Bitwa morska
Obudziła się, czując, że jest bardziej zmęczona i śpiąca niż przed pójściem spać. Mogła odpoczywać, jak długo chciała; nikt nie gonił jej do żadnej pracy, choć tej akurat na pokładzie nigdy nie brakowało. Świadomość bycia uprzywilejowanym wcale nie czyniła snu lżejszym. Ponieważ jeszcze nie nastał świt, leżała w ciemnościach, wsłuchując się w odgłosy, docierające do niej z zewnątrz. Słyszała, jak trzeszczały krystalowe wręgi, ilekroć okręt wspinał się na fale, słyszała szum fal, jednostajny, monotonny i usypiający.
W końcu dotarło do niej, że już nie zaśnie, otworzyła więc oczy i leżała spokojnie, przyglądając się bogatemu ornamentowaniu belek sufitowych, podtrzymujących pokład ponad jej głową. Ktokolwiek stworzył te magiczne zdobienia, był dużej klasy artystą i miał bardzo bogatą wyobraźnię. Zewsząd szczerzyły się na nią smocze łby, misternie wyrzeźbione w surowym, twardym jak skała drewnie. Rozpoznawała też wyobrażenia ludzi, harni, statków i wiele rodzajów zwierząt, których nie potrafiła nawet nazwać; zgadywała, że pochodzą z bardzo daleka, albo są wytworem wyobraźni rzeźbiarza. Może też nienajlepsze źródło światła, którym był chyboczący się płomień świecy, przechylający się wraz z każdym ruchem statku, wpływały na jej zdolność rozpoznania przedstawionych istot?
Odwróciła głowę od fascynujących płaskorzeźb i obrzuciła leniwym spojrzeniem resztę kajuty. Znała już na pamięć ustawienie wszystkich sprzętów, opatrzyły się jej wszelkie kolory i motywy, ale teraz, w nocy, przy świetle księżyca i mdłym ogniku kaganka, wszystko wyglądało zupełnie inaczej, nabierało nowego, mrocznego wyrazu. Nawet stół i dwa krzesła, przybite na stałe do drewnianej podłogi, sprawiały wrażenie, jakby miały się lada chwila podnieść i ją zaskoczyć. Nad nimi na ścianie zawieszono półkę z twardego, zakonserwowanego w wodzie morskiej surowego kawałka drzewa.
Odrzuciła okrywające ją skóry i opuściła bose stopy na gładką, poprzecinaną szczelinami podłogę z desek dębowych. Następnie wstała z łóżka, próbując zachować równowagę; nawet drobne fale potrafiły rozbujać takiego kolosa, jakim był Ptak Oceanu.
Odszukała swoje spodnie, które uprzedniego wieczora rzuciła byle gdzie, szykując się do snu; były gładkie i grube, idealne na wiosenne poranki, gdy jeszcze mróz potrafił nieźle ścisnąć. Również na podłodze, u nóg łoża, znalazła swój kaftan, który właściwie należał do jej ojca, a jej samej sięgał aż po połowy ud. Ściągnęła go w pasie szerokim, skórzanym pasem, który również podebrała ojcu, a następnie związała wszystkie te niewielkie sznureczki, które wiązały ubranie w talii, pod pachami, a także w okolicach ramion i szyi. Pas ozdobiony był elegancką, srebrną klamrą.
Stopy wpuściła w długie, sznurowane buty i tak ubrana wyszła na pokład, chwytając po drodze wiszący na kołku na drzwiach cienki, elegancki płaszcz, również stanowiący wyposażenie komory starego hrabiego.
Keit Denthor była jedynym dzieckiem swego ojca, Thomara Denthora. Wrodzona w matkę, niewysokiego wzrostu delikatna dziewczyna o półdługich rudych włosach liczyła sobie zaledwie piętnaście wiosen, kiedy opisywane wydarzenia miały miejsce. Zwykle blada twarz, obecnie nawet nieco opalona, nosiła ślady ciężkiej żałoby po niedawno zmarłej matce, ale w zielononiebieskich oczach gorzał niezwykły płomień, świadczący o niezwykłej upartości i niewyparzonym języku.
Obie te cechy, niestety, dziewczyna posiadała; oczywiście przysparzało to nie lada zmartwień jej ojcu. A jednak pomimo tego, zdawałoby się na pierwszy rzut oka, bardzo poważnego mankamentu jej urok osobisty zarzucił już sidła, w które wpadł młody Ian Orsen.
Keit nie potrafiła jeszcze nazwać swoich uczuć względem kapitana; na to jeszcze było za wcześnie. Niemniej, była świadoma tego, że głos jej drży, a ona sama przejmuje się nagle każdym wypowiadanym przez siebie słowem, jakby bojąc się, że zostanie źle oceniona przez przystojnego Iana. Wszystkie te uczucia napełniały ją niepokojem i niechęcią, ale sprawiały też, że coraz częściej i więcej myślała o Ianie, a to już sprawiało jej niepokojącą przyjemność.
Odpędzając myśli, owinęła się mocno płaszczem i skierowała się w stronę pokładu.
Kiedy wyszła na zniszczone żywiołami deski górnego pomostu, jej oczom ukazała się niemożliwa do opisania panorama; aż po horyzont, w każdym kierunku rozciągała się gładka, lekko marszczona delikatnym powiewem północnego wiatru ciemna, nieprzenikniona powierzchnia oceanu. Jego nieopisany urok porażał szczególnie głęboką nocą, gdy morze było w miarę spokojne, a niebo bezchmurne, pozwalając światłu księżyca rozjaśniać mroki nocy.
Teraz, gdy panował rzadko o tej porze roku spotykany spokój na morzu, zdawało się, że gdyby zejść po burcie w dół i stanąć na powierzchni wody, wówczas można by po niej iść suchą stopą, aż po rozmywający się we mgle horyzont.
Rozmarzona, prawie by nie dostrzegła delikatnych odblasków na północnym wschodzie. Zalśniły na ułamek sekundy, rozmyte, falujące, niby odbicie gwiazd w zimnych wodach oceanu. Byłaby je przegapiła, ale jednostajny, niezmienny widok, jaki stanowiło w tej chwili morze, ułatwiał dostrzeżenie dziwów, niezależnie od tego, jak daleko od obserwatora się by nie znajdowały.
Chociaż w chwilę później już ich nie było, czarujące migotanie owych świateł na długo zapadło dziewczynie w pamięć.