Upadek Corregidoru - Rajmund Szubański

Kup ebooka

12.99 zł
10.78 zł (10,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dalekowschodni bastion

Wsta­wał świt. Mimo wcze­snej pory pokład trans­por­towca USS "Repu­blic" roił się od ludzi w mun­du­rach khaki. Żoł­nie­rze stali wzdłuż relin­gów, obser­wu­jąc widziany po raz pierw­szy od kilku dni ląd, wielu gru­po­wało się też wokół bywal­ców, pero­ru­ją­cych zawzię­cie i pra­gną­cych wyka­zać swoją więk­szą lub mniej­szą zna­jo­mość kraju, do któ­rego zdą­żał trans­port. Sier­żant Wal­ter Kuliń­ski dołą­czył do jed­nej z grup, ota­cza­ją­cej rosłego męż­czy­znę z odzna­kami per­so­nelu naziem­nego lot­nic­twa.

- ...Teraz widoczne są już wszyst­kie. Patrz­cie uważ­nie: ta pierw­sza, tam daleko, to La Monja, naj­więk­sza nazywa się Cor­re­gi­dor, przed dzio­bem widać Caballo, a te dwie wyspy po pra­wej bur­cie to El Fra­ile i Cara­bao. Chce­cie wie­dzieć, skąd się wzięły te nazwy?

Na chór pota­ku­ją­cych gło­sów lot­nik oparł się wygod­niej o reling i mówił:

- Wia­do­mość, zazna­czam, pocho­dzi nie­mal z pierw­szej ręki, bo poprzed­nim razem mia­łem w Manili dziew­czynę, która uczyła się w szkole misyj­nej. A rzecz wiąże się z naj­wcze­śniej­szym okre­sem kolo­ni­za­cji i misjo­nar­stwa na Fili­pi­nach. Spójrz­cie tam na prawo. To są brzegi Luzonu, naj­więk­szej wyspy archi­pe­lagu. Tam na brze­gach zatoczki leży małe mia­steczko, widzi­cie? Otóż według sta­rej legendy wkrótce po odkry­ciu Fili­pin zbu­do­wano tam dwa klasz­tory: męski i żeń­ski. Tak się zło­żyło, że prze­by­wa­jący w jed­nym z nich młody zakon­nik ujrzał pew­nego dnia piękną mniszkę imie­niem Mari­ve­les i z miej­sca się w niej zako­chał. W jakiś spo­sób zdo­łał się z nią poro­zu­mieć, a gdy się oka­zało, że i on nie jest jej obo­jętny, zdo­był w tej wła­śnie wio­sce zaprzę­żony w bawołu wózek i pew­nego pięk­nego, a raczej pew­nie pochmur­nego dnia oboje spo­tkali się poza murami klasz­to­rów, pra­gnąc prze­do­stać się na drugą stronę ujścia Zatoki Manil­skiej, które sta­no­wiły podobno roz­le­głe słone bagna, z jed­nym tylko prze­jezd­nym szla­kiem.

Lot­nik prze­rwał na moment, się­gnął po papie­rosa, zapa­lił i zacią­gnąw­szy się głę­boko pod­jął po chwili:

- Nie­stety, ucieczkę szybko wykryto i wsz­częto pościg, na któ­rego czele sta­nął srogi miej­scowy urzęd­nik peł­niący wła­dzę sądową, po hisz­pań­sku zwany "cor­re­gi­dor". Zbie­go­wie musieli wkrótce porzu­cić powolny wózek i pró­bo­wali ucie­kać dalej pie­szo, ale nie mieli szans wobec jeźdź­ców, któ­rzy naj­pierw dości­gnęli pró­bu­ją­cego ich powstrzy­mać zakon­nika. Gdy zaś cor­re­gi­dor zbli­żał się do mniszki, nastą­piło trzę­sie­nie ziemi, uwa­żaj­cie chłopcy, to czę­sta tutaj rzecz, fale wdarły się na bagna i zato­piły wszyst­kich. Po tej smut­nej histo­rii zostały ślady w postaci roz­sia­nych po zatoce skał. Dla­tego widać naj­pierw Cara­bao: to hisz­pań­ska, czy może por­tu­gal­ska nazwa bawołu, potem El Pra­ile, czyli bra­ciszka zakon­nego, Caballo, a więc konia, Cor­re­gi­dor, no i wresz­cie La Monję: mniszkę. A jak będzie­cie na Cor­re­gi­dorze, nie zapo­mnij­cie póź­nym popo­łu­dniem popa­trzeć na pół­nocną stronę zatoki. O tej porze skały i ich cie­nie ukła­dają się tam w postać pięk­nej Mari­ve­les...

Kuliń­ski już dłu­żej nie słu­chał roz­ma­wia­ją­cych; udał się do swo­jej kabiny, by spa­ko­wać ostat­nie dro­bia­zgi. Przed dzio­bem okrętu maja­czyło już wej­ście do przy­stani Cavite - głów­nej bazy Sta­nów Zjed­no­czo­nych na tere­nie Fili­pin. Tam, po wyła­do­wa­niu trans­portu, dwa tysiące ludzi miało wzmoc­nić róż­nego rodzaju jed­nostki ame­ry­kań­skiej armii, mary­narki i lot­nic­twa na wyspach archi­pe­lagu.

Kuliń­ski, syn osia­dłych już od dzie­się­cio­leci w Cle­ve­land emi­gran­tów z poło­żo­nej wów­czas w gra­ni­cach austro-węgier­skiej monar­chii czę­ści Mało­pol­ski, słu­żył od lat w arty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej. Jako spe­cja­li­sta elek­tryk otrzy­mał przy­dział do sta­cjo­nu­ją­cej na Cor­re­gi­do­rze bate­rii reflek­to­rów Erie.

Już na miej­scu Polak dowie­dział się bliż­szych i bar­dziej kon­kret­nych, niż zasły­szana, piękna zresztą i inte­re­su­jąca legenda, szcze­gó­łów o tej naj­sil­niej­szej ame­ry­kań­skiej twier­dzy, któ­rej miał bro­nić. Wyspa dostała się pod pano­wa­nie Sta­nów Zjed­no­czo­nych w 1898 roku, w toku prze­gra­nej przez Hisz­pa­nię wojny. Nowi posia­da­cze prędko dostrze­gli i doce­nili zna­cze­nie grupy wysp, zamy­ka­ją­cych wej­ście do Zatoki Manil­skiej, nad którą usy­tu­owana była sto­lica kraju, jego naj­więk­szy port i ważna baza mor­ska.

W 1904 roku przy­stą­piono do for­ty­fi­ko­wa­nia Cor­re­gi­doru i w trzy lata póź­niej jego pierw­sza bate­ria oddała próbną salwę. W przeded­niu II wojny świa­to­wej na Cor­re­gi­do­rze i sąsied­nich wyspach zain­sta­lo­wa­nych było osiem dale­ko­no­śnych, naj­cięż­szych armat kali­bru 356 mm, osiem armat 305 mm i dwie armaty 254 mm, dwa­dzie­ścia cztery moź­dzie­rze kali­bru 305 mm, dwa­dzie­ścia sześć armat kali­bru od 152 do 155 mm, kil­ka­dzie­siąt armat kali­bru 75 mm, a także trzy­dzie­ści sześć prze­ciw­lot­ni­czych dział kali­bru 76 mm i czter­dzie­ści osiem wiel­ko­ka­li­bro­wych kara­bi­nów maszy­no­wych 12,7 mm.

