczka. W tym właśnie problem - z Jacksonem, z grą, ze wszystkim... W co mam wierzyć? Czy są jakieś sprawy, o których mi nie mówi, bo nie może?

- Nie znasz odpowiedzi czy nie chcesz się nimi podzielić? - To dobre pytanie. Już wcześniej coś przede mną ukrywał. Kłóciliśmy się... Boże, czy zaledwie kilka godzin temu spieraliśmy się o to, że ma przede mną tajemnice? Wydaje się, że minęły całe tygodnie.

- Nie znam. Wiem tyle co ty. Coś dziwnego wydarzyło się w fabryce i nagle znajdujemy się tutaj, choć jeszcze nie powinno nas tu być.

Wróciliśmy do szpitala. Mój żołądek robi fikołki. Walczę z Jacksonem nie wiadomo po co, a obok leżą ranni - może nawet umierający - Tata i Carla. Odparty przed chwilą atak paniki znowu pojawia się na horyzoncie, gotowy wybuchnąć pod najmniejszym pretekstem. - Powinieneś znać odpowiedzi. Powinieneś wiedzieć o grze wszystko. Powinieneś...

- Staram się, jak mogę - odpowiada z nikłym uśmiechem. - Tak jak ty. Gdybym wiedział coś więcej, powiedziałbym ci, Miki.

- Powiedziałbyś?

Cień urazy przemyka mu przez twarz. - Tak. Ale rozumiem, dlaczego masz wątpliwości. Historia mojej kariery nie jest krystaliczna. - Podchodzi do mnie powoli, jakbym była dzikim kotem gotowym do skoku. Właściwie się nie myli. - Jestem tutaj, z tobą. Oferuję ci wsparcie. - Unosi dłonie w geście obronnym. - Możesz mnie walnąć. Zrób to, na co masz ochotę. Tylko pozwól sobie pomóc.

- Jak? Jak możesz mi pomóc?

Jak może zniwelować mój ból? Strach? Poczucie winy? To o nie tutaj chodzi. Zżera mnie przede wszystkim poczucie winy. Gdybym choć przytuliła Carlę po raz ostatni. Gdybym poprosiła Tatę, żeby zaczekał, aż znajdę jego telefon. Gdybym zmusiła Carlę do pozostania na noc. Wtedy nie znaleźliby się na tym skrzyżowaniu w tamtym momencie.

Gdybym tylko...

Chciałabym powiedzieć o tym wszystkim Jacksonowi. Wyjaśnić mu to, wypowiedzieć się na głos. Ale słowa mnie duszą, nie chcą mi przejść przez gardło, nawet wtedy, kiedy się zastanawiam, dlaczego się powstrzymuję.

Wreszcie mówię: - Nic nie możesz zrobić.

Rzuca mi takie spojrzenie, jakbym przebiła mu serce nożem. Wtedy dociera do mnie, że podobnie jak ja lubi nad wszystkim panować. A to znaczy, że wybiera rolę opiekuna, silnego obrońcy. Nawet wtedy, kiedy twierdzi, że tak nie jest.

- Przepraszam. Boję się. - Głos mi się załamuje. - Boję się, że wróciliśmy tutaj, zanim skończyliśmy misję. Że nasza obecność tu oznacza, że wydarzyło się coś okropnego. Jak w filmie "Szeregowiec Ryan". Wiesz, w tym, w którym chcą sprowadzić do domu żołnierza, aby go poinformować, że wszyscy jego bracia zginęli. A jeśli Komitet ściągnął nas tutaj, ponieważ Tata... albo Carla... Co, jeśli oni...

- Nie. Komitet niby przeniósł nas tutaj, bo coś przydarzyło się twojemu tacie lub Carli? Nie cofnęliby nas z misji, gdyby ktoś umarł. W ich wielkim planie dwa ludzkie życia nic nie znaczą.

Wybucham nieprzyjemnym śmiechem. Tak, nic nie znaczą. Komitetowi zależy tylko na pokonaniu Drau. Sądzę, że mogę to lekko naciągnąć: zależy mu na ocaleniu ludzi, dlatego walczą z Drau. A dwie ludzkie istoty... Tata i Carla...

- Masz rację. Nie zależy im.

Rozdział trzeci

Jackson przyciąga mnie do siebie. Opadam na niego. Podnosi mnie. Nasze klatki piersiowe się stykają. Jego ramiona są takie mocne i realne! Chciałabym w nich pozostać na zawsze, ukojona miarowym biciem jego serca. Ale nie mogę. Nie mogę tak po prostu stać i nic nie robić, pozwalać, aby sprawy toczyły się same. Ruszam do drzwi.

