Upadek. Hurricane in my soul #3 - Lea Revoy

-
Proszę czekać

Rozdział 2

- To co za­bie­rasz? Ja nie wiem, któ­re su­kien­ki spa­ko­wać - mówi Kira zre­zy­gno­wa­nym to­nem.

- Je­dzie­my tyl­ko na... wła­ści­wie na dwa dni. Chy­ba nie za­mie­rzasz za­brać pół sza­fy? - par­skam.

Wy­ci­ągam tor­bę i pa­ku­ję ko­sme­ty­ki. W tym sa­mym mo­men­cie sły­szę, jak po dru­giej stro­nie słu­chaw­ki coś z hu­kiem spa­da na podło­gę. Chwi­lę pó­źniej z ust mo­jej przy­ja­ció­łki wy­pły­wa po­tok prze­kle­ństw.

- Za­bio­rę czte­ry - stwier­dza wresz­cie. - Mu­szę mieć wy­bór. No i ko­ron­ki. Ko­niecz­nie ko­ron­ki. Czu­ję, że na tym wy­je­ździe pój­dzie­my z Que na ca­ło­ść. - Choć jej nie wi­dzę, wiem, że wła­śnie ko­kie­te­ryj­nie się uśmie­cha.

- Ten czer­wo­ny kom­plet, któ­ry ku­pi­łaś ostat­nio, jest świet­ny - pod­po­wia­dam.

- A ty? - pyta. - Za­bie­rasz ja­kieś sek­sow­ne fa­ta­łasz­ki?

- Kira... - kar­cę ją. - Nie jadę tam z za­mia­rem upra­wia­nia sek­su. Jadę, żeby spędzić faj­ny czas z wa­żny­mi dla mnie lu­dźmi i po pro­stu się ode­rwać.

Sły­szę, jak chi­cho­cze.

- Ale pier­do­lisz - mówi. - Ro­śnie ci nos, kłam­czu­cho.

Po­trząsam gło­wą, prze­wra­ca­jąc ocza­mi.

- Ja nie. Ale ty na pew­no będziesz. Już nie­dłu­go. Do­bra, Ki. Mu­szę ko­ńczyć. Do­ko­ńczę pa­ko­wa­nie i lecę pod prysz­nic. Wi­dzi­my się pó­źniej.

- Spa­kuj ko­ron... - za­czy­na, ale nim zdąży do­ko­ńczyć, na­ci­skam czer­wo­ną słu­chaw­kę.

Ze śmie­chem od­kła­dam ko­mór­kę i sia­dam po tu­rec­ku przed moją no­wiut­ką sza­fą. Przez mo­ment po pro­stu ga­pię się na rów­no uło­żo­ne ubra­nia i su­kien­ki wi­szące na wie­sza­kach. Na­gle do mo­jej gło­wy wpa­da pe­wien po­my­sł. Z szu­fla­dy pod łó­żkiem wy­ci­ągam pu­de­łko, a z nie­go su­kien­kę. Wkła­dam ją na dno tor­by, nie ma­jąc po­jęcia, czy będę mia­ła od­wa­gę, by ją za­ło­żyć. Po krót­kim na­my­śle pa­ku­ję też czar­ny, ko­ron­ko­wy kom­plet i jesz­cze fio­le­to­wą su­kien­kę z frędz­la­mi, któ­rą no­si­łam, gdy mie­li­śmy za­jęcia z ta­ńców la­ty­no­ame­ry­ka­ńskich. Na ko­niec do­rzu­cam jesz­cze dre­sy. Za­my­kam tor­bę i kła­dę ją przy we­jściu, po czym z głu­pim uśmiesz­kiem, któ­re­go nie po­tra­fię po­zbyć się z twa­rzy, ru­szam do ła­zien­ki.

To będzie cu­dow­ny week­end.

***

Par­ku­je­my w pod­zie­miach bazy kil­ka mi­nut po trze­ciej w nocy. Choć było mi cho­ler­nie ci­ężko się obu­dzić i pod­nie­ść z łó­żka, na wi­dok Ay­de­na opar­te­go o auto mo­men­tal­nie czu­ję się ca­łko­wi­cie roz­bu­dzo­na.

- Cze­ść, dziew­czy­no. - Przy­ci­ąga mnie do sie­bie i ca­łu­je krót­ko, ale z nie­by­wa­łą czu­ło­ścią. W jego ru­chach wy­czu­wam tęsk­no­tę.

- Cze­ść, chło­pa­ku. - Uśmie­cham się.

Kira rzu­ca nam su­ge­styw­ne spoj­rze­nie, po czym prze­py­cha się obok Ay­de­na i zni­ka w środ­ku. Za­raz za nią wcho­dzi Liam, wi­ta­jąc się wcze­śniej z Pre­scot­tem.

- To co, ru­sza­my? - pyta Ay­den, od­su­wa­jąc mnie od sie­bie na od­le­gło­ść ra­mion.

- Ja­sne. Kto je­dzie z kim? - Pa­trzę w kie­run­ku sa­mo­cho­dów, wo­kół któ­rych za­czy­na ro­bić się co­raz wi­ęk­szy ruch.

- Del­ga­do i Sol za­bie­ra­ją Tur­ków. Que i czer­wo­ny łeb jadą z Na­tha­nie­lem - obo­je par­ska­my śmie­chem na okre­śle­nie, ja­kie­go użył względem Kiry. - A Liam i Tina mają po dro­dze zgar­nąć chło­pa­ków - wy­li­cza.

- No do­bra, w ta­kim ra­zie w dro­gę - mó­wię.

Ay­den bie­rze moją tor­bę i wkła­da ją do ba­ga­żni­ka. Mo­ment pó­źniej obo­je wsia­da­my do sa­mo­cho­du i za­pi­na­my pasy. Je­stem pod­eks­cy­to­wa­na. Czu­ję też spo­kój i ra­do­ść. Wie­rzę, że spędzę na­praw­dę cu­dow­ny czas.

- I jesz­cze jed­no - mówi Ay­den, kie­dy za­trzy­mu­je­my się u głów­nej bra­my. Od­wra­ca się w moją stro­nę i spo­gląda mi w oczy. - Mo­żesz po­trak­to­wać ten wy­jazd jak for­mę te­ra­pii. Będą tam z tobą lu­dzie, któ­rych ko­chasz. Będę tam ja. Je­dzie­my do Mek­sy­ku, żeby się tro­chę ode­rwać. Wszyst­ko, co złe, zo­sta­je w San Die­go. W Gu­ada­la­ja­rze będę przy to­bie, z tobą i dla cie­bie. Ta­blet­ki bie­rzesz zgod­nie z roz­pi­ską. Ko­niec z ły­ka­niem ich jak cu­kier­ków. Je­śli po­czu­jesz, że po­trze­bu­jesz wzi­ąć ko­lej­ną daw­kę, po­wiesz mi o tym, a ja po­sta­ram się coś wy­my­ślić, okej? Masz się tam świet­nie ba­wić. Zro­bię wszyst­ko, żeby świat na chwi­lę się za­trzy­mał i żeby w two­jej gło­wie nie było nic poza nami ta­ńczący­mi do rana na Vive La­ti­no Me­xi­co, zro­zu­mia­łaś?

Pa­trzę na nie­go zu­pe­łnie onie­mia­ła i po pro­stu ki­wam gło­wą, bo nie je­stem w sta­nie nic po­wie­dzieć. Chy­ba się wzru­szy­łam. Ay­den na­chy­la się, ca­łu­je mnie w czo­ło, po czym wra­ca na swo­je miej­sce, wrzu­ca bieg i ru­sza przed sie­bie.

Opie­ram się wy­god­niej na sie­dze­niu, otu­la­jąc się ko­cem. Bra­ku­je mi słów, by wy­ra­zić, jak bar­dzo je­stem mu wdzi­ęcz­na za to, co dla mnie robi. Ko­cham tego czło­wie­ka. Całą sobą.

Wy­je­żdża­my na au­to­stra­dę. Ay­den spla­ta na­sze pal­ce i jak zwy­kle za­czy­na za­ta­czać kciu­kiem de­li­kat­ne kó­łka we wnętrzu mo­jej dło­ni. Za­ci­skam po­wie­ki, uśmie­cha­jąc się mi­mo­wol­nie, i nie wiem na­wet, w któ­rym mo­men­cie sen po­now­nie bie­rze mnie w swo­je ra­mio­nach.

***

Bu­dzi mnie za­pach kawy i świe­żych bu­łek cy­na­mo­no­wych. Otwie­ram po­wo­li oczy, nie bar­dzo wie­dząc, co się dzie­je, kim je­stem ani któ­ry mamy rok. Prze­ci­ągam się i zie­wam. W na­stęp­nej chwi­li moje spoj­rze­nie krzy­żu­je się z czar­ny­mi tęczów­ka­mi Pre­scot­ta. Przy­gląda mi się z roz­ba­wie­niem, a ja czu­ję, że na twarz wy­pły­wa mi ru­mie­niec.

- Z cze­go się śmie­jesz? - py­tam za­chryp­ni­ętym gło­sem.

Od­chrząku­ję. Do­strze­gam na de­sce roz­dziel­czej pa­pie­ro­wy ku­bek. Bio­rąc pod uwa­gę, że Ay­den ma w dło­ni taki sam, ten musi być mój. Chwy­tam go i upi­jam kil­ka ły­ków.

- Szep­ta­łaś moje imię - od­po­wia­da wresz­cie, a ja krztu­szę się na­po­jem.

Czu­ję go­rąco, któ­re roz­le­wa się po po­licz­kach i szyi.

- Co? - py­tam, kie­dy wresz­cie uda­je mi się od­zy­skać od­dech.

- Szep­ta­łaś moje imię - po­wta­rza z ło­bu­zer­skim uśmie­chem. - Przez sen. To miłe, ma­lu­chu. Na­praw­dę miłe uczu­cie.

Spusz­czam wzrok. Nie wiem, dla­cze­go czu­ję się aż tak za­że­no­wa­na, ale mu­szę zmie­nić te­mat. Ina­czej moja twarz po pro­stu do­ko­na sa­mo­za­pło­nu.

- Dłu­go spa­łam? - py­tam, nie pa­trząc na nie­go. - Gdzie je­ste­śmy? Gdzie resz­ta?

- Kil­ka go­dzin - od­po­wia­da, a ja jęczę w du­chu. Omi­nęło mnie tyle cen­nych chwil, któ­re z po­wo­dze­niem mo­gli­by­śmy wy­ko­rzy­stać na roz­mo­wę. - Ja­kiś czas temu prze­kro­czy­li­śmy gra­ni­cę. Obe­szło się bez nie­spo­dzia­nek. Resz­ta po­je­cha­ła da­lej dzie­si­ęć mi­nut temu. Chcia­łem dać ci chwi­lę na po­bud­kę i szyb­kie śnia­da­nie. Znam tra­sę na pa­mi­ęć, nie martw się.

- Dzi­ęki - mam­ro­czę ci­cho. - Kawa jest pysz­na.

- Zjedz bu­łkę. Pó­źniej za­trzy­ma­my się na ja­kiś obiad - na­ka­zu­je, a głup­ko­wa­ty uśmie­szek wci­ąż nie scho­dzi mu z twa­rzy.

- Je­steś okrop­ny - stwier­dzam na­bur­mu­szo­na, na co chło­pak już nie wy­trzy­mu­je i wy­bu­cha śmie­chem.

Ude­rzam go w ra­mię, co wy­wo­łu­je jesz­cze wi­ęk­szą sal­wę śmie­chu.

W ko­ńcu sama też za­czy­nam chi­cho­tać. Do­pie­ro po chwi­li uda­je nam się opa­no­wać. Zja­dam śnia­da­nie, ko­rzy­stam szyb­ko z to­a­le­ty na sta­cji, a mo­ment pó­źniej ru­sza­my w dal­szą tra­sę. Do Gu­ada­la­ja­ry wci­ąż da­le­ko. Nie po­ko­na­li­śmy jesz­cze na­wet jed­nej trze­ciej dro­gi. Je­dzie­my aku­rat bocz­ny­mi szla­ka­mi, ruch na jezd­ni jest umiar­ko­wa­ny, więc po­sta­na­wiam po­ru­szyć kwe­stię Va­nes­sy.

- Mów - od­zy­wa się chło­pak, pa­trząc z uko­sa, za­nim zdążę co­kol­wiek od­po­wie­dzieć. Marsz­czę brwi, na co kącik jego ust uno­si się le­d­wie za­uwa­żal­nie. - Wier­cisz się i otwie­rasz usta, jak­byś chcia­ła coś z sie­bie wy­rzu­cić, ale nie wie­dzia­ła, jak za­cząć. Więc po pro­stu to po­wiedz.

Wzdy­cham, po­pra­wia­jąc się na sie­dze­niu.

- Roz­ma­wia­łam dzi­siaj z mamą... - za­czy­nam nie­pew­nie.

- Tak?

Ay­den od­naj­du­je moją dłoń i spla­ta na­sze pal­ce, jak­by sa­mym tym ge­stem pró­bo­wał do­dać mi od­wa­gi. Mu­siał wy­czuć moje za­wa­ha­nie, bo do­pie­ro te­raz do­cie­ra do mnie, jak bar­dzo się ze­stre­so­wa­łam. I jak nie­roz­sąd­ne było to, co zro­bi­łam. Po­win­nam naj­pierw po­roz­ma­wiać o tym z nim.

- Roz­ma­wia­łam z mamą o Va­nes­sie - wy­rzu­cam z sie­bie, na co Ay­den gwa­łtow­nie wci­ska ha­mu­lec, za­trzy­mu­jąc auto w miej­scu.

Roz­glądam się w po­pło­chu, spraw­dza­jąc, czy tym ru­chem nie spo­wo­do­wał za­gro­że­nia na dro­dze, a po­tem ze stra­chem spo­glądam w jego stro­nę. Pusz­cza moją dłoń i kła­dzie obie ręce na kie­row­ni­cy. Przy­my­ka oczy, bie­rze bar­dzo głębo­ki wdech, a ja wi­dzę, jak jego knyk­cie bie­le­ją pod wpły­wem siły, z jaką mia­żdży kie­row­ni­cę.

- Co zro­bi­łaś? - pyta ci­cho.

- Za­nim na mnie na­wrzesz­czysz - mó­wię szyb­ko, uno­sząc ręce w po­jed­naw­czym ge­ście. - Ani sło­wem nie wspo­mnia­łam ma­mie o Qu­en­ti­nie i o tym, co zro­bił. Po­wie­dzia­łam tyl­ko tyle, ile po­win­na wie­dzieć, żeby oce­nić, czy zdo­ła po­móc Nes­sie. Opo­wie­dzia­łam, co ją spo­tka­ło i że od tam­tej pory jest w sta­nie we­ge­ta­tyw­nym.

- W ogó­le nie po­win­naś była jej nic mó­wić, Luna. Nic, kur­wa - uno­si nie­co głos, jed­nak wci­ąż pró­bu­je trzy­mać ner­wy na wo­dzy.

A ja po raz ko­lej­ny do­strze­gam, że Ay­den Pre­scott na­praw­dę prze­stał być dup­kiem, bo po­mi­mo że jest na mnie wście­kły, sta­ra się opa­no­wać. Jesz­cze ja­kiś czas temu po pro­stu za­częli­by­śmy na sie­bie wrzesz­czeć.

- Mama spró­bu­je po­móc Va­nes­sie. Po­wie­dzia­ła mi, jak to wy­gląda z jej per­spek­ty­wy. Z per­spek­ty­wy le­ka­rza spe­cja­li­sty. Są ró­żne me­to­dy, Ay­den. A mama jest na­praw­dę cho­ler­nie do­brym psy­chia­trą i do­brze o tym wiesz. Po­mo­że jej...

- A co, je­śli nie? Po­my­śla­łaś w ogó­le o tym w ten spo­sób? Co je­śli po­wie­my Qu­en­ti­no­wi o tym pla­nie, damy mu na­dzie­ję, że wresz­cie, po dwóch la­tach, od­zy­ska sio­strę, a po­tem się nie uda? Masz od­wa­gę po raz ko­lej­ny zła­mać tego czło­wie­ka? Bo ja nie. Wi­dzia­łem go wte­dy. Był wra­kiem. Le­d­wo uda­ło nam się go od­zy­skać, choć pew­na część Qu­en­ti­na Ga­ha­na już na za­wsze zo­sta­ła w No­wym Jor­ku.

Przez chwi­lę pa­trzę w ciem­ne oczy chło­pa­ka, dziel­nie wy­trzy­mu­jąc to ci­ężkie spoj­rze­nie, w któ­rym ak­tu­al­nie sza­le­je bu­rza. Jest wście­kły i na­wet po­nie­kąd go ro­zu­miem. Jed­nak smu­ci mnie jego brak wia­ry.

- A może za­py­taj­my o zda­nie Qu­en­ti­na, co? Prze­ko­naj­my się, co o tym sądzi - mó­wię, har­do uno­sząc pod­bró­dek.

- Prze­cież obo­je wie­my, że się zgo­dzi. Zła­pie się ka­żdej na­dziei na ura­to­wa­nie sio­stry - sar­ka, po­trząsa­jąc gło­wą.

- Mo­gli­by­śmy spro­wa­dzić Nes­sę do San Die­go - pro­po­nu­ję ci­cho, na co Ay­den par­ska.

- Ale jak ty to so­bie wy­obra­żasz? Chcesz ści­ągnąć nam psy na gło­wę? Prze­cież jak ru­szy­my Nes­sę z kli­ni­ki w No­wym Jor­ku, od razu tu przy­ja­dą, żeby spraw­dzić, czy Que się tu­taj nie kręci. Nie mo­że­my so­bie po­zwo­lić na ta­kie ry­zy­ko. - Wzdy­cha, prze­cie­ra zmęczo­ne po­wie­ki i kil­ka razy strze­la kar­kiem.

- A czy mo­że­my jesz­cze do tego wró­cić? - py­tam z na­dzie­ją. Na­praw­dę my­śla­łam, że mój po­my­sł jest do­bry. - Prze­my­śl to jesz­cze, pro­szę. Se­rio chcia­ła­bym po­roz­ma­wiać o tym z Que i za­py­tać, co o tym my­śli.

- Na tym wy­je­ździe ani sło­wa o Nes­sie i two­im po­my­śle - na­ka­zu­je, po czym prze­kręca klu­czyk w sta­cyj­ce, a Nis­san w tej sa­mej se­kun­dzie od­po­wia­da głębo­kim po­mru­kiem. - Pó­źniej zo­ba­czy­my... - do­da­je zim­nym to­nem, nie po­świ­ęca­jąc mi już ani jed­ne­go spoj­rze­nia.

- Do­brze - zga­dzam się i od­wra­cam gło­wę w stro­nę bocz­nej szy­by.

Chce się zło­ścić, pro­szę bar­dzo. Ja chcia­łam tyl­ko po­móc.

Bio­rę głębo­ki wdech, po czym ze świ­stem wy­pusz­czam po­wie­trze z płuc.

By­łam pew­na, że ten week­end będzie cu­dow­ny. Naj­wi­docz­niej się my­li­łam.

Rozdział 1

Śro­da na­sta­ła szyb­ciej niż się spo­dzie­wa­łam. Od tam­te­go po­po­łud­nia, kie­dy Ke­vin ko­lej­ny raz przy­sze­dł, by za­brać część mnie, upły­nął ty­dzień.

Skła­ma­ła­bym, mó­wi­ąc, że ból mi­nął, a mój umy­sł uwol­nił się od tam­tych ob­ra­zów. Nie je­stem na­iw­na. Wszyst­ko, co mnie spo­tka­ło, już za­wsze będzie kła­dło się cie­niem na moim ży­ciu. Je­śli nie zwa­riu­ję do ko­ńca i nie po­sta­no­wię pew­ne­go dnia prze­rwać swo­jej mar­nej eg­zy­sten­cji, dzi­ęki cze­mu do­ży­ję sędzi­we­go wie­ku, je­stem pew­na, że kosz­ma­ry z pew­no­ścią wci­ąż będą na­wie­dza­ły mnie w snach. Jed­nak śmia­ło mogę przy­znać, że dzi­ęki Ay­de­no­wi moje ży­cie sta­ło się bar­dziej zno­śne.

Chło­pak bar­dzo dba o to, by trzy­mać moje de­mo­ny na dy­stans. Robi wszyst­ko, że­bym czu­ła się jak naj­le­piej. Na tyle, na ile to mo­żli­we, od­ci­ąga moją uwa­gę od tego, co złe. Spędza ze mną ka­żdą wol­ną chwi­lę, a kie­dy musi za­jąć się swo­imi spra­wa­mi, pil­nu­je, że­bym nie zo­sta­ła sama. Wte­dy za­zwy­czaj przy­sy­ła Na­tha­nie­la, a je­śli on nie może, jest ze mną Kira lub Liam. Je­stem mu za to wszyst­ko wdzi­ęcz­na, bo choć ból nie mi­nął, przy­naj­mniej czu­ję spo­kój i wiem, że je­stem bez­piecz­na. W jego obec­no­ści wy­łączam tę część umy­słu, któ­ra pod­sy­ła mi ob­ra­zy Ke­vi­na. Za­ko­pu­ję naj­głębiej, jak tyl­ko po­tra­fię wszyst­kie złe wspo­mnie­nia, wy­wo­łu­jące u mnie cier­pie­nie i po pro­stu sta­ram się cie­szyć chwi­la­mi we dwo­je. Los przy­naj­mniej w kwe­stii mi­ło­ści mo­je­go ży­cia nie jest dla mnie okrut­ny.

Sie­dzę przy wy­spie ku­chen­nej, wmu­sza­jąc w sie­bie owsian­kę. Ostat­nio nie mam ape­ty­tu, ale wiem, że mu­szę jeść, je­śli nie chcę do tego wszyst­kie­go na­ba­wić się za­bu­rzeń odży­wia­nia. Już i tak jest kiep­sko z moją psy­chi­ką. Jesz­cze jed­no ob­ci­ąże­nie by­ło­by dla mnie tyl­ko ko­lej­nym gwo­ździem do trum­ny.

Tata i Liam po­win­ni wró­cić do domu lada mo­ment. Byli u mamy z Le­slie i Lu­ca­sem. Ja wy­bie­ram się do niej do­pie­ro po po­łud­niu, po­nie­waż mu­szę z nią po­wa­żnie po­roz­ma­wiać o pew­nej spra­wie i chcę to zro­bić bez świad­ków.

Liam w dro­dze od ciot­ki miał na­kre­ślić ojcu sy­tu­ację. Mó­wi­łam, żeby za­czął te­mat nie­co wcze­śniej, naj­le­piej w po­nie­dzia­łek, ale on się upa­rł, że je­śli za­py­ta na ostat­nią chwi­lę, oj­ciec szyb­ciej się zgo­dzi. Mam wąt­pli­wo­ści. Tym bar­dziej że sta­ru­szek wci­ąż jest na nas tro­chę zły, a jego za­ufa­nie zo­sta­ło nad­szarp­ni­ęte. Lee za­mie­rza mu po­wie­dzieć, że je­dzie­my całą pacz­ką do Car­son City w Ne­va­dzie. Ro­dzi­ce Em­me­ta są po roz­wo­dzie i wła­śnie tam miesz­ka jego oj­ciec. Ma ogrom­ną wil­lę na obrze­żach mia­sta. Pan Do­well prze­by­wa wła­śnie w Ka­na­dzie i Em­met już do nie­go dzwo­nił z in­for­ma­cją, że wy­bie­ra­my się do Car­son, co mężczy­zna przy­jął z en­tu­zja­zmem, nie ma­jąc nic prze­ciw­ko. Więc je­śli moi ro­dzi­ce będą chcie­li wy­ko­nać te­le­fon do ojca Splif­fa, ten po­twier­dzi, że wie o na­szym przy­je­ździe. No i trze­ba też za­zna­czyć, że nasz tata nie ma po­jęcia o jed­nym, ma­łym szcze­gó­le. Ay­den wraz ze swo­ją pacz­ką rów­nież będą z nami. Tyle że nie w Ne­va­dzie, a w Mek­sy­ku.

Aku­rat kie­dy my­ślę o tym wszyst­kim, sły­szę par­ku­jący na pod­je­ździe sa­mo­chód. Ko­ńczę jeść i wkła­dam na­czy­nia do zmy­war­ki, a w tej sa­mej chwi­li drzwi fron­to­we się otwie­ra­ją. Wy­chy­lam się, żeby spoj­rzeć na tatę i oce­nić, jaki ma hu­mor. Nie wy­gląda na zde­ner­wo­wa­ne­go, jed­nak na za­do­wo­lo­ne­go też nie.

- Cze­ść, cór­cia - mówi, wcho­dząc do kuch­ni.

Na­chy­la się i jak za­wsze ca­łu­je mnie w czu­bek gło­wy.

- Cze­ść, tato. - Uśmie­cham się. - Uda­ło ci się za­ła­twić wszyst­ko, co za­pla­no­wa­łeś?

Wy­ci­ągam z szaf­ki jego ulu­bio­ny ku­bek i za­łączam eks­pres. W tym sa­mym cza­sie oj­ciec ści­ąga ma­ry­nar­kę, kra­wat i roz­pi­na dwa gór­ne gu­zi­ki ko­szu­li, po czym zaj­mu­je miej­sce przy wy­spie.

- Tak. W pi­ątek mam ostat­nią roz­pra­wę i mogę za­cząć urlop. Moi lu­dzie ogar­ną w tym cza­sie kan­ce­la­rię, więc je­stem spo­koj­ny - od­po­wia­da z po­wści­ągli­wym en­tu­zja­zmem.

Sta­wiam przed nim kawę i rów­nież sia­dam. Kątem oka spo­glądam na bra­ta, któ­ry po­dry­gu­je lewą nogą, jak­by de­ner­wo­wał się roz­mo­wą. A był taki pew­ny swe­go...

- Su­per. A jak się czu­je mama i ma­lut­ka? - py­tam, chcąc roz­lu­źnić at­mos­fe­rę, żeby tata po­czuł cie­pło na myśl o żo­nie i Ly­dii.

To po­win­no nie­co go zmi­ęk­czyć.

- Mama świet­nie, Ly­dia też jest co­raz sil­niej­sza, więc my­ślę, że za ty­dzień po­wi­ta­my je w domu - mówi, spo­gląda­jąc roz­ma­rzo­ny gdzieś po­nad moją gło­wę.

Od­wra­cam się przez ra­mię i już wiem, na co pa­trzy. Na ich ślub­ną fo­to­gra­fię wi­szącą na ścia­nie. Na ten wi­dok sama rów­nież się uśmie­cham.

Po­sy­łam Lia­mo­wi na­glące spoj­rze­nie, po czym prze­no­szę wzrok z po­wro­tem na ojca, pil­nu­jąc, by uśmiech nie scho­dził mi z twa­rzy, mimo że po­licz­ki za­czy­na­ją mnie już bo­leć od tego sztucz­ne­go wy­gi­na­nia warg.

- Tato... - za­czy­na Liam, od­chrząku­jąc i po­pra­wia się na sto­łku. - Czy mo­gli­by­śmy do­ko­ńczyć roz­mo­wę? Po­wiesz nam, co uwa­żasz o na­szym po­my­śle?

Oj­ciec przez chwi­lę nic nie mówi. Bie­rze łyk kawy, ba­da­jąc uwa­żnie na­sze twa­rze. Kie­dy już tra­cę na­dzie­ję i spo­dzie­wam się, że usły­szy­my od­mo­wę, tata krzy­żu­je ze mną wzrok i wzdy­cha.

- A więc Car­son, tak? - pyta.

I na­praw­dę nie wiem, dla­cze­go pa­trzy tak in­ten­syw­nie wła­śnie na mnie, sko­ro ofi­cjal­nie to po­my­sł Lee.

- Uhm. - Ki­wam gło­wą.

Z ca­łych sił sta­ram się nie od­wró­cić wzro­ku, ale przy­zna­ję, że pod wpły­wem ta­kie­go spoj­rze­nia Le­onar­da za­czy­nam czuć się moc­no nie­swo­jo. Boję się, że jesz­cze chwi­la i się wy­sy­pię. Je­śli wci­ąż będzie przy­glądał mi się tym swo­im praw­ni­czym wzro­kiem, opo­wiem mu wszyst­ko jak na spo­wie­dzi i cały nasz plan o wy­je­ździe do Mek­sy­ku szlag tra­fi.

- Po­my­śle­li­śmy z chło­pa­ka­mi, że to do­bry po­my­sł. Oj­ciec Em­me­ta ma ogrom­ną wil­lę i nie ma nic prze­ciw­ko, że­by­śmy wpa­dli - tłu­ma­czy Lee. - Ostat­nio tyle się dzia­ło. Taki wy­pad do­brze nam zro­bi.

Liam ko­ńczy wy­wód i po­sy­ła mi wy­mow­ne spoj­rze­nie. Te­raz moja ko­lej.

- Tak, wła­śnie - du­kam, szu­ka­jąc od­po­wied­nich słów. - Wy­je­cha­li­by­śmy ju­tro rano i wró­ci­li w po­nie­dzia­łek pó­źnym wie­czo­rem. Chce­my się tro­chę ro­ze­rwać, za­nim ja wró­cę do szko­ły, a resz­ta na za­jęcia. Obie­cu­je­my, że będzie­my grzecz­ni i nie będziesz mu­siał się za nas wsty­dzić. Pan Do­well na­praw­dę nie ma nic prze­ciw­ko. Mo­żesz do nie­go za­dzwo­nić, je­śli chcesz...

W tym mo­men­cie wi­dzę, jak Liam w my­ślach za­li­cza fa­ce­palm. Je­śli oj­ciec za­dzwo­ni do pana Do­wel­la, do­wie się, że ow­szem, on wie, że się tam wy­bie­ra­my, ale jego wca­le nie ma na miej­scu. Jed­nak znam na­sze­go sta­rusz­ka. W ży­ciu nie wy­ko­na tego te­le­fo­nu. Na­wet je­śli ma ja­kie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści, nie przy­zna się ni­ko­mu, bo to by ozna­cza­ło, że nam nie ufa. Choć, oczy­wi­ście, po ostat­nich wy­da­rze­niach ist­nie­je cień szan­sy, że spo­sób jego my­śle­nia ule­gł zmia­nie.

- Ale wy so­bie zda­je­cie spra­wę, że to jest dzie­wi­ęć go­dzin jaz­dy sa­mo­cho­dem, dzie­cia­ki? - Marsz­czy brwi. - Dla­cze­go po pro­stu nie ku­pi­cie bi­le­tów na lot?

Na uła­mek se­kun­dy ucie­kam wzro­kiem w stro­nę bra­ta, szu­ka­jąc w jego cze­ko­la­do­wych tęczów­kach po­mo­cy w wy­my­śle­niu kłam­stwa. Prze­cież nie po­wiem ojcu, że je­dzie z nami cała eki­pa Ay­de­na, w tym Qu­en­tin Ga­han, któ­ry nie do­syć, że zwi­ązał się z moją naj­lep­szą przy­ja­ció­łką, to w do­dat­ku jest po­szu­ki­wa­ny za mor­der­stwo, a jego do­ku­men­ty są sfa­łszo­wa­ne, więc lot sa­mo­lo­tem ab­so­lut­nie nie wcho­dzi w grę.

- Joel ma nowy sa­mo­chód. Chce się nim na­cie­szyć - mówi Liam szyb­ko.

- Do­kład­nie - po­twier­dzam. - Zresz­tą, wszy­scy mamy pra­wo jaz­dy. Będzie­my się zmie­niać.

Oj­ciec przy­gląda nam się przez ko­lej­nych kil­ka chwil. W spo­ko­ju po­ci­ąga łyk kawy i wzdy­cha, po czym od­sta­wia ku­bek. Za­czy­nam się de­ner­wo­wać, a mój na­strój udzie­la się rów­nież Lia­mo­wi, któ­ry po­dry­gu­je już nie jed­ną, a obie­ma no­ga­mi.

- W po­rząd­ku - mówi wresz­cie oj­ciec, a ja z ulgi aż przy­my­kam oczy.

- Czy­li się zga­dzasz? - pyta Liam głu­pio.

- Tak. Jed­nak mu­si­cie wie­dzieć, że daję wam po­tężny kre­dyt za­ufa­nia. Je­dźcie i baw­cie się do­brze, ale pa­mi­ętaj­cie, że je­ste­ście do­ro­śli. Po­win­ni­ście umieć roz­ró­żnić do­brą za­ba­wę od ro­bie­nia głu­pot. I nie nad­uży­waj­cie go­ścin­no­ści pana Do­wel­la.

- Oczy­wi­ście, tato. Nie zro­bi­my nic nie­od­po­wie­dzial­ne­go. Obie­cu­je­my, praw­da, Lee? - Ko­pię go pod sto­łem, na co za­czy­na ener­gicz­nie ki­wać gło­wą.

- Tak, pew­nie, że tak - mówi, szcze­rząc się jak de­bil.

Pio­ru­nu­ję go wzro­kiem, bo jego nad­mier­ny en­tu­zjazm może wy­dać się ojcu po­dej­rza­ny. Tata nie ma po­jęcia, że jego syn po­znał dziew­czy­nę, dla któ­rej stra­cił gło­wę. Obie gło­wy... I to wła­śnie dla­te­go jest taki za­do­wo­lo­ny. Spędzi week­end z Va­len­ti­ną. Tyl­ko nie mam po­jęcia, czy on zda­je so­bie spra­wę, że Isma­el będzie miał na oku ich obo­je. I je­śli Liam zro­bi coś, co nie spodo­ba się Del­ga­do, po­nie­sie kon­se­kwen­cje. A ja wo­la­ła­bym nie od­wie­dzać bra­ta w szpi­ta­lu albo, co gor­sza, na cmen­ta­rzu.

- Do­brze, dzie­cia­ki. To o któ­rej wy­je­żdża­cie? - pyta, wsta­jąc od sto­łu.

- Pla­nu­je­my nad ra­nem, żeby po przy­je­ździe jesz­cze tro­chę od­po­cząć, za­nim ru­szy­my na mia­sto - mi­jam się z praw­dą.

W rze­czy­wi­sto­ści wy­je­żdża­my tak wcze­śnie, bo cel pod­ró­ży to Gu­ada­la­ja­ra. A taka tra­sa, przy do­brych wia­trach, zaj­mie nam nie dzie­wi­ęć go­dzin, a dwa­dzie­ścia. Na samą myśl skręca mnie w do­łku. Nie­na­wi­dzę dłu­gich pod­ró­ży. Po­cie­sza mnie je­dy­nie to, że będzie ze mną Ay­den i że je­dzie­my sa­mo­cho­dem tyl­ko we dwój­kę.

- W po­rząd­ku. Będę w ga­bi­ne­cie, gdy­by­ście cze­goś po­trze­bo­wa­li. I pa­mi­ętaj­cie, żeby spa­ko­wać się z gło­wą i roz­sądek wzi­ąć ze sobą do Car­son.

Wzdy­cha, po­sy­ła nam coś na kszta­łt uśmie­chu, po czym za­bie­ra swo­je rze­czy i zni­ka w ko­ry­ta­rzu. W ko­ńcu szcze­rze się uśmie­cham. Od­dy­cham z ulgą, kie­dy z pe­łną mocą do­cie­ra do mnie, że jadę z Ay­de­nem do Mek­sy­ku i spędzi­my ra­zem cu­dow­ny czas.

- Uda­ło nam się - od­zy­wa się Liam, kie­dy sły­szy­my, jak drzwi do ga­bi­ne­tu ojca się za­my­ka­ją. - Przez chwi­lę my­śla­łem, że się nie zgo­dzi.

- Ja my­śla­łam, że na­bie­rze po­dej­rzeń, jak za­cząłeś idio­tycz­nie się szcze­rzyć. - Prze­wra­cam ocza­mi, ale wci­ąż się uśmie­cham.

- Ja się szcze­rzy­łem? Szko­da, że nie wi­dzia­łaś swo­jej miny. By­łem pe­wien, że nas sprze­dasz - obu­rza się.

- Dla­te­go to ty mia­łeś mó­wić. Po­dob­no le­jesz wodę jak mistrz, a tym­cza­sem mu­sia­łam ci po­ma­gać, choć wiesz, że nie umiem kła­mać, kie­dy oj­ciec pa­trzy na mnie w ten spo­sób.

Liam przy­gląda mi się przez chwi­lę z nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy, a ja mogę się je­dy­nie do­my­ślać, co krąży mu te­raz po gło­wie. W la­niu wody jest nie do prze­ści­gni­ęcia, ale to wła­śnie mi uda­wa­ło się przez wie­le ty­go­dni za­ta­jać praw­dę przed wszyst­ki­mi. I być może wci­ąż trwa­ła­bym w tym kłam­stwie, gdy­by nie Lu­cas.

- Idę się pa­ko­wać. To­bie też ra­dzę. I daj znać Ki­rze - mówi wresz­cie i opusz­cza kuch­nię.

Chwi­lę pó­źniej też wy­cho­dzę z po­miesz­cze­nia i ru­szam do swo­je­go no­we­go po­ko­ju, po dro­dze wy­bie­ra­jąc nu­mer Ay­de­na.

- Cze­ść, ma­lu­chu. - Od­bie­ra nie­mal od razu. - To co, Mek­syk? - pyta, na co marsz­czę brwi.

- Cze­kaj, co? Skąd wiesz?

- Tina przed chwi­lą do­sta­ła wia­do­mo­ść i za­częła pisz­czeć jak na­wie­dzo­na - mówi ze śmie­chem. - Za­ło­ży­łem, i jak wi­dać słusz­nie, że to była po­zy­tyw­na in­for­ma­cja od Lia­ma. Za­częłaś się już pa­ko­wać?

- Jesz­cze nie. Zro­bię to pó­źniej. Naj­pierw po­ja­dę do mamy - od­po­wia­dam i za­czy­nam wrzu­cać rze­czy do to­reb­ki. - Wy­je­żdżam za ja­kieś pi­ęt­na­ście mi­nut, więc mo­że­my za­pa­lić, je­śli masz jesz­cze chwi­lę - pro­po­nu­ję.

Przez ostat­nie trzy dni wy­pra­co­wa­li­śmy z Ay­de­nem pe­wien ry­tu­ał. Kie­dy w ci­ągu dnia nie mo­że­my się zo­ba­czyć, dzwo­ni do mnie i oby­dwo­je w tym sa­mym cza­sie od­pa­la­my pa­pie­ro­sa. Uwiel­biam to.

Otwie­ram okno na oścież i sia­dam na pa­ra­pe­cie.

- Od­pa­lam - od­zy­wa się chło­pak. Po chwi­li sły­szę, jak się za­ci­ąga, a ja idę w jego śla­dy i rów­nież za­pa­lam swo­ją faj­kę. - Jak ci mija dzień?

- Spo­koj­nie i po­wo­li - od­po­wia­dam. - Od rana wy­naj­du­ję so­bie ja­kieś za­jęcia, żeby za dużo nie my­śleć - do­da­ję ci­cho. - A to­bie?

- Od pi­ątej je­stem na no­gach. Ogar­nia­my z chło­pa­ka­mi i Va­len­ti­ną sa­mo­cho­dy, żeby pó­źniej nie było żad­nych nie­spo­dzia­nek w trak­cie pod­ró­ży. Liam przy­wió­zł nam też swo­je­go Che­vro­le­ta - rzu­ca, a ja z za­do­wo­le­niem za­my­kam oczy.

Uwiel­biam jego głos. Dzia­ła na mnie nie­sa­mo­wi­cie ko­jąco i na­praw­dę mo­gła­bym słu­chać go go­dzi­na­mi.

- I jak go oce­niasz? - do­py­tu­ję, ga­sząc peta w ma­łym sło­icz­ku. W na­stęp­nej chwi­li ze­ska­ku­ję z pa­ra­pe­tu, włączam gło­śno­mó­wi­ący w ko­mór­ce i otwie­ram sza­fę.

- Tu nie ma co oce­niać. Jest roz­kle­ko­ta­ny jak sta­ra kur­wa. Po­ja­dą au­tem Tiny - mówi, a ja wy­obra­żam so­bie, jak z iry­ta­cji wła­śnie marsz­czy brwi i po­cie­ra kciu­kiem bro­dę.

- Tak, my­ślę, że to do­bry po­my­sł. Le­piej, żeby nie roz­kra­czył im się gdzieś w po­ło­wie dro­gi, bo za la­we­tę za­pła­ci­my jak za tonę kok­su - śmie­ję się i sły­szę, że Ay­den rów­nież par­ska.

- Za cenę tony kok­su, mała, to mia­ła­byś całą halę la­wet - stwier­dza lu­źno, a ja nie­ru­cho­mie­ję, nie­co zbi­ta z tro­pu.

- Co? - py­tam.

- Co? - od­po­wia­da py­ta­niem.

- Do­bra, chy­ba nie chcę wni­kać... - Ma­cham ręką, choć on nie może tego zo­ba­czyć. - Mu­szę ko­ńczyć. Ode­zwę się, jak wró­cę ze szpi­ta­la. Do pó­źniej. - Na­ci­skam czer­wo­ną słu­chaw­kę i za­czy­nam się ogar­niać.

Cza­sa­mi wci­ąż do mnie nie do­cie­ra, że Ay­den tkwi w tym nie­le­gal­nym świe­cie znacz­nie dłu­żej, niż mo­gło­by się wy­da­wać. I na­wet je­śli pew­ny­mi rze­cza­mi po pro­stu się nie zaj­mu­je, to i tak ma ogrom­ną wie­dzę. Nie wiem, czy bar­dziej mnie to fa­scy­nu­je, czy prze­ra­ża.

Wzdy­cham i si­ęgam po przy­go­to­wa­ne wcze­śniej ubra­nia. Gdy je­stem go­to­wa, chwy­tam to­reb­kę i wy­cho­dzę. Na samą myśl o spo­tka­niu z mamą czu­ję ra­do­ść i jed­no­cze­śnie nie­po­kój. Oka­zu­je się, że ona wie znacz­nie wi­ęcej, niż sądzi­łam. Na pew­no nie omi­nie mnie prze­słu­cha­nie, gdy ca­łko­wi­cie doj­dzie do sie­bie i wró­ci z mło­dą do domu.

***

Sie­dzę przed salą, w któ­rej leży mama. Cze­kam, aż pie­lęgniar­ka zmie­ni jej opa­tru­nek i poda leki.

- Mo­żesz już we­jść. - Z roz­my­ślań wy­ry­wa mnie głos star­szej ko­bie­ty, któ­ra wła­śnie wy­szła z po­ko­ju.

Pie­lęgniar­ka uśmie­cha się cie­pło.

- Dzi­ęku­ję. Mi­łe­go dnia - mó­wię, po czym wcho­dzę do mamy, za­my­ka­jąc za sobą drzwi.

- Czy ty przy­nio­słaś mi ca­po­na­tę? - pyta na po­wi­ta­nie, po­ci­ąga­jąc no­sem, i z za­cie­ka­wie­niem przy­gląda się tor­bie, któ­rą mam w dło­ni.

- Cie­bie też cu­dow­nie wi­dzieć, ma­mu­siu - dro­czę się z nią.

Pod­cho­dzę do łó­żka i przy­tu­lam ją moc­no, za­ci­ąga­jąc się mat­czy­nym za­pa­chem, któ­ry ko­ja­rzy mi się ze szczęściem, mi­ło­ścią oraz bez­pie­cze­ństwem.

- Cie­szę się, że przy­szłaś, cór­cia, a jesz­cze bar­dziej z za­war­to­ści tej tor­by. Za­pach ca­po­na­ty wy­czu­ję na ki­lo­metr - mówi pod­eks­cy­to­wa­na, a ja wy­bu­cham śmie­chem.

- Jak mo­gła­bym przy­jść bez do­bre­go je­dze­nia? Mam dla cie­bie też tro­chę owo­ców i inne dro­bia­zgi. A na de­ser ti­ra­mi­su - wy­li­czam.

W na­stęp­nej chwi­li wy­pa­ko­wu­ję wszyst­ko i od­kła­dam do szaf­ki, na­to­miast ulu­bio­ną po­tra­wę mamy prze­kła­dam na ta­lerz i jej po­da­ję.

- Dzi­ęku­ję, ko­cha­nie. To chy­ba naj­lep­sza rzecz, jaka mnie dzi­siaj spo­tka­ła, za­raz po przy­tu­le­niu Ly­dii i zo­ba­cze­niu two­je­go taty. Wró­cił mi ape­tyt i naj­chęt­niej zja­dła­bym ko­nia z ko­py­ta­mi.

Mama jest w wy­ra­źnie lep­szej kon­dy­cji. Zmęcze­nie już nie­mal w ca­ło­ści znik­nęło z jej twa­rzy. Wy­da­je się zre­lak­so­wa­na i po pro­stu szczęśli­wa. Jej zie­lo­ne oczy błysz­czą ra­do­śnie. I na­praw­dę je­stem wdzi­ęcz­na, że mogę oglądać ją zno­wu wła­śnie taką.

- Jak się czu­jesz? - py­tam.

- Wspa­nia­le, a będzie jesz­cze cu­dow­niej, jak już będę z wami w domu - od­po­wia­da z pe­łną bu­zią - Boże, Lu, ta ca­po­na­ta jest prze­pysz­na - eks­cy­tu­je się, a ja zno­wu par­skam śmie­chem.

- Cie­szę się, że tra­fi­łam w twój gust - mó­wię, po czym po­pra­wiam się nie­co na krze­śle i od­chrząku­ję. - Chcia­ła­bym cię o coś za­py­tać. Nie jako mamę, a psy­chia­trę.

Ro­dzi­ciel­ka z za­cie­ka­wie­niem spo­gląda mi w oczy. W na­stęp­nej chwi­li od­kła­da ta­lerz na sto­lik obok, wy­cie­ra usta i po­pra­wia się na po­ście­li, po czym chwy­ta moją dłoń, po­sy­ła­jąc ła­god­ny uśmiech.

- Py­taj, skar­bie. O co tyl­ko chcesz.

- Więc... - Po­now­nie od­chrząku­ję, nie bar­dzo wie­dząc, od cze­go za­cząć. Wresz­cie wzdy­cham i mó­wię: - Za­łó­żmy, czy­sto hi­po­te­tycz­nie, że jest dziew­czy­na. W moim wie­ku. Kie­dy była na­sto­lat­ką, jej ro­dzi­ce zgi­nęli w wy­pad­ku i wy­cho­wy­wał ją brat. Ja­kiś czas pó­źniej spo­tka­ło ją ko­lej­ne nie­szczęście. Zo­sta­ła bru­tal­nie po­bi­ta i... - ury­wam, przy­my­ka­jąc oczy. Czu­ję, że za­czy­na­ją trząść mi się dło­nie, a od­dech grzęźnie w gar­dle, bo sło­wo, któ­re chcę wy­po­wie­dzieć, jest zbyt zna­jo­me i wy­wo­łu­je u mnie falę nie­chcia­ne­go bólu. Mu­szę wzi­ąć się w ga­rść, bo prze­cież nie o mnie cho­dzi w tym mo­men­cie. - Zo­sta­ła po­bi­ta i zgwa­łco­na... Kie­dy od­zy­ska­ła przy­tom­no­ść, nie ode­zwa­ła się sło­wem. Od tam­tej pory mi­nęło spo­ro cza­su, a ona wci­ąż nie mówi. Za­cho­wu­je się, jak­by we­ge­to­wa­ła, a nie żyła. Nie wiem, czy ro­zu­miesz, o co mi cho­dzi. Nie na­wi­ązu­je kon­tak­tu wzro­ko­we­go, nie od­po­wia­da na py­ta­nia. Sie­dzi i leży tak, jak uło­żą ją pie­lęgniar­ki. Bez pro­ble­mu bie­rze leki, po­zwa­la się zba­dać czy po­brać so­bie krew. Daje się kar­mić. To bar­dzo dziw­ne...

- Czy­sto hi­po­te­tycz­nie, tak? - pyta, ob­ser­wu­jąc ba­daw­czo moją twarz. - Czy­sto hi­po­te­tycz­nie brzmi to tak, jak­by dziew­czy­na cier­pia­ła na stu­por dy­so­cja­cyj­ny, ewen­tu­al­nie je­den z ro­dza­jów ka­ta­to­nii. Z tego, co zro­zu­mia­łam, już wcze­śniej prze­ży­ła trau­mę. Po­bi­cie i gwa­łt mo­gły być dla jej psy­chi­ki tak dra­stycz­nym szo­kiem, że wy­stąpi­ły u niej za­bu­rze­nia dy­so­cja­cyj­ne. Jed­nak, żeby po­wie­dzieć ci coś wi­ęcej, mu­sia­ła­bym za­po­znać się z jej kar­tą, przej­rzeć wszyst­kie wy­ni­ki i po­roz­ma­wiać z le­ka­rzem, któ­ry pro­wa­dzi ten przy­pa­dek. Tak czy­sto hi­po­te­tycz­nie, cór­ciu, ro­zu­miem, że dziew­czy­na znaj­du­je się na od­dzia­le? I jak dłu­go to trwa?

- Tak. Jest w szpi­ta­lu. Prze­szło dwa lata. - Wzdy­cham. - Czy mo­żna jej ja­koś po­móc?

- Dwa lata? - Mama sze­ro­ko otwie­ra oczy. - Je­steś pew­na, że te ob­ja­wy są wy­ni­kiem prze­by­tej trau­my? Je­śli trwa to tak dłu­go, być może pro­blem jest o wie­le bar­dziej zło­żo­ny. Może to nie szok psy­chicz­ny spo­wo­do­wał jej stan, a cho­ro­ba neu­ro­lo­gicz­na, me­ta­bo­licz­na albo no­wo­twór?

- Nie sądzę. My­ślę, że gdy­by była na co­kol­wiek cho­ra, wie­dzia­ła­bym o tym. Mamo, w ogó­le da się z tego wy­jść? - po­na­wiam py­ta­nie.

Na­praw­dę cho­ler­nie mi na tym za­le­ży. Mój Boże, gdy­by tyl­ko mama ze­chcia­ła po­móc Va­nes­sie. Gdy­by tyl­ko po­tra­fi­ła...

- Je­śli podło­że cho­ro­by to prze­by­ta trau­ma, jak naj­bar­dziej mo­żna by­ło­by spró­bo­wać jej po­móc. Ale cór­cia, po­wta­rzam ci: żeby po­wie­dzieć co­kol­wiek z całą pew­no­ścią, mu­sia­ła­bym naj­pierw za­po­znać się z hi­sto­rią le­cze­nia tej dziew­czy­ny. Dla­cze­go aż tak ci na tym za­le­ży? - pyta. - Bo zdąży­łam się już zo­rien­to­wać, że to nie jest tyl­ko hi­po­te­tycz­na sy­tu­acja.

- Ta dziew­czy­na ma na imię Va­nes­sa. - De­cy­du­ję się na szcze­ro­ść. Je­śli chcę, żeby za­an­ga­żo­wa­ła się w tę spra­wę, mu­szę po­wie­dzieć jej praw­dę. Cho­ćby częścio­wo. - Nes­sa jest kimś wa­żnym dla oso­by, któ­ra z ko­lei jest bar­dzo wa­żna dla mnie. I my­ślę, że za­słu­gu­je na szan­sę, by od­zy­skać daw­ne ży­cie.

- W któ­rym szpi­ta­lu leży? - pyta mama.

- Nie ma jej w San Die­go - mó­wię, na co ta je­dy­nie marsz­czy brwi.

- Jak to? Więc gdzie jest?

- W No­wym Jor­ku... - od­po­wia­dam, od­wra­ca­jąc wzrok.

Chy­ba wła­śnie do mnie do­cie­ra, że to nie będzie ta­kie pro­ste, jak mi się po­cząt­ko­wo wy­da­wa­ło.

- Luna... W tej sy­tu­acji mogę ci je­dy­nie obie­cać, że po­sta­ram się skon­tak­to­wać z le­ka­rzem Va­nes­sy, ale to wszyst­ko. Nie je­stem w sta­nie po­le­cieć do No­we­go Jor­ku, żeby spo­tkać się z nim na kon­sul­ta­cję.

- Tak, mamo, wiem. Ale to nie wszyst­ko. Po­my­śla­łam, że Va­nes­sę mo­żna by­ło­by przy­wie­źć tu­taj. Two­ja kli­ni­ka jest naj­lep­sza. Mo­gła­byś się nią za­jąć, roz­po­cząć te­ra­pię...

- Luna, za­cze­kaj - prze­ry­wa mi szyb­ko. - Zwol­nij. Nie mo­że­my ot tak za­brać Nes­sy do nas. Nie wia­do­mo, czy jej stan po­zwo­li na prze­lot. Nie wia­do­mo, co na to jej le­karz i brat, o któ­rym wspo­mnia­łaś. Jak ro­zu­miem, ona ma ko­goś, kto de­cy­du­je za nią w tej chwi­li? Ko­goś, kto wy­ra­ża zgo­dę na le­cze­nie, for­my te­ra­pii i tak da­lej? Tym kimś jest jej brat, tak?

Wzdy­cham po raz ko­lej­ny. Ofi­cjal­nie chy­ba ni­ko­go ta­kie­go nie ma. To zna­czy, nie wiem, czy jest ktoś taki, ale mam pew­no­ść, że nie jest to Qu­en­tin. Tro­chę za­czy­nam ża­ło­wać tej roz­mo­wy. I tak po­wie­dzia­łam ma­mie już zbyt wie­le.

- Za­łó­żmy, że jest oso­ba, któ­ra pod­pi­sze zgo­dę na prze­nie­sie­nie jej do San Die­go. W ta­kiej sy­tu­acji zgo­dzisz się na to, żeby ją ra­to­wać? Po­mo­żesz jej? - py­tam z na­dzie­ją.

W tej chwi­li po­trze­bu­ję tyl­ko jej obiet­ni­cy. Całą resz­tą zaj­mę się pó­źniej. Opo­wiem o wszyst­kim Ay­de­no­wi i ra­zem na pew­no coś wy­my­śli­my.

- Nie obie­cam ci, że jej po­mo­gę - mówi mama wresz­cie, a ja wstrzy­mu­ję od­dech. Już mam wy­pu­ścić po­wie­trze zre­zy­gno­wa­na, ale na­sze spoj­rze­nia się spo­ty­ka­ją, a ona do­da­je: - Nie obie­cam ci, że jej po­mo­gę, ale mogę dać sło­wo, że spró­bu­ję.

Rzu­cam się jej na szy­ję, a ona śmie­je się gło­śno. Ca­łu­ję ją w oba po­licz­ki i zno­wu przy­tu­lam. Moje ser­ce bije szyb­ko z emo­cji. Je­stem pew­na, że mama ura­tu­je Va­nes­sę. A ja i Ay­den będzie­my mo­gli wresz­cie ode­tchnąć z ulgą. Qu­en­tin od­zy­ska sio­strę i być może zdo­ła nam wy­ba­czyć. Te­raz mu­szę tyl­ko po­dzie­lić się moim pla­nem z Pre­scot­tem. Wspól­nie wy­my­śli­my, jak ści­ągnąć Nes­sę do San Die­go.

- Dzi­ęku­ję. Je­steś naj­lep­sza - szep­czę, na co mama uśmie­cha się sze­ro­ko.

Na­praw­dę mam naj­wspa­nial­szych ro­dzi­ców na świe­cie.