Uderzenie na południe
W grudniu 1941 roku na czele połączonych sił morskich Cesarstwa
Japońskiego stał admirał Isoroku Yamamoto. Jego imię i nazwisko same w sobie stanowiły całą historię. Urodził się jako szóste dziecko, gdy
ojciec jego liczył lat 56, dano mu dlatego przydomek Isoroku, który był
pewnego rodzaju przenośnią określającą ten wiek. Później adoptowała go
rodzina Yamamoto, nie przewidując jeszcze, ile sławy jej przyniesie, a ile nieszczęść i tragedii innym japońskim rodzinom. Niskiego wzrostu, z gładko ogoloną głową, Yamamoto sprawiał raczej wrażenie buddyjskiego
kapłana niż oficera floty, a jednak już od siedemnastego roku życia
związał swój los z marynarką wojenną. Podczas bitwy pod Cuszimą stracił
dwa palce i uległ poparzeniom. Sprawił to granat rosyjski, który
eksplodował na pokładzie krążownika "Nisziin". Później sprawował
Yamamoto wiele funkcji w dowództwie marynarki, tworzył lotnictwo
morskie, uczestniczył w misjach dyplomatycznych, by wreszcie, w roku
1940, stanąć na czele floty.
Po czterdziestu latach służby nadchodziła dlań najdonioślejsza chwila,
jaką może przeżyć dowódca: miał oto ustokrotnić swą osobowość w potężnych działaniach zbiorowych, miał wprawić w ruch całą skomplikowaną
machinę floty i morskiego lotnictwa, już nie dla wykonania ćwiczeń, lecz
dla działań wojennych. Radość, jakiej przy tym doznawał, nie była
widoczna dla otoczenia. Długoletnie ćwiczenia buddyjskie, samurajski
duch wychowania floty, słynna "szkoła milczenia" admirała Togo oblekły
jego twarz w nieruchomy spokój.
W tygodniach przed owym grudniem roku czterdziestego
pierwszego1 gabinet Yamamoto w gmachu admiralicji w Tokio
przypominał raczej salę do wykładów geo- i oceanografii niż miejsce, z którego miały zostać wysłane rozkazy. Yamamoto ze swym sztabem musiał
rozwiązywać niełatwe problemy. Koncerny i trusty japońskie potrzebowały
surowców dla produkcji wojennej. Złoża ropy naftowej, tego chleba
nowoczesnej armii, znajdowały się daleko na południu, we władaniu
angielskich i holenderskich monopoli, i trzeba było je zdobyć. Cesarstwo
zaspokajało zaledwie 10 procent swego rocznego zapotrzebowania ropy. Nie
miało nadto cyny, kauczuku, miedzi, wolframu i wielu innych surowców,
bez których nie można prowadzić nowoczesnej wojny. Yamamoto był tym
człowiekiem, który zgodnie z wolą wielkich koncernów japońskich, cesarza
i rządu miał stworzyć warunki do zdobycia tych skarbów...
Przez pierwszą połowę roku 1941 sprzeczności między wielkimi rekinami
Pacyfiku - Anglią, USA i Japonią - nabrzmiewały coraz silniej. Konflikt
wchodził powoli w stadium, z którego mógł przerodzić się już tylko w otwartą wojnę. Latem i jesienią tego roku Yamamoto prowadził długie
dyskusje w Cesarskim Sztabie Generalnym. Rozważano przede wszystkim
podział sił lądowych i morskich na poszczególne teatry działań.
Stratedzy japońscy nie mieli łatwego zadania. Wszystkie plany, które
zmierzały do osiągnięcia szybkiego i pełnego zwycięstwa, rozbijały się o jeden szkopuł. Daleko na północnym zachodzie tkwiła największa japońska
grupa armii, składająca się z 13 dywizji podzielonych na dwie armie
polowe oraz licznych mniejszych ugrupowań i związków taktycznych. Milion
ludzi podlegało generałowi, któremu przysługiwał dźwięczny tytuł
"Dowódcy Armii Kwantuńskiej". Prócz sił lądowych rozporządzał on Drugą
Armią Powietrzną liczącą w pierwszej linii setki samolotów.
Cała ta potęga stacjonowała nad granicą radziecką i japoński Sztab
Generalny nie mógł żadną miarą zdecydować się na odjęcie owemu
zgrupowaniu choćby jednej dywizji.
Nie mógł się również zdecydować na drugą ewentualność: agresję na
Związek Radziecki, na co nalegał Hitler. Mitsui i Mitsubishi,
najpotężniejsze japońskie zaibatsu2, oraz dowódcy cesarscy
nie widzieli specjalnych korzyści w natychmiastowym ataku na Wschodnią
Syberię; nie było tam ani gotowej do wydobycia ropy, ani innych
potrzebnych surowców znajdujących się w obfitości na południu.