- Znajdę pielęgniarkę, kogoś, kto coś wie. Minęły godziny, odkąd...

- Nie minęły - mówi. - Odrodziliśmy się dokładnie w tej samej sekundzie, w której nas wyciągnięto. Dlatego nic okropnego nie mogło się przytrafić twojemu tacie ani Carli, kiedy nas tu nie było. Minęło zaledwie kilka minut.

Opuszczam ramiona, pochylam głowę i opieram ręce po obu stronach futryny. - Chciałabym teraz pobiegać. Tylko moje stopy na asfalcie i nic więcej. Żadnego myślenia. Wyłącznie ruch. Uderzyć w ścianę i ją przebić.

Kładzie dłoń na moim karku. - Nie ma dokąd uciekać.

Brutalna prawda.

Usztywniam się, odpycham go i natychmiast zdaję sobie sprawę z tego, że walczę z Jacksonem, bo nie mogę walczyć z nikim innym. Z westchnieniem się odwracam, obejmuję ramionami jego talię, a głowę opieram na jego piersi. Nie mogę jednak ustać w spokoju zbyt długo. Jeśli będę tak stać i nie znajdę jakiegoś zajęcia dla rąk, to się załamię. Jackson chyba to wyczuwa, bo odsuwa się ode mnie o parę kroków, a ja pochylam się nad niskim stolikiem i układam porozrzucane magazyny. Wyczuwam, że mi się przygląda.

Moja kurtka leży na krześle - tam, gdzie ją zostawiłam, zanim zostaliśmy wyciągnięci. Chwytam ją, składam rękaw do rękawa, a potem całość na pół. Rękawy się wysuwają. Strzepuję kurtkę i ponownie starannie ją składam. Szwy nie są ułożone symetrycznie. Znowu ją strzepuję i próbuję jeszcze raz, ale dopiero za piątym razem udaje mi się złożyć ją idealnie.

Jackson podchodzi i wyjmuje mi kurtkę z rąk. Kładzie ją ostrożnie na krześle, aby szwy się nie rozjechały.

- Dlaczego, twoim zdaniem, tu wróciliśmy? - pytam. - Co poszło nie tak?

- Skąd wiesz, że coś poszło nie tak? Nie proś się o kłopoty. Wyeliminowaliśmy zagrożenie na pomoście. Może o to chodziło w tej grze.

Nie wydaje się przekonany. Ja też nie jestem.

- A co z Luką i innymi? Sądzisz, że nadal tam są? Czy tylko nas stamtąd wyciągnęli?

Wyciąga telefon i pisze. Czeka parę minut i wysyła kolejnego SMS-a. Znowu czeka. Nie ma odpowiedzi.

W grze telefony nie działają.

Dlatego Luka nie odpowiada. Nadal tam jest.

Nie dopuszczam innego wyjaśnienia. Luka nie odpowiada, bo nie jest w stanie. Już nigdy nie odbierze telefonu. Przełykam ślinę i udaję, że te myśli nie krążą po mojej głowie.

Czas płynie wolno. Opadam na krzesło i oglądam telewizyjne wiadomości. Potem znowu zabieram się za stertę magazynów. Układam je w porządku alfabetycznym, a następnie odkładam na stół i tak długo wyrównuję brzegi, aż są ułożone idealnie. Kiedy unoszę głowę, napotykam zmartwione spojrzenie Jacksona. To tylko potęguje mój niepokój.

Tyle że to nie jest już tylko niepokój. Dostaję gęsiej skórki, włosy jeżą mi się na karku.

- Co jest? - pyta Jackson.

- Dostałam gęsiej skórki. - Rozpoznaję symptomy. - Tak jak wtedy w szkole, kiedy czułam, że jestem obserwowana.

Nim kończę zdanie, Jackson wstaje z krzesła, podchodzi do drzwi i sprawdza korytarz. Jestem o krok za nim.

Nikt nas nie obserwuje. Korytarzem wędruje tylko pielęgniarka. Odwraca się i macha do kogoś. Udaje mi się dostrzec tylko kawałek zielonego rękawa, bo kimkolwiek jest ta osoba, znika za zakrętem.

- Przepraszam... - mówię do niej, kiedy odwraca się w moją stronę.

- Tak?

Jej twarz wydaje mi się znajoma. Nie mogę sobie przypomnieć, gdzie spotkałam tę kobietę. Ale teraz to bez znaczenia.

- Mój Tata... - Z tyłu podchodzi Jackson i kładzie mi rękę na ramieniu. Biorę wdech i ciągnę: - Miał wypadek samochodowy. Jest na bloku operacyjnym. Jego nazwisko to Jones. Zastanawiałam się, czy już coś wiadomo...

Na jej twarzy malują się grzeczność i współczucie, ale odpowiedź mnie nie uspokaja. - Sprawdzę, kochanie, a jeśli coś będzie wiadomo, dam ci znać. Ale nie sądzę. Za wcześnie. Doktor do ciebie podejdzie, jak tylko będzie mógł.

Patrzymy, jak oddala się korytarzem. Nie wraca. Ale parę minut później pojawia się inna pielęgniarka. Moje gorączkowe pytania pozostają bez konkretnych odpowiedzi. Właściwie nie ma mi nic do powiedzenia. Wypytuje mnie o stan zdrowia Taty. Czy pali. Czy pije. Odpowiadam najuczciwiej, jak potrafię.

Kiedy odchodzi, wracamy do poczekalni. Kieruję się do najdalszej części pomieszczenia, a następnie robię skłon, dotykam dłońmi stóp i się prostuję. Niemiłe uczucie nie zniknęło do końca. Odwracam się i patrzę w telewizor. A jeśli Drau nas teraz obserwują? Czy to dlatego mam gęsią skórkę i swędzi mnie głowa?

A może Drau wykorzystują nasze satelity do podglądania nas, kiedy oglądamy telewizję? Podchodzę i wyłączam odbiornik. Rzucam okiem na zegar ścienny. Wskazuje trzecią nad ranem.

- Musisz wracać do domu? - pytam Jacksona, mając nadzieję, że nie musi i zostanie ze mną. - Twoi rodzice mogą się niepokoić.

- Dzwoniłem do nich. Posądzałaś mnie, że cię tutaj zostawię?

"Wszyscy odchodzą". Przez jakiś czas to było moje motto. Jego korzenie sięgają czasów, kiedy umarli Gram i Sofu, a w przekonaniu, że jest prawdziwe, utwierdziła mnie śmierć Mamy dwa lata temu. Już ich nie ma. A dzisiaj w nocy mogą odejść Tata i Carla.

Nie. Nie. Nie powinnam nawet o tym myśleć.

- Nie - mówi Jackson. Spoglądam na niego. Nie rozumiem. Podchodzi bliżej i palcem wskazującym unosi mój podbródek, a potem całą twarz w kierunku swojej. - Nie zostawię cię. Całe życie spędziłem w drodze. Nigdzie nie zostawałem dłużej niż na kilka miesięcy i podobało mi się to. Lubiłem przemieszczać się z miejsca na miejsce, bez kotwicy. Bez więzi. - Głaszcze mój policzek palcami. - Nie jesteś łańcuchem, Miki. Jesteś liną ratunkową. Jesteś najlepszą kotwicą, dzięki której nie rozbiję się na skałach w czasie sztormu. To działa w obie strony. Ja jestem twoją kotwicą. Nie opuszczę cię.

Bardzo pragnę w to uwierzyć, całą duszą. - Nie możesz mi tego obiecać. Nie wiesz, co się wydarzy. Możesz... - Głos mi się łamie. Odwracam wzrok, przyglądam się własnym stopom i ciągnę: - Może w ciebie walnąć pijany kierowca. Możesz dostać raka. Możesz zginąć w grze.

- Masz rację. Mogę.

Wzdycham.

- Nie będę udawał - mówi dalej Jackson. - Uwierz jednak, że będę zwalczał każdą przeszkodę, aby być przy tobie, kiedy będziesz mnie potrzebować. Żeby cię chronić. Jeżeli nie będę mógł zapobiec twojej krzywdzie, to będę ci pomagał ją znieść. Wiesz, o co mi chodzi, prawda?

Widzę go, jak stoi w otwartej przestrzeni fabryki pod ostrzałem Drau i osłania mnie w trakcie ucieczki. Zachowuje się tak od początku. Podczas pierwszej misji wyskoczył przede mnie i wziął na siebie pełne uderzenie Drau.

Trącam go ramieniem. - Zdajesz sobie sprawę z tego, że to ryzykowne, prawda? Za często podejmujesz ryzyko. Wiem, że pragniesz mojego bezpieczeństwa, ale czy przemknęło ci przez myśl, że ja również pragnę twojego?

Układa usta w tajemniczy uśmiech. - Chronisz mnie, Miki. Kto pozbył się Drau na pomoście, zwalając na nas dach?

Patrzymy na siebie nawzajem. Serce mi wali.

Potem jego usta spadają na moje, twardo i z desperacją. Całuje mnie wargami, sercem, duszą. Przyciska mnie do siebie tak mocno, że nie wiem, gdzie on się kończy, a ja zaczynam. Uczepiam się go, gdy odsuwa usta. Nasze oddechy, oddzielone zaledwie centymetrami, mieszają się ze sobą. Przyglądam się jego twarzy. Pod oczami ma czerwone półksiężyce. Na jego szczęce wykwitł cień złotawego zarostu, a napięcie wyostrzyło mu rysy.

- Wyglądasz okropnie - szepczę.

Ponownie opuszcza okulary na nos. - Ty też - odpowiada cichutko z lekkim uśmiechem. W odpowiedzi udaje mi się do niego uśmiechnąć.

- Przyniosłam wam coś do picia.

Zaskoczona, robię piruet w kierunku drzwi. Trzymam jedną rękę na sercu - to na znak przeprosin, że nam przerwano i wracamy do smutnej rzeczywistości.

Pani Conner stoi parę kroków od nas z dwiema butelkami wody i przekąskami. Spogląda na Jacksona.

- Dobrze, że tu jesteś.

- Nie mógłbym być nigdzie indziej. - Jackson przysuwa się lekko, tak aby stykały się nasze ramiona, bym mogła poczuć jego ciepło i siłę.

Pani Conner potakuje.

- Coś nowego? - pytam.

- Nie. Nic. Carla nadal jest badana. Robią jej tomografię mózgu. Będzie miała kołnierz.

Proponuje nam przekąski. Biorę je od niej. Patrzę na butelki i pudełka, niepewna, co mam z nimi zrobić. Jackson przejmuje je ode mnie i kładzie na stole.

- Co to jest kołnierz?

- Chodzi o... szyję Carli.

Biorę gwałtowny wdech. - Jak to? Nie ma chyba... nie ma... - Nie może mi przejść przez gardło słowo "złamania".

- Powiedzieli, że badanie szyi jest rutynowe. - Pani Conner nie wygląda na przekonaną.

Padam na krzesło. - Obudziła się?

Mama Carli potrząsa głową. W oczach ma smutek i przygnębienie. Odwraca wzrok. - A twój tata ciągle jest na sali operacyjnej.

- Wiem. Rozmawiałam z pielęgniarką. Powiedziała, że wróci, jeśli będą jakieś nowe wieści... - Westchnęłam. - Czy pielęgniarka podała pani jeszcze jakieś informacje?

Pani Conner pociera dłonią twarz. - Nie jestem jego rodziną, więc wszystkiego mi nie ujawnią.

Ja jestem rodziną, a przecież nic mi nie powiedzieli!

Jackson głaszcze moje palce. Zaciskam dłoń na jego dłoni tak silnie, że czuję pieczenie. On jednak nie narzeka.

- A co z kierowcą tego samochodu, który w nich uderzył? - pytam.

Mama Carli nie odzywa się tak długo, że zaczynam wątpić w to, czy w ogóle odpowie. Po chwili wykrztusza: - Nie ma nawet zadrapania.

Z ust Jacksona wydobywa się syknięcie. Uderzam miarowo dłonią o biodro, nie zdając sobie sprawy z tego, że to robię, dopóki nie pojawia się ból.

Pani Conner kładzie jedną rękę na przedramieniu Jacksona, a drugą na moim. - Postawiono mu zarzuty - mówi.

Czy ta informacja sprawia, że czuję się podbudowana? Czy powinna?

- A jeżeli będzie miał dobrego prawnika? - Podnoszę głowę. W drzwiach poczekalni stoi ojciec Carli z dłońmi w kieszeniach. Ciszę wypełnia brzęk monet, których dotyka. - Dobry prawnik wystarczy, żeby go wypuścić, podczas gdy nasze dziecko tu leży. - Załamuje mu się głos.

Mama Carli wzdycha. Podchodzi do męża, wsuwa rękę pod jego ramię i mówi: - Przespacerujmy się.

Odchodzą. Znowu jesteśmy z Jacksonem sami w poczekalni.

Spoglądam na zegar. Trzecia. Nadal trzecia. Wskazówki się nie przesuwają. Nie, chwila... Przesuwają się. Wskazówka minutowa porusza się do przodu. Zatrzymuje się. Znowu się porusza. Odwracam wzrok, a potem kieruję go ponownie na zegar i widzę, że wskazówki gładko przemieszczają się do przodu. Pokazują trzecią dwadzieścia siedem. Jackson przygląda się mi spod zmarszczonych brwi.

Bierze butelkę z wodą, otwiera ją i mi podaje. Chwyta drugą, otwiera i pociąga spory łyk. Ociera usta wierzchem dłoni. - Wyjdą z tego, Miki. Oboje.

- Fałszywe obietnice? Od ciebie? To nie w twoim stylu. Ponadto...

- Ponadto?

- To, że właśnie ty je składasz, sprawia, że boję się jeszcze bardziej.

- Rozumiem. Powiem inaczej. Jest wiele powodów, dla których powinni z tego wyjść.

Pociągam łyk. Potem kolejny. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że jestem taka spragniona. - Lien coś powiedziała. W trakcie misji. Na temat niezakończonych zadań. Powiedziała, że jeżeli zostawimy w domu niezakończone zadanie, to wrócimy z misji, aby je sfinalizować. - Wypowiadam te słowa i sama wiem, że brzmią absurdalnie. Mama pozostawiła tyle nieskończonych projektów!

- Właśnie - podchwytuje Jackson i kładzie dłoń na mojej szyi. - Twój tata i Carla muszą zamknąć jeszcze wiele spraw.

Potakuję i przygryzam dolną wargę. - Carla zapewniała mnie kiedyś, że wypełni słoik po majonezie budyniem waniliowym, który potem zje na oczach tłumu.

- Dlaczego?

- Bo jej zdaniem to zabawne. Ludzie pomyśleliby, że je majonez prosto ze słoika.

- Zdecydowanie powinna wyzdrowieć, bo to wyjątkowo ambitne zadanie.

Krztuszę się wodą, zanosząc się śmiechem. - Jest ich więcej. Sporządziła listę. Chce założyć koszulkę z napisem "ŻYCIE" i rozdawać za darmo cytryny. I zatrudnić dwóch prywatnych detektywów, aby śledzili się nawzajem.

- Znalazła tę listę w internecie?

- Prawdopodobnie. - Przełykam wodę i dukam: - A Tata? Jakie zostawił nieskończone zadania? - Myślę o tym, jak bardzo tęskni za Mamą, jaki jest smutny. - Do czego ma wracać?

Jackson gładzi moją kość policzkową opuszką kciuka. - Do ciebie, Miki. Wróci do ciebie.

O czwartej czterdzieści cztery do poczekalni wchodzi lekarz.

- Pani Jones?

Ma na sobie biały kitel, na którym widnieje napis "dr Charles Lee". Wygląda bardzo młodo, jakby był ledwo po dwudziestce, ale wiem, że musi być starszy.

- Jestem Miki. Miki Jones - przedstawiam się, odgarniam dłonią włosy z twarzy i podnoszę się z krzesła. - Tata... co z nim?

- Twój ojciec opuścił salę operacyjną. Usunęliśmy mu śledzionę. W niektórych sytuacjach możemy usuwać je przez małe nacięcia, laparoskopowo. - Pauzuje. - Ale twój tata wymagał większego cięcia.

Chcę zapytać dlaczego, ale przecież to nie ma znaczenia. Liczy się tylko jedno pytanie: - W jakim jest stanie?

Lekarz otwiera usta, ale nie wydobywa z siebie żadnego dźwięku.

Na linii mojego wzroku wiją się węże. Świat przechyla się i kołysze.

"O Boże! Nie teraz. Teraz nie mogę tam iść".

Szukam dłoni Jacksona. Chwytam ją. Drętwieją mi opuszki palców u rąk i nóg. Doktor Lee mówi w zwolnionym tempie. Dźwięki - a nie całe słowa - dochodzą do mnie jak odległe echo z długiego tunelu. Wiem, że lekarz próbuje mi coś przekazać, ale nie rozumiem znaczenia tych słów.

- Co? Nie...

Widzę przed sobą eksplozję kolorów, która nie ma sensu. Nieruchome niebieskie prostokąty częściowo nachodzą na czerwone. I zielone. I pomarańczowe. Kolory wybuchają od wewnątrz. Podłoga ucieka. Wiruję, ląduję na nogach, serce wali mi jak po biegu. W rękach mam uzbrojony walec. Wchodzę ślizgiem i ląduję na jednym kolanie. Ból przeszywa mnie od biodra po kręgosłup. Przysięgam, że coś wstrząsnęło moją czaszką. Bolą mnie nawet zęby. Zdezorientowana, rozglądam się wokół i próbuję odgadnąć swoje położenie. Wróciłam do gry, ale nie do tego samego miejsca, w którym ją zostawiłam. Ostatnia rzecz, którą pamiętam, to bieg w kierunku Luki i Tyrone'a, z Jacksonem osłaniającym tyły. Teraz jestem sama pomiędzy dwiema maszynami pachnącymi olejem a ścianą Drau, która wyrosła na drodze do miejsca zajmowanego ostatnio przez moją drużynę.