Upadek króla królów. Rewolucja irańska, zwycięstwo teokracji i przekleństwo religijnego nacjonalizmu - Scott Anderson


Reflow text when sidebars are open.
[1] Iran in the 1980s, Central Intelligence Agency, August 1977, doc. 1679096806, history-lab.org.
[2] P.W. Valentine, 2 Iran Factions Clash; 124 Hurt at White House, "Washington Post",16.11.1977.
[3] G. Sick, wywiad autora.
[4] Tytuł szachbanu król nadał żonie podczas obrzędu koronacyjnego w 1967 roku. Oznaczał on cesarzową, co było unikatem w dziejach perskiej monarchii - przyp. red.
[5] C. Naas, Program of Oral History, 31.05.1988, s.104-105, chrome-extension://efaidnbmnnnibpcajpcglclefindmkaj/https://fis-iran.org/wp-content/uploads/Oral%20History%20-%20Transcripts/Charles-Naas-Vol-I.pdf [dostęp: 26.04.2026].
[6] Official and Press Reactions to Shah's U.S. Visit, State Department Central Foreign Policy Files, doc. ID 1977TEHRAN10300, www.history-lab.org.[dostęp: 4.05.2026].
[7] P.W. Valentine, 2 Iran Factions Clash...,op. cit.
[8] Ibid., s. A22.
[9] Foreign Relations of the United States,1977, Part IX: The Middle East,doc. 328, s. 723-724.
[10] Shah of Iran Facing Growing Opposition, "New York Times",18.05.1978.
[11] M. Metrinko, wywiad autora.
[12] G. Sick, wywiad autora.
[13] D. Frost, Szach [w:] 20/20, ABC, 17.01.1980.
[14] G. Braswell, wywiad autora.
[15] G. Braswell, ibid.
[16] G. Yatsevitch, Program of Oral History, 5.11.1988, s. 91.
[17] A. Alam, The Shah and I: The Confidential Diary of Iran's Royal Court, 1969-77, I.B. Tauris, New York 2008, s. v.
[18] A. Milani, The Shah,Palgrave Macmillan, New York 2011, s. 323.
[19] A. Alam, The Shah and I...,op. cit., s. 143.
[20] Ibid., s. 151, 175.
[21] Ibid., s. 105.
[22] Ibid., s. 174-175.
[23] G.R. Afkhami, Life and Times of the Shah, University of California Press, Berkeley 2009, s. 53.
[24] A. Alam, The Shah and I..., op. cit., s.187.
[25] Ibid., s. 79.
[26] Ibid., s. 60.
[27] D. Wright, Iranian Oral History Project, 11.10.1984, s. 212.
[28] A. Alam, The Shah and I...,op. cit.,s.18-19.
[29] M. Zonis, Majestic Failure: The Fall of the Shah,University of Chicago Press, Chicago 1991, s. 135.
[30] H. Algar, Islam and Revolution: Writings and Declarations of Imam Khomeini (1941-1980),Mizan Press, Berkeley 1981,s. 179.
[31] M. Zonis, Majestic Failure..., op. cit., s.136.
[32] A. Alam, The Shah and I..., op. cit., s. 80-81.
[33] Ibid., s. 114.
[34] Ibid., s. 110.
[35] A.S. Cooper, The Fall of Heaven: The Pahlavis and the Final Days of Imperial Iran,Henry Holt, New York 2016, s. 179.
[36] R. Takeyh, The Last Shah: America, Iran and the Fall of the Pahlavi Dynasty,Yale University Press, New Haven 2021, s. 168.
[37] A. Alam, The Shah and I..., op. cit.,s.132.
[38] Ibid., s. 133.
[39] F. Pahlavi, An Enduring Love: My Life with the Shah,Hyperion, New York 2004. W języku polskim książka ukazała się jako tłumaczenie z języka francuskiego pod tytułem Wspomnienia: z miłości do mojego króla.
[40] A.S. Cooper, The Fall of Heaven...,op. cit., s.189; A. Alam, The Shah and I..., op. cit.,s.181.
[41] A. Alam, The Shah and I..., op. cit.,s.51.
[42] Ibid., s. 150-151.
[43] Ibid., s. 152.
[44] Ibid., s. 159.
[45] Ibid., s. 177.
Szach będzie aktywnym uczestnikiem irańskiego życia publicznego do późnych lat 80. (...) W najbliższej przyszłości nie nastąpi żadna radykalna zmiana w polityce Iranu[1].
- tajny raport CIA Iran w latach 80. XX wieku z sierpnia 1977 roku, pięć miesięcy przed wybuchem rewolucji
Rankiem 15 listopada 1977 roku około godziny 10.20 dwa helikoptery Sikorsky Sea King przeleciały nisko nad Potomakiem, by skierować się na rozległy zieleniec okalający południową stronę Pomnika Waszyngtona. Biało-zielone helikoptery z wojskowymi oznaczeniami były częścią floty prezydenckiej "HMX-1", a pasażerami maszyny prowadzącej byli szach Iranu Mohammad Reza Pahlawi z małżonką Farah oraz niewielka świta królewska. Drugi helikopter miał służyć jedynie odwróceniu uwagi.
Wzdłuż lądowiska czekało już pół tuzina czarnych limuzyn z eskortą pojazdów amerykańskiego Secret Service i patrolem policji motocyklowej. Ze względów bezpieczeństwa jedynie garstka oficjeli wiedziała, która z tych limuzyn przetransportuje szacha niecały kilometr dzielący ich od Białego Domu. Miała to być dwunasta wizyta irańskiego monarchy w Stanach Zjednoczonych, odkąd objął tron 36 lat wcześniej. W ciągu tych wizyt było mu dane spotkać sześciu kolejnych prezydentów USA, z których pierwszym był Harry Truman. Teraz oczekiwał go siódmy: Jimmy Carter.
Szach obawiał się tej wizyty. Miał ku temu dwa ważne powody. Zakończona rok wcześniej kampania prezydencka Cartera opierała się na programie reform i transparentności. Były gubernator Georgii przekonał do siebie wyborców, obiecując położenie nacisku na ochronę na całym świecie praw człowieka oraz krytyczną weryfikację kontraktów na dostawy amerykańskiej broni dla przychylnych dyktatur. Obydwie te obietnice stawiały Iran w niekorzystnym świetle. W minionych latach reżim szacha był celem ostrej krytyki wielu międzynarodowych organizacji z uwagi na historię naruszeń w sferze praw człowieka.
Co więcej, Iran był największym rynkiem zbytu amerykańskiego uzbrojenia, wchłaniając w ostatnich latach niemal połowę dostaw przemysłu zbrojeniowego USA. Za kulisami wysoko postawieni członkowie administracji Cartera zapewniali szacha, że te górnolotne cele nigdy nie miały się odnosić do jego kraju, mimo to irański przywódca oczekiwał słów prezydenta z niepokojem.
Do tego doszła jeszcze ważniejsza sprawa. W 1977 roku do amerykańskich college'ów i uniwersytetów uczęszczało już około 50 tysięcy studentów, a w ostatnich dniach spora ich liczba - według niektórych raportów sięgająca nawet 4 tysięcy osób[2] - miała zgromadzić się w Waszyngtonie, by oprotestować wizytę głowy ich państwa. Choć szeregi demonstrantów stanowili głównie młodzi lewicowcy, protestujących wspierały również grupy starszych irańskich dysydentów i wygnańców oraz amerykańscy aktywiści humanitarni. Wszyscy obiecywali zamienić wizytę szacha w głośny i upokarzający koszmar. Monarcha miał już zresztą próbkę ich działań minionej nocy: gdy wraz z małżonką zatrzymali się w skansenie kolonialnym w Williamsburgu w stanie Wirginia, ich sen zakłóciły okrzyki kilkuset zgromadzonych nieopodal demonstrantów. Wielu z nich zakryło twarze papierowymi maskami, co miało uchronić ich przed szykanami ze strony tajnej policji szacha. W efekcie tłum wyglądał wyjątkowo niepokojąco.
Aby przygotować się na oczekiwane nieprzyjemności, irański rząd miał zorganizować przyjazd setek prorządowych członków irańskiej społeczności w USA, w tym kadetów irańskich sił lotniczych, którzy odbywali wówczas szkolenie w bazie Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych Laughlin w stanie Teksas. Obok transparentów wychwalających rządy szacha oraz amerykańsko-irańską przyjaźń kontrdemonstrantom rozdano również dwustronne flagi sojusznicze z godłem Iranu i Stanów Zjednoczonych. Późnym rankiem uprzedzona zawczasu stołeczna policja odseparowała zwaśnione strony po obu stronach "Elipsy" - olbrzymiej połaci zieleni rozciągającej się tuż poniżej Białego Domu. Mimo dzielących je 150 metrów sytuacja pozostawała bardzo napięta: dwie upchnięte za mizernymi śnieżnymi zaporami grupy wykrzykiwały przez megafony wzajemne przekleństwa tym zacieklej, im bliżej było do planowanego przybycia szacha.
Tego ranka ja również znalazłem się na Elipsie, spacerując wzdłuż szeregów policji i między garstkami reporterów rozproszonych na oddzielającej demonstrantów ziemi niczyjej. Miałem 18 lat i pracowałem w centrali Departamentu Skarbu, który mieścił się tuż obok Białego Domu.
Choć stanowisko specjalnego asystenta sekretarza skarbu brzmiało dumnie, w praktyce byłem zwykłym chłopcem na posyłki - a ponieważ urzędujący wówczas sekretarz W. Michael Blumenthal z posyłek korzystał niezmiernie rzadko, większość czasu pracy upływała mi na wędrowaniu po mieście w poszukiwaniu atrakcji. Rankiem 15 listopada 1977 roku niewiele rzeczy było równie interesujących jak scena rysująca się na trawniku Elipsy.
Około godziny 10.30 kolumna pojazdów z eskortą szacha przemknęła między żelaznymi bramami Białego Domu i zatrzymała się u szczytu półkolistego podjazdu przy akompaniamencie uroczystego salutu 21 armatnich wystrzałów. Z perspektywy czasu uhonorowanie wizyty w ten tradycyjny sposób mogło być błędem, ponieważ przeciwnicy szacha po wschodniej stronie Elipsy potraktowali wystrzał jako sygnał do startu. W jednej chwili setki ludzi pokonało liche zapory i ruszyło przez trawnik w stronę swoich przeciwników. Choć niektórzy zwolennicy szacha rzucili się do panicznej ucieczki, wielu młodszych spośród nich - sądząc po mocnej budowie i krótkich fryzurach byli to zapewne kadeci - postanowiło złapać za dowolną zaimprowizowaną broń i również ruszyło do walki. Gwałtownie kurczący się pas ziemi niczyjej nagle stracił cały swój urok.
Przez następne dwie, może trzy minuty - w środku akcji wydawało się to trwać znacznie dłużej - Elipsa zamieniła się w gigantyczną arenę walki ulicznej. Poszły w ruch pięści i nogi, a ludzie to biegli, to upadali, to znów czołgali się w różnych kierunkach. Nie sposób było odgadnąć, kto był bliższy zwycięstwa. Podobnie zagadkowa była przynależność jednego z demonstrantów, który uderzył mnie drewnianą lagą z taką siłą, że natychmiast wylądowałem na ziemi. Siła ciosu każe mi jednak podejrzewać jednego z wysportowanych wojskowych, a nie lewicującego studenta. Gdy w końcu wśród tłumu pojawiła się uzbrojona w gaz łzawiący i pałki policja, trawnik usłany był już niemałą liczbą rannych.
Na potrzeby uroczystości powitania szacha na południowym trawniku Białego Domu wzniesiono podium, przed którym zgromadziło się kilkuset gości gotowych wysłuchać otwierającej przemowy monarchy i goszczącego go prezydenta. To również okazało się błędem, bowiem gdy tylko dwaj przywódcy wraz z małżonkami znaleźli się przed mównicą, zaczęły ich otaczać chmury rozpylonego na Elipsie gazu łzawiącego. Słynna seria zdjęć z uroczystości pokazuje obydwie pary starające się zachować godną postawę mimo strużek łez spływających po policzkach.
Chcąc jak najszybciej zakończyć upokarzające przedstawienie na południowym trawniku - Jimmy Carter później żartował, że było to jedno z najkrótszych przemówień w jego karierze - obydwie pary prędko wycofały się do Białego Domu. Podczas gdy Rosalynn Carter odprowadzała Farah wraz ze świtą na kawę i tradycyjny "damski obchód" Białego Domu, dwie głowy państwa skierowały się do sali posiedzeń nieopodal Gabinetu Owalnego. Szachowi w tym spotkaniu towarzyszyło zaledwie dwóch doradców, co kontrastowało z licznym składem strony amerykańskiej. Naprzeciw zasiadali bowiem prezydent Carter, wiceprezydent Walter Mondale, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Zbigniew Brzeziński wraz z sekretarzem stanu Cyrusem Vancem i kilkoma innymi wysoko postawionymi przedstawicielami Departamentu Stanu.
Przy stole obecny był także główny przedstawiciel Rady Bezpieczeństwa Narodowego (NSC) odpowiedzialny za kwestie irańskie - był nim czterdziestodwuletni kapitan marynarki wojennej Gary Sick. Chociaż dzierżył tekę Iranu w NSC od bez mała dwóch lat, było to jego pierwsze osobiste spotkanie z szachem. "Pierwszym, co zwróciło moją uwagę, było to, że sprawiał wrażenie osoby nad wyraz delikatnej" - wspominał później Sick. "Był bardzo elegancki, bardzo wytworny w tej sztywnej postawie, a jednak wydawał się przy tym wręcz filigranowy. Po tym wszystkim, co o nim czytałem, i nagraniach, które oglądałem, przyznam, że nieco zbiło mnie to z tropu"[3].
Wstępne spotkania z przywódcami państw w Białym Domu często wypełniają banalne uprzejmości i oględne uwagi na temat kwestii, które będą szczegółowo podejmowane później. Wizyta z 15 listopada nie była wprawdzie całkowicie wyzuta z takich frazesów, ale jednak okazała się niezwykle treściwa. Kilkukrotnie w trakcie rozmowy prezydent Carter miał podkreślać, że Ameryka nie tylko ceni sobie "specjalne relacje", jakie łączą ją z Iranem, ale i zamierza je wzmocnić - co dla szacha oznaczało cichy sygnał, że nowa administracja USA nie zamierza zbytnio oponować w sprawie naruszeń praw człowieka czy zakupów zbrojeniowych Iranu. Natomiast irański władca powtórzył obietnicę, że na najbliższym spotkaniu Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową (OPEC) nie będzie dążył do podwyżki cen ropy naftowej. Był to bardzo pożądany zwrot w działaniach człowieka, który od dawna był głównym inicjatorem takich podwyżek.
Przez całe półtoragodzinne spotkanie Gary Sick był pod wrażeniem władczego sposobu bycia szacha. "Po naszej stronie stołu co chwila dochodziło do jakichś nieoficjalnych dyskusji czy wymiany zdań między uczestnikami, natomiast szach chyba ani razu nawet nie spojrzał na dwójkę swoich towarzyszy, a już na pewno nie usłyszeliśmy od nich ani słowa. Formuła umówionego spotkania i podejmowane na nim kwestie sprawiały, że był w swoim żywiole. Zrobił na mnie wielkie wrażenie - był bezbłędnie przygotowany do rozmowy na każdy temat".
Pomimo obaw, które towarzyszyły szachowi przed oficjalną wizytą, oraz chaosu, który naznaczył jego przybycie, niebawem okazało się, że między nim a Carterem zawiązała się nić porozumienia. Następnego popołudnia opuścił Waszyngton wraz z szachbanu[4] w doskonałym humorze. Pewien amerykański dyplomata usłyszał od króla, że trudno było marzyć o bardziej udanej wizycie[5], a jednemu z pałacowych doradców szach wyznał, że była to jedna z najbardziej owocnych wycieczek do amerykańskiej stolicy, odkąd objął panowanie[6]. W samym Iranie kontrolowane przez państwo media publikowały wielkie nagłówki wychwalające zagraniczny triumf Króla Królów, a członkowie administracji Cartera byli zgodni w ocenie tych dwudniowych spotkań jako wielkiego kroku w stronę dalszego wzmacniania wieloletniego sojuszu amerykańsko-irańskiego.
Uważni obserwatorzy mogli jednak dostrzec, że ta wizyta zrodziła również kilka niepokojących pytań. W krwawych demonstracjach z 15 listopada rany odniosło znacznie ponad 100 osób, w tym 29 funkcjonariuszy, co czyniło wizytę szacha dniem najgorszych zamieszek w stolicy od niemal dziesięciu lat[7]. Bójki między zwaśnionymi stronami nie ustały nawet na izbach przyjęć. Strażnicy szpitalni zmuszeni byli rozdzielać oczekujących na pomoc demonstrantów według opcji politycznej[8]. Wielu spośród szacowanych 4 tysięcy irańskich studentów, którzy przybyli do Waszyngtonu, by potępić władzę szacha, pochodziło z irańskiej klasy średniej i wyższej. Jeśli takie nastroje panowały wśród rodzin tych, którzy najwięcej skorzystali na jego rządach, co można było sądzić o tych, którzy pozbawieni byli przywilejów? Dodatkowo, choć większość antyrządowych demonstrantów prezentowała poglądy lewicowe, ich szeregi zasilali również członkowie kilku konserwatywnych muzułmańskich ugrupowań religijnych. W rezultacie wśród transparentów oskarżających monarchę o faszyzm i poddaństwo wobec USA znalazły się również takie, które nazywały go zdrajcą islamu. Niektórzy z tej drugiej grupy protestujących nieśli plakaty z wizerunkiem jednego z najzagorzalszych krytyków szacha, leciwego duchownego, postaci praktycznie nieznanej poza granicami Iranu - był nią ajatollah Ruhollah Chomejni. Czy przy jakiejś innej okazji Waszyngton albo jakakolwiek inna stolica mogła ujrzeć świeckich lewicowych aktywistów maszerujących ramię w ramię z religijnymi fundamentalistami?
A jednak nikt wówczas nie zwrócił na to uwagi, a już na pewno nikt z decydentów. Przeciwnie, szach nie zdążył jeszcze opuścić Waszyngtonu, a doradcy z Białego Domu już rozpoczęli przygotowania do rewizyty prezydenta Cartera w Iranie. Miała się odbyć ledwie sześć tygodni później, by utrzymać wysokie tempo postępów w relacjach obydwu krajów. Podczas tego drugiego spotkania Carter ponownie obsypał króla wyrazami uznania, stwierdzając, że "dzięki przywództwu szacha Iran pozostaje wyspą stabilności w tym niespokojnym regionie"[9].
I znów mogło się wydawać, że ktoś pociągnął za spust pistoletu startowego, bowiem w ciągu zaledwie kilku dni od wygłoszenia prezydenckich peanów Iran ogarnęły pierwsze od ponad dziesięciolecia poważne protesty przeciwko władzy szacha. Z początku demonstracje były niewielkie i łatwe do opanowania, lecz po kilku tygodniach przeobraziły się w brutalne zamieszki. I nadal nie zwróciło to większej uwagi. Wiosną 1978 roku demonstranci maszerowali po ulicach niemal każdego miasteczka w Iranie, a ich okrzyki niosły teraz wyraźnie religijny akcent[10]. Dopiero wtedy - pół roku po tym, jak jego podobizna pojawiła się na ulicach Waszyngtonu - redakcja "New York Timesa" postanowiła w końcu zidentyfikować głównego przeciwnika szacha, Ruhollaha Chomejniego, choć nie była w stanie poprawnie podać jego imienia. Nadal jednak tylko nieliczni zdawali sobie sprawę z tego, jak bardzo pogarszała się sytuacja w kraju. W grudniu tego roku, choć sparaliżowany przez strajki Iran był coraz bliżej wojny domowej, a liczba ofiar walk ulicznych sięgała tysięcy - dziesiątek tysięcy, jeśli wierzyć opozycji - prezydent Carter wciąż mógł zapewniać o swoim całkowitym przekonaniu w zdolność szacha do opanowania sytuacji i utrzymanie rządów. I oto, ledwie kilka tygodni później, stała się rzecz niegdyś niewyobrażalna: po 37 latach panowanie szacha Mohammada Rezy Pahlawiego, Króla Królów, Światła Aryjczyków, Cienia Boga na Ziemi, zwyczajnie upadło i skazało go na wygnanie w obliczu rewolucji, której niewielu się spodziewało, a nikt nie potrafił zatrzymać.
Będąc nastolatkiem, miałem okazję spędzić w Iranie jakieś sześć tygodni z moim ojcem. We dwóch wybraliśmy się na długą wyprawę przez Bliski Wschód i Azję Środkową. To doświadczenie - w połączeniu z moją przypadkową obecnością na listopadowej demonstracji w Waszyngtonie w 1977 roku - pobudziło we mnie gorącą ciekawość dramatycznych wydarzeń, jakie miały miejsce w Iranie w roku rewolucji. Myślę, że fascynację tę podsycało też pewne niedowierzanie. Podzielałem zdumienie, z jakim osoby znacznie lepiej ode mnie zorientowane obserwowały całkowitą bezradność państwa policyjnego o tak, zdawałoby się, ugruntowanej pozycji. Mimo wszystkich narzędzi, jakimi dysponował, porażka aparatu represji była tak głęboka, że na znak protestu kobiety jednego z najbardziej prozachodnich krajów Bliskiego Wschodu z własnej woli miały zakładać chusty, które pół wieku wcześniej odrzuciły ich babki. Jak wielu innych nigdy nie sądziłem, że przyszłość dynastii Pahlawich może stać pod znakiem zapytania. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że liczący rzekomo dwa i pół tysiąca lat królewski rodowód zwyczajnie obróci się w pył - póki nie stało się to na naszych oczach. A już na pewno nie podejrzewałem, że rewolucja irańska będzie przewrotem tak znaczącym, że jej spuścizna uczyni ją jednym z najważniejszych wydarzeń politycznych współczesnego świata.
Jeśli te słowa wydają się nader przesadne, warto zastanowić się nad konsekwencjami tej rewolucji.
Przez 46 lat, które upłynęły od jej wybuchu, Zachód i świat islamu ścierały się w konflikcie, który dla wielu ma charakter wręcz egzystencjalny. Z jednej strony naznaczony jest rewanżystowskim religijnym fundamentalizmem i oficjalnym wsparciem dla terroryzmu, a z drugiej - paranoją i ultranacjonalistycznym fanatyzmem. Konflikt ten nadawał ton niemal wszystkim wydarzeniom politycznym i gospodarczym na Bliskim Wschodzie, od konfliktu arabsko-izraelskiego oraz wojny w Iraku i Afganistanie po kluczowe decyzje dotyczące handlu międzynarodowego i bezpieczeństwa energetycznego.
Choć skutki rewolucji były, rzecz jasna, najsilniej odczuwane w samym Iranie, wstrząs wywołany w Stanach Zjednoczonych był niewiele słabszy. Dla USA upadek irańskiej monarchii oznaczał nagłe zerwanie jednego z najważniejszych sojuszy ekonomiczno-wojskowych na świecie. Pokłosiem rewolucji była przegrana amerykańskiego prezydenta w walce o reelekcję oraz wybór nowej administracji, której zamiarem było wzmocnienie wpływów USA poprzez masowe zbrojenie i finansowanie wojen zastępczych. Przez kolejne czterdziestolecie radykalne zmiany na szachownicy Bliskiego Wschodu otwarły bezpośrednią ścieżkę do największych błędów polityki USA w tym regionie. Można tu wspomnieć choćby o interwencji w Bejrucie w 1983 roku, w której życie straciło niemal 300 amerykańskich żołnierzy, czy o początkowym wsparciu, jakie otrzymał od Ameryki iracki despota Saddam Husajn. Odegrały one również kluczową rolę w innych porażkach: katastrofalnej inwazji USA na Irak w roku 2003, niezdarnych działaniach wobec wojny domowej w Syrii oraz powstaniu Państwa Islamskiego. Po dziś dzień widmo irańskiej rewolucji napędza politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych w zakątkach Bliskiego Wschodu tak odmiennych jak Liban, Jemen czy Izrael. Stanowi również kość niezgody między Waszyngtonem a europejskimi sojusznikami, którzy przyjęli odmienną strategię rozwiązania problemu irańskiego programu jądrowego, a także silnie komplikuje starania Zachodu na rzecz pomocy Ukrainie w odparciu rosyjskich najeźdźców.
W wymiarze osobistym wpływ irańskiej rewolucji na moją karierę dziennikarską objawiał się właściwie na każdym kroku.
Po niemal czterech dekadach spędzonych na relacjonowaniu konfliktów rozsianych po całym świecie mogę stwierdzić, że kluczową siłą napędową wielu tych tragedii był wzrost zbrojnego fanatyzmu religijnego. Wbrew obiegowej opinii określenie to nie jest zarezerwowane wyłącznie dla działań zbrojnych ugrupowań islamskich. W połowie lat 80. XX wieku na Sri Lance to ultranacjonalistyczni buddyjscy mnisi podżegali do wojny przeciw hinduskiej mniejszości. W latach 90. na Bałkanach to serbscy chrześcijanie zainicjowali czystki etniczne skierowane przeciw bośniackim muzułmanom, a w Izraelu to ekstremizm żydowskich osadników pomógł wzniecić palestyńskie powstanie. W chwili, gdy piszę te słowa, ataki zbrojnych ugrupowań hinduskich na mniejszość muzułmańską mogą pogrążyć niektóre regiony Indii w otwartym konflikcie, podczas gdy w Rosji prawosławni duchowni wysławiają putinowską napaść na Ukrainę jako świętą wojnę narodu. Amerykanie również nie mogą wygodnie zaszufladkować przemocy na tle religijnym jako problemu wyłącznie "obcych kultur". Biali chrześcijańscy nacjonaliści odpowiadają w USA za serie masowych strzelanin, w których tracą życie dziesiątki ludzi, i byli oni w pierwszym szeregu podczas szturmu na Kapitol 6 stycznia 2021 roku.
Rzecz jasna, żadnego z powyższych wydarzeń nie można bezpośrednio przypisać rewolucji irańskiej, a jednak fala muzułmańskich protestów, która w 1979 roku zrzuciła szacha z tronu, stanowiła zarazem pierwszą we współczesnym świecie udaną kontrrewolucję religijną przeciw siłom sprzyjającym sekularyzacji. Oznaczało to odrodzenie podziałów i konfliktów wyznaniowych, które odbija się echem do dzisiaj. Sporządzając listę tych nielicznych rewolucji, które wywołały w erze nowożytnej przemiany na prawdziwie globalną skalę, można pokusić się o dopisanie rewolucji irańskiej obok amerykańskiej wojny o niepodległość, przewrotu bolszewickiego czy rewolucji francuskiej.
A jednak obalenie rządu w Iranie, choć miało tak doniosłe znaczenie, naznacza pewien paradoks: im bardziej zagłębiamy się w szczegóły, tym bardziej wydaje się tajemniczy - czy wręcz wprost nieprawdopodobny.
Jedną z utrwalonych koncepcji w publikacjach historycznych jest budowanie teorii i rysowanie przebiegu wydarzeń w kategoriach przyczynowo-skutkowych: jedna sprawa zaistniała, bo była skutkiem innego, wcześniejszego zdarzenia. Łatwo w ten sposób zbudować argument, że - dajmy na to - przyczyną wybuchu II wojny światowej były surowe warunki kapitulacji, jakie narzucono Niemcom po zakończeniu I wojny światowej, czy może skutki wielkiego kryzysu przełomu lat 20. i 30., a może i tektoniczne przesunięcia na planszy imperiów kolonialnych. Badanie historii przekształca się tym samym w miareczkowanie różnych wydarzeń i debatowanie o wadze każdego z nich dla efektu końcowego. Częstym skutkiem ubocznym takiego podejścia jest poczucie nieuchronności, tzn. wrażenie, że niezależnie od proporcji i udziału wszystkich konkurujących czynników, efekt końcowy - w tym wypadku wybuch II wojny światowej - był z góry przesądzony.
To wrażenie rozmywa się jednak, gdy uważniej przyjrzymy się mechanizmom, które doprowadziły do rewolucji w Iranie. W jej przebiegu uderza raczej przypadkowość i poczucie, że gdyby wydarzenia rozegrały się choć odrobinę inaczej, gdyby pewne decyzje zostały podjęte szybciej lub z większą determinacją, jej wynik mógłby być zupełnie odmienny.
Jeszcze w przeddzień wizyty szacha w Waszyngtonie w 1977 roku, a tym samym niemalże u progu rewolucji, która zmiotła jego rządy, CIA przygotowała analizę sytuacji w Iranie. Ściśle tajne dokumenty wskazywały, że władza szacha była wystarczająco ugruntowana, by zapewnić jego wieloletnie panowanie. Z perspektywy historii wniosek ten wydaje się śmieszny. Jednak wówczas sama sugestia, że może być inaczej, wystawiałaby autora na pośmiewisko.
Na arenie międzynarodowej Król Królów cieszył się nie tylko niezachwianym poparciem Stanów Zjednoczonych, ale udało mu się też nawiązać bliskie relacje z sąsiadującym supermocarstwem - Związkiem Radzieckim - tak aby oddalić ryzyko kremlowskiej ingerencji i destabilizacji jego rządów. Oczywiście szach miał w regionie także rywali, w szczególności reżim baasistów w Iraku oraz radykałów takich jak Muammar Kaddafi w Libii, jednak armia irańska - piąta co do wielkości na świecie i wyposażona w najnowocześniejszy dostępny sprzęt - przewyższałaby połączone siły wszystkich krajów arabskich na Bliskim Wschodzie. Szach nawiązał także bliskie, choć dyskretne relacje z drugim silnym graczem w regionie, a mianowicie Izraelem. Jeśli wszystko miałoby zależeć od czynników zewnętrznych, w 1977 roku można było bezpiecznie założyć, że dwuipółtysiącletnie panowanie monarchii irańskiej przetrwa i kolejne milenium.
Sytuacja wewnętrzna w kraju budziła jeszcze mniej obaw. Przez cały okres panowania szacha dochód na mieszkańca wzrósł o fenomenalne 2 tysiące procent, analfabetyzm zmniejszono pięciokrotnie, a przeciętna długość życia statystycznego Irańczyka podwoiła się z naddatkiem z 27 do 56 lat. W tym samym czasie pół miliona Irańczyków odebrało dyplomy zagranicznych uczelni wyższych, a siatka krajowych uniwersytetów zaliczała się do najlepszych w regionie. W irańskim społeczeństwie kobiety cieszyły się wolnością większą niż niemal gdziekolwiek indziej w muzułmańskim świecie. Zajmowały również wiele istotnych - choć nadal w większości drugorzędnych - stanowisk w urzędach, a specjalna ochrona, jaką objęto etniczne i religijne mniejszości Iranu uczyniła miejscowych Żydów, Ormian i Asyryjczyków jednymi z najbardziej zagorzałych zwolenników szacha.
Nie oznacza to, że porządek społeczny w kraju był całkowicie nieskazitelny. Między bogatymi a biednymi warstwami społeczeństwa istniała ogromna przepaść, podobnie jak między rejonami miejskimi i wiejskimi. Ludzie borykali się z głęboko zakorzenioną korupcją. Większość obywateli, a w szczególności ogrom młodych mężczyzn, którzy niedawno opuścili rodzinną wieś na rzecz miasta, toczyła życie naznaczone codziennym trudem, niskimi zarobkami i nikłą nadzieją na awans społeczny. A mimo to bardzo nieliczni mogli, patrząc na swój los w 1977 roku, z pełną szczerością stwierdzić, że wiedzie się im gorzej niż przed objęciem tronu przez Mohammada Rezę Pahlawiego.
Szach z pewnością nie był całkowicie pozbawiony wewnętrznych oponentów, jednak wiele wskazywało na to, że w ten czy inny sposób zdoła skutecznie zamknąć im usta. Miejscowa partia komunistyczna została zmiażdżona wiele lat wcześniej i pozostała po niej ledwie garstka pozbawionych szans fanatyków kontynuujących walkę klas w podziemnej partyzantce. Nie stanowili realnego zagrożenia dla obecnego reżimu, ale byli nader przydatni jako argument polityczny, ilekroć któryś z amerykańskich dobroczyńców zaczynał nabierać wątpliwości przy co bardziej ekstrawaganckich zakupach uzbrojenia. Konserwatywni duchowni chętnie rzucali piach w tryby postępowych reform, szczególnie gdy obejmowały one wzmocnienie roli kobiet i otwarte przyjęcie kultury Zachodu. Monarcha radził sobie z tym, z jednej strony skazując nieprzejednanych dysydentów na banicję, a z drugiej - ustanawiając rządowy mecenat, który utrzymywał w ryzach niezadowolenie i ambicje pozostałych hierarchów. Ciemniejszą stroną rządów szacha były działania tajnej policji SAWAK, która przez 20 lat ustanowiła w kraju sieć informatorów tak gęstą, że wydawało się wręcz niemożliwe, by jakikolwiek poważny ruch antyrządowy mógł umknąć jej uwadze, i to niezależnie od warstwy społecznej. Nawet w dziedzinie osobistej fizycznej ochrony szach wydawał się praktycznie nietykalny. Prezydent Stanów Zjednoczonych mógł w każdej chwili liczyć na kilkudziesięciu agentów Secret Service, a osobista gwardia Króla Królów liczyła tysiące żołnierzy - tzw. Nieśmiertelnych (javidan), którzy poprzysięgli zginąć w jego obronie. Wobec powyższych faktów ocena stabilności władzy w Iranie sporządzona przez CIA w 1977 roku wydaje się niemal sceptyczna.
Jest jeszcze coś, co wyróżnia irańską rewolucję: tę niewzruszoną wiarę w trwałość rządów szacha podzielali właściwie wszyscy, także jego wrogowie. We wszystkich udanych przewrotach znajdą się ci prawdziwi wojownicy za słuszną sprawę, którzy są pewni wygranej od samego początku - a przynajmniej mogą tak twierdzić już po fakcie. W ówczesnym Iranie jednak ze świecą szukać takich jednostek. Spośród wielu rewolucjonistów, z którymi miałem okazję rozmawiać, prawie wszyscy spodziewali się zakończenia buntu w drodze jakiegoś kompromisu - czy to koalicyjnych rządów cywilnych, czy znacznego ograniczenia władzy monarchy z zachowaniem obecnego ustroju. Żaden z nich nie przewidział rzeczywistych skutków rewolucji niemal aż do samego końca.
Tak samo uważał Michael Metrinko, członek amerykańskiego korpusu dyplomatycznego, który spędził w Iranie osiem lat - w tym czternaście miesięcy jako zakładnik w ambasadzie USA. W połowie lat 80. Metrinko spotkał się z konserwatywnym irańskim duchownym, który podczas rewolucji był jednym z najbardziej zaufanych pomocników ajatollaha Chomejniego. Metrinko wypytywał go o różne strategie, które islamiści zastosowali, by obalić rządy szacha, a także o uzasadnienie tych czy innych decyzji - ale wciąż był zawiedziony otrzymywanymi odpowiedziami. Wyczuwając frustrację Metrinki, duchowny w końcu spytał go otwarcie: "Michael, czy tobie się wydaje, że my zaplanowaliśmy tę rewolucję? Byliśmy równie zaskoczeni jak wszyscy inni"[11].
Wszystko to sprawia, że irańską rewolucję islamską otacza aura tajemnicy zrodzona z kilku zasadniczych pytań. Dlaczego szach tak ospale reagował na wydarzenia zagrażające jego rządom? Jakim sposobem Stany Zjednoczone mogły być tak nieświadome słabości jednego z najważniejszych sojuszników, że amerykański prezydent deklarował niezachwianą wiarę w jego siłę na mniej niż miesiąc przed całkowitym upadkiem? I co z ajatollahem Chomejnim? Czy miał po prostu szczęście? Czy oderwany od rzeczywistości fanatyk religijny zwyczajnie znalazł się we właściwym miejscu o właściwym czasie? A może był wytrawnym manipulantem, który potajemnie skierował rewolucję na niespodziewane tory - ku ustanowieniu teokratycznej dyktatury z własną osobą w roli najwyższego przywódcy?
To właśnie te pytania zdają się prześladować byłego doradcę NSC Gary'ego Sicka. "Studiuję temat od 40 lat" - przyznał mi w rozmowie. "Przeczytałem niemal wszystko, co o nim napisano, a i tak nie mogę sobie tego do końca ułożyć. W kółko wracam do postawy szacha. Dlaczego wtedy nie działał? Gdyby podjął zdecydowane kroki, moim zdaniem na pewno utrzymałby się przy władzy. Ale było inaczej. Wciąż czekał i czekał, i czekał, ale nic z tego nie wynikało, aż było już za późno. To niesamowicie frustrujące i wiem, że to nie jest zbyt satysfakcjonująca odpowiedź, ale lepszej po prostu nie mam"[12].
A jednak odpowiedzi na te kluczowe pytania może skrywać kolejna nietypowa cecha irańskiej rewolucji: niezwykle wąski krąg głównych postaci konfliktu.
Na najwyższym szczeblu jest to opowieść o działaniach - lub braku tychże - trzech mężczyzn: szacha, ajatollaha Chomejniego oraz Jimmy'ego Cartera. To zdumiewające, jak niewiele osób było dość blisko tych trzech przywódców, by mieć wgląd w ich obawy czy nawet zmienić ich tok myślenia. Wewnętrzny krąg współpracowników Chomejniego w przełomowym momencie, gdy objął przywództwo rewolucji i pierwszy raz wkroczył na globalną arenę, składał się z zaledwie trzech czy czterech poruczników. Krąg zaufanych doradców szacha był prawdopodobnie jeszcze węższy: należeli do niego małżonka władcy oraz samotny powiernik. Był on może jedyną osobą, która odważyła się rozmawiać z nim z całkowitą szczerością, a także - w ostatnich, naznaczonych desperacją dniach u władzy - ambasadorzy brytyjski i amerykański, którzy zdaniem szacha trzymali jego los w swoich dłoniach. Pod tym względem najbardziej zaskakuje sytuacja Jimmy'ego Cartera, który nie tylko kierował olbrzymią biurokracją i miał do dyspozycji tuziny specjalistów, ale i był osobą znaną ze starannej, a czasem wręcz powolnej rozwagi. Mimo to w każdym kluczowym momencie kryzysu irańskiego - i to z nadzwyczajną powtarzalnością - głowę Cartera zaprzątały sprawy pozornie jeszcze większej wagi, przez co raz po raz opierał swoje decyzje w sprawie Iranu na radach jednej garstki podwładnych.
W konsekwencji zdolność oceny sytuacji wszystkich trzech przywódców była niezwykle ograniczona - lub była całkowitą fikcją. Wydaje się to zrozumiałe w przypadku ajatollaha Chomejniego: z reguły ktoś, kto postrzega siebie jako przedstawiciela Boga na ziemi, nie jest szczególnie zainteresowany alternatywnymi punktami widzenia. Król Królów z kolei wykreował w swoim pałacu tak daleko idącą kulturę wiernopoddaństwa, że nawet niepokojące wyniki ekonomiczne - rosnące bezrobocie czy inflację - rutynowo pudrowano dla lepszego efektu. W amerykańskim Departamencie Stanu, CIA i Pentagonie były wprawdzie jednostki, które ostrzegały o nadciągającym zagrożeniu, ale ich obawy nie wpisywały się w oficjalnie przyjętą linię proirańskiego optymizmu, więc odsuwano je na boczny tor na długo przed tym, nim miały szansę wylądować na biurku prezydenta czy któregoś z jego bliskich doradców. To naprawdę niezwykłe, jak głęboko zaślepione były te dwie strony konfliktu, dla których zrozumienie i załagodzenie nastrojów irańskiej "ulicy" miało właśnie najwyższe znaczenie. U progu rewolucji szach i jego amerykański sojusznik sami wyprowadzili się na mieliznę, z której nie dostrzegali kluczowych czynników.
Ostatecznie wszystkie kwestie wokół rewolucji w Iranie sprowadzają się do znanej historii, która w różnych wariacjach rozgrywa się i powtarza od niepamiętnych czasów. Jest to opowieść o grupie ludzi, którzy znaleźli się w skrajnych okolicznościach - historia tego, co zrobili lub czego nie zdołali dokonać w chwili głębokiego kryzysu i wielkich przemian. Niektórzy wykazali się męstwem i w rezultacie zachowali lub stracili życie.
Niektórzy zaś zachowali się tchórzliwie, z podobnymi konsekwencjami. Jedni byli dość dalekowzroczni, by dostrzec nadciągającą zagładę, a inni w niedowierzaniu stali jak wryci aż do samego końca. I jak zawsze znaleźli się również tacy, którzy dostrzegli okazję, i nie zawahali się z niej skorzystać. Mam nadzieję, że skupiając się na działaniach i losach tej garstki ludzi, którzy byli świadkami lub uczestnikami kluczowych wydarzeń rewolucji, zdołam opowiedzieć nową wersję tej starej opowieści, a także przetrzeć szlaki ku odpowiedzi na wiele pytań dotyczących przebiegu irańskiej rewolucji islamskiej.
Pozostaje jeszcze kwestia - gdzie i z kim zacząć tę opowieść? Może warto, by nie była to od razu centralna figura, nie sam Król Królów, ani też chwila ważkich decyzji w wielkim geopolitycznym dramacie. Zamiast tego przyjrzyjmy się może historii amerykańskiego podróżnika, który pojawił się w Teheranie wiosną 1968 roku i który - przez dziwaczne zrządzenie losu - miał zyskać rzadki wgląd w mroczne prądy, jakie krążyły w irańskim społeczeństwie tamtych czasów. Nazywał się George Braswell, a pierwszym kuriozum w jego opowieści jest sam powód, który przywiódł go do Iranu: znalazł się w kraju, w którym od 96 do 99 procent społeczeństwa wyznaje islam, by głosić dobrą nowinę o Panu Jezusie.
"Wydaje mi się, że zawsze szukałem jakiejś osobistej próby, dla samego siebie i mojej wiary" - powiedział George Braswell, opisując dziwny kierunek, jaki obrało jego życie w 1968 roku. "Znalazłem ją w Iranie"[14].
Urodzony w maleńkim miasteczku na południowej rubieży Wirginii Braswell wychowywany był w duchu postępowego odłamu Południowych Baptystów. Jego oddanie kwestii praw obywatelskich i sprawiedliwości społecznej wieńczyły studia podyplomowe na sławnym Wydziale Teologii Uniwersytetu Yale. W połowie lat 60. jego młodzieńczy zapał i ambicję temperowało doświadczenie życiowe, dzielił bowiem rolę pastora w niewielkiej parafii w Karolinie Północnej i młodego ojca rodziny. To właśnie tam, w 1967 roku, dotarły do niego poruszające wieści: Zarząd Misji Zagranicznych Południowej Konwencji Baptystycznej, a więc kościelna rada, która wybierała i wysyłała ewangelickich misjonarzy do wszystkich zakątków globu, poszukiwała ochotnika do podjęcia misji w Iranie.
Istniała niegdyś dobrze ugruntowana tradycja działalności misyjnej amerykańskich protestantów w Iranie, w ramach której organizowali oni szkoły oraz placówki medyczne, a także dyskretnie nawracali miejscowych na wiarę chrześcijańską. Jednak w połowie lat 60. XX wieku tradycja ta była praktycznie martwa już od półwiecza, a rosnący w siłę islamski konserwatyzm oraz utrzymująca się niechęć Irańczyków, którzy pamiętali dawny zachodni szowinizm, nie budziły nadziei na jej rychłe przywrócenie. Mimo to przywództwo Konwencji uznało, że nadszedł czas, by ponownie zbadać grunt. Kierowany impulsem trzydziestojednoletni Braswell zapisał się na misję, i już na początku 1968 roku wraz z żoną Joan i trójką małych dzieci wyruszyli do Iranu uzbrojeni w ledwie dziewięćdziesięciodniową wizę. "Nie mieliśmy pojęcia, czy pozwolą nam zostać - wspominał - więc cały plan polegał na tym, żeby znaleźć coś, co spotka się z aprobatą irańskiego rządu".
Niemałe wyzwanie. Wobec atmosfery ciągłego napięcia między reformatorskim rządem szacha a konserwatywnym muzułmańskim duchowieństwem działalność katechetyczna była z pewnością wykluczona. Jeśli chodzi o duszpasterstwo, zarówno społeczność emigrantów w Teheranie, jak i rozrzucone po kraju wspólnoty irańskich chrześcijan były już otoczone opieką. Przyszłość Braswella rysowała się więc w ciemnych barwach - przynajmniej dopóki nie poznał dziekana teologii muzułmańskiej na Uniwersytecie Teherańskim. Dziekan błyskawicznie polubił sympatycznego Wirgińczyka i zaoferował mu posadę na studium podyplomowym. Miał pracować w charakterze lektora języka angielskiego i wykładowcy religioznawstwa porównawczego - z wyłączeniem islamu. Braswell zgodził się bez wahania, zostając tym samym najnowszym członkiem fakultetu i z pewnością jedynym amerykańskim chrześcijaninem, który pracował w jednym z największych akademickich bastionów szyickiego islamu. "Wydział liczył około 35 pracowników" - wspominał. "Wszyscy bez wyjątku należeli do muzułmańskiego duchowieństwa, a niektórzy zajmowali w hierarchii bardzo wysokie stanowiska. Wszyscy mieli na głowach turbany i nosili szaty. Ja chodziłem w płaszczu i pod krawatem".
Z tego jakże nieprawdopodobnego punktu widokowego - jako jeden z bardzo niewielu obcych - George Braswell miał wgląd w rozłamy religijne, które toczyły Iran pod koniec lat 60. XX wieku. Przy tym trzeba powiedzieć, że uzyskanie takiego wglądu było nie lada wyzwaniem. By jakoś okiełznać słynną irańską rezerwę wobec obcych, Braswell zapisał się na intensywny kurs języka perskiego, a także pochłaniał wszystkie publikacje o kulturze Iranu i islamu, jakie tylko był w stanie zdobyć. Pomogła mu również otwarta osobowość i wielka ciekawość, jaką żywił względem wszelkich aspektów życia w Iranie. W krótkim czasie chrześcijański kaznodzieja zjednał sobie nawet najbardziej nieufnych muzułmańskich kolegów. "Całe moje podejście opierało się na maksymalnej otwartości" - tłumaczył potem Braswell. "Zaczynałem rozmowę z każdym, a potem pozwalałem im poprowadzić ją gdziekolwiek chcieli, i jak daleko chcieli. Kiedy już uznali, że nie jestem z CIA - bo dla Irańczyka każdy Amerykanin to CIA - zaczęli zapraszać mnie do domów. Siadałem na podłodze, jadłem ryż palcami, zadawałem pytania i słuchałem. Tak zbudowałem zaufanie".
Kierowani tym zaufaniem - i w odpowiedzi na niekończący się strumień pytań na temat wiary islamskiej - irańscy koledzy Braswella zaczęli oprowadzać go po meczetach Teheranu w trakcie nabożeństw, mimo że zwykle nie było to aprobowane w przypadku niewiernych. Dzięki temu mógł osobiście doświadczyć tamtejszych obrządków. Z początku wypady te ograniczały się do wielkich, wspaniałych i starych meczetów w centrum stolicy, z czasem jednak rozszerzyły się na znacznie skromniejsze przybytki, nieraz ledwie proste chatki z pustaków rozrzucone po robotniczych dzielnicach na południu i wschodzie Teheranu.
Podczas wypraw na wieś natychmiast uderzył Braswella ogrom przepaści, jaka dzieliła miejskie życie w Iranie od codzienności rolników: był to kraj, w którym kobiety w stolicy nosiły najnowsze paryskie kreacje, a ledwie 30 kilometrów od Teheranu ludzie spędzali całe dnie pracy uwiązani do średniowiecznego pługa z uwagi na niedobór zwierząt pociągowych. W stołecznych slumsach kaznodzieja dostrzegł podobną przepaść, tym razem między biedotą a zamożnymi warstwami. Na każdego panicza obnoszącego się bogactwem w klubach nocnych i kasynach śródmieścia przypadały dziesiątki, jeśli nie setki wędrownych robotników gnieżdżących się w prowizorycznych szałasach - młodych mężczyzn wygnanych z prowincji przez bezrobocie, którzy teraz chwytali się każdej roboty, byle przetrwać kolejny dzień. Jak wkrótce miał odkryć Braswell, schizma ta znajdowała odzwierciedlenie również w warstwie religijnej i objawiała się przez wyróżnienie tak zwanych "rządowych" meczetów i ich tradycyjnych odpowiedników.
W meczetach rządowych, którymi zarządzali duchowni zatwierdzeni i opłacani przez państwo, kazania i wersety Koranu przeplatano peanami na cześć szacha. W meczetach tradycyjnych rzadko wspominano osobę króla. Zamiast tego posługujący tam duchowni nieśli konserwatywny przekaz wysławiający skromność, prostotę moralną i odrzucenie nowoczesnych wartości na użytek wspólnot składających się w większości z biedoty i klasy robotniczej miasta. W meczetach tych wywrotowe nie było to, co tam mówiono - wszyscy zakładali, że tajna policja SAWAK była wszędzie i raportowała wszystko - lecz to, co pomijano. Nie było tam słychać pochwał dla władzy czy jakiejkolwiek sugestii, że naród znajduje się na dobrej i właściwej drodze. "Wtedy właśnie zdałem sobie sprawę, że ogromny wycinek irańskiego społeczeństwa wcale nie darzył szacha sympatią - wyjaśniał Braswell - lecz widział w nim oszusta". Edukacja amerykańskiego misjonarza miała jednak dopiero się zacząć.
Zaufanie, którym obdarzyli go studenci i koledzy z wydziału okazało się tak głębokie, że pewnego dnia jeden ze słuchaczy zaczepił go i spytał zagadkowo, czy nie zechciałby wysłuchać specjalnego kazania. Braswell zgodził się natychmiast, choć trochę zaskoczył go nietypowy program spotkania - miał mianowicie spotkać się ze swoim studentem przy określonym skrzyżowaniu w południowej dzielnicy Teheranu, i to o czwartej nad ranem.
Wówczas zakładał, że ta atmosfera tajemnicy wynikała ze starannie pielęgnowanej irańskiej manii prześladowczej i obawy przed zbirami szacha. Gdy tylko wprowadził się z rodziną do Teheranu, Braswell został dyskretnie poinformowany, że SAWAK z pewnością założył podsłuch na jego domowym telefonie, a na każdym wykładzie będzie obecny przynajmniej jeden donosiciel. Jego uwadze nie umknął również irański zwyczaj mówienia szeptem w miejscach publicznych, który zrazu uznał za miejscową specyfikę, dopóki nie zdał sobie sprawy, że wszyscy chronią się tym samym przed ciekawskimi uszami. Ponieważ większość znajomych Irańczyków na co dzień zachowywała się podobnie, Braswell nie roztrząsał szczegółów spotkania ze studentem.
Tej nocy słuchacz zaprowadził go z miejsca spotkania do niczym niewyróżniającego się domu za glinianym murem i do pokoju, w którym czekało już około 20 młodych kleryków i przedstawicieli niższego duchowieństwa czy też mułłów. Po kilku minutach wszyscy stłoczyli się w ciszy nad małym odtwarzaczem kaset, z którego dobiegało nagrane kazanie. Mimo lichych głośników pełne pasji słowa mówcy, rozbrzmiewające surowym barytonem, docierały wyraźnie do wszystkich zgromadzonych uszu. "Głos mówił: "Precz z szachem"" - wspominał Braswell. "Zbierajcie siły, bądźcie gotowi, by zaprowadzić zmiany".
I naraz amerykański profesor zrozumiał całą tę szaradę: jego student zaprowadził go do komórki podziemnej organizacji, której zamiarem było obalenie władzy. W przypadku wykrycia przez SAWAK jej członkowie ryzykowali więzienie lub gorzej. Jeśli chodzi o głos dochodzący z głośników, należał do kogoś, o kim Braswell słyszał dotąd jedynie przelotnie: był to ajatollah Ruhollah Chomejni.
Pięć lat wcześniej Chomejni, który wówczas wykładał teologię w mieście Kom, stał się twarzą ruchu protestującego przeciw prowadzonym przez szacha reformom społeczno-ekonomicznym w ramach tzw. białej rewolucji. Najbardziej kontrowersyjnymi zmianami była ustawa nadająca irańskim kobietom prawa wyborcze oraz program reformy rolnej, która miała na celu rozbicie wielkich posiadłości ziemskich należących do oligarchicznych rodzin królestwa - a także wielu fundacji religijnych - i redystrybucja ziem obszarników wśród uprawiających je chłopów. Chomejni potępiał te inicjatywy tak zaciekle, że w czerwcu 1963 roku szach kazał go aresztować, co wywołało najkrwawsze od dekady zamieszki w Iranie. Wobec tak pokaźnego gniewu społeczeństwa szach wkrótce uwolnił Chomejniego tylko po to, by ten zaraz ponownie go zaatakował. Tym razem szach wpakował swojego arcywroga do samolotu i wygnał go z kraju. Gdy George Braswell pierwszy raz usłyszał kazanie ajatollaha w slumsach na południu Teheranu, banita przebywał już od kilku lat w Nadżaf, świętym mieście szyitów w sąsiednim Iraku.
Nocny wypad w towarzystwie studenta przekonał Braswella, że w Iranie rodzi się właśnie rewolucyjna siła. "Wysyłając te kasety, Chomejni próbował przeciągnąć miejscowych kaznodziejów i meczety w całym kraju na swoją stronę. Odniosłem wrażenie, że lokalne duszpasterstwo i niektórzy z moich natchnionych chłopaków - nazywałem tak moich najbardziej konserwatywnych słuchaczy - dysponowali olbrzymimi wpływami, a Chomejni ze swojej strony rozbudowywał w kraju własną klikę. Taka sieć byłaby gotowa na jego rozkazy z chwilą, gdy nadejdzie odpowiedni moment na przewrót" - stwierdził[15].
Wszystko to nie wydawało się Braswellowi szczególnie niepokojące. W końcu w każdym społeczeństwie znajdą się malkontenci, a chwyt szacha wydawał się tak pewny, że trudno było sobie wyobrazić, by miała go przełamać garstka duchownych ze starej gwardii. Poza tym Iran miał wielkie znaczenie dla Stanów Zjednoczonych, a amerykańscy oficjele byli tak wszechobecni, że ten podziemny ruch z pewnością nie mógł umknąć ich uwadze. "Założyłem po prostu, że mam jeszcze sporo do nadrobienia" - wyznał Braswell. "Uznałem, że dla wszystkich te rewelacje to chleb powszedni, a już na pewno dla CIA i całej załogi amerykańskiej ambasady".
Kaznodzieja z Wirginii nie mógł być w większym błędzie. Pod koniec 1968 roku, gdy Braswell pierwszy raz usłyszał potajemne wezwanie Chomejniego, nazwisko teologa praktycznie przestało się pojawiać w obfitej korespondencji, jaka wypływała z amerykańskiej ambasady czy placówki CIA w Teheranie. Trwało to już cztery lata od jego wygnania i miało trwać jeszcze co najmniej osiem - i to mimo faktu, że liczba przemycanych do Iranu kaset Chomejniego zwiększyła się wielokrotnie, a nasilenie i zasięg religijnego sprzeciwu wobec władzy szacha nadal tylko rosły. Aż do połowy lat 70. XX wieku w oczach władz amerykańskich ajatollah Chomejni mógł równie dobrze w ogóle nie istnieć.
Byłoby to jednak krzywdzące, gdybyśmy przypisali winę za tę lukę zwykłej ludzkiej ignorancji. Była to ignorancja zrodzona z samowoli - świadectwo kultury, jaką zaszczepił wokół siebie ten, przy którym cały Iran chodził na palcach: sam Król Królów.
WCZESNYM RANKIEM 6 KWIETNIA 1970 ROKU pewien szczupły, odziany w dobrze skrojony garnitur pięćdziesięcioletni mężczyzna wchodził właśnie na pierwsze piętro pałacu Dżahan Nama w Teheranie. Mężczyzna nazywał się Asadollah Alam, a jego oficjalnym tytułem był minister dworu cesarskiego Iranu.
U szczytu schodów czekało na niego dwóch strojnych strażników, którzy uroczyście otworzyli przed nim inkrustowane kością słoniową wrota. Wnętrze, do którego wkroczył Alam było przestronne i, jeśli poranne zasłony już odsunięto, niemal oślepiająco jasne: wypełniały je witraże, żyrandole i mozaiki z lustrzanego srebra. Pośrodku tej błyszczącej przestrzeni ustawiono długie biurko, za którym zasiadał drugi pięćdziesięciolatek - także szczupły i także odziany w garnitur. Był nim Mohammad Reza Pahlawi, szachinszach.
Według wszelkiego prawdopodobieństwa poranne spotkanie obydwu mężczyzn przebiegało wedle tego samego schematu, co setki poprzednich. Szach zapewne był zajęty przebijaniem się przez jeden ze stosów dokumentów, omiatając tekst wzrokiem zza czarno oprawionych, dwuogniskowych okularów. Bardzo możliwe, że nie odezwał się, ani nawet nie podniósł wzroku na wchodzącego ministra, a jedynie z roztargnieniem uniósł prawą dłoń ponad biurko. Stając u boku szacha, Alam wykonałby głęboki ukłon, a następnie ująłby oferowaną dłoń i, całując ją, wyszeptałby cichą modlitwę za zdrowie i bezpieczeństwo tego, którego zwą Królem Królów, Światłem Aryjczyków i Cieniem Boga na Ziemi. Po wyrecytowaniu tej formuły Alam musiałby obejść biurko tak, by nie pokazywać pleców monarsze, i stanąć po jego przeciwnej stronie. Ponieważ ich spotkanie tego kwietniowego poranka miało być krótkie, planowane na może 20 minut, minister dworu zapewne nawet nie usiadł.
Samo w sobie to królewskie przedstawienie nie byłoby niczym dziwnym dla kogoś obeznanego z rytmem dworskiego życia w Iranie 1970 roku. Jedynie niewielką odmianą był ten sam rytuał, który odprawiał każdy irański obywatel, który uzyskał audiencję w prywatnych komnatach szacha.
To, co mogło w tej scenie zaskakiwać, to fakt, że król od dawna uznawał Asadollaha Alama za swojego najbliższego przyjaciela i powiernika[16].
Ich ścieżki po raz pierwszy skrzyżowały się w Teheranie późnych lat 30. XX wieku. To spotkanie było nieuniknione, ponieważ pochodzący ze wschodnioirańskiej arystokracji Alam i książę koronny Mohammad Reza obracali się w wąskich kręgach stołecznej elity. Obydwaj połączyli jednak siły dopiero pod koniec lat 40., gdy młody szach objął tron i dążył do konsolidacji władzy. Wydaje się, że dla Alama ta więź wynikała nie tyle z chęci wywyższenia własnej osoby, lecz ze wspólnej wizji przyszłości irańskiej państwowości. Świeżo upieczony król snuł już plany, by pchnąć Iran ku nowoczesności, co wymagało przełamania żelaznego uścisku duchowieństwa i obszarników, którzy od wieków utrzymywali społeczeństwo w epoce feudalizmu. Mimo uprzywilejowanego pochodzenia - rodzina Alamów naprawdę posiadała na własność dziesiątki wiosek w prowincji Birdżand - Asadollah podzielał ten cel, a także pogardę szacha wobec skostniałej elity politycznej kraju. W miarę jak wzrastały wpływy szacha, rosło znaczenie samego Alama - szczególnie po tym, jak pozostał wierny monarsze podczas kryzysu konstytucyjnego w 1953 roku, gdy tak wielu opuściło króla. Kryzys zakończył się rebelią, która doprowadziła do odbudowy władzy absolutnej szacha. Przychylność władcy wobec Alama była odtąd niemal pewnikiem, dlatego przez kolejną dekadę król mianował go na różne stanowiska ministerialne, czego zwieńczeniem było objęcie przez niego teki premiera w roku 1962. Trudno o bardziej dosadną demonstrację tego, gdzie znajdował się prawdziwy ośrodek władzy w Iranie niż fakt, że mianowanie Alama na ministra cesarskiego dworu należało postrzegać jako awans. Arystokrata z Birdżandu stał się nieodzowną prawą ręką szacha.
Wielu z tych, którzy zetknęli się z irańskim dworem w ostatnich latach jego istnienia, podkreślało również wyraźne fizyczne podobieństwo monarchy i Asadollaha Alama.
Obydwaj byli drobnej budowy i dbali o dobrą formę, a także podzielali kompleks wynikający ze względnie niskiego wzrostu, który kompensowali obcasem i niezwykle sztywną postawą. Bardziej nawet uderzało podobieństwo manieryzmów, mowy ciała i gestów - co może nie powinno dziwić u dwóch osób spędzających ze sobą tak wiele czasu. Poza niemal codziennymi spotkaniami, które mogły trwać od ledwie kwadransa do pięciu czy sześciu godzin, minister dworu towarzyszył szachowi przy praktycznie każdej okazji, gdy ten opuszczał pałac - czy to na jednodniową wycieczkę na wieś, czy dłuższą państwową wizytę w obcej stolicy[17]. Jego obecność była wymagana nawet podczas królewskich wakacji - jak Alam notuje w swoich wspomnieniach, gdy szach wybierał się na narty do Szwajcarii: "J.C.M. (Jego Cesarska Mość) podkreślił, że przez większość nadchodzącej podróży do Europy będzie pozbawiony eskorty i że oczekuje, iż dotrzymam mu towarzystwa tak często, jak to będzie możliwe". Przez prawie cztery dekady, gdy zasiadał na Pawim Tronie, szach z pewnością spędził z Asadollahem Alamem więcej dni niż w towarzystwie jakiejkolwiek innej osoby.
Rankiem 6 kwietnia 1970 roku głównym tematem spotkania były przygotowania do wielkiej uroczystości, która miała się odbyć 18 miesięcy później nieopodal ruin starożytnej stolicy Persji, Persepolis. Prace organizacyjne trwały już od bardzo dawna. Szach nie mógł pozbyć się niesmaku wobec okoliczności, w jakich objął tron w 1941 roku - odbyło się to w atmosferze bezładu, bez jakiejkolwiek pompy - i od tamtego czasu żywił on nadzieję na coś w rodzaju uroczystej powtórki. Osoby niezorientowane mogłyby sądzić, że w końcu udało mu się to osiągnąć podczas drugiej ceremonii koronacyjnej w 1967 roku, lecz mimo pokazu błyszczących karet, zdobionych klejnotami koron i dziesięciometrowych jedwabnych trenów dotkliwy niedobór zagranicznych dygnitarzy - być może niepewnych, dlaczego koronacja odbywa się 26 lat po fakcie - nie dawał władcy spokoju. Nadchodzące widowisko w Persepolis odbywało się pod znakiem o wiele donioślejszej okazji, a mianowicie obchodów 25-lecia monarchii perskiej. Plany szacha obejmowały wielodniowe, ekstrawaganckie obchody z paradami, pokazami fajerwerków i wystawnymi ucztami, jakich świat nie widział. W oczach króla było to jedynie słuszne i uzasadnione, ponieważ na świecie rzadko też widziano przykłady sukcesu tak błyskotliwego jak nowoczesny Iran - kraj wyzwolony z kajdan zagranicznej dominacji i na dobrej drodze, by przywrócić starożytny splendor i zająć należne miejsce wśród pierwszych narodów świata. Był jednak pewien szkopuł. Persepolis znajdowało się na samym skraju jałowych, pozbawionych wody pustyń środkowego Iranu, prawie 50 kilometrów od pierwszego większego miasteczka i niemal 500 od pierwszego porządnego hotelu. Gdzie tu upchnąć wszystkich zagranicznych dygnitarzy, których miał nadzieję gościć król? Co więcej, przez jakieś okropne zrządzenie losu, okolice Persepolis były siedliskiem nieprzebranych gatunków skorpionów, węży i innych jadowitych gadów. Jak tu zapewnić, by uroczystości nie zakłócił żaden niefortunny wypadek i żadna głowa państwa czy dama dworu nie padła nagle w przedśmiertnych konwulsjach? Podobnie jak przy wielu innych problemach, które dotykały spraw Iranu, i tym razem szach zlecił poszukiwanie rozwiązań ministrowi cesarskiego dworu.
Tego kwietniowego poranka Alam przynosił nieco przygnębiające wieści na temat przygotowań, lecz 30 lat w towarzystwie króla nauczyło go, że lepiej będzie zacząć od weselszych wiadomości. Otóż mógł właśnie potwierdzić, że niebawem ruszą prace przy przedłużeniu pasa startowego na lotnisku w Szirazie[18]. Było to niezbędne do obsługi Boeingów 707 mających dostarczyć dygnitarzy w rejon uroczystości. Po dotarciu na błyszczący terminal zagraniczny VIP miał wsiąść do jednego z 250 Mercedesów - zamówionych specjalnie na tę okazję - który przewiezie go przez irańską pustynię. Najambitniejszym elementem całego przedsięwzięcia było jednak miasteczko namiotowe, które miało stanąć przy ruinach Persepolis, gdy organizatorzy uporają się już z plagą śmiercionośnych gadów. Plan obejmował postawienie na pustyni około 60 prefabrykowanych konstrukcji służących jako tymczasowe kwatery dla najważniejszych gości, które układały się promieniście obok olbrzymiej sali bankietowej, gdzie światowe elity będą objadać się przepiórczymi jajami faszerowanymi kawiorem czy pieczonym pawiem. Taki był przynajmniej pierwotny zamysł. Alam miał jednak smutny obowiązek poinformować szacha teraz, że budżet został już znacząco przekroczony, i to półtora roku przed datą tej uroczystości. Szczególnie szokująca była wycena głównej sali bankietowej, o którą zwrócono się do najlepszych producentów w Europie. Tego dnia Alam zdołał przekonać szacha do zmniejszenia pawilonu bankietowego do jednej czwartej pierwotnego rozmiaru. Pozwoliło to oszczędzić kilka milionów, ale - jak Alam odnotował wieczorem w swoim dzienniku - nie obyło się to "bez znacznego wysiłku"[19].
Rozmowa przeszła następnie na inne tematy, niekończącą się listę spraw małych i dużych, które nieustannie wypełniały dni dwóch najważniejszych mężczyzn w Iranie.
Ponieważ szach osobiście doglądał tak wielu aspektów funkcjonowania kraju i ponieważ pozwalał - wręcz nalegał - by angażować go w sprawy zarówno najwyższej wagi, jak i niemal absurdalnie błahe, ten sam nieustanny potok tematów spływał również na jego najbliższego doradcę. W rezultacie Alam zajmował się zarówno obszyciem namiotu bankietowego w Persepolis, jak i rozszerzeniem wojskowej strefy wpływów Iranu w Zatoce Perskiej, pełnił wiodącą rolę w szeregu niezwykle skomplikowanych umów wymiany ropy za broń ze Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią, a także - w wolnej chwili - próbował opracować skuteczny plan zamachu na zbuntowanego byłego szefa tajnej policji szacha[20].
Wszystko to zaliczało się jedynie do poważniejszych obowiązków Alama. Minister był także nieustannie wzywany do odgrywania roli rozjemcy wśród dalszej i bliższej królewskiej rodziny Pahlawich - a była to familia niezwykle wręcz kłótliwa.
Wiosną 1970 roku szach toczył spór z najstarszą córką z pierwszego małżeństwa, Szahnaz. Po serii niedawnych skandali z udziałem jej wielu znajomych utracjuszy dwudziestodziewięcioletnia rozwódka zapragnęła teraz wyjść za hipisującego synalka jednego z irańskich generałów. Przyjmując rolę dobrego wujka, Alam był mediatorem między ojcem i córką, a na uboczu dyscyplinował przyszłego pana młodego, by porzucił "hipisowskie bzdury"[21]. Poprzedniego lata siostra bliźniaczka szacha, Aszraf, oskarżyła brata o zaniedbanie i opuściła Iran, strojąc fochy. To Alam, podszywając się pod szacha, był autorem listu, w którym błagał ją o przebaczenie i powrót do kraju. W tymże samym kwietniu Aszraf - którą ochrzczono mianem "Czarnej Pantery" z uwagi na jej liczne pałacowe intrygi oraz tendencję do wysysania funduszy z rządowych projektów rozwoju - pragnęła wykorzystać odmrożenie relacji z bratem, by zrealizować najbardziej zuchwały z jej dotychczasowych planów: objęcie funkcji sekretarza generalnego Organizacji Narodów Zjednoczonych. "Ona popada w coraz głębsze szaleństwo" - wyznał Alamowi szach w związku z kampanią Aszraf w ONZ. "Wszystko przez menopauzę"[22]. Do tego dochodziły częste sprzeczki władcy z królową matką. Ich matczyno-synowska relacja była niekonwencjonalna, zarazem bliska, jak i pełna wyrzutów. Zdawało się, że szach w głębi ducha czerpie pewną satysfakcję z dokuczania siedemdziesięcioczteroletniej damie, aż ta zupełnie straci cierpliwość, by następnie oddelegować ministra dworu do poskromienia jej humorów.
Wszystkie rodzinne spięcia zwykle znajdowały upust na tradycyjnych obiadach z udziałem dalszej rodziny królewskiej.
Te odbywały się dwa lub trzy razy w tygodniu, zwykle w siedzibie królowej matki w starym kompleksie pałacowym Sa'adabad, oddalonej o jakieś trzy kilometry od nowej rezydencji szacha Niavaran. Były to niezmiennie ponure widowiska, na których stawiali się różni krewni władcy - rodzeństwo, kuzyni, siostrzenice, bratankowie - którzy akurat byli w okolicy albo zadali sobie trud, by przyjść na nie z własnych rezydencji wokół pałacu. Alam, choć próbował się wykpić, często był przymuszany do uczestniczenia w tych spotkaniach przez samego szacha.
Był też jeszcze jeden powód, dla którego monarcha często angażował czas Alama - wynikał on z pewnych wspólnych skłonności. Otóż obydwaj panowie byli notorycznymi kobieciarzami, którzy dzielili zamiłowanie do wysokich i posągowych piękności, zwłaszcza blondynek z Europy. Ponieważ Alam przyciągał, rzecz jasna, mniej uwagi niż osoba samego króla, to on często rekrutował zainteresowane kobiety dla nich obydwu. Szczególnie cenione były stewardesy, europejskie gwiazdeczki i luksusowe prostytutki, które minister przemycał do dyskretnych gniazdek rozsianych po Teheranie. Te schadzki - czy raczej "wycieczki", jak zwykł nazywać je szach - były tak częste, że groziło im ciągłe ryzyko nakrycia przez własne żony[23]. Trzecia żona szacha, Farah Diba, była z pewnością w pełni świadoma lubieżnych apetytów męża, a jej podejrzliwość względem Alama i jego roli w tych wypadach była stałym źródłem napięć między nimi. Jak przyznał sam Alam w swoim dzienniku na temat przedłużającej się lodowatej aury królowej, "J.K.M. (Jej Królewska Mość) jest przekonana, że wraz z jej mężem wybieramy się na schadzki, i nie jest w tym wcale daleka prawdy"[24].
A jednak, mimo wspólnie spędzanego czasu i tajemnic, które dzielili, relację tych dwóch mężczyzn z pewnością trudno było nazwać przyjaźnią - nie w ogólnym rozumieniu tego słowa, gdy mówimy o wzajemnym szacunku i trosce. Jak dowodził chociażby poranny rytuał całowania dłoni, przypominała bardziej interakcje oddanego sługi i osiemnastowiecznego wielmoża. Kiedy Alam powrócił do pracy w pałacu po długiej chorobie, zrazu poruszył go gest szacha, gdy ten powstał i wyszedł zza biurka, by "podać mi dłoń, którą ucałowałem z pełną szczerością"[25]. Minister początkowo zrozumiał to złamanie protokołu jako oznakę prawdziwej przyjaźni - dowód, że szachowi rzeczywiście go brakowało - by zaraz zostać zruganym za zbyt długą rekonwalescencję. Szczególnie bolesny był epizod z maja 1969 roku, gdy Alam zapędził się i zbytnio naciskał szacha, udzielając mu rady. Rozgniewany król upomniał go zjadliwie, że był "tylko" ministrem dworu, a tym samym miał wątpliwe kompetencje, by wypowiadać się na takie sprawy. "Jestem gotów poświęcić dla niego wszystko - żalił się Alam we wpisie z tego dnia - a mimo to uznaje on za konieczne, by tak surowo przypominać nam wszystkim, kto tu rządzi"[26].
Z jednej strony takie nagany były wpisane w rolę, były częścią stylu rządzenia władcy, który zawsze musiał obawiać się, że zostanie przyćmiony czy wręcz zdradzony przez swoich podwładnych.
Oczywiście ci najbliżej szczytu władzy zasługiwali na szczególną dociekliwość - i szczególne cięgi. W rezultacie gdy postać Alama zaczynała się zbytnio kojarzyć z jakimś popularnym programem rządowym, często niespodziewanie przekazywano wodze komu innemu. Jeśli podczas uroczystości powitalnej na lotnisku jakaś zagraniczna głowa państwa zbytnio ucieszyła się na widok Alama, minister dworu mógł nagle zostać skreślony z udziału we wszystkich kolejnych spotkaniach. Uwaga, jaką król poświęcał takim sprawom, z czasem mogła zamienić się w zwykłą małostkowość. Jedną z niewielu rozrywek, które pomagały Alamowi odpocząć od trudów urzędu, była jazda konna po wzgórzach górujących nad Teheranem. W późnych latach 60. towarzyszył mu w tym hobby brytyjski ambasador Denis Wright. Obaj notable mieli w zwyczaju jeździć wspólnie każdego piątkowego poranka, jednak szach wzywał Alama z powrotem do pałacu z taką częstotliwością, że Wright w końcu uznał to za działanie celowe[27]. Dla tych, którzy dostąpili zaszczytu służenia Królowi Królów z bliska, ceną były nieustanne nakazy i rutynowe upokorzenie.
A jednak w porównaniu z innymi osobami stanowiącymi elitę cesarstwa można u szacha dostrzec pewne szczególne napięcie, jeśli chodzi o traktowanie Asadollaha Alama, w którym wyraźne uznanie dla jego rad mieszało się z wyostrzoną potrzebą poniżenia sługi. Było to tym bardziej dziwne, że w przeciwieństwie do niektórych doradców króla, którzy przez lata przewinęli się przez cesarski dwór, minister nigdy nie wykazywał najmniejszych chęci uzurpowania sobie władzy - ani nie budował własnej, niezależnej bazy politycznej, która umożliwiałaby taki manewr. Wręcz przeciwnie, nawet w prywatnych listach i pod osłoną domniemanej anonimowości Alam zwykł odnosić się do szacha jako "mojego wielmożnego przywódcy"[28].
Wydaje się prawdopodobne, że niepokój ten miał źródło w pewnym wspólnym sekrecie, który mógł potencjalnie zmienić bieg historii.
W toku swych rządów szach Pahlawi dwukrotnie doświadczył wydarzeń, które doprowadziły go na skraj ruiny i stanowiły żywotne zagrożenie dla jego władzy. Pierwszym z nich był kryzys konstytucyjny 1953 roku, który zakończył się wojskowym zamachem stanu. Drugim zaś było starcie z religijnym podżegaczem, ajatollahem Chomejnim, w roku 1963. W obydwu sytuacjach Asadollah Alam stał niezachwianie u boku szacha, jednak w tym drugim konflikcie odegrał on znacznie większą rolę, niż podejrzewał ktokolwiek poza garstką wtajemniczonych w pałacu.
W chwili ogłoszenia przez szacha pierwszego etapu "białej rewolucji", na początku 1963 roku, Alam służył jako premier. Co więcej - choć obydwaj mężczyźni rzadko wspominali o tym w późniejszych latach - jest całkiem prawdopodobne, że to bardziej liberalnie nastawiony Alam był głównym promotorem reform. Niemal natychmiast co bardziej postępowe propozycje szacha znalazły się w ogniu bezlitosnej krytyki arcykonserwatywnej części irańskiego duchowieństwa, z której najbardziej zajadły okazał się Ruhollah Chomejni. Przez całą wiosnę 1963 roku Chomejni stopniowo zaostrzał ton swoich ataków wobec władzy i podgrzewał atmosferę, tak że sprawy mogły przyjąć brutalny obrót w Aszurę, dzień pokuty - najbardziej emocjonujące święto religijnego kalendarza szyitów. W wigilię Aszury i wobec pogłosek, że Chomejni przygotowuje na następny dzień szczególnie druzgocące kazanie, zaniepokojony szach zadzwonił do premiera Alama. "Co my z tym zrobimy?"[29] - spytał. "Jeśli chcecie odpowiedzieć twardą ręką, to należy to zrobić" - odparł Alam. "Ale nie można stosować półśrodków. Tak stracicie wszystko".
"Ale co my z tym zrobimy?" - z rozpaczą spytał szach ponownie.
Alam z pewnością już dość dobrze znał Mohammada Rezę Pahlawiego, by zrozumieć przekaz ukryty w tym biernym tonie: podobnie jak w innych kluczowych dla władzy chwilach król odsuwał się na bok i oddawał inicjatywę innym. "Proszę się nie obawiać" - rzekł Alam na koniec rozmowy. "Zajmę się wszystkim".
Podczas publicznego wystąpienia w Aszurę Chomejni nie tylko potępił władzę szacha jako bezprawny reżim, ale także obrzucił go obelgami jako narzędzie zachodnich i izraelskich sojuszników z zaciekłością, jakiej dotąd nie słyszano w Iranie. "Żałosny łotrze - grzmiał zza mównicy w Komie - upłynęło już 45 lat twojego życia. Czy to nie czas, byś w końcu pomyślał i zadumał się nad sobą, rozważył, gdzie cię to wszystko prowadzi?"[30]
Granice zostały przekroczone. Alam wydał rozkaz zatrzymania Chomejniego, a 5 czerwca nad ranem oddział policji otoczył dom ajatollaha, by zaciągnąć go do aresztu. Gwałtowna reakcja społeczeństwa była natychmiastowa. W miastach rozsianych po całym Iranie rozwścieczone tłumy wiernych wyszły na ulice, by potępić szacha i żądać uwolnienia Chomejniego, a w samym Teheranie zaskakująco dobrze zorganizowane grupy protestujących skierowały się ku konkretnym budynkom rządowym - siedzibom ministerstw, posterunkom policji - z zamiarem splądrowania ich i podpalenia. Jako że szach nie opuszczał bezpiecznego pałacu, Asadollah Alam zabrał się do działania i wezwał szefów służb bezpieczeństwa, by ogłosić im decyzję o wprowadzeniu stanu wojennego.
Według jednego z uczestników tego spotkania w gabinecie zapadła niezręczna cisza, którą w końcu przerwała sugestia jednego z oficjeli, że tylko Król Królów miał prawo do wydania takiego rozkazu. Na to Alam sięgnął po telefon i zadzwonił do monarchy, trzymając słuchawkę tak, by wszyscy w pokoju mogli usłyszeć ich rozmowę. Alam poinformował szacha, że sytuacja wymyka się spod kontroli, po czym oświadczył: "Mam tutaj dowódców sił bezpieczeństwa, moim zdaniem powinniście nakazać im powstrzymać rozruchy wszelkimi dostępnymi środkami"[31].
Szach wydawał się skonsternowany. "Chcesz powiedzieć: otworzyć ogień?" "Nie ma wyboru" - odparł Alam.
Według relacji świadków szach nadal oponował mimo zapewnień Alama, że to jedyne wyjście z sytuacji. W końcu ustąpił: "Panie premierze, jeśli taka jest pańska ocena i jest pan gotów przyjąć na siebie jej konsekwencje, pozwalam panu działać".
Po tych słowach Alam odłożył słuchawkę, obrócił się ku dowódcom służb i nakazał im "oczyścić ulice". Rozkaz wykonano skwapliwie. Tego wieczoru oddziały wojska i policji w sześciu miastach wzniosły barykady na drodze przemarszu protestujących i zaczęły strzelać w środek tłumu, gdy ludzie nie chcieli się rozejść. Nim przywrócono porządek, według strony rządowej życie straciło przynajmniej 100 Irańczyków - w późniejszych latach Chomejni i jego poplecznicy utrzymywali, że liczba ofiar sięgała nawet 15 tysięcy. Brutalna metoda odniosła jednak zamierzony skutek: w całym kraju nastroje wywrotowe gasły równie szybko, jak się pojawiły. Do następnego roku, gdy wciąż nieokiełznany Chomejni został zesłany na zagraniczną banicję, protesty jego wyznawców były sporadyczne, pozbawione werwy i bladły w porównaniu z gorączką czerwca 1963 roku. Był to kluczowy moment w historii nowożytnego Iranu. Król Królów zmierzył się ze swoim najzacieklejszym wrogiem, by wyjść z walki zwycięsko, i jedynie garstka wtajemniczonych w życie pałacu znała prawdziwą historię: że szach ociągał się do ostatniej chwili i że to Asadollah Alam rzeczywiście przyniósł mu triumf. Wiosną 1970 roku ten ponury sekret liczył już sobie siedem lat, i choć z pewnością nigdy o nim nie rozmawiano, zapewne wprowadzał on nutę napięcia do relacji obydwu mężów stanu.
Jak można ocenić po lekturze skrupulatnie prowadzonego dziennika Alama, w owym czasie minister dworu często rozmyślał o dawnych kryzysach, z jakimi mierzyli się wraz z królem. Wynikało to z jego rosnącego przekonania, że naród - a dokładniej władzę szacha nad tymże narodem - czekał kolejny okres próby. Nie musiała to być rzecz tak dramatyczna jak rozprawienie się z Chomejnim. Zagrożenie, jakie Alam dostrzegał w 1970 roku, było mniej namacalne, przypominało raczej powolne rozprężenie. Określił to jednym słowem: "marazm".
Trzeba przyznać, że ta obawa nie była dla niego nowością, ale przez długie lata minister dworu za ten stan rzeczy winił te same bolączki, które od zawsze dotykały jego ojczyzny: skostniałą klasę rządzącą, która dusiła gospodarkę królestwa, czy arcykonserwatywną hierarchię religijną przeciwną jakimkolwiek zmianom. Dochodziła do tego zakorzeniona korupcja - skomplikowany system łapówek, synekur i kupczenia przysługami, który trwał od wieków i rozciągał się od najniższego policjanta drogówki po najwyższe szczeble ministerstw. Oczywiście to właśnie z tymi problemami miała się rozprawić "biała rewolucja" szacha z 1963 roku, jednak u progu nowej dekady Asadollah Alam zaczął zdawać sobie sprawę, jak niewiele tak naprawdę zmieniło się w Iranie.
Latem 1969 roku uczestniczył w parlamentarnych obchodach jubileuszu Dnia Konstytucji, ale w swoim dzienniku zanotował, że uroczystość "bardziej przypominała stypę niż urodziny. Uświadomiła mi, że należę do skorumpowanej, zachłannej elity. Iran nie ma większych szans, tkwiąc pod butem takiej bandy"[32]. Niedługo potem z powodu wypadku wraz ze swoim szoferem utknął w limuzynie pośrodku jednego z nowych slumsów, jakie wyrosły na obrzeżach Teheranu. Dało to Alamowi "przelotne spojrzenie na to, jak wygląda życie tej zapuszczonej dzielnicy"[33]. Zatrzymał wzrok na funkcjonariuszu zachłyśniętym władzą nad wszystkimi wokół, "napuszonym niczym władca wszystkiego, gdzie wzrok sięga", potem na "bezpańskich psach i umorusanych dzieciach grzebiących w stercie śmieci na rogu ulicy" i w końcu "wygolonych żołnierzach w źle uszytych spodniach i rozlazłym obuwiu". Wrażenie, jak sam napisał, "było zarazem komiczne i głęboko przygnębiające, jak scena ze społeczeństwa pozbawionego fundamentów". Zdarzenie to pchnęło jego myśli ku heretyckim rozmyślaniom, że w Związku Radzieckim przynajmniej istniał element równości społecznej - tam prawie wszyscy klepali biedę, ale wspólnie, i nie było tej przepaści, która dzieliła bogaczy od biedoty w Iranie. "Szach pracuje niestrudzenie dzień i noc w przekonaniu, że w ciągu dekady przeskoczymy sporą część rozwiniętego świata" - pisał po poranku spędzonym w slumsach. "A jednak żadne pobożne życzenia nie odmienią życia tamtych ulic".
Jak więc tego dokonać? Jak zaszczepić prawdziwe zmiany? Zdaniem Alama jedynym sposobem było zapewnienie ludziom namacalnego wkładu w system polityczny kraju. Rosnące przekonanie w słuszność tej drogi skłoniło go do podjęcia tematu z szachem podczas jednego z pałacowych spotkań pod koniec 1969 roku, jeszcze w tym samym miesiącu, gdy jego Chrysler Imperial utknął w teherańskim slumsie.
Podczas rozmowy Alam nalegał, by król rozpisał wybory - "autentyczne i znaczące wybory"[34] - na każdym szczeblu władzy, od rad wiejskich przez parlament po gubernaturę prowincji, ponieważ tylko taki bezpośredni udział sprawi, że ludzie poczują się zauważeni. Było oczywiste, że takie wybory nie uderzałyby w żaden sposób w monarchię - pozycja szacha pozostałaby nietykalna - ale demokratyczne reformy w tym zakresie miały, zdaniem Alama, prowadzić do wzrostu zadowolenia społecznego i usprawnienia zarządzania państwem. "Musimy złapać tę okazję - nalegał - i dać ludziom czynną rolę".
Szach był zaintrygowany tym pomysłem do tego stopnia, że następnego dnia powtórzył propozycję Alama na zebraniu z parlamentarzystami niemal co do słowa. Lecz potem - cisza. Podobnie jak z wieloma innymi tematami, które przewijały się przez pałac królewski, pomysł demokratycznego otwarcia był przez kilka dni przedmiotem dyskusji, po których ministrowie półgębkiem wspominali o potrzebie dalszego zgłębienia tematu, może sporządzenia kilku raportów, po czym sprawa umierała śmiercią naturalną.
Jednak po kilku miesiącach od rozmowy z szachem minister dworu zaczynał postrzegać rzecz nieco inaczej. Nadal wierzył, że szach był jedyną osobą zdolną naprawić bolączki Iranu, to pewne - ale tego kwietniowego poranka, gdy wspinał się po pałacowych schodach, by omówić sprawę sali bankietowej pod Persepolis, zaczynał postrzegać osobę władcy także jako część problemu. Nie było w tym żadnych zdradzieckich zamiarów, bo Alam na pewno nie sugerował obalenia swego "wielmożnego przywódcy". Refleksja dotyczyła raczej przyczyn, dla których pozwalano, by problemy jątrzyły się i dawały początek realnym zagrożeniom, a ich źródła minister dopatrywał się w rosnącej izolacji władcy od poddanych.
Nawet najzagorzalsi wrogowie szacha mogli się zgodzić, że jest on w istocie pracoholikiem, który ślęczy przy biurku przez 12 czy 14 godzin dziennie. Rzecz w tym, co trafiało na to biurko - i co zza niego dostrzegał. Za wysokimi murami i niezliczonymi posterunkami straży królewskiego pałacu Niavaran rozciągało się miasto, które w 1970 roku, kiedy szach objął tron Iranu, powiększyło się już siedmiokrotnie.
Był to teraz rozległy, chaotyczny splot ulic, przy których mieszkało trzy i pół miliona mieszkańców - ludzi, którzy w oczach szacha byli mu całkowicie obcy. A problem tylko się pogłębiał: populacja stolicy rosła w tempie 15 tysięcy nowych mieszkańców na miesiąc, ulice Teheranu stały się tak nieprzejezdne, że szach organizował praktycznie wszystkie spotkania w swojej pałacowej enklawie. Bywały nawet całe tygodnie, podczas których władca nie wybierał się nigdzie dalej niż te kilkaset metrów dzielących jego domostwo od biura. Jeśli już opuszczał zieleń królewskiego parku, by udać się do miasta, niemal zawsze leciał helikopterem[35].
Dystans szacha do otoczenia znajdował wyraz również w oficjalnym salonie, w którym zwykle spotykał się z Alamem. W oczy rzucała się wręcz niepokojąca symetria samego pomieszczenia. Pośrodku stało królewskie biurko, po którego obydwu stronach ustawiono te same stoliki z identycznymi lampkami, nad którymi zwisały identyczne żyrandole. Po obydwu stronach, w dokładnie tej samej odległości od stolików, rozmieszczono dwa identyczne komplety foteli ze stolikiem do kawy, ustawiono je na identycznych perskich dywanach, które z kolei wyrównano względem dwojga drzwi balkonowych, dwóch zdobionych waz z porcelany i dwóch ciężkich lakierowanych szaf. Stojąc pośrodku salonu, trudno było znaleźć jakikolwiek przedmiot, który nie miał swojego lustrzanego odpowiednika po drugiej stronie biurka.
Jeśli ta symetria wyrażała pragnienie porządku i systematyczności, inne szczegóły w pokoju mogły zdradzić, jak osiągano to w praktyce. Królewskie biurko przypominało raczej prosty stół, bowiem pozbawione było typowych głębokich szuflad czy szafek do przechowywania dokumentów - a to dlatego, że w biurze nie pozostawiano żadnych papierów. Dokumenty na życzenie króla wnosili funkcjonariusze pałacu, którzy po lekturze czy złożeniu podpisu zabierali je. Znamienny był także brak przy biurku jakiegokolwiek fotela poza tym, w którym siadał szach. Nie było tu żadnego miejsca, na którym doradca czy minister mógłby przysiąść w trakcie rozmowy z monarchą, ponieważ takie narady należały do rzadkości. Wprawdzie szach wraz z Alamem mogli przenieść się na fotele, jeśli dyskusja znacząco się przedłużała, niemal każdy inny Irańczyk, który wchodził do tego sanktuarium - czy to byle pałacowy sługa, czy wysoki rangą minister - musiał odbyć całą wizytę na stojąco i czujnie wypatrywać krótkiego skinienia głowy czy królewskiej dłoni, które oznaczało koniec audiencji. Dla człowieka zakochanego w rutynie, wydającego każdego tygodnia dosłownie tysiące poleceń, to taśmowe podejście do rządów musiało być bardzo satysfakcjonujące: papiery pojawiały się, były podpisywane i zaraz znikały, a pokorni ludzie maszerowali przez salę, wyjaśniali swoją sprawę i natychmiast opuszczali gabinet.
A jednak w oczach Alama ten teatr jedynie podkreślał rosnącą dysfunkcję pałacu. W obawie przed potencjalnymi spiskowcami szach wykształcił w sobie zwyczaj spotykania się z ministrami i wysokimi urzędnikami na osobności, a niezmiernie rzadko w zespołach. Z tego powodu każdy oficjel, który przekraczał próg pałacu Dżahan Nama, otrzymywał własny zestaw poleceń, a każde ministerstwo - własne zadania i kompetencje. Często odbywało się to bez konsultacji między instytucjami czy z premierem, który - choć pozbawiony realnej władzy - miał przynajmniej służyć jako koordynator intencji władcy. Jako że żadna z gałęzi władzy nie dysponowała pełną wiedzą odnośnie do tego, co robią pozostałe, w rezultacie zdarzały się notoryczne dublowania przedsięwzięć, drastyczne przekraczanie wydatków, a nawet wprowadzania wzajemnie sprzecznych programów rządowych. Dochodziła do tego głęboka nieufność władcy wobec każdego ministra, który wykazywał nadmierną inteligencję. Jak słusznie zauważył jeden z biografów króla, ludzie ci byli wybierani "nie ze względu na umiejętności, ale ze względu na swoje ograniczenia"[36].
Było to skrajnie niewydajne. Podejście rodzaju "dziel i rządź" nieuchronnie prowadziło do ostrego współzawodnictwa między ministrami i pałacowymi urzędnikami, którzy zaczęli walczyć o względy króla. A jak najlepiej wkupić się w łaski władcy, który obawia się rywali, a jednocześnie nie znosi złych wiadomości? Oczywiście poprzez umniejszanie dokonań kolegów i mówienie władcy dokładnie tego, co chciał usłyszeć. Ten lęk przed dostarczaniem szachowi złych wiadomości był tak powszechny, że czasem rodził dziwaczny sojusz wśród konkurujących dworzan - swoisty pakt o wzajemnej ochronie, którego istotą było całkowite zatajenie przed władcą nieprzyjemnych szczegółów. W rzeczywistości ten starannie opracowany system naginania faktów niemal doprowadził do katastrofy ledwie kilka tygodni przed kwietniowym spotkaniem Alama z szachem.
Pod koniec lutego 1970 roku szach przebywał na nartach w Szwajcarii, gdy nieoczekiwanie zarząd miejski Teheranu postanowił trzykrotnie zwiększyć wysokość opłaty za przejazd miejskimi autobusami. Wobec powszechnego oburzenia mieszkańców - młodzież akademicka opuściła wykłady, a w zamieszkach zniszczono kilka autobusów - premier zwołał nadzwyczajne posiedzenie rady ministrów. Niemal wszyscy ministrowie byli zgodni, że podwyżkę opłat należy wycofać, jednak premier, nie chcąc okazywać słabości pod presją, zdecydował się zataić tę opinię rady przed szachem. W powstałej pustce informacyjnej król początkowo przychylił się do namowy generałów, by wyprowadzić wojsko na ulice. Tragedii zapobiegła jedynie desperacka interwencja Alama, który zadzwonił do szwajcarskiego Sankt Moritz. "Proszę mieć na uwadze, że to za mojego premierostwa ostatnio użyliśmy siły do stłumienia zamieszek - przypomniał szachowi, odnosząc się do protestów z czerwca 1963 roku - ale obecna sytuacja jest zupełnie inna. Na litość boską, proszę zabronić im użycia siły"[37]. Podążając za jego radą, szach nakazał natychmiastowe zniesienie kontrowersyjnych podwyżek, co ugasiło konflikt, jednak w oczach Alama nigdy nie powinno dojść do tego kryzysu. Pojawiało się pytanie: jak w przyszłości temu zapobiec? I jeśli ludzie byli gotowi wyjść na ulicę z powodu podwyżki cen biletów, ile jeszcze większych punktów zapalnych umykało uwadze rządu?
A najważniejsze: jak uczulić Króla Królów na istnienie tych zagrożeń? Wiosną 1970 roku w zasadzie każdy Irańczyk, który stawał przed obliczem szacha, niezwłocznie składał mu pokłon - dosłownie i w przenośni. Pilnie słuchano każdego jego słowa, zgadzano się z każdym sądem, posłusznie wykonywano wszystkie polecenia. W rezultacie monarcha stopniowo zanurzał się w fantastycznym świecie, sfabrykowanym wedle jego własnej wizji. W tej alternatywnej rzeczywistości wszyscy Irańczycy korzystali z dóbr postępu jak nigdy dotąd, roczne wskaźniki wzrostu sięgały niewiarygodnych 22 procent, a międzynarodowa pozycja i militarna potęga Iranu popychały kraj ku pierwszej lidze wśród narodów świata w tempie niespotykanym w historii ludzkości. Niedługo po autobusowym fiasku w stolicy Alam próbował nakłonić szacha, by ten przestał polegać na greckim chórze ministrów oraz pałacowych wyjadaczy i mianował prawdziwych ekspertów, którzy potrafiliby zgłębić problemy kraju i zaproponować realne rozwiązania. "Nie chciał o tym słyszeć" - zwierzył się Alam tej nocy w swoim dzienniku. "Obawiam się, że pewnego dnia przyjdzie nam zapłacić za to zaniedbanie"[38]. Nawet jeśli nie odważył się powiedzieć tego na głos, jego największą obawą była powtórka z 1963 roku, gdy w obliczu niespodziewanego kryzysu oszołomiony i zagubiony władca pytał: "Ale co my z tym zrobimy?".
Pośród tych głębokich obaw Alam dostrzegał jednak wyraźne światło nadziei, które płynęło z intrygującej sprzeczności w charakterze szacha. Otóż mimo władczej postawy Mohammad Reza Pahlawi w głębi duszy równie mocno gardził okazywanym mu przesadnym uwielbieniem, co się nim radował - nie dowierzał słodkim słowom pochlebców, choć zarazem sam ich się domagał. W 1970 roku urzędujący minister spraw zagranicznych Iranu postanowił wyjść poza rytuał całowania dłoni władcy i zamiast tego padał płasko na salonowym dywanie, by całować jego buty. Lecz zamiast być pod wrażeniem jego żarliwości, szach nieraz wyśmiewał go w rozmowach z Alamem.
Co ważniejsze, ten ukryty szacunek dla umiaru często sprawiał, że król pokładał większe zaufanie w tych, którzy nie padali odruchowo na kolana, ale mieli czelność czasem wyrazić inne zdanie czy nawet się sprzeciwić. Asadollah Alam sam był najlepszym i żywym tego przykładem, gdyż po tylu latach wciąż pozostawał w pałacu, z którego wyrzucono tak wielu innych.
Ale jak zapewnić, że szach będzie otwarty na trudne słowa wtedy, gdy będzie to naprawdę ważne, i że słowa te dotrą na czas - jak telefon Alama podczas protestów biletowych? Z czyim jeszcze zdaniem liczył się król, czyje słowa przestrogi mogły wybić się nad peany pochlebców? Wiosną 1970 roku w otoczeniu władcy była tylko jedna osoba, która spełniała te warunki: była to trzecia żona szacha, trzydziestojednoletnia Farah Diba Pahlawi.
Jak można się spodziewać po zbiorze wspomnień zatytułowanych Z miłości do mojego króla[39], Farah Pahlawi na wygnaniu raczej idealizuje swoje relacje ze zmarłym małżonkiem. W publikacji tej szach jawi się jako osoba nieustannie zasięgająca jej rady i opinii na różnorakie tematy, a czytelnik nie znajdzie tam niemal żadnych wzmianek o jakichkolwiek poważnych sporach królewskiej pary. Rzeczywistość była zgoła odmienna, jak mogli potwierdzić liczni pałacowi weterani, w tym sam Asadollah Alam. Choć król tolerował demonstrowaną przez królową nowoczesność i niezależność, nie szczędził jej bardzo ostrych słów, jeśli odważyła się mu sprzeciwić zbyt zdecydowanie i zbyt publicznie[40].
A jednak mimo tych starć było jasne, że szach bardzo cenił sobie zmysł polityczny żony; niechętnie szanował Alama za szczerość, to samo dotyczyło małżonki. Nie było przypadkiem, że przy wyborze tych, którzy mieli nadzorować organizację uroczystości w Persepolis, a więc najważniejszego wizerunkowo i najambitniejszego pokazu całych jego rządów, monarcha zwrócił się właśnie do tej dwójki zaufanych "dysydentów".
Choć w postaci Alama i królowej można dopatrywać się pewnego pokrewieństwa dusz - oboje byli zaniepokojeni kulturą bezkrytycznego pochlebstwa, która rozpleniła się w pałacu, i doceniali swą wzajemną odwagę, by stawić jej czoła - ich relacja nie była wcale jednoznaczna. Z jednej strony cierniem w boku królowej była rola Alama jako organizatora seksualnych ekscesów szacha, czemu nieraz dawała lodowaty wyraz. Alam z kolei nie pokładał wielkiego zaufania w rozsądek królowej ani jej dojrzałość. Wyszło to na jaw podczas niedawnych rozmów na temat ogłoszenia jej regentką, która miałaby zająć miejsce władcy na wypadek, gdyby szach zmarł przed osiągnięciem pełnoletniości przez księcia koronnego. Minister dworu wyraził silny sprzeciw wobec tego pomysłu. "J.K.M. jest czysta niczym anioł, jednak brak jej doświadczenia i ma nader impulsywny charakter"[41] - pisał wówczas Alam, pobłażliwie porównując ją do ośmioletniego syna. "Podobnie jak książę dziedzic jest zwyczajnie za młoda na objęcie tronu". W miarę upływu czasu i rosnących obaw o przyszłość, w 1970 roku Alam stopniowo zdawał się dostrzegać w królowej swojego najważniejszego, a może i jedynego potencjalnego sojusznika, by wspólnie przełamać izolację i bezwładność pałacu. Odmiana ta była przyczynkiem do niezwykłej rozmowy, jaka miała się wkrótce odbyć między nimi. Było to 9 maja, ledwie miesiąc po spotkaniu Alama z szachem w sprawie sali bankietowej w Persepolis. Tego dnia minister towarzyszył królowej w całodniowej wycieczce do świętego miasta Meszhed na północnym wschodzie Iranu.
Przez cały dzień pozostawał on u boku królowej Farah, gdy ta uczestniczyła w niekończącej się serii przyjęć. W przeciwieństwie do męża osobowość szachbanu przemawiała do prostych ludzi, a jej ciepło i charyzma znajdowały odbicie w radosnym tłumie, który tego dnia przeciskał się, byle znaleźć się bliżej królowej. Głównym punktem wyprawy była wizyta w szpitalu dla trędowatych, która poruszyła współczującą królową do łez, na co Alam zaoferował słowa pociechy.
Ważna była też inna wymiana zdań, która nastąpiła wieczorem, w czasie powrotnego lotu do Teheranu. Królowa, może z powodu zmęczenia na koniec tego bardzo długiego dnia, zaczęła szydzić z niezliczonych kampanii PR-owych rządu, które w jej ocenie były toporne i bezwartościowe. Do tego dochodziła nieustanna parada inicjatyw rządowych, hucznie ogłaszanych i promowanych, ale w istocie będących tylko na pokaz. Oceniła, że takie cyniczne gierki tylko podkopują wiarę ludzi w rządy, nie odwrotnie. Jej krytyka wyraźnie odzwierciedlała to, czego Alam sam w głębi duszy się obawiał. Ulga, jaką poczuł, znajdując w niej sprzymierzeńca, wyraźnie wybrzmiewała ze stron dziennika - tej nocy zapisał: "Jej Wysokość, podobnie jak masa ludu irańskiego, ma słuszny powód do obaw"[42].
Minęło sześć miesięcy, odkąd Alam po raz pierwszy nalegał, by szach przeprowadził demokratyczne reformy. Sam musiał potem patrzeć, jak pomysł ten na jego oczach usycha, lecz teraz - ośmielony wsparciem szachbanu - postanowił ponownie podjąć ten temat. Zdobył się na to 13 maja, ledwie cztery dni po wyjeździe do Meszhedu. W przypływie sprytu - lub tchórzostwa, zależy z której strony patrzeć - postanowił zamaskować tę inicjatywę jako rzekomy pomysł królowej.
Podstęp nie wypalił. "To poza wszelką możliwością, żeby realizować każdą jej sugestię" - oświadczył szach po tym, jak Alam zarekomendował mu zmiany. "Ma dobre intencje, ale nikt nie mógłby jej szczerze posądzić o duże doświadczenie czy pokłady cierpliwości"[43].
Czy to z powodu niepokoju, który prześladował go od miesięcy, czy też dzięki oparciu w tym, że jego zmartwienie podziela osoba jeszcze bliższa szachowi, Alam spróbował podjąć sprawę ponownie kilka tygodni później. Sceną było tym razem kolejne poranne spotkanie z królem, ale tym razem minister ubrał swój pomysł w postać nowatorskiej propozycji. "A gdyby tak wezwać od czasu do czasu przedstawicieli różnych warstw, zwykłych ludzi z ulicy, i porozmawiać z nimi o ich trudach i obawach?" - zasugerował. "Jestem przekonany, że ich odpowiedzi byłyby fascynujące"[44].
Szach odrzucił ten pomysł. "Przecież ja już wiem, co myślą ludzie" - odparł. "Dostaję tu raport za raportem, Bóg raczy wiedzieć z ilu różnych źródeł".
Jednak tego dnia Alam był gotowy pójść o wiele dalej niż kiedykolwiek wcześniej. Powiedział szachowi, że raporty te były w istocie częścią problemu, bo zamiast stanowić wiarygodny barometr opinii społecznej, były komponowane przez poddanych nastawionych na kreowanie takich wyników, jakie ich zdaniem chciał usłyszeć król. Jak odnotował później Alam, ta odpowiedź "została bardzo źle odebrana", ale nie zamierzał ustępować. Przez całe spotkanie minister nieustannie podnosił, że nadeszła pora na zmiany w modelu zarządzania państwem, a w pierwszej kolejności szach powinien przestać słuchać pochlebców i szukać nowych sposobów, by usłyszeć głos ludu. Było to zuchwałe zagranie, które tylko Alam był w stanie zaakcentować z odpowiednią siłą, ale koniec końców minister miał poczucie, że odniosło skutek. "Przyjął te uwagi w milczeniu - pisał tej nocy o szachu - ale mimo to mam wrażenie, że przemówiła do niego ich szczerość. Jestem pewien, że w najbliższych dniach wyda polecenia, by nadać rzeczom bieg zgodnie z moimi sugestiami".
Niebawem minister dworu znów musiał mierzyć się z rozczarowaniem. Podobnie jak wcześniejsze działania na rzecz wolnych wyborów, jego nowe propozycje przez kilka dni odbijały się po pałacu, po czym uleciały w niebyt. Alam przekonał się o tym niedługo później, gdy po raz kolejny próbował ostrzec szacha o chwiejności jego władzy i o tym, jak szybko naród może obrócić się przeciw rządzącym. Minister dworu ewidentnie wspominał zarówno przewrót z 1953 roku, gdy sytuacja balansowała na ostrzu noża, jak i rozruchy z roku 1963 i paraliż szacha wobec maszerującego po ulicach wściekłego tłumu. Lecz król nie zamierzał go już słuchać. "Teraz lud Iranu mnie kocha - powiedział - i nigdy mnie nie opuści"[45]. W obliczu takiego uporu Asadollah Alam mógł żywić jedynie nadzieję, że pewnego dnia jego przestrogi odniosą skutek - może w parze z uwagami nowej, niesprawdzonej sojuszniczki, Farah Diby Pahlawi.
Tymczasem jednak minister dworu i cesarzowa musieli pamiętać: do zaplanowania była przecież uroczystość.
Ostatni szachinszach, czyli Król Królów Iranu Mohammad Reza Pahlawi był zawsze jedną z trzech, obok Mustafy Kemala Atatürka z Turcji oraz Lee Kuan Yewa z Singapuru, fascynujących mnie postaci dwudziestowiecznej historii. Często o tym wspominałem zarówno w swoich artykułach, jak i w prowadzonym przeze mnie w Onecie podcaście Raport Międzynarodowy. Zapewne dlatego wydawnictwo Prześwity zaproponowało mi, bym napisał wstęp do książki, którą trzymają Państwo w ręku.
Mohammad Reza Pahlawi, Mustafa Kemal Atatürk oraz Lee Kuan Yew fascynowali mnie, bo widziałem w nich przykłady tego, jak jednostka może zmieniać losy narodów i państw, jak silna wola może powodować, że wiry historii mogą ustępować w obliczu żelaznej konsekwencji, i jak państwa, w których DNA niekoniecznie jest wiele tego, czego i nam w Polsce brakuje, czyli umiejętności samonaprawy, mogą nagle dokonywać cywilizacyjnego wręcz skoku. Pesymiści - choć ktoś inny powie pewnie, że realiści - powiadają, że tak naprawdę wszystko zależy od ducha czasów, okoliczności, dojrzałości narodów do zmian, a jednostka tak naprawdę niewiele może. Optymiści, że bywa i tak, że rodzą się ludzie, którzy mogą działać pomimo, a nawet wbrew swoim czasom i kreować rzeczywistość. Historia szacha Iranu spór ten w mojej ocenie rozstrzyga.
Wszyscy wymienieni powyżej przywódcy byli autorytarnymi modernizatorami. Tym, co różni historię szacha Mohammada Rezy Pahlawiego od historii Mustafy Kemala Atatürka oraz Lee Kuan Yewa, jest to, że rzeczywistość, którą stworzył, skończyła się w zasadzie wraz z nim. Pahlawi przegrał. Być może dlatego jego historia jest w gruncie rzeczy najciekawszym, bo też i pozwalającym na wyciągnięcie największej liczby wniosków, przypadkiem.
Okoliczności klęski polityki szacha Iranu warte są przestudiowania nie tylko przez tych, których fascynuje historia XX wieku, ale również tych, którzy przyglądając się naszemu własnemu krajowi, zastanawiają się, czy to, co udało nam się osiągnąć w ciągu ostatnich prawie już 40 lat po komunizmie to szczyt naszych możliwości, po którym nie czeka nas już nic szczególnego, preludium do dalszego rozwoju czy też może - bo i tego niestety wykluczyć nie możemy - szczyt, po którym nastąpi regres.
Jeśli spróbować wyciągnąć jakieś wnioski z historii szacha, to zapewne najważniejsza lekcja, którą należałoby wysnuć, jest taka, że udając się w podróż ku modernizacji, nie wolno zapomnieć zabrać w tę podróż własnego narodu. Szczytne idee, patriotyzm i najlepsze nawet intencje, bo szachowi, niezależnie od jego wad, tych przymiotów w mojej ocenie odmówić nie wolno, nie są, jak się okazuje, gwarantami sukcesu i trwałości zmian. W wypadku Iranu powstaje oczywiście pytanie o proporcje modernizacji i westernizacji. Pomijając ten wątek, najważniejszy wniosek podpowiada, że jeśli dla projektu modernizacji nie pozyska się nie tylko elit, ale również środowisk konserwatywnych, cały projekt może być zagrożony.
Historia upadku szacha to też jednak historia całkowicie błędnego rozpoznania tego, kto jest największym przeciwnikiem. W przypadku Pahlawiego było to wieloletnie przekonanie, że największym zagrożeniem dla niego osobiście i dla jego dynastii oraz dla jego państwa są komuniści. Okazało się tymczasem, jak wiemy, że byli nim konserwatywni mułłowie. Zagrożeniem, o dziwo, byli też jednak ludzie, którzy awans społeczny zawdzięczali nikomu innemu, jak szachowi. Będąc obiektywnie beneficjentami jego rządów, w chwili kryzysu zwrócili się mimo to przeciw niemu. Ludzie, jak się okazuje, nie pamiętają bowiem z wdzięcznością o swoim awansie społecznym, za to wyjątkowo mocno odczuwają złość, gdy osiągnąwszy już wiele, zaczynają się bać, że mogą stracić to, co osiągnęli. Co ciekawe, równie głęboko jak szach i zawdzięczający mu podróż w górę po drabinie społecznej niedawni biedacy, mylili się również jego przeciwnicy z klasy średniej, którzy, domagając się większych swobód, w pewnym momencie poparli siły, na tle których autokratyczne rządy szacha sprawiają wrażenie co najwyżej miękkiego autorytaryzmu.
Całkowicie mylili się również sojusznicy Iranu, w tym przede wszystkim Stany Zjednoczone i choć w nieco mniejszym stopniu, również Wielka Brytania. Książka Scotta Andersona jest skądinąd fascynującym studium nie tylko oderwania dworu cesarskiego od rzeczywistości, ale przede wszystkim klęski amerykańskiej administracji, dyplomacji oraz służb wywiadowczych. Rewolucja islamska w Iranie to, dodajmy, klasyczny już przedmiot studiów w zakresie analizy wywiadowczej. Jest bowiem obok inwazji w Zatoce Świń, zamachów z 11 września oraz całkowicie błędnych analiz dotyczących trwałości ZSRR jedną z czterech największych klęsk w historii CIA.
Dla nas Polaków historia Mohammada Rezy Pahlawiego oraz historia Iranu jest istotna z jednego podstawowego powodu. Iran pod rządami szacha nie tylko szybko się rozwijał, a ludzie w nim żyli znacznie lepiej niż w przeszłości, ale państwo stawało się jedną z czołowych potęg regionalnych ówczesnego świata. Wszystko to załamało się, można powiedzieć, z woli ludu. Polska również, jak wiemy, rozwija się jak nigdy wcześniej. Historii Iranu warto więc się przyjrzeć również dlatego, że być może odnajdziemy tam znajome napięcia, nieprzepracowane traumy i skryte gdzieś głęboko siły, które mogą pewnego dnia zniszczyć i nasze marzenia.
Książka Scotta Andersona to wreszcie także fascynujące studium psychologiczne ostatniego szacha, który z nieco nieśmiałego i niezdecydowanego młodzieńca, dziedzica tronu, zarazem na nim osadzonego przez mocarstwa, ewoluował w kierunku przywódcy, który z czasem zaczął owym mocarstwom wręcz rzucać wyzwanie. Jego niezmierzonej pewności siebie towarzyszyła jednak chyba aż do ostatnich dni rządów podskórna niepewność. Co gorsza, rosło też jego osamotnienie, które spowodowało, że w pewnym momencie być może już tylko żona mówiła mu prawdę prosto w oczy.
Mohammad Reza Pahlawi kształtował świat, który go otaczał. Równocześnie jednak abdykował - nie w sensie formalnym co prawda, ale w tym znaczeniu, że mogąc utopić rewolucję we krwi, nie zrobił tego. Być może nie jestem obiektywny, bo mam wszak do Pahlawiego jakiś rodzaj słabości, ale mam wrażenie, że nie chciał on po prostu być katem własnego narodu. Możliwe jest jednak, że problem był inny, a jego istotą było to, że szach, nawet wówczas, gdy już, jak się wydaje, wyemancypował się spod wpływów amerykańskich i brytyjskich, cały czas jednak słuchał rad ambasadorów amerykańskiego i brytyjskiego. Ci zaś, jak już dziś wiemy, o sytuacji w Iranie wiedzieli jeszcze mniej niż Król Królów.
Książkę Scotta Andersona warto przeczytać z dwóch jeszcze powodów. Po pierwsze, jest to po prostu ciekawa i świetnie napisana historia. Po drugie, na polski rynek trafia ledwie kilka miesięcy po tym, gdy doszło do amerykańsko-izraelskiej wojny z Iranem. Ziarna tej wojny, do której doszło w 2026 r., w pewnym sensie zostały jednak zasiane 16 stycznia 1979 r., czyli w dniu, w którym jeszcze nie stary, ale już śmiertelnie chory Mohammad Reza Pahlawi wsiadł do samolotu na lotnisku w Teheranie i udał się na emigrację. Na lotnisku miała skądinąd miejsce symboliczna scena. Do stóp szacha padł, całując jego buty, jeden z zapłakanych żołnierzy. Pytaniem, na które nie znam odpowiedzi, jest, czy płakał ze wzruszenia, czy może opłakiwał marzenie o nowoczesnym Iranie, które właśnie umierało na jego oczach.
Witold Jurasz
dziennikarz Onet.pl, były dyplomata