Ale nie tylko wzgląd ekonomiczny przeważał w wyborze kierunku ataku.
Naprzeciw Armii Kwantuńskiej stała gotowa do odparcia napadu radziecka
Armia Dalekowschodnia, która już przed dwoma laty dała "samurajskim
rycerzom" dotkliwą lekcję nad rzeką Chałchin Goł.
Gdy po licznych naradach w Sztabie Generalnym Yamamoto wracał do swego
gabinetu w gmachu Admiralicji, zdawało mu się czasem, że trudności,
które czekają na pokonanie, przerastają go.
Cóż za odległości, cóż za strategiczne problemy! Tokio - Hawaje: 6000
kilometrów, Tokio - Singapur: 5000 kilometrów! Nigdy jeszcze teatr
działań wojennych nie rozciągał się na tak ogromnym obszarze, żadna
flota nie miała przed sobą takich zadań, tym trudniejszych do wykonania,
że na dalekich Hawajach stacjonowała przecież amerykańska Flota
Pacyfiku, a morskich wrót Malajów i Indonezji strzegła potężna morska
baza brytyjska - Singapur. Yamamoto mógł nie żałować teraz, że od lat
jego ulubionym "konikiem" było lotnictwo morskie. Pokładał w nim wielkie
nadzieje, widząc w tej broni przyszłość wojny morskiej. Nie mógł jednak
nie zdawać sobie sprawy, że samolot posiada ograniczony zasięg lotu. Nie
może przecież zabrać zbyt wiele paliwa, a i człowiek, który samolotem
kieruje, nie jest doskonałą maszyną, którą można eksploatować zbyt
długo. Nieodpartą koniecznością wynikającą wyraźnie z map, które
nadawały ton jego gabinetowi, było zbliżenie sił lotnictwa morskiego do
celów ataku. Przeciw Hawajom rzuci lotniskowce, lecz nie ma ich tyle,
aby równocześnie móc atakować Półwysep Malajski.
Wobec tego...
Latem i jesienią tego roku 22 Flotylla, wchodząca w skład 11 Floty
Powietrznej, odbywała intensywne szkolenie na okupowanym Tajwanie.
Mieszkańcy wyspy, uprawiający swoje górskie poletka, widzieli co ranka
przelatujące w kierunku południowym wielkie maszyny, które ginęły gdzieś
na dalekim morskim horyzoncie. Wracały, hucząc silnikami i migocąc
światłami pozycyjnymi na wieczornym niebie. Rybacy słyszeli dalekie
detonacje bomb; jeśli wiatr zapędził ich w tamtą stronę, wracali z pełnymi sieciami ogłuszonych ryb.
W połowie października samoloty, niczym ptaki poszukujące cieplejszych
okolic, trójkami pomknęły na południe. To kontradmirał Sadaichi
Matsunaga poprowadził swoją flotyllę na nowe lotniska. Powietrzny korpus
Genzan, w składzie 48 bombowców, przeleciał do Sajgonu z międzylądowaniem na wyspie Hainan, korpus powietrzny Mihoro, liczący
tyle samo maszyn, wylądował na lotnisku Thudaumot na północ od stolicy
Indochin. Jednostkę myśliwską, składającą się z 36 samolotów typu Zeke,
poprowadził sam Matsunaga ku lotnisku Soctrang, położonemu bardziej na
południe.
Cesarski Sztab Generalny nie spodziewał się ze strony władz francuskich
żadnych prób oporu. Pétain już 12 sierpnia zgodził się na wejście
jednostek japońskich do południowych Indochin i admirał Decoux, zawzięty
zwolennik rządu Vichy, wiernie wykonywał polecenia swego szefa.
Trzeciego grudnia Matsunaga otrzymał ze sztabu tokijskiego pomyślną
wiadomość: pod jego rozkazy przechodziło dalsze 27 bombowców korpusu
powietrznego Kanoja, które dotychczas stacjonowały na południowym
Tajwanie. Yamamoto dostał meldunek o pojawieniu się w Singapurze dwóch
potężnych brytyjskich okrętów liniowych i na wszelki wypadek wzmacniał
uderzeniową siłę flotylli Matsunagi.
Dowódca japońskich sił powietrznych w Indochinach robił w tych dniach
poprzedzających rozpoczęcie wojny to, co robi każdy dowódca lądowy,
morski czy powietrzny: prowadził rozpoznanie. Jego dwusilnikowe
samoloty, z charakterystycznymi podwójnymi sterami kierunku,
przemierzały obszar powietrzny wokół Półwyspu Malajskiego, docierając o sto mil morskich na południe od Singapuru.
6 grudnia samoloty rozpoznawcze Matsunagi dostrzegły na morzu konwój,
który składał się z trzydziestu statków eskortowanych przez okręty
wojenne. Konwój spokojnie zmierzał w stronę wybrzeży malajskich, nie
zwracając uwagi na znajdujące się w powietrzu samoloty. Były to własne
transportowce, które pod osłoną Drugiej Floty wiceadmirała Kondo
podeszły, aby wysadzić desant w pobliżu Kota Bharu. Tego samego dnia
Matsunaga upewnił się co do faktu znacznie mniej przyjemnego -
angielskie samoloty rozpoznawcze także dostrzegły konwój!
Na lotniskach pod Sajgonem zapanowało ogromne podniecenie. W każdej
chwili mógł nadejść rozkaz startu dla eskadr bombowych, w każdej chwili
mógł być określony cel ataku. Mechanicy starali się ukryć zdenerwowanie,
nie bardzo jednak im się to udawało. Czekała ich ciężka i niebezpieczna
praca, którą, na domiar złego, musieli wykonywać błyskawicznie i, mimo
pośpiechu, niezwykle starannie. Jeśli obiektem ataku będą cele lądowe,
należy natychmiast uzbroić i załadować do samolotów bomby mniejszego
kalibru, jeśli będą to okręty - w grę wejdą torpedy i ciężkie bomby.
Bomby bombami, a nad głową wisiało niebezpieczeństwo prewencyjnego ataku
brytyjskiego, który mógł zniweczyć lub poważnie utrudnić całe
przedsięwzięcie!
W nocy z 7 na 8 grudnia kontradmirał Matsunaga otrzymał zaszyfrowaną
depeszę od dowódcy 11 Floty Powietrznej i na lotniskach pod Sajgonem noc
stała się dniem. Załogi wspinały się po drabinkach przystawionych do
kadłubów i znikały wewnątrz samolotów, z których każdy dźwigał dwie tony
bomb. Obciążone maszyny jedna po drugiej kołowały na start, rycząc
tysiąckonnymi silnikami. Jedna po drugiej rozpędzały się po betonowym
pasie startowym i wrzynały w czerń nocy. 27 bombowców korpusu Genzan i 27 bombowców korpusu Mihoro szło ku Morzu Południowochińskiemu. Cel ich
ataku leżał o 1100 kilometrów na południe od Sajgonu.
"Widoczność była tak kiepska - wspominał potem dowódca eskadry, por.
Takai - że ledwo mogłem rozpoznać światła pozycyjne dwóch samolotów,
które leciały przede mną. Pogoda była burzliwa. Moim samolotem rzucało i potoki deszczu biły bez przerwy o skrzydła, kadłub i szyby kabiny. Nie
zmieniając kursu, począłem schodzić w dół. Za mną - raz wyżej, raz niżej
- widać było mrugające żółte, czerwone i zielone światełka bombowców
mojej eskadry, która starała się utrzymać szyk w tych trudnych
warunkach. Raz po raz jaskrawe odblaski błyskawic odbijały się od
wirujących kręgów śmigieł. Piloci walczyli desperacko o utrzymanie szyku
całej formacji, nikt nie chciał się zgubić nad nocnym burzliwym morzem".
Podczas gdy bombowce korpusu Genzan walczyły z nocną burzą, 27 bombowców
korpusu Mihoro, trafiwszy na lepszy pas pogody, szło zwartą formacją ku
temu samemu celowi, który leżał o 1100 kilometrów od Sajgonu. Trzy
dziewiątki dwumotorowców przecięły niebo nad morzem i zbliżyły się do
lądu. Pod nimi zamigotały światła półwyspu. Po kwadransie lotu nad
rozjaśnioną poświatą księżycowej pełni ziemią obserwatorzy i piloci
ujrzeli w dole, daleko przed sobą, łunę wielkiego miasta. Tego pogodnego
wieczoru Singapur oddychał spokojnie po upalnym bezchmurnym dniu.
Wieczorne gazety przyniosły nową sensację: na skrzyżowaniu ulic doszło
do strzelaniny między rywalizującymi gangami o niezwykle barwnych
nazwach. Obyczaje chińskiej triady zostały w Singapurze wzbogacone o tzw. koloryt lokalny, który jednak w niczym nie zmieniał istoty
zagadnienia. Oto poprzedniego dnia pewien znany milioner został porwany
przez gangsterów i rodzina jego otrzymała list następującej treści:
"Wielce Czcigodni Państwo, jeśli nie wpłacicie w ciągu dwóch
najbliższych dni trzech tysięcy dolarów, zmuszeni będziemy pozbawić
waszego męża i ojca wszystkich członków, tak aby jego duch, pozbawiony
powłoki cielesnej, mógł się połączyć w grobowcu rodzinnym z duchami
przodków. Jeśli nie dostaniemy pieniędzy zaraz, otrzymacie pojutrze
palec wskazujący jego prawej ręki...". Ponieważ jednak wydarzenia takie
były w "Mieście Lwa"3 na porządku dziennym, nikt się tym
specjalnie nie przejmował. Dla mieszkańców dzielnicy chińskiej i malajskiej, którzy z trudem utrzymywali się na powierzchni życia, były
to sprawy nic niemające wspólnego z ich codziennym bytowaniem.
Przerażały raczej Europejczyków, zamieszkujących luksusową dzielnicę
pełną białych, pseudorenesansowych pałaców; kiepski gust indyjskich i australijskich, marynarze ze świeżo przybyłych do Singapuru okrętów
liniowych "Prince of Wales" i "Repulse" w poszukiwaniu rozrywek
szwendali się po mieście, wstępując raz po raz na drinka.
W ekskluzywnych klubach oficerskich, do których jednak nie mieli wstępu
oficerowie jednostek zamiejscowych, dyskusje obracały się wokół dwóch
podstawowych zagadnień: gdzie można zawrzeć nowe znajomości z nowymi
ładnymi kobietami oraz jak ci Japs4 są durni. Słowo to wymawiane
jako "Dżeps" przewijało się w dyskusjach raz po raz, łącznie z takimi
oto przymiotnikami: "niedorozwinięci", "durni", "skretyniali". Porucznik
Cobham utrzymywał, że "Dżeps" nie potrafią strzelać przyzwoicie z karabinów, ponieważ posiadają notorycznego zeza. Z tego samego powodu
nigdy nie nauczą się prowadzić samolotów. Porucznik Digger z bazy floty
położonej na północnym krańcu wyspy był zdania, że wybitnie im to
utrudni sterowanie okrętami. Wszyscy byli nadto zgodni co do tego, że
doświadczenia wojny w Chinach wskazują, iż armia japońska jest niewiele
warta. W ekonomice zaś "Dżeps" pokazali tylko tyle, że potrafią kopiować
zagraniczne produkty i sprzedawać je za bezcen. Nie wystarczy to jednak,
by wygrać wojnę.
Do ogólnego nastroju lekceważenia przeciwnika znacznie przyczyniła się
oficjalna enuncjacja generała Brooke'a-Pophama, sprawującego wówczas
dowództwo wszystkich sił stacjonujących w Singapurze, który przed paroma
dniami oświadczył, że "premier japoński Tojo skrobie się w czoło,
rozmyślając o tym, jak wygrać wojnę".
W tym czasie, gdy znaczna część lotników stacjonujących w Singapurze
oddawała się wieczornym i nocnym uciechom, dyżurny oficer operacyjny
dowództwa myśliwców odebrał arcyważny meldunek. Nad Półwyspem Malajskim
znajdowała się w powietrzu bliżej niezidentyfikowana grupa samolotów,
zmierzająca w kierunku południowo-wschodnim. O godzinie 3.30 w nocy
grupa ta znajdowała się w odległości 140 mil od wyspy. Z całkiem prostej
kalkulacji wynikało w sposób oczywisty: jeśli są to samoloty japońskie,
to w ciągu najbliższej godziny winny pojawić się nad miastem! Postawiono
natychmiast w stan alarmu artylerię przeciwlotniczą, wytoczono na pasy
startowe lotniska Seletar myśliwce typu Buffallo. Przekazano wiadomość
do władz cywilnych miasta. Jednak w trzy kwadranse później, gdy zawisł
nad wyspą groźny pomruk japońskich bombowców - ten, który raczej się
czuje niż słyszy, wszystko poszło inaczej, niż przewidziano. Padały już
pierwsze bomby, a miasto było iluminowane jak w noworoczne święto.
Dżentelmen, który miał pieczę nad włącznikami elektrowni, gdzieś się
zapodział razem z kluczami i nie można go było odnaleźć.
- Halo, czy to policja - pytała przez telefon pewna Angielka - przecież
najwyraźniej mamy nalot, dlaczego nie wyłączono świateł?...
- Proszę się nie denerwować, to tylko ćwiczenia...
- Hm, świetnie, ale powiedzcie im, że przesadzają, przed chwilą trafili
w Plac Rafflesa i wykończyli Guthriego...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki