Dalekowschodni bastion
Wstawał świt. Mimo wczesnej pory pokład transportowca USS "Republic"
roił się od ludzi w mundurach khaki. Żołnierze stali wzdłuż relingów,
obserwując widziany po raz pierwszy od kilku dni ląd, wielu grupowało
się też wokół bywalców, perorujących zawzięcie i pragnących wykazać
swoją większą lub mniejszą znajomość kraju, do którego zdążał transport.
Sierżant Walter Kuliński dołączył do jednej z grup, otaczającej rosłego
mężczyznę z odznakami personelu naziemnego lotnictwa.
- ...Teraz widoczne są już wszystkie. Patrzcie uważnie: ta pierwsza, tam
daleko, to La Monja, największa nazywa się Corregidor, przed dziobem
widać Caballo, a te dwie wyspy po prawej burcie to El Fraile i Carabao.
Chcecie wiedzieć, skąd się wzięły te nazwy?
Na chór potakujących głosów lotnik oparł się wygodniej o reling i mówił:
- Wiadomość, zaznaczam, pochodzi niemal z pierwszej ręki, bo poprzednim
razem miałem w Manili dziewczynę, która uczyła się w szkole misyjnej. A rzecz wiąże się z najwcześniejszym okresem kolonizacji i misjonarstwa na
Filipinach. Spójrzcie tam na prawo. To są brzegi Luzonu, największej
wyspy archipelagu. Tam na brzegach zatoczki leży małe miasteczko,
widzicie? Otóż według starej legendy wkrótce po odkryciu Filipin
zbudowano tam dwa klasztory: męski i żeński. Tak się złożyło, że
przebywający w jednym z nich młody zakonnik ujrzał pewnego dnia piękną
mniszkę imieniem Mariveles i z miejsca się w niej zakochał. W jakiś
sposób zdołał się z nią porozumieć, a gdy się okazało, że i on nie jest
jej obojętny, zdobył w tej właśnie wiosce zaprzężony w bawołu wózek i pewnego pięknego, a raczej pewnie pochmurnego dnia oboje spotkali się
poza murami klasztorów, pragnąc przedostać się na drugą stronę ujścia
Zatoki Manilskiej, które stanowiły podobno rozległe słone bagna, z jednym tylko przejezdnym szlakiem.
Lotnik przerwał na moment, sięgnął po papierosa, zapalił i zaciągnąwszy
się głęboko podjął po chwili:
- Niestety, ucieczkę szybko wykryto i wszczęto pościg, na którego czele
stanął srogi miejscowy urzędnik pełniący władzę sądową, po hiszpańsku
zwany "corregidor". Zbiegowie musieli wkrótce porzucić powolny wózek i próbowali uciekać dalej pieszo, ale nie mieli szans wobec jeźdźców,
którzy najpierw doścignęli próbującego ich powstrzymać zakonnika. Gdy
zaś corregidor zbliżał się do mniszki, nastąpiło trzęsienie ziemi,
uważajcie chłopcy, to częsta tutaj rzecz, fale wdarły się na bagna i zatopiły wszystkich. Po tej smutnej historii zostały ślady w postaci
rozsianych po zatoce skał. Dlatego widać najpierw Carabao: to
hiszpańska, czy może portugalska nazwa bawołu, potem El Praile, czyli
braciszka zakonnego, Caballo, a więc konia, Corregidor, no i wreszcie La
Monję: mniszkę. A jak będziecie na Corregidorze, nie zapomnijcie późnym
popołudniem popatrzeć na północną stronę zatoki. O tej porze skały i ich
cienie układają się tam w postać pięknej Mariveles...
Kuliński już dłużej nie słuchał rozmawiających; udał się do swojej
kabiny, by spakować ostatnie drobiazgi. Przed dziobem okrętu majaczyło
już wejście do przystani Cavite - głównej bazy Stanów Zjednoczonych na
terenie Filipin. Tam, po wyładowaniu transportu, dwa tysiące ludzi miało
wzmocnić różnego rodzaju jednostki amerykańskiej armii, marynarki i lotnictwa na wyspach archipelagu.
Kuliński, syn osiadłych już od dziesięcioleci w Cleveland emigrantów z położonej wówczas w granicach austro-węgierskiej monarchii części
Małopolski, służył od lat w artylerii przeciwlotniczej. Jako specjalista
elektryk otrzymał przydział do stacjonującej na Corregidorze baterii
reflektorów Erie.
Już na miejscu Polak dowiedział się bliższych i bardziej konkretnych,
niż zasłyszana, piękna zresztą i interesująca legenda, szczegółów o tej
najsilniejszej amerykańskiej twierdzy, której miał bronić. Wyspa dostała
się pod panowanie Stanów Zjednoczonych w 1898 roku, w toku przegranej
przez Hiszpanię wojny. Nowi posiadacze prędko dostrzegli i docenili
znaczenie grupy wysp, zamykających wejście do Zatoki Manilskiej, nad
którą usytuowana była stolica kraju, jego największy port i ważna baza
morska.
W 1904 roku przystąpiono do fortyfikowania Corregidoru i w trzy lata
później jego pierwsza bateria oddała próbną salwę. W przededniu II wojny
światowej na Corregidorze i sąsiednich wyspach zainstalowanych było
osiem dalekonośnych, najcięższych armat kalibru 356 mm, osiem armat 305
mm i dwie armaty 254 mm, dwadzieścia cztery moździerze kalibru 305 mm,
dwadzieścia sześć armat kalibru od 152 do 155 mm, kilkadziesiąt armat
kalibru 75 mm, a także trzydzieści sześć przeciwlotniczych dział kalibru
76 mm i czterdzieści osiem wielkokalibrowych karabinów maszynowych 12,7
mm.
W ciągu siedmiu miesięcy, które upłynęły od jego przyjazdu do wybuchu
wojny japońsko-amerykańskiej, Kuliński miał okazję nieźle zapoznać się z topografią wyspy, co było zresztą niezbędne nie tylko dla oficerów, ale
i zawodowych podoficerów jednostek obrony przeciwlotniczej. Sam
Corregidor leży w odległości przeszło 3 kilometrów od półwyspu Bataan,
oddzielony od niego tak zwanym północnym kanałem, zaś w odległości 11
kilometrów, za południowym kanałem, znajduje się wybrzeże prowincji
Cavite. Powierzchnia wyspy wynosi tylko 7 kilometrów kwadratowych, czyli
700 hektarów, a w jej ukształtowaniu można wyróżnić kilka zasadniczych
części. Polak miał pewnego razu okazję odbycia lotu nad zatoką i natychmiast nasunęło mu się porównanie z kijanką: wielki "łeb",
stanowiący główną część wyspy, i długi, wąski, lekko zakrzywiony "ogon".
Takie ukształtowanie Corregidoru, wraz z zarysami sąsiedniej wysepki
Caballo, świadczy, że jest to pozostałość zboczy dawno wygasłego,
pogrążonego w morzu i częściowo zniwelowanego krateru wulkanu.
Potwierdza to także rodzaj skał, z których zbudowana jest wyspa.
Wznosząca się miejscami do wysokości 200 metrów główna część Corregidoru
ma kształt niemal okrągły, o przeszło półtorakilometrowej średnicy.
Tutaj stoi zbudowana jeszcze w 1936 roku latarnia morska, tu wzniesiono
kompleks koszar otoczonych willami dla oficerów, kinoteatr i urządzenia
sportowe, tu znajduje się plac defilad, tutaj wreszcie ulokowano
wszystkie ciężkie i większość średnich baterii.
Swego rodzaju "talią" wyspy jest znajdujące się w jej środkowej części
przewężenie i siodło górskie, gdzie powstało zamieszkane przez
pracujących na Corregidorze robotników osiedle San Jose z dwiema
przystaniami - po północnej i południowej stronie wyspy. Dalej na wschód
teren znowu się wznosi, tworząc wzgórza: Malinta, Water Tank Hill -
Wzgórze Cystern, gdzie stoją dwa wielkie zbiorniki wodne, i Denver.
Dalszą płaską część "ogona" zniwelowano pod 650-metrowej długości pas
startowy lotniska Kindley Field, na którym aż do końca lat trzydziestych
stacjonowała 2 eskadra obserwacyjna US Air Corps. Za lotniskiem ciągnie
się już tylko wąski, skalisty, południowo-zachodni cypel wyspy.
W myśl zamierzeń projektantów systemu fortyfikacyjnego Corregidoru
głównym czynnikiem, który miał uniemożliwić jednostkom
nieprzyjacielskiej floty wtargnięcie do Zatoki Manilskiej, były
początkowo trzy dwudziałowe baterie 305-milimetrowych armat wzór 1895 o donośności 16 tysięcy metrów. Osadzono je na specjalnie skonstruowanych
lawetach, które umożliwiały przed oddaniem strzału podniesienie lufy
wraz z kołyską na wysokość ogniową, ponad otaczające działa betonowe
obudowy, po czym siła odrzutu powodowała ponowne obniżenie lufy i skrycie działa przed obserwacją nieprzyjaciela. Rozwój techniki
artyleryjskiej pociągnął za sobą konieczność zainstalowania na wyspie
dział o większej donośności. Pod koniec pierwszej wojny światowej
zbudowano dwie jednodziałowe baterie, ustawiając na nich identyczne
armaty, ale na innych, prostszych lawetach, umożliwiających podnoszenie
luf pod kątem 30 stopni, dzięki czemu 300-kilogramowe pociski leciały na
odległość 27 tysięcy metrów. Kolejna ich zaleta - to możność obracania o pełne 360 stopni. Były one jednakże łatwiejsze do wykrycia przez
obserwatorów z okrętów, nie mówiąc już o tym, że ich działobitni o średnicy kilkudziesięciu metrów nie dało się zamaskować przed
lotnictwem.
Potężną siłę ognia miały także inne baterie dział tego samego kalibru -
moździerzy przeznaczonych do prowadzenia walki na bliższe odległości. W pierwszej fazie rozbudowy twierdzy zainstalowano dwie czterodziałowe ich
baterie. W każdym rogu czworokątnego wybetonowanego wykopu ustawiono
jeden moździerz wz. 1892, o krótkiej, 3-metrowej zaledwie lufie,
strzelający 475-kilogramowymi pociskami na odległość do 8600 metrów.
Jedną z baterii uzupełniono później czterema nowymi działami wz. 1908 o donośności zwiększonej do prawie 14 000 metrów. Mimo archaicznego
wyglądu wszystkie moździerze były bronią skuteczną, odznaczającą się
przede wszystkim dużą celnością, a podczas zbliżającej się próby
ogniowej miały stać się najbardziej przydatną artylerią ciężką na
wyspie.
Po I wojnie światowej ten szkielet obrony uzupełniono drogą zakupu we
Francji znakomitych i wypróbowanych, choć mniejszego kalibru - 155 mm -
armat typu GPF. Były to armaty wielkiej mocy: ich największa donośność
przekraczała 16 000 metrów, ciężar pocisków wynosił 43 kilogramy.
Również wypróbowanym w czasie I wojny światowej, choć starszym nieco
sprzętem, były sprowadzone z Wielkiej Brytanii lekkie armaty polowe,
kaliber 76 mm, które zgrupowano w czterech bateriach, mających służyć do
bezpośredniej obrony na wypadek próby lądowania nieprzyjaciela.
Przy każdej baterii znajdowały się podziemne magazyny amunicyjne i schrony dla załogi. Główne magazyny, składy żywności, jak też stanowiska
dowodzenia i szpital ulokowano od 1934 roku w wykutym pod wzgórzem
Malinta 400-metrowej długości, 10-metrowej szerokości i 4-metrowej
wysokości tunelu i jego wewnętrznych odgałęzieniach. Tunel spełniał
również ważną rolę w systemie komunikacyjnym wyspy. Po jego ukończeniu
można było przedłużyć aż do rejonu lotniska tory elektrycznej kolejki,
która - pnąc się serpentynami i wspinając pod ostrym często kątem -
łączyła obydwie przystanie i osiedle z obiektami na głównym płaskowyżu
wyspy, a stamtąd jej bocznice prowadziły do każdej ciężkiej baterii.
Stopniowo przystąpiono też do fortyfikowania innych wysp w zatoce.
Najbardziej radykalny i niezwykły projekt wcielono w życie na El Fraile,
maleńkiej wysepce o powierzchni zaledwie pół hektara. Saperzy wysadzili
w powietrze górną jej część, wyrównując całość do poziomu kilkunastu
metrów nad wodą. Z kolei obłożono całą wyspę żelazobetonowymi płytami
grubości od 6 do 9 metrów, a więc praktycznie niewrażliwymi na uderzenia
najcięższych znanych wówczas pocisków artyleryjskich i bomb lotniczych.
Całości nadano kształt jakby wielkiego, płaskiego pancernika lub
monitora. Wrażenie to potęgowane było, zwłaszcza przy silnym wietrze,
przez wpływający do zatoki morski prąd, którego fale rozbijały się o ostry "dziób" budowli. W dziennikach pokładowych kilku obcych na tych
wodach statków można było znaleźć wzmianki o "ciężkiej jednostce
bojowej, płynącej z prędkością 3-4 węzłów"... Na "pokładzie" ustawiono
dwie pancerne wieże obrotowe, mieszczące po dwie znakomite, ciężkie,
dalekonośne armaty kalibru 356 mm, o długich, prawie 18-metrowych
lufach. Strzelając 630-kilogramowymi pociskami na odległość 38
kilometrów, mogły one podjąć walkę z nieprzyjacielem już na dalekich
podejściach do twierdzy. Uzbrojenie wyspy, którą nazwano Fort Drum,
uzupełniały cztery armaty kalibru 152 mm i jedno 75-milimetrowe działo.
Podobne uzbrojenie zainstalowano na dwóch innych wyspach, gdzie
znajdowały się po dwa identyczne ciężkie działa, a ponadto na Carabao
osiem, zaś na Caballo cztery moździerze kalibru 305 mm, zmodernizowanego
modelu 1912, o donośności 17 600 metrów. Jak powiedział Kulińskiemu
zaprzyjaźniony artylerzysta "nie było chyba na świecie admirała, który
zaryzykowałby swoją flotę, reputację, a i życie, próbując wpłynąć do
zatoki". Sporo w tym tkwiło słuszności, ale - podobnie jak w przypadkach
innych twierdz tego typu, np. Singapuru - system obrony Corregidoru, tak
silny od strony otwartego morza, wystawiał w kierunku lądu swe "miękkie
podbrzusze": niewiele tylko dział mogło strzelać w stronę Bataanu lub
Cavite, a przy tym przeznaczone do niszczenia silnie opancerzonych
obiektów pociski ciężkich dział miały niewielką skuteczność przy
trafieniach w miękkie podłoże, wbijając się na kilkanaście metrów w ziemię.
Przed atakami z powietrza wyspę broniło aż sześć czterodziałowych
baterii armat przeciwlotniczych o kalibrze 76 mm i czterdzieści osiem
wielkokalibrowych karabinów maszynowych Colt-Browning. Przy niewielkiej
powierzchni Corregidoru i według ówczesnych norm kalkulacyjnych była to
imponująca liczba luf, tym bardziej że na sąsiednich trzech wyspach
także rozmieszczono po jednej baterii o identycznym składzie armat.
Obawy mogła jednak wzbudzać klasa tego uzbrojenia, nie licząc wukaemów
zaliczanych do typu nowoczesnego, lecz przeznaczonych tylko do
zwalczania celów na małych wysokościach, poniżej 1500 metrów. Gorzej
było z armatami, a właśnie one miały stanowić trzon obrony. Zaledwie
jedna bateria dysponowała modelem względnie nowym wzoru 1930, w pozostałych znajdowały się przestarzałe działa z 1923 roku ze
zmodernizowanym wprawdzie systemem kierowania przewodowego, ale o niedostatecznej szybkostrzelności i mniejszym od poprzednich zasięgiem
pionowym. Teoretycznie miał on wynosić 10 000 metrów, praktycznie zaś
był nieosiągalny, przy czym jeszcze używane zapalniki z lat dwudziestych
typu Scovit M.3 o ręcznych nastawach kluczem amunicyjnym często
zawodziły, powodując dosyć dowolny rozkład czasu eksplozji pocisków.
Zamiast wybuchać na pożądanej wysokości, odpowiednio do pułapu
nieprzyjacielskiego samolotu, pękały one wyżej lub niżej, bądź nawet
spadały do morza czy na wyspę. Tylko nowe armaty otrzymały zapas naboi z niezawodnymi zapalnikami mechanicznego nastawu, ale i w jednym, i w drugim przypadku występował inny kłopot, typowy dla pracy kanonierów w warunkach wysokiej temperatury powietrza. Nagrzewał się po prostu proch
w łuskach, co sprawiało, że wzrastała prędkość początkowa pocisku, a tym
samym w krótszym czasie pokonywał on większy odcinek odległości pionowej
i nie wybuchał tam, gdzie powinien. Nie trzeba dodawać, jaki to miało
wpływ na skuteczność ognia i jak mogło ośmielać załogi samolotów, które
widziały bezładnie rozstawiany parasol wybuchów nie przed sobą na
przecięciu kursu, lecz nad lub pod sobą, jakby trochę na wiwat, zupełnie
nieszkodliwie.
Z artylerią miały także współdziałać baterie reflektorów
przeciwlotniczych, choć było mało prawdopodobne, aby Japończycy
zdecydowali się na nocne ataki bombowe. Personel ich lotnictwa marynarki
wojennej - a tylko z jego strony mógł paść zaskakujący cios - nie był
szkolony w tym kierunku, o czym wywiad amerykański powinien wiedzieć.
Zagadką pozostaje fakt, dlaczego, instalując reflektory jako sprzęt
ponoć przydatny, zapomniano o balonach zaporowych? Świeże doświadczenia
z Europy dowodziły przecież, że są one wartościowym środkiem czynnej
obrony przeciwlotniczej, a w nalotach nocnych ich rola wzrastała.
Światłami reflektorów kanalizowano zazwyczaj ruch samolotów, kierując je
na tę przeszkodę, gdzie dochodził także do głosu zaporowy ogień
artylerii.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki