Upadek kraju mórz. Tom 3 - Karol Sas

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Szach króla

Ja mam wielkie plany, a ty, skoroś tak wielce się mi dziś przysłużył, częścią ich możesz być, jeśli zechcesz. Chciałbyś księciem Vaksos zostać? Gotowym dać ci ten tron! Jest twój, skoro go tylko zechcesz!

.

Shak Gvavalath III

Wcześnie zmierzch zapadał o tej porze roku nad Pierścieniowym miastem, a stary, pomarszczony i zniedołężniały z powodu podeszłego wieku mężczyzna leżał na swoim łożu i nasłuchiwał. To właściwie było jedną rzeczą, jaką jeszcze był w stanie robić; nasłuchiwać.

Przed południem do Cytadeli przybył posłaniec, niosący wieści z odległego Dormoth. Zwycięstwo! - krzyczał od progu. Gvavalath nakazał natychmiast go stracić. Ot tak, po prostu - bo tamten mógł się z tej przyczyny radować. Shak już dawno postradał tę przyjemną zdolność cieszenia się z czegokolwiek. Świadomość, że w ciele zniszczonym starczym uwiądem działa już tylko umysł, nie napawała radością.

Położenie polityczne państwa, którego stery stary Shak - tyran objął przed wiekiem, było opłakane i Gvavalath był jednym z niewielu, którzy w pełni zdawali sobie z tego sprawę. Niedługo hydra ruchów separatystycznych znowu uniesie w górę swoje liczne głowy, to było pewne. Zaczną, jak zwykł podejrzewać, Ghardarowie na południu, jak zwykle zresztą. Ale gdy inne ludy spostrzegą, że Tvalth jest bezbronny, że nie ma niczego, co mógłby przeciwstawić powstańcom - pójdą śladem Ghardarów,.

Ale starzec wcale nie zamierzał się poddawać. Wiedział doskonale, dlaczego tendencje separatystyczne Voluth nie umierają - były przecież stale i skuteczne podsycane przez pobliski Houpton, zasiedlony wszak przez ten sam lud.

Swoją drogą, Gvavalath zawsze podziwiał Houpton. Darzył je naprawdę szczerym podziwem. Konflikt sprzed półtora tysiąca lat postawił tych ludzi poza nawiasem cywilizowanego społeczeństwa, więc opuścili swój dom i udali się na pustynię, tam, gdzie musieli dokonać wielu bardzo trudnych wyborów, by przeżyć. Było ciężko, nikt nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo ciężko, a jednak poradzili sobie, a nawet od podstaw stworzyli wspaniałą cywilizację.

Cóż, kiedy teraz po prostu przyszła ich kolej. Po Rohkod, Dormoth i Vaksos to oni byli następnym naturalnym celem Shaka. Ponadto, upadek Houpton uspokoiłby Voulth. Na dobre.

A więc Houpton upaść musi. Gvavalath zagłębił się w rozmyślaniach na temat kolejnej inwazji, którą najchętniej dokonałby cudzymi rękoma, korzystając z nabytych w przypadku Dormoth doświadczeń.

Oddając się przyjemnym rozważaniom na temat podbojów, śmierci, plądrowania i podpaleń, dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że w jego sypialni znajduje się poza nim ktoś jeszcze. Kiedy w końcu przyjął do wiadomości obecność nieoczekiwanego, nieproszonego gościa, rozległ się jego skrzekliwy, cienki głos starego człowieka:

- Wejdź, przyjacielu, w światło od kominka bijące, bym cię zobaczyć mógł.

Mężczyzna postąpił więc posłusznie parę kroków naprzód, zbliżając się do łóżka. Jego potężna sylwetka, niedźwiedzie ciało i wzrost sprawiały, że pomieszczenie nagle zmniejszyło się znacznie, choć przecież było olbrzymie. Widząc rozmiary tajemniczego gościa, Gvavalath umilkł nagle. Spoglądał usilnie, próbując zmusić na wpół skryte pod bielmem oczy, by dostrzegały więcej szczegółów świata zewnętrznego. Gdzieś z mroków pamięci wyłoniła się wiedza, że przecież zna jedynie jednego człowieka o podobnej sylwetce.

Ujrzał więcej szczegółów. Nowoprzybyły miał rude włosy, zaczesane w setki misternych warkoczyków, podobnie gęstą, rudą brodę, potraktowaną w ten sam sposób. Oczy miał intensywnie błękitne, czoło wysokie, a nos długi i ostry. Ubranie miał na sobie staroświeckie, ze skóry i wełny, na plecach ciepłą, wełnianą opończę, a nad jego ramieniem wystawała mu masywna rękojeść miecza.

Olśnienie przyszło zupełnie nieoczekiwanie. Rahimar Gudhrok, pomyślał. Odwiedził mnie ten pirat, którego z takim powodzeniem wykorzystałem do podboju Dormoth, a który teraz dla mnie zniszczy i Vaksos.

- Witaj w moim domu. - powiedział. - Doniesiono mi już o twoim zwycięstwie. Piękna t chwila, Dormoth wraca do swego prawowitego właściciela.

Ani słowem nie zająknął się o tym, że dwa lata wcześniej oddał Dormoth Giuadarowi w zamian za pomoc w rozbiciu Rohkod... W zamian za ręce, które przyjęły na siebie krew niewinnych w miejsce jego własnych. Lata intryg, oszustw, zdrad i zmian frontów w końcu dały pewne wymierne rezultaty. Rohkod nie istniało, a Vaksos - przy determinacji, jaką okazał Gudhrok - tez niedługo będzie stertą popiołów. Jak to dobrze, że ten głupi, łatwy do zmanipulowania pirat wydostał się z miejsca masakry pod Beheliam.

- Jak dobrze, żeś przybył tu osobiście. - Shak przymknął na dłuższą chwilę oczy. - Mogę ci sam zwycięstwa pogratulować. Twoja zemsta wreszcie spełnienia się doczeka, prawda?

Rahimar nic nie mówił, ale Shak to zignorował. Przyzwyczajony do słuchania własnego głosu, nie spodziewał się, by ktokolwiek z własnej inicjatywy zabierał głos w jego obecności. Skoro tak było od stulecia, dlaczego miałby oczekiwać, by cokolwiek się miało zmienić w tym względzie?

- Świat się wali, sam widzisz. Shak Tvalthu z piratami układać się musi, by resztki porządku jakoś utrzymać w rękach. Lecz cóż zrobić, skoro w rękach tych milionów byt... Po wszelkie środki sięgać trzeba, by ich byt zapewnić.

Kiedym władzę obejmował, inaczej w Nionis było. Sto wiosen temu sto i pięćdziesiąt tysięcy ludzi miałem pod bronią, a w razie potrzeby i drugie tyle by się znalazło. Teraz upadek ludzi nadszedł i marne dziesięć tysięcy od bronią stoi. A może i mniej. Ale wciąż jeszcze do zwycięstwa dążyć trzeba i czasem się je nawet odnieść udaje! Jak to pod Dormoth, twoją będące zasługą. Wiele dla bezpieczeństwa ludu mojego uczyniłeś, Rahimarze Gudhrok. W zamian za to gotowym jest oczyścić cię z wszelkich win, jakie kiedy głowę twoją obciążały, jakiekolwiek by one nie były. Masz moje słowo.

Shak zamilkł, ale Rahimar wciąż się nie odzywał.

- Milczysz? - głos Shaka stawał się coraz bardziej skrzekliwy. - Przyjmuję to więc jako twoją zgodę. Odnieśliśmy zwycięstwo, ciebie więc dzisiaj oceniać nie będę. Nasze to wspólne wszak zwycięstwo.

Lecz nie można na tym poprzestać! Świat zmian potrzebuje, zmian na lepsze. Ja ten świat zmienię, póki siły jakoweś mi jeszcze pozostały. Państwo moje niby bezpieczne, ale na razie tylko. Przyszłe problemy już teraz trzeba dostrzegać i zwalczać, zanim uciążliwe się staną. Ja mam wielkie plany, a ty, skoroś tak wielce się mi dziś przysłużył, częścią ich możesz być, jeśli zechcesz. Chciałbyś księciem Vaksos zostać? Gotowym dać ci ten tron! Jest twój, skoro go tylko zechcesz! Ja sam spojrzenie na południe zwrócić teraz muszę. Tam państwo na pustyni zrodzone wciąż rzuca mi wyzwanie. Władca Houpton tytuł Shaka nosi, cóż to za bezczelność!

Zmiażdżę ich tym wszystkim, co mi jeszcze pozostało! Jarzmo na szyje Ghardarów nikczemne zarzucim! Nionis znowu jednością stać się może i stanie, jeśli tylko ty u mego pozostaniesz boku!

- Nonsens! - parsknął Rahimar, odzywając się w końcu. - Tak się nigdy nie stanie! Ja do tego nie dopuszczę!

W mgnieniu oka znalazł się przy leżącym, a czerwień jego włosów ustąpiła bieli. Potężny Czarmistrz pochylił się do przodu i wyciągnął rękę w kierunku Shaka. Zanim ten zdążył zareagować, potężna dłoń zamknęła się na wokół jego szyi i poczęła powoli wyciągać go z jego legowiska.

- W Nionis twojego porządku nigdy nie będzie. - wycedził przez zaciśnięte zęby potężny mężczyzna. - A ja nie Rahimar Gudhrok, o nie. Jam jest Regnar Aleth, Shaku. Czarmistrz, jeżeli nie widać.

- Jak śmiesz! - wydusił z siebie Gvavalath. - Jestem Shakiem! Shakiem Tvalthu! - krzyczał, aż w końcu dostał zadyszki.

- Ja wiem, kim tyś jest! - odpowiedział mu spokojnie Regnar. - I widzisz, że wcale o to nie dbam. Żyłem na tej ziemi prawie pięć tysięcy lat, więc wiec nie jesteś dla mnie więcej wart, jak kupa gówna. Ale tak się składa, że śmierć twa się mi przysłuży. Temu tu jestem.

- Nie! Nie! - krzyknął Gvavalath, a jego oczy rozszerzyły się ze strachu. - Ja nie chcę umierać!

Niedźwiedziej postury mężczyzna wydobył go wreszcie z przepastnego łoża i trzymał w górze, jedną ręką ściskając go za szyję. Powoli. Zdawało mu się, że trzymanie chudego, poskręcanego, wrzeszczącego, wijącego się i wierzgającego człowieka nie kosztuje go ani grama wysiłku.

- Krzycz! Wrzeszcz! - rozkazał Regnar. - Muszę mieć świadków, żeś wreszcie trupem. Dość już po ziemi tej chodziłeś, plugawiąc ją na rozmaite sposoby.

- Czego... ty... chcesz...? - Shak bezwładnymi rękoma złapał go za potężne, jakby z krystali odlane ramię.

- Chcę, żebyś odszedł. - wyszeptał Rahimar, patrząc mu prosto w zachodzące mgłą oczy.

Gvavalath dostrzegł w nich nieogarnione szaleństwo i w tym właśnie momencie zrozumiał, że idzie tu o jego własne życie. I wtedy zaczął wrzeszczeć, bić kolosa po ramieniu, wić się jak ryba wyjęta z wody.

- Ratunku! - krzyczał nadspodziewanie silnym głosem, jakby nagle powróciła do niego dawno utracona młodość. - Pomóżcie! Szaleniec w zamku jest, zabic waszego pana usiłuje!

Drzwi otwarły się z łoskotem, skrzydło uderzyło z impetem o ścianę. Wbiegło naraz mnóstwo ludzi, tłocząc się w okolicy drzwi, obserwując niecodzienny obrazek, jaki roztaczał się przed ich oczyma z niedowierzaniem w oczach.

- Nie stójcie tak! Pomóżcie mi! - krzyczał prawdziwie przerażony Shak Tvalthu.

Regnar spojrzał na zebranych pokojowców i strażników pałacowych. Pogarda zabłysła w jego oczach.

- Patrzcie! - krzyknął. - Tak umiera Shak Gvavalath III, tyran Nionis!

Zacisnął rękę, trzymającą kark Shaka. Dał się słyszeć głośny, mrożący krew w żyłach trzask, znamionujący zgruchotanie kręgów szyjnych. Gvavalath zwisł na jego ręce jak śnięta ryba, życie uszło z niego jak powietrze z przekłutego balona.

Regnar uśmiechnął się szyderczo, obrócił do oniemiałych ludzi, zgromadzonych w sypialni Shaka, a potem, znowu bez wysiłku, cisnął w nich stygnącym truchłem tyrana, zwalając kilkoro z nich z nóg.

- Powiedzcie wszystkim, że tyran zdechł dziś, jak szczur, którym był całe swoje życie! To jedyny powód, dla którego życie wam dzisiaj oszczędzę! Lecz miejcie na uwadze, jeżeli spróbujecie to ukryć, Regnar z rodu Aleth powróci i wyrok swój zmieni!

Czarmistrz powiódł wzrokiem potwarzach strażników, po czym świadomie wolnym krokiem ruszył ku drzwiom.

Strażnicy rozeszli się na boki, patrząc w milczeniu, jak przechodził, przez nikogo nie zaniepokojony.

Shak zaś leżał tam, gdzie upadł, z głową obróconą na lewy bok, skurczony i zwiędnięty, jakby czas wreszcie odzyskał swoje.

Słudzy przechodzili obok, niewzruszeni, zupełnie się nie przejmując losem zmarłego władcy.

W końcu, w ich perspektywie, umarł jeden tyran, będzie kolejny.

Grota Emily

Ci dwaj prowadzili jakąś szaloną grę pod bokiem mojego męża. Jestem mu to winna, by przynajmniej spróbować się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Jeszcze nie wiem, jak tego dokonam, ale gwarantuję ci Em - ci dwaj za to zapłacą. Zapłacą za używanie zakazanej magii Eukedela.

Emily, Torella

Było jej ciepło. Nie mogła się poruszyć, ale czuła, jak ciepło promieniujące od ogniska owiewa jej twarz. Ciepło - to właśnie było pierwsze odczucie, jakiego doznała kiedy tylko wróciła jej świadomość. Zorientowała się wkrótce, że nie może poruszyć żadną częścią ciała, poza powiekami. Zamrugała więc, a jaskrawe światło płomieni na moment oślepiło ją eksplozją różnokolorowych fajerwerków. Kiedy na powrót otwarła powieki, męczące zjawiska zniknęły.

Patrzyła, jak płomienie drgają, strzelając wysoko na mokrym drewnie. Cienie tańczyły na ścianach miejsca, w którym się znalazła; były one poszarpane, nieregularne, wyciosane z surowego kamienia. To była niewątpliwie jaskinia; osławiona jaskinia Emily. Pomieszczenie było na tylko wielkie, że płomienie ogniska nie sięgały samych ścian i tylko te cienie, poruszające się niemal jak żywe istoty, dowodziły, że są tutaj jednak jakieś ściany.

Nie myślała. Albo raczej: starała się nie myśleć. Ogarniający ją potworny smutek sprawiał, że świadomie wyłączyła zdolność myślenia. Czuła jednak przenikający ją ból o intensywności o wiele większej, niż ten fizyczny, który i tak już z wolna przygasał. Podświadomie zdawała sobie sprawę, jakie było źródło owego bólu.

Kiedy jej oczy przyzwyczaiły się już do blasku bijącego z ogniska, dostrzegła klęczącą przy nim niewysoką, pulchną kobietę o kruczoczarnych włosach. Wielką łyżką mieszała w garnku zawieszonym tuż nad płomieniami. Z zapachu dało się wywnioskować, że gotuje tam właśnie coś przypominającego rosół.

- Witaj z powrotem w świecie żywych. - głos Em był zmęczony i brzmiał w jej zmaltretowanych uszach tak niewyraźnie, jakby dobiegał z głębi ziemi. - Obawiałam się, że możesz się już nigdy nie obudzić.

Torella nie odpowiadała. Patrzyła tylko na swoją dawną koleżankę oczami okrągłymi ze zdumienia. Em nic się nie zmieniła - co było raczej oczywiste, zważywszy na ich formę funkcjonowania. Te same czarne oczy, lekko skośne oczy i nos z małym garbkiem poniżej linii oczu. Emily pomimo czterech tysięcy lat na karku wciąż mogła uchodzić za małą dziewczynkę, z jej wzrostem sięgającym niewiele ponad metr pięćdziesiąt. Tylko jej piersi, wielkie i jędrne, dumnie sterczące przed nią, kontrastowały z jej ogólnym wyglądem.

- Nieźle cię sponiewierał, węży syn. - syknęła Em przez zęby, a Torella przypomniała sobie, że ona zawsze szczerze nienawidziła Eylayena, nawet gdy on i jej mąż uchodzili za największych przyjaciół. - On chciał cię zabić. Szczerze tego pragnął - widziałam to w jego oczach. On oszalał! Po coś go w ogóle wyzywała?

Torella uczyniła wysiłek, by spróbować przewrócić się na plecy, ale Em natychmiast ją powstrzymała.

- Nie ruszaj się! - krzyknęło, a echo jej głosy odbiło się kaskadowo od wewnętrznych ścian pieczary. - Kręgi masz połamane, ze cztery, jeśli dobrze naliczyłam, a niewiele czasu miałam na to. Właśnie się zrastają i wierz mi, nie chcesz, by coś poszło krzywo, co? Mam cię potem znowu łamać?

Torella znieruchomiała.

- Tak lepiej. - uśmiechnęła się Em. - Nie po to wyciągałam cię z łap tego zwyrodnialca, żebyś umarła mi na posadzce w salonie.

Salon? Torella powiodła spojrzeniem dookoła, czując, że jej sztywny kark nawet nie drgnie. Pieczara była wręcz olbrzymia - jej wysokie ściany tonęły w półmroku, ledwie dosięgała ich blada poświata bijąca od ogniska, zaś sufit połyskiwał czasem na niewyobrażalnej wręcz wysokości. Wszystko to oświetlano jedno ognisko - właśnie to, przy którym klęczała teraz mała Em, odziana w krótkie spodnie z niegarbowanej skóry, oraz nieco przyciasną w górnych partiach koszulę, której guziki pozostawały niezapięte, odsłaniając brzuch.

Mała wiedźma skupiła się na powrót na mieszaniu w garnku.

- Obudziłaś się rychło w czas. - powiedziała przytłumionym głosem, odwrócona plecami od rannej. - Niedługo będę obiad podawać. A potem zabiorę cię do łazienki i obmyję, nie zdążyłam zrobić tego wcześniej, bo bałam się ciebie ruszać. - widząc zdziwione spojrzenie Torelli dodała: - Nie, kochanie, nie zwariowałam. Mam tam dalej sadzawkę z gorącą wodą. Dzięki niej właśnie znalazłam to miejsce wieki temu, kiedy opuściłam Koreliana. Stary cap też postradał zmysły. Na szczęście, jesteśmy teraz tak głęboko pod Pustynią Zachodnią, że nikt nas tu nie znajdzie, dopóki nie wydobrzejesz. Znasz Eylayena, wypuścił cię, ale to nie znaczy, że może nie chcieć wkrótce dopełnić swego dzieła. A potem, kiedy już będziesz zdrowa - zrobisz to, co uważasz za słuszne. Powiem ci jednak, że tamten świat, na zewnątrz, to już historia. Wszystko się wali w gruzy. Dokładnie tak, jak to przewidział Imbarian. Pamiętasz?

Spojrzała z głębokim współczuciem na koleżankę.

- Za chwilkę twoje płuca powinny zacząć pracować, to będziesz mogła mówić. - powiedziała fachowo. - Jeszcze w całym swoim długim życiu nie widziałam nikogo, kto byłby aż tak pokiereszowany, jak ty u tego szaleńca!. Eylayen pobił wszelkie rekordy okrucieństwa! Naprawdę ciekawa jestem, czym on był w stanie ciebie tak z równowagi wyprowadzić, żeś śmierci szukała! Postradałaś zmysły? A może... Może naprawdę liczyłaś na to, że on cię zabije...

Podjęła garnek z ogniska i odstawiła go na bok.

- Zmieniła plany. - powiedziała z głębokim wahaniem w głosie. - Obolała jesteś, śmierdzisz jak stary kozioł i jeszcze cała we krwi. Nie możesz tak jeść obiadu.

Jeszcze mówiąc te słowa, delikatnie podjęła znieruchomiałe ciało Torelli z kamiennej posadzki i, zupełnie jakby ta nie ważyła więcej, niż jeden zielony liść, poniosła ją w ciemność, do miejsca, gdzie, jak się Torelli zdawało, miała być owa osławiona łazienka Em. Torelli zakręciło się w głowie, gdy jej ciało wzniosło się w powietrze. Przynajmniej teraz widziała, że jej piękna, srebrzysta sukienka nie istnieje, a jej nagie ciało przebłyskuje przez liczne rozdarcia, których akurat teraz było na niej więcej, niż samego materiału.

Kiedy zbliżyły się do celu, Torella ujrzała małe oczko wodne, z którego unosiła się para. Em przesadzała, mówiąc, że woda jest w nim gorąca; okazała się ona idealna do kąpieli. Em nie traciła czasu i szybko oswobodziła ją z resztek sukni, a potem kompletnie nagą włożyła do wody. Następnie sama oswobodziła się z koszuli si spodni i dołączyła do Torelli.

- Moja.... Suknia... - wymamrotała Torella cichym, chropawym głosem.

Pierwsze słowa przychodziły jej ciężko, czuła się, jakby przepychała żwir przez krtań i tchawicę.

- Zapomnij o niej. - poradziła jej Em. - Znajdę później dla ciebie jakieś ubrania w swojej szafie, nie kłopocz się o to.

- Lo... ak... dał... - Torella nie poznawała własnego głosu; skrzekliwy i starczy, pasował raczej do roli, jaką przyjęła, kiedy podjęła się prowadzenia szkolenia Rahimara.

Teraz zdawało się to być w innym życiu.

Widziała w półmroku dłonie Em, jak przesuwały się po jej ciele ze zwinnością dwóch węży, współpracujących ze sobą intensywnie, ale nie czuła żadnego dotknięcie. Emily zaś troskliwie obmywała jej ciało, nie zaniedbując ani skrawka. Nawet przez myśl by jej nie przeszło, jak brudna był i pokryta krwią!