W ciągu sied­miu mie­sięcy, które upły­nęły od jego przy­jazdu do wybu­chu wojny japoń­sko-ame­ry­kań­skiej, Kuliń­ski miał oka­zję nie­źle zapo­znać się z topo­gra­fią wyspy, co było zresztą nie­zbędne nie tylko dla ofi­ce­rów, ale i zawo­do­wych podofi­ce­rów jed­no­stek obrony prze­ciw­lot­ni­czej. Sam Cor­re­gi­dor leży w odle­gło­ści prze­szło 3 kilo­me­trów od pół­wy­spu Bataan, oddzie­lony od niego tak zwa­nym pół­noc­nym kana­łem, zaś w odle­gło­ści 11 kilo­me­trów, za połu­dnio­wym kana­łem, znaj­duje się wybrzeże pro­win­cji Cavite. Powierzch­nia wyspy wynosi tylko 7 kilo­me­trów kwa­dra­to­wych, czyli 700 hek­ta­rów, a w jej ukształ­to­wa­niu można wyróż­nić kilka zasad­ni­czych czę­ści. Polak miał pew­nego razu oka­zję odby­cia lotu nad zatoką i natych­miast nasu­nęło mu się porów­na­nie z kijanką: wielki "łeb", sta­no­wiący główną część wyspy, i długi, wąski, lekko zakrzy­wiony "ogon". Takie ukształ­to­wa­nie Cor­re­gi­doru, wraz z zary­sami sąsied­niej wysepki Caballo, świad­czy, że jest to pozo­sta­łość zbo­czy dawno wyga­słego, pogrą­żo­nego w morzu i czę­ściowo zni­we­lo­wa­nego kra­teru wul­kanu. Potwier­dza to także rodzaj skał, z któ­rych zbu­do­wana jest wyspa.

Wzno­sząca się miej­scami do wyso­ko­ści 200 metrów główna część Cor­re­gi­doru ma kształt nie­mal okrą­gły, o prze­szło pół­to­ra­ki­lo­me­tro­wej śred­nicy. Tutaj stoi zbu­do­wana jesz­cze w 1936 roku latar­nia mor­ska, tu wznie­siono kom­pleks koszar oto­czo­nych wil­lami dla ofi­ce­rów, kino­te­atr i urzą­dze­nia spor­towe, tu znaj­duje się plac defi­lad, tutaj wresz­cie ulo­ko­wano wszyst­kie cięż­kie i więk­szość śred­nich bate­rii.

Swego rodzaju "talią" wyspy jest znaj­du­jące się w jej środ­ko­wej czę­ści prze­wę­że­nie i sio­dło gór­skie, gdzie powstało zamiesz­kane przez pra­cu­ją­cych na Cor­re­gi­do­rze robot­ni­ków osie­dle San Jose z dwiema przy­sta­niami - po pół­noc­nej i połu­dnio­wej stro­nie wyspy. Dalej na wschód teren znowu się wznosi, two­rząc wzgó­rza: Malinta, Water Tank Hill - Wzgó­rze Cystern, gdzie stoją dwa wiel­kie zbior­niki wodne, i Denver. Dal­szą pła­ską część "ogona" zni­we­lo­wano pod 650-metro­wej dłu­go­ści pas star­towy lot­ni­ska Kin­dley Field, na któ­rym aż do końca lat trzy­dzie­stych sta­cjo­no­wała 2 eska­dra obser­wa­cyjna US Air Corps. Za lot­ni­skiem cią­gnie się już tylko wąski, ska­li­sty, połu­dniowo-zachodni cypel wyspy.

W myśl zamie­rzeń pro­jek­tan­tów sys­temu for­ty­fi­ka­cyj­nego Cor­re­gi­doru głów­nym czyn­ni­kiem, który miał unie­moż­li­wić jed­nost­kom nie­przy­ja­ciel­skiej floty wtar­gnię­cie do Zatoki Manil­skiej, były począt­kowo trzy dwu­dzia­łowe bate­rie 305-mili­me­tro­wych armat wzór 1895 o dono­śno­ści 16 tysięcy metrów. Osa­dzono je na spe­cjal­nie skon­stru­owa­nych lawe­tach, które umoż­li­wiały przed odda­niem strzału pod­nie­sie­nie lufy wraz z koły­ską na wyso­kość ogniową, ponad ota­cza­jące działa beto­nowe obu­dowy, po czym siła odrzutu powo­do­wała ponowne obni­że­nie lufy i skry­cie działa przed obser­wa­cją nie­przy­ja­ciela. Roz­wój tech­niki arty­le­ryj­skiej pocią­gnął za sobą koniecz­ność zain­sta­lo­wa­nia na wyspie dział o więk­szej dono­śno­ści. Pod koniec pierw­szej wojny świa­to­wej zbu­do­wano dwie jed­no­dzia­łowe bate­rie, usta­wia­jąc na nich iden­tyczne armaty, ale na innych, prost­szych lawe­tach, umoż­li­wia­ją­cych pod­no­sze­nie luf pod kątem 30 stopni, dzięki czemu 300-kilo­gra­mowe poci­ski leciały na odle­głość 27 tysięcy metrów. Kolejna ich zaleta - to moż­ność obra­ca­nia o pełne 360 stopni. Były one jed­nakże łatwiej­sze do wykry­cia przez obser­wa­to­rów z okrę­tów, nie mówiąc już o tym, że ich dzia­ło­bitni o śred­nicy kil­ku­dzie­się­ciu metrów nie dało się zama­sko­wać przed lot­nic­twem.

Potężną siłę ognia miały także inne bate­rie dział tego samego kali­bru - moź­dzie­rzy prze­zna­czo­nych do pro­wa­dze­nia walki na bliż­sze odle­gło­ści. W pierw­szej fazie roz­bu­dowy twier­dzy zain­sta­lo­wano dwie czte­ro­dzia­łowe ich bate­rie. W każ­dym rogu czwo­ro­kąt­nego wybe­to­no­wa­nego wykopu usta­wiono jeden moź­dzierz wz. 1892, o krót­kiej, 3-metro­wej zale­d­wie lufie, strze­la­jący 475-kilo­gra­mo­wymi poci­skami na odle­głość do 8600 metrów. Jedną z bate­rii uzu­peł­niono póź­niej czte­rema nowymi dzia­łami wz. 1908 o dono­śno­ści zwięk­szo­nej do pra­wie 14 000 metrów. Mimo archa­icz­nego wyglądu wszyst­kie moź­dzierze były bro­nią sku­teczną, odzna­cza­jącą się przede wszyst­kim dużą cel­no­ścią, a pod­czas zbli­ża­ją­cej się próby ognio­wej miały stać się naj­bar­dziej przy­datną arty­le­rią ciężką na wyspie.

Po I woj­nie świa­to­wej ten szkie­let obrony uzu­peł­niono drogą zakupu we Fran­cji zna­ko­mi­tych i wypró­bo­wa­nych, choć mniej­szego kali­bru - 155 mm - armat typu GPF. Były to armaty wiel­kiej mocy: ich naj­więk­sza dono­śność prze­kra­czała 16 000 metrów, cię­żar poci­sków wyno­sił 43 kilo­gramy. Rów­nież wypró­bo­wa­nym w cza­sie I wojny świa­to­wej, choć star­szym nieco sprzę­tem, były spro­wa­dzone z Wiel­kiej Bry­ta­nii lek­kie armaty polowe, kali­ber 76 mm, które zgru­po­wano w czte­rech bate­riach, mają­cych słu­żyć do bez­po­śred­niej obrony na wypa­dek próby lądo­wa­nia nie­przy­ja­ciela.

Przy każ­dej bate­rii znaj­do­wały się pod­ziemne maga­zyny amu­ni­cyjne i schrony dla załogi. Główne maga­zyny, składy żyw­no­ści, jak też sta­no­wi­ska dowo­dze­nia i szpi­tal ulo­ko­wano od 1934 roku w wyku­tym pod wzgó­rzem Malinta 400-metro­wej dłu­go­ści, 10-metro­wej sze­ro­ko­ści i 4-metro­wej wyso­ko­ści tunelu i jego wewnętrz­nych odga­łę­zie­niach. Tunel speł­niał rów­nież ważną rolę w sys­te­mie komu­ni­ka­cyj­nym wyspy. Po jego ukoń­cze­niu można było prze­dłu­żyć aż do rejonu lot­ni­ska tory elek­trycz­nej kolejki, która - pnąc się ser­pen­ty­nami i wspi­na­jąc pod ostrym czę­sto kątem - łączyła oby­dwie przy­sta­nie i osie­dle z obiek­tami na głów­nym pła­sko­wyżu wyspy, a stam­tąd jej bocz­nice pro­wa­dziły do każ­dej cięż­kiej bate­rii.

Stop­niowo przy­stą­piono też do for­ty­fi­ko­wa­nia innych wysp w zatoce. Naj­bar­dziej rady­kalny i nie­zwy­kły pro­jekt wcie­lono w życie na El Fra­ile, maleń­kiej wysepce o powierzchni zale­d­wie pół hek­tara. Sape­rzy wysa­dzili w powie­trze górną jej część, wyrów­nu­jąc całość do poziomu kil­ku­na­stu metrów nad wodą. Z kolei obło­żono całą wyspę żela­zo­be­to­no­wymi pły­tami gru­bo­ści od 6 do 9 metrów, a więc prak­tycz­nie nie­wraż­li­wymi na ude­rze­nia naj­cięż­szych zna­nych wów­czas poci­sków arty­le­ryj­skich i bomb lot­ni­czych. Cało­ści nadano kształt jakby wiel­kiego, pła­skiego pan­cer­nika lub moni­tora. Wra­że­nie to potę­go­wane było, zwłasz­cza przy sil­nym wie­trze, przez wpły­wa­jący do zatoki mor­ski prąd, któ­rego fale roz­bi­jały się o ostry "dziób" budowli. W dzien­ni­kach pokła­do­wych kilku obcych na tych wodach stat­ków można było zna­leźć wzmianki o "cięż­kiej jed­no­stce bojo­wej, pły­ną­cej z pręd­ko­ścią 3-4 węzłów"... Na "pokła­dzie" usta­wiono dwie pan­cerne wieże obro­towe, miesz­czące po dwie zna­ko­mite, cięż­kie, dale­ko­no­śne armaty kali­bru 356 mm, o dłu­gich, pra­wie 18-metro­wych lufach. Strze­la­jąc 630-kilo­gra­mo­wymi poci­skami na odle­głość 38 kilo­me­trów, mogły one pod­jąć walkę z nie­przy­ja­cie­lem już na dale­kich podej­ściach do twier­dzy. Uzbro­je­nie wyspy, którą nazwano Fort Drum, uzu­peł­niały cztery armaty kali­bru 152 mm i jedno 75-mili­me­trowe działo.

Podobne uzbro­je­nie zain­sta­lo­wano na dwóch innych wyspach, gdzie znaj­do­wały się po dwa iden­tyczne cięż­kie działa, a ponadto na Cara­bao osiem, zaś na Caballo cztery moź­dzie­rze kali­bru 305 mm, zmo­der­ni­zo­wa­nego modelu 1912, o dono­śno­ści 17 600 metrów. Jak powie­dział Kuliń­skiemu zaprzy­jaź­niony arty­le­rzy­sta "nie było chyba na świe­cie admi­rała, który zary­zy­ko­wałby swoją flotę, repu­ta­cję, a i życie, pró­bu­jąc wpły­nąć do zatoki". Sporo w tym tkwiło słusz­no­ści, ale - podob­nie jak w przy­pad­kach innych twierdz tego typu, np. Sin­ga­puru - sys­tem obrony Cor­re­gi­doru, tak silny od strony otwar­tego morza, wysta­wiał w kie­runku lądu swe "mięk­kie pod­brzu­sze": nie­wiele tylko dział mogło strze­lać w stronę Bata­anu lub Cavite, a przy tym prze­zna­czone do nisz­cze­nia sil­nie opan­ce­rzo­nych obiek­tów poci­ski cięż­kich dział miały nie­wielką sku­tecz­ność przy tra­fie­niach w mięk­kie pod­łoże, wbi­ja­jąc się na kil­ka­na­ście metrów w zie­mię.

Przed ata­kami z powie­trza wyspę bro­niło aż sześć czte­ro­dzia­ło­wych bate­rii armat prze­ciw­lot­ni­czych o kali­brze 76 mm i czter­dzie­ści osiem wiel­ko­ka­li­bro­wych kara­bi­nów maszy­no­wych Colt-Brow­ning. Przy nie­wiel­kiej powierzchni Cor­re­gi­doru i według ówcze­snych norm kal­ku­la­cyj­nych była to impo­nu­jąca liczba luf, tym bar­dziej że na sąsied­nich trzech wyspach także roz­miesz­czono po jed­nej bate­rii o iden­tycz­nym skła­dzie armat. Obawy mogła jed­nak wzbu­dzać klasa tego uzbro­je­nia, nie licząc wuka­emów zali­cza­nych do typu nowo­cze­snego, lecz prze­zna­czo­nych tylko do zwal­cza­nia celów na małych wyso­ko­ściach, poni­żej 1500 metrów. Gorzej było z arma­tami, a wła­śnie one miały sta­no­wić trzon obrony. Zale­d­wie jedna bate­ria dys­po­no­wała mode­lem względ­nie nowym wzoru 1930, w pozo­sta­łych znaj­do­wały się prze­sta­rzałe działa z 1923 roku ze zmo­der­ni­zo­wa­nym wpraw­dzie sys­te­mem kie­ro­wa­nia prze­wo­do­wego, ale o nie­do­sta­tecz­nej szyb­ko­strzel­no­ści i mniej­szym od poprzed­nich zasię­giem pio­no­wym. Teo­re­tycz­nie miał on wyno­sić 10 000 metrów, prak­tycz­nie zaś był nie­osią­galny, przy czym jesz­cze uży­wane zapal­niki z lat dwu­dzie­stych typu Sco­vit M.3 o ręcz­nych nasta­wach klu­czem amu­ni­cyj­nym czę­sto zawo­dziły, powo­du­jąc dosyć dowolny roz­kład czasu eks­plo­zji poci­sków. Zamiast wybu­chać na pożą­da­nej wyso­ko­ści, odpo­wied­nio do pułapu nie­przy­ja­ciel­skiego samo­lotu, pękały one wyżej lub niżej, bądź nawet spa­dały do morza czy na wyspę. Tylko nowe armaty otrzy­mały zapas naboi z nie­za­wod­nymi zapal­ni­kami mecha­nicz­nego nastawu, ale i w jed­nym, i w dru­gim przy­padku wystę­po­wał inny kło­pot, typowy dla pracy kano­nie­rów w warun­kach wyso­kiej tem­pe­ra­tury powie­trza. Nagrze­wał się po pro­stu proch w łuskach, co spra­wiało, że wzra­stała pręd­kość począt­kowa poci­sku, a tym samym w krót­szym cza­sie poko­ny­wał on więk­szy odci­nek odle­gło­ści pio­no­wej i nie wybu­chał tam, gdzie powi­nien. Nie trzeba doda­wać, jaki to miało wpływ na sku­tecz­ność ognia i jak mogło ośmie­lać załogi samo­lo­tów, które widziały bez­ład­nie roz­sta­wiany para­sol wybu­chów nie przed sobą na prze­cię­ciu kursu, lecz nad lub pod sobą, jakby tro­chę na wiwat, zupeł­nie nie­szko­dli­wie.

Z arty­le­rią miały także współ­dzia­łać bate­rie reflek­to­rów prze­ciw­lot­ni­czych, choć było mało praw­do­po­dobne, aby Japoń­czycy zde­cy­do­wali się na nocne ataki bom­bowe. Per­so­nel ich lot­nic­twa mary­narki wojen­nej - a tylko z jego strony mógł paść zaska­ku­jący cios - nie był szko­lony w tym kie­runku, o czym wywiad ame­ry­kań­ski powi­nien wie­dzieć. Zagadką pozo­staje fakt, dla­czego, insta­lu­jąc reflek­tory jako sprzęt ponoć przy­datny, zapo­mniano o balo­nach zapo­ro­wych? Świeże doświad­cze­nia z Europy dowo­dziły prze­cież, że są one war­to­ścio­wym środ­kiem czyn­nej obrony prze­ciw­lot­ni­czej, a w nalo­tach noc­nych ich rola wzra­stała. Świa­tłami reflek­to­rów kana­li­zo­wano zazwy­czaj ruch samo­lo­tów, kie­ru­jąc je na tę prze­szkodę, gdzie docho­dził także do głosu zapo­rowy ogień arty­le­rii.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki