Upadek Lewiatana. Cykl Expanse. Tom 9 - James S.A. Corey

Kup ebooka

45.00 zł
38.25 zł (36,71 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Naj­pierw był czło­wiek nazy­wa­jący się Win­ston Duarte. A potem prze­stał być.

Ostat­nie chwile były zwy­czajne. Sie­dział na sofie w swoim gabi­ne­cie w sercu Budynku Rzą­do­wego. Ekran na biurku - z lakoń­skiego drzewa desz­czo­wego, o sło­jach jak w ska­łach osa­do­wych - wyświe­tlał tysiąc kon­ku­ru­ją­cych o jego uwagę rapor­tów. Zegar impe­rium powoli obra­cał try­bami, z każ­dym obro­tem koła czy­niąc mecha­nizm odro­binę gład­szym i pre­cy­zyj­niej­szym. Prze­glą­dał doty­czące bez­pie­czeń­stwa raporty z Aube­ronu, gdzie w reak­cji na prze­moc sepa­ra­ty­stów guber­na­tor zaczął rekru­to­wać miej­sco­wych do ukła­do­wych sił ochrony. Jego córka Teresa wybrała się na jedną z nie­le­gal­nych przy­gód poza teren budynku. Samotna natura wycie­czek, o któ­rych sądziła, że umy­kają czuj­nemu oku lakoń­skiej ochrony, była bar­dzo ważna dla jej roz­woju, a on trak­to­wał je nie tylko z łaska­wo­ścią, ale i z dumą. Dopiero nie­dawno powie­dział jej o zwią­za­nych z nią swo­ich pla­nach: miała do niego dołą­czyć jako druga pacjentka Paola Cor­ta­zara, by roz­sze­rzyć i pogłę­bić jej świa­do­mość podob­nie jak jego, zapew­nia­jąc życie może nie wieczne, ale przy­naj­mniej bar­dzo dłu­gie. Za sto lat wciąż będą prze­wo­dzić impe­rium ludz­ko­ści. Za tysiąc. Dzie­sięć tysięcy.

Jeśli.

Tutaj kryła się potworna pre­sja. Wszech­po­tężne "jeśli". Jeśli zwal­czy powszechne wśród ludzi samo­za­do­wo­le­nie. Jeśli prze­kona olbrzy­mią, nie­spójną masę ludz­ko­ści, że muszą pod­jąć dzia­ła­nia, by unik­nąć losu poprzed­ni­ków. Albo zro­bią, co będzie konieczne do zro­zu­mie­nia i poko­na­nia ciem­no­ści po trze­ciej stro­nie pier­ścieni wrót, albo zginą z jej ręki.

Eks­pe­ry­menty w ukła­dzie Tecoma były takie same jak wszel­kie kry­tyczne kroki w całych dzie­jach ludz­ko­ści, od kiedy tylko pierw­szy ssak posta­no­wił sta­nąć na tyl­nych nogach, by wysu­nąć głowę ponad trawę. Jeśli się uda, znowu wszystko zmieni. Wszystko zmie­niało wszystko, co było wcze­śniej. I była to naj­mniej zaska­ku­jąca rzecz w życiu.

W swo­ich ostat­nich chwi­lach się­gał po her­batę, ale dzięki jed­nemu z nowych zmy­słów otrzy­ma­nych od dok­tora Cor­ta­zara dostrzegł, że dzba­nek już wystygł. Świa­do­mość wibra­cji mole­ku­lar­nych była ana­lo­giem fizycz­nego uczu­cia cie­pła - reje­stro­wała tę samą mate­rialną rze­czy­wi­stość - ale zwy­kły ludzki zmysł był jak dziecko gra­jące na pisz­czałce w porów­na­niu z potężną, sym­fo­niczną świa­do­mo­ścią Duarte.

Nad­szedł ostatni moment.

W jed­nej chwili, mię­dzy decy­zją o wezwa­niu poko­jo­wego ze świe­żym dzban­kiem her­baty i się­gnię­ciem do przy­ci­sku inter­komu, umysł Win­stona Duarte został zdmuch­nięty jak stóg słomy w hura­ga­nie.

Był tam ból - mnó­stwo bólu - i strach. Ale nie został nikt, kto mógłby je czuć, więc szybko wyga­sły. Nie było świa­do­mo­ści, żad­nego wzoru, nikogo, kto mógłby myśleć myślami, które wzbie­rały i przy­ga­sały. Coś deli­kat­niej­szego - wdzięcz­niej­szego, bar­dziej wyszu­ka­nego - zgi­nę­łoby. Stru­mień nar­ra­cyjny uwa­ża­jący się za Win­stona Duarte został roze­rwany na strzępy, ale nie stało się tak z gosz­czą­cym go cia­łem. Deli­katne prze­pływy ener­gii w ciele wpa­dły w burzę nie­wi­docz­nych tur­bu­len­cji, która roze­rwała ich spój­ność. A potem, nie­zau­wa­żone przez nikogo, zaczęły powoli zwal­niać i się uspo­ka­jać.

Trzy­dzie­ści bilio­nów komó­rek jego ciała wciąż pobie­rało tlen ze zło­żo­nego płynu nazy­wa­nego krwią. Struk­tury będące neu­ro­nami odtwa­rzały powią­za­nia ze sobą, jak kum­ple od kie­li­cha w pod­świa­do­mej syn­chro­ni­za­cji razem uno­szący kufle. Było coś, czego nie było. Nie to co poprzed­nio, ale w pozo­sta­wio­nej pustej prze­strzeni zaczęło osia­dać coś nowego. Taniec, nie tan­cerz. Wir, nie woda. Nie osoba. Nie umysł. Ale coś.

Kiedy świa­do­mość wró­ciła, naj­pierw poja­wiła się w kolo­rach. Nie­bie­ski, choć bez słowa na nie­bie­skość. Potem czer­wień. Potem biel, która rów­nież coś zna­czyła. Frag­ment poję­cia. Śnieg.

Poja­wiła się radość i utrzy­mała się dłu­żej niż strach. Głę­bo­kie, pul­su­jące uczu­cie zachwytu nio­sło się bez niczego, co mogłoby je nieść. Wzory poja­wiały się i gasły, zbie­rały się i roz­pa­dały. Nie­liczne, które roz­pa­dały się wol­niej, cza­sami wcho­dziły w rela­cje ze sobą i nie­kiedy dzięki temu utrzy­my­wały się dłu­żej.

Jak dziecko powoli mapu­jące dotyk, wzrok i kine­ste­zję w coś, czego nie nazy­wano jesz­cze "stopą", strzępki świa­do­mo­ści doty­ka­jące świata zaczęły się for­mo­wać coś w rodzaju zro­zu­mie­nia. Coś poczuło wła­sną nie­mra­wość, bru­talną fizycz­ność wpy­cha­jącą che­mi­ka­lia w olbrzy­mie prze­strze­nie mię­dzy komór­kami. Czuło surowe, otwarte wibra­cje ota­cza­jące łączące światy pier­ście­nie wrót i myślało o nich jak o otar­ciach i wrzo­dach. Coś czuło. Coś myślało. Przy­po­mniało sobie, jak pamię­tać, a potem zapo­mniało.

Był jakiś powód, jakiś cel. Coś uza­sad­niało potwor­no­ści, by unik­nąć jesz­cze gor­szych. Zdra­dził swój naród. Spi­sko­wał prze­ciwko miliar­dom. Ska­zał na śmierć lojal­nych wzglę­dem sie­bie ludzi. Był powód. Przy­po­mniał go sobie. Zapo­mniał. Na nowo odkrył wspa­niały blask żółci i poświę­cił się czy­stemu doświad­cza­niu go.

Sły­szał głosy i sym­fo­nie. Odbie­rał je jak kwa­ka­nie. Zasko­czyło go odkry­cie ist­nie­nia i że to on. Było coś, co powi­nien zro­bić. Ura­to­wać ludz­kość. Coś nie­do­rzecz­nie wiel­kiego w tym stylu.

Zapo­mniał.

"Wróć. Tatu­siu, wróć do mnie".

Jak kiedy była nie­mow­lę­ciem i spała u jego boku, sku­pił się na niej z przy­zwy­cza­je­nia. Jego córka zakwi­liła, a on pod­niósł się, by nie musiała tego robić żona. Trzy­mała dłoń w jego dłoni. Coś powie­działa. Nie pamię­tał słów, więc cof­nął się w cza­sie do chwili, gdy je wypo­wia­dała. "Dok­tor Cor­ta­zar? On mnie zabije".

To nie wyda­wało się wła­ściwe. Nie wie­dział dla­czego. Burza w innym miej­scu była gło­śna i cicha, i gło­śna. To było powią­zane. Miał ich ura­to­wać przed czymś kry­ją­cym się w tej burzy, przed czymś, co było burzą. Albo przed ich wła­sną, zbyt ludzką naturą. Ale jego córka była tutaj i była inte­re­su­jąca. Widział cier­pie­nie prze­pły­wa­jące przez jej mózg, przez całe ciało. Ból w jej krwi roz­no­sił się wonią w powie­trzu wokół niej i chciał. Chciał ją uspo­koić, pocie­szyć. Chciał napra­wić wszystko, co było z nią nie tak. Jed­nakże dużo cie­kaw­sze było to, że pierw­szy raz chciał.

Dziwne wra­że­nie czu­cia takich rze­czy pobu­dziło jego uwagę i się roz­pro­szył. Trzy­mał jej dłoń i błą­dził. Kiedy wró­cił, wciąż trzy­mał jej dłoń, ale była kimś innym. "Musimy pana tylko zeska­no­wać, sir. To nie będzie bolało".

Przy­po­mniał sobie dok­tora Cor­ta­zara. "On mnie zabije". Ode­słał Cor­ta­zara, pcha­jąc puste miej­sca mię­dzy dro­bin­kami two­rzą­cymi jego fizyczny byt, a czło­wiek zawi­ro­wał jak pył. Pro­szę. Pro­blem roz­wią­zany. Wysi­łek zmę­czył go i spra­wił, że ciało zabo­lało. Pozwo­lił sobie odpły­nąć, choć zauwa­żył, że odpły­nął mniej. Jego układ ner­wowy został strza­skany, ale upar­cie się odtwa­rzał. Ciało upie­rało się, że nawet jeśli nie mógł ist­nieć, mógł ist­nieć. Podzi­wiał tę upartą odmowę pod­da­nia się śmierci, jakby to było coś nie­za­leż­nego od niego. Czy­sta bez­myśl­ność i fizyczny impuls par­cia dalej, deter­mi­na­cja każ­dej komórki do dal­szego funk­cjo­no­wa­nia, zatwar­działa potrzeba kon­ty­nu­acji egzy­sten­cji, która nawet nie wyma­gała woli. To wszystko coś zna­czyło. Było ważne. Musiał tylko przy­po­mnieć sobie jak. Miało to coś wspól­nego z jego córką. Miało jakiś zwią­zek z zapew­nie­niem jej bez­pie­czeń­stwa.

Przy­po­mniał sobie. Przy­po­mniał sobie bycie czło­wie­kiem kocha­ją­cym swoje dziecko, więc przy­po­mniał sobie bycie czło­wie­kiem. Co było liną sil­niej­szą niż ambi­cja, która zbu­do­wała impe­rium. Przy­po­mniał sobie, że uczy­nił się czymś innym niż czło­wiek. Czymś wię­cej. I zro­zu­miał, jak jego obca siła rów­nież go osła­biła. Jak pry­mi­tywna i nie­ape­tyczna glina ciała powstrzy­mała go przed ani­hi­la­cją. Miecz, który ściął miliardy anio­łów, tylko nie­znacz­nie prze­szko­dził naczel­nym w ich bań­kach metalu i powie­trza. A czło­wiek zwany Win­ston Duarte, w pół drogi mię­dzy anio­łem a małpą, został roz­bity, ale nie zabity. Odłamki odna­la­zły drogę powrotną.

Był też ktoś inny. Czło­wiek z wyschnię­tymi stru­mie­niami w umy­śle. Jesz­cze jeden zmie­niony czło­wiek. James Hol­den, wróg dzie­lący z nim wroga, jesz­cze zanim Win­ston Duarte został roz­bity, a dzięki roz­bi­ciu stał się.

Z nie­skoń­czo­nym wysił­kiem i sta­ra­niem ścią­gał nie­moż­liwy bez­miar i zło­żo­ność swo­jej świa­do­mo­ści w coraz mniej­szy obszar, sku­pia­jąc się w to, czym był. Nie­bie­ski wyblakł w kolor znany mu, gdy był czło­wie­kiem. Przy­ga­sło uczu­cie sza­le­ją­cej tuż po dru­giej stro­nie burzy, prze­mocy i zagro­że­nia. Poczuł cie­płe, pach­nące żela­zem mięso swo­jej dłoni, która niczego nie trzy­mała. Otwo­rzył oczy, zwró­cił się do ste­ro­wa­nia inter­ko­mem i otwo­rzył połą­cze­nie.

- Kelly - powie­dział. - Czy możesz przy­nieść mi świeży dzba­nek her­baty?

Cisza trwała kró­cej, niż można się było spo­dzie­wać, wziąw­szy pod uwagę oko­licz­no­ści.

- Tak jest, sir - odpo­wie­dział Kelly.

- Dzię­kuję. - Duarte się roz­łą­czył.

W jego gabi­ne­cie umiesz­czono łóżko medyczne z napo­wie­trza­nym mate­ra­cem pian­ko­wym zapo­bie­ga­ją­cym odle­ży­nom, ale sie­dział przy biurku, jakby ni­gdy go nie opusz­czał. Skon­tro­lo­wał swoje ciało, zauwa­ża­jąc jego sła­bość. Wychu­dze­nie mię­śni. Wstał, zaci­snął ręce za ple­cami i ruszył w stronę okna, by spraw­dzić, czy zdoła do niego dotrzeć. Zdo­łał.

Na zewnątrz padał lekki, stu­ka­jący w szyby deszcz. Na chod­ni­kach powsta­wały kałuże, a trawa była jasna i czy­sta. Się­gnął do Teresy i ją zna­lazł. Nie było jej w pobliżu, ale nie czuła się zagro­żona. Jakby znowu obser­wo­wał ją, jak włó­czy się po oko­licy, tylko tym razem bez sztucz­nych socze­wek kamer. Odczu­wał do niej wielką miłość i sła­bość. Oce­aniczną. Ale to nie było pilne. Naj­czyst­szym wyra­zem jego miło­ści była praca, więc zwró­cił się do niej, jakby to był każdy zwy­kły dzień.

Jak zawsze na początku każ­dego dnia Duarte wywo­łał pod­su­mo­wa­nie naj­waż­niej­szych infor­ma­cji. Zwy­kle miało jedną stronę, tym razem był to wielki tom. Prze­sor­to­wał kate­go­rie, wycią­ga­jąc wątki doty­czące sta­tusu ruchu przez prze­strzeń wrót.

Ujmu­jąc to łagod­nie, pod jego nie­obec­ność nie działo się naj­le­piej. Naukowe raporty z utraty sta­cji Medyna i Cyklona. Ana­lizy woj­skowe oblę­że­nia Lako­nii i utraty plat­form kon­struk­cyj­nych. Pod­su­mo­wa­nia wywia­dow­cze nasi­la­ją­cej się opo­zy­cji pośród sze­roko roz­pro­szo­nych ukła­dów zaję­tych przez ludz­kość i wysił­ków admi­rała Trejo mają­cych na celu utrzy­ma­nie impe­rium bez niego.

Nie­długo po śmierci jej mamy był taki moment, gdy Teresa posta­no­wiła zro­bić mu śnia­da­nie. Była młoda i tak nie­zdarna, zatem zawio­dła. Pamię­tał skórkę chleba z wielką stertą dżemu i kawał­kiem nie­sto­pio­nego masła na wierz­chu. Połą­cze­nie ambi­cji, uczu­cia i tra­gi­zmu było na swój spo­sób piękne. Był to rodzaj wspo­mnie­nia, które prze­trwało, bo miłość i zawsty­dze­nie tak dosko­nale do sie­bie paso­wały. Teraz było podob­nie.

W tej chwili dys­po­no­wał jasną świa­do­mo­ścią prze­strzeni wrót. Sły­szał jej echa w mate­rii rze­czy­wi­sto­ści, jakby przy­kła­dał ucho do pokładu statku, by poznać stan sil­nika. Furia wroga była teraz dla niego tak oczy­wi­sta, jakby mógł sły­szeć jego głos. Wrza­ski roz­dzie­ra­jące coś nie­bę­dą­cego powie­trzem w czymś, co nie było cza­sem.

- Admi­rale Trejo - ode­zwał się, a Anton drgnął.

***

To był piąty tydzień połą­czo­nego tournée pra­so­wego i ponow­nego pod­boju układu Sol. Sie­dział w swo­jej kabi­nie zmę­czony po całym dniu ści­ska­nia dłoni i roz­mów z lokal­nymi przy­wód­cami i urzęd­ni­kami. Był widoczną twa­rzą pra­wie oba­lo­nego impe­rium i pil­no­wał, by nikt nie zorien­to­wał się, jak bli­sko zna­leźli się utraty wszyst­kiego. Po dłu­gich tygo­dniach lotu z dużym cią­giem z Lako­nii było to wyczer­pu­jące. Pra­gnął jedy­nie moc­nego drinka i ośmiu godzin w łóżku. Albo dwu­dzie­stu. Zamiast tego pro­wa­dził roz­mowę wideo z sekre­ta­rzem gene­ral­nym Duche­tem i jego mar­sjań­skim odpo­wied­ni­kiem: obaj byli na Lunie, dosta­tecz­nie bli­sko, by opóź­nie­nie świa­tła nie prze­szka­dzało w roz­mo­wie. Poli­tycy kła­mali z sze­ro­kimi uśmie­chami, Trejo z rów­nie sze­ro­kim uśmie­chem gro­ził.

- Oczy­wi­ście rozu­miemy koniecz­ność jak naj­szyb­szego uru­cho­mie­nia stoczni orbi­tal­nych. Odbu­dowa naszej wspól­nej obrony jest klu­czowa - powie­dział Duchet. - Jed­nakże, bio­rąc pod uwagę bez­pra­wie, jakie zapa­no­wało po ostat­nim ataku na Lako­nię, naszym głów­nym prio­ry­te­tem jest zapew­nie­nie bez­pie­czeń­stwa tym pla­ców­kom. Potrze­bu­jemy jakiejś gwa­ran­cji, że pań­skie okręty będą w sta­nie ochro­nić te cenne aktywa. Nie chcemy malo­wać na sobie wiel­kich tarcz, do któ­rych będzie mogło strze­lać pod­zie­mie.

Wła­śnie sko­pali wam tyłek, znisz­czyli fabryki i stra­ci­li­ście dwa naj­po­tęż­niej­sze okręty bojowe, a teraz sta­ra­cie się utrzy­mać impe­rium w cało­ści. Czy macie dość jed­no­stek, by zmu­sić nas do pracy dla was?

- To prawda, że odnie­śli­śmy pewne straty - Trejo prze­cią­gał słowa, jak robił to cza­sem w gnie­wie. - Ale nie ma powodu do nie­po­koju. Mamy wię­cej, niż trzeba, nisz­czy­cieli klasy Pul­sar, by zapew­nić pełne bez­pie­czeń­stwo w ukła­dzie Sol.

Wła­śnie pod­bi­łem was na nowo z dwiema dzie­siąt­kami tych okrę­tów i mam od groma wię­cej takich, które mogę tu ścią­gnąć, jeśli będzie potrzeba, więc, do cho­lery, rób­cie, co wam każę.

- Miło mi to sły­szeć - odpo­wie­dział mar­sjań­ski pre­mier. - Pro­szę prze­ka­zać wyso­kiemu kon­su­lowi, że doło­żymy wszel­kich sta­rań, by dotrzy­mać har­mo­no­gramu pro­duk­cji.

Pro­szę nie robić nalo­tów dywa­no­wych na nasze mia­sta.

- Prze­każę mu - zapew­nił Trejo. - Wysoki kon­sul bar­dzo sobie ceni wasze wspar­cie i lojal­ność.

Duarte to śli­niący się idiota, ale jeśli dacie mi okręty do utrzy­ma­nia impe­rium w cało­ści, nie będę musiał nisz­czyć waszych cho­ler­nych pla­net i może wszy­scy wygramy.

Trejo zamknął połą­cze­nie i odchy­lił się na krze­śle. Wzy­wała go cze­ka­jąca w szafce butelka whi­sky, choć łóżko było dużo gło­śniej­sze. Nie miał czasu na żadne z nich. Pod­zie­mie wciąż spra­wiało kło­poty w tysiąc trzy­stu ukła­dach gwiezd­nych. A to tylko ludzki pro­blem. Do tego docho­dziły wrota i coś w nich, co cią­gle wyłą­czało ludz­kie umy­sły w całych ukła­dach jed­no­cze­śnie i szu­kało spo­so­bów na znisz­cze­nie ludz­ko­ści.

Nie ma spo­czynku dla nik­czem­nych. Ani pokoju dla pra­wych.

- Połącz mnie z przed­sta­wi­cie­lem Sto­wa­rzy­sze­nia Świa­tów w ukła­dzie Sol. Nie pamię­tam jej nazwi­ska - powie­dział. Usły­szał go tylko sta­tek.

ŁĄCZĘ, bły­snęło na ekra­nie.

Czas na kolejne kłam­stwa z uśmie­chem. Kolejne zawo­alo­wane groźby. Wię­cej - użył tego słowa jak prze­kleń­stwa - dyplo­ma­cji.

- Admi­rale Trejo - roz­legł się głos za jego ple­cami.

Był zna­jomy, ale tak nie­spo­dzie­wany, że jego umysł miał pro­blem z przy­pi­sa­niem go do osoby. Na moment opa­dło go irra­cjo­nalne prze­ko­na­nie, że to jego adiu­tant sie­dział przez cały czas ukryty w tym pokoju i dopiero teraz posta­no­wił się ujaw­nić.

- Anton. - Teraz głos był niż­szy i pobrzmie­wał w nim przy­ja­ciel­ski ton.

Trejo odwró­cił się na krze­śle twa­rzą do pokoju. Koło łóżka stał Win­ston Duarte, z rękami zło­żo­nymi za ple­cami. Miał na sobie luźną koszulę, czarne spodnie i był boso. Włosy miał zmierz­wione, jakby dopiero przed chwilą się obu­dził. I wyglą­dał, jakby fak­tycz­nie tam był.

- Alarm bez­pie­czeń­stwa - rzu­cił Trejo. - Ten pokój. Pełna kon­trola.

Duarte zro­bił zbo­lałą minę.

- Anton - powtó­rzył.

Sta­tek w ciągu mili­se­kund prze­świe­tlił każdy mili­metr jego kabiny, szu­ka­jąc kogo­kol­wiek lub cze­go­kol­wiek, czego nie powinno tam być. Ekran zgło­sił, że w pomiesz­cze­niu nie ma żad­nych urzą­dzeń pod­słu­cho­wych, nie­bez­piecz­nych che­mi­ka­liów ani nie­au­to­ry­zo­wa­nej tech­no­lo­gii. Był jedyną osobą w środku. Sta­tek zapy­tał, czy chce wezwać uzbro­jony per­so­nel.

- Czy mam udar? - zapy­tał zjawę.

- Nie - zapew­nił Duarte. - Choć pew­nie powi­nie­neś tro­chę wię­cej sypiać. - Duch w jego pokoju nie­mal prze­pra­sza­jąco wzru­szył ramio­nami. - Słu­chaj, Anton. Zro­bi­łeś wszystko, o co mógł­bym cię pro­sić, by utrzy­mać impe­rium w cało­ści. Czy­ta­łem raporty. Wiem, jak trudna była ta praca.

- Cie­bie tu nie ma - oświad­czył Trejo, wspie­ra­jąc się na jedy­nej moż­li­wej rze­czy­wi­sto­ści wobec kłamstw zgła­sza­nych mu przez zmy­sły.

- Zna­cze­nie słowa "tutaj" stało się dla mnie dziw­nie ela­styczne - zgo­dził się Duarte. - I choć bar­dzo doce­niam twoją pracę, możesz teraz odpo­cząć.

- Nie, to jesz­cze nie koniec. Ja wciąż wal­czę, by utrzy­mać impe­rium w cało­ści.

- I naprawdę to doce­niam. Bar­dzo. Ale wybra­li­śmy nie­wła­ściwą drogę. Potrze­buję tro­chę spo­koju, żeby to sobie prze­my­śleć, i teraz wszystko widzę wyraź­niej. Wszystko będzie dobrze.

Potrzeba usły­sze­nia tych słów - uwie­rze­nia w nie - zalała Trejo jak powódź. Uczu­cie było potęż­niej­sze, niż gdy pierw­szy raz poca­ło­wała go kochanka.

Duarte pokrę­cił głową z roz­ba­wio­nym i melan­cho­lij­nym uśmie­chem.

- Stwo­rzy­li­śmy razem impe­rium obej­mu­jące galak­tykę. Kto by pomy­ślał, że mie­li­śmy zbyt cia­sną wizję?

Obraz, złu­dze­nie, pro­jek­cja... Cokol­wiek to było, znik­nęło nagle jak pomi­nięta klatka w fil­mie.

- Ożeż kurwa! - rzu­cił w pustkę Trejo. Na ekra­nie jego biurka wciąż bły­skał alarm bez­pie­czeń­stwa. Ude­rzył dło­nią w przy­cisk łącz­no­ści.

- Sir - zare­ago­wał ofi­cer dyżurny. - Mamy aktywny alarm z pań­skiej kajuty. Czy chce pan...?

- Macie pięć minut na przy­go­to­wa­nie mak­sy­mal­nego ciągu do wrót.

- Sir?

- Włą­czyć alarm - rzu­cił Trejo. - I umieść­cie wszyst­kich na pry­czach. Musimy wró­cić na Lako­nię. Natych­miast.

Rozdział pierwszy

Jim

- Namie­rzył nas - powie­dział Aleks. Zro­bił to lek­kim, nie­mal śpiew­nym gło­sem, zna­czą­cym, że jego zda­niem było już po nich.

Sie­dzący na mostku z mapą tak­tyczną układu Kro­nosa na ekra­nie i ser­cem biją­cym w przy­śpie­szo­nym tem­pie Jim pró­bo­wał się z nim nie zgo­dzić.

- To, że puka, nie zna­czy, że wie, kto sie­dzi w domu. Zacho­wujmy się dalej tak, jak się zacho­wu­jemy.

Rosy­nant uda­wał mały frach­to­wiec, klasę stat­ków, któ­rych w ukła­dzie Kro­nosa było cał­kiem sporo. Naomi prze­stro­iła Epste­ina do nie­opty­mal­nego dzia­ła­nia aku­rat na tyle, by zmie­nić cha­rak­te­ry­stykę ich sil­nika bez gene­ro­wa­nia zbyt dużej ilo­ści reszt­ko­wego cie­pła. Zestaw dodat­ko­wych płyt przy­spa­wa­nych do kadłuba w stoczni ruchu oporu w ukła­dzie Har­risa zmie­nił ich syl­wetkę, a strużka cie­kłego wodoru pom­po­wa­nego powoli przez górną część statku zmie­niała ich pro­fil ter­miczny. Gdy Naomi oma­wiała z nim plan kamu­flażu, wyda­wał się wszech­stronny. Nie­stety przy groź­bie prze­mocy Jim czuł się nagi.

Fre­gata prze­ciw­nika nazy­wała się Czarna kania. Choć mniej­sza od nisz­czy­cieli klasy Burza, i tak była dobrze uzbro­jona i dys­po­no­wała samo­na­pra­wia­ją­cym się kadłu­bem, dzięki któ­remu lakoń­skie statki były trudne do znisz­cze­nia. Sta­no­wiła ele­ment grupy prze­szu­ku­ją­cej wszyst­kie zamiesz­kane układy za Teresą Duarte, zbie­głą córką wyso­kiego kon­sula Win­stona Duarte, dzie­dziczką impe­rium i, chwi­lowo, prak­ty­kantką mecha­nika na Rosy­nan­cie.

Nie był to pierw­szy raz, gdy fre­gata poja­wiła się w oko­licy.

- Robią coś wię­cej? - zapy­tał Jim.

- Tylko sygnał z lidaru - odpo­wie­dział Aleks. - Myślisz, że powi­nie­nem roz­grzać pukawkę, tak na wszelki wypa­dek?

"Tak, zróbmy to", chciał już powie­dzieć Jim, gdy zamiast niego odpo­wie­działa Naomi.

- Nie. Są dowody na to, że ich czuj­niki naj­now­szej gene­ra­cji mogą roz­po­zna­wać kon­den­sa­tory dział szy­no­wych.

- To nie­spra­wie­dliwe - sko­men­to­wał Jim. - To, co załoga robi z kon­den­sa­to­rem swo­jego działa szy­no­wego w pry­wat­no­ści wła­snego statku, nie powinno nikogo obcho­dzić.

W gło­sie Naomi usły­szał uśmiech.

- Choć zga­dzam się co do zasady, zostawmy broń wyłą­czoną do czasu, aż będzie potrzebna.

- Potwier­dzam - rzu­cił Aleks.

- Wciąż żad­nego dal­szego kon­taktu? - zapy­tał Jim, choć miał dostęp do tych samych dzien­ni­ków co Aleks.

- Żad­nej łącz­no­ści.

Kro­nos nie był do końca mar­twym ukła­dem. Tutej­sza gwiazda była duża i szybko się spa­lała. Kie­dyś w jej eko­stre­fie znaj­do­wała się życio­dajna pla­neta - przy­naj­mniej miała dość życia, by pro­to­mo­le­kuła zdo­łała prze­jąć bio­masę potrzebną do zbu­do­wa­nia pier­ście­nia wrót. Jed­nakże w dziw­nych tysiąc­le­ciach, jakie upły­nęły od ich powsta­nia do odkry­cia przez ludz­kość, eko­strefa się prze­mie­ściła. Ory­gi­nalna pla­neta z miej­sco­wym życiem nie została jesz­cze do końca pochło­nięta przez gwiazdę, ale jej oce­any wygo­to­wały się w pustkę i odle­ciały razem z atmos­ferą. Jedyne miej­scowe życie w ukła­dzie Kro­nosa tliło się na mokrym księ­życu zewnętrz­nego gazo­wego olbrzyma, ale skła­dało się w zasa­dzie wyłącz­nie z zaja­dle ze sobą kon­ku­ru­ją­cych połaci ple­śni wiel­ko­ści kon­ty­nen­tów.

Ze strony ludz­ko­ści w ukła­dzie miesz­kało około dzie­się­ciu tysięcy gór­ni­ków roz­pro­szo­nych mię­dzy trzy­dzie­ści dwa aktywne ośrodki. Kor­po­ra­cje, spon­so­ro­wane przez rządy grupy inte­re­sów, nie­za­leżni skocz­ko­wie skalni i bluź­nier­cze prawne hybrydy ich wszyst­kich zbie­rały pal­lad z boga­tych w niego aste­roid i wysy­łały go do każ­dego, kto wciąż budo­wał wymien­niki powie­trza lub pra­co­wał przy pro­jek­tach ter­ra­for­ma­cji.

Czyli do każ­dego.

W daw­nych cza­sach Kro­nos znaj­do­wał się na zadu­piu Związku Trans­por­to­wego, potem na zadu­piu Impe­rium Lakoń­skiego, a teraz nikt tak na prawdę nie wie­dział, czym był. W całej sieci wrót były setki podob­nych mu ukła­dów: miej­sca jesz­cze nie­zdolne do samo­dziel­nego utrzy­ma­nia się lub wcale tego nie­pla­nu­jące, sku­pione raczej na wyko­pa­niu sobie wła­snej eko­no­micz­nej niszy niż two­rze­niu jakiejś szer­szej koali­cji. W tego typu ukła­dach pod­zie­mie zwy­kle mogło ukry­wać i napra­wiać swoje statki, pla­nu­jąc, co robić dalej. Na mapie tak­tycz­nej wokół gniew­nej gwiazdy niczym pyłki na wio­snę wiro­wały aste­ro­idy ozna­czone orbi­tami, pozio­mem zba­da­nia, skła­dem i sta­nem praw­nym. Statki dzie­siąt­kami sku­piały się w oko­li­cach ośrod­ków wydo­byw­czych i pomia­ro­wych, a do tego cał­kiem sporo leciało samot­nie mię­dzy pla­ców­kami lub z misją zebra­nia wody na masę odrzu­tową i osłonę prze­ciw pro­mie­nio­wa­niu.

Czarna kania prze­le­ciała przez wrota trzy dni wcze­śniej, stor­pe­do­wała prze­kaź­nik radiowy ruchu oporu na powierzchni wrót, a potem utrzy­my­wała łagodny ciąg, by pozo­stać w miej­scu jak bram­karz przed pre­ten­sjo­nal­nym noc­nym klu­bem. Pier­ście­nie wrót nie tyle orbi­to­wały wokół gwiazd, ile utrzy­my­wały się w sta­łej pozy­cji, jakby zawie­szono je na hakach w próżni. Co nie było ich naj­dziw­niej­szą cechą. Jim pozwo­lił sobie na nadzieję, że znisz­cze­nie pod­ziem­nego prze­kaź­nika okaże się całym dzia­ła­niem Kani. Że wróg zakoń­czy swój akt drob­nego wan­da­li­zmu i odpie­przy się, żeby odciąć meta­fo­ryczne druty tele­grafu w jakimś innym ukła­dzie.

Został, ska­nu­jąc układ. Szu­ka­jąc ich. Szu­ka­jąc Teresy.

I Naomi, prak­tycz­nej przy­wód­czyni pod­zie­mia. Oraz jego.

Na ekra­nie łącz­no­ści poja­wiła się zie­lona kon­tro­lka nad­cho­dzą­cej trans­mi­sji i Jima ści­snęło w żołądku. Przy obec­nej odle­gło­ści bitwa nie nade­szłaby jesz­cze przez wiele godzin, ale ude­rze­nie adre­na­liny zadzia­łało, jakby ktoś wystrze­lił z pisto­letu. Strach był tak silny i prze­możny, że nie dostrzegł niczego dziw­nego.

- Trans­mi­sja sze­ro­ko­pa­smowa - zauwa­żył Aleks przez inter­kom z pokładu wyżej. - Dziwne, że to nie wiązka kie­run­kowa... Chyba nie mówi do nas.

Jim otwo­rzył kanał.

W gło­sie kobiety pobrzmie­wał pozba­wiony emo­cji for­ma­lizm, będący odpo­wied­ni­kiem akcentu lakoń­skich sił zbroj­nych.

- ...dzia­ła­nie ofen­sywne i sto­sow­nie potrak­to­wana. Wia­do­mość będzie powta­rzana. Mówi Czarna kania do zare­je­stro­wa­nego frach­towca Nie­trwały zbiór. Z roz­kazu lakoń­skich sił zbroj­nych wyłącz­cie sil­nik i przy­go­tuj­cie się do wej­ścia na pokład i inspek­cji. Odmowa wyko­na­nia pole­ce­nia zosta­nie uznana za dzia­ła­nie ofen­sywne i sto­sow­nie potrak­to­wana. Wia­do­mość będzie powta­rzana...

Jim prze­fil­tro­wał mapę tak­tyczną. Nie­trwały zbiór znaj­do­wał się około trzy­dzie­stu stopni w stronę kie­runku obrotu wzglę­dem Rosa i leciał w kie­runku roz­le­głego, gniew­nego słońca. Jeśli ode­brali wia­do­mość, jesz­cze nie wyko­nali pole­ce­nia.

- Czy to jeden z naszych? - zapy­tał Jim.

- Nie - odpo­wie­działa Naomi. - Jest opi­sany jako wła­sność Davida Cal-ras­siego z Bara Gaon. Nic o nim nie wiem.

Przy aktu­al­nym opóź­nie­niu świa­tła powinni byli ode­brać roz­kazy Czar­nej kani dzie­sięć minut wcze­śniej niż Rosy­nant. Jim wyobra­ził sobie jakieś inne załogi pani­ku­jące z powodu ode­bra­nia nie­chcia­nej wia­do­mo­ści. Cokol­wiek się teraz sta­nie, Rosy­nant przy­naj­mniej na razie zszedł z celow­nika. Chciałby móc poczuć tro­chę głęb­szą ulgę.

Jim odpiął się od pry­czy prze­cią­że­nio­wej i odwró­cił. Łoży­ska zasy­czały, prze­su­wa­jąc się pod jego masą.

- Idę na chwilę do kam­buza - rzu­cił.

- Mi też przy­nieś kawę - popro­sił Aleks.

- O nie, nie kawę. Może tro­chę rumianku albo cie­płego mleka. Potrze­buję cze­goś łago­dzą­cego i nie­agre­syw­nego.

- Brzmi nie­źle - sko­men­to­wał Aleks. - Ale kiedy zmie­nisz zda­nie i weź­miesz kawę, to weź też jedną dla mnie.

W win­dzie Jim oparł się o ścianę i cze­kał, by jego serce prze­stało sza­leć. Tak wła­śnie zaczy­nały się ataki serca, prawda? Puls przy­śpie­sza­jący coraz bar­dziej i bar­dziej, aż pękało coś klu­czo­wego. Pew­nie nie miał racji, ale tak wła­śnie się czuł. I to cały czas.

Było już lepiej. Łatwiej. Auto­ma­tyczny lekarz był w sta­nie nad­zo­ro­wać odrasta­nie bra­ku­ją­cych zębów. Poza upo­ko­rze­niem wyni­ka­ją­cym z koniecz­no­ści mem­ła­nia dzią­słami jak nie­mowlę to poszło cał­kiem dobrze. Kosz­mary były już jego sta­rymi zna­jo­mymi. Zaczęły się jesz­cze na Lako­nii, gdy wciąż był więź­niem wyso­kiego kon­sula Duarte. Spo­dzie­wał się, że po uwol­nie­niu zaczną wyga­sać, ale tak naprawdę się nasi­lały. Naj­now­szą wer­sją było bycie pogrze­ba­nym żyw­cem, choć czę­ściej kosz­mary pole­gały na uko­cha­nej oso­bie mor­do­wa­nej w sąsied­nim pokoju, pod­czas gdy on nie potra­fił wpi­sać kodu do zamka dość szybko, bo ją ura­to­wać. Albo miał pod skórą paso­żyta i pró­bo­wał zna­leźć spo­sób na wycię­cie go. Albo lakoń­scy straż­nicy przy­cho­dzili go bić i znowu wybi­jali mu zęby. Jak w rze­czy­wi­sto­ści.

Z dru­giej strony przy­naj­mniej z reper­tu­aru wypa­dły stare sny o zapo­mnie­niu ubra­nia się albo nie­przy­go­to­wa­niu się do testu. Jego dziw­nie mściwe życie senne nie było jedy­nym złem.

Wciąż zda­rzały się dni, gdy nie potra­fił się pozbyć poczu­cia zagro­że­nia. Cza­sami frag­ment jego umy­słu uty­kał w nie­uza­sad­nio­nej i irra­cjo­nal­nej pew­no­ści, że grupa tor­tu­ru­ją­cych go Lakoń­czy­ków za chwilę znowu go odnaj­dzie. Kiedy indziej bywał to mniej irra­cjo­nalny lęk przed rze­czami poza wro­tami. Przed apo­ka­lipsą, która znisz­czyła twór­ców pro­to­mo­le­kuły i szu­kała spo­sobu na znisz­cze­nie ludz­ko­ści.

Jeśli spoj­rzeć na to z tej per­spek­tywy, może to nie on był zepsu­tym ele­men­tem rów­na­nia. Może szer­sza sytu­acja była na tyle zła, że obja­wem sza­leń­stwa byłoby czu­cie się całym i przy zdro­wych zmy­słach, jak czło­wiek sprzed uwię­zie­nia przez Lakoń­czy­ków. Mimo wszystko wolałby móc odróż­nić, czy fale drże­nia były efek­tem rezo­nansu roz­stro­jo­nego sil­nika, czy wzbu­dzały się tylko w nim.

Winda się zatrzy­mała i wyszedł z niej, zwra­ca­jąc się w stronę kam­buza. Ciche, ryt­miczne ude­rze­nia psiego ogona o pokład zdra­dziły mu, że była tam już Teresa i Piż­mak. Zastał też Amosa - czar­no­okiego, sza­ro­skó­rego i przy­wró­co­nego z mar­twych - sie­dzą­cego przy stole ze swoim zwy­kłym, nic nie­zna­czą­cym uśmie­chem. Jim nie widział, jak zastrze­lono go na Lako­nii, ale wie­dział o dro­nach, które zabrały czę­ści ludz­kiego ciała i połą­czyły je na nowo. Naomi wciąż nie potra­fiła zde­cy­do­wać, czy to coś, co nazy­wało się Amo­sem, wciąż było mecha­ni­kiem, z któ­rym latali przez tak wiele lat, czy też stało się obcym mecha­ni­zmem, który tylko uwa­żał się za Amosa, bo zro­biono go z jego ciała i mózgu. Jim uznał, że nawet jeśli wyglą­dał ina­czej, nawet jeśli cza­sem wie­dział rze­czy będące okru­chami sta­ro­żyt­nego świata obcych, Amos był Amo­sem. Nie miał dość ener­gii na zby­ciu, by zasta­na­wiać się nad tym jakoś głę­biej.

Zresztą pies go lubił. Co nie było dosko­na­łym wyznacz­ni­kiem, ale może naj­mniej niedosko­na­łym.

Sie­dząca przy sto­pach Teresy Piż­mak popa­trzyła na Jima z nadzieją i znowu zaczęła ude­rzać ogo­nem o pokład.

- Nie mam kieł­ba­ski - powie­dział Jim, patrząc w brą­zowe oczy. - Będą ci musiały wystar­czyć chrupki, jak pozo­sta­łym.

- Roz­pu­ści­łeś ją - sko­men­to­wała Teresa. - Ni­gdy nie pozwoli ci o tym zapo­mnieć.

- Jeśli pójdę do nieba, niech to będzie zasługą roz­pusz­cza­nia psów i dzieci - odparł Jim i ruszył do auto­matu. Odru­chowo wystu­kał bańkę kawy, a potem, uświa­da­mia­jąc sobie, co zro­bił, dodał drugą dla Aleksa.

Teresa Duarte wzru­szyła ramio­nami i zwró­ciła uwagę z powro­tem na tubę grzy­bów, aro­ma­tów i błon­nika tra­wien­nego, które skła­dały się na jej śnia­da­nie. Włosy ścią­gnęła w ciemny kucyk, a na jej ustach ryso­wał się trwale gosz­czący tam lekki gry­mas, który musiał być jakimś efek­tem budowy jej ciała albo cha­rak­teru. Jim obser­wo­wał, jak w Budynku Rzą­do­wym na Lako­nii wyra­sta z wiel­bio­nego dziecka na zbun­to­waną nasto­latkę. Miała teraz pięt­na­ście lat i otrzeź­wia­jąco dzia­łało na niego przy­po­mnie­nie sobie, kim sam był w jej wieku: ciem­no­wło­sym chłop­cem z Mon­tany bez żad­nych szcze­gól­nych ambi­cji poza świa­do­mo­ścią, że jeśli nie trafi się nic innego, będzie mógł wstą­pić do floty. Teresa wyda­wała się star­sza od Jima w jej wieku, zarówno mając więk­szą wie­dzę o świe­cie, jak i wię­cej gniewu na niego. Może te rze­czy były ze sobą powią­zane.

Kiedy był więź­niem jej ojca, bała się go. Teraz, gdy miesz­kała na statku Jima, strach chyba wypa­ro­wał. Wtedy był jej wro­giem, ale wcale nie miał pew­no­ści, że wła­śnie prze­szedł do kate­go­rii przy­ja­ciół. Emo­cjo­nalna zło­żo­ność nasto­latki dora­sta­ją­cej w izo­la­cji była zapewne dużo więk­sza, niż kie­dy­kol­wiek mógłby zro­zu­mieć.

Auto­mat skoń­czył dozo­wa­nie baniek dla niego i Aleksa, więc Jim wziął je, doce­nia­jąc cie­pło w dło­niach. Drże­nie już pra­wie prze­szło, a gorycz kawy zadzia­łała bar­dziej uspo­ka­ja­jąco, niż mogła to zro­bić her­bata.

- Nie­długo będziemy potrze­bo­wali uzu­peł­nie­nia zapa­sów - ode­zwał się Amos.

- Naprawdę?

- Wody mamy dość, ale przy­da­łoby się uzu­peł­nić peletki pali­wowe. A wymien­niki nie dzia­łają już tak dobrze jak kie­dyś.

- Bar­dzo jest źle?

- Wystar­czy nam na jesz­cze kilka tygo­dni - odparł Amos.

Jim kiw­nął głową. Jego pierw­szym odru­chem było odło­żyć to jako pro­blem na inny dzień, ale to nie było dobre podej­ście. "Pie­przyć, jeśli to nie pro­blem na teraz" było rodza­jem myśle­nia kry­zy­so­wego i jeśli nie zdoła się z niego otrzą­snąć, dopro­wa­dzi to tylko do kry­zysu nieco póź­niej.

- Poroz­ma­wiam z Naomi - stwier­dził. - Coś wymy­ślimy.

Zakła­da­jąc, że nie znajdą nas Lakoń­czycy. Zakła­da­jąc, że nie zabiją nas istoty we wro­tach. Zakła­da­jąc, że zanim będzie to miało zna­cze­nie, nie zabije nas żadna z tysiąca innych kata­strof, o któ­rych nawet nie pomy­śla­łem.

Napił się jesz­cze tro­chę kawy.

- Jak się trzy­masz, kapi­ta­nie? - zapy­tał Amos. - Wyda­jesz się tro­chę ner­wowy.

- W porządku - rzu­cił Jim. - Po pro­stu ukry­wam pod lek­kim humo­rem nie­mal nie­ustanną panikę, jak każdy.

Amosa dopa­dła chwila bez­ru­chu - jedna z cha­rak­te­ry­stycz­nych cech jego nowej osoby - a potem uśmiech­nął się tro­chę sze­rzej.

- To w porządku.

Przez inter­kom statku ode­zwał się Aleks.

- Mamy coś.

- Coś dobrego?

- Coś - powie­dział Aleks. - Nie­trwały zbiór wła­śnie wyrzu­cił jakie­goś rodzaju płyn i zaczął ucie­kać peł­nym cią­giem w stronę dużej sta­cji han­dlo­wej w zewnętrz­nym Pasie.

- Potwier­dzam - odpo­wie­działa Naomi, rów­nież przez inter­kom, z nowym, twar­dym spo­ko­jem, który Jim zaczął w duchu okre­ślać gło­sem koman­dor Nagaty. - Fak­tycz­nie.

- A Czarna kania? - zapy­tał Jim, patrząc na ścianę.

Przez chwilę pano­wała cisza, a potem odpo­wie­dział Aleks.

- Wygląda na to, że lecą za nimi.

- Odda­lają się od pier­ście­nia wrót?

- Ow­szem - potwier­dził Aleks z bar­dzo wyraźną satys­fak­cją w gło­sie.

Jim poczuł falę ulgi, ale nie trwała zbyt długo. Od razu zaczął się zasta­na­wiać nad spo­so­bami, na jakie mogła to być pułapka. Jeśli Ros za szybko ruszy w stronę pier­ście­nia, ścią­gnie to na nich uwagę. Nawet jeśli zdo­łają umknąć Czar­nej kani, kolejna lakoń­ska jed­nostka może ryzy­ko­wać, cza­jąc się w prze­strzeni wrót, gotowa na prze­chwy­ce­nie jed­no­stek ucie­ka­ją­cych z układu.

- Czemu ucie­kają? - zapy­tała Teresa. - Chyba nie spo­dzie­wają się, że uda im się wymknąć, prawda? Bo to byłoby głu­pie.

- Nie pró­bują ura­to­wać statku - wyja­śnił Amos. Mówił takim samym cier­pli­wym, nie­mal filo­zo­ficz­nym tonem, jakiego uży­wał pod­czas wyja­śnia­nia, jak wyko­nać dobry spaw w nie­waż­ko­ści albo spraw­dzić uszczelkę rury. Był to głos nauczy­ciela prze­pro­wa­dza­ją­cego ucznia przez lek­cję doty­czącą spo­sobu dzia­ła­nia świata. - Cokol­wiek mieli na tym statku, co wku­rzy­łoby Lako­nię, nie zdo­ła­liby tego ukryć. Nie w ukła­dzie tak mało zalud­nio­nym jak ten. Nie ma też mowy, żeby wymknęli się, zmie­nia­jąc trans­pon­der, więc ich sta­tek już prze­padł. Sta­cja han­dlowa jest na tyle duża, że może im się udać wypro­wa­dzić załogę i roz­mie­ścić ją pota­jem­nie na innych jed­nost­kach, albo uda­wać, że cały czas byli na sta­cji.

- Ucie­kają tam, gdzie mogą się ukryć - powie­działa Teresa.

- A im więk­szą będą mieli prze­wagę na star­cie, tym więk­sza szansa, że uda im się ukryć - potwier­dził Amos.

To mogli­śmy być my, pomy­ślał Jim. Gdyby Czarna kania uznała, że wyglą­damy tro­chę bar­dziej podej­rza­nie od Nie­trwa­łego zbioru, to my poświę­ca­li­by­śmy Rosa w nadziei, że uda się nam gdzieś scho­wać.

Tylko że to nie było prawdą. W ukła­dzie Kro­nosa ani ni­gdzie indziej nie było takiego miej­sca, któ­rego Lako­nia by nie prze­szu­kała. Ich naj­więk­szą szansą było ukry­wa­nie się na widoku, bo plan B ozna­czał prze­moc.

Nie sądził, żeby powie­dział coś na głos albo żeby wydał jakiś dźwięk zdra­dza­jący jego wewnętrzny nie­po­kój, ale może to zro­bił, bo Teresa popa­trzyła na niego z wyra­zem twa­rzy gdzieś w pół drogi mię­dzy iry­ta­cją a współ­czu­ciem.

- Wiesz, że nie pozwolę im was skrzyw­dzić.

- Wiem, że spró­bu­jesz - odparł Jim.

- Wciąż jestem córką wyso­kiego kon­sula - przy­po­mniała. - I w prze­szło­ści wycią­ga­łam was z kło­po­tów.

- Nie zamie­rzam pole­gać na tej sztuczce. - Jim odpo­wie­dział ostrzej, niż zamie­rzał.

Piż­mak poru­szyła się i dźwi­gnęła na nogi, po czym z nie­po­ko­jem popa­trzyła na Jima, Teresę i z powro­tem. Spoj­rze­nie Teresy stward­niało.

- Wydaje mi się, że kapi­tan chce powie­dzieć, że uży­cie cie­bie jako tar­czy nie jest czymś, co mu wewnętrz­nie odpo­wiada - wtrą­cił się Amos. - Nie, że ty byś tego nie zro­biła, bo już tak było. Ale ludzie z pal­cem na spu­ście tej broni? Nie znamy ich, mogą nie być bar­dzo solidni, i im mniej będziemy musieli na nich pole­gać, tym lepiej.

Teresa na­dal marsz­czyła czoło, ale sła­biej.

- Tak - potwier­dził Jim. - To było dużo bar­dziej elo­kwentne.

- Cza­sami mi to wycho­dzi - stwier­dził Amos, i mógł to być żart, ale nie musiał. - Mamy przy­go­to­wać sta­tek do szyb­kiego startu? Masy odrzu­to­wej wystar­czy nam na przy­zwo­ity ciąg.

- Myśla­łem, że potrze­bu­jemy pele­tek pali­wo­wych.

- Potrze­bu­jemy, ale możemy je zużyć na wydo­sta­nie się z Kro­nosa, dodać wodę do listy zaku­pów i uznać, że jest w porządku. Tak naprawdę czyn­ni­kiem ogra­ni­cza­ją­cym będą wymien­niki.

Myśli cią­gnęły moc­niej od cią­że­nia. Włą­czyć sil­nik, skie­ro­wać dziób w stronę pier­ście­nia wrót i wynieść się stąd w cho­lerę, zanim wróg zdoła ich zła­pać. Jim świa­do­mym wysił­kiem polu­zo­wał dło­nie zaci­śnięte na bań­kach.

- Naomi. Co o tym myślisz?

Chwila ciszy.

- Prze­pra­szam, nie słu­cha­łam. Jak brzmiało pyta­nie?

- Czy powin­ni­śmy przy­go­to­wać Rosa do sza­lo­nej ucieczki stąd? Mogli­by­śmy zwiać, gdy tylko Czarna kania tro­chę bar­dziej się roz­pę­dzi.

- Nie - odpo­wie­działa, czego się spo­dzie­wał. - Nie ziden­ty­fi­ko­wali nas, ale jeśli ruszymy za szybko, nabiorą podej­rzeń. Lepiej wyglą­dać na zwy­kłych gapiów. Aleks? Wykreśl lot na spo­tka­nie z Bia­łym dębem. To ten duży lodow­co­wiec przy dru­gim gazo­wym olbrzy­mie.

- Mam go - potwier­dził Aleks.

Amos poru­szył się na ławce.

- Kapi­ta­nie?

- Wszystko w porządku.

- Jeśli będziemy musieli ucie­kać, uciek­niemy - ode­zwała się Naomi.

Zawsze musimy ucie­kać. Już ni­gdy nie odpocznę, pomy­ślał Jim. Ale uznał, że nie warto tego mówić na głos.

Rozdział drugi

Tanaka

Aliana wci­snęła przy­cisk na wapo­ry­za­to­rze i zacią­gnęła się głę­boko.

Mgiełka sma­ko­wała wani­lią i wypeł­niła jej płuca jak miękka cie­pła chmura. Niko­tyna i tetra­hy­dro­kan­na­bi­nol zmie­szane z odro­biną cze­goś bar­dziej egzo­tycz­nego. Cze­goś, co zmie­niało sen­ność THC na bar­dzo jaskrawą świa­do­mość oto­cze­nia. Zasłony w oknach były zacią­gnięte, ale świa­tło na ich brze­gach zmie­niało dro­binki kurzu w tęczę iskier. Poru­szyła jedną nogą, a jedwabne okry­cie pogła­skało ją niczym tysiąc maleń­kich kochan­ków.

Tri­stan spał obok niej, z musku­lar­nymi poślad­kami przy­ci­śnię­tymi do jej bio­dra. Pochra­py­wał łagod­nie, cza­sami drga­jąc przy tym i wzdy­cha­jąc. Aliana zda­wała sobie sprawę, że uznaje dźwięk za uro­czy i słodki, bo była na haju i krótko po sek­sie. Gdy tylko chra­pa­nie zacznie ją iry­to­wać, Tri­stan prze­sta­nie być tu mile widziany.

Według niej były tylko dwa spo­soby na pro­spe­ro­wa­nie w sztyw­nym, auto­ry­tar­nym reżi­mie. Pierw­szy, po który się­gała więk­szość ludzi, pole­gał na sta­niu się tym, czego ocze­ki­wała od nich wła­dza. Mars chciał lojal­nych żoł­nie­rzy, więc pro­du­ko­wali ich, jakby dru­ko­wali czę­ści do maszyn. Wie­działa, bo była na tyle stara, by być jedną z nich. Widziała, jak jej kohorta pró­bo­wała wydu­sić lub wymę­czyć ze zbio­ro­wych dusz wszystko, co nie było dosta­tecz­nie mar­sjań­skie, i cza­sami im się to uda­wało.

Drugi spo­sób prze­trwa­nia pole­gał na posia­da­niu tajem­nic. Cie­sze­niu się z wła­dzy wyglą­da­nia na kogoś, pod­czas gdy naprawdę było się kimś innym. I sta­niu się w tym dobrą. Było to rodza­jem per­wer­sji sek­su­al­nej, nawet gdy nie wią­zało się z pie­prze­niem z młod­szymi ofi­ce­rami. Dresz­czyk świa­do­mo­ści, że jedno nie­wła­ściwe słowo lub nie­ocze­ki­wana pomyłka mogły dopro­wa­dzić do kuli w tył głowy, był dla niej waż­niej­szy od fak­tycz­nego seksu.

Libe­ralne, otwarte spo­łe­czeń­stwo, w któ­rym mogłaby robić to samo bez obawy o kon­se­kwen­cje, dopro­wa­dzi­łoby ją do sza­leń­stwa. Od samego początku uwiel­biała bycie czę­ścią lakoń­skiego eks­pe­ry­mentu, ponie­waż wizja Duarte - naj­pierw naj­cięż­sza zbrod­nia prze­ciwko Mar­sowi, potem utrzy­mu­jące się nie­ustanne zagro­że­nie - pod­sy­cała jej per­wer­sje. Nie czuła z tego powodu wstydu. Wie­działa, kim jest.

- Obudź się - powie­działa, naci­ska­jąc pal­cami plecy mło­dego męż­czy­zny.

- Śpię - wymam­ro­tał Tri­stan.

- Wiem. A teraz się obudź. - Znowu go dźgnęła. Spę­dzała dzie­sięć godzin tygo­dniowo na bok­sie i zapa­sach. Gdy usztyw­niła palce, robiły się jak sta­lowe pręty.

- Do dia­ska - rzu­cił Tri­stan, a potem prze­to­czył się na drugi bok. Posłał jej roze­spany uśmiech. Jego zmierz­wione blond włosy i gładko ogo­lona twarz z głę­bo­kimi dołecz­kami nada­wały mu wygląd che­ru­bina z kla­sycz­nego obrazu. Jed­nego z putto Rafa­ela.

Aliana jesz­cze raz zacią­gnęła się dymem z wapo­ry­za­tora i pod­su­nęła go męż­czyź­nie. Pokrę­cił głową.

- Czemu mnie obu­dzi­łaś?

Prze­cią­gnęła się z lubo­ścią pod miękką pościelą, z dłu­gim cia­łem led­wie miesz­czą­cym się na nie­ma­łym łóżku.

- Jestem naćpana. Chcę się pie­przyć.

Tri­stan padł na plecy z teatral­nym wes­tchnię­ciem.

- Pra­wie nie zostały mi żadne płyny, Allie.

- To idź po szklankę wody, weź tabletkę z solami i wra­caj do łóżka.

- Tak jest, puł­kow­niku - odpo­wie­dział ze śmie­chem Tri­stan.

Śmiech zmie­nił się w ostry krzyk bólu, gdy prze­to­czyła się na niego i gwał­tow­nie opa­dła mu na brzuch, kost­kami i stopą zacze­pia­jąc się o brzegi łóżka, a dłońmi chwy­ta­jąc jego nad­garstki. Popa­trzył na nią z dołu zasko­czony, a potem, sądząc, że to wstęp do seksu, zaczął się opie­rać. Jego ręce i klatka pier­siowa były ład­nie umię­śnione, ale mięk­kie, bar­dziej jak u zdro­wego nasto­latka niż męż­czy­zny dobrze po dwu­dzie­stce. Jej ręce były szczu­płe i żyla­ste, z mię­śniami bie­gaczki dłu­go­dy­stan­so­wej, przez nie­ustanny wysi­łek spro­wa­dzone do samej esen­cji, mocne jak sta­lowe sprę­żyny. Gdy spró­bo­wał się poru­szyć, z łatwo­ścią pchnęła go z powro­tem, ści­ska­jąc dłońmi, aż kości w jego nad­garst­kach strze­liły, i krzyk­nął.

- Allie, ty... - zaczął, ale ści­snęła jesz­cze raz i zamilkł. Była zła i wresz­cie to zoba­czył. Podo­bało jej się, że się zło­ści. Podo­bało jej się, że to widzi.

- W tym pokoju jestem Aliana. A ty Tri­stan - powie­działa powoli, pil­nu­jąc, by dzia­ła­nie nar­ko­tyku nie znie­kształ­ciło jej słów. - Za tymi drzwiami jesteś kapra­lem Reevsem, a ja puł­kow­nik Tanaką. Tych dwóch kwe­stii nie powinno się mylić.

- Wiem - odpo­wie­dział Tri­stan. - Tylko żar­to­wa­łem.

- Żad­nego żar­to­wa­nia. Żad­nych dow­ci­pów. Żad­nych pomy­łek. Jeśli popeł­nisz błąd, jeśli zapo­mnisz o sztyw­nej dys­cy­pli­nie, która pozwala na ist­nie­nie tego tutaj, w naj­lep­szym razie zostanę zwol­niona dys­cy­pli­nar­nie.

- Ni­gdy bym nie...

- A tobie... - Aliana kon­ty­nu­owała, jakby się nie ode­zwał - ...nie spodoba się wer­sja mnie, która wtedy po cie­bie przyj­dzie.

Patrzyła na Tri­stana przez chwilę wyzy­wa­jąco, cze­ka­jąc, aż jego nagły strach zmieni się w zro­zu­mie­nie. Potem puściła nad­garstki męż­czy­zny i z powro­tem poło­żyła się po swo­jej stro­nie łóżka.

- Mnie też przy­nieś tro­chę wody, dobrze?

Tri­stan nie odpo­wie­dział, tylko wstał i wyszedł z pokoju. Aliana przy­glą­dała się mu, cie­sząc się z widoku napię­tych ud i poślad­ków oraz łagod­nego trój­kąta ple­ców i ramion. Był bar­dzo, bar­dzo ładny. Będzie go jej bra­ko­wać, gdy ich rela­cja nie­uchron­nie dobie­gnie końca. Zawsze dotąd tak było, to sta­no­wiło ele­ment przy­jem­no­ści.

Po krót­kiej chwili Tri­stan wró­cił, nio­sąc dwie szklanki z wodą. Zatrzy­mał się przy łóżku z nie­pew­nym wyra­zem twa­rzy. Aliana pokle­pała pościel obok sie­bie.

- Prze­pra­szam, że cię skrzyw­dzi­łam - powie­działa.

- Nic nie szko­dzi - odparł, a potem podał jej szklankę i usiadł. - Prze­pra­szam za mój błąd. Wciąż chcesz się pie­przyć?

- Za chwilę.

Jakiś czas oboje powoli pili wodę.

- Zoba­czę cię jesz­cze? - zapy­tał w końcu.

Aliana poczuła satys­fak­cję z tonu nadziei w jego gło­sie.

- Tym razem powin­nam być na Lako­nii tro­chę dłu­żej - odpo­wie­działa. - I chcę się znowu z tobą spo­tkać. Po pro­stu musimy bar­dzo uwa­żać.

- Rozu­miem - zapew­nił.

Wie­działa, że mówi szcze­rze. Lubiła, gdy jej zabawki były dużo młod­sze i zna­cząco niż­szego stop­nia. Dzięki temu wszystko sta­wało się dużo prost­sze. Z dru­giej strony nie tra­ciła czasu na głu­pich męż­czyzn.

Po uga­sze­niu pra­gnie­nia cie­pło z jej płuc w bar­dzo przy­jemny spo­sób roze­szło się na brzuch. Poło­żyła dłoń na udzie Tri­stana.

- Chyba powin­ni­śmy...

Zadzwo­nił ter­mi­nal leżący na szafce noc­nej. Usta­wiła go na nie­prze­szka­dza­nie, co zna­czyło, że zda­niem urzą­dze­nia połą­cze­nie przy­cho­dzące było dość ważne, by zigno­ro­wać jej życze­nie. Miała je od dość dawna i dobrze je prze­szko­liła, więc pew­nie się nie myliło. Pod­nio­sła ter­mi­nal, by spraw­dzić połą­cze­nie. Dzwo­niono z Budynku Rzą­do­wego. Ode­brała bez obrazu.

- Mówi puł­kow­nik Tanaka.

Tri­stan zsu­nął się z łóżka i się­gnął po spodnie.

- Dzień dobry, pani puł­kow­nik. Mówi porucz­nik San­chez z działu pla­no­wa­nia i logi­styki. Za dwie godziny ma pani odprawę w Budynku Rzą­do­wym.

- Pierw­sze sły­szę - odparła, się­ga­jąc do szafki noc­nej i leków trzeź­wią­cych. - Może mi pan podać temat?

- Przy­kro mi, puł­kow­niku, ale nie mam do niego dostępu. Do listy uczest­ni­ków została pani dodana przez admi­rała Milana.

Koniec zabawy.

***

Kiedy dotarła do Budynku Rzą­do­wego, padał lekki deszcz. Drobne kro­pelki spra­wiały, że chod­nik był ciemny i lśniący. Niska góra tuż za tere­nem kom­pleksu wyglą­dała jak coś z antycz­nych drze­wo­ry­tów ukiyo-e. Yoshi­to­shi albo Hiro­shige. Cze­kał na nią attaché z dyrek­to­riatu nauko­wego z para­solką i kub­kiem kawy. Nie przy­jęła ani jed­nego, ani dru­giego.

Tanaka znała roz­kład Budynku Rzą­do­wego. Więk­szość zadań wyko­ny­wała w tere­nie, ale miała dość zna­jo­mych i powią­zań zawo­do­wych pośród naj­wyż­szych rang wła­dzy, by czę­sto odwie­dzać to miej­sce pod­czas poby­tów w sto­licy. Nie była tu od czasu oblę­że­nia Lako­nii, znisz­cze­nia plat­form kon­struk­cyj­nych i może porwa­nia, może auto­eman­cy­pa­cji Teresy Duarte. Fizycz­nie wiele się tu nie zmie­niło. Lany beton był rów­nie mocny jak zawsze, cięte kwiaty w wazo­nach rów­nie świeże. Straż­nicy w odpra­so­wa­nych na kant mun­du­rach byli pewni i spo­kojni. A jed­nak wszystko wyda­wało się kru­che.

Attaché zapro­wa­dził ją do biura, w któ­rym już bywała. Żółte ściany z lokal­nego drewna z nie­bie­skim her­bem Lako­nii, do tego dwie skromne sofy. Admi­rał Milan - peł­niący obo­wiązki naczel­nego dowódcy pod­czas odosob­nie­nia wyso­kiego kon­sula i pod nie­obec­ność admi­rała Trejo, prze­by­wa­ją­cego w ukła­dzie Sol - sie­dział przy wiel­kim biurku. Był masyw­nym męż­czy­zną, z sze­roką twa­rzą i krótko ścię­tymi siwie­ją­cymi wło­sami. A przy tym twar­dym sta­rym mary­na­rzem z Marsa, nie­zno­szą­cym bzdur i łatwo wybu­cha­ją­cym gnie­wem. Tanaka nie­zwy­kle go lubiła.

Przy jed­nej z sof stał porucz­nik z insy­gniami wywiadu na stan­dar­do­wym nie­bie­skim mun­du­rze lakoń­skiej floty, a obok niego sie­dział dok­tor Ochida z dyrek­to­riatu nauko­wego, ze sple­cio­nymi pal­cami dłoni spo­czy­wa­ją­cych na kola­nie. Przez chwilę pano­wała nie­zręczna cisza.

Pierw­szy ode­zwał się admi­rał Milan.

- Tro­chę nam się tu prze­cią­gnęło, puł­kow­niku. Pro­szę usiąść, zaraz skoń­czymy.

- Tak, sir - odpo­wie­działa Tanaka i usia­dła na dru­giej sofie.

Admi­rał popa­trzył na sto­ją­cego porucz­nika - Ros­sifa, sądząc po pla­kietce na mun­du­rze - i mach­nął pal­cem w powie­trzu. "Mów dalej".

- Układ Gedara. Popu­la­cja tro­chę poni­żej dwu­stu tysięcy. Duże ilo­ści surow­ców roz­sz­cze­pial­nych w gór­nych war­stwach sko­rupy, więc już od kilku lat pró­bo­wali roz­krę­cić głę­bo­kie wydo­by­cie. Rol­nic­two ist­nieje, ale są jesz­cze o dzie­sięć lat od samo­wy­star­czal­no­ści.

- A inge­ren­cja? - zapy­tał Milan.

- Dwa­dzie­ścia trzy minuty, jede­na­ście sekund - odpo­wie­dział Ros­sif. - Cał­ko­wita utrata świa­do­mo­ści. Tro­chę przy­pad­ko­wych ofiar śmier­tel­nych, nieco uszko­dzeń infra­struk­tury. Głów­nie ludzie roz­bi­ja­jący pojazdy lub spa­da­jący z róż­nych rze­czy. A według reje­strów kilka sekund przed inge­ren­cją przez wrota prze­le­ciały dwa nie­pla­no­wane cięż­kie frach­towce i oba zagi­nęły.

Dr Ochida odchrząk­nął.

- Tym razem wyda­rzyło się tam coś dziw­nego.

- Coś dziw­niej­szego niż wyłą­cze­nie wszyst­kich mózgów na dwa­dzie­ścia minut? - zapy­tał Milan.

- Tak, admi­rale - potwier­dził Ochida. - Prze­gląd danych z urzą­dzeń pod­czas zda­rze­nia wyka­zał, że doszło rów­nież do innej utraty czasu.

- Pro­szę wyja­śnić.

- W skró­cie: świa­tło leciało szyb­ciej - oświad­czył Ochida.

Admi­rał Milan podra­pał się po szyi.

- Czy słowo "wyja­śnić" zmie­niło ostat­nio zna­cze­nie i nikt mi o tym nie powie­dział?

Tanaka stłu­miła śmiech.

- Mówiąc w uprosz­cze­niu, pręd­kość świa­tła jest funk­cją pod­sta­wo­wych wła­ści­wo­ści wszech­świata. Można to nazwać... naj­więk­szą szyb­ko­ścią, z jaką przy­czy­no­wość może prze­miesz­czać się w próżni - wyja­śnił Ochida. - Przez dwa­dzie­ścia parę minut w ukła­dzie Gedara natura cza­so­prze­strzeni zmie­niła się w spo­sób, który zmie­nił pręd­kość świa­tła. Spra­wiła, że leciało szyb­ciej. Opóź­nie­nie świa­tła ze stat­ków przy pier­ście­niu Gedary do pla­nety wyno­siło wtedy nie­całe czter­dzie­ści minut. Zapisy ze zda­rze­nia wska­zują, że pod­czas inge­ren­cji ten czas zmniej­szył się o pra­wie cztery tysiące nano­se­kund.

- Cztery tysiące nano­se­kund - powtó­rzył Milan.

- Natura cza­so­prze­strzeni zmie­niła się w tym ukła­dzie na dwa­dzie­ścia minut - powtó­rzył Ochida. Wyraź­nie cze­kał na reak­cję, któ­rej nie otrzy­mał. Wyglą­dał na zawie­dzio­nego.

- No cóż - rzu­cił Mialn. - Zde­cy­do­wa­nie będę musiał się nad tym zasta­no­wić. Dzię­kuję za raport, porucz­niku. Dok­to­rze. Może­cie odejść. Pani zostaje, puł­kow­niku.

- Tak jest, sir - odpo­wie­działa Tanaka.

Gdy gabi­net opu­sto­szał, Milan opadł na opar­cie fotela.

- Coś do picia? Mam wodę, kawę, bour­bon i jakieś gów­niane her­batki zio­łowe pite przez obu moich mężów, które sma­kują jak siano.

- Czy jestem w aktyw­nej służ­bie?

- Nie sądzę, żeby musiała się pani przej­mo­wać łama­niem zasad, jeśli o tym pani myśli.

- W takim razie bour­bon brzmi nie­źle, sir - odpo­wie­działa Tanaka.

Admi­rał Milan spę­dził minutę, grze­biąc w biurku, a potem wycią­gnął z niego rżniętą krysz­ta­łową szkla­neczkę wypeł­nioną na dwa palce dym­no­brą­zo­wym pły­nem.

- Pań­skie zdro­wie - powie­działa Tanaka i wypiła odro­binę.

- No dobrze. - Milan usiadł z pod­świa­do­mym sap­nię­ciem sta­rego czło­wieka z mnó­stwem zuży­tych sta­wów. - Co pani zda­niem zna­czy to gówno z pręd­ko­ścią świa­tła?

- Nie mam poję­cia, sir. Jestem od strze­la­nia, nie od nauki.

- I dla­tego zawsze panią lubi­łem - odpo­wie­dział, a potem odchy­lił się na fotelu, spla­ta­jąc palce. Tym razem cisza była inna i Tanaka nie miała pew­no­ści, co ozna­cza. - To tak tylko mię­dzy nami, jak stary mary­narz do dru­giego... Czy jest coś, co chcia­łaby mi pani powie­dzieć?

Poczuła zastrzyk adre­na­liny, ale nie oka­zała tego. Miała zbyt dużo doświad­cze­nia w oszu­ki­wa­niu.

- Nie wiem, o czym pan mówi.

Prze­krzy­wił głowę i wes­tchnął.

- Ja też nie. Cała ta sprawa jest dla mnie cho­ler­nie tajem­ni­cza. A nie jestem już tak dobry w prze­ły­ka­niu cie­ka­wo­ści, jak byłem za młodu.

- Wciąż szcze­rze nie mam poję­cia, o czym roz­ma­wiamy. Czy ktoś miał mi powie­dzieć, czemu mnie pan do sie­bie wezwał?

- To nie ja panią wezwa­łem. Zro­bił to Trejo, każąc mi odwa­lić na pani rzecz tro­chę papier­ko­wej roboty.

Wycią­gnął z szu­flady czer­woną tek­tu­rową teczkę ze srebrną wstążką i podał ją jej. Wyda­wała się tak nie na miej­scu, że Tanaka poczuła się, jakby wrę­czono jej gli­nianą tabliczkę. Szybko wypiła resztę bour­bona i wzięła teczkę. Była lżej­sza, niż się spo­dzie­wała, a wstążka łatwo się roz­wią­zała. Wewnątrz zoba­czyła arkusz per­ga­minu z trzema war­stwami zabez­pie­czeń, z obwo­dami wery­fi­ka­cyj­nymi odci­na­ją­cymi się jak koronka. Było tam jej zdję­cie, pro­fil, imię i nazwi­sko, sto­pień oraz numery iden­ty­fi­ka­cyjne. Oraz krótki aka­pit z lakoń­skiego dyrek­to­riatu wywiadu, przy­dzie­la­jący jej sta­tus Omega na oso­bi­ste pole­ce­nie biura wyso­kiego kon­sula.

Nie byłaby bar­dziej zasko­czona, gdyby zoba­czyła na biurku odciętą głowę.

- To... - zaczęła.

- To nie żart. Admi­rał Trejo pole­cił, by prze­ka­zać pani klu­cze do kró­le­stwa. Ma pani wła­dzę odwo­łać lub zmie­nić wszyst­kie pro­wa­dzone dzia­ła­nia. Ma pani dostęp do wszyst­kich infor­ma­cji, nie­za­leż­nie od ich kla­sy­fi­ka­cji bez­pie­czeń­stwa. Wol­ność od potę­pie­nia i zarzu­tów na czas tego przy­działu. Słodki zestaw. Naprawdę twier­dzi pani, że nie wie, o co tu cho­dzi?

- Zakła­dam, że mam jakieś zada­nie?

- Zapewne, ale nie mam upo­waż­nie­nia, by je poznać. Pro­szę zostać na miej­scu, sam tra­fię do wyj­ścia.

Gdy admi­rał Milan zamknął za sobą drzwi, sys­tem biu­rowy zaczął odtwa­rzać na ekra­nie ścien­nym nagraną wia­do­mość. Poja­wił się tam admi­rał Trejo. Znała go chyba naj­dłu­żej ze wszyst­kich żyją­cych. Jego oczy wciąż miały nie­zwy­kłą zie­loną barwę, choć teraz pod nimi poja­wiły się sińce. Włosy mu rze­dły, a skóra nabrała nie­zdro­wego, wosko­wa­tego wyglądu. Spra­wiał wra­że­nie udrę­czo­nego.

- Puł­kow­nik Tanaka - zaczął. - Zwra­cam się do pani z misją o klu­czo­wym zada­niu dla impe­rium. W tej chwili mam prze­rwę od dużego przy­śpie­sze­nia w locie z układu Sol i gdyby mogło to pocze­kać do mojego powrotu na Lako­nię, przed­sta­wił­bym pani sprawę oso­bi­ście. Nie­stety nie może, więc będzie musiało wystar­czyć nagra­nie.

Popa­trzyła na swoją szkla­neczkę po bour­bo­nie. Była pusta, a butelka stała led­wie metr dalej, ale nagle stra­ciła wszelką ochotę na alko­hol. Poczuła, jak wyostrza się jej uwaga.

- Jestem pewien, że podob­nie jak wszy­scy inni w impe­rium zasta­na­wia się pani, co wła­ści­wie wysoki kon­sul robi w swoim odosob­nie­niu. Jak pro­wa­dzi walkę prze­ciwko siłom, które grożą nam z wnę­trza wrót. Wiem, że poja­wiły się spe­ku­la­cje suge­ru­jące, że został w jakiś spo­sób ranny lub obez­wład­niony. Zatem cał­kiem szcze­rze muszę pani wyznać, że gdy odla­ty­wa­łem do układu Sol, wysoki kon­sul był śli­nią­cym się kre­ty­nem z uszko­dzo­nym mózgiem, który nie potra­fił samo­dziel­nie jeść ani pode­trzeć sobie tyłka. Jest w takim sta­nie od czasu ataku, który znisz­czył Cyklona i sta­cję Medyna.

Tanaka głę­boko wcią­gnęła powie­trze i wypu­ściła je przez zęby.

- Dok­tor Cor­ta­zar zna­cząco zmie­nił bio­lo­gię wyso­kiego kon­sula, sto­su­jąc zmo­dy­fi­ko­wane tech­no­lo­gie pro­to­mo­le­kuły. Dało to wyso­kiemu kon­su­lowi pewne... zdol­no­ści, które nie zostały w pełni udo­ku­men­to­wane ani zba­dane przed śmier­cią dok­tora Cor­ta­zara. Któ­rego zresztą zabił sam Duarte. Mach­nął ręką i roz­ma­zał sza­lo­nego gnoja po poło­wie pokoju. Ni­gdy nie widzia­łem cze­goś takiego. W tej chwili jedyne osoby, które o tym wie­dzą, to pani, ja, dok­tor Okoye z dyrek­to­riatu nauko­wego oraz Teresa Duarte, która ucie­kła z siłami sztur­mo­wymi pod­zie­mia po tym, jak znisz­czyli nasze doki. Czyli zapewne wie­dzą wszy­scy pie­przeni wro­go­wie. Przy takich infor­ma­cjach wpro­wa­dza­ją­cych zro­zu­mie pani, jak wiel­kie poczu­łem zmie­sza­nie, gdy wysoki kon­sul poja­wił się osiem­dzie­siąt... osiem­dzie­siąt pięć godzin temu w moim biu­rze w ukła­dzie Sol. Nie zare­je­stro­wały go żadne czuj­niki, nie wszedł w inte­rak­cję z żad­nym obiek­tem fizycz­nym ani nie zosta­wił żad­nych dowo­dów swo­jej obec­no­ści, które mogłyby zostać zwe­ry­fi­ko­wane przez zewnętrz­nego obser­wa­tora. Ale był tu. I zanim rado­śnie pogrąży się pani w teo­rii zała­ma­nia ner­wo­wego Antona Trejo, są na to pewne zewnętrzne dowody. Nie tylko tu, w ukła­dzie Sol. Krótko po tym, gdy doświad­czy­łem tego, co opi­sa­łem, Duarte znik­nął z Budynku Rzą­do­wego. Ale nie mam na myśli roz­pły­nię­cia się w powie­trzu: wło­żył spodnie i czy­stą koszulę, wypił fili­żankę her­baty i poroz­ma­wiał uprzej­mie ze swoim poko­jo­wym, a potem wyszedł z budynku. Od tam­tej pory teren prze­szu­ki­wany jest przez wszyst­kie posia­dane przez nas czuj­niki pla­ne­tarne. Żaden go nie wykrył. Mamy ponad tysiąc sko­lo­ni­zo­wa­nych ukła­dów zasta­na­wia­ją­cych się, czy zostało coś z naszego rządu. Mamy poza­wy­mia­ro­wych wro­gów szu­ka­ją­cych eks­pe­ry­men­tal­nie spo­sobu na hur­towe zabi­cie nas. A ja jestem prze­ko­nany, że odpo­wie­dzią na oba te pro­blemy jest Win­ston Duarte albo cokol­wiek, w co się teraz zmie­nił. Znam panią od bar­dzo dawna i ufam pani. Pani zada­nie to odszu­ka­nie go i spro­wa­dze­nie z powro­tem. Sły­szała pani o czy­stej kar­cie, ale daję słowo, że ni­gdy jesz­cze nie widziała pani strony tak lśniąco bia­łej. Nie obcho­dzi mnie, jaki będzie koszt - w pie­nią­dzach, sprzę­cie lub ludz­kim życiu - o ile tylko spro­wa­dzi pani Win­stona Duarte z miej­sca, w któ­rym teraz prze­bywa. Jeśli nie zechce wró­cić, pro­szę go ład­nie popro­sić, ale to może się zakoń­czyć wyłącz­nie jego powro­tem. Dobrych łowów, puł­kow­niku!

Wia­do­mość się zakoń­czyła. Tanaka odchy­liła się na sofie, wycią­ga­jąc ręce na boki jak ptak roz­kła­da­jący skrzy­dła. Jej umysł już pra­co­wał. Dziw­ność tego wszyst­kiego, szo­ku­jąca prawda, poten­cjalne zagro­że­nie. Miała w sobie to wszystko. Czuła to. Jed­nak towa­rzy­szył temu też spo­kój zada­nia do wyko­na­nia i przy­jem­ność - głęb­sza, niż mogła się spo­dzie­wać - z otrzy­ma­nej wła­śnie wła­dzy.

Cicho otwo­rzyły się drzwi i do środka wró­cił admi­rał Milan.

- Wszystko w porządku? - zapy­tał.

Tanaka się roze­śmiała.

- Zde­cy­do­wa­nie nie.

Rozdział trzeci

Naomi

Odcze­kali dość długo, by Czarna kania zna­la­zła się na tle daleko od pier­ście­nia wrót, by lot na prze­chwy­ce­nie stał się bar­dzo trudny, jeśli nie nie­moż­liwy. Potem pocze­kali jesz­cze tro­chę, żeby nie wyglą­dać podej­rza­nie przez roz­po­czę­cie lotu do przej­ścia w pierw­szej moż­li­wej chwili. A potem Naomi nie mogła już znieść dal­szego cze­ka­nia.

Trzy godziny póź­niej lakoń­ska fre­gata tra­fiła w nich wiązką kie­run­kową, bar­dzo urzę­do­wym języ­kiem i w ostrym tonie doma­ga­jąc się infor­ma­cji na temat tego, kim są i gdzie się wybie­rają.

- Tu Vin­cent Soo, nie­za­leżna fre­gata na kontr­ak­cie dla spółki Atmo­sphare z Ziemi. Prze­wo­zimy próbki rudy na potrzeby kon­troli jako­ści. Załą­czamy publiczne kon­trakty i pozwo­le­nia. Wia­do­mość będzie powta­rzana.

Głos został zsyn­te­ty­zo­wany z pró­bek dzie­się­ciu męż­czyzn i zmik­so­wany przez Rosa, więc nawet gdyby Lakoń­czycy odkryli, że jest fał­szywy, nie byliby w sta­nie prze­śle­dzić wzoru głosu do żad­nego fizycz­nego czło­wieka. Vin­cent Soo był praw­dzi­wym stat­kiem o sygna­tu­rze napędu i syl­wetce zbli­żo­nej do obec­nej, zmo­dy­fi­ko­wa­nej wer­sji Rosa, choć dotąd nie pra­co­wał poza ukła­dem Sol. Dołą­czone kon­trakty po spraw­dze­niu okażą się praw­dziwe, chyba żeby ktoś zaczął grze­bać naprawdę głę­boko. Była to maska tak wia­ry­godna, jaką tylko Naomi zdo­łała stwo­rzyć.

- Nie odpo­wia­dają - poin­for­mo­wał Aleks.

Oboje sie­dzieli na mostku. Oświe­tle­nie było przy­ga­szone, choć zauwa­żyła, że Aleks zaczął usta­wiać poziom przy­ga­sze­nia mniej­szy, niż kiedy oboje mieli młod­sze oczy.

- To może być dobry albo zły znak - sko­men­to­wała Naomi.

- Jasne, ale wolał­bym wie­dzieć, który to tym razem.

- Jeśli zaczną nas gonić, strze­la­jąc, to zły.

- No tak - przy­tak­nął Aleks. - To ma sens. Po pro­stu wolał­bym, żeby powie­dzieli "Hej, posta­no­wi­li­śmy was nie gonić i nie zabi­jać". Tak z uprzej­mo­ści.

- Przy obec­nej odle­gło­ści będziemy mieć mnó­stwo czasu na obser­wo­wa­nie, jak kie­rują na nas swoje lufy. Niczego nie prze­ga­pisz.

- Cóż, Bogu dzięki.

Z każdą minutą, pod­czas któ­rej Czarna kania nie odpo­wia­dała i nie odwra­cała sil­nika w pościgu, Naomi czuła, jak przy­gasa strach przed schwy­ta­niem i znisz­cze­niem, a rośnie ten przed przej­ściem. Trudno było uwie­rzyć, że był taki czas, gdy jej życie nie toczyło się od jed­nej traumy do dru­giej, jak pod­czas spa­ceru po pły­tach chod­ni­ko­wych w ozdob­nym ogro­dzie. Były całe dzie­się­cio­le­cia, pod­czas któ­rych przej­ście przez pier­ście­nie wrót nie wią­zało się z niczym bar­dziej nie­przy­jem­nym niż lek­kie zawroty głowy. Ow­szem, w przy­padku dużego natę­że­nia ruchu sta­tek mógł prze­paść, zni­ka­jąc cicho z ist­nie­nia na rzecz jakie­goś nie­zna­nego miej­sca lub jego braku. Była to jed­nak taka sama skala zagro­że­nia jak cokol­wiek innego. Mogli tra­fić na mikro­me­teor, który znisz­czy sil­nik. Butelka magne­tyczna mogła wysiąść i roz­lać reak­cję fuzyjną na cały kadłub statku. Mogła dostać udaru.

Kie­dyś ist­niały prze­pisy regu­lu­jące zasady dzia­ła­nia wrót.

Opra­co­wane przez ludzi reguły prze­pusz­cza­nia stat­ków. Nie­ludz­kie zasady okre­śla­jące, ile mate­rii i ener­gii mogło prze­nieść się przez nie w okre­ślo­nym prze­dziale czasu bez roz­gnie­wa­nia mrocz­nych, poże­ra­ją­cych statki bogów.

Teraz wszystko prze­pa­dło.

- Jak myślisz, ile stat­ków nas szuka? - zapy­tał Aleks.

- Pytasz o to, ile w ogóle mają stat­ków, czy ile przy­dzie­lili do grup, któ­rych zada­niem jest zna­le­zie­nie nas?

Aleks zamilkł, a po jakimś cza­sie kla­snął cicho języ­kiem o pod­nie­bie­nie.

- Pew­nie nie spodoba mi się żadna z tych odpo­wie­dzi, prawda?

- Ile jesz­cze, zanim dole­cimy do wrót?

- Jeśli nie wyha­muję przed przej­ściem, to około osiem­na­stu godzin.

Naomi odpięła się od pry­czy prze­cią­że­nio­wej i wstała. Naparł na nią pokład z cią­że­niem ciągu nieco ponad pół g.

- Idę tro­chę odpo­cząć. Zawo­łaj mnie, jeśli ktoś posta­nowi nas zabić.

- Zrobi się - rzu­cił Aleks, gdy ruszała do windy. - Jak Jim? - zapy­tał po chwili.

Naomi się obej­rzała. Ekran pod­świe­tlał twarz Aleksa na nie­bie­sko. Rzadka biała szcze­cina wło­sów z boku i tyłu jego głowy przy­po­mniała jej zdję­cia śniegu na żyznej gle­bie, a łagod­ność spoj­rze­nia zdra­dziła, że tak naprawdę to wcale nie było pyta­nie.

- Tak, wiem - powie­działa. - Ale co mogę zro­bić?

Zje­chała na pokład zało­gowy, słu­cha­jąc uspo­ka­ja­ją­cego nuce­nia ota­cza­ją­cego ją statku. Po tak wielu latach bli­skiego towa­rzy­stwa z Rosem potra­fiła oce­nić stan zdro­wia jed­nostki po jej dźwię­kach. Nawet gdyby nie wie­działa jesz­cze, że napęd nie jest ide­al­nie nastro­jony, wykry­łaby to na pod­sta­wie spo­sobu, w jaki wibro­wał i stu­kał pokład.

Kiedy Jim został zła­pany i uwię­ziony na Lako­nii, opła­ki­wała go. Opła­ki­wała wer­sję sie­bie, która miała go przy boku. Gdy wbrew wszyst­kiemu wró­cił, tak naprawdę nie była na to gotowa. To było coś, na co nie pozwo­liła sobie mieć nadziei, i nie zasta­na­wiała się zbyt­nio, jak może to wyglą­dać.

Pry­czę prze­ro­biono dla dwojga, by mogli w niej spać razem. Przy dłu­gich lotach z dużym przy­śpie­sze­niem jedno z nich mogło prze­nieść się do któ­rejś z wol­nych kabin lub - znacz­nie czę­ściej - na pry­czę na mostku. Podwójną pry­czę przy­go­to­wano nie tyle z myślą o opty­mal­nym dzia­ła­niu, ile o jako­ści życia. Przy­jem­no­ści budze­nia się przy czy­imś boku. Intym­no­ści obser­wo­wa­nia jak zasy­pia, czu­cia odde­chu dru­giej osoby. Się­ga­ją­cej poziomu komór­ko­wego świa­do­mo­ści, że nie jest się samemu.

Kiedy weszła do kabiny, Jim spał. Wciąż wyglą­dał na chud­szego, niż zapa­mię­tała go z cza­sów przed uwię­zie­niem. Przed swoją ucieczką na wygna­nie. Może był to tylko efekt bar­dziej siwych wło­sów, ale skóra jego powiek wyda­wała się ciem­niej­sza niż wcze­śniej, jakby został pobity. Nawet we śnie jego ciało miało w sobie jakąś sztyw­ność, jakby spi­nał się w ocze­ki­wa­niu na atak.

Prze­ko­ny­wała się, że docho­dzi do sie­bie, i praw­do­po­dob­nie było to prawdą. Czuła, jak mija­jące dni i tygo­dnie zmie­niają także ją. Powoli pozwa­lała sobie coraz bar­dziej wkra­czać w prze­strzeń, do któ­rej nie miała dostępu, kiedy byli z dala od sie­bie. Było ina­czej niż kie­dyś. Bob­bie ode­szła. Nie było już Cla­rissy. Amos został zmie­niony w spo­sób, od któ­rego mro­wiła ją skóra, jeśli pozwo­liła sobie za dużo o tym myśleć. I była tu Teresa z psem: na wpół stali pasa­że­ro­wie, na wpół zagro­że­nie. Mimo wszystko było to bliż­sze życia, niż miała prawo ocze­ki­wać. Jakaś wer­sja zebra­nej z powro­tem rodziny. Cza­sami dawało jej to kom­fort, cza­sami było tylko powo­dem do nostal­gii za tym, co nie wró­ciło.

Gdyby mogli się zatrzy­mać, dojść do sie­bie, roz­prę­żyć... Kto wie, co zdo­ła­liby ura­to­wać.

Poło­żyła się przy nim, opie­ra­jąc głowę w zgię­ciu ramie­nia. Jim poru­szył się, ziew­nął i otwo­rzył jedno oko. Jego uśmiech się nie zmie­nił: był chło­pięcy, jasny i zachwy­cony jej wido­kiem. Ten czas to dar, pomy­ślała. I odpo­wie­działa uśmie­chem.

- Cześć, sek­sowna - przy­wi­tał ją Jim. - Co mnie omi­nęło?

Lata, pomy­ślała. Omi­nęły cię całe lata. Uśmiech­nęła się, zamiast powie­dzieć prawdę.

- Nic klu­czo­wego - odparła.

***

- Naprawdę chciał­bym nas zwol­nić - rzu­cił Aleks.

Znaj­du­jąca się w kam­bu­zie Naomi wrzu­cała do recy­klera resztki posiłku. Wyłą­czyli ciąg i szum pompy odsy­sa­ją­cej luźne kawałki jedze­nia do sys­temu był nie­mal rów­nie gło­śny jak głos Aleksa dobie­ga­jący z inter­komu. Na ekra­nie ścien­nym pier­ścień wrót Kro­nosa wisiał na tle bez­kre­snego pola gwiazd, z dziwną, ciemną, splą­taną masą na brzegu widoczną tylko dzięki wzmoc­nie­niu przez przy­rządy optyczne Rosa. Z każdą sekundą spa­dał poziom powięk­sze­nia. Pier­ścień miał tysiąc kilo­me­trów śred­nicy, przej­ście odli­czało w dół od dwu­na­stu minut, ale wciąż byłby nie­wi­doczny gołym okiem.

- Możesz wdep­nąć na hamu­lec, jeśli chcesz - odpo­wie­działa. - Ale jeśli po dru­giej stro­nie tra­fimy na jakieś nie­przy­jemne towa­rzy­stwo, będzie nas łatwiej tra­fić.

- Chciał­bym nała­do­wać działo szy­nowe - zare­ago­wał Aleks. - Ale mi nie pozwo­lisz, więc się uze­wnętrz­niam.

- Mógł­byś jesz­cze raz spraw­dzić tor­pedy i działka.

- Zajęli się tym już Amos i Teresa. Nie chcę spra­wiać wra­że­nia, że im nie ufam.

- Możesz uzbroić ładunki na pan­ce­rzu i być gotowy do odstrze­le­nia płyt masko­wa­nia.

Aleks mil­czał przez czas potrzebny na jeden powolny oddech. Sie­dzący przy stole Jim posłał jej gest kciuka skie­ro­wa­nego w górę.

- Tak, zro­bię to - powie­dział w końcu Aleks. - Ale naprawdę chciał­bym mieć działo szy­nowe.

- Po dru­giej stro­nie możesz je łado­wać, ile tylko chcesz - zgo­dziła się Naomi.

- Obie­canki cacanki. - Klik­nię­cie oznaj­miło roz­łą­cze­nie się Aleksa.

Powięk­sze­nie obrazu pier­ście­nia wrót wciąż spa­dało. Naomi wywo­łała małe dodat­kowe okno z wido­kiem z tyłu. Szum od smugi odrzutu spra­wiał, że obraz był roz­myty, ziar­ni­sty i jedy­nie przy­bli­żony, ale i tak widziała, że Czarna kania nie pró­bo­wała ich gonić.

- Nie widzę prze­kaź­nika - zauwa­żył Jim. - Wysa­dzili nasz, ale nie wygląda na to, żeby zosta­wili wła­sny.

- Tak, zauwa­ży­łam. Nie mar­twią się koor­dy­na­cją z kimś po dru­giej stro­nie. Czyli jest szansa, że nie lecimy pro­sto w pułapkę.

- Hura!

Zostało jesz­cze dzie­sięć minut.

- Gotowy? - zapy­tała Naomi. W odpo­wie­dzi Jim zła­pał uchwyt na ścia­nie i pchnął się w stronę cen­tral­nej windy. Naomi otwo­rzyła połą­cze­nie do Amosa. - Zaj­mu­jemy sta­no­wi­ska na mostku. Nie żeby­śmy się spo­dzie­wali jakichś kło­po­tów, ale jeśli się poja­wią...

- Sły­szę, sze­fowo. Pies sie­dzi już w trans­por­te­rze. Na wypa­dek gdyby zaczęło tro­chę rzu­cać.

"Gdyby zaczęło tro­chę rzu­cać" ozna­czało "uni­ka­nie wro­gich poci­sków".

- A Teresa?

Zanim odpo­wie­dział, nastą­piła jedna z dziw­nych przerw, jakie czę­sto wpro­wa­dzał pod­czas roz­mów.

- Przy­pi­namy się w maszy­nowni. Powiedz, jeśli będziesz cze­goś potrze­bo­wać.

Naomi zamknęła połą­cze­nie i pole­ciała za Jimem. Winda była na dole szybu, zablo­ko­wana do czasu wezwa­nia, więc przed­ry­fo­wali przez puste powie­trze szybu, aż dotarli na mostek. Zajęli swoje zwy­kłe miej­sca, zapięli pasy, prze­sta­wili ekrany na sys­temy, które mieli wyko­rzy­stać, gdyby przej­ście wrzu­ciło ich w jakąś nie­bez­pieczną sytu­ację. Połą­cze­nie stra­chu i rutyny zmie­niło wszystko w rodzaj rytu­ału, jak szo­ro­wa­nie zębów przed snem. Pier­ścień wisiał w miej­scu, ale na obra­zie tele­sko­po­wym ota­czało go teraz mniej gwiazd.

- Gotowi na mostku - oznaj­miła Naomi.

- Ste­rówka - rzu­cił Aleks.

- Tak - zgło­sił się Amos. - U nas w porządku. Rób, co trzeba.

Zegar dotarł do zera. Jim gwał­tow­nie wcią­gnął powie­trze. Wrota mignęły na ziar­ni­stym obra­zie z rufy - ta sama struk­tura, ale teraz już się odda­lała. W jed­nej chwili zga­sły wszyst­kie gwiazdy.

- I prze­szli­śmy - rzu­cił Aleks. - Na ile widzę, żad­nych zagro­żeń, ale, cho­lerny świat, jest tu zde­cy­do­wa­nie za dużo ludzi. Odwra­cam nas i wci­skam hamu­lec do czasu, aż wybie­rzemy jakiś kie­ru­nek.

Choć jesz­cze mówił, roz­le­gło się ostrze­że­nie o cią­że­niu ciągu, a po chwili przy­pra­wia­ją­cego o zawrót głowy zwrotu powró­ciły góra i dół. Na plecy Naomi naparł żel pry­czy. Zdą­żyła już wywo­łać mapę tak­tyczną.

Prze­strzeń wrót - kula, o któ­rej wciąż myśleli jako o powol­nej stre­fie, choć ogra­ni­cze­nie pręd­ko­ści nie obo­wią­zy­wało tam już, od kiedy Jim i pro­to­mo­le­ku­larne echo detek­tywa Mil­lera wyłą­czyli je dzie­się­cio­le­cia temu - była tro­chę mniej­sza od słońca w ukła­dzie Sol. W jej wnę­trzu zmie­ści­łoby się milion pla­net wiel­ko­ści Ziemi, ale teraz znaj­do­wały się tam tylko pier­ście­nie wrót, w licz­bie tysiąca trzy­stu sie­dem­dzie­się­ciu jeden sztuk, poje­dyn­cza enig­ma­tyczna sta­cja w samym środku i pięć­dzie­siąt dwa statki włącz­nie z Rosem, wszyst­kie w prze­lo­cie. Aleks miał rację, było ich za dużo. To było nie­bez­pieczne.

- Jak myślisz, ile stra­ci­li­śmy? - zapy­tał Jim.

Kiedy na niego spoj­rzała, miał przed sobą ten sam obraz.

- Tylko statki ruchu oporu?

- Nie, myśla­łem o tym więk­szym "my". Wszy­scy. Lakoń­czycy, ruch oporu. Cywile pró­bu­jący po pro­stu dowieźć zaopa­trze­nie tam, gdzie jest potrzebne. Jak myślisz, ile stra­ci­li­śmy?

- Ni­gdy się nie dowiemy - stwier­dziła. - Nikt już tego nie śle­dzi. Toczy się wojna.

Pole­ciła Rosowi ziden­ty­fi­ko­wać statki na pod­sta­wie trans­pon­de­rów, sygna­tur sil­ni­ków, pro­fili ter­micz­nych i syl­we­tek oraz ozna­cze­nie wszel­kich nie­zgod­no­ści i jed­no­stek o zna­nych powią­za­niach z pod­zie­miem albo impe­rium lakoń­skim. Sys­tem okrętu potrze­bo­wał trzech sekund na skom­pi­lo­wa­nie listy z ety­kie­tami i inter­fej­sem nawi­ga­cyj­nym. Naomi zaczęła ją prze­glą­dać. Jed­nost­kami naj­moc­niej zwią­za­nymi z Lako­nią były frach­to­wiec Osiem zasad Buszido, z bazą w Bara Gaon, oraz jed­nostka badaw­cza dale­kiego zasięgu Lata­jący byk, z bazą w Sol, choć nale­żąca do sieci kor­po­ra­cyj­nej, która uznała wła­dzę Duarte tuż po pod­da­niu się przez Zie­mię i Marsa. Żadne z nich nie było okrę­tem bojo­wym i zda­niem Naomi stali się sojusz­ni­kami zwy­cięz­ców bar­dziej z wygody niż z powodu głę­bo­kiej wiary w sprawę Lako­nii. W każ­dym razie nie nale­żały do ofi­cjal­nych lakoń­skich struk­tur.

Jedy­nym stat­kiem o zna­nych powią­za­niach z pod­zie­miem był nie­za­leżny sko­czek skalny z Sol, lata­jący pod nazwą Wredna suka, choć w reje­strze figu­ro­wał jako Różowe mru­gnię­cie. Pew­nie kryła się w tym jakaś histo­ria, choć Naomi nie była pewna, czy chciała ją poznać.

Zna­la­zła się też jedna butelka z wia­do­mo­ścią.

- Jedna z two­ich? - zapy­tał Jim.

- Mam nadzieję - przy­znała Naomi. - Zoba­czymy.

Kie­dyś sieć łącz­no­ści ludz­ko­ści była czymś sto­sun­kowo spraw­nym. W ramach ukła­dów gwiezd­nych sygnały radiowe były wychwy­ty­wane przez wzmac­nia­cze przy pier­ście­niach wrót, które były dość potężne, by prze­krzy­czeć inter­fe­ren­cje wrót, lub fizycz­nie przez nie prze­ni­kały z prze­kaź­ni­kami po obu stro­nach. Znaj­du­jąca się w sercu prze­strzeni wrót sta­cja Medyna zaj­mo­wała się ich utrzy­ma­niem i moni­to­ro­wa­niem łącz­no­ści. Przez dekady wia­do­mość z Ziemi mogła dotrzeć do Bara Gaon i otrzy­mać odpo­wiedź w ciągu dnia, nawet jeśli kolejka wia­do­mo­ści była dość zatło­czona. Jed­nakże wraz ze znisz­cze­niem Medyny i powsta­niem ruchu oporu te czasy ode­szły.

Obec­nie tysiąc trzy­sta świa­tów poro­zu­mie­wało się za pomocą zmien­nej, mie­sza­nej sieci prze­kaź­ni­ków stat­ków prze­wo­żą­cych wia­do­mo­ści i zmo­dy­fi­ko­wa­nych tor­ped nazy­wa­nych przez nią butel­kami. Ta kon­kretna była dość zaawan­so­wa­nego typu, skon­fi­gu­ro­wana na cze­ka­nie, zbie­ra­nie skie­ro­wa­nych do niej przy­cho­dzą­cych wia­do­mo­ści od pod­zie­mia i prze­cho­wy­wa­nie ich do czasu akty­wa­cji. Sys­tem nie był dosko­nały i była pewna, że po dro­dze stra­ciła cał­kiem sporo bute­lek, ale łatwo było je zwe­ry­fi­ko­wać, trudno pod­ro­bić i jesz­cze trud­niej wyśle­dzić, o ile w ogóle było to moż­liwe.

Wywo­łała ste­ro­wa­nie napę­dem Epste­ina i zmie­niła jego pracę w swo­iście modu­lo­wany spo­sób. Dla każ­dego poza butelką zmiany byłyby bez zna­cze­nia, zde­cy­do­wa­nie miesz­cząc się w gra­ni­cach zwy­kłych fluk­tu­acji sil­nika, ale dla czuj­ni­ków na powierzchni butelki ozna­czały dopa­so­wa­nie do wzorca.

Fak­tycz­nie.

Butelka wyrzu­ciła z sie­bie gęstą emi­sję skom­pre­so­wa­nych danych w postaci trans­mi­sji sze­ro­ko­pa­smo­wej dostęp­nej dla wszyst­kich stat­ków w powol­nej stre­fie. Wiązka kie­run­kowa ozna­cza­łaby wska­za­nie pal­cem, gdyby kto­kol­wiek wychwy­cił jej odbi­cie. Ten pakiet mógł być prze­zna­czony dla dowol­nego z kil­ku­dzie­się­ciu stat­ków, które go usły­szały. A co jakiś czas pod­zie­mie usta­wiało fał­szywe butelki, wpro­wa­dza­jąc je do powol­nej strefy lub pod wrota, by emi­to­wały fał­szywe dane i zabu­rzały wzorce.

Sys­tem Rosa wessał trans­mi­sję radiową i cicho zajął się jej odszy­fro­wa­niem, pod­czas gdy na skraju prze­strzeni wrót butelka włą­czyła swój sil­nik i prze­mknęła przez jeden z pier­ścieni. Ruch oporu Naomi wie­dział, że należy moni­to­ro­wać ich wybu­chy i trak­to­wać je jako znak do umiesz­cze­nia nowej, gdy będzie to moż­liwe. Jeśli Lakoń­czycy je widzieli - i nawet jeśli wie­dzieli, co ozna­czają - to i tak nie mogli nic w tej spra­wie zro­bić.

Wszystko było zor­ga­ni­zo­wane jak komórki SPZ w więk­szej skali, a zapro­jek­to­wała to Naomi. Wresz­cie dobre uży­cie grze­chów prze­szło­ści.

- Cóż, mogło pójść dużo gorzej - sko­men­to­wał Jim. - Pew­nie pod­sta­wowe pyta­nie teraz to: "Dokąd powin­ni­śmy pole­cieć?".

- To będzie zale­żało od tego, co jest w danych - zauwa­żyła Naomi. - Wola­ła­bym nie spę­dzać w prze­strzeni wrót wię­cej czasu niż to nie­zbędne.

- Też wolał­bym nie zostać pożarty przez siły spoza czasu i prze­strzeni, zanim przyj­dzie mój czas. - W jego sło­wach brzmiały od zawsze znane jej lek­kość i humor, ale kryła się za nimi pustka.

Nie nihi­lizm, pomy­ślała. Wyczer­pa­nie.

- Jeśli będzie trzeba... - zaczęła. - Zawsze można...

Prze­rwał jej głos Teresy na ogól­nym kanale statku.

- Potrze­buję pomocy. W warsz­ta­cie. I to już.

Jim odpiął się, zanim dziew­czyna skoń­czyła mówić. Wypa­ro­wało z niego całe zmę­cze­nie. Nie cze­kał na włą­cze­nie się windy, po pro­stu pomknął w dół, korzy­sta­jąc z uchwy­tów w szy­bie, jakby scho­dził po dra­bi­nie. Naomi była tuż za nim. Jakaś jej część nie­mal czuła ulgę, widząc, że znowu poru­szał się bez waha­nia. Jakby zła­pała prze­błysk Jima z daw­nych cza­sów. Nawet jeśli sporo w nim się ukry­wało, wciąż był tam w środku.

- Co się dzieje? - zapy­tał ze ste­rówki Aleks.

- Coś się dzieje z Amo­sem - wyja­śniła Teresa. Mówiła spo­koj­nym, lecz napię­tym gło­sem pra­cow­nika pogo­to­wia.

- Już idziemy - zapew­niła Naomi.

Jim w ogóle nie zare­ago­wał. Gdy dotarli do maszy­nowni, Naomi coś usły­szała.

Głos, głos Amosa, choć bez żad­nych słów. To był niski, mokry dźwięk, na wpół war­kot, na wpół char­cze­nie. Coś w nim sko­ja­rzyło się jej z topie­niem. Weszli do warsz­tatu równo z Jimem.

Teresa sie­działa na pokła­dzie ze skrzy­żo­wa­nymi nogami i trzy­mała na podołku dużą, łysą głowę Amosa, który szar­pał się i dygo­tał. Z jego ust wypły­wała jasna piana, a cał­ko­wi­cie czarne oczy były sze­roko otwarte i puste. Powie­trze wypeł­niała przy­pra­wia­jąca o mdło­ści woń, meta­liczna, a zara­zem orga­niczna.

- Ma atak padaczki - rzu­cił Jim.

- Czemu? - zapy­tała Teresa drżą­cym gło­sem. - Czemu to się dzieje?

Rozdział czwarty

Elvi

- Wycią­gnij­cie ją - pole­ciła Elvi. - Koń­czymy to.

- Nie - zapro­te­sto­wała Cara. W jej gło­sie było sły­chać wyraźne drże­nie, ale mówiła wyraź­nie. - Pora­dzę sobie.

Aktyw­ność mózgu Cary była pre­zen­to­wana w sied­miu zesta­wach danych na dwu­krot­nie więk­szej licz­bie moni­to­rów. Obok wyświe­tlały się dane z KWS - ów skrót sto­so­wali tech­nicy, nazy­wa­jąc tak blok zie­lo­nego krysz­tału wiel­ko­ści Jowi­sza, będą­cego jedy­nym ele­men­tem układu Adro. Zaawan­so­wane pro­to­koły dopa­so­wy­wa­nia wzor­ców mapo­wały do sie­bie oba zestawy danych w sze­ściu wymia­rach. Nie­sta­bil­ność była widoczna w obu zesta­wach danych, atak padaczki - jeśli tym fak­tycz­nie był - spa­da­jąc z tur­bu­len­cji do bar­dziej sta­bil­nego prze­pływu.

Bada­cze i tech­nicy z całego labo­ra­to­rium zwra­cali sze­roko otwarte, pełne nie­pew­no­ści oczy w stronę Elvi. Czuła ema­nu­jące z całego per­so­nelu pra­gnie­nie kon­ty­nu­owa­nia eks­pe­ry­mentu. Sama je odbie­rała. Poczuła się jak w cza­sach, gdy odpo­wia­dała za porzą­dek w aka­de­miku i musiała prze­ry­wać i zamy­kać imprezy urzą­dzane na kory­ta­rzu.

- Jestem główną badaczką, ona jest uczest­niczką. Kiedy mówię, że koń­czymy, to koń­czymy.

Jej zespół ożył, zabie­ra­jąc się do wyłą­cza­nia sprzętu, a ona zwró­ciła się do Cary uno­szą­cej się nad łożem czuj­ni­ków do obra­zo­wa­nia.

- Przy­kro mi. Nie cho­dzi o to, że nie ufam tobie, po pro­stu nie ufam tu kom­plet­nie niczemu.

Dziew­czyna z cał­ko­wi­cie czar­nymi oczami kiw­nęła głową, choć uwagę sku­piała na czymś innym. Jej kora wzro­kowa i słu­chowa jarzyły się jak Paryż w Nowy Rok, a przez zakręt środ­kowy prze­pły­wał głę­boki, powolny puls pasu­jący do odczy­tów ener­gii reje­stro­wa­nych z połu­dnio­wej pół­kuli KWS. Cokol­wiek Cara w tej chwili czuła, pochła­niało to jej wię­cej uwagi niż Elvi. Odnio­sła wra­że­nie, że mogłaby w tej chwili wrzesz­czeć pro­sto do ucha Cary, a i tak sta­no­wi­łoby to tylko drobny uła­mek infor­ma­cji zale­wa­ją­cych mózg dziew­czyny.

A także jej ciała, co było czę­ścią pro­blemu. Elvi stu­dio­wała tro­chę teo­rii kogni­cji soma­tycz­nej, ale sto­pień, do jakiego KWS prze­ka­zy­wał infor­ma­cje całemu ukła­dowi ner­wo­wemu Cary - włącz­nie z mię­śniami i trze­wiami - mocno wszystko kom­pli­ko­wał. Prze­glą­dała dane wstecz, gdy jej zespół wyko­ny­wał pro­ce­dury roz­łą­cza­nia i spro­wa­dzał Carę z powro­tem do zwy­kłej ludz­kiej rze­czy­wi­sto­ści.

Jastrząb, pry­watny, spon­so­ro­wany przez pań­stwo sta­tek badaw­czy Elvi, był naj­bar­dziej zaawan­so­wa­nym labo­ra­to­rium prze­zna­czo­nym do jed­nego celu, jakie ist­niało pośród tysiąca trzy­stu świa­tów. To brzmiało naprawdę impo­nu­jąco, chyba że przy­po­mniała sobie, iż więk­szość z tego tysiąca trzy­stu ukła­dów sło­necz­nych była obec­nie na pozio­mie roz­woju rów­no­waż­nym euro­pej­skim rol­ni­kom z końca dzie­więt­na­stego wieku, pró­bu­ją­cym wyho­do­wać dość żyw­no­ści, by z nadej­ściem każ­dej zimy nie wyrzy­nać połowy zwie­rząt gospo­dar­skich. Jastrząb był jedy­nym oca­la­łym z ataku, który znisz­czył Cyklona i sta­cję Medyna, i wciąż wszę­dzie widać było bli­zny po tym zda­rze­niu. Nie do końca dopa­so­wano kolory w miej­scach, gdzie nici ciem­no­ści w jakiś spo­sób bar­dziej rze­czy­wi­ste od rze­czy­wi­sto­ści wyja­dły jedną trze­cią masy statku. Sys­temy zasi­la­nia i śro­do­wi­skowe sta­no­wiły mie­szankę ory­gi­nal­nych i odtwo­rzo­nych ele­men­tów. Na nodze miała wyraźną kre­chę tam, gdzie nowa skóra i mię­śnie odtwo­rzyły się w miej­scu po dziu­rze wiel­ko­ści piłki teni­so­wej, która została jej po ataku. Praca na Jastrzę­biu była jak życie wewnątrz nawrotu traumy. Elvi poma­gało, gdy mogła sku­pić się na danych, na KWS oraz Carze i Ksa­nie.

Dok­tor Har­shaan Lee, drugi badacz, spoj­rzał jej w oczy i kiw­nął głową. Był wzbu­dza­ją­cym sym­pa­tię ener­gicz­nym mło­dym naukow­cem. Co wię­cej, ufała mu. Wie­dział, co chciała zro­bić, i gestem zaofe­ro­wał dopil­no­wa­nie, by wyj­ście Cary z eks­pe­ry­mentu prze­bie­gło zgod­nie z pro­ce­durą. Kiw­nęła głową, przyj­mu­jąc jego ofertę.

- No dobra, ludzie - rzu­cił Lee, kla­ska­jąc. - Zgod­nie z pro­ce­durą i pod­ręcz­ni­kowo.

Elvi pod­cią­gnęła się do szybu windy, a potem pole­ciała na rufę, w stronę sil­nika i komory izo­la­cyj­nej z młod­szym bra­tem Cary, Ksa­nem.

Fayez uno­sił się pod jedną ze ścian, z lewą stopą zacze­pioną o uchwyt ścienny, czy­ta­jąc coś z ręcz­nego ter­mi­nala. Obok niego uno­siło się przy­mo­co­wane do noszy coś, co nazy­wali kata­li­za­to­rem - ciało kobiety nasy­cone przy­blo­ko­waną, choć żywą próbką pro­to­mo­le­kuły. Nie­wi­dzące oczy kata­li­za­tora popa­trzyły na nią, a Fayez podą­żył za jej pustym spoj­rze­niem.

- Jak sobie radził? - zapy­tała Elvi, kiwa­jąc w stronę komory izo­la­cyj­nej i Ksana.

Przez więk­szość czasu był tam trzy­many kata­li­za­tor, ale na czas, kiedy uży­wano go do akty­wo­wa­nia sta­rych tech­no­lo­gii obcych, umiesz­czali w tym miej­scu Ksana. Chło­piec sty­kał się z pro­to­mo­le­kułą jedy­nie pod­czas zamiany miejsc.

Fayez wywo­łał obraz z kamery moni­to­ringu.

Ksan uno­sił się wewnątrz komory izo­la­cyj­nej z zamknię­tymi oczami i lekko roz­chy­lo­nymi ustami, jakby spał albo uto­nął.

- Tro­chę słu­chał muzyki, prze­czy­tał kilka nume­rów Naki i Corva­lisa, a potem usnął - zre­la­cjo­no­wał Fayez. - Nie­mal zupeł­nie jak nie­doj­rzały chło­piec, któ­rym się wydaje.

Elvi zatrzy­mała się tuż przy boku męża. Na jego ekra­nie zoba­czyła dane pocho­dzące z labo­ra­to­rium, wyświe­tlane obok tych pocho­dzą­cych z moni­to­rów zwró­co­nych na Ksana. Wystar­czył rzut oka, by stwier­dzić, że nie ma mię­dzy nimi żad­nego związku. Nie­za­leż­nie od tego, przez co prze­cho­dziła Cara, Ksan nie był na to wysta­wiany razem z nią. A przy­naj­mniej nie w widoczny spo­sób. I tak prze­pusz­czała wszystko przez algo­rytmy wyszu­ki­wa­nia dopa­so­wań.

Nie była świa­doma wła­snego wes­tchnię­cia, ale Fayez dotknął jej ramie­nia, jakby to zro­biła.

- Sły­sza­łaś o ukła­dzie Gerada?

Ski­nęła głową.

- Zmiana pręd­ko­ści świa­tła. Mroczni bogo­wie tłuką się na stry­chu. Mam wra­że­nie, jakby działo się to coraz czę­ściej.

- Potrze­bu­jemy wię­cej punk­tów danych do porząd­nej ana­lizy czę­sto­tli­wo­ści - odparł. - Ale tak, tak się wydaje. Nie zno­szę uczu­cia, że coś olbrzy­miego i gniew­nego dra­pie po kątach rze­czy­wi­sto­ści, pró­bu­jąc zna­leźć spo­sób na zabi­cie mnie.

- To jest straszne tylko dla­tego, że jest praw­dziwe.

Prze­cze­sał włosy dło­nią. Osi­wiał, i gdy znaj­do­wali się w nie­waż­ko­ści, miał skłon­ność do wyglą­da­nia jak postać z kre­skówki. Włosy Elvi też zmie­rzały w stronę bieli, ale strzy­gła je na krótko. Głów­nie dla­tego, że nie­na­wi­dziła płynu prze­ciw­zmiaż­dże­nio­wego w pry­czach prze­cią­że­nio­wych do bar­dzo dużych przy­śpie­szeń, a pozby­cie się jego woni z dłuż­szych wło­sów trwało wiecz­ność.

- Skoń­czy­łaś przed cza­sem?

- Po syn­chro­ni­za­cji z KWS poja­wiła się jakaś nie­sta­bil­ność.

Tym razem to Fayez wes­tchnął.

- Wolał­bym, żeby tego tak nie nazy­wać. To dia­ment, nie szma­ragd.

- Wiem. Prze­pra­szam.

- Zresztą, KWD jest śmiesz­niej­szy - dodał, choć bez więk­szego zaan­ga­żo­wa­nia.

Ich mał­żeń­stwo było roz­le­głą tkanką wewnętrz­nych żar­tów, komicz­nych kawał­ków, dzie­lo­nej cie­ka­wo­ści i wspól­nej traumy. Budo­wali je wspól­nym życiem i wysił­kiem przez dzie­się­cio­le­cia. Znała zmiany into­na­cji suge­ru­jące, że coś go inte­re­so­wało i jak róż­niło się to od sytu­acji, gdy na coś się zło­ścił. Kiedy pró­bo­wał ją chro­nić, a kiedy zma­gał się z czymś, co widział, ale nie potra­fił zro­zu­mieć.

- Co ci cho­dzi po gło­wie?

- Nie zauwa­ży­łaś syn­chro­ni­za­cji?

- Jakiej syn­chro­ni­za­cji?

Fayez ponow­nie wywo­łał ostatni zestaw danych. Z jed­nej strony mózg i ciało nasto­let­niej dziew­czynki utrwa­lo­nej w tym wieku, gdy zgi­nęła i została "napra­wiona" przez tech­no­lo­gię obcych. Z dru­giej roz­pra­sza­nie czą­stek i rezo­nanse magne­tyczne olbrzy­miego krysz­tału, który - jeśli mieli szczę­ście - prze­cho­wy­wał histo­rię zamiesz­ku­ją­cego galak­tykę gatunku, któ­rego ślady pro­wa­dziły ich ku zagła­dzie. Pal­cami śle­dziła podo­bień­stwa. Fayez uniósł brwi, cze­ka­jąc, aż coś zauważy. Pokrę­ciła głową. Wska­zał drobny wskaź­nik z boku odczytu: prze­su­nię­cie korek­cji ramki opóź­nie­nia świa­tła: -0,985 s.

Zmarsz­czyła czoło.

- Jeste­śmy zero dzie­więć­set osiem­dzie­siąt pięć sekundy świetl­nej od dia­mentu - wyja­śnił Fayez. - Na zgod­nej orbi­cie wokół gwiazdy, nie zbli­ża­jąc się do niego, ani się od niego nie odda­la­jąc. Gdy ostatni raz tego pró­bo­wa­li­śmy, Cara i dia­ment wymie­niali wia­do­mo­ści w obie strony. Sygnał i odpo­wiedź. Teraz śpie­wają syn­chro­nicz­nie. Bez opóź­nie­nia świa­tła.

Elvi poczuła impli­ka­cje prze­su­wa­jące się przez jej umysł jak woda spły­wa­jąca stru­mie­niem. Zawsze wie­dzieli, że pro­to­mo­le­kuła potra­fiła robić dziwne rze­czy z lokal­no­ścią, ale sądzili, że ma to zwią­zek ze splą­ta­niem kwan­to­wym czą­stek. Cara i KWS nie wymie­niali żad­nych czą­stek, o któ­rych by wie­działa, czyli ta pseu­do­na­tych­mia­stowa wymiana infor­ma­cji była czymś nowym. Jedna z fun­da­men­tal­nych hipo­tez doty­czą­cych tech­no­lo­gii pro­to­mo­le­kuły wła­śnie otrzy­mała solidny cios.

Zna­czyło to też, że ich się­ga­nie do arte­faktu spra­wiło, że on się­gnął do nich. Jej eks­pe­ry­ment dzia­łał.

Spo­dzie­wała się, że suk­ces nie będzie miał takiego posmaku stra­chu.

Podej­mu­jąc pracę dla impe­rium lakoń­skiego, Elvi nie dzia­łała z wol­nej woli. Win­ston Duarte prze­jął wła­dzę nad całą ludz­ko­ścią z szyb­ko­ścią i bez­względ­no­ścią zarazy. Kiedy zapro­sił ją do zaję­cia kie­row­ni­czego sta­no­wi­ska w swoim dyrek­to­ria­cie nauko­wym, zgo­dziła się. I gdyby nie kon­se­kwen­cje odmowy, byłaby to jej wyma­rzona praca.

A potem plan Duarte, mający na celu kon­fron­ta­cję sił, które znisz­czyły cywi­li­za­cję twór­ców pier­ścieni wrót, przy­niósł nie­spo­dzie­wane skutki. Duarte został przez nie oka­le­czony, a bez­po­średni prze­ło­żony Elvi, Paolo Cor­ta­zar, zmie­niony w rzadką, śmier­dzącą żela­zem mgłę. Pra­gnąca pracy, lecz nie pra­co­dawcy, Elvi otrzy­mała awans na sze­fową lakoń­skiego dyrek­to­riatu nauko­wego, z zało­że­niem, że jej głów­nym zada­niem ma być zna­le­zie­nie spo­sobu na powstrzy­ma­nie ata­ków pozba­wia­ją­cych świa­do­mo­ści ludzi, cza­sami w poje­dyn­czych ukła­dach, cza­sami w całym impe­rium. Chyba że jej głów­nym zada­niem było zna­le­zie­nie spo­sobu na napra­wie­nie poplą­ta­nego umy­słu Duarte. A może zapo­bie­że­nie dal­szemu zni­ka­niu stat­ków pod­czas przej­ścia mię­dzy zwy­kłym wszech­świa­tem a dziw­nym węzłem prze­strzeni wrót.

Miała do dys­po­zy­cji nie­mal nie­wy­czer­pane zasoby impe­rium, prze­trwa­nie ludz­ko­ści na bar­kach i pro­ce­dury badaw­cze tak gład­kie, że komi­sja bio­etyczna odrzu­ci­łaby je po samej lek­tu­rze spisu tre­ści.

Musiała roz­pra­co­wać sytu­ację na dwóch pozio­mach: pierw­szym była cywi­li­za­cja, która stwo­rzyła pro­to­mo­le­kułę i wrota, dru­gim były siły, które ją znisz­czyły. W naj­lep­sze dni myślała o sobie jak o śre­dnio­wiecz­nym mni­chu sta­ra­ją­cym się zro­zu­mieć świę­tych, by lepiej dostrzec obli­cze Boga. Czę­ściej jed­nak czuła się jak mrówka pró­bu­jąca wyja­śnić, czym są psy, swoim towa­rzy­szom Isop­tera, żeby wspól­nie mogli poświę­cić się roz­wa­ża­niom na temat jazzu.

Rozu­miała inży­nie­rów pro­to­mo­le­kuły i to, co ich zabiło, lepiej niż kto­kol­wiek inny w całej ludz­ko­ści. Poza - jeśli to zadziała - Carą. I Ksa­nem.

***

- Czu­łam się, jak­bym była we śnie - powie­działa Cara. - Tylko więk­szym. Wie pani, nie pamię­tam, żebym sma­ko­wała rze­czy we śnie. To było sma­ko­wa­nie i sły­sze­nie rze­czy, i mia­łam wra­że­nie, jakby zmie­niał się kształt mojego ciała. To było... wszyst­kim.

- Niczego nie czu­łem - oświad­czył Ksan. Wyda­wał się roz­cza­ro­wany.

Począt­kowo Elvi pro­wa­dziła odprawy rodzeń­stwa osobno, roz­ma­wia­jąc naj­pierw z Carą, a potem z Ksa­nem. Cho­dziło o to, że dzięki osob­nym roz­mo­wom nie mogli wza­jem­nie wpły­wać na swoje raporty, ale roz­dzie­le­nie wyraź­nie stre­so­wało rodzeń­stwo.

Teraz przyj­mo­wała oboje w pry­wat­nym labo­ra­to­rium, gdzie uno­sili się w powie­trzu, pod­czas gdy ona sie­działa przy biurku i robiła notatki. Wnę­trze pomiesz­cze­nia przy­wo­dziło na myśl gabi­net boga­tego psy­chia­try: ściany z wyściółką w kolo­rze jasnej trawy, pną­cza w zagłę­bie­niach z zasi­la­niem kapi­lar­nym, niskie pul­so­wa­nie dedy­ko­wa­nego wymien­nika powie­trza. Wszystko tu zapro­jek­to­wano tak, by od razu było wia­domo, że korzy­sta­jąca z gabi­netu kobieta jest bar­dzo ważną osobą. Elvi zde­cy­do­wa­nie go nie zno­siła, ale nie miała dość ener­gii, by zasta­na­wiać się nad powo­dami.

- Czy teraz było ina­czej niż ostat­nio? - zadała pyta­nie.

- Poja­wiła się... Czkawka? Tak jakby w jed­nej chwili wszystko się roz­pa­dło, a kiedy wró­ciło, było jaśniej­sze i bar­dziej rze­czy­wi­ste? Nie, to nie jest dobre słowo. Ale może nie być na to wła­ści­wego.

- Jak porów­na­ła­byś to z doświad­cze­niem "biblio­teki"? - zapy­tała Elvi.

Cara na chwilę dziw­nie znie­ru­cho­miała, jak robili to cza­sem i ona, i Ksan. Elvi odcze­kała jeden oddech i dziew­czyna odżyła.

- Biblio­teka w ogóle nie jest sen­so­ryczna. To po pro­stu wie­dza o róż­nych rze­czach. Ale to? To nie biblio­teka, ale stam­tąd pocho­dzą wszyst­kie infor­ma­cje. Jestem tego pewna.

Ksan wydał cichy dźwięk. Cara poło­żyła mu dłoń na ramie­niu i przy­cią­gnęła go bli­żej. Odruch naczel­nych pocie­sza­nia przez przy­tu­la­nie nie został zmie­niony przez prze­by­cie lat świetl­nych próżni w puszce z cera­miki, stali i koronki węglo­wej.

- Byłaś w sta­nie w ogóle wejść z tym w jakąś inte­rak­cję?

- Tak sądzę - potwier­dziła Cara. - To zna­czy nie rozu­mia­łam, co robi­łam, ale chyba jestem w sta­nie do tego dojść. Dobrze się czuję. Jestem gotowa, żeby znowu tam wejść.

obiekt wyka­zuje silne pra­gnie­nie powrotu do inter­fejsu, spójne ze spad­kiem poziomu dopa­miny i sero­to­niny po eks­pe­ry­men­cie, zapi­sała Elvi. uza­leż­nie­nie?

- To dobrze - sko­men­to­wała. - Musimy prze­pro­wa­dzić kilka ponow­nych kali­bra­cji, ale powin­ni­śmy być gotowi do kolej­nej próby za kilka zmian. A przy oka­zji będę chciała zro­bić wam skan albo dwa. Spraw­dzić stan wyj­ściowy.

- W porządku. - Carze pra­wie udało się ukryć znie­cier­pli­wie­nie. - Jak pani chce.

Ksan poru­szył się ner­wowo przy ramie­niu sio­stry, wywo­łu­jąc lekki obrót ich ciał.

- Jestem głodny.

- Może­cie iść - odparła Elvi. - Ja muszę to jesz­cze spi­sać, ale wy powin­ni­ście coś zjeść i odpo­cząć. Nie­długo do was dołą­czę.

Cara przy­tak­nęła i przy­su­nęła Ksana bli­żej sie­bie.

- Dzię­kuję, pani dok­tor. - Wdzięcz­nym ruchem dłu­giej nogi ode­pchnęła się od biurka Elvi.

Dzieci - lub obiekty badaw­cze, hybrydy ludzi z obcymi lub dowolny inny spo­sób, w jaki w danej chwili patrzyła na nie Elvi - zamknęły za sobą drzwi. Kobieta przy­ci­snęła dło­nie do oczu, aż wykwi­tły w nich plamy kolo­rów, i wes­tchnęła. Jej ciało dygo­tało wyczer­pa­niem, pod­nie­ce­niem i nie­po­ko­jem. Czuła się tak, jakby wypiła za dużo kawy, a prze­cież wcale jej nie doty­kała.

Zapi­sała resztę obser­wa­cji doty­czą­cych Cary i Ksana oraz dołą­czyła do raportu surowe dane. A potem zostało jej już tylko zare­je­stro­wać pod­su­mo­wa­nie. Prze­łą­czyła inter­fejs na dyk­to­wa­nie i pozwo­liła sobie uno­sić się w pew­nej odle­gło­ści od biurka. Jej nogi pra­gnęły roz­pro­sto­wa­nia, a zara­zem skur­czu. Zda­rzało się tak cza­sami, od kiedy zre­ge­ne­ro­wano jej tkankę w dziu­rze na udzie.

- Widzimy zde­cy­do­wany postęp - powie­działa, a słowa poja­wiły się na ekra­nie. - Wygląda na to, że potrójna rela­cja mię­dzy kata­li­za­to­rem pro­to­mo­le­kuły, świa­do­mym obiek­tem i KWS... - Elvi skrzy­wiła się i klik­nęła języ­kiem o pod­nie­bie­nie, by ska­so­wać ostat­nie słowo - ...przy­pusz­czal­nym rdze­niem danych obcych koń­czy się czymś, co nazy­wamy pro­to­ko­łem nawią­zy­wa­nia połą­cze­nia. Mar­twię się, że główny obiekt i inter­fejs nie zostały dla sie­bie zapro­jek­to­wane, a inte­rak­cje mię­dzy nimi mogą być... - znowu klik­nęła języ­kiem - ...poten­cjal­nie mogą mieć szko­dliwe skutki dla obu stron.

Otwo­rzyły się drzwi do jej gabi­netu i do środka wle­ciał Fayez. Unio­sła dłoń, pro­sząc o ciszę, więc zatrzy­mał się przy uchwy­cie. Pocze­kała na zamknię­cie drzwi i kon­ty­nu­owała:

- Następna faza będzie pole­gać na potwier­dze­niu już posia­da­nych przez nas infor­ma­cji. W szcze­gól­no­ści zamie­rzam zadać obiek­towi zestaw pro­stych pytań doty­czą­cych szcze­gó­łów z badań nad arte­fak­tami i arche­olo­gii z kilku ukła­dów, do któ­rych w żaden roz­sądny spo­sób nie mogła mieć dostępu. Jeśli zdoła potwier­dzić posia­dane już przez nas dane, pozwoli nam to pójść dalej z pew­nym zaufa­niem do wia­ry­god­no­ści infor­ma­cji, które uzy­skamy na dal­szym eta­pie. Jed­nak, ponie­waż była w pry­wat­nym labo­ra­to­rium Cor­ta­zara, a nie wiemy, jakie pro­ce­dury izo­la­cji infor­ma­cji sto­so­wał wzglę­dem obiek­tów, muszę bar­dzo uwa­żać, dobie­ra­jąc pyta­nia. Żaden z obiek­tów nie wydaje się dotknięty przez wyda­rze­nia w ukła­dzie Gedara. Tutej­szy per­so­nel, włącz­nie ze mną, nie miał żad­nych przy­pad­ków utraty świa­do­mo­ści od czasu obej­mu­ją­cego wszyst­kie układy ataku wiele mie­sięcy temu. Bez zna­jo­mo­ści ogra­ni­czeń, jakim pod­lega prze­ciw­nik, mogę zin­ter­pre­to­wać ogra­ni­czony zakres ataku w Geda­rze jako oznakę, że wciąż znaj­dują się w fazie eks­pe­ry­men­tów, szu­ka­jąc inte­rak­cji, które sku­tecz­nie nas wyłą­czą. Alter­na­tyw­nym wyja­śnie­niem jest to, że nowe ataki wyma­gają więk­szego wysiłku, któ­rego prze­ciw­nik nie chce sto­so­wać. Albo po pro­stu nie mają jesz­cze dość infor­ma­cji, by zin­ter­pre­to­wać uzy­skane wyniki, a ja nie­po­trzeb­nie strzę­pię sobie język.

Klik­nęła języ­kiem, by usu­nąć sar­ka­styczną uwagę na koniec, i zamknęła raport. Zaczęła prze­glą­dać tekst na ekra­nie, szu­ka­jąc błę­dów i lite­ró­wek. Fayez prze­niósł się do jej boku, spo­glą­da­jąc jej przez ramię na ekran.

- Nie powie­dzia­łaś "a jeśli szybko tego nie zro­zu­miemy, to zanim dosta­niemy odpo­wiedź, wro­go­wie odkryją, jak zdmuch­nąć wszyst­kie nasze umy­sły jak miliardy świe­czek, i kara­lu­chy będą musiały wyewo­lu­ować dosta­tecz­nie, by prze­jąć kon­trolę".

- Raczej mrówki, nie kara­lu­chy - sko­men­to­wała Elvi. - Dra­pieżne super­or­ga­ni­zmy. Kara­lu­chy to dla nich tylko ruchome źró­dło poży­wie­nia.

- Widzę, że to prze­my­śla­łaś.

Skie­ro­wała kopie raportu do dok­tora Ochidy w dyrek­to­ria­cie nauko­wym na Lako­nii i pry­wat­nie do admi­rała Antona Trejo, będą­cego obec­nie kimś naj­bliż­szym inte­li­gen­cji ste­ru­ją­cej lakoń­skim dra­pież­nym super­or­ga­ni­zmem.

Gdzieś na Jastrzę­biu roz­bły­sła i zga­sła wiązka kie­run­kowa, posy­ła­jąc świa­tło do wzmac­nia­czy, które roz­sta­wili za sobą, zakła­da­jąc, że wciąż są na miej­scu i dzia­łają. Lecąca z szyb­ko­ścią świa­tła infor­ma­cja będzie potrze­bo­wała pra­wie godziny na osią­gnię­cie pier­ście­nia wrót, potem prze­do­sta­nie się przez cha­otyczną, wynisz­czoną wojną i mało pewną sieć łącz­no­ści w prze­strzeni wrót, aż dotrze do Trejo, choć nie miała poję­cia, ile to zaj­mie.

Spa­ko­wała kolejną kopię raportu, ozna­czyła do łatwego prze­chwy­ce­nia przez pod­zie­mie i zaadre­so­wała do Naomi Nagaty. Tę też wysłała.

- Któ­re­goś dnia wpa­kuje nas to w kło­poty - sko­men­to­wał Fayez.

- Już się w nie wpa­ko­wa­li­śmy.

- Tak, ale to rodzaj kło­po­tów, w któ­rych chcą nas zabić kosmiczne siły spoza cza­so­prze­strzeni. Prze­sy­ła­nie naszych danych do ruchu oporu to kło­poty w rodzaju roz­strze­la­nia za zdradę.

Elvi roze­śmiała się, choć gniew­nie i z napię­ciem.

- To, co tu robimy, jest więk­sze od poli­tyki.

- Wiem - zapew­nił. - Po pro­stu cią­gle mam nadzieję, że poli­tycy też to zro­zu­mieją.

Jakby w odpo­wie­dzi jej sys­tem zadzwo­nił. Ode­brał prio­ry­te­tową wia­do­mość z Lako­nii. Tylko dla Elvi.

- Cho­ler­nie dziwne - rzu­cił Fayez. - Chcesz zostać sama?

- Nie - odpo­wie­działa. - Ale i tak lepiej będzie, jeśli wyj­dziesz.

Włą­czyła odtwa­rza­nie, gdy tylko zamknęły się za nim drzwi. Do kamery nachy­lał się Kelly, oso­bi­sty poko­jowy Win­stona Duarte. Miał wąskie i sine wargi. Cokol­wiek to było, wyglą­dało na złe wie­ści.

- Dok­tor Okoye. Zosta­łem upo­waż­niony przez admi­rała Trejo do poin­for­mo­wa­nia pani o kwe­stii bez­pie­czeń­stwa, która może mieć zwią­zek z pani pracą. Nastą­piła zmiana w sta­nie wyso­kiego kon­sula Duarte...

Rozdział piąty

Tanaka

Pan­cerz zwiadu lakoń­skiej pie­choty zme­cha­ni­zo­wa­nej, przy­jaź­nie nazy­wany Stal­ke­rem, był cudem inży­nie­rii. Zbu­do­wany do dłu­go­trwa­łych misji zwia­dow­czych był lżej­szy i szyb­szy od stan­dar­do­wych pan­ce­rzy wspo­ma­ga­nych, a zamiast mnó­stwa uzbro­je­nia pokry­wały go czuj­niki i sys­temy śle­dze­nia. Nie był prze­zna­czony do walki w pierw­szym sze­regu, jego zada­niem było wnik­nię­cie, wykry­cie wroga i ozna­cze­nie celów, a potem wymknię­cie się z powro­tem, nim sprawą zajmą się sil­nie uzbro­jone oddziały ude­rze­niowe. Mało­ka­li­browe, szyb­ko­strzelne działko Gatlinga na pra­wym przed­ra­mie­niu pan­ce­rza ozna­czało, że Stal­ker mógł też samo­dziel­nie pora­dzić sobie z pro­ble­mami, jeśli zaszła taka potrzeba.

Pod­czas wielu dzie­się­cio­leci służby, naj­pierw w kor­pu­sie mari­nes jako człon­kini eli­tar­nego bata­lionu zwiadu bojo­wego w bazie Hekate, póź­niej jako ofi­cer bojowa w nowo utwo­rzo­nych lakoń­skich mari­nes, Tanaka nosiła chyba wszyst­kie modele dostęp­nych pan­ce­rzy bojo­wych. Stal­ker był jej ulu­bio­nym. Długi i zgrabny, szybki jak chart i twardy jak orzech. Zawsze uwa­żała, że pan­cerz wyglą­dał jak mecha­niczna wer­sja jej samej.

Ten, który miała teraz na sobie, był aktu­al­nie poma­lo­wany w lek­kie zie­lone cętki, ze zmie­nia­jącą kolory powierzch­nią dosto­so­wu­jącą się do lakoń­skiego lasu i krze­wów reje­stro­wa­nych przez obej­mu­jącą całe oto­cze­nie optykę pan­ce­rza. Nie czy­niło jej to nie­wi­dzialną, ale ozna­czało, że kamu­flaż pan­ce­rza zawsze dosto­so­wy­wał się do oto­cze­nia. Na ple­cach nio­sła dwa duże zestawy aku­mu­la­to­rów zapew­nia­jące jej dzie­więć­dzie­siąt godzin zasięgu. Działko zała­do­wała mie­szanką poci­sków wybu­cho­wych i prze­ciw­pan­cer­nych. Bie­gła przez las z łatwą do utrzy­ma­nia pręd­ko­ścią dwu­dzie­stu kilo­me­trów na godzinę, stra­sząc roz­pierz­cha­jące się przed nią zwie­rzęta. Nie miała powodu, by zacho­wy­wać ostroż­ność. O ile nie znaj­dzie tu samego wyso­kiego kon­sula, nic w oko­licy nie sta­no­wiło dla niej zagro­że­nia.

Zada­nie zaczęła od zapo­zna­nia się z nie­któ­rymi doku­men­tami i wcze­śniej nie­do­stęp­nymi dla niej infor­ma­cjami.

Fak­tyczne dane doty­czące życia oso­bi­stego wyso­kiego kon­sula były bar­dzo skromne, nawet pomimo przy­dzie­lo­nego jej sta­tusu Omega. Jego doku­men­ta­cja medyczna była nie­pełna i ogól­ni­kowa. Przez lata udało mu się zacho­wać sporo pry­wat­no­ści dzięki temu, że po pro­stu ni­gdy nie reje­stro­wał danych. Dla odmiany wszy­scy inni na Lako­nii byli dobrze udo­ku­men­to­wani. Wycią­gnęła brudne rze­czy wyso­kiego kon­sula i zamknęła je w pokoju z zesta­wem czuj­ni­ków swo­jego pan­ce­rza na czas przy­go­to­wa­nia się do wyprawy. Kiedy wło­żyła pan­cerz, ziden­ty­fi­ko­wał znacz­niki che­miczne wszyst­kich ludzi, któ­rzy sty­kali się z tka­niną. I miała dane wszyst­kich, oprócz jed­nego. Zwy­kły pro­ces eli­mi­na­cji ozna­czał, że ten sygnał nale­żał do wyso­kiego kon­sula. Ujemna prze­strzeń dla zwie­rzyny łow­nej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki