Prolog
Najpierw był człowiek nazywający się Winston Duarte. A potem przestał
być.
Ostatnie chwile były zwyczajne. Siedział na sofie w swoim gabinecie w sercu Budynku Rządowego. Ekran na biurku - z lakońskiego drzewa
deszczowego, o słojach jak w skałach osadowych - wyświetlał tysiąc
konkurujących o jego uwagę raportów. Zegar imperium powoli obracał
trybami, z każdym obrotem koła czyniąc mechanizm odrobinę gładszym i precyzyjniejszym. Przeglądał dotyczące bezpieczeństwa raporty z Auberonu, gdzie w reakcji na przemoc separatystów gubernator zaczął
rekrutować miejscowych do układowych sił ochrony. Jego córka Teresa
wybrała się na jedną z nielegalnych przygód poza teren budynku. Samotna
natura wycieczek, o których sądziła, że umykają czujnemu oku lakońskiej
ochrony, była bardzo ważna dla jej rozwoju, a on traktował je nie tylko
z łaskawością, ale i z dumą. Dopiero niedawno powiedział jej o związanych z nią swoich planach: miała do niego dołączyć jako druga
pacjentka Paola Cortazara, by rozszerzyć i pogłębić jej świadomość
podobnie jak jego, zapewniając życie może nie wieczne, ale przynajmniej
bardzo długie. Za sto lat wciąż będą przewodzić imperium ludzkości. Za
tysiąc. Dziesięć tysięcy.
Jeśli.
Tutaj kryła się potworna presja. Wszechpotężne "jeśli". Jeśli zwalczy
powszechne wśród ludzi samozadowolenie. Jeśli przekona olbrzymią,
niespójną masę ludzkości, że muszą podjąć działania, by uniknąć losu
poprzedników. Albo zrobią, co będzie konieczne do zrozumienia i pokonania ciemności po trzeciej stronie pierścieni wrót, albo zginą z jej ręki.
Eksperymenty w układzie Tecoma były takie same jak wszelkie krytyczne
kroki w całych dziejach ludzkości, od kiedy tylko pierwszy ssak
postanowił stanąć na tylnych nogach, by wysunąć głowę ponad trawę. Jeśli
się uda, znowu wszystko zmieni. Wszystko zmieniało wszystko, co było
wcześniej. I była to najmniej zaskakująca rzecz w życiu.
W swoich ostatnich chwilach sięgał po herbatę, ale dzięki jednemu z nowych zmysłów otrzymanych od doktora Cortazara dostrzegł, że dzbanek
już wystygł. Świadomość wibracji molekularnych była analogiem fizycznego
uczucia ciepła - rejestrowała tę samą materialną rzeczywistość - ale
zwykły ludzki zmysł był jak dziecko grające na piszczałce w porównaniu z potężną, symfoniczną świadomością Duarte.
Nadszedł ostatni moment.
W jednej chwili, między decyzją o wezwaniu pokojowego ze świeżym
dzbankiem herbaty i sięgnięciem do przycisku interkomu, umysł Winstona
Duarte został zdmuchnięty jak stóg słomy w huraganie.
Był tam ból - mnóstwo bólu - i strach. Ale nie został nikt, kto mógłby
je czuć, więc szybko wygasły. Nie było świadomości, żadnego wzoru,
nikogo, kto mógłby myśleć myślami, które wzbierały i przygasały. Coś
delikatniejszego - wdzięczniejszego, bardziej wyszukanego - zginęłoby.
Strumień narracyjny uważający się za Winstona Duarte został rozerwany na
strzępy, ale nie stało się tak z goszczącym go ciałem. Delikatne
przepływy energii w ciele wpadły w burzę niewidocznych turbulencji,
która rozerwała ich spójność. A potem, niezauważone przez nikogo,
zaczęły powoli zwalniać i się uspokajać.
Trzydzieści bilionów komórek jego ciała wciąż pobierało tlen ze
złożonego płynu nazywanego krwią. Struktury będące neuronami odtwarzały
powiązania ze sobą, jak kumple od kielicha w podświadomej synchronizacji
razem unoszący kufle. Było coś, czego nie było. Nie to co poprzednio,
ale w pozostawionej pustej przestrzeni zaczęło osiadać coś nowego.
Taniec, nie tancerz. Wir, nie woda. Nie osoba. Nie umysł. Ale coś.
Kiedy świadomość wróciła, najpierw pojawiła się w kolorach. Niebieski,
choć bez słowa na niebieskość. Potem czerwień. Potem biel, która również
coś znaczyła. Fragment pojęcia. Śnieg.
Pojawiła się radość i utrzymała się dłużej niż strach. Głębokie,
pulsujące uczucie zachwytu niosło się bez niczego, co mogłoby je nieść.
Wzory pojawiały się i gasły, zbierały się i rozpadały. Nieliczne, które
rozpadały się wolniej, czasami wchodziły w relacje ze sobą i niekiedy
dzięki temu utrzymywały się dłużej.
Jak dziecko powoli mapujące dotyk, wzrok i kinestezję w coś, czego nie
nazywano jeszcze "stopą", strzępki świadomości dotykające świata zaczęły
się formować coś w rodzaju zrozumienia. Coś poczuło własną niemrawość,
brutalną fizyczność wpychającą chemikalia w olbrzymie przestrzenie
między komórkami. Czuło surowe, otwarte wibracje otaczające łączące
światy pierścienie wrót i myślało o nich jak o otarciach i wrzodach. Coś
czuło. Coś myślało. Przypomniało sobie, jak pamiętać, a potem
zapomniało.
Był jakiś powód, jakiś cel. Coś uzasadniało potworności, by uniknąć
jeszcze gorszych. Zdradził swój naród. Spiskował przeciwko miliardom.
Skazał na śmierć lojalnych względem siebie ludzi. Był powód. Przypomniał
go sobie. Zapomniał. Na nowo odkrył wspaniały blask żółci i poświęcił
się czystemu doświadczaniu go.
Słyszał głosy i symfonie. Odbierał je jak kwakanie. Zaskoczyło go
odkrycie istnienia i że to on. Było coś, co powinien zrobić. Uratować
ludzkość. Coś niedorzecznie wielkiego w tym stylu.
Zapomniał.
"Wróć. Tatusiu, wróć do mnie".
Jak kiedy była niemowlęciem i spała u jego boku, skupił się na niej z przyzwyczajenia. Jego córka zakwiliła, a on podniósł się, by nie musiała
tego robić żona. Trzymała dłoń w jego dłoni. Coś powiedziała. Nie
pamiętał słów, więc cofnął się w czasie do chwili, gdy je wypowiadała.
"Doktor Cortazar? On mnie zabije".
To nie wydawało się właściwe. Nie wiedział dlaczego. Burza w innym
miejscu była głośna i cicha, i głośna. To było powiązane. Miał ich
uratować przed czymś kryjącym się w tej burzy, przed czymś, co było
burzą. Albo przed ich własną, zbyt ludzką naturą. Ale jego córka była
tutaj i była interesująca. Widział cierpienie przepływające przez jej
mózg, przez całe ciało. Ból w jej krwi roznosił się wonią w powietrzu
wokół niej i chciał. Chciał ją uspokoić, pocieszyć. Chciał naprawić
wszystko, co było z nią nie tak. Jednakże dużo ciekawsze było to, że
pierwszy raz chciał.
Dziwne wrażenie czucia takich rzeczy pobudziło jego uwagę i się
rozproszył. Trzymał jej dłoń i błądził. Kiedy wrócił, wciąż trzymał jej
dłoń, ale była kimś innym. "Musimy pana tylko zeskanować, sir. To nie
będzie bolało".
Przypomniał sobie doktora Cortazara. "On mnie zabije". Odesłał
Cortazara, pchając puste miejsca między drobinkami tworzącymi jego
fizyczny byt, a człowiek zawirował jak pył. Proszę. Problem rozwiązany.
Wysiłek zmęczył go i sprawił, że ciało zabolało. Pozwolił sobie
odpłynąć, choć zauważył, że odpłynął mniej. Jego układ nerwowy został
strzaskany, ale uparcie się odtwarzał. Ciało upierało się, że nawet
jeśli nie mógł istnieć, mógł istnieć. Podziwiał tę upartą odmowę
poddania się śmierci, jakby to było coś niezależnego od niego. Czysta
bezmyślność i fizyczny impuls parcia dalej, determinacja każdej komórki
do dalszego funkcjonowania, zatwardziała potrzeba kontynuacji
egzystencji, która nawet nie wymagała woli. To wszystko coś znaczyło.
Było ważne. Musiał tylko przypomnieć sobie jak. Miało to coś wspólnego z jego córką. Miało jakiś związek z zapewnieniem jej bezpieczeństwa.
Przypomniał sobie. Przypomniał sobie bycie człowiekiem kochającym swoje
dziecko, więc przypomniał sobie bycie człowiekiem. Co było liną
silniejszą niż ambicja, która zbudowała imperium. Przypomniał sobie, że
uczynił się czymś innym niż człowiek. Czymś więcej. I zrozumiał, jak
jego obca siła również go osłabiła. Jak prymitywna i nieapetyczna glina
ciała powstrzymała go przed anihilacją. Miecz, który ściął miliardy
aniołów, tylko nieznacznie przeszkodził naczelnym w ich bańkach metalu i powietrza. A człowiek zwany Winston Duarte, w pół drogi między aniołem a małpą, został rozbity, ale nie zabity. Odłamki odnalazły drogę powrotną.
Był też ktoś inny. Człowiek z wyschniętymi strumieniami w umyśle.
Jeszcze jeden zmieniony człowiek. James Holden, wróg dzielący z nim
wroga, jeszcze zanim Winston Duarte został rozbity, a dzięki rozbiciu
stał się.
Z nieskończonym wysiłkiem i staraniem ściągał niemożliwy bezmiar i złożoność swojej świadomości w coraz mniejszy obszar, skupiając się w to, czym był. Niebieski wyblakł w kolor znany mu, gdy był człowiekiem.
Przygasło uczucie szalejącej tuż po drugiej stronie burzy, przemocy i zagrożenia. Poczuł ciepłe, pachnące żelazem mięso swojej dłoni, która
niczego nie trzymała. Otworzył oczy, zwrócił się do sterowania
interkomem i otworzył połączenie.
- Kelly - powiedział. - Czy możesz przynieść mi świeży dzbanek herbaty?
Cisza trwała krócej, niż można się było spodziewać, wziąwszy pod uwagę
okoliczności.
- Tak jest, sir - odpowiedział Kelly.
- Dziękuję. - Duarte się rozłączył.
W jego gabinecie umieszczono łóżko medyczne z napowietrzanym materacem
piankowym zapobiegającym odleżynom, ale siedział przy biurku, jakby
nigdy go nie opuszczał. Skontrolował swoje ciało, zauważając jego
słabość. Wychudzenie mięśni. Wstał, zacisnął ręce za plecami i ruszył w stronę okna, by sprawdzić, czy zdoła do niego dotrzeć. Zdołał.
Na zewnątrz padał lekki, stukający w szyby deszcz. Na chodnikach
powstawały kałuże, a trawa była jasna i czysta. Sięgnął do Teresy i ją
znalazł. Nie było jej w pobliżu, ale nie czuła się zagrożona. Jakby
znowu obserwował ją, jak włóczy się po okolicy, tylko tym razem bez
sztucznych soczewek kamer. Odczuwał do niej wielką miłość i słabość.
Oceaniczną. Ale to nie było pilne. Najczystszym wyrazem jego miłości
była praca, więc zwrócił się do niej, jakby to był każdy zwykły dzień.
Jak zawsze na początku każdego dnia Duarte wywołał podsumowanie
najważniejszych informacji. Zwykle miało jedną stronę, tym razem był to
wielki tom. Przesortował kategorie, wyciągając wątki dotyczące statusu
ruchu przez przestrzeń wrót.
Ujmując to łagodnie, pod jego nieobecność nie działo się najlepiej.
Naukowe raporty z utraty stacji Medyna i Cyklona. Analizy wojskowe
oblężenia Lakonii i utraty platform konstrukcyjnych. Podsumowania
wywiadowcze nasilającej się opozycji pośród szeroko rozproszonych
układów zajętych przez ludzkość i wysiłków admirała Trejo mających na
celu utrzymanie imperium bez niego.
Niedługo po śmierci jej mamy był taki moment, gdy Teresa postanowiła
zrobić mu śniadanie. Była młoda i tak niezdarna, zatem zawiodła.
Pamiętał skórkę chleba z wielką stertą dżemu i kawałkiem niestopionego
masła na wierzchu. Połączenie ambicji, uczucia i tragizmu było na swój
sposób piękne. Był to rodzaj wspomnienia, które przetrwało, bo miłość i zawstydzenie tak doskonale do siebie pasowały. Teraz było podobnie.
W tej chwili dysponował jasną świadomością przestrzeni wrót. Słyszał jej
echa w materii rzeczywistości, jakby przykładał ucho do pokładu statku,
by poznać stan silnika. Furia wroga była teraz dla niego tak oczywista,
jakby mógł słyszeć jego głos. Wrzaski rozdzierające coś niebędącego
powietrzem w czymś, co nie było czasem.
- Admirale Trejo - odezwał się, a Anton drgnął.
***
To był piąty tydzień połączonego tournée prasowego i ponownego podboju
układu Sol. Siedział w swojej kabinie zmęczony po całym dniu ściskania
dłoni i rozmów z lokalnymi przywódcami i urzędnikami. Był widoczną
twarzą prawie obalonego imperium i pilnował, by nikt nie zorientował
się, jak blisko znaleźli się utraty wszystkiego. Po długich tygodniach
lotu z dużym ciągiem z Lakonii było to wyczerpujące. Pragnął jedynie
mocnego drinka i ośmiu godzin w łóżku. Albo dwudziestu. Zamiast tego
prowadził rozmowę wideo z sekretarzem generalnym Duchetem i jego
marsjańskim odpowiednikiem: obaj byli na Lunie, dostatecznie blisko, by
opóźnienie światła nie przeszkadzało w rozmowie. Politycy kłamali z szerokimi uśmiechami, Trejo z równie szerokim uśmiechem groził.
- Oczywiście rozumiemy konieczność jak najszybszego uruchomienia stoczni
orbitalnych. Odbudowa naszej wspólnej obrony jest kluczowa - powiedział
Duchet. - Jednakże, biorąc pod uwagę bezprawie, jakie zapanowało po
ostatnim ataku na Lakonię, naszym głównym priorytetem jest zapewnienie
bezpieczeństwa tym placówkom. Potrzebujemy jakiejś gwarancji, że pańskie
okręty będą w stanie ochronić te cenne aktywa. Nie chcemy malować na
sobie wielkich tarcz, do których będzie mogło strzelać podziemie.
Właśnie skopali wam tyłek, zniszczyli fabryki i straciliście dwa
najpotężniejsze okręty bojowe, a teraz staracie się utrzymać imperium w całości. Czy macie dość jednostek, by zmusić nas do pracy dla was?
- To prawda, że odnieśliśmy pewne straty - Trejo przeciągał słowa, jak
robił to czasem w gniewie. - Ale nie ma powodu do niepokoju. Mamy
więcej, niż trzeba, niszczycieli klasy Pulsar, by zapewnić pełne
bezpieczeństwo w układzie Sol.
Właśnie podbiłem was na nowo z dwiema dziesiątkami tych okrętów i mam
od groma więcej takich, które mogę tu ściągnąć, jeśli będzie potrzeba,
więc, do cholery, róbcie, co wam każę.
- Miło mi to słyszeć - odpowiedział marsjański premier. - Proszę
przekazać wysokiemu konsulowi, że dołożymy wszelkich starań, by
dotrzymać harmonogramu produkcji.
Proszę nie robić nalotów dywanowych na nasze miasta.
- Przekażę mu - zapewnił Trejo. - Wysoki konsul bardzo sobie ceni wasze
wsparcie i lojalność.
Duarte to śliniący się idiota, ale jeśli dacie mi okręty do utrzymania
imperium w całości, nie będę musiał niszczyć waszych cholernych planet i może wszyscy wygramy.
Trejo zamknął połączenie i odchylił się na krześle. Wzywała go czekająca
w szafce butelka whisky, choć łóżko było dużo głośniejsze. Nie miał
czasu na żadne z nich. Podziemie wciąż sprawiało kłopoty w tysiąc
trzystu układach gwiezdnych. A to tylko ludzki problem. Do tego
dochodziły wrota i coś w nich, co ciągle wyłączało ludzkie umysły w całych układach jednocześnie i szukało sposobów na zniszczenie
ludzkości.
Nie ma spoczynku dla nikczemnych. Ani pokoju dla prawych.
- Połącz mnie z przedstawicielem Stowarzyszenia Światów w układzie Sol.
Nie pamiętam jej nazwiska - powiedział. Usłyszał go tylko statek.
ŁĄCZĘ, błysnęło na ekranie.
Czas na kolejne kłamstwa z uśmiechem. Kolejne zawoalowane groźby. Więcej
- użył tego słowa jak przekleństwa - dyplomacji.
- Admirale Trejo - rozległ się głos za jego plecami.
Był znajomy, ale tak niespodziewany, że jego umysł miał problem z przypisaniem go do osoby. Na moment opadło go irracjonalne przekonanie,
że to jego adiutant siedział przez cały czas ukryty w tym pokoju i dopiero teraz postanowił się ujawnić.
- Anton. - Teraz głos był niższy i pobrzmiewał w nim przyjacielski ton.
Trejo odwrócił się na krześle twarzą do pokoju. Koło łóżka stał Winston
Duarte, z rękami złożonymi za plecami. Miał na sobie luźną koszulę,
czarne spodnie i był boso. Włosy miał zmierzwione, jakby dopiero przed
chwilą się obudził. I wyglądał, jakby faktycznie tam był.
- Alarm bezpieczeństwa - rzucił Trejo. - Ten pokój. Pełna kontrola.
Duarte zrobił zbolałą minę.
- Anton - powtórzył.
Statek w ciągu milisekund prześwietlił każdy milimetr jego kabiny,
szukając kogokolwiek lub czegokolwiek, czego nie powinno tam być. Ekran
zgłosił, że w pomieszczeniu nie ma żadnych urządzeń podsłuchowych,
niebezpiecznych chemikaliów ani nieautoryzowanej technologii. Był jedyną
osobą w środku. Statek zapytał, czy chce wezwać uzbrojony personel.
- Czy mam udar? - zapytał zjawę.
- Nie - zapewnił Duarte. - Choć pewnie powinieneś trochę więcej sypiać.
- Duch w jego pokoju niemal przepraszająco wzruszył ramionami. -
Słuchaj, Anton. Zrobiłeś wszystko, o co mógłbym cię prosić, by utrzymać
imperium w całości. Czytałem raporty. Wiem, jak trudna była ta praca.
- Ciebie tu nie ma - oświadczył Trejo, wspierając się na jedynej
możliwej rzeczywistości wobec kłamstw zgłaszanych mu przez zmysły.
- Znaczenie słowa "tutaj" stało się dla mnie dziwnie elastyczne -
zgodził się Duarte. - I choć bardzo doceniam twoją pracę, możesz teraz
odpocząć.
- Nie, to jeszcze nie koniec. Ja wciąż walczę, by utrzymać imperium w całości.
- I naprawdę to doceniam. Bardzo. Ale wybraliśmy niewłaściwą drogę.
Potrzebuję trochę spokoju, żeby to sobie przemyśleć, i teraz wszystko
widzę wyraźniej. Wszystko będzie dobrze.
Potrzeba usłyszenia tych słów - uwierzenia w nie - zalała Trejo jak
powódź. Uczucie było potężniejsze, niż gdy pierwszy raz pocałowała go
kochanka.
Duarte pokręcił głową z rozbawionym i melancholijnym uśmiechem.
- Stworzyliśmy razem imperium obejmujące galaktykę. Kto by pomyślał, że
mieliśmy zbyt ciasną wizję?
Obraz, złudzenie, projekcja... Cokolwiek to było, zniknęło nagle jak
pominięta klatka w filmie.
- Ożeż kurwa! - rzucił w pustkę Trejo. Na ekranie jego biurka wciąż
błyskał alarm bezpieczeństwa. Uderzył dłonią w przycisk łączności.
- Sir - zareagował oficer dyżurny. - Mamy aktywny alarm z pańskiej
kajuty. Czy chce pan...?
- Macie pięć minut na przygotowanie maksymalnego ciągu do wrót.
- Sir?
- Włączyć alarm - rzucił Trejo. - I umieśćcie wszystkich na pryczach.
Musimy wrócić na Lakonię. Natychmiast.
Rozdział pierwszy
Jim
- Namierzył nas - powiedział Aleks. Zrobił to lekkim, niemal śpiewnym
głosem, znaczącym, że jego zdaniem było już po nich.
Siedzący na mostku z mapą taktyczną układu Kronosa na ekranie i sercem
bijącym w przyśpieszonym tempie Jim próbował się z nim nie zgodzić.
- To, że puka, nie znaczy, że wie, kto siedzi w domu. Zachowujmy się
dalej tak, jak się zachowujemy.
Rosynant udawał mały frachtowiec, klasę statków, których w układzie
Kronosa było całkiem sporo. Naomi przestroiła Epsteina do nieoptymalnego
działania akurat na tyle, by zmienić charakterystykę ich silnika bez
generowania zbyt dużej ilości resztkowego ciepła. Zestaw dodatkowych
płyt przyspawanych do kadłuba w stoczni ruchu oporu w układzie Harrisa
zmienił ich sylwetkę, a strużka ciekłego wodoru pompowanego powoli przez
górną część statku zmieniała ich profil termiczny. Gdy Naomi omawiała z nim plan kamuflażu, wydawał się wszechstronny. Niestety przy groźbie
przemocy Jim czuł się nagi.
Fregata przeciwnika nazywała się Czarna kania. Choć mniejsza od
niszczycieli klasy Burza, i tak była dobrze uzbrojona i dysponowała
samonaprawiającym się kadłubem, dzięki któremu lakońskie statki były
trudne do zniszczenia. Stanowiła element grupy przeszukującej wszystkie
zamieszkane układy za Teresą Duarte, zbiegłą córką wysokiego konsula
Winstona Duarte, dziedziczką imperium i, chwilowo, praktykantką
mechanika na Rosynancie.
Nie był to pierwszy raz, gdy fregata pojawiła się w okolicy.
- Robią coś więcej? - zapytał Jim.
- Tylko sygnał z lidaru - odpowiedział Aleks. - Myślisz, że powinienem
rozgrzać pukawkę, tak na wszelki wypadek?
"Tak, zróbmy to", chciał już powiedzieć Jim, gdy zamiast niego
odpowiedziała Naomi.
- Nie. Są dowody na to, że ich czujniki najnowszej generacji mogą
rozpoznawać kondensatory dział szynowych.
- To niesprawiedliwe - skomentował Jim. - To, co załoga robi z kondensatorem swojego działa szynowego w prywatności własnego statku,
nie powinno nikogo obchodzić.
W głosie Naomi usłyszał uśmiech.
- Choć zgadzam się co do zasady, zostawmy broń wyłączoną do czasu, aż
będzie potrzebna.
- Potwierdzam - rzucił Aleks.
- Wciąż żadnego dalszego kontaktu? - zapytał Jim, choć miał dostęp do
tych samych dzienników co Aleks.
- Żadnej łączności.
Kronos nie był do końca martwym układem. Tutejsza gwiazda była duża i szybko się spalała. Kiedyś w jej ekostrefie znajdowała się życiodajna
planeta - przynajmniej miała dość życia, by protomolekuła zdołała
przejąć biomasę potrzebną do zbudowania pierścienia wrót. Jednakże w dziwnych tysiącleciach, jakie upłynęły od ich powstania do odkrycia
przez ludzkość, ekostrefa się przemieściła. Oryginalna planeta z miejscowym życiem nie została jeszcze do końca pochłonięta przez
gwiazdę, ale jej oceany wygotowały się w pustkę i odleciały razem z atmosferą. Jedyne miejscowe życie w układzie Kronosa tliło się na mokrym
księżycu zewnętrznego gazowego olbrzyma, ale składało się w zasadzie
wyłącznie z zajadle ze sobą konkurujących połaci pleśni wielkości
kontynentów.
Ze strony ludzkości w układzie mieszkało około dziesięciu tysięcy
górników rozproszonych między trzydzieści dwa aktywne ośrodki.
Korporacje, sponsorowane przez rządy grupy interesów, niezależni
skoczkowie skalni i bluźniercze prawne hybrydy ich wszystkich zbierały
pallad z bogatych w niego asteroid i wysyłały go do każdego, kto wciąż
budował wymienniki powietrza lub pracował przy projektach terraformacji.
Czyli do każdego.
W dawnych czasach Kronos znajdował się na zadupiu Związku
Transportowego, potem na zadupiu Imperium Lakońskiego, a teraz nikt tak
na prawdę nie wiedział, czym był. W całej sieci wrót były setki
podobnych mu układów: miejsca jeszcze niezdolne do samodzielnego
utrzymania się lub wcale tego nieplanujące, skupione raczej na wykopaniu
sobie własnej ekonomicznej niszy niż tworzeniu jakiejś szerszej
koalicji. W tego typu układach podziemie zwykle mogło ukrywać i naprawiać swoje statki, planując, co robić dalej. Na mapie taktycznej
wokół gniewnej gwiazdy niczym pyłki na wiosnę wirowały asteroidy
oznaczone orbitami, poziomem zbadania, składem i stanem prawnym. Statki
dziesiątkami skupiały się w okolicach ośrodków wydobywczych i pomiarowych, a do tego całkiem sporo leciało samotnie między placówkami
lub z misją zebrania wody na masę odrzutową i osłonę przeciw
promieniowaniu.
Czarna kania przeleciała przez wrota trzy dni wcześniej, storpedowała
przekaźnik radiowy ruchu oporu na powierzchni wrót, a potem utrzymywała
łagodny ciąg, by pozostać w miejscu jak bramkarz przed pretensjonalnym
nocnym klubem. Pierścienie wrót nie tyle orbitowały wokół gwiazd, ile
utrzymywały się w stałej pozycji, jakby zawieszono je na hakach w próżni. Co nie było ich najdziwniejszą cechą. Jim pozwolił sobie na
nadzieję, że zniszczenie podziemnego przekaźnika okaże się całym
działaniem Kani. Że wróg zakończy swój akt drobnego wandalizmu i odpieprzy się, żeby odciąć metaforyczne druty telegrafu w jakimś innym
układzie.
Został, skanując układ. Szukając ich. Szukając Teresy.
I Naomi, praktycznej przywódczyni podziemia. Oraz jego.
Na ekranie łączności pojawiła się zielona kontrolka nadchodzącej
transmisji i Jima ścisnęło w żołądku. Przy obecnej odległości bitwa nie
nadeszłaby jeszcze przez wiele godzin, ale uderzenie adrenaliny
zadziałało, jakby ktoś wystrzelił z pistoletu. Strach był tak silny i przemożny, że nie dostrzegł niczego dziwnego.
- Transmisja szerokopasmowa - zauważył Aleks przez interkom z pokładu
wyżej. - Dziwne, że to nie wiązka kierunkowa... Chyba nie mówi do nas.
Jim otworzył kanał.
W głosie kobiety pobrzmiewał pozbawiony emocji formalizm, będący
odpowiednikiem akcentu lakońskich sił zbrojnych.
- ...działanie ofensywne i stosownie potraktowana. Wiadomość będzie
powtarzana. Mówi Czarna kania do zarejestrowanego frachtowca
Nietrwały zbiór. Z rozkazu lakońskich sił zbrojnych wyłączcie silnik i przygotujcie się do wejścia na pokład i inspekcji. Odmowa wykonania
polecenia zostanie uznana za działanie ofensywne i stosownie
potraktowana. Wiadomość będzie powtarzana...
Jim przefiltrował mapę taktyczną. Nietrwały zbiór znajdował się około
trzydziestu stopni w stronę kierunku obrotu względem Rosa i leciał w kierunku rozległego, gniewnego słońca. Jeśli odebrali wiadomość, jeszcze
nie wykonali polecenia.
- Czy to jeden z naszych? - zapytał Jim.
- Nie - odpowiedziała Naomi. - Jest opisany jako własność Davida
Cal-rassiego z Bara Gaon. Nic o nim nie wiem.
Przy aktualnym opóźnieniu światła powinni byli odebrać rozkazy Czarnej
kani dziesięć minut wcześniej niż Rosynant. Jim wyobraził sobie
jakieś inne załogi panikujące z powodu odebrania niechcianej wiadomości.
Cokolwiek się teraz stanie, Rosynant przynajmniej na razie zszedł z celownika. Chciałby móc poczuć trochę głębszą ulgę.
Jim odpiął się od pryczy przeciążeniowej i odwrócił. Łożyska zasyczały,
przesuwając się pod jego masą.
- Idę na chwilę do kambuza - rzucił.
- Mi też przynieś kawę - poprosił Aleks.
- O nie, nie kawę. Może trochę rumianku albo ciepłego mleka. Potrzebuję
czegoś łagodzącego i nieagresywnego.
- Brzmi nieźle - skomentował Aleks. - Ale kiedy zmienisz zdanie i weźmiesz kawę, to weź też jedną dla mnie.
W windzie Jim oparł się o ścianę i czekał, by jego serce przestało
szaleć. Tak właśnie zaczynały się ataki serca, prawda? Puls
przyśpieszający coraz bardziej i bardziej, aż pękało coś kluczowego.
Pewnie nie miał racji, ale tak właśnie się czuł. I to cały czas.
Było już lepiej. Łatwiej. Automatyczny lekarz był w stanie nadzorować
odrastanie brakujących zębów. Poza upokorzeniem wynikającym z konieczności memłania dziąsłami jak niemowlę to poszło całkiem dobrze.
Koszmary były już jego starymi znajomymi. Zaczęły się jeszcze na
Lakonii, gdy wciąż był więźniem wysokiego konsula Duarte. Spodziewał
się, że po uwolnieniu zaczną wygasać, ale tak naprawdę się nasilały.
Najnowszą wersją było bycie pogrzebanym żywcem, choć częściej koszmary
polegały na ukochanej osobie mordowanej w sąsiednim pokoju, podczas gdy
on nie potrafił wpisać kodu do zamka dość szybko, bo ją uratować. Albo
miał pod skórą pasożyta i próbował znaleźć sposób na wycięcie go. Albo
lakońscy strażnicy przychodzili go bić i znowu wybijali mu zęby. Jak w rzeczywistości.
Z drugiej strony przynajmniej z repertuaru wypadły stare sny o zapomnieniu ubrania się albo nieprzygotowaniu się do testu. Jego dziwnie
mściwe życie senne nie było jedynym złem.
Wciąż zdarzały się dni, gdy nie potrafił się pozbyć poczucia zagrożenia.
Czasami fragment jego umysłu utykał w nieuzasadnionej i irracjonalnej
pewności, że grupa torturujących go Lakończyków za chwilę znowu go
odnajdzie. Kiedy indziej bywał to mniej irracjonalny lęk przed rzeczami
poza wrotami. Przed apokalipsą, która zniszczyła twórców protomolekuły i szukała sposobu na zniszczenie ludzkości.
Jeśli spojrzeć na to z tej perspektywy, może to nie on był zepsutym
elementem równania. Może szersza sytuacja była na tyle zła, że objawem
szaleństwa byłoby czucie się całym i przy zdrowych zmysłach, jak
człowiek sprzed uwięzienia przez Lakończyków. Mimo wszystko wolałby móc
odróżnić, czy fale drżenia były efektem rezonansu rozstrojonego silnika,
czy wzbudzały się tylko w nim.
Winda się zatrzymała i wyszedł z niej, zwracając się w stronę kambuza.
Ciche, rytmiczne uderzenia psiego ogona o pokład zdradziły mu, że była
tam już Teresa i Piżmak. Zastał też Amosa - czarnookiego, szaroskórego i przywróconego z martwych - siedzącego przy stole ze swoim zwykłym, nic
nieznaczącym uśmiechem. Jim nie widział, jak zastrzelono go na Lakonii,
ale wiedział o dronach, które zabrały części ludzkiego ciała i połączyły
je na nowo. Naomi wciąż nie potrafiła zdecydować, czy to coś, co
nazywało się Amosem, wciąż było mechanikiem, z którym latali przez tak
wiele lat, czy też stało się obcym mechanizmem, który tylko uważał się
za Amosa, bo zrobiono go z jego ciała i mózgu. Jim uznał, że nawet jeśli
wyglądał inaczej, nawet jeśli czasem wiedział rzeczy będące okruchami
starożytnego świata obcych, Amos był Amosem. Nie miał dość energii na
zbyciu, by zastanawiać się nad tym jakoś głębiej.
Zresztą pies go lubił. Co nie było doskonałym wyznacznikiem, ale może
najmniej niedoskonałym.
Siedząca przy stopach Teresy Piżmak popatrzyła na Jima z nadzieją i znowu zaczęła uderzać ogonem o pokład.
- Nie mam kiełbaski - powiedział Jim, patrząc w brązowe oczy. - Będą ci
musiały wystarczyć chrupki, jak pozostałym.
- Rozpuściłeś ją - skomentowała Teresa. - Nigdy nie pozwoli ci o tym
zapomnieć.
- Jeśli pójdę do nieba, niech to będzie zasługą rozpuszczania psów i dzieci - odparł Jim i ruszył do automatu. Odruchowo wystukał bańkę kawy,
a potem, uświadamiając sobie, co zrobił, dodał drugą dla Aleksa.
Teresa Duarte wzruszyła ramionami i zwróciła uwagę z powrotem na tubę
grzybów, aromatów i błonnika trawiennego, które składały się na jej
śniadanie. Włosy ściągnęła w ciemny kucyk, a na jej ustach rysował się
trwale goszczący tam lekki grymas, który musiał być jakimś efektem
budowy jej ciała albo charakteru. Jim obserwował, jak w Budynku Rządowym
na Lakonii wyrasta z wielbionego dziecka na zbuntowaną nastolatkę. Miała
teraz piętnaście lat i otrzeźwiająco działało na niego przypomnienie
sobie, kim sam był w jej wieku: ciemnowłosym chłopcem z Montany bez
żadnych szczególnych ambicji poza świadomością, że jeśli nie trafi się
nic innego, będzie mógł wstąpić do floty. Teresa wydawała się starsza od
Jima w jej wieku, zarówno mając większą wiedzę o świecie, jak i więcej
gniewu na niego. Może te rzeczy były ze sobą powiązane.
Kiedy był więźniem jej ojca, bała się go. Teraz, gdy mieszkała na statku
Jima, strach chyba wyparował. Wtedy był jej wrogiem, ale wcale nie miał
pewności, że właśnie przeszedł do kategorii przyjaciół. Emocjonalna
złożoność nastolatki dorastającej w izolacji była zapewne dużo większa,
niż kiedykolwiek mógłby zrozumieć.
Automat skończył dozowanie baniek dla niego i Aleksa, więc Jim wziął je,
doceniając ciepło w dłoniach. Drżenie już prawie przeszło, a gorycz kawy
zadziałała bardziej uspokajająco, niż mogła to zrobić herbata.
- Niedługo będziemy potrzebowali uzupełnienia zapasów - odezwał się
Amos.
- Naprawdę?
- Wody mamy dość, ale przydałoby się uzupełnić peletki paliwowe. A wymienniki nie działają już tak dobrze jak kiedyś.
- Bardzo jest źle?
- Wystarczy nam na jeszcze kilka tygodni - odparł Amos.
Jim kiwnął głową. Jego pierwszym odruchem było odłożyć to jako problem
na inny dzień, ale to nie było dobre podejście. "Pieprzyć, jeśli to nie
problem na teraz" było rodzajem myślenia kryzysowego i jeśli nie zdoła
się z niego otrząsnąć, doprowadzi to tylko do kryzysu nieco później.
- Porozmawiam z Naomi - stwierdził. - Coś wymyślimy.
Zakładając, że nie znajdą nas Lakończycy. Zakładając, że nie zabiją nas
istoty we wrotach. Zakładając, że zanim będzie to miało znaczenie, nie
zabije nas żadna z tysiąca innych katastrof, o których nawet nie
pomyślałem.
Napił się jeszcze trochę kawy.
- Jak się trzymasz, kapitanie? - zapytał Amos. - Wydajesz się trochę
nerwowy.
- W porządku - rzucił Jim. - Po prostu ukrywam pod lekkim humorem niemal
nieustanną panikę, jak każdy.
Amosa dopadła chwila bezruchu - jedna z charakterystycznych cech jego
nowej osoby - a potem uśmiechnął się trochę szerzej.
- To w porządku.
Przez interkom statku odezwał się Aleks.
- Mamy coś.
- Coś dobrego?
- Coś - powiedział Aleks. - Nietrwały zbiór właśnie wyrzucił jakiegoś
rodzaju płyn i zaczął uciekać pełnym ciągiem w stronę dużej stacji
handlowej w zewnętrznym Pasie.
- Potwierdzam - odpowiedziała Naomi, również przez interkom, z nowym,
twardym spokojem, który Jim zaczął w duchu określać głosem komandor
Nagaty. - Faktycznie.
- A Czarna kania? - zapytał Jim, patrząc na ścianę.
Przez chwilę panowała cisza, a potem odpowiedział Aleks.
- Wygląda na to, że lecą za nimi.
- Oddalają się od pierścienia wrót?
- Owszem - potwierdził Aleks z bardzo wyraźną satysfakcją w głosie.
Jim poczuł falę ulgi, ale nie trwała zbyt długo. Od razu zaczął się
zastanawiać nad sposobami, na jakie mogła to być pułapka. Jeśli Ros za
szybko ruszy w stronę pierścienia, ściągnie to na nich uwagę. Nawet
jeśli zdołają umknąć Czarnej kani, kolejna lakońska jednostka może
ryzykować, czając się w przestrzeni wrót, gotowa na przechwycenie
jednostek uciekających z układu.
- Czemu uciekają? - zapytała Teresa. - Chyba nie spodziewają się, że uda
im się wymknąć, prawda? Bo to byłoby głupie.
- Nie próbują uratować statku - wyjaśnił Amos. Mówił takim samym
cierpliwym, niemal filozoficznym tonem, jakiego używał podczas
wyjaśniania, jak wykonać dobry spaw w nieważkości albo sprawdzić
uszczelkę rury. Był to głos nauczyciela przeprowadzającego ucznia przez
lekcję dotyczącą sposobu działania świata. - Cokolwiek mieli na tym
statku, co wkurzyłoby Lakonię, nie zdołaliby tego ukryć. Nie w układzie
tak mało zaludnionym jak ten. Nie ma też mowy, żeby wymknęli się,
zmieniając transponder, więc ich statek już przepadł. Stacja handlowa
jest na tyle duża, że może im się udać wyprowadzić załogę i rozmieścić
ją potajemnie na innych jednostkach, albo udawać, że cały czas byli na
stacji.
- Uciekają tam, gdzie mogą się ukryć - powiedziała Teresa.
- A im większą będą mieli przewagę na starcie, tym większa szansa, że
uda im się ukryć - potwierdził Amos.
To mogliśmy być my, pomyślał Jim. Gdyby Czarna kania uznała, że
wyglądamy trochę bardziej podejrzanie od Nietrwałego zbioru, to my
poświęcalibyśmy Rosa w nadziei, że uda się nam gdzieś schować.
Tylko że to nie było prawdą. W układzie Kronosa ani nigdzie indziej nie
było takiego miejsca, którego Lakonia by nie przeszukała. Ich największą
szansą było ukrywanie się na widoku, bo plan B oznaczał przemoc.
Nie sądził, żeby powiedział coś na głos albo żeby wydał jakiś dźwięk
zdradzający jego wewnętrzny niepokój, ale może to zrobił, bo Teresa
popatrzyła na niego z wyrazem twarzy gdzieś w pół drogi między irytacją
a współczuciem.
- Wiesz, że nie pozwolę im was skrzywdzić.
- Wiem, że spróbujesz - odparł Jim.
- Wciąż jestem córką wysokiego konsula - przypomniała. - I w przeszłości
wyciągałam was z kłopotów.
- Nie zamierzam polegać na tej sztuczce. - Jim odpowiedział ostrzej, niż
zamierzał.
Piżmak poruszyła się i dźwignęła na nogi, po czym z niepokojem
popatrzyła na Jima, Teresę i z powrotem. Spojrzenie Teresy stwardniało.
- Wydaje mi się, że kapitan chce powiedzieć, że użycie ciebie jako
tarczy nie jest czymś, co mu wewnętrznie odpowiada - wtrącił się Amos. -
Nie, że ty byś tego nie zrobiła, bo już tak było. Ale ludzie z palcem na
spuście tej broni? Nie znamy ich, mogą nie być bardzo solidni, i im
mniej będziemy musieli na nich polegać, tym lepiej.
Teresa nadal marszczyła czoło, ale słabiej.
- Tak - potwierdził Jim. - To było dużo bardziej elokwentne.
- Czasami mi to wychodzi - stwierdził Amos, i mógł to być żart, ale nie
musiał. - Mamy przygotować statek do szybkiego startu? Masy odrzutowej
wystarczy nam na przyzwoity ciąg.
- Myślałem, że potrzebujemy peletek paliwowych.
- Potrzebujemy, ale możemy je zużyć na wydostanie się z Kronosa, dodać
wodę do listy zakupów i uznać, że jest w porządku. Tak naprawdę
czynnikiem ograniczającym będą wymienniki.
Myśli ciągnęły mocniej od ciążenia. Włączyć silnik, skierować dziób w stronę pierścienia wrót i wynieść się stąd w cholerę, zanim wróg zdoła
ich złapać. Jim świadomym wysiłkiem poluzował dłonie zaciśnięte na
bańkach.
- Naomi. Co o tym myślisz?
Chwila ciszy.
- Przepraszam, nie słuchałam. Jak brzmiało pytanie?
- Czy powinniśmy przygotować Rosa do szalonej ucieczki stąd?
Moglibyśmy zwiać, gdy tylko Czarna kania trochę bardziej się rozpędzi.
- Nie - odpowiedziała, czego się spodziewał. - Nie zidentyfikowali nas,
ale jeśli ruszymy za szybko, nabiorą podejrzeń. Lepiej wyglądać na
zwykłych gapiów. Aleks? Wykreśl lot na spotkanie z Białym dębem. To
ten duży lodowcowiec przy drugim gazowym olbrzymie.
- Mam go - potwierdził Aleks.
Amos poruszył się na ławce.
- Kapitanie?
- Wszystko w porządku.
- Jeśli będziemy musieli uciekać, uciekniemy - odezwała się Naomi.
Zawsze musimy uciekać. Już nigdy nie odpocznę, pomyślał Jim. Ale uznał,
że nie warto tego mówić na głos.
Rozdział drugi
Tanaka
Aliana wcisnęła przycisk na waporyzatorze i zaciągnęła się głęboko.
Mgiełka smakowała wanilią i wypełniła jej płuca jak miękka ciepła
chmura. Nikotyna i tetrahydrokannabinol zmieszane z odrobiną czegoś
bardziej egzotycznego. Czegoś, co zmieniało senność THC na bardzo
jaskrawą świadomość otoczenia. Zasłony w oknach były zaciągnięte, ale
światło na ich brzegach zmieniało drobinki kurzu w tęczę iskier.
Poruszyła jedną nogą, a jedwabne okrycie pogłaskało ją niczym tysiąc
maleńkich kochanków.
Tristan spał obok niej, z muskularnymi pośladkami przyciśniętymi do jej
biodra. Pochrapywał łagodnie, czasami drgając przy tym i wzdychając.
Aliana zdawała sobie sprawę, że uznaje dźwięk za uroczy i słodki, bo
była na haju i krótko po seksie. Gdy tylko chrapanie zacznie ją
irytować, Tristan przestanie być tu mile widziany.
Według niej były tylko dwa sposoby na prosperowanie w sztywnym,
autorytarnym reżimie. Pierwszy, po który sięgała większość ludzi,
polegał na staniu się tym, czego oczekiwała od nich władza. Mars chciał
lojalnych żołnierzy, więc produkowali ich, jakby drukowali części do
maszyn. Wiedziała, bo była na tyle stara, by być jedną z nich. Widziała,
jak jej kohorta próbowała wydusić lub wymęczyć ze zbiorowych dusz
wszystko, co nie było dostatecznie marsjańskie, i czasami im się to
udawało.
Drugi sposób przetrwania polegał na posiadaniu tajemnic. Cieszeniu się z władzy wyglądania na kogoś, podczas gdy naprawdę było się kimś innym. I staniu się w tym dobrą. Było to rodzajem perwersji seksualnej, nawet gdy
nie wiązało się z pieprzeniem z młodszymi oficerami. Dreszczyk
świadomości, że jedno niewłaściwe słowo lub nieoczekiwana pomyłka mogły
doprowadzić do kuli w tył głowy, był dla niej ważniejszy od faktycznego
seksu.
Liberalne, otwarte społeczeństwo, w którym mogłaby robić to samo bez
obawy o konsekwencje, doprowadziłoby ją do szaleństwa. Od samego
początku uwielbiała bycie częścią lakońskiego eksperymentu, ponieważ
wizja Duarte - najpierw najcięższa zbrodnia przeciwko Marsowi, potem
utrzymujące się nieustanne zagrożenie - podsycała jej perwersje. Nie
czuła z tego powodu wstydu. Wiedziała, kim jest.
- Obudź się - powiedziała, naciskając palcami plecy młodego mężczyzny.
- Śpię - wymamrotał Tristan.
- Wiem. A teraz się obudź. - Znowu go dźgnęła. Spędzała dziesięć godzin
tygodniowo na boksie i zapasach. Gdy usztywniła palce, robiły się jak
stalowe pręty.
- Do diaska - rzucił Tristan, a potem przetoczył się na drugi bok.
Posłał jej rozespany uśmiech. Jego zmierzwione blond włosy i gładko
ogolona twarz z głębokimi dołeczkami nadawały mu wygląd cherubina z klasycznego obrazu. Jednego z putto Rafaela.
Aliana jeszcze raz zaciągnęła się dymem z waporyzatora i podsunęła go
mężczyźnie. Pokręcił głową.
- Czemu mnie obudziłaś?
Przeciągnęła się z lubością pod miękką pościelą, z długim ciałem ledwie
mieszczącym się na niemałym łóżku.
- Jestem naćpana. Chcę się pieprzyć.
Tristan padł na plecy z teatralnym westchnięciem.
- Prawie nie zostały mi żadne płyny, Allie.
- To idź po szklankę wody, weź tabletkę z solami i wracaj do łóżka.
- Tak jest, pułkowniku - odpowiedział ze śmiechem Tristan.
Śmiech zmienił się w ostry krzyk bólu, gdy przetoczyła się na niego i gwałtownie opadła mu na brzuch, kostkami i stopą zaczepiając się o brzegi łóżka, a dłońmi chwytając jego nadgarstki. Popatrzył na nią z dołu zaskoczony, a potem, sądząc, że to wstęp do seksu, zaczął się
opierać. Jego ręce i klatka piersiowa były ładnie umięśnione, ale
miękkie, bardziej jak u zdrowego nastolatka niż mężczyzny dobrze po
dwudziestce. Jej ręce były szczupłe i żylaste, z mięśniami biegaczki
długodystansowej, przez nieustanny wysiłek sprowadzone do samej esencji,
mocne jak stalowe sprężyny. Gdy spróbował się poruszyć, z łatwością
pchnęła go z powrotem, ściskając dłońmi, aż kości w jego nadgarstkach
strzeliły, i krzyknął.
- Allie, ty... - zaczął, ale ścisnęła jeszcze raz i zamilkł. Była zła i wreszcie to zobaczył. Podobało jej się, że się złości. Podobało jej się,
że to widzi.
- W tym pokoju jestem Aliana. A ty Tristan - powiedziała powoli,
pilnując, by działanie narkotyku nie zniekształciło jej słów. - Za tymi
drzwiami jesteś kapralem Reevsem, a ja pułkownik Tanaką. Tych dwóch
kwestii nie powinno się mylić.
- Wiem - odpowiedział Tristan. - Tylko żartowałem.
- Żadnego żartowania. Żadnych dowcipów. Żadnych pomyłek. Jeśli popełnisz
błąd, jeśli zapomnisz o sztywnej dyscyplinie, która pozwala na istnienie
tego tutaj, w najlepszym razie zostanę zwolniona dyscyplinarnie.
- Nigdy bym nie...
- A tobie... - Aliana kontynuowała, jakby się nie odezwał - ...nie
spodoba się wersja mnie, która wtedy po ciebie przyjdzie.
Patrzyła na Tristana przez chwilę wyzywająco, czekając, aż jego nagły
strach zmieni się w zrozumienie. Potem puściła nadgarstki mężczyzny i z powrotem położyła się po swojej stronie łóżka.
- Mnie też przynieś trochę wody, dobrze?
Tristan nie odpowiedział, tylko wstał i wyszedł z pokoju. Aliana
przyglądała się mu, ciesząc się z widoku napiętych ud i pośladków oraz
łagodnego trójkąta pleców i ramion. Był bardzo, bardzo ładny. Będzie go
jej brakować, gdy ich relacja nieuchronnie dobiegnie końca. Zawsze dotąd
tak było, to stanowiło element przyjemności.
Po krótkiej chwili Tristan wrócił, niosąc dwie szklanki z wodą.
Zatrzymał się przy łóżku z niepewnym wyrazem twarzy. Aliana poklepała
pościel obok siebie.
- Przepraszam, że cię skrzywdziłam - powiedziała.
- Nic nie szkodzi - odparł, a potem podał jej szklankę i usiadł. -
Przepraszam za mój błąd. Wciąż chcesz się pieprzyć?
- Za chwilę.
Jakiś czas oboje powoli pili wodę.
- Zobaczę cię jeszcze? - zapytał w końcu.
Aliana poczuła satysfakcję z tonu nadziei w jego głosie.
- Tym razem powinnam być na Lakonii trochę dłużej - odpowiedziała. - I chcę się znowu z tobą spotkać. Po prostu musimy bardzo uważać.
- Rozumiem - zapewnił.
Wiedziała, że mówi szczerze. Lubiła, gdy jej zabawki były dużo młodsze i znacząco niższego stopnia. Dzięki temu wszystko stawało się dużo
prostsze. Z drugiej strony nie traciła czasu na głupich mężczyzn.
Po ugaszeniu pragnienia ciepło z jej płuc w bardzo przyjemny sposób
rozeszło się na brzuch. Położyła dłoń na udzie Tristana.
- Chyba powinniśmy...
Zadzwonił terminal leżący na szafce nocnej. Ustawiła go na
nieprzeszkadzanie, co znaczyło, że zdaniem urządzenia połączenie
przychodzące było dość ważne, by zignorować jej życzenie. Miała je od
dość dawna i dobrze je przeszkoliła, więc pewnie się nie myliło.
Podniosła terminal, by sprawdzić połączenie. Dzwoniono z Budynku
Rządowego. Odebrała bez obrazu.
- Mówi pułkownik Tanaka.
Tristan zsunął się z łóżka i sięgnął po spodnie.
- Dzień dobry, pani pułkownik. Mówi porucznik Sanchez z działu
planowania i logistyki. Za dwie godziny ma pani odprawę w Budynku
Rządowym.
- Pierwsze słyszę - odparła, sięgając do szafki nocnej i leków
trzeźwiących. - Może mi pan podać temat?
- Przykro mi, pułkowniku, ale nie mam do niego dostępu. Do listy
uczestników została pani dodana przez admirała Milana.
Koniec zabawy.
***
Kiedy dotarła do Budynku Rządowego, padał lekki deszcz. Drobne kropelki
sprawiały, że chodnik był ciemny i lśniący. Niska góra tuż za terenem
kompleksu wyglądała jak coś z antycznych drzeworytów ukiyo-e. Yoshitoshi
albo Hiroshige. Czekał na nią attaché z dyrektoriatu naukowego z parasolką i kubkiem kawy. Nie przyjęła ani jednego, ani drugiego.
Tanaka znała rozkład Budynku Rządowego. Większość zadań wykonywała w terenie, ale miała dość znajomych i powiązań zawodowych pośród
najwyższych rang władzy, by często odwiedzać to miejsce podczas pobytów
w stolicy. Nie była tu od czasu oblężenia Lakonii, zniszczenia platform
konstrukcyjnych i może porwania, może autoemancypacji Teresy Duarte.
Fizycznie wiele się tu nie zmieniło. Lany beton był równie mocny jak
zawsze, cięte kwiaty w wazonach równie świeże. Strażnicy w odprasowanych
na kant mundurach byli pewni i spokojni. A jednak wszystko wydawało się
kruche.
Attaché zaprowadził ją do biura, w którym już bywała. Żółte ściany z lokalnego drewna z niebieskim herbem Lakonii, do tego dwie skromne sofy.
Admirał Milan - pełniący obowiązki naczelnego dowódcy podczas
odosobnienia wysokiego konsula i pod nieobecność admirała Trejo,
przebywającego w układzie Sol - siedział przy wielkim biurku. Był
masywnym mężczyzną, z szeroką twarzą i krótko ściętymi siwiejącymi
włosami. A przy tym twardym starym marynarzem z Marsa, nieznoszącym
bzdur i łatwo wybuchającym gniewem. Tanaka niezwykle go lubiła.
Przy jednej z sof stał porucznik z insygniami wywiadu na standardowym
niebieskim mundurze lakońskiej floty, a obok niego siedział doktor
Ochida z dyrektoriatu naukowego, ze splecionymi palcami dłoni
spoczywających na kolanie. Przez chwilę panowała niezręczna cisza.
Pierwszy odezwał się admirał Milan.
- Trochę nam się tu przeciągnęło, pułkowniku. Proszę usiąść, zaraz
skończymy.
- Tak, sir - odpowiedziała Tanaka i usiadła na drugiej sofie.
Admirał popatrzył na stojącego porucznika - Rossifa, sądząc po plakietce
na mundurze - i machnął palcem w powietrzu. "Mów dalej".
- Układ Gedara. Populacja trochę poniżej dwustu tysięcy. Duże ilości
surowców rozszczepialnych w górnych warstwach skorupy, więc już od kilku
lat próbowali rozkręcić głębokie wydobycie. Rolnictwo istnieje, ale są
jeszcze o dziesięć lat od samowystarczalności.
- A ingerencja? - zapytał Milan.
- Dwadzieścia trzy minuty, jedenaście sekund - odpowiedział Rossif. -
Całkowita utrata świadomości. Trochę przypadkowych ofiar śmiertelnych,
nieco uszkodzeń infrastruktury. Głównie ludzie rozbijający pojazdy lub
spadający z różnych rzeczy. A według rejestrów kilka sekund przed
ingerencją przez wrota przeleciały dwa nieplanowane ciężkie frachtowce i oba zaginęły.
Dr Ochida odchrząknął.
- Tym razem wydarzyło się tam coś dziwnego.
- Coś dziwniejszego niż wyłączenie wszystkich mózgów na dwadzieścia
minut? - zapytał Milan.
- Tak, admirale - potwierdził Ochida. - Przegląd danych z urządzeń
podczas zdarzenia wykazał, że doszło również do innej utraty czasu.
- Proszę wyjaśnić.
- W skrócie: światło leciało szybciej - oświadczył Ochida.
Admirał Milan podrapał się po szyi.
- Czy słowo "wyjaśnić" zmieniło ostatnio znaczenie i nikt mi o tym nie
powiedział?
Tanaka stłumiła śmiech.
- Mówiąc w uproszczeniu, prędkość światła jest funkcją podstawowych
właściwości wszechświata. Można to nazwać... największą szybkością, z jaką przyczynowość może przemieszczać się w próżni - wyjaśnił Ochida. -
Przez dwadzieścia parę minut w układzie Gedara natura czasoprzestrzeni
zmieniła się w sposób, który zmienił prędkość światła. Sprawiła, że
leciało szybciej. Opóźnienie światła ze statków przy pierścieniu Gedary
do planety wynosiło wtedy niecałe czterdzieści minut. Zapisy ze
zdarzenia wskazują, że podczas ingerencji ten czas zmniejszył się o prawie cztery tysiące nanosekund.
- Cztery tysiące nanosekund - powtórzył Milan.
- Natura czasoprzestrzeni zmieniła się w tym układzie na dwadzieścia
minut - powtórzył Ochida. Wyraźnie czekał na reakcję, której nie
otrzymał. Wyglądał na zawiedzionego.
- No cóż - rzucił Mialn. - Zdecydowanie będę musiał się nad tym
zastanowić. Dziękuję za raport, poruczniku. Doktorze. Możecie odejść.
Pani zostaje, pułkowniku.
- Tak jest, sir - odpowiedziała Tanaka.
Gdy gabinet opustoszał, Milan opadł na oparcie fotela.
- Coś do picia? Mam wodę, kawę, bourbon i jakieś gówniane herbatki
ziołowe pite przez obu moich mężów, które smakują jak siano.
- Czy jestem w aktywnej służbie?
- Nie sądzę, żeby musiała się pani przejmować łamaniem zasad, jeśli o tym pani myśli.
- W takim razie bourbon brzmi nieźle, sir - odpowiedziała Tanaka.
Admirał Milan spędził minutę, grzebiąc w biurku, a potem wyciągnął z niego rżniętą kryształową szklaneczkę wypełnioną na dwa palce
dymnobrązowym płynem.
- Pańskie zdrowie - powiedziała Tanaka i wypiła odrobinę.
- No dobrze. - Milan usiadł z podświadomym sapnięciem starego człowieka
z mnóstwem zużytych stawów. - Co pani zdaniem znaczy to gówno z prędkością światła?
- Nie mam pojęcia, sir. Jestem od strzelania, nie od nauki.
- I dlatego zawsze panią lubiłem - odpowiedział, a potem odchylił się na
fotelu, splatając palce. Tym razem cisza była inna i Tanaka nie miała
pewności, co oznacza. - To tak tylko między nami, jak stary marynarz do
drugiego... Czy jest coś, co chciałaby mi pani powiedzieć?
Poczuła zastrzyk adrenaliny, ale nie okazała tego. Miała zbyt dużo
doświadczenia w oszukiwaniu.
- Nie wiem, o czym pan mówi.
Przekrzywił głowę i westchnął.
- Ja też nie. Cała ta sprawa jest dla mnie cholernie tajemnicza. A nie
jestem już tak dobry w przełykaniu ciekawości, jak byłem za młodu.
- Wciąż szczerze nie mam pojęcia, o czym rozmawiamy. Czy ktoś miał mi
powiedzieć, czemu mnie pan do siebie wezwał?
- To nie ja panią wezwałem. Zrobił to Trejo, każąc mi odwalić na pani
rzecz trochę papierkowej roboty.
Wyciągnął z szuflady czerwoną tekturową teczkę ze srebrną wstążką i podał ją jej. Wydawała się tak nie na miejscu, że Tanaka poczuła się,
jakby wręczono jej glinianą tabliczkę. Szybko wypiła resztę bourbona i wzięła teczkę. Była lżejsza, niż się spodziewała, a wstążka łatwo się
rozwiązała. Wewnątrz zobaczyła arkusz pergaminu z trzema warstwami
zabezpieczeń, z obwodami weryfikacyjnymi odcinającymi się jak koronka.
Było tam jej zdjęcie, profil, imię i nazwisko, stopień oraz numery
identyfikacyjne. Oraz krótki akapit z lakońskiego dyrektoriatu wywiadu,
przydzielający jej status Omega na osobiste polecenie biura wysokiego
konsula.
Nie byłaby bardziej zaskoczona, gdyby zobaczyła na biurku odciętą głowę.
- To... - zaczęła.
- To nie żart. Admirał Trejo polecił, by przekazać pani klucze do
królestwa. Ma pani władzę odwołać lub zmienić wszystkie prowadzone
działania. Ma pani dostęp do wszystkich informacji, niezależnie od ich
klasyfikacji bezpieczeństwa. Wolność od potępienia i zarzutów na czas
tego przydziału. Słodki zestaw. Naprawdę twierdzi pani, że nie wie, o co
tu chodzi?
- Zakładam, że mam jakieś zadanie?
- Zapewne, ale nie mam upoważnienia, by je poznać. Proszę zostać na
miejscu, sam trafię do wyjścia.
Gdy admirał Milan zamknął za sobą drzwi, system biurowy zaczął odtwarzać
na ekranie ściennym nagraną wiadomość. Pojawił się tam admirał Trejo.
Znała go chyba najdłużej ze wszystkich żyjących. Jego oczy wciąż miały
niezwykłą zieloną barwę, choć teraz pod nimi pojawiły się sińce. Włosy
mu rzedły, a skóra nabrała niezdrowego, woskowatego wyglądu. Sprawiał
wrażenie udręczonego.
- Pułkownik Tanaka - zaczął. - Zwracam się do pani z misją o kluczowym
zadaniu dla imperium. W tej chwili mam przerwę od dużego przyśpieszenia
w locie z układu Sol i gdyby mogło to poczekać do mojego powrotu na
Lakonię, przedstawiłbym pani sprawę osobiście. Niestety nie może, więc
będzie musiało wystarczyć nagranie.
Popatrzyła na swoją szklaneczkę po bourbonie. Była pusta, a butelka
stała ledwie metr dalej, ale nagle straciła wszelką ochotę na alkohol.
Poczuła, jak wyostrza się jej uwaga.
- Jestem pewien, że podobnie jak wszyscy inni w imperium zastanawia się
pani, co właściwie wysoki konsul robi w swoim odosobnieniu. Jak prowadzi
walkę przeciwko siłom, które grożą nam z wnętrza wrót. Wiem, że pojawiły
się spekulacje sugerujące, że został w jakiś sposób ranny lub
obezwładniony. Zatem całkiem szczerze muszę pani wyznać, że gdy
odlatywałem do układu Sol, wysoki konsul był śliniącym się kretynem z uszkodzonym mózgiem, który nie potrafił samodzielnie jeść ani podetrzeć
sobie tyłka. Jest w takim stanie od czasu ataku, który zniszczył
Cyklona i stację Medyna.
Tanaka głęboko wciągnęła powietrze i wypuściła je przez zęby.
- Doktor Cortazar znacząco zmienił biologię wysokiego konsula, stosując
zmodyfikowane technologie protomolekuły. Dało to wysokiemu konsulowi
pewne... zdolności, które nie zostały w pełni udokumentowane ani zbadane
przed śmiercią doktora Cortazara. Którego zresztą zabił sam Duarte.
Machnął ręką i rozmazał szalonego gnoja po połowie pokoju. Nigdy nie
widziałem czegoś takiego. W tej chwili jedyne osoby, które o tym wiedzą,
to pani, ja, doktor Okoye z dyrektoriatu naukowego oraz Teresa Duarte,
która uciekła z siłami szturmowymi podziemia po tym, jak zniszczyli
nasze doki. Czyli zapewne wiedzą wszyscy pieprzeni wrogowie. Przy takich
informacjach wprowadzających zrozumie pani, jak wielkie poczułem
zmieszanie, gdy wysoki konsul pojawił się osiemdziesiąt... osiemdziesiąt
pięć godzin temu w moim biurze w układzie Sol. Nie zarejestrowały go
żadne czujniki, nie wszedł w interakcję z żadnym obiektem fizycznym ani
nie zostawił żadnych dowodów swojej obecności, które mogłyby zostać
zweryfikowane przez zewnętrznego obserwatora. Ale był tu. I zanim
radośnie pogrąży się pani w teorii załamania nerwowego Antona Trejo, są
na to pewne zewnętrzne dowody. Nie tylko tu, w układzie Sol. Krótko po
tym, gdy doświadczyłem tego, co opisałem, Duarte zniknął z Budynku
Rządowego. Ale nie mam na myśli rozpłynięcia się w powietrzu: włożył
spodnie i czystą koszulę, wypił filiżankę herbaty i porozmawiał
uprzejmie ze swoim pokojowym, a potem wyszedł z budynku. Od tamtej pory
teren przeszukiwany jest przez wszystkie posiadane przez nas czujniki
planetarne. Żaden go nie wykrył. Mamy ponad tysiąc skolonizowanych
układów zastanawiających się, czy zostało coś z naszego rządu. Mamy
pozawymiarowych wrogów szukających eksperymentalnie sposobu na hurtowe
zabicie nas. A ja jestem przekonany, że odpowiedzią na oba te problemy
jest Winston Duarte albo cokolwiek, w co się teraz zmienił. Znam panią
od bardzo dawna i ufam pani. Pani zadanie to odszukanie go i sprowadzenie z powrotem. Słyszała pani o czystej karcie, ale daję słowo,
że nigdy jeszcze nie widziała pani strony tak lśniąco białej. Nie
obchodzi mnie, jaki będzie koszt - w pieniądzach, sprzęcie lub ludzkim
życiu - o ile tylko sprowadzi pani Winstona Duarte z miejsca, w którym
teraz przebywa. Jeśli nie zechce wrócić, proszę go ładnie poprosić, ale
to może się zakończyć wyłącznie jego powrotem. Dobrych łowów,
pułkowniku!
Wiadomość się zakończyła. Tanaka odchyliła się na sofie, wyciągając ręce
na boki jak ptak rozkładający skrzydła. Jej umysł już pracował. Dziwność
tego wszystkiego, szokująca prawda, potencjalne zagrożenie. Miała w sobie to wszystko. Czuła to. Jednak towarzyszył temu też spokój zadania
do wykonania i przyjemność - głębsza, niż mogła się spodziewać - z otrzymanej właśnie władzy.
Cicho otworzyły się drzwi i do środka wrócił admirał Milan.
- Wszystko w porządku? - zapytał.
Tanaka się roześmiała.
- Zdecydowanie nie.
Rozdział trzeci
Naomi
Odczekali dość długo, by Czarna kania znalazła się na tle daleko od
pierścienia wrót, by lot na przechwycenie stał się bardzo trudny, jeśli
nie niemożliwy. Potem poczekali jeszcze trochę, żeby nie wyglądać
podejrzanie przez rozpoczęcie lotu do przejścia w pierwszej możliwej
chwili. A potem Naomi nie mogła już znieść dalszego czekania.
Trzy godziny później lakońska fregata trafiła w nich wiązką kierunkową,
bardzo urzędowym językiem i w ostrym tonie domagając się informacji na
temat tego, kim są i gdzie się wybierają.
- Tu Vincent Soo, niezależna fregata na kontrakcie dla spółki
Atmosphare z Ziemi. Przewozimy próbki rudy na potrzeby kontroli jakości.
Załączamy publiczne kontrakty i pozwolenia. Wiadomość będzie powtarzana.
Głos został zsyntetyzowany z próbek dziesięciu mężczyzn i zmiksowany
przez Rosa, więc nawet gdyby Lakończycy odkryli, że jest fałszywy, nie
byliby w stanie prześledzić wzoru głosu do żadnego fizycznego człowieka.
Vincent Soo był prawdziwym statkiem o sygnaturze napędu i sylwetce
zbliżonej do obecnej, zmodyfikowanej wersji Rosa, choć dotąd nie
pracował poza układem Sol. Dołączone kontrakty po sprawdzeniu okażą się
prawdziwe, chyba żeby ktoś zaczął grzebać naprawdę głęboko. Była to
maska tak wiarygodna, jaką tylko Naomi zdołała stworzyć.
- Nie odpowiadają - poinformował Aleks.
Oboje siedzieli na mostku. Oświetlenie było przygaszone, choć zauważyła,
że Aleks zaczął ustawiać poziom przygaszenia mniejszy, niż kiedy oboje
mieli młodsze oczy.
- To może być dobry albo zły znak - skomentowała Naomi.
- Jasne, ale wolałbym wiedzieć, który to tym razem.
- Jeśli zaczną nas gonić, strzelając, to zły.
- No tak - przytaknął Aleks. - To ma sens. Po prostu wolałbym, żeby
powiedzieli "Hej, postanowiliśmy was nie gonić i nie zabijać". Tak z uprzejmości.
- Przy obecnej odległości będziemy mieć mnóstwo czasu na obserwowanie,
jak kierują na nas swoje lufy. Niczego nie przegapisz.
- Cóż, Bogu dzięki.
Z każdą minutą, podczas której Czarna kania nie odpowiadała i nie
odwracała silnika w pościgu, Naomi czuła, jak przygasa strach przed
schwytaniem i zniszczeniem, a rośnie ten przed przejściem. Trudno było
uwierzyć, że był taki czas, gdy jej życie nie toczyło się od jednej
traumy do drugiej, jak podczas spaceru po płytach chodnikowych w ozdobnym ogrodzie. Były całe dziesięciolecia, podczas których przejście
przez pierścienie wrót nie wiązało się z niczym bardziej nieprzyjemnym
niż lekkie zawroty głowy. Owszem, w przypadku dużego natężenia ruchu
statek mógł przepaść, znikając cicho z istnienia na rzecz jakiegoś
nieznanego miejsca lub jego braku. Była to jednak taka sama skala
zagrożenia jak cokolwiek innego. Mogli trafić na mikrometeor, który
zniszczy silnik. Butelka magnetyczna mogła wysiąść i rozlać reakcję
fuzyjną na cały kadłub statku. Mogła dostać udaru.
Kiedyś istniały przepisy regulujące zasady działania wrót.
Opracowane przez ludzi reguły przepuszczania statków. Nieludzkie zasady
określające, ile materii i energii mogło przenieść się przez nie w określonym przedziale czasu bez rozgniewania mrocznych, pożerających
statki bogów.
Teraz wszystko przepadło.
- Jak myślisz, ile statków nas szuka? - zapytał Aleks.
- Pytasz o to, ile w ogóle mają statków, czy ile przydzielili do grup,
których zadaniem jest znalezienie nas?
Aleks zamilkł, a po jakimś czasie klasnął cicho językiem o podniebienie.
- Pewnie nie spodoba mi się żadna z tych odpowiedzi, prawda?
- Ile jeszcze, zanim dolecimy do wrót?
- Jeśli nie wyhamuję przed przejściem, to około osiemnastu godzin.
Naomi odpięła się od pryczy przeciążeniowej i wstała. Naparł na nią
pokład z ciążeniem ciągu nieco ponad pół g.
- Idę trochę odpocząć. Zawołaj mnie, jeśli ktoś postanowi nas zabić.
- Zrobi się - rzucił Aleks, gdy ruszała do windy. - Jak Jim? - zapytał
po chwili.
Naomi się obejrzała. Ekran podświetlał twarz Aleksa na niebiesko. Rzadka
biała szczecina włosów z boku i tyłu jego głowy przypomniała jej zdjęcia
śniegu na żyznej glebie, a łagodność spojrzenia zdradziła, że tak
naprawdę to wcale nie było pytanie.
- Tak, wiem - powiedziała. - Ale co mogę zrobić?
Zjechała na pokład załogowy, słuchając uspokajającego nucenia
otaczającego ją statku. Po tak wielu latach bliskiego towarzystwa z Rosem potrafiła ocenić stan zdrowia jednostki po jej dźwiękach. Nawet
gdyby nie wiedziała jeszcze, że napęd nie jest idealnie nastrojony,
wykryłaby to na podstawie sposobu, w jaki wibrował i stukał pokład.
Kiedy Jim został złapany i uwięziony na Lakonii, opłakiwała go.
Opłakiwała wersję siebie, która miała go przy boku. Gdy wbrew
wszystkiemu wrócił, tak naprawdę nie była na to gotowa. To było coś, na
co nie pozwoliła sobie mieć nadziei, i nie zastanawiała się zbytnio, jak
może to wyglądać.
Pryczę przerobiono dla dwojga, by mogli w niej spać razem. Przy długich
lotach z dużym przyśpieszeniem jedno z nich mogło przenieść się do
którejś z wolnych kabin lub - znacznie częściej - na pryczę na mostku.
Podwójną pryczę przygotowano nie tyle z myślą o optymalnym działaniu,
ile o jakości życia. Przyjemności budzenia się przy czyimś boku.
Intymności obserwowania jak zasypia, czucia oddechu drugiej osoby.
Sięgającej poziomu komórkowego świadomości, że nie jest się samemu.
Kiedy weszła do kabiny, Jim spał. Wciąż wyglądał na chudszego, niż
zapamiętała go z czasów przed uwięzieniem. Przed swoją ucieczką na
wygnanie. Może był to tylko efekt bardziej siwych włosów, ale skóra jego
powiek wydawała się ciemniejsza niż wcześniej, jakby został pobity.
Nawet we śnie jego ciało miało w sobie jakąś sztywność, jakby spinał się
w oczekiwaniu na atak.
Przekonywała się, że dochodzi do siebie, i prawdopodobnie było to
prawdą. Czuła, jak mijające dni i tygodnie zmieniają także ją. Powoli
pozwalała sobie coraz bardziej wkraczać w przestrzeń, do której nie
miała dostępu, kiedy byli z dala od siebie. Było inaczej niż kiedyś.
Bobbie odeszła. Nie było już Clarissy. Amos został zmieniony w sposób,
od którego mrowiła ją skóra, jeśli pozwoliła sobie za dużo o tym myśleć.
I była tu Teresa z psem: na wpół stali pasażerowie, na wpół zagrożenie.
Mimo wszystko było to bliższe życia, niż miała prawo oczekiwać. Jakaś
wersja zebranej z powrotem rodziny. Czasami dawało jej to komfort,
czasami było tylko powodem do nostalgii za tym, co nie wróciło.
Gdyby mogli się zatrzymać, dojść do siebie, rozprężyć... Kto wie, co
zdołaliby uratować.
Położyła się przy nim, opierając głowę w zgięciu ramienia. Jim poruszył
się, ziewnął i otworzył jedno oko. Jego uśmiech się nie zmienił: był
chłopięcy, jasny i zachwycony jej widokiem. Ten czas to dar, pomyślała.
I odpowiedziała uśmiechem.
- Cześć, seksowna - przywitał ją Jim. - Co mnie ominęło?
Lata, pomyślała. Ominęły cię całe lata. Uśmiechnęła się, zamiast
powiedzieć prawdę.
- Nic kluczowego - odparła.
***
- Naprawdę chciałbym nas zwolnić - rzucił Aleks.
Znajdująca się w kambuzie Naomi wrzucała do recyklera resztki posiłku.
Wyłączyli ciąg i szum pompy odsysającej luźne kawałki jedzenia do
systemu był niemal równie głośny jak głos Aleksa dobiegający z interkomu. Na ekranie ściennym pierścień wrót Kronosa wisiał na tle
bezkresnego pola gwiazd, z dziwną, ciemną, splątaną masą na brzegu
widoczną tylko dzięki wzmocnieniu przez przyrządy optyczne Rosa. Z każdą sekundą spadał poziom powiększenia. Pierścień miał tysiąc
kilometrów średnicy, przejście odliczało w dół od dwunastu minut, ale
wciąż byłby niewidoczny gołym okiem.
- Możesz wdepnąć na hamulec, jeśli chcesz - odpowiedziała. - Ale jeśli
po drugiej stronie trafimy na jakieś nieprzyjemne towarzystwo, będzie
nas łatwiej trafić.
- Chciałbym naładować działo szynowe - zareagował Aleks. - Ale mi nie
pozwolisz, więc się uzewnętrzniam.
- Mógłbyś jeszcze raz sprawdzić torpedy i działka.
- Zajęli się tym już Amos i Teresa. Nie chcę sprawiać wrażenia, że im
nie ufam.
- Możesz uzbroić ładunki na pancerzu i być gotowy do odstrzelenia płyt
maskowania.
Aleks milczał przez czas potrzebny na jeden powolny oddech. Siedzący
przy stole Jim posłał jej gest kciuka skierowanego w górę.
- Tak, zrobię to - powiedział w końcu Aleks. - Ale naprawdę chciałbym
mieć działo szynowe.
- Po drugiej stronie możesz je ładować, ile tylko chcesz - zgodziła się
Naomi.
- Obiecanki cacanki. - Kliknięcie oznajmiło rozłączenie się Aleksa.
Powiększenie obrazu pierścienia wrót wciąż spadało. Naomi wywołała małe
dodatkowe okno z widokiem z tyłu. Szum od smugi odrzutu sprawiał, że
obraz był rozmyty, ziarnisty i jedynie przybliżony, ale i tak widziała,
że Czarna kania nie próbowała ich gonić.
- Nie widzę przekaźnika - zauważył Jim. - Wysadzili nasz, ale nie
wygląda na to, żeby zostawili własny.
- Tak, zauważyłam. Nie martwią się koordynacją z kimś po drugiej
stronie. Czyli jest szansa, że nie lecimy prosto w pułapkę.
- Hura!
Zostało jeszcze dziesięć minut.
- Gotowy? - zapytała Naomi. W odpowiedzi Jim złapał uchwyt na ścianie i pchnął się w stronę centralnej windy. Naomi otworzyła połączenie do
Amosa. - Zajmujemy stanowiska na mostku. Nie żebyśmy się spodziewali
jakichś kłopotów, ale jeśli się pojawią...
- Słyszę, szefowo. Pies siedzi już w transporterze. Na wypadek gdyby
zaczęło trochę rzucać.
"Gdyby zaczęło trochę rzucać" oznaczało "unikanie wrogich pocisków".
- A Teresa?
Zanim odpowiedział, nastąpiła jedna z dziwnych przerw, jakie często
wprowadzał podczas rozmów.
- Przypinamy się w maszynowni. Powiedz, jeśli będziesz czegoś
potrzebować.
Naomi zamknęła połączenie i poleciała za Jimem. Winda była na dole
szybu, zablokowana do czasu wezwania, więc przedryfowali przez puste
powietrze szybu, aż dotarli na mostek. Zajęli swoje zwykłe miejsca,
zapięli pasy, przestawili ekrany na systemy, które mieli wykorzystać,
gdyby przejście wrzuciło ich w jakąś niebezpieczną sytuację. Połączenie
strachu i rutyny zmieniło wszystko w rodzaj rytuału, jak szorowanie
zębów przed snem. Pierścień wisiał w miejscu, ale na obrazie
teleskopowym otaczało go teraz mniej gwiazd.
- Gotowi na mostku - oznajmiła Naomi.
- Sterówka - rzucił Aleks.
- Tak - zgłosił się Amos. - U nas w porządku. Rób, co trzeba.
Zegar dotarł do zera. Jim gwałtownie wciągnął powietrze. Wrota mignęły
na ziarnistym obrazie z rufy - ta sama struktura, ale teraz już się
oddalała. W jednej chwili zgasły wszystkie gwiazdy.
- I przeszliśmy - rzucił Aleks. - Na ile widzę, żadnych zagrożeń, ale,
cholerny świat, jest tu zdecydowanie za dużo ludzi. Odwracam nas i wciskam hamulec do czasu, aż wybierzemy jakiś kierunek.
Choć jeszcze mówił, rozległo się ostrzeżenie o ciążeniu ciągu, a po
chwili przyprawiającego o zawrót głowy zwrotu powróciły góra i dół. Na
plecy Naomi naparł żel pryczy. Zdążyła już wywołać mapę taktyczną.
Przestrzeń wrót - kula, o której wciąż myśleli jako o powolnej strefie,
choć ograniczenie prędkości nie obowiązywało tam już, od kiedy Jim i protomolekularne echo detektywa Millera wyłączyli je dziesięciolecia
temu - była trochę mniejsza od słońca w układzie Sol. W jej wnętrzu
zmieściłoby się milion planet wielkości Ziemi, ale teraz znajdowały się
tam tylko pierścienie wrót, w liczbie tysiąca trzystu siedemdziesięciu
jeden sztuk, pojedyncza enigmatyczna stacja w samym środku i pięćdziesiąt dwa statki włącznie z Rosem, wszystkie w przelocie. Aleks
miał rację, było ich za dużo. To było niebezpieczne.
- Jak myślisz, ile straciliśmy? - zapytał Jim.
Kiedy na niego spojrzała, miał przed sobą ten sam obraz.
- Tylko statki ruchu oporu?
- Nie, myślałem o tym większym "my". Wszyscy. Lakończycy, ruch oporu.
Cywile próbujący po prostu dowieźć zaopatrzenie tam, gdzie jest
potrzebne. Jak myślisz, ile straciliśmy?
- Nigdy się nie dowiemy - stwierdziła. - Nikt już tego nie śledzi. Toczy
się wojna.
Poleciła Rosowi zidentyfikować statki na podstawie transponderów,
sygnatur silników, profili termicznych i sylwetek oraz oznaczenie
wszelkich niezgodności i jednostek o znanych powiązaniach z podziemiem
albo imperium lakońskim. System okrętu potrzebował trzech sekund na
skompilowanie listy z etykietami i interfejsem nawigacyjnym. Naomi
zaczęła ją przeglądać. Jednostkami najmocniej związanymi z Lakonią były
frachtowiec Osiem zasad Buszido, z bazą w Bara Gaon, oraz jednostka
badawcza dalekiego zasięgu Latający byk, z bazą w Sol, choć należąca
do sieci korporacyjnej, która uznała władzę Duarte tuż po poddaniu się
przez Ziemię i Marsa. Żadne z nich nie było okrętem bojowym i zdaniem
Naomi stali się sojusznikami zwycięzców bardziej z wygody niż z powodu
głębokiej wiary w sprawę Lakonii. W każdym razie nie należały do
oficjalnych lakońskich struktur.
Jedynym statkiem o znanych powiązaniach z podziemiem był niezależny
skoczek skalny z Sol, latający pod nazwą Wredna suka, choć w rejestrze
figurował jako Różowe mrugnięcie. Pewnie kryła się w tym jakaś
historia, choć Naomi nie była pewna, czy chciała ją poznać.
Znalazła się też jedna butelka z wiadomością.
- Jedna z twoich? - zapytał Jim.
- Mam nadzieję - przyznała Naomi. - Zobaczymy.
Kiedyś sieć łączności ludzkości była czymś stosunkowo sprawnym. W ramach
układów gwiezdnych sygnały radiowe były wychwytywane przez wzmacniacze
przy pierścieniach wrót, które były dość potężne, by przekrzyczeć
interferencje wrót, lub fizycznie przez nie przenikały z przekaźnikami
po obu stronach. Znajdująca się w sercu przestrzeni wrót stacja Medyna
zajmowała się ich utrzymaniem i monitorowaniem łączności. Przez dekady
wiadomość z Ziemi mogła dotrzeć do Bara Gaon i otrzymać odpowiedź w ciągu dnia, nawet jeśli kolejka wiadomości była dość zatłoczona.
Jednakże wraz ze zniszczeniem Medyny i powstaniem ruchu oporu te czasy
odeszły.
Obecnie tysiąc trzysta światów porozumiewało się za pomocą zmiennej,
mieszanej sieci przekaźników statków przewożących wiadomości i zmodyfikowanych torped nazywanych przez nią butelkami. Ta konkretna była
dość zaawansowanego typu, skonfigurowana na czekanie, zbieranie
skierowanych do niej przychodzących wiadomości od podziemia i przechowywanie ich do czasu aktywacji. System nie był doskonały i była
pewna, że po drodze straciła całkiem sporo butelek, ale łatwo było je
zweryfikować, trudno podrobić i jeszcze trudniej wyśledzić, o ile w ogóle było to możliwe.
Wywołała sterowanie napędem Epsteina i zmieniła jego pracę w swoiście
modulowany sposób. Dla każdego poza butelką zmiany byłyby bez znaczenia,
zdecydowanie mieszcząc się w granicach zwykłych fluktuacji silnika, ale
dla czujników na powierzchni butelki oznaczały dopasowanie do wzorca.
Faktycznie.
Butelka wyrzuciła z siebie gęstą emisję skompresowanych danych w postaci
transmisji szerokopasmowej dostępnej dla wszystkich statków w powolnej
strefie. Wiązka kierunkowa oznaczałaby wskazanie palcem, gdyby
ktokolwiek wychwycił jej odbicie. Ten pakiet mógł być przeznaczony dla
dowolnego z kilkudziesięciu statków, które go usłyszały. A co jakiś czas
podziemie ustawiało fałszywe butelki, wprowadzając je do powolnej strefy
lub pod wrota, by emitowały fałszywe dane i zaburzały wzorce.
System Rosa wessał transmisję radiową i cicho zajął się jej
odszyfrowaniem, podczas gdy na skraju przestrzeni wrót butelka włączyła
swój silnik i przemknęła przez jeden z pierścieni. Ruch oporu Naomi
wiedział, że należy monitorować ich wybuchy i traktować je jako znak do
umieszczenia nowej, gdy będzie to możliwe. Jeśli Lakończycy je widzieli
- i nawet jeśli wiedzieli, co oznaczają - to i tak nie mogli nic w tej
sprawie zrobić.
Wszystko było zorganizowane jak komórki SPZ w większej skali, a zaprojektowała to Naomi. Wreszcie dobre użycie grzechów przeszłości.
- Cóż, mogło pójść dużo gorzej - skomentował Jim. - Pewnie podstawowe
pytanie teraz to: "Dokąd powinniśmy polecieć?".
- To będzie zależało od tego, co jest w danych - zauważyła Naomi. -
Wolałabym nie spędzać w przestrzeni wrót więcej czasu niż to niezbędne.
- Też wolałbym nie zostać pożarty przez siły spoza czasu i przestrzeni,
zanim przyjdzie mój czas. - W jego słowach brzmiały od zawsze znane jej
lekkość i humor, ale kryła się za nimi pustka.
Nie nihilizm, pomyślała. Wyczerpanie.
- Jeśli będzie trzeba... - zaczęła. - Zawsze można...
Przerwał jej głos Teresy na ogólnym kanale statku.
- Potrzebuję pomocy. W warsztacie. I to już.
Jim odpiął się, zanim dziewczyna skończyła mówić. Wyparowało z niego
całe zmęczenie. Nie czekał na włączenie się windy, po prostu pomknął w dół, korzystając z uchwytów w szybie, jakby schodził po drabinie. Naomi
była tuż za nim. Jakaś jej część niemal czuła ulgę, widząc, że znowu
poruszał się bez wahania. Jakby złapała przebłysk Jima z dawnych czasów.
Nawet jeśli sporo w nim się ukrywało, wciąż był tam w środku.
- Co się dzieje? - zapytał ze sterówki Aleks.
- Coś się dzieje z Amosem - wyjaśniła Teresa. Mówiła spokojnym, lecz
napiętym głosem pracownika pogotowia.
- Już idziemy - zapewniła Naomi.
Jim w ogóle nie zareagował. Gdy dotarli do maszynowni, Naomi coś
usłyszała.
Głos, głos Amosa, choć bez żadnych słów. To był niski, mokry dźwięk, na
wpół warkot, na wpół charczenie. Coś w nim skojarzyło się jej z topieniem. Weszli do warsztatu równo z Jimem.
Teresa siedziała na pokładzie ze skrzyżowanymi nogami i trzymała na
podołku dużą, łysą głowę Amosa, który szarpał się i dygotał. Z jego ust
wypływała jasna piana, a całkowicie czarne oczy były szeroko otwarte i puste. Powietrze wypełniała przyprawiająca o mdłości woń, metaliczna, a zarazem organiczna.
- Ma atak padaczki - rzucił Jim.
- Czemu? - zapytała Teresa drżącym głosem. - Czemu to się dzieje?
Rozdział czwarty
Elvi
- Wyciągnijcie ją - poleciła Elvi. - Kończymy to.
- Nie - zaprotestowała Cara. W jej głosie było słychać wyraźne drżenie,
ale mówiła wyraźnie. - Poradzę sobie.
Aktywność mózgu Cary była prezentowana w siedmiu zestawach danych na
dwukrotnie większej liczbie monitorów. Obok wyświetlały się dane z KWS -
ów skrót stosowali technicy, nazywając tak blok zielonego kryształu
wielkości Jowisza, będącego jedynym elementem układu Adro. Zaawansowane
protokoły dopasowywania wzorców mapowały do siebie oba zestawy danych w sześciu wymiarach. Niestabilność była widoczna w obu zestawach danych,
atak padaczki - jeśli tym faktycznie był - spadając z turbulencji do
bardziej stabilnego przepływu.
Badacze i technicy z całego laboratorium zwracali szeroko otwarte, pełne
niepewności oczy w stronę Elvi. Czuła emanujące z całego personelu
pragnienie kontynuowania eksperymentu. Sama je odbierała. Poczuła się
jak w czasach, gdy odpowiadała za porządek w akademiku i musiała
przerywać i zamykać imprezy urządzane na korytarzu.
- Jestem główną badaczką, ona jest uczestniczką. Kiedy mówię, że
kończymy, to kończymy.
Jej zespół ożył, zabierając się do wyłączania sprzętu, a ona zwróciła
się do Cary unoszącej się nad łożem czujników do obrazowania.
- Przykro mi. Nie chodzi o to, że nie ufam tobie, po prostu nie ufam tu
kompletnie niczemu.
Dziewczyna z całkowicie czarnymi oczami kiwnęła głową, choć uwagę
skupiała na czymś innym. Jej kora wzrokowa i słuchowa jarzyły się jak
Paryż w Nowy Rok, a przez zakręt środkowy przepływał głęboki, powolny
puls pasujący do odczytów energii rejestrowanych z południowej półkuli
KWS. Cokolwiek Cara w tej chwili czuła, pochłaniało to jej więcej uwagi
niż Elvi. Odniosła wrażenie, że mogłaby w tej chwili wrzeszczeć prosto
do ucha Cary, a i tak stanowiłoby to tylko drobny ułamek informacji
zalewających mózg dziewczyny.
A także jej ciała, co było częścią problemu. Elvi studiowała trochę
teorii kognicji somatycznej, ale stopień, do jakiego KWS przekazywał
informacje całemu układowi nerwowemu Cary - włącznie z mięśniami i trzewiami - mocno wszystko komplikował. Przeglądała dane wstecz, gdy jej
zespół wykonywał procedury rozłączania i sprowadzał Carę z powrotem do
zwykłej ludzkiej rzeczywistości.
Jastrząb, prywatny, sponsorowany przez państwo statek badawczy Elvi,
był najbardziej zaawansowanym laboratorium przeznaczonym do jednego
celu, jakie istniało pośród tysiąca trzystu światów. To brzmiało
naprawdę imponująco, chyba że przypomniała sobie, iż większość z tego
tysiąca trzystu układów słonecznych była obecnie na poziomie rozwoju
równoważnym europejskim rolnikom z końca dziewiętnastego wieku,
próbującym wyhodować dość żywności, by z nadejściem każdej zimy nie
wyrzynać połowy zwierząt gospodarskich. Jastrząb był jedynym ocalałym
z ataku, który zniszczył Cyklona i stację Medyna, i wciąż wszędzie
widać było blizny po tym zdarzeniu. Nie do końca dopasowano kolory w miejscach, gdzie nici ciemności w jakiś sposób bardziej rzeczywiste od
rzeczywistości wyjadły jedną trzecią masy statku. Systemy zasilania i środowiskowe stanowiły mieszankę oryginalnych i odtworzonych elementów.
Na nodze miała wyraźną krechę tam, gdzie nowa skóra i mięśnie odtworzyły
się w miejscu po dziurze wielkości piłki tenisowej, która została jej po
ataku. Praca na Jastrzębiu była jak życie wewnątrz nawrotu traumy.
Elvi pomagało, gdy mogła skupić się na danych, na KWS oraz Carze i Ksanie.
Doktor Harshaan Lee, drugi badacz, spojrzał jej w oczy i kiwnął głową.
Był wzbudzającym sympatię energicznym młodym naukowcem. Co więcej, ufała
mu. Wiedział, co chciała zrobić, i gestem zaoferował dopilnowanie, by
wyjście Cary z eksperymentu przebiegło zgodnie z procedurą. Kiwnęła
głową, przyjmując jego ofertę.
- No dobra, ludzie - rzucił Lee, klaskając. - Zgodnie z procedurą i podręcznikowo.
Elvi podciągnęła się do szybu windy, a potem poleciała na rufę, w stronę
silnika i komory izolacyjnej z młodszym bratem Cary, Ksanem.
Fayez unosił się pod jedną ze ścian, z lewą stopą zaczepioną o uchwyt
ścienny, czytając coś z ręcznego terminala. Obok niego unosiło się
przymocowane do noszy coś, co nazywali katalizatorem - ciało kobiety
nasycone przyblokowaną, choć żywą próbką protomolekuły. Niewidzące oczy
katalizatora popatrzyły na nią, a Fayez podążył za jej pustym
spojrzeniem.
- Jak sobie radził? - zapytała Elvi, kiwając w stronę komory izolacyjnej
i Ksana.
Przez większość czasu był tam trzymany katalizator, ale na czas, kiedy
używano go do aktywowania starych technologii obcych, umieszczali w tym
miejscu Ksana. Chłopiec stykał się z protomolekułą jedynie podczas
zamiany miejsc.
Fayez wywołał obraz z kamery monitoringu.
Ksan unosił się wewnątrz komory izolacyjnej z zamkniętymi oczami i lekko
rozchylonymi ustami, jakby spał albo utonął.
- Trochę słuchał muzyki, przeczytał kilka numerów Naki i Corvalisa, a potem usnął - zrelacjonował Fayez. - Niemal zupełnie jak niedojrzały
chłopiec, którym się wydaje.
Elvi zatrzymała się tuż przy boku męża. Na jego ekranie zobaczyła dane
pochodzące z laboratorium, wyświetlane obok tych pochodzących z monitorów zwróconych na Ksana. Wystarczył rzut oka, by stwierdzić, że
nie ma między nimi żadnego związku. Niezależnie od tego, przez co
przechodziła Cara, Ksan nie był na to wystawiany razem z nią. A przynajmniej nie w widoczny sposób. I tak przepuszczała wszystko przez
algorytmy wyszukiwania dopasowań.
Nie była świadoma własnego westchnięcia, ale Fayez dotknął jej ramienia,
jakby to zrobiła.
- Słyszałaś o układzie Gerada?
Skinęła głową.
- Zmiana prędkości światła. Mroczni bogowie tłuką się na strychu. Mam
wrażenie, jakby działo się to coraz częściej.
- Potrzebujemy więcej punktów danych do porządnej analizy częstotliwości
- odparł. - Ale tak, tak się wydaje. Nie znoszę uczucia, że coś
olbrzymiego i gniewnego drapie po kątach rzeczywistości, próbując
znaleźć sposób na zabicie mnie.
- To jest straszne tylko dlatego, że jest prawdziwe.
Przeczesał włosy dłonią. Osiwiał, i gdy znajdowali się w nieważkości,
miał skłonność do wyglądania jak postać z kreskówki. Włosy Elvi też
zmierzały w stronę bieli, ale strzygła je na krótko. Głównie dlatego, że
nienawidziła płynu przeciwzmiażdżeniowego w pryczach przeciążeniowych do
bardzo dużych przyśpieszeń, a pozbycie się jego woni z dłuższych włosów
trwało wieczność.
- Skończyłaś przed czasem?
- Po synchronizacji z KWS pojawiła się jakaś niestabilność.
Tym razem to Fayez westchnął.
- Wolałbym, żeby tego tak nie nazywać. To diament, nie szmaragd.
- Wiem. Przepraszam.
- Zresztą, KWD jest śmieszniejszy - dodał, choć bez większego
zaangażowania.
Ich małżeństwo było rozległą tkanką wewnętrznych żartów, komicznych
kawałków, dzielonej ciekawości i wspólnej traumy. Budowali je wspólnym
życiem i wysiłkiem przez dziesięciolecia. Znała zmiany intonacji
sugerujące, że coś go interesowało i jak różniło się to od sytuacji, gdy
na coś się złościł. Kiedy próbował ją chronić, a kiedy zmagał się z czymś, co widział, ale nie potrafił zrozumieć.
- Co ci chodzi po głowie?
- Nie zauważyłaś synchronizacji?
- Jakiej synchronizacji?
Fayez ponownie wywołał ostatni zestaw danych. Z jednej strony mózg i ciało nastoletniej dziewczynki utrwalonej w tym wieku, gdy zginęła i została "naprawiona" przez technologię obcych. Z drugiej rozpraszanie
cząstek i rezonanse magnetyczne olbrzymiego kryształu, który - jeśli
mieli szczęście - przechowywał historię zamieszkującego galaktykę
gatunku, którego ślady prowadziły ich ku zagładzie. Palcami śledziła
podobieństwa. Fayez uniósł brwi, czekając, aż coś zauważy. Pokręciła
głową. Wskazał drobny wskaźnik z boku odczytu: przesunięcie korekcji ramki opóźnienia światła:
-0,985 s.
Zmarszczyła czoło.
- Jesteśmy zero dziewięćset osiemdziesiąt pięć sekundy świetlnej od
diamentu - wyjaśnił Fayez. - Na zgodnej orbicie wokół gwiazdy, nie
zbliżając się do niego, ani się od niego nie oddalając. Gdy ostatni raz
tego próbowaliśmy, Cara i diament wymieniali wiadomości w obie strony.
Sygnał i odpowiedź. Teraz śpiewają synchronicznie. Bez opóźnienia
światła.
Elvi poczuła implikacje przesuwające się przez jej umysł jak woda
spływająca strumieniem. Zawsze wiedzieli, że protomolekuła potrafiła
robić dziwne rzeczy z lokalnością, ale sądzili, że ma to związek ze
splątaniem kwantowym cząstek. Cara i KWS nie wymieniali żadnych cząstek,
o których by wiedziała, czyli ta pseudonatychmiastowa wymiana informacji
była czymś nowym. Jedna z fundamentalnych hipotez dotyczących
technologii protomolekuły właśnie otrzymała solidny cios.
Znaczyło to też, że ich sięganie do artefaktu sprawiło, że on sięgnął do
nich. Jej eksperyment działał.
Spodziewała się, że sukces nie będzie miał takiego posmaku strachu.
Podejmując pracę dla imperium lakońskiego, Elvi nie działała z wolnej
woli. Winston Duarte przejął władzę nad całą ludzkością z szybkością i bezwzględnością zarazy. Kiedy zaprosił ją do zajęcia kierowniczego
stanowiska w swoim dyrektoriacie naukowym, zgodziła się. I gdyby nie
konsekwencje odmowy, byłaby to jej wymarzona praca.
A potem plan Duarte, mający na celu konfrontację sił, które zniszczyły
cywilizację twórców pierścieni wrót, przyniósł niespodziewane skutki.
Duarte został przez nie okaleczony, a bezpośredni przełożony Elvi, Paolo
Cortazar, zmieniony w rzadką, śmierdzącą żelazem mgłę. Pragnąca pracy,
lecz nie pracodawcy, Elvi otrzymała awans na szefową lakońskiego
dyrektoriatu naukowego, z założeniem, że jej głównym zadaniem ma być
znalezienie sposobu na powstrzymanie ataków pozbawiających świadomości
ludzi, czasami w pojedynczych układach, czasami w całym imperium. Chyba
że jej głównym zadaniem było znalezienie sposobu na naprawienie
poplątanego umysłu Duarte. A może zapobieżenie dalszemu znikaniu statków
podczas przejścia między zwykłym wszechświatem a dziwnym węzłem
przestrzeni wrót.
Miała do dyspozycji niemal niewyczerpane zasoby imperium, przetrwanie
ludzkości na barkach i procedury badawcze tak gładkie, że komisja
bioetyczna odrzuciłaby je po samej lekturze spisu treści.
Musiała rozpracować sytuację na dwóch poziomach: pierwszym była
cywilizacja, która stworzyła protomolekułę i wrota, drugim były siły,
które ją zniszczyły. W najlepsze dni myślała o sobie jak o średniowiecznym mnichu starającym się zrozumieć świętych, by lepiej
dostrzec oblicze Boga. Częściej jednak czuła się jak mrówka próbująca
wyjaśnić, czym są psy, swoim towarzyszom Isoptera, żeby wspólnie mogli
poświęcić się rozważaniom na temat jazzu.
Rozumiała inżynierów protomolekuły i to, co ich zabiło, lepiej niż
ktokolwiek inny w całej ludzkości. Poza - jeśli to zadziała - Carą. I Ksanem.
***
- Czułam się, jakbym była we śnie - powiedziała Cara. - Tylko większym.
Wie pani, nie pamiętam, żebym smakowała rzeczy we śnie. To było
smakowanie i słyszenie rzeczy, i miałam wrażenie, jakby zmieniał się
kształt mojego ciała. To było... wszystkim.
- Niczego nie czułem - oświadczył Ksan. Wydawał się rozczarowany.
Początkowo Elvi prowadziła odprawy rodzeństwa osobno, rozmawiając
najpierw z Carą, a potem z Ksanem. Chodziło o to, że dzięki osobnym
rozmowom nie mogli wzajemnie wpływać na swoje raporty, ale rozdzielenie
wyraźnie stresowało rodzeństwo.
Teraz przyjmowała oboje w prywatnym laboratorium, gdzie unosili się w powietrzu, podczas gdy ona siedziała przy biurku i robiła notatki.
Wnętrze pomieszczenia przywodziło na myśl gabinet bogatego psychiatry:
ściany z wyściółką w kolorze jasnej trawy, pnącza w zagłębieniach z zasilaniem kapilarnym, niskie pulsowanie dedykowanego wymiennika
powietrza. Wszystko tu zaprojektowano tak, by od razu było wiadomo, że
korzystająca z gabinetu kobieta jest bardzo ważną osobą. Elvi
zdecydowanie go nie znosiła, ale nie miała dość energii, by zastanawiać
się nad powodami.
- Czy teraz było inaczej niż ostatnio? - zadała pytanie.
- Pojawiła się... Czkawka? Tak jakby w jednej chwili wszystko się
rozpadło, a kiedy wróciło, było jaśniejsze i bardziej rzeczywiste? Nie,
to nie jest dobre słowo. Ale może nie być na to właściwego.
- Jak porównałabyś to z doświadczeniem "biblioteki"? - zapytała Elvi.
Cara na chwilę dziwnie znieruchomiała, jak robili to czasem i ona, i Ksan. Elvi odczekała jeden oddech i dziewczyna odżyła.
- Biblioteka w ogóle nie jest sensoryczna. To po prostu wiedza o różnych
rzeczach. Ale to? To nie biblioteka, ale stamtąd pochodzą wszystkie
informacje. Jestem tego pewna.
Ksan wydał cichy dźwięk. Cara położyła mu dłoń na ramieniu i przyciągnęła go bliżej. Odruch naczelnych pocieszania przez przytulanie
nie został zmieniony przez przebycie lat świetlnych próżni w puszce z ceramiki, stali i koronki węglowej.
- Byłaś w stanie w ogóle wejść z tym w jakąś interakcję?
- Tak sądzę - potwierdziła Cara. - To znaczy nie rozumiałam, co robiłam,
ale chyba jestem w stanie do tego dojść. Dobrze się czuję. Jestem
gotowa, żeby znowu tam wejść.
obiekt wykazuje silne pragnienie powrotu do
interfejsu, spójne ze spadkiem poziomu dopaminy i serotoniny po eksperymencie, zapisała Elvi. uzależnienie?
- To dobrze - skomentowała. - Musimy przeprowadzić kilka ponownych
kalibracji, ale powinniśmy być gotowi do kolejnej próby za kilka zmian.
A przy okazji będę chciała zrobić wam skan albo dwa. Sprawdzić stan
wyjściowy.
- W porządku. - Carze prawie udało się ukryć zniecierpliwienie. - Jak
pani chce.
Ksan poruszył się nerwowo przy ramieniu siostry, wywołując lekki obrót
ich ciał.
- Jestem głodny.
- Możecie iść - odparła Elvi. - Ja muszę to jeszcze spisać, ale wy
powinniście coś zjeść i odpocząć. Niedługo do was dołączę.
Cara przytaknęła i przysunęła Ksana bliżej siebie.
- Dziękuję, pani doktor. - Wdzięcznym ruchem długiej nogi odepchnęła się
od biurka Elvi.
Dzieci - lub obiekty badawcze, hybrydy ludzi z obcymi lub dowolny inny
sposób, w jaki w danej chwili patrzyła na nie Elvi - zamknęły za sobą
drzwi. Kobieta przycisnęła dłonie do oczu, aż wykwitły w nich plamy
kolorów, i westchnęła. Jej ciało dygotało wyczerpaniem, podnieceniem i niepokojem. Czuła się tak, jakby wypiła za dużo kawy, a przecież wcale
jej nie dotykała.
Zapisała resztę obserwacji dotyczących Cary i Ksana oraz dołączyła do
raportu surowe dane. A potem zostało jej już tylko zarejestrować
podsumowanie. Przełączyła interfejs na dyktowanie i pozwoliła sobie
unosić się w pewnej odległości od biurka. Jej nogi pragnęły
rozprostowania, a zarazem skurczu. Zdarzało się tak czasami, od kiedy
zregenerowano jej tkankę w dziurze na udzie.
- Widzimy zdecydowany postęp - powiedziała, a słowa pojawiły się na
ekranie. - Wygląda na to, że potrójna relacja między katalizatorem
protomolekuły, świadomym obiektem i KWS... - Elvi skrzywiła się i kliknęła językiem o podniebienie, by skasować ostatnie słowo -
...przypuszczalnym rdzeniem danych obcych kończy się czymś, co nazywamy
protokołem nawiązywania połączenia. Martwię się, że główny obiekt i interfejs nie zostały dla siebie zaprojektowane, a interakcje między
nimi mogą być... - znowu kliknęła językiem - ...potencjalnie mogą mieć
szkodliwe skutki dla obu stron.
Otworzyły się drzwi do jej gabinetu i do środka wleciał Fayez. Uniosła
dłoń, prosząc o ciszę, więc zatrzymał się przy uchwycie. Poczekała na
zamknięcie drzwi i kontynuowała:
- Następna faza będzie polegać na potwierdzeniu już posiadanych przez
nas informacji. W szczególności zamierzam zadać obiektowi zestaw
prostych pytań dotyczących szczegółów z badań nad artefaktami i archeologii z kilku układów, do których w żaden rozsądny sposób nie
mogła mieć dostępu. Jeśli zdoła potwierdzić posiadane już przez nas
dane, pozwoli nam to pójść dalej z pewnym zaufaniem do wiarygodności
informacji, które uzyskamy na dalszym etapie. Jednak, ponieważ była w prywatnym laboratorium Cortazara, a nie wiemy, jakie procedury izolacji
informacji stosował względem obiektów, muszę bardzo uważać, dobierając
pytania. Żaden z obiektów nie wydaje się dotknięty przez wydarzenia w układzie Gedara. Tutejszy personel, włącznie ze mną, nie miał żadnych
przypadków utraty świadomości od czasu obejmującego wszystkie układy
ataku wiele miesięcy temu. Bez znajomości ograniczeń, jakim podlega
przeciwnik, mogę zinterpretować ograniczony zakres ataku w Gedarze jako
oznakę, że wciąż znajdują się w fazie eksperymentów, szukając
interakcji, które skutecznie nas wyłączą. Alternatywnym wyjaśnieniem
jest to, że nowe ataki wymagają większego wysiłku, którego przeciwnik
nie chce stosować. Albo po prostu nie mają jeszcze dość informacji, by
zinterpretować uzyskane wyniki, a ja niepotrzebnie strzępię sobie język.
Kliknęła językiem, by usunąć sarkastyczną uwagę na koniec, i zamknęła
raport. Zaczęła przeglądać tekst na ekranie, szukając błędów i literówek. Fayez przeniósł się do jej boku, spoglądając jej przez ramię
na ekran.
- Nie powiedziałaś "a jeśli szybko tego nie zrozumiemy, to zanim
dostaniemy odpowiedź, wrogowie odkryją, jak zdmuchnąć wszystkie nasze
umysły jak miliardy świeczek, i karaluchy będą musiały wyewoluować
dostatecznie, by przejąć kontrolę".
- Raczej mrówki, nie karaluchy - skomentowała Elvi. - Drapieżne
superorganizmy. Karaluchy to dla nich tylko ruchome źródło pożywienia.
- Widzę, że to przemyślałaś.
Skierowała kopie raportu do doktora Ochidy w dyrektoriacie naukowym na
Lakonii i prywatnie do admirała Antona Trejo, będącego obecnie kimś
najbliższym inteligencji sterującej lakońskim drapieżnym
superorganizmem.
Gdzieś na Jastrzębiu rozbłysła i zgasła wiązka kierunkowa, posyłając
światło do wzmacniaczy, które rozstawili za sobą, zakładając, że wciąż
są na miejscu i działają. Lecąca z szybkością światła informacja będzie
potrzebowała prawie godziny na osiągnięcie pierścienia wrót, potem
przedostanie się przez chaotyczną, wyniszczoną wojną i mało pewną sieć
łączności w przestrzeni wrót, aż dotrze do Trejo, choć nie miała
pojęcia, ile to zajmie.
Spakowała kolejną kopię raportu, oznaczyła do łatwego przechwycenia
przez podziemie i zaadresowała do Naomi Nagaty. Tę też wysłała.
- Któregoś dnia wpakuje nas to w kłopoty - skomentował Fayez.
- Już się w nie wpakowaliśmy.
- Tak, ale to rodzaj kłopotów, w których chcą nas zabić kosmiczne siły
spoza czasoprzestrzeni. Przesyłanie naszych danych do ruchu oporu to
kłopoty w rodzaju rozstrzelania za zdradę.
Elvi roześmiała się, choć gniewnie i z napięciem.
- To, co tu robimy, jest większe od polityki.
- Wiem - zapewnił. - Po prostu ciągle mam nadzieję, że politycy też to
zrozumieją.
Jakby w odpowiedzi jej system zadzwonił. Odebrał priorytetową wiadomość
z Lakonii. Tylko dla Elvi.
- Cholernie dziwne - rzucił Fayez. - Chcesz zostać sama?
- Nie - odpowiedziała. - Ale i tak lepiej będzie, jeśli wyjdziesz.
Włączyła odtwarzanie, gdy tylko zamknęły się za nim drzwi. Do kamery
nachylał się Kelly, osobisty pokojowy Winstona Duarte. Miał wąskie i sine wargi. Cokolwiek to było, wyglądało na złe wieści.
- Doktor Okoye. Zostałem upoważniony przez admirała Trejo do
poinformowania pani o kwestii bezpieczeństwa, która może mieć związek z pani pracą. Nastąpiła zmiana w stanie wysokiego konsula Duarte...
Rozdział piąty
Tanaka
Pancerz zwiadu lakońskiej piechoty zmechanizowanej, przyjaźnie nazywany
Stalkerem, był cudem inżynierii. Zbudowany do długotrwałych misji
zwiadowczych był lżejszy i szybszy od standardowych pancerzy
wspomaganych, a zamiast mnóstwa uzbrojenia pokrywały go czujniki i systemy śledzenia. Nie był przeznaczony do walki w pierwszym szeregu,
jego zadaniem było wniknięcie, wykrycie wroga i oznaczenie celów, a potem wymknięcie się z powrotem, nim sprawą zajmą się silnie uzbrojone
oddziały uderzeniowe. Małokalibrowe, szybkostrzelne działko Gatlinga na
prawym przedramieniu pancerza oznaczało, że Stalker mógł też
samodzielnie poradzić sobie z problemami, jeśli zaszła taka potrzeba.
Podczas wielu dziesięcioleci służby, najpierw w korpusie marines jako
członkini elitarnego batalionu zwiadu bojowego w bazie Hekate, później
jako oficer bojowa w nowo utworzonych lakońskich marines, Tanaka nosiła
chyba wszystkie modele dostępnych pancerzy bojowych. Stalker był jej
ulubionym. Długi i zgrabny, szybki jak chart i twardy jak orzech. Zawsze
uważała, że pancerz wyglądał jak mechaniczna wersja jej samej.
Ten, który miała teraz na sobie, był aktualnie pomalowany w lekkie
zielone cętki, ze zmieniającą kolory powierzchnią dostosowującą się do
lakońskiego lasu i krzewów rejestrowanych przez obejmującą całe
otoczenie optykę pancerza. Nie czyniło jej to niewidzialną, ale
oznaczało, że kamuflaż pancerza zawsze dostosowywał się do otoczenia. Na
plecach niosła dwa duże zestawy akumulatorów zapewniające jej
dziewięćdziesiąt godzin zasięgu. Działko załadowała mieszanką pocisków
wybuchowych i przeciwpancernych. Biegła przez las z łatwą do utrzymania
prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę, strasząc rozpierzchające
się przed nią zwierzęta. Nie miała powodu, by zachowywać ostrożność. O ile nie znajdzie tu samego wysokiego konsula, nic w okolicy nie
stanowiło dla niej zagrożenia.
Zadanie zaczęła od zapoznania się z niektórymi dokumentami i wcześniej
niedostępnymi dla niej informacjami.
Faktyczne dane dotyczące życia osobistego wysokiego konsula były bardzo
skromne, nawet pomimo przydzielonego jej statusu Omega. Jego
dokumentacja medyczna była niepełna i ogólnikowa. Przez lata udało mu
się zachować sporo prywatności dzięki temu, że po prostu nigdy nie
rejestrował danych. Dla odmiany wszyscy inni na Lakonii byli dobrze
udokumentowani. Wyciągnęła brudne rzeczy wysokiego konsula i zamknęła je
w pokoju z zestawem czujników swojego pancerza na czas przygotowania się
do wyprawy. Kiedy włożyła pancerz, zidentyfikował znaczniki chemiczne
wszystkich ludzi, którzy stykali się z tkaniną. I miała dane wszystkich,
oprócz jednego. Zwykły proces eliminacji oznaczał, że ten sygnał należał
do wysokiego konsula. Ujemna przestrzeń dla zwierzyny łownej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki