Upadek cesarstwa rzymskiego na Zachodzie - Edward Gibbon

Kup ebooka

59.90 zł
49.72 zł (49,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis ilustracji

ILUSTRACJE WIELOBARWNE

1. Fragment mozaiki z motywami roślinnymi i zwierzęcymi dekorującej wnętrze mauzoleum św. Konstancji, poł. IV w. Rzym.

2. Pyksis z kości słoniowej ozdobiona wizerunkiem Orfeusza, IV w. Bobbio, opactwo św. Kolumbana.

3. Relikwiarz ze sceną sądu Salomona, srebro złocone, koniec IV w. Mediolan, skarbiec katedralny.

4. Jeden z apostołów, fragment mozaiki z kopuły Baptysterium Ortodoksów, koniec V w. Rawenna.

5. Św. Piotr, fragment mozaiki z kopuły Baptysterium Ortodoksów, koniec V w. Rawenna.

6. Lew, jedna z istot żywych z Apokalipsy, fragment mozaiki z tzw. mauzoleum Galli Placydii, 2 poł. V w. Rawenna.

7. Św. Wawrzyniec, fragment mozaiki z tzw. mauzoleum Galli Placydii, 2 poł. V w. Rawenna.

8. Memoria św. Wawrzyńca, tzw. mauzoleum Galli Placydii, 2 pol. V w. Rawenna.

9. Porta Nigra, IV w. Trewir.

10. Solidus Teodozjusza II (awers).

11. Fragment missorium (patery) Teodozjusza I z wizerunkiem Arkadiusza, srebro pozłacane, r. 388. Madryt, Academia Real.

12. Dzban z przedstawieniami muz, srebro złocone, ok. 400 r. Moskwa, Kreml, Orużejnaja Pałata.

13. Walki z dzikimi zwierzętami, scena z cyrku, dyptyk z kości słoniowej, V w. Petersburg, Ermitaż.

14. Publiczność w cyrku, fragment mozaiki tunezyjskiej z miejscowości Gafsa. Bardo, Musée National.

15. Apollo i Dafne na plakiecie z kości słoniowej, V w. Rawenna, Museo Nazionale.

16. Kapłanka Bachusa wraz ze sługą przed płonącym ołtarzem, skrzydło dyptyku Nikomachów i Symmachów, kość słoniowa, koniec IV w. Londyn, Victoria and Albert Museum.

17. Mozaika z wczesnochrześcijańskiego grobu w tunezyjskiej miejscowości Tabarka, V w. Bardo, Musée National.

18. Personifikacja rzeki Jordan, fragment mozaiki z kopuły Baptysterium Ortodoksów, koniec V w. Rawenna.

19. Srebrna patera z orszakiem satyrów i menad, część tzw. Skarbu z Müdenhall, IV w. Londyn, British Museum.

20. Naczynie z brązu zdobione grawerowanymi wyobrażeniami Chrystusa i apostołów, IV- V w. Watykan, Museo Vaticano.

21. Chrystus na tle Niebiańskiej Jerozolimy, fragment mozaiki z kościoła Św. Pudencjany, ok. 400 r. Rzym.

22. Oblężenie Jerycha, mozaika z kościoła Santa Maria Maggiore, wczesny V w. Rzym.

23. Postać proroka, fragment mozaiki z kopuły Baptysterium Ortodoksów, ok. poł. V w. Rawenna.

24. Św. Łucja i św. Cecylia, fragment mozaiki z Kaplicy Arcybiskupiej, koniec V w. Rawenna.

25. Solidus Walentyniana II (awers).

26. Solidus Arkadiusza (awers).

ILUSTRACJE JEDNOBARWNE

1. Walentynian I i Walens siedzący na tronie. Solidus z drugiej poł. IV w. Neapol, Museo Nazionale.

2. Walens, wizerunek na złotym medalionie. Wiedeń, Kunsthistorisches Museum.

3. Biskup Ambroży, mozaika, ok. 470. Mediolan, kaplica S. Vittore przy bazylice Sant' Ambrogio.

4. Teodozjusz I, fragment missorium (patery), srebro pozłacane, r. 388, Madryt, Academia Real.

5. Honoriusz, wizerunek na tzw. dyptyku Probusa (konsula w 406 r.). Aosta, skarbiec katedralny.

6. Eudocja, żona cesarza Teodozjusza II (wizerunek na monecie).

7. Dyptyk Stylichona: Stylichon, jego żona Serena i syn Eucheriusz, kość słoniowa, ok. 395. Monza, skarbiec katedralny.

8. Leon I, statua z brązu, V w. Barletta.

9. Gundamund, władca Wandalów, wizerunek na monecie.

10. Hilderyk, władca Wandalów, wizerunek na monecie.

11. Wnętrze bazyliki Santa Maria Maggiore, 432-440 (strop z r. 1500). Rzym.

12. Wnętrze bazyliki Św. Sabiny, 422-432. Rzym.

13. Srebrna moneta Pryskusa Attalusa, ustanowionego przez Alaryka cesarzem w r. 409.

14. Wizerunek Alaryka, władcy Wizygotów, na jego pieczęci. Wiedeń, Kunsthistorisches Museum.

15. Wnętrze kościoła Św. Wawrzyńca, koniec IV w. Mediolan.

16. Jeden z czterech reliefów zdobiących bazę obelisku wzniesionego przez Teodozjusza I na hipodromie w Konstantynopolu, ok. 395. Stambuł.

17. Porta Aurea i ruiny murów Konstantynopola, poł. V w. Stambuł.

18. Amfora Concesti, srebro złocone, V w. Petersburg, Ermitaż.

19. Lampa z brązu, IV w. Petersburg, Ermitaż.

20. Brytania, iluminacja z Notitia Dignitatum, ok. 400 r.

Na okładce: Złoty solidus Arkadiusza (góra) i rzymska mozaika przedstawiająca sceny walk gladiatorów, IV w. (dół).

1 Na medalach zdobią Jowiana wieńce laurowe, otaczają boginie zwycięstwa i leżący u jego stóp jeńcy (Ducange [właściwie Charles du Fresne, seigneur du Cange], Familiae Byzantinae [pierwsza część dzieła Historia Byzantina duplici commentario illustrata: prior familias ac stemmata imperatorum Constantinopolitanorum... complectitur, alter descriptionem urbis Constantinopolitanae, Paryż 1680], s. 52). Pochlebstwo to popełniane z głupoty samobójstwo: samo siebie własnymi rękami unicestwia.

2 Jowian przywrócił Kościołowi ??? ??????? ?????? [dawną świetność], jak to zwięźle i dobitnie wyraził Filostorgiusz [Historia Kościoła], ks. VIII, r. 5 ([Jacques] Godefroy [Dissertatio ad Philostorgium w wydaniu Filostorgiusza, Genewa 1643], s. 329; Sozomen [Historia Kościoła], ks. VI, r. 3). Sozomen wyolbrzymia surowość prawa karzącego porywanie lub poślubianie zakonnic (Kodeks Teodozjusza, ks. IX, tyt. 25, prawo 2).

3 Warto porównać relacje Sokratesa [Historia Kościoła], ks. III, r. 25, i Filostorgiusza, ks. VIII, r. 6 (zob. Godefroy, s. 330).

4 Wyraz "niebiańskie" jest słabym odbiciem bezbożnych i niesłychanych pochlebstw cesarza pod adresem arcybiskupa, ??? ???? ??? ???? ??? ???? ????????? [(Jowian podziwia Atanazego za) podobieństwo do Boga, władcy wszechświata] ([list Jowiana do Atanazego] w dziełach Atanazego [w wydaniu Bernarda de Montfaucon, Paryż 1698], t. II, s. 33 [Patrologia Graeca (PG), wydał Jacques Paul Migne, Paryż 1844-1855, t. XXVI, kol. 813]). Grzegorz z Nazjanzu (mowa 21 [r. 33], s. 392 [Paryż 1630; zob. PG, t. XXXV, kol. 1121-1124]) sławi przyjaźń Jowiana z Atanazym. Podróż doradzili prymasowi mnisi egipscy ([Louis Sébastien Le Nain de] Tillemont, Mémoires ecclésiastiques [pełny tytuł: Mémoires pour servir a l'histoire ecclésiastique des six premiers si?cles, Paryż 1693-1712], t. VIII, s. 221).

5 Ujmujący obraz Atanazego na dworze w Antiochii przedstawia [Jean Philippe René de] La Bléterie, Histoire de Jovien [pełny tytuł: Histoire de l'empereur Jovien et la traduction de quelques ouvrages de l'empereur Julien, Amsterdam 1740], t. I, s. 121-148. Przekłada on niezwykłe i wyjątkowe rozmowy cesarza, prymasa Egiptu i posłów ariańskich. Abbé La Bléterie gorszy się rubasznymi żartami Jowiana. Słabość autora do Atanazego przybiera w jego własnych oczach pozór sprawiedliwego osądu.

6 Ustalenie rzeczywistej daty jego śmierci komplikują pewne trudności (Tillemont, Mémoires ecclésiastiques, t. VIII, s. 719-723), lecz datę 2 maja 373, która wydaje się najbardziej zgodna z historią i z rozsądkiem, potwierdza autentyczny żywot Atanazego ([Francesco Scipione] Maffei, Osservazioni letterarie [Werona 1737-1740], t. III, s. 81).

7 Zauważają to Henryk Valesius [Henri Valois w wydaniu Teodoreta w zbiorze historyków Kościoła, Paryż 1659-1673] i [John] Jortin, Remarks on Ecclesiastical History [Londyn 1767-1773 (I wydanie - Londyn 1751-1754)], t. IV, s. 38, w związku z autentycznym listem Atanazego, zachowanym u Teodoreta [Historia Kościoła], ks. IV r. 3 [PG, t. XXVI, kol. 813]. Niektóre rękopisy opuszczają tę nieroztropną obietnicę, być może za sprawą katolików, którzy nie chcieli, by podważano sławę ich przywódcy jako proroka.

8 Atanazy (u Teodoreta, ks. IV, r. 3) przesadza twierdząc, że do zwolenników ortodoksji zalicza się ludność całego świata, ????? ?????? ??? ?? ?????? ?????????? [oprócz nielicznych stronników Ariusza]. To zdanie stało się prawdą w ciągu 30 lub 40 lat.

9 Sokrates, ks. III, r. 24. Grzegorz z Nazjanzu, mowa 4 [w dzisiejszych wydaniach 5, r. 29], s. 131 [Paryż 1630; zob. PG, t. XXXV, kol. 700-701] i Libaniusz, Mowa nagrobna dla Juliana [= mowa 18], r. 148, s. 369 [w wydaniu Frédérica Morela młodszego, Paryż 1606], dają wyraz nadal żywym uczuciom obu stronnictw, do których należeli.

10 Temistiusz, mowa 5, s. 63-71 [wydanie Jeana Hardouina], Paryż 1684 [paginację tego wydania podaje się również w dzisiejszych edycjach]. La Bléterie, Histoire de Jovien, t. I, s. 199, słusznie zauważa, że Sozomen zapomina o zasadzie powszechnej tolerancji, a Temistiusz o tym, że katolicyzm stał się religią państwową. I jeden, i drugi nie poświęca uwagi temu, co mu się nie podoba, i próbuje ukryć najmniej - w swym przekonaniu - godną uznania część edyktu cesarza Jowiana.

11 O? ?? ????????? ??? ????? ????????? ???? ?????, ???' ?????????? ????? ????? ?? ??? ?????????, ??? ???? ??????????? ????????? (famosis libellis) ["Mieszkańcy Antiochii nie byli mu przychylni, lecz wyszydzali go za pomocą pieśni, parodii i napastliwych pism"], Jan z Antiochii u [Henryka] Valesiusa, Excerpta [vetera de gestis Constantini et regum Italiae, suplement do wydania Ammiana Marcellina, Paryż 1636 i 1681], s. 845 [fr. 181, Fragmenta historicorum Graecorum (FHG), wydał Carl Müller, Paryż 1841-1870, t. IV, s. 607]. Świadectwa o pisanych w Antiochii pamfletach są bardzo niepewne.

12 Ammian Marcellinus [Dzieje Rzymu], ks. XXV, r. 10, nie wspomina z nazwy Batawów. Zosimos [Nowe dzieje], ks. III [r. 35], s. 197 [któryś z przedruków wydania [Christophorusa] Cellariusa, Oxford 1679], przenosi scenę wydarzeń z Reims do Sirmium.

13 Quos capita scholarum ordo castrensis appellat ["Ci, których żołnierze nazywają naczelnikami korporacji"], Ammian, ks. XXV, r. 10 z komentarzem [Henryka] Valesiusa [Paryż 1636 i 1681].

14 Cuius vagitus, pertinaciter reluctantis, ne in curuli sella veheretur ex more, id, quod mox accidit, portendebat ["Płakał i z uporem bronił się przed tym, by zgodnie ze zwyczajem niesiono go na krześle kurulnym. Było to przepowiednią tego, co miało się wkrótce wydarzyć"]. August i jego następcy z szacunkiem prosili o uchylenie przepisów dotyczących wieku, gdy chodziło o ich synów lub wnuków, których czynili konsulami. Nigdy wcześniej nie zhańbiono jednak krzesła kurulnego pierwszego Brutusa, sadzając na nim niemowlę.

15 Jak wynika z Itinerarium Antonina, Dadastana leżała 125 [pomyłka Gibbona: w tekście Itinerarium 117] mil rzymskich od Nicei, a 117 [w tekście 125] od Ancyry ([Peter] Wesseling [Vetera Romanorum], itineraria [Amsterdam 1735], s. 146). Podróżny z Bordeaux [autor opisu podróży Itinerarium Burdigalense], omijając niektóre miejsca postoju, skrócił całą drogę z 282 do 181 mil (Wesseling, s. 574).

16 Ammian, ks. XXV, r. 10; Eutropiusz [Zarys historii od założenia Miasta], ks. X, r. 18. Eutropiusz był zapewne świadkiem tych wydarzeń. Hieronim, t. I, s. 26 [wydanie benedyktyńskie, Paryż 1693-1706] (do Heliodora [list 60, r. 15]); Orozjusz [Siedem ksiąg historii przeciw poganom], ks. VII, r. 31; Sozomen, ks. VI, r. 6; Zosimos, ks. III [r. 351, s, 197-198] i Zonaras [Zarys dziejów], ks. XIII [r. 14], t. II, s. 28-29 [edycja Ducange'a, Paryż 1686, w zbiorze De Byzantinae historiae scriptoribus]. Nie można tu oczekiwać pełnej zgodności relacji i nie będziemy omawiać drobnych różnic.

17 Ammian, zapominając o swej zwykłej szczerości i rozsądku, porównuje śmierć nieszkodzącego nikomu Jowiana do śmierci Scypiona Afrykańskiego Młodszego, który wzniecił obawy i niechęć stronnictwa ludowego.

18 [Jan] Chryzostom, t. I, s. 336 i 344 w wydaniu [Bernarda de] Montfaucona [Paryż 1718-1738]. Chrześcijański mówca próbuje pocieszyć pewną wdowę przykładami sławnych nieszczęść i zauważa, że z dziewięciu cesarzy (łącznie z cezarem Gallusem), którzy panowali za jego czasów, jedynie dwaj (Konstantyn i Konstancjusz) zmarli śmiercią naturalną. Takie nieprzekonujące słowa pociechy nigdy nikomu nie otarły ani jednej łzy.

19 Wydaje się, że dziesięć dni z trudem mogłoby wystarczyć na przemarsz i wybór cesarza. Trzeba jednak zauważyć, że: 1. dowódcy mogli się domagać dla siebie, swej świty i wysłanników korzystania z szybkich koni publicznych służb pocztowych i że 2. wojska, dla wygody miast, maszerowały podzielone na osobne oddziały i czoło kolumny mogło przybyć do Nicei, gdy jej koniec stał jeszcze w Ancyrze.

20 Ammian, ks. XXVI, r. 1; Zosimos, ks. III [r. 36], s. 198; Filostorgiusz, ks. VIII, r. 8 (zob. Godefroy, s. 334). Filostorgiusz, który najwyraźniej miał ciekawe i prawdziwe informacje o tych zdarzeniach, pisze, że Walentyniana wybrano za sprawą prefekta Salustiusza [właściwie Sekundusa], naczelnego dowódcy wojsk Arynteusza, komesa domowników cesarskich Dagalaifusa i patrycjusza Dacjana, gdyż wysyłane przez nich z Ancyry listy popierające Walentyniana miały istotny wpływ na jego wybór,

21 Ammian, ks. XXX, r. 7-9, i młodszy Wiktor [częściowo oparty na dziele Sekstusa Aureliusza Wiktora Wyciąg z historii cesarzy, r. 45] dają wizerunek Walentyniana, który w ich dziełach w naturalny sposób poprzedza i ilustruje dzieje jego panowania.

22 W Antiochii, gdzie Walentynian musiał towarzyszyć cesarzowi w drodze do świątyni, uderzył on kapłana, który ośmielił się pokropić go wodą, dokonując obrzędu oczyszczenia (Sozomen, ks. VI, r. 6; Teodoret, ks. III, r. 15 [właściwie 12]). Takie publiczne wyrażenie sprzeciwu być może pasuje do postaci Walentyniana. Nie znaczy to jednak, byśmy mieli wierzyć niegodnemu oszczerstwu filozofa Maksymusa, który oskarża go o wykroczenie bardziej prywatnej natury (Zosimos, ks. IV [r. 2], s. 200-201).

23 Sokrates, ks. IV Wzmiankę o wcześniejszym wygnaniu do Melitene lub Tebaidy (tej pierwszej możliwości nie da się wykluczyć) wprowadzają do jego biografii Sozomen, ks. VI, r. 6, i Filostorgiusz, ks. VII, r. 7 (zob. Godefroy, s. 293).

24 Ammian (ks. XXVI, r. 1; por. komentarz Valesiusa) w długiej dygresji - jej zbytnią długość potęguje brak związku z tematem - pochopnie uznaje, że zrozumiał problem astronomiczny, z którym nie mieli do czynienia jego czytelnicy. Rozsądniejsze i trafniejsze omówienie tej kwestii znajdujemy u Cenzoryna (O dniu narodzin, r. 20) i Makrobiusza (Saturnalia, ks. I, r. 12-16). Słowo bissextilis, oznaczające złowróżbny rok przestępny (Augustyn, list 119 [w dzisiejszych wydaniach 55], do Januarego [r. 7, w 13; Augustyn używa tam nazwy bissextus i wspomina o przesądzie, nie pozwalającym sadzić winnicy w roku przestępnym]), pochodzi od powtórzenia [bis] szóstego [sextus] dnia przed kalendami marcowymi [Od czasu reformy kalendarza wprowadzonej przez Cezara w latach przestępnych dodawano dzień po 24 lutego.].

25 Pierwsza mowa Walentyniana w postaci przytoczonej przez Ammiana, ks. XXV, 2, jest obszerna, w formie, którą jej nadał Filostorgiusz, ks. VIII, 2, zwięzła i pełna sentencji.

26 Si tuos amas, imperator optime, habes fratrem; si rempublicam, quaere, quem vestias (Ammian, ks. XXVI, r. 4). Przy podziale cesarstwa Walentynian zachował dla siebie tego prawdomównego doradcę (tamże, r. 6).

27 In suburbano (Ammian, ks. XXVI, r. 4). Sławny Hebdomen, miejsce ćwiczeń wojskowych, był oddalony od Konstantynopola o siedem stadiów, a może siedem mil ([Henricus] Valesius i jego brat [Hadrianus; jego komentarz w wydaniu Ammiana, Lejda 1693] w komentarzu do tego miejsca i Ducange Constantinopolis [część II dzieła Historia Byzantina, zob. wyżej, przypis 1], ks. II, s. 140-141 i 172-173).

28 Participem ąuidem legitimum potestatis, sed in modum apparitoris morigerum, ut progrediens aperiet textus ["Był prawowitym współwładcą, lecz słuchał się brata jak sługa, o czym się przekonamy w dalszej części tego dzieła"]. Ammian, ks. XXVI, r. 4.

29 Pomimo świadectwa Zonarasa, Suidasa [tzw. Księgi Suda] i Kroniki paschalnej monsieur de Tillemont, Histoire des empereurs [et des autres princes qui ont régné pendant les six premiers si?cles de l'Eglise, Paryż 1690-1738], t. V, s. 671, woli nie dawać wiary tym opowieściom, si avantageuses a un payen ["przedstawiającym poganina w tak korzystnym świetle"].

30 Eunapiusz [z Sardes, Żywoty sofistów, ks. VII, w wydaniu Hieronima Commelinusa (Jérôme Commelin, zmarły w roku 1598), Kolonia 1616], s. 82-83, sławi i wyolbrzymia cierpienia Maksymusa. Przyznaje jednak, że tego sofistę czy maga, otoczonego złą sławą faworyta Juliana i osobistego wroga Walentyniana, puszczono wolno, gdy zapłacił drobną grzywnę.

31 Tillemont, t. V, s. 21, dostrzega mało konkretne wzmianki o powszechnej niełasce (Zosimos, ks. IV [r. 2], s. 201) i wykazuje ich niesłuszność.

32 Ammian, ks. XXVI, r. 5.

33 Ammian, ks. XXXI, r. 14, tak go w sumie określa: subagrestis ingenii, nec bellicis, nec liberalibus studiis eruditus ["z natury dość nieokrzesany, bez wykształcenia w sztuce wojennej ani w sztukach wyzwolonych"]. Mówca Temistiusz z typowym dla Greka zuchwalstwem pierwszy zapragnął mówić po łacinie, w języku swego władcy, ??? ????????? ????????? (mowa 6, s. 71 [zob. wyżej, przypis 10]).

34 Słowa ??????? (kuzyn], cognatus [krewny], consobrinus [kuzyn] wyrażają niepewny stopień powinowactwa lub pokrewieństwa (komentarz Valesiusa do Ammiana, ks. XXIII, r. 3). Matka Prokopiusza mogła być córką jednej z sióstr Bazyliny i komesa Juliana, matki i wuja Apostaty (Ducange, Familiae Byzantinae [zob. wyżej, przypis 1], s. 49).

35 Ammian, ks. XXIII, r. 3 i ks. XXVI, r. 6. Ammian wspomina o tych informacjach z dużą rezerwą: susurravit obscurior fama, nemo enim dicti auctor exstitit verus ("opowiadano sobie na ucho dość niejasne pogłoski, bo nie znalazło się żadne rzeczywiste źródło tej wiadomości"]. Dzięki nim w każdym razie wiemy, że Prokopiusz był poganinem. Jednakże, jak się wydaje, jego religia nie potęgowała ani nie hamowała jego ambicji.

36 Jednym z miejsc, gdzie schronił się Prokopiusz, była wiejska posiadłość heretyka Eunomiusza. Właściciel domu był nieobecny, niewinny, o niczym nie wiedział. A jednak ledwie uniknął wyroku śmierci i został wygnany do odległych regionów Mauretanii (Filostorgiusz, ks. IX, r. 5 i 8; zob. Godefroy, s. 369-378).

37 Hormisdae maturo iuveni, Hormisdae regalis illius filio, potestatem proconsulis detulit et civilia, more vetenim, et bella recturo ("Dorosłemu już młodzieńcowi Hormisdasowi, synowi owego królewicza Hormisdasa, Prokopiusz nadał urząd prokonsula, powierzając mu, zgodnie ze starorzymskim obyczajem, władzę zarówno cywilną, jak i wojskową"] (Ammian, ks. XXVI, r. 8). Książę perski uszedł bezpiecznie, bez ujmy na honorze i później (w 380 r.) objął ponownie ten sam nadzwyczajny urząd prokonsula Bitynii (T?llemont, Histoire des empereurs, t. V, s. 204). Nie wiem, czy ta gałąź Sasanidów miała dalszych potomków. Natrafiłem (w 514 r.) na papieża Hormisdasa, ale urodził się on w italskim mieście Frusino ([Franciscus] Pagius [François Pagi], Breviarium pontificium [pełniejszy tytuł: Breviarium historico-chronologico-criticum illustriora pontificum Romanorum gęsta, conciliorum generalium acta... complectens, Antwerpia 1717-1727], t. I, s. 247).

38 Mała przywódczyni buntu była później małżonką cesarza Gracjana, lecz zmarła młodo i bezpotomnie (Ducange, Familiae Byzantinae, s. 48 i 59).

39 Sequimini culminis summi prosapiam ("Idźcie za rodem, który sięgnął samego szczytu"] - takiego wyrażenia użył Prokopiusz, który obnosił się ze swą pogardą dla niskiego urodzenia i przypadkowego wyboru parweniusza z Panonii (Ammian, ks. XXVI, r. 7).

40 Et dedignatus hominem superare certamine despicabilem, auctoritatis et celsi fiducia corporis ipsis hostibus iussit suum vincire rectorem. Atque ita turmarum antesignanus umbratilis comprensus suorum manibus ("I uznawszy, że nie warto pokonywać w walce człowieka godnego pogardy, ufny w swój autorytet i w szacunek, jaki budził jego wielki wzrost, kazał samym wrogom, by pojmali swego dowódcę. Tak stojący na czele oddziałów konnicy nikomu nieznany człowiek został schwytany przez własnych żołnierzy". Człowiekiem tym był Hyperechiusz, ciura obozowy zawiadujący spiżarnią, a następnie dowódca oddziałów posiłkowych Prokopiusza]. Siłę i urodę Arynteusza, nowego Herkulesa, sławi św. Bazyli, który uważa, że Bóg stworzył w jego osobie niedościgły wzór dla rodzaju ludzkiego. Malarze i rzeźbiarze nie umieli przedstawić jego postaci; historycy zdają się opowiadać baśnie, gdy opisują jego dokonania (Ammian, ks. XXVI [r. 8] wraz z komentarzem Valesiusa).

41 Za miejsce tej samej bitwy Ammian uważa Licję, a Zosimos Tyatyrę, odległą od Licji o 150 mil. Ale Thyatira alluitur Lyco ("Tyatyrę obmywa rzeka Likos"] (Pliniusz, Historia naturalna, ks. V, r. 31; [Christophorus] Cellarius, Geographia antiqua [właściwie Notitia orbis antiqui sive geographia plenior, ab ortu rerumpublicarum ad Constantinorum tempora terrarum faciem declarans, Lipsk 1701-1706], t. II, s. 79) i kopiści mogli łatwo przekształcić nieznaną rzekę w dobrze znaną prowincję.

42 Przygody, samozwańcze rządy i upadek Prokopiusza opisują po kolei Ammian, ks. XXVI, r. 6-10, i Zosimos, ks. IV [r. 4-8], s. 203-210. Każda z tych relacji często pozwala lepiej zrozumieć drugą, natomiast rzadko pozostają one ze sobą w sprzeczności. Temistiusz, mowa 7, s. 91 i 95 [zob. wyżej, przypis 10], poświęca Prokopiuszowi nędzny panegiryk, a Eunapiusz, s. 83-84 [fr. 31, FHG, t. IV, s. 26-27] pisze o nim w tonie złośliwej satyry.

43 Libaniusz, [mowa 24] O potrzebie pomszczenia zabójstwa Juliana, r. 9 [u Johanna Alberta Fabriciusa, Bibliotheca Graeca, Hamburg 1712-1728, t. VII], s. 158-159. Sofista ubolewa nad przejawami publicznego szaleństwa, ale nie oskarża zmarłych cesarzy o niesprawiedliwość.

44 W obecnych czasach francuscy i angielscy prawoznawcy dopuszczają istnienie czarnoksięstwa w teorii, lecz zaprzeczają mu w praktyce ([Jean-Baptiste] Denisart, Recueil de décisions de jurisprudence [właściwie Collection de décisions nouvelles et de notions relatives a jurisprudence, Paryż 1754-1756 i wiele dalszych wydań], t. IV, s. 553, pod hasłem Sorciers; [William] Blackstone, Commentaries on the Laws of England [Oxford 1765-1769], t. IV s. 60). Prywatna roztropność jest zawsze zdolna do szybszego i lepszego myślenia niż mądrość państwowa, toteż Monteskiusz, O duchu praw, ks. XII, r. 5-6, neguje samo istnienie magii.

45 [Pierre] Bayle [Réponse aux questions d'un provincial, r. 37-44, w] Oeuvres [diverses, Haga 1727-1731], t. III, s. 567-589. Sceptyk z Rotterdamu [Bayle], zgodnie ze swym charakterem, odznacza się tu dziwną mieszaniną nieścisłej wiedzy i żywej inteligencji.

46 Poganie odróżniali magię dobrą, teurgię, od złej, goetyki ([nie podpisany artykuł Du rapport de la magie avec la théologie payenne (z roku 1728) w czasopiśmie] Histoire de l'Académie Royale des Inscriptions et Belles-Lettres [Paryż 1736-1808], t. VII, s. 25). Nie zdołaliby jednak obronić tego mętnego podziału przed bystrą logiką Bayle'a. W systemie żydowskim i chrześcijańskim wszystkie demony są duchami piekielnymi i wszelkie stosunki z nimi są bałwochwalstwem, odstępstwem od wiary itd. i zasługują na śmierć oraz wieczne potępienie.

47 Kanidia, o której pisze Horacy (Pieśni, ks. V [w rzeczywistości Epody], oda 5 z komentarzem [André] Daciera [Paryż 1681 i Amsterdam 1726] i [Noëla-Etienne'a] Sanadona [Traductions d'Horace, Paryż i Amsterdam 1728]), jest pospolitą czarownicą. Występująca u Lukana, Farsalia, ks. VI, w. 430-830, Erichto jest przykra i wstrętna, lecz czasem wzniosła. Gani Furie za opieszałość i grozi z budzącą lęk tajemniczością, że wypowie ich prawdziwe imiona, że ujawni prawdziwą piekielną naturę Hekate, że przyzwie na pomoc tajne potęgi, ukryte poniżej piekieł itd.

48 Genus hominum potentibus infidum, sperantibus fallax, quod in civitate nostra et vetabitur semper, et retinebitur ["Gatunek to ludzi niegodny zaufania potężnych, zawodzący ambitnych, który w naszym państwie zawsze będzie zakazany i zawsze się w nim utrzyma", przekład Seweryna Hammera, Tacyt, Dzieła, t. II, Warszawa 1957, s. 21] (Tacyt, Dzieje, ks. 1, r. 22; Augustyn, O państwie Bożym, ks. VIII, r. 19 i Kodeks Teodozjusza, ks. IX, tyt. 16 z komentarzem Godefroy).

49 Przyczyną prześladowań w Antiochii były zbrodnicze praktyki wróżebne. Wokół magicznego trójnoga rozmieszczono 24 litery alfabetu. Umieszczony w środku wirujący pierścień wskazał cztery pierwsze litery imienia przyszłego cesarza: ?, E, O, ?. Stracony został Teodor (i być może wielu innych, których imiona zaczynały się od tych nieszczęsnych sylab), natomiast tron objął Teodozjusz. [Nathaniel] Lardner, Heathen Testimonies [pełny tytuł: Collection of Ancient Jewish and Heathen Testimonies to the Truth of the Christian Revelation, Londyn 1764-1767], t. IV, s. 353-372, szczegółowo i uczciwie zbadał to mroczne wydarzenie z czasów panowania Walensa.

50 Limus ut hic durescit et haec ut cera liquescit

Uno eodemque igni...

["Jako ta glina twardnieje, a wosk ten całkiem topnieje

W żarze tym samym - to samo z Dafnisem niech miłość ma czyni"];

przekład Zofii Abramowiczówny, Wergiliusz, Bukoliki i Georgiki, Wrocław 1953, s. 39] (Wergiliusz, Bukoliki, ekloga 8, w. 80-81).

Devovit absentes simulacraque cerea figit ["Ona śmierć może sprowadzić nawet na nieobecnych: lepi z wosku ich podobizny i nieszczęśliwcom wbija cienkie igły w wątrobę"]; przekład Wandy Markowskiej, Kraków 1986, s. 57] (Owidiusz, list Hypsipyle do Jazona [Heroidy, list 6], w. 91). Takie zaklęcia, choć same w sobie bezskuteczne, mogły wpłynąć na stan ducha Germanika, pogarszając jego chorobę (Tacyt, Roczniki, ks. II, r. 69-70).

51 [Johannes Theophilus, czyli Johann Gottlieb] Heineccius, Antiquitates iuris Romani [właściwie Antiquitatum Romanarum iurisprudentiam illustrantium syntagma, Strasburg 1741-1755 lub Frankfurt 1771 (I wydanie - Halle 1718)], t. II, s. 353 itd. Kodeks Teodozjusza, ks. IX, tyt. 7 z komentarzem Godefroya [chodzi tu o cudzołóstwo].

52 Okrutne prześladowania w Rzymie i Antiochii opisują, najprawdopodobniej wyolbrzymiając je, Ammian, ks. XXVIII, r. 1 i ks. XXIX, r. 1-2, i Zosimos, ks. IV [r. 13], s. 216-218. Filozofowi Maksymusowi postawiono, nie bez pewnej słuszności, zarzut uprawiania magii (Eunapiusz, Żywoty sofistów [ks. VII, r. 6], s. 88-89), a młody Chryzostom znalazłszy przypadkiem jedną z zakazanych ksiąg uznał, że jest zgubiony (Tillemont, Histoire des empereurs, t. V s. 340).

53 Zobacz sześć ostatnich ksiąg Ammiana, a zwłaszcza portrety obu panujących braci (ks. XXX, r. 8-9 i ks. XXXI, r. 14). Tillemont, t. V s. 12-18 i 127-133, zebrał z dzieł pisarzy całej starożytności świadectwa ich zalet i wad.

54 Młodszy Wiktor [właściwie anonimowy Wyciąg z historii cesarzy, r. 46] twierdzi, że był on valde timidus ["bardzo bojaźliwy"], a jednak stojąc na czele armii okazywał odpowiednią siłę charakteru, jak prawie każdy człowiek w takiej sytuacji. Ten sam historyk [tamże] próbuje dowieść, że gniew Walensa był niegroźny. Ammian [ks. 31, r. 14] z większą dozą szczerości i rozsądku zauważa: incidentia crimina ad contemptam vel laesam principis amplitudinem trahens, in sanguinem saeviebat ["Traktował popełniane przestępstwa jak zniewagę lub obrazę majestatu władcy i srożył się, przelewając krew winnych"].

55 Cum esset ad acerbitatem naturae calore propensior... poenas per ignes augebat et gladios ["Ponieważ wrodzona zapalczywość skłaniała go do surowości... zwiększał kary, posługując się ogniem i mieczem"] (Ammian, ks. XXX, r. 8 i ks. XXVII, r. 7).

56 Uwalniam tu Walensa od zarzutu chciwości, przypisując ją jego urzędnikom. Chciwość jest cechą właściwą raczej ministrom niż królom, w których ta namiętność zazwyczaj wygasa pod wpływem świadomości, że wszystko jest w ich posiadaniu.

57 Czasem wyrok śmierci wypowiadał Walentynian żartobliwym tonem: Аbi, cornes, et muta ei caput, qui sibi mutari provinciam cupit ["Idź, komesie, i przenieś gdzie indziej głowę temu, kto chce, by go przeniesiono z jednej prowincji do drugiej"; Ammian, ks. 29, r. 3]. Ofiarą jego furii padł chłopiec, który zbyt wcześnie spuścił ze smyczy spartańskiego psa myśliwskiego, snycerz, który sporządził polerowany pancerz ważący o ułamek uncji mniej, niż należało, i wielu innych.

58 "Niewinnymi z Mediolanu" [otaczanymi po śmierci czcią przez starożytnych chrześcijan] byli agent cesarski i trzej słudzy publiczni, których Walentynian skazał za to, że pozwali kogoś przed sąd. Ammian, ks. XXVII, r. 7, wyraża osobliwe przekonanie, że wszystkich, którzy zostali niesłusznie straceni, chrześcijanie czcili jako męczenników. Milczenie tego bezstronnego historyka nie pozwala nam uwierzyć, że komes domowników cesarskich Rodanus został spalony żywcem za wyrządzoną komuś krzywdę (Kronika paschalna [napisana w latach 630-640], s. 302 [w wydaniu Ducange'a] (zob. wyżej, przypis 1), Paryż 1688, s. 558 w wydaniu Ludwiga Dindorfa, Bonn 1832 (olimpiada 287, r. 369 po Chrystusie)]).

59 Ut bene meritam in sylvas iussit abire Innoxiam ["Kazał Niewinność za jej zasługi odesłać do lasu"] (Ammian, ks. XXIX, r. 3 z komentarzem Valesiusa).

60 Kodeks Justyniana, ks. VIII, tyt. 52, prawo 2: Unusquisque sobolem suam nutriat. Quod si exponendam putaverit, animadversioni, quae constituta est, subiacebit ["Niech każdy wychowuje swe potomstwo. Jeśliby zaś ktoś postanowił porzucić noworodka, będzie podlegał ustanowionej karze"]. Na razie nie będę się mieszał do sporu między [Gerardem] Noodtem [Julius Paulus sive de partus expositione et nece apud veteres, Lejda 1700, i Arnica responsio ad difficultates... nuper motas a... Cornelio van Bijnkershoek, Lejda 1704] oraz [Cornelisem van] Bijnkershoekiem [Curae secundae de iure occidendi et exponendi liberos apud veteres Romanos, Lejda 1723] o to, do jakiego stopnia i w jak długim przeciągu czasu prawo, filozofia i cywilizująca społeczeństwo kultura potępiały lub likwidowały te sprzeczne z naturą praktyki.

61 Te niezwykle pożyteczne instytucje omawia Kodeks Teodozjusza, ks. XIII, tyt. 3 (De professoribus et medicis) i ks. XIV, tyt. 9 (De studiis liberalibus urbis Romae). Tu naszym przewodnikiem może być nie tylko - jak zwykle w takich sprawach - Godefroy, lecz również [Pietro] Giannone, Istoria di Napoli [pełny tytuł: Istoria civile del regno di Napoli, Neapol 1723 i wiele późniejszych wydań], t. I, s. 105-111, który podchodzi do tego ciekawego tematu z zapałem i ciekawością literata badającego historię własnego kraju.

62 Kodeks Teodozjusza, ks. I, tyt. 11 wraz z komentarzem Paratitlon Godefroy, w którym są skrupulatnie zebrane odpowiednie ustępy z reszty kodeksu.

63 Trzem linijkom Ammiana, ks. XXXI, r. 14, odpowiada u Temistiusza, mowa 8, s. 101-120 [zob. wyżej, przypis 10], cała przemowa pełna pochlebstw, pedanterii i umoralniających komunałów. Elokwentny monsieur [Antoine Léonard] Thomas [Essai sur les éloges, ou histoire de la littérature et de l'éloquence, r. 21, Oeuvres, Paryż 1773], t. I, s. 366-396 [właściwie s. 323-348], dla rozrywki wysławia zalety i talent Temistiusza, pisarza, na jakiego w pełni zasługiwała epoka, w której żył.

64 Zosimos, ks. IV [r. 3], s. 202; Ammian, ks. XXX, r. 9. Być może walce z kosztownymi nadużyciami władzy zawdzięcza Walentynian pochwałę: in provinciales admodwn parais, tributorum ubique molliens sarcinas ("bardzo oszczędzał mieszkańców prowincji i łagodził wszędzie ciężary danin"). Niektórzy jego oszczędność nazywali chciwością (Hieronim, Kronika [rok 2382 od Abrahama = 369 po Chrystusie], s. 186 [w wydaniu Józefa Justusa Scaligera, Lejda 1606 i 1658]).

65 Testes sunt leges a me in exordio imperii mei datae, quibus mimique, quod animo imbibisset, colendi libera facultas tributa est ["Świadczą o tym prawa, które ogłosiłem na początku swego panowania, nadające każdemu wolność sprawowania takich kultów, które uzna w duchu za słuszne"] (Kodeks Teodozjusza, ks. IX, tyt. 16, prawo 9. Do tej deklaracji Walentyniana możemy dołączyć rozmaite świadectwa Ammiana, ks. XXX, r. 9, Zosimosa, ks. IV [r. 3], s. 204, i Sozomena, ks. VI, r. 7 i 21. [Cesare] Baronius, Annales ecclesiastici [I wyd. 1588-1603], rok 370, nr 129-132, i rok 376, nr 3-4, rzecz jasna, krytykuje taką rozumną tolerancję.

66 Eudoksus był z natury łagodny i bojaźliwy. Gdy chrzcił Walensa (w r. 367), musiał już być bardzo stary, gdyż 55 lat wcześniej studiował teologię u Lucjana, uczonego i pobożnego męczennika (Filostorgiusz, ks. II, r. 14-16 i ks. IV, r. 4, zob. Godefroy, s. 82 i 206, oraz Tillemont, Mémoires ecclésiastiques, t. V, s. 474-480).

67 Grzegorz z Nazjanzu, mowa 25 [w dzisiejszych wydaniach 33, r. 2], s. 432 [Paryż 1630; PG, t. XXXVI, kol. 216-217], atakuje okazywany przez arian zapał do prześladowań, uważając go za nieomylny znak błędu i herezji.

68 Ten zarys ustroju Kościoła za Walensa zaczerpnięto z dzieł Sokratesa, ks. IV, Sozomena, ks. VI, Teodoreta, ks. IV i z ogromnych kompilacji Tillemonta, zwłaszcza t. VI, VIII i IX.

69 Te same podejrzenia powziął i odnotował Jortin, Remarks on Ecclesiastical History, t. IV, s. 78.

70 Ta refleksja narzuca się z taką siłą i oczywistością, że Orozjusz, ks. VII, r. 32-33, przesuwa prześladowania, umieszczając je w okresie po śmierci Walentyniana. Sokrates, ks. III (właściwie IV], r. 32, ze swej strony przypuszcza, że położyła im kres mowa filozoficzna, którą wygłosił w roku 374 Temistiusz (zachowana tylko po łacinie mowa 12, s. 154 [w wydaniu Ludwiga Dindorfa, Lipsk 1832, jest jej grecki oryginał]). Ta niezgodność opinii zmniejsza wiarygodność i ogranicza trwanie prześladowań Walensa.

71 Tillemont, Mémoires ecclésiastiques, t. VIII, s. 153-167, którego dzieło tu streszczam, wydobył wzmianki dotyczące rzeczywistego stanu rzeczy z panegiryków obu Grzegorzy, brata i przyjaciela Bazylego [czyli Grzegorza z Nyssy, Mowa pogrzebowa na cześć własnego brata, Bazylego Wielkiego, PG, t. XLVI, kol. 788-817, i Grzegorza z Nazjanzu, mowa 43, PG, t. XXXVI, kol. 493-606]. Listy samego Bazylego (Dupin [Louis Ellies Du Pin], Biblioth?que ecclésiastique [pełniejszy tytuł: Biblioth?que universelle de tous les auteurs ecclésiastiques, Paryż 1686-1696], t. II, s. 155-180), nie podsuwają nam obrazu bardzo gwałtownych prześladowań.

72 Basilius Caesariensis, episcopus Cappadociae, clarus habetur, ...qui multa continentiae et ingenii bona uno superbiae mało perdidit ["Sławny jest Bazyli z Cezarei, biskup Kapadocji... który wiele zalet wynikających z opanowania i z wrodzonych zdolności zmarnował za sprawą jednej wady - pychy", Hieronim, Kronika, rok 2392 od Abrahama (= 376 po Chrystusie)]. Ten pozbawiony szacunku ustęp idealnie odpowiada stylowi i charakterowi św. Hieronima. Nie pojawia się on w sporządzonym przez [Józefa Justusa] Scaligera wydaniu Kroniki [Lejda 1606 i Amsterdam 1658], lecz Isaac Vossius znalazł go w pewnych starych rękopisach, których nie próbowali ulepszać mnisi.

73 Ta szlachetna instytucja dobroczynna, będąca niemal nowym miastem, górowała - jeśli nie wielkością, to celowością - nad piramidami i murami Babilonu. Szpital zbudowano głównie z myślą o trędowatych (Grzegorz z Nazjanzu, mowa 20 [w dzisiejszych wydaniach 43, r. 63], s. 439 [Paryż 1630]).

74 Kodeks Teodozjusza, ks. XII, tyt. 1, prawo 63. Godefroy, t. IV, s. 409-413, występuje zarazem w roli komentatora i adwokata. Tillemont, Mémoires ecclésiastiques, t. VIII, s. 808, zakłada istnienie drugiego prawa, chcąc w ten sposób usprawiedliwić swych przyjaciół, wyznawców ortodoksji, którzy zniekształcili sens edyktu Walensa, przemilczając panującą wówczas wolność wyboru.

75 [Jean Baptiste Bourguignon] d'Anville, Description d'Egypte [zapewne Mémoires sur l'Egypte ancienne et moderne, Paryż 1766], s. 74. W dalszej części dzieła zajmę się klasztorami.

76 Sokrates, ks. IV, r. 24-25; Orozjusz, ks. VII, r. 23; Hieronim, Kronika, s. 189 i t. II, s. 212. Mnisi egipscy dokonali wielu cudów dowodzących prawdziwości ich wiary. "Zgoda - mówi Jortin, Remarks, t. IV, s. 79 - ale co dowodzi prawdziwości tych cudów?"

77 Kodeks Teodozjusza, ks. XVI, tyt. 2, prawo 20. Godefroy, t. VI, s. 49, idąc za wzorem Baroniusa, bezstronnie przytacza wszystko, co ojcowie Kościoła mówią o tej ważnej ustawie, której ducha dużo później wskrzeszali cesarz Fryderyk II, król angielski Edward I i inni władcy chrześcijańscy, którzy rządzili po XII wieku.

78 Wyrażenia, których tu używam, są słabe i umiarkowane w porównaniu z gwałtownymi inwektywami Hieronima, t. I, s. 13, 45 i 144 itd. [wydanie benedyktyńskie, Paryż 1693-1706; list 52, r. 6, list 125, r. 19, list 22, r. 28]. Jemu z kolei zarzucano winę, którą przypisywał swym zakonnym braciom: jako sceleratus ["zbrodniarz"] i versipellis ["obłudnik"] był on publicznie oskarżany o związek miłosny z wdową Paulą (t. II, s. 363). Bez wątpienia cieszył się on sympatią zarówno matki jak i córki, lecz oświadcza, że nigdy nie wykorzystał swego wpływu na nie dla jakiejkolwiek korzyści osobistej lub przyjemności zmysłowej.

79 Pudel dicere, sacerdotes idolorum, minii et aurigae, et scoria haereditates capiunt; solis clericis ac monachis hac lege prohibetur. Et non prohibetur a persecutoribus, sed a principibus Christianis. Nec de lege queror, sed doleo, cur meruerimus hanc legem ["Wstyd mówić: kapłani bałwanów, aktorzy, woźnice i nierządnice otrzymują spadki; jedynie duchownym i mnichom zakazuje tego ustawa wydana nie przez prześladowców, ale przez władców chrześcijańskich. I nie użalam się na ustawę, lecz boleję, że zasłużyliśmy na nią", przekład Jana Czuja, święty Hieronim, Listy, t. I, Warszawa 1952, s. 337; w dzisiejszych wydaniach zamiast hac lege prohibetur ("zakazuje owa ustawa") drukuje się hoc lege prohibetur ("zakazuje tego ustawa")]. Hieronim, t. I, s. 13 [list 52, r. 6], daje dyskretnie do zrozumienia, na czym polegały sekretne zamiary jego patrona Damazego.

80 Trzy słowa Hieronima, t. II, s. 109: sanctae memoriae Damasus [świętej pamięci Damazy], wybielają postać biskupa i zaślepiają pobożne spojrzenie Tillemonta, Mémoires ecclésiastiques, t. VIII, s. 386-424.

81 Sam Hieronim musi przyznać, że miały miejsce cnidelissimae interfectiones diversi sexus perpetratae ["niezwykle okrutne zabójstwa mężczyzn i kobiet"] (Kronika [rok 2383 od Abrahama = 370 po Chrystusie], s. 186). W trudny do wyjaśnienia sposób przetrwał do dziś libellus, czyli zażalenie dwóch księży z przeciwnego stronnictwa. Twierdzą oni, że spalono drzwi do bazyliki i zdjęto dachówki z dachu; że Damazy maszerował na czele wiernego mu duchowieństwa, grabarzy, woźniców rydwanów wyścigowych i wynajętych gladiatorów; że nie zginął nikt ze stronników Damazego, natomiast znaleziono potem 160 trupów. Zażalenie to opublikował p?re [Jacques] Sirmond [1559-1651]. Można je znaleźć w pierwszym tomie jego dzieł [Opera varia, Paryż 1696].

82 Bazylika Sycininusa albo Liberiusza to prawdopodobnie kościół Santa Maria Maggiore na Eskwilinie (Baronius, rok 367, nr 3, i [Aleksander] Donatus, Roma antiqua et nova [właściwie Roma v?tus et recens utriusque aedificiis ad eruditam cognitionem expositis, Rzym 1639; jak podaje David Womersley w swojej edycji The History of the Decline and Fall of the Roman Empire, Londyn 1994, Gibbon miał oprócz I wydania wydanie rzymskie z roku 1738]), ks. IV, r. 3, s. 462).

83 Wrogowie Damazego nadali mu przydomek auriscalpius matronarum, "ten, kto drapie damy w ucho".

84 Grzegorz z Nazjanzu, mowa 32 [w dzisiejszych wydaniach 42, r. 24], s. 536 [Paryż 1630], opisuje przepych i wystawność życia prałatów panujących w miastach cesarskich, ich pozłacane powozy, ogniste rumaki, liczną świtę itd. Tłum schodził każdemu z nich z drogi jak dzikiej bestii.

85 Ammian, ks. XXVII, r. 3. Perpetuo numini verisque eius cultoribus. Politeista Ammian okazuje tu niezrównaną zdolność naginania swych pojęć.

86 Ammian, który bezstronnie opisuje prefekturę Pretekstata (ks. XVII, r. 9), mówi o nim: praeclarae indolis gravitatisque senator ["senator odznaczający się wspaniałymi zdolnościami i powagą"] (ks. XXII, r. 7 z komentarzem Valesiusa). Ciekawa inskrypcja ([Janus] Gruterus [Inscriptiones antiquae totius orbis Romani, Amsterdam 1707], inskrypcja MCII, nr 2 [= Corpus inscriptionum Latinarum, Lipsk i Berlin 1862-1943, t. VI, nr 1778]) wymienia w dwóch kolumnach piastowane przez niego godności religijne i państwowe. W tej pierwszej sferze swej działalności był pontyfikiem Słońca i Westy, augurem, kwindecemwirem, hierofantem itd., itd. W tej drugiej: 1. quaestor candidatus [kwestorem mającym za zadanie odczytywać publicznie mowy cesarza i jego odpowiedzi na petycje]; funkcja ta była zapewne tylko honorowa; 2. pretorem; 3. namiestnikiem Toskanii i Umbrii; 4. konsularnym namiestnikiem Luzytanii; 5. prokonsulem Achai; 6. prefektem Rzymu; 7. prefektem pretorianów w Italii i 8. w Ilirii; 9. konsulem-elektem; nie objął jednak urzędu, gdyż zmarł przed początkiem 385 roku (Tillemont, Histoire des empereurs, t. V, s. 241 i 736).

87 Facite me Romanae urbis episcopum et eroprotinus Christianus (Hieronim, t. II, s. 165 [Przeciw Janowi, biskupowi Jerozolimy, r. 8, Patrologia Latina (PL), wydał Jacques Paul Migne, Paryż 1857-1866, t. XXIII, kol. 361]). Jest więcej niż prawdopodobne, że Damazy nie zapłaciłby takiej ceny za nawrócenie Pretekstata.

88 Ammian, ks. XXVI, r. 5. Valesius dodaje tu długi i cenny przypis o funkcji naczelnika urzędów cesarskich (magister officiorum).

89 Ammian, ks. XXVII, r. 1; Zosimos, ks. IV [r. 9], s. 208. Hańbę, która spotkała Batawów, przemilcza Ammian, współczesny im żołnierz, mając wzgląd na honor armii. Takich skrupułów nie miał Zosimos, grecki retor z następnego stulecia.

90 [Jean Baptiste Bourguignon] d'Anville, Notice de l'ancienne Gaule [tirée des monumens romains, Paryż 1760], s. 587. Choć u Ammiana nie pada nazwa Mozeli, Mascou [Johann Jakob Mascov], History of the Ancient Germans [przekład Thomasa Leliarda, Londyn 1737-1738, dzieła pt. Geschichte der Teutschen bis zu Anfang der fränkischen Monarchie, Lipsk 1726-1737], ks. VII, r. 2, dostrzegł, że musi tu chodzić o tę rzekę.

91 Bitwy te opisują Ammian, ks. XXVII, r. 2, i Zosimos, ks. IV [r. 9], s. 209, który zakłada, że Walentynian był obecny na polu walki.

92 Studio sollicitante nostrorum occubuit ["Został zabity za poduszczeniem naszych ludzi"] (Ammian, ks. XXVII, r. 10).

93 Wyprawę Walentyniana opisuje Ammian, ks. XXVII, r. 10. Sławi ją Auzoniusz, Mozela, w. 421- 426, nierozsądnie twierdząc, że Rzymianie nie znali wcześniej źródeł Dunaju.

94 Immanis enim natio, iam inde ab incunabulis primis varietate casuum imminuta, ita saepius adolescit, ut fuisse longis saeculis aestimetur intacta ["Gdyż ten ogromny naród, już od samej kolebki dziesiątkowany przez rozmaite koleje losu, często tak wzrasta w siłę, że mogłoby się wydawać, iż przez długie wieki był nietknięty"] (Ammian, ks. XXVIII, r. 5). De Buat [Louis Gabriel hrabia du Buat], Histoire [ancienne] des peuples de l'Europe [Paryż 1772), t. VI, s. 370, uważa za przyczynę mnogości Alemanów to, że chętnie przyjmują do swego ludu cudzoziemców.

95 Ammian, ks. XXVIII, r. 2; Zosimos, ks. IV [r. 16], s. 214. Młodszy Wiktor [właściwie anonimowy Wyciąg z historii cesarzy, r. 45] wspomina o talentach Walentyniana w dziedzinie mechaniki: nova arma meditari, fingere terra seu limo simulacra ["obmyślał nowe rodzaje broni, sporządzał figury z ziemi lub gliny"].

96 Bellicosos et pubis immensae viribus affluentes, et ideo metuendos finitimis universis ["Byli waleczni i rozporządzali zastępami niezliczonej młodzieży, dlatego też budzili postrach u wszystkich sąsiednich ludów"] (Ammian, ks, XXVIII, r. 5).

97 Zawsze mam skłonność do podejrzewania historyków i podróżników o to, że nadają wyjątkowym zdarzeniom rangę ogólnych praw. Ammian twierdzi, że podobny zwyczaj panował w Egipcie, a Chińczycy przypisywali go mieszkańcom Tatsin, czyli cesarstwa rzymskiego ([Joseph] de Guignes, Histoire des Huns [pełny tytuł: Histoire générale des Huns, Turcs, Mogols et autres Tartares occidentaux, Paryż 1756-1758], t. II, część I, s. 79).

98 Salinarum finiumque causa Alemannis saepe iurgabant ["Wadzili się często z Alemanami o kopalnie soli i o granice"] (Ammian, ks. XXVIII, r. 5). Być może spierali się o prawo do Sali, rzeki, z której uzyskiwano sól, będącej od wieków przedmiotem niezgody. Tacyt, Roczniki, ks. XIII, r. 57 z komentarzem [Justusa] Lipsiusa [I wydanie - Antwerpia 1574].

99 Iam inde temporibus priscis sobolem se esse Romanam Burgundi sciunt ("Już od dawnych czasów Burgundowie wiedzą o swym rzymskim pochodzeniu"). Ta niejasna tradycja stopniowo przekształciła się w staranniej obmyślaną opowieść (Orozjusz, ks. VII, r. 32). Zadaje jej kłam rozstrzygający autorytet Pliniusza [Starszego], który opisał historię Druzusa [w zaginionym dziele Wojny germańskie] i służył w Germanii (Pliniusz Młodszy, Listy, ks. III, list 5) mniej niż sześćdziesiąt lat po śmierci tego bohatera: Germanorum genera quinque: Vindili, quorum pars Burgundiones etc. [Jest pięć narodów germańskich: Windilowie, których część stanowią Burgundowie itd.] ([Pliniusz Starszy] Historia naturalna, ks. IV r. 28).

100 Wojny i rokowania z Burgundami i Alemanami opisuje szczegółowo Ammian, ks. XXVIII, r. 5, ks. XXIX, r. 4 i ks. XXX, r. 3. Orozjusz, ks. VII, r. 32, i kroniki Hieronima i Kasjodora [napisana w roku 519] ustalają niektóre daty i dodają pewne okoliczności.

101 'E?? ??? ?????? ??? ????????? ?????????? ??????? ["Na nasadzie Półwyspu Cymbryjskiego Sasi", Ptolemeusz, Geografia, ks. II, r. 10]. Na północnym krańcu półwyspu (jest to "Przylądek Cymbryjski", o którym pisze Pliniusz [Starszy, Historia naturalna], ks. IV, r. 27) umieszcza Ptolemeusz pozostałych tam jeszcze Cymbrów. Obszar między Sasami a Cymbrami zapełnia on sześcioma słabo znanymi plemionami, które już w szóstym wieku były zjednoczone, tworząc naród Duńczyków ([Philippe] Cluvier, Germania Antiqua [Lejda 1619 i 1631], ks. III, r. 21-23).

102 Monsieur d'Anville, Etablissement des états de l'Europe itd. [właściwie Etats formés en Europe apr?s la chute de l'empire romain en Occident, Paryż 1771], s. 19-26, wytyczył daleko sięgające granice Saksonii za czasów Karola Wielkiego.

103 Flocie Druzusa nie udało się przepłynąć przez Sund (zwany Słupami Herkulesa w związku z uderzającym podobieństwem do tamtej cieśniny) ani nawet doń się zbliżyć; już nigdy nie podjęto na nowo tej wyprawy morskiej (Tacyt, Germania, r. 34). Wiedzę o żeglarskich plemionach mających w swej władzy Bałtyk (r. 44-45) zyskali Rzymianie podczas lądowych podróży w poszukiwaniu bursztynu.

104 Quin et Aremoricus piratam Saxona tractus

Sperabat, cui pelle salum sulcare Britannum

Ludus, et assuto glaucum mare findere lembo

["Również obszar Armoryki czekał na s a s k i c h piratów, dla których igraszką jest pruć łodzią zszytą ze skóry szarozieloną, słoną toń Morza Brytyjskiego"]. (Sydoniusz [Apollinaris], Panegiryk na cześć Awitusa, w. 369-371). Cezar z właściwą sobie przemyślnością zbudował do jednokrotnego użytku łodzie na wzór tych prymitywnych, lecz lekkich czółen, których używali też mieszkańcy Brytanii (O wojnie domowej, ks. I, r. 51, i Guichardt [Karl Gottlieb Guischardt], Nouveaux mémoires militaires [właściwie Mémoires critiques et historiques sur plusieurs points d'antiquités militaires, Berlin 1773], t. II, s. 41-42). Cezar zdumiałby się, widząc dzisiejsze brytyjskie okręty.

105 Najlepszą źródłową relację o piratach saskich można znaleźć u Sydoniusza Apollinarisa, ks. VIII, list 6, s. 223 w wydaniu [Jacques'a] Sirmonda [Paryż 1652], a najlepszy komentarz u [Jeana Baptiste'a] Dubosa, Histoire critique de [l'établissement de] la monarchie françoise [dans les Gaules, Paryż 1742 (I wydanie - Amsterdam 1734)], t. I, ks. I, r. 16, s. 148-155 oraz s. 77.

106 Ammian, ks. XXVIII, r. 5, usprawiedliwia to wiarołomstwo w stosunku do piratów i zbójców, a Orozjusz, ks. VII, r. 32, wyraźniej przedstawia ich rzeczywistą winę: virtute atque agilitate terribiles ["budzący strach swym męstwem i ruchliwością"].

107 Symmach, ks. II, list 46, wciąż jeszcze ośmiela się wspominać święte imiona Sokratesa i filozofii. Sydoniusz, który był biskupem Clermont, mniej naraża się na zarzut niekonsekwencji, gdy potępia ofiary ludzkie składane przez Sasów (ks. VIII, list 6).

108 Na początku zeszłego wieku uczony [William] Cambden [lub Camden, Britannia, Londyn 1586; jak podaje Womersley, Gibbon miał wydanie londyńskie z roku 1607 i przekład Edmunda Gibsona, Londyn 1753] uznał, że musi z pełnym szacunku sceptycyzmem podważyć opowieść o Trojańczyku Brutusie [przodku Brytów], Teraz ów Brutus jest pogrzebany w zupełnym zapomnieniu wraz ze Skotą, córką faraona, i jej licznym potomstwem. Dowiedziałem się jednak, że wśród rodowitych Irlandczyków można nadal znaleźć tych, którzy dają wiarę legendzie o kolonii założonej tam przez mieszkańców Miletu. Naród niezadowolony z obecnego położenia przyjmie z aprobatą każdą wizję swej przeszłej czy przyszłej chwały.

109 Co prawda Tacyt, a raczej jego teść Agrykola, zauważa, że niektóre plemiona brytyjskie przypominają z wyglądu mieszkańców Germanii lub Hiszpanii, lecz z ich trzeźwych przemyśleń wynikało następujące przekonanie: In Universum tarnen aestimanti Gallos vicinum solum occupasse credibile est. Eorum sacra deprehendas... Senno hand multum diversus ["Sądząc jednak na ogół, jest rzeczą prawdopodobną, że Galowie zajęli sąsiednią wyspę. Spotyka się tam ich święte obrzędy... Mowa niewiele się różni", przekład Seweryna Hammera, Tacyt, Dzieła, t. II, Warszawa 1957, s. 300] (Żywot Agrykoli, r. 11). Cezar, O wojnie galijskiej, ks. VI, r. 13, dostrzegł, że łączy ich wspólna religia; w jego czasach migracja z Galii Belgijskiej była niedawnym wydarzeniem, a w każdym razie faktem historycznym (ks. V, r. 10). Cambden, ten brytyjski Strabon, skromnie ustala prawdziwość naszych rzeczywistych początków (Britannia [przekład Edmunda Gibsona, Londyn 1753], t. I, wstęp, s. II-XXXI).

110 Na przewodników po ciemnych i niepewnych szlakach starożytnych dziejów Kaledonii wybrałem sobie dwóch uczonych i bystrych górali, którzy z racji swego urodzenia i wykształcenia szczególnie się nadawali do tej funkcji (Dr John Macpherson [1710-1765], Critical Dissertation on the Origin, Antiquities, Language, Government, Manners and Religion of the Caledonians, Londyn 1768, in quarto, i James Macpherson, Introduction to the History of Great Britain and Ireland [wydanie III], Londyn 1773, in quarto). Dr Macpherson był pastorem na wyspie Skye. Dobrze świadczy o dzisiejszych czasach, że dzieło, w którym stale przejawia się erudycja i zmysł krytyczny autora, powstało na najodleglejszej wyspie z archipelagu Hebrydów.

111 Teorię o irlandzkim pochodzeniu Szkotów wskrzesił, ratując ją przed groźbą ostatecznego uwiądu, jej gorliwy zwolennik, pastor [John] Whitaker, History of Manchester [Londyn 1771-1775], t. I, s. 430-431, i Genuine History of the Britons Asserted [Londyn 1772], s. 154-293. Przyznaje on jednak, 1. że Szkoci wspominani przez Ammiana (w roku 340) mieli już swe siedziby w Kaledonii i że u autorów rzymskich nie można znaleźć żadnej wzmianki o ich przybyciu z innego kraju; 2. że wszelkie relacje o takich wędrówkach, głoszone lub przytaczane przez irlandzkich bardów, szkockich historyków lub angielskich badaczy starożytności ([George'a] Buchanana [Rerum Scoticarum historia, Edynburg 1582], [Williama] Cambdena [Britannia], [Jamesa] Ushera [lub Usshera, Britannicarum ecclesiarum antiquitatis historia, Dublin 1639; jak podaje Womersley, Gibbon korzystał z wydania londyńskiego z roku 1687], [Edwarda] Stillingfleeta [Origines Britannicae, or Antiquities of the British Churches, Londyn 1685] itd.) mają charakter całkowicie bajeczny; 3. że trzy spośród wspomnianych przez Ptolemeusza (w roku 150) plemion irlandzkich wywodziły się z Kaledonii; 4. że młodsza gałąź dynastii książąt kaledońskich, z rodu Fingala, objęła i sprawowała władzę królewską nad Irlandią. Jeśli wziąć pod uwagę te ustępstwa, pozostałe różnice poglądów między Whitakerem a jego oponentami stają się drobne i nieistotne. Opowiedziana przez niego "prawdziwa historia" o kuzynie Osjana, niejakim Fergusie, który w roku 320 przeniósł się z Irlandii do Kaledonii, opiera się na nie znanych wcześniej poematach staroszkockich, których autentyczność jest wątpliwa [chodzi o Pieśni Osjana, ogłoszone w latach 1762 i 1763 utwory Jamesa Macphersona; autor twierdził, że są to odkryte przez niego zabytki poezji celtyckiej], i na niepewnym świadectwie czternastowiecznego zakonnika, Ryszarda z Cirencester. Żywy temperament uczonego i bystrego badacza starożytności kazał mu zapomnieć o naturze zagadnienia, które z taką pasją omawia i z taką stanowczością rozstrzyga.

112 Hyeme tumentes ac saevientes undas calcastis Oceani sub remis vestris; ...insperatam imperatoris faciem Britannus expavit ["Biliście wiosłami we wzburzone sztormem, srożące się fale oceanu; ...Brytowie przerazili się ujrzawszy niespodziewanie cesarza"], Juliusz Firmikus Maternus, O błędzie religii pogańskich, wydanie [Jakoba] Gronoviusa jako dodatek do [Oktawiusza] Minucjusza Feliksa [Lejda 1709], s. 464. Tillemont, Histoire des empereurs, t. IV, s. 336.

113 Libaniusz, Mowa nagrobna dla Juliana [= mowa 18], r. 39, s. 264 [zob. wyżej, przypis 9]. Тen ciekawy ustęp przeoczyli nasi skrupulatni badacze starożytności brytyjskich.

114 Kaledończycy chwalili cudzoziemskie złoto, rumaki, lampy itd. i marzyli o ich posiadaniu, [Hugh] Blair, Dissertation on Ossian [pełny tytuł A Critical Dissertation on the Poems of Ossian, the Son of Fingal, Londyn 1763], t. II, s. 343, i wstęp [Johna] Macphersona [Critical Dissertation..., zob. wyżej, przypis 110], s. 242.

115 Lord [George] Lyttelton, History of Henry II [pełny tytuł: The History of the Life of King Henry II and of the Age in Which He Lived, Londyn 1769-1772], t. I, s. 182, szczegółowo opisuje, a sir David Dalrymple, Annals of Scotland [Edynburg 1776-1779], t. I, s. 69, mimochodem wspomina pewien barbarzyński najazd Szkotów w czasach, gdy prawo, religia i życie społeczne musiały już złagodzić ich prymitywne obyczaje (w roku 1137).

116 Attacotti, bellicosa hominum natio ["Attakottowie, wojowniczy naród"], Ammian, ks. XXVII, r. 8. [William] Cambden, [Britannia], wstęp, s. CLII, poprawia tekst Hieronima, przywracając ich właściwą nazwę. Widziane przez Hieronima w Galii oddziały Attakottów obozowały później w Italii i Ilirii (Notifia dignitatum [Spis urzędów, sporządzony około roku 400], § 8, 39, 40 [dziś używa się wydania O. Seecka z roku 1876]).

117 Cum ipse adolescentulus in Gallia viderim Attacottos (lub Scotos), gentem Britannicam, humants vesci camibus, et cum per silvas porcorum greges et armentorum pecudumąue reperiant, pastorum nates et feminarum pap i Has solere abscindere et has solas ciborum delicias arbitrari ["Sam we wczesnej młodości widziałem w Galii, jak Attakottowie, plemię brytyjskie, żywili się ludzkim mięsem; znajdując w lasach stada świń i bydła, obcinali p o ś l a d k i pasterzom, a p i e r s i kobietom i tylko to uważali za znakomite pożywienie"]. Takie jest świadectwo Hieronima [Przeciw Jowinianowi, ks. II, r. 7], t. II, s. 75 [PL, t. XXIII, kol. 308-309], którego prawdziwości nie mam powodu kwestionować.

118 Ammian, ks. XX, r. 1, ks. XXVI, r. 4, ks. XXVII, r. 8, ks. XXVIII, r. 3, zwięźle przedstawia cały przebieg wojny w Brytanii.

119 Horrescit... ratibus... impervia Thule.

Ille... пес falso nomine Pictos

Edomuit, Scotumque vago mucrone secutus

Fregit Hyperboreas remis audacibus undas

["Drży przed nim Tule, niedostępna dla statków. Ujarzmił on Piktów (czyli Malowanych), słusznie noszących to imię, i wędrując z mieczem w pogoni za Szkotami, rozbijał śmiałymi wiosłami fale hiperborejskie"], Klaudian, Panegiryk na trzeci konsulat Honoriusza, w. 53-56.

Maduerunt Saxone fuso

Orcades, incaluit Pictorum sanguine Thule,

Scotorum tumulos flevit glacialis Ieme

["Orkady przesiąkły krwią powalonych Sasów, Tule stała się ciepła od krwi Piktów, lodowata Ierne (w dzisiejszych wydaniach Iverne) płakała nad mogiłami Szkotów"], Klaudian, Panegiryk na czwarty konsulat Honoriusza, SN. 31-33. Zob. też Pakatus [panegiryk na cześć Teodozjusza] w Dawnych panegirykach łacińskich, paneg. 12, r. 5. Nie jest łatwo jednak ocenić, ile prawdy zawiera się w pochlebstwach i przenośniach. Wystarczy porównać brytyjskie triumfy Bolanusa (Stacjusz, Sylwy, ks. V, utwór 2) z prawdziwym obrazem tej postaci (Tacyt, Żywot Agrykoli, r. 16).

120 Ammian często wspomina o concilium annuum, legitimum ["dorocznym, nakazanym prawem zgromadzeniu"] itd. tych miast. Leptis i Sabrata są od dawna w ruinie, lecz miasto Oea, ojczyzna Apulejusza, nadal rozkwita pod zapożyczonym od prowincji mianem Trypolisu. Cellarius, Geographia antiqua, t. II, część II, s. 81; [Jean Baptiste Bourguignon] d'Anville, Géographie ancienne [Paryż 1768], t. III, s. 71-72; Marmol, Afrique [L'Afrique de Louis de Marmol, przekład Perrota d'Ablancourt, Paryż 1667, dzieła Luisa Marmola y Carvajal, Descripción general de Africa, Grenada y Malaga 1573-1599], t. II, s. 562.

121 Ammian, ks. XXVIII, r. 6. Tillemont, Histoire des empereurs, t. V, s. 25 i 676, omawia trudności chronologiczne związane z osobą komesa Romanusa.

122 Chronologia Ammiana jest nieścisła i niejasna. Natomiast Orozjusz, ks. VII, r. 33, s. 551 w wydaniu [Siwarta] Havercampa [Sigeberta Havercampiusa, Lejda 1738], wydaje się sądzić, że bunt Firmusa miał miejsce po śmierci Walentyniana i Walensa. Tillemont, Histoire des empereurs, t. V, s. 691, posuwa się tu własnym szlakiem. Temu cierpliwemu, pewnie stąpającemu mułowi alpejskiemu można ufać nawet na najbardziej śliskich ścieżkach.

123 Ammian, ks. XXIX, r. 5. Tekst tego długiego (liczącego 15 stron in quarto) rozdziału jest pełen luk i zepsuć, a jego treść trudno zrozumieć wskutek braku chronologicznych i geograficznych punktów odniesienia.

124 Ammian, ks. XXVIII, r. 4; Orozjusz, ks. VII, r. 33, s. 551-552. Hieronim, Kronika [rok 2392 od Abrahama = 379 po Chrystusie], s. 187.

125 Leon Afrykańczyk [Joannes Leo Africanus, czyli Hasan ibn Muhammad Wazzani al Fasi, geograf arabski z Grenady, 1483-1552, autor Opisu Afryki, który sam przełożył z arabskiego na włoski] ([Giovanni Battista] Ramusio [Navigationi et], Viaggi [Wenecja 1550-1559], t. I, s. 78-83), naszkicował ciekawy obraz tego ludu i kraju. Dokładniejszy jest opis Marmola, Afrique [zob. wyżej, przypis 120], t. III, s. 1-54.

126 Dzięki postępom starożytnej geografii rozmiary tej nienadającej się do zamieszkania strefy stopniowo zmniejszano od 45 do 24 lub nawet 16 stopni szerokości (William Robertson, History of America [Londyn 1777], t. I, s. 426).

127 Intra, si credere libet, vix iam homines, et magis semiferi... Blemmyes, Satyri itd. ["Wewnątrz, jeśli ktoś chce w to wierzyć, mieszkają już istoty raczej nie ludzkie, lecz na wpół zwierzęce: Blemmyowie (bajeczny lud etiopski bez głowy i oczu, z ustami w tułowiu), Satyrowie...".], Pomponius Mela, [Geografia opisowa], ks. I, r. 4, s. 26 w wydaniu [Isaaca] Vossa in octavo [Franeker (Holandia) 1700; I wydanie, in quarto, Haga 1658]. Pliniusz [Historia naturalna], ks. VI, r. 35, na sposób filozoficzny tłumaczy niezwykłe zjawiska przyrody, których istnienie łatwowiernie uznaje (ks. V, r, 8).

128 Jeśli satyr to orangutan, wielka małpa człekokształtna ([Georges Louis Leclerc hrabia de] Buffon, Histoire naturelle [générale et particuli?re, Paryż 1749-1804], t. XIV, s. 43 i następne), być może żywego przedstawiciela tego gatunku rzeczywiście pokazywano w Aleksandrii za panowania Konstantyna. Jednak nadal dość trudno będzie wyjaśnić rozmowę, którą odbył z jednym z tych pobożnych dzikusów święty Antoni na pustyni tebaidzkiej (Hieronim, t. I, s. 238, Żywot Pawła Pustelnika).

129 Również jednego z tych potworów spotkał święty Antoni. Tezę o ich istnieniu głosił na serio cesarz Klaudiusz. Budziło to śmiech opinii publicznej, lecz ówczesny prefekt Egiptu przypochlebił się cesarzowi, posyłając mu misternie spreparowaną mumię "hippocentaura". Jeszcze prawie sto lat później przechowywano ją w pałacu cesarskim. Pliniusz, Historia naturalna, ks. VII, r. 3, i rozsądne uwagi [Nicolasa] Fréreta [1688-1749], Mémoires de l'Académie, t. VII, s. 321 i następne.

130 Ta bajeczna opowieść o Pigmejach pojawia się już u Homera, Iliada, ks. III, w. 6. Pigmeje indyjscy i etiopscy byli trispithami ["wysocy na trzy piędzi"], czyli mieli 27 cali wzrostu. Na wiosnę każdego roku ich kawaleria jechała na baranach i kozłach w szyku bitewnym, aby niszczyć jaja żurawi, aliter - powiada Pliniusz - futuris gregibus non resisti ["nie stawiają w inny sposób oporu mającym się narodzić stadom ptaków"]. Budowali domy z gliny, piór i skorup jaj (Pliniusz, ks. VI, r. 35 i ks. VII, r. 2, i Strabo [Geografia], ks. II [r. 1, § 9], s. 121 [w wydaniu Theodora Janssona van Almeloveena, Amsterdam 1707]).

131 Tomy III i IV cennego zbioru [Antoine'a François Prévosta d'Exiles, 1697-1763] Histoire [générale] des voyages [Paryż 1746-1770] opisują obecny stan Murzynów. Ludy mieszkające na wybrzeżu morskim zyskały ogładę dzięki europejskim kupcom, a te, które mieszkają w głębi lądu, rozwinęły się dzięki koloniom Maurów.

132 [Guillaume Thomas Raynal] Histoire philosophique et politique [des établissemens des Européens dans les deux Indes, Haga 1774], t. IV, s. 192.

133 Współczesne opisywanym wydarzeniom świadectwo Ammiana, ks. XXVII, г. 12, jest tu rozstrzygające. Zajrzałem też do Mojżesza z Chorene [Historia Armenii, napisana w latach 481-484; tekst ormiański wydali i przełożyli na łacinę William i George Whistonowie, Londyn 1736], ks. III, r. 17, s. 249 i r. 34, s. 269, i Prokopiusza, Wojna perska, ks. I, r. 5, s. 17 w wydaniu drukarni królewskiej w Luwrze [Claude'a Maltreta, Paryż 1662-1663], lecz dzieła tych historyków, mylących ze sobą odrębne wydarzenia, opowiadających parokrotnie te same fakty i wprowadzających niezwykłe opowieści, należy traktować nieufnie i ostrożnie.

134 Być może Artagera, czyli Ardis, miasto, pod którego murami odniósł [śmiertelną] ranę Gajusz, wnuk Augusta. Twierdza ta leżała nad miastem Amidą [dziś Diyarbakir w Turcji], w pobliżu jednego ze źródeł Tygrysu (D'Anville, Géographie ancienne, t. II, s. 106).

135 Tillemont, Histoire des empereurs, t. V, s. 701, dowodzi na podstawie chronologii, że Olimpias musiała być matką Pary [a właściwie Papy; zob. przypis na s. 34].

136 Ammian, ks. XXVII, r. 12, ks. XXIX, r. 1 i ks. XXX, r. 1-2, opisuje bez dat wydarzenia wojny perskiej. Mojżesz z Chorene, Historia Armenii, ks. III, r. 28, s. 261, r. 31, s. 266, r. 35, s. 271, wzmiankuje pewne dodatkowe fakty, lecz u niego niezwykle trudno jest oddzielić prawdę od baśni.

137 Artakserkses był następcą i kuzynem Sapora [czyli Szapura] Wielkiego i opiekunem jego syna, Sapora III (Agatiasz [Dzieje, obejmujące lata 553-559], ks. IV [r. 26], s. 136 w wydaniu drukarni królewskiej w Luwrze [Paryż 1660, w serii Corpus scriptorum Byzantinorum]. Zob. Universal History [from the Earliest Account of Time to the Present, Londyn 1736-1765], t. XI, s. 86 i 161. Autorzy tego nierównego dzieła okazali erudycję i pilność, odtwarzając dynastię Sasanidów. Absurdalnym pomysłem było jednak zbudowanie dwóch osobnych historii z relacji rzymskich i wschodnich).

138 Pakatus w Dawnych panegirykach łacińskich, paneg. 12, r. 22, i Orozjusz, ks. VII, r. 34: Ictumque tum foedus est, quo universus Oriens usque ad nunc (rok 416) tranquillissime fruitur ("Zawarto wówczas przymierze, z którego korzysta aż do dziś cały Wschód, żyjąc w całkowitym spokoju").

139 Ammian, ks. XXX, r. 1, o przygodach Pary [właściwie Papy]. Mojżesz z Chorene, ks. III, r. 21, s. 253, nazywa go T?rydatesem i opowiada długą, niepozbawioną prawdopodobieństwa historię jego syna Gnelusa, który później zyskał popularność w Armenii, czym wywołał zawiść panującego króla.

140 Zwięzła relacja o panowaniu i podbojach Hermanryka zdaje się należeć do cennych miejsc, w których Jornandes [właściwie Jordanes, O pochodzeniu i czynach Gotów], r. 28, korzysta z historii gockiej Ablawiusza lub Kasjodora.

141 Monsieur de Buat, Histoire [ancienne] des peuples de l'Europe [zob. wyżej, przypis 94], t. VI, s. 311-329, rozważa - okazując więcej pilności niż trafności osądu - jakie narody podbił Hermanryk. Zaprzecza on istnieniu Wasinobronków z uwagi na niezwykłą długość ich nazwy. A przecież francuski poseł po drodze do Ratyzbony lub Drezna musiał przejeżdżać przez krainę Mediomatrików [de Buat był posłem przy sejmie Rzeszy Niemieckiej w Ratyzbonie, a następnie - do roku 1776 - na dworze saskim w Dreźnie].

142 W wydaniu [Hugona] Grotiusa [Historia Gothorum, Vandalorum et Longobardorum, Amsterdam 1655] (Jornandes [r. 23], s. 642) pojawia się nazwa Aestri. Zdrowy rozsądek i rękopis ambrozjański przemawiają jednak za lekcją Aestii. Zwyczaje i położenie Estiów odmalowuje pióro Tacyta, Germania, r. 45.

143 Ammian, ks. XXXI, r. 3, pisze, używając ogólnych wyrażeń: Ermenrichi... nobilissimi regis et per multa variaque fortiter facta viciais gentibus formidati itd. ["Hermanryka, przesławnego króla, budzącego lęk u sąsiednich plemion za sprawą wielu różnorodnych dzielnych czynów"].

144 Valens... docetur relationibus ducum gentem Gothorum, ea tempestate intactam et ideo saevissimam, conspirantem in unum, ad pervadenda parari collimitia Thraciarum ["Walens dowiaduje się z relacji dowódców, że naród Gotów, wówczas niepokonany i dlatego szczególnie zajadły, uknuwszy wspólny plan, szykuje się do najazdu na pograniczne obszary Tracji"] (Ammian, ks. XXVI, r. 6).

145 Monsieur de Buat, Histoire [ancienne] des peuples de l'Europe, t. VI, s. 332, wnikliwie ustalił rzeczywistą liczbę tych wojsk pomocniczych. 3000, o których pisze Ammian, i 10 000, o których pisze Zosimos, to jedynie pierwsze oddziały wojsk gockich.

146 Opis marszu Wizygotów i późniejszych negocjacji można znaleźć we fragmentach Eunapiusza w Excerpta de legationibus [ex Dexippo Atheniensi, Eunapio Sardiano...], s. 18 w wydaniu drukami królewskiej w Luwrze [wydanie Henryka Valesiusa, Paryż 1648, w zbiorze De Byzantinae historiae scriptoribus; zob. fr. 37, FHG, t. IV, s. 28]. Mieszkańcy prowincji, oswoiwszy się później z barbarzyńcami, stwierdzili, że ich siła jest raczej pozorna niż rzeczywista. Byli oni wysokiego wzrostu, ale mieli krzywe nogi i wąskie barki.

147 Valens enim, ut consulte placueral fratri, cuius regebatur arbitrio, arma concussit in Gothos ratione iusta permotus ["Walens bowiem, idąc za radą spytanego o opinię brata, którego zdaniem się stale kierował, podjął działania zbrojne przeciw Gotom, mając do tego słuszny powód"]. Ammian, ks. XXVII, r. 4, w tym momencie przechodzi do opisu nie krainy Gotów, lecz Tracji, spokojnej i posłusznej prowincji, której nie dotknęła ta wojna.

148 Eunapiusz w Excerpta de legationibus, s. 18-19 [ten sam fragment co wyżej, w przypisie 146]. Sofista grecki najwyraźniej traktuje całą historię Gotów, aż do zwycięstw i pokoju Teodozjusza, jako jedną i tę samą wojnę.

149 Wojnę gocką opisują Ammian, ks. XXVII, r. 5, Zosimos, ks. IV [r. 10], s. 211, i Temistiusz, mowa 10, s. 129-141 [zob. wyżej, przypis 10]. Mówca Temistiusz, wysłany przez senat Konstantynopola z gratulacjami dla zwycięskiego cesarza, w pełnej uniżonych pochlebstw mowie porównuje Walensa nad Dunajem do Achillesa w nurtach Skamandra. Jornandes [właściwie Jordanes, O pochodzeniu i czynach Gotów] przemilcza tę wojnę, w której brali udział tylko Wizygoci i która nie przynosiła chwały imieniu Gotów (Mascou, History of the Ancient Germans, ks. VII, r. 3).

150 Ammian, ks. XXIX, r. 6, i Zosimos, ks. IV [r. 16], s. 219-220, skrupulatnie opisują przyczyny i przebieg wojen z Kwadami i Markomanami.

151 Ammian, ks. XXX, r. 5, choć odnotowuje zasługi Petroniusza Probusa, zgodną uznania surowością potępia go za gnębienie prowincji, którymi zarządzał. Hieronim, dopisując dalszy ciąg do tłumaczonej przez siebie Kroniki Euzebiusza (r. 380; Tillemont, Mémoires ecclésiastiques, t. XII, s. 53 i 626) mówi prawdę, a przynajmniej wyraża pogląd opinii publicznej swego kraju, w następującym zdaniu: Probus, praefectus praetorio Illyrici, iniquissimis tributorum exactionibus ante provincias, quas regebat, quam a barbaris vastarentur, erasit ["Probus, prefekt gwardii pretoriańskiej w Ilirii, przez bardzo niesprawiedliwe wymuszanie danin zniszczył rządzone przez siebie prowincje, zanim zostały spustoszone przez barbarzyńców"] (Kronika, s. 187 w wydaniu [Józefa Justusa] Scaligera [Lejda 1606 i 1658] i [Scaliger] Animadversiones [in Chronologica Eusebii, w suplemencie do tego wydania], s. 259). Święty został później bliskim i serdecznym przyjacielem wdowy po Probusie. Wówczas w tekście Kroniki imię prefekta zastąpiono imieniem komesa Ekwicjusza. Po tej zmianie zdanie niezupełnie odpowiadało prawdzie, ale nie było to wielką niesprawiedliwością wobec komesa.

152 Julian, mowa 6, s. 198, przedstawia swego przyjaciela Ifiklesa jako cnotliwego i pełnego zalet człowieka, który ośmieszył się i zatruł sobie życie, naśladując dziwaczny ubiór i obyczaje cyników.

153 Ammian, ks. XXX, r. 5. Hieronim, t. I, s. 26 [list 60, r. 15], wyolbrzymia zły los, który spotkał Walentyniana, odmawiając mu nawet tej ostatniej satysfakcji płynącej z zemsty: genitali vastato solo et i nult am patriam derelinquens ["zostawiając nie p o m s z c z o n ą ojczyznę po tym, jak spustoszono jego ziemię rodzinną"].

154 O śmierci Walentyniana piszą Ammian, ks. XXX, r. 6, Zosimos, ks. IV [r. 17], s. 221, Wiktor w Wyciągu z historii cesarzy [r. 45], Sokrates, ks. IV, r. 31 i Hieronim, Kronika, s. 187 i t. I, s. 26, list do Heliodora [list 60, r. 15]. Relacje te znacznie różnią się między sobą, jeśli idzie o okoliczności zgonu. Ammian okazuje tu tak wielką elokwencję, że pisze niedorzeczności.

155 Z historyków, których świadectwo ma wartość źródłową, jedynie Sokrates, ks. IV, r. 31, przytacza tę niemądrą opowieść, tak dalece sprzeczną z prawami i obyczajami Rzymian, że nie zasługującą na to, by być przedmiotem metodycznej i skomplikowanej rozprawy monsieur [Pierre'a Nicolasa] Bonamy'ego, Mémoires de l'Académie, t. XXX, s. 394-405. Jednakże zachowałbym w tej historii naturalnie brzmiący motyw łaźni zamiast iść za Zosimosem, który przedstawia Justynę jako starą kobietę, wdowę po Magnencjuszu.

156 Ammian, ks. XXVII, r. 6, opisuje tę formę wojskowej elekcji i uroczyste nadanie tytułu augusta. Jak się zdaje, Walentynian nie zasięgnął opinii rzymskiego senatu ani nawet go nie zawiadomił o tym wyborze.

157 Ammian, ks. XXX, r. 10; Zosimos, ks. IV [r. 19], s. 222-223. Tillemont, Histoire des empereurs, t. V, s. 707-709, dowiódł, że Gracjan rzeczywiście władał Italią, Afryką i Ilirią. Ja starałem się opisać jego władzę nad posiadłościami jego brata w sposób zawoalowany, podobnie jak on ją sprawował.

[I] W oryginale całe dzieło Gibbona ma ciągłą numerację rozdziałów. Tak więc ten rozdział nosi numer XXV, następne - odpowiednio.

[II] Termy ufundowane przez siostrę cesarza Konstantyna I, Anastazję (przyp. tłum.).

[III] Na synodzie w Rimini (359 r.) uznano, zgodnie z postulatami arian, że Syn Boży jest jedynie podobny do Ojca (przyp. tłum.).

[IV] Macedonianie to stronnicy Macedoniusza I, biskupa Konstantynopola z IV w. Głosili oni, że Duch Święty jest sługą Syna i został przez niego stworzony (przyp. tłum.).

[V] Prefekt nosi imię Juwencjusz w dawnych wydaniach Ammiana; dzisiejsze wydania, idąc za rękopisami, nazywają go Wiwencjuszem (przyp. tłum.).

[VI] Jugurta - przybrany syn króla Numidii Micipsy. Po śmierci króla, dążąc do władzy nad Numidią, zabił swych przyrodnich braci. W latach 112-105 p.n.e. toczył wojnę z Rzymem. Pokonany przez Mariusza, został stracony w Rzymie (przyp. tłum.).

[VII] Kwintus Cecyliusz Metellus Numidyjski, konsul w r. 109 p.n.e., stoczył dwie zwycięskie bitwy z Jugurtą. Salustiusz, Wojna z Jugurtą, 46-47r., opowiada, jak Metellus, nie ufając Jugurcie, nie przyjął jego propozycji pokojowych (przyp. tłum.).

[VIII] Właściwie Merobaudes, konsul w roku 377 (przyp. tłum.).

[IX] Ta forma imienia występuje w rękopisach Ammiana. Dzisiejsi wydawcy - począwszy od C. U. Clarka, Berlin 1910-1915 - poprawiają Para na Papa (przyp. tłum.).

[X] Dziś uczeni - na podstawie inskrypcji - uważają za poprawną formę Brigetio (przyp. tłum).

[XI] Dzisiejsza Bratysława (przyp. tłum.).

Rozdział pierwszy[I]RZĄDY I ŚMIERĆ JOWIANA. - WYBÓR WALENTYNIANA, KTÓRY CZYNI WSPÓŁCESARZEM SWEGO BRATA WALENSA I DOKONUJE OSTATECZNEGO PODZIAŁU NA WSCHODNIE I ZACHODNIE CESARSTWO. - BUNT PROKOPIUSZA - ADMINISTRACJA ŚWIECKA I KOŚCIELNA. - GERMANIA. - BRYTANIA. - AFRYKA. WSCHÓD. - DUNAJ. - ŚMIERĆ WALENTYNIANA. - JEGO DWAJ SYNOWIE, GRACJAN I WALENTYNIAN II, DZIEDZICZĄ CESARSTWO ZACHODNIE

Po śmierci Juliana sprawy publiczne cesarstwa znajdowały się w nader niepewnym i groźnym położeniu. Armię rzymską ocalił (363 r.) sromotny, choć może konieczny traktat1 i bogobojny Jowian poświęcił pierwsze chwile pokoju sprawie przywrócenia spokojnej egzystencji Kościoła oraz państwa. Jego poprzednik swoją nieoględnością nie tylko nie doprowadził do pojednania, ale przemyślnie podsycił wojnę religijną: równowaga między wrogimi stronnictwami, którą pozornie starał się utrzymać, służyła tylko utrwaleniu sporu skutkiem zmiennych kolei nadziei i strachu, jak też rywalizujących z sobą roszczeń związanych z dawnym stanem posiadania i z obecną przychylnością władz. Chrześcijanie zapomnieli o duchu Ewangelii, a poganie wchłonęli ducha Kościoła. W zwykłych rodzinach naturalne uczucia przyćmiła ślepa zaciekłość fanatyzmu i chęć odwetu; majestat prawa był deptany i wykorzystywany do niecnych celów; miasta Wschodu splamiła krew; najbardziej nieubłagani wrogowie Rzymian znajdowali się w ich własnym kraju. Jowian wychowany został w wierze chrześcijańskiej i kiedy ciągnął z Nisibis do Antiochii, chorągiew z krzyżem, labarum Konstantyna, znowu powiewająca na czele legionów, głosiła jego poddanym, jaką wiarę wyznaje nowy cesarz. Natychmiast po wstąpieniu na tron wysłał do wszystkich gubernatorów prowincji list okrężny, w którym opowiadał się za prawdą Bożą i czynił chrześcijaństwo religią państwową. Zdradzieckie edykty Juliana zostały zniesione; przywrócono i rozszerzono immunitety duchowieństwa. Jowian wręcz ubolewał, że ciężkie czasy zmuszają go do zmniejszania datków na cele dobroczynne2. Chrześcijanie jednogłośnie i z zapałem dawali wyraz szczeremu uznaniu dla pobożnego następcy Juliana. Wciąż jednak nie wiedzieli, które wyznanie wiary czy też który synod uzna on za kryterium prawowierności, i pokój w Kościele natychmiast wskrzesił zapalczywe spory wstrzymane w okresie prześladowań. Biskupi, którzy przewodzili rywalizującym sektom, wiedząc z doświadczenia, w jak wielkiej mierze ich przyszły los zależeć będzie od pierwszego wrażenia, które odniesie ów niewykształcony żołnierz, pospieszyli na dwór w Edessie czy w Antiochii. Na gościńcach Wschodu tłoczyli się biskupi homouzjańscy, ariańscy i semiariańscy, eunomiańscy; wszyscy zaś oni usiłowali wygrać ten święty wyścig. Pałacowe komnaty rozbrzmiewały wrzawą, a władcę wręcz ogłuszała i może też dziwiła osobliwa mieszanina argumentów metafizycznych i gwałtownych obelg3. Powściągliwość Jowiana, który - zalecając zgodę i miłosierdzie - odsyłał skłóconych do orzeczenia przyszłego soboru, uważano za oznakę obojętności. W końcu jednak dzięki respektowi, jaki wyrażał dla "niebiańskich"4 cnót wielkiego Atanazego, wyszło na jaw jego przywiązanie do nicejskiego wyznania wiary. Nieustraszony i zahartowany w bojach o wiarę siedemdziesięcioletni Atanazy opuścił swoje schronienie na pierwszą wieść o śmierci tyrana. Lud obwołał go znowu arcybiskupem i mądry Atanazy przyjął zaproszenie Jowiana, a może nawet zjawił się, zanim cesarz go wezwał. Dostojeństwo Atanazego, jego spokojna odwaga i ujmująca elokwencja utwierdziły sławę, którą sobie już zdobył na dworach czterech kolejnych władców5. Skoro tylko pozyskał zaufanie i umocnił wiarę chrześcijańskiego cesarza, tryumfalnie wrócił do swojej diecezji, skąd nadal z roztropnością i niesłabnącą energią jeszcze przez dziesięć lat6 sprawował władzę kościelną nad Aleksandrią, Egiptem i całym Kościołem katolickim. Przed wyjazdem z Antiochii zapewnił Jowiana, że nagrodą za jego prawowierność okaże się długie i spokojne panowanie. Atanazy sądził, nie bez racji, że albo przyznają mu zasługę trafnej przepowiedni, albo usprawiedliwi go pełna wdzięczności, choć daremna modlitwa7.

Nawet nikła siła użyta, by pchnąć ciało tam, dokąd samo ze swej natury zmierza, działa z nieodpartą mocą. Jowian na szczęście dla siebie przyjął poglądy religijne zgodne z duchem epoki, które miały gorliwych i licznych zwolenników8. Pod jego panowaniem chrześcijaństwo odniosło łatwe i trwałe zwycięstwo. Zaledwie zabrakło uśmiechu królewskiej życzliwości, duch pogaństwa, hodowany i podtrzymywany troskliwymi zabiegami Juliana, nieodwołalnie uległ zapomnieniu. W wielu miastach świątynie stały zamknięte lub opustoszałe. Filozofowie, którzy poprzednio nadużywali krótkotrwałych przywilejów, uznali, że ostrożniej będzie, jeśli zgolą brody i nie będą napomykać o swej profesji; chrześcijanie cieszyli się, że są teraz w stanie przebaczyć lub pomścić krzywdy, jakich doznali pod poprzednim panowaniem9. Przerażonych pogan uspokoił mądry i łaskawy edykt o tolerancji, w którym Jowian dobitnie oświadczył, że chociaż będzie surowo karał świętokradcze obrzędy magii, jego poddani mogą swobodnie i bezpiecznie odprawiać ceremoniały dawnego kultu. Pamięć tego prawa dochowała się do naszych czasów dzięki mówcy Temistiuszowi, którego wydelegował senat Konstantynopola, żeby dał wyraz jego wiernemu przywiązaniu do nowego cesarza. Temistiusz rozwodzi się nad łaskawością Boskiej Istoty, nad łatwością, z jaką człowiek popełnia błędy, nad prawami sumienia i niezależnością umysłu; wymownie wszczepia słuchaczom zasady tolerancji filozoficznej, o której pomoc nie wstydzi się ubiegać nawet sam Zabobon, gdy znajdzie się w opresji. Słusznie podkreśla, że w czasie ostatnich przemian obie religie kolejno zhańbiły się zdobywaniem bezwartościowych neofitów, owych czcicieli cesarskiej purpury, którzy bez powodu i bez rumieńca wstydu przechodzili z kościoła do świątyni i od ołtarzy Jowisza do świętego stołu chrześcijan10.

Rzymskie wojsko, które już wróciło (październik 363) do Antiochii, przeszło wcześniej przez siedem miesięcy 1500 mil, znosząc podczas marszu wszystkie trudy wojny, głodu i niepogody. Nie zważając na dokonania żołnierzy, ich zmęczenie i zbliżającą się zimę, zalękniony i niecierpliwy Jowian pozwolił ludziom i koniom zaledwie na sześć tygodni wytchnienia. Cesarz nie mógł znieść nieposkromionych, złośliwych szyderstw mieszkańców Antiochii11. Chciał jak najprędzej objąć w posiadanie pałac w Konstantynopolu i uprzedzić roszczenia rywala, który mógłby zdobyć nikomu nie zaprzysiężone posłuszeństwo Europy. Niebawem jednak dotarła do niego radosna wieść, że jego władzę uznano od Bosforu aż do Oceanu Atlantyckiego. W pierwszych listach, które rozesłał z obozu w Mezopotamii, przekazał dowództwo wojskowe Galii i Ilirii Malarykowi, dzielnemu i lojalnemu oficerowi z plemienia Franków, i swemu teściowi, komesowi Lucylianowi, który wykazał się odwagą i walecznością podczas obrony Nisibis. Malaryk nie przyjął jednak tej godności, ponieważ uznał, że nie jest jej godny, a Lucylian poległ w Reims podczas przypadkowego buntu kohort batawskich12. Jednakże Jowin, dowódca konnicy, puściwszy w niepamięć zamiar cesarza, by go pozbawić stanowiska, okazał umiar, szybko uśmierzył zamieszki i umocnił lojalność niezdecydowanych żołnierzy. Wojsku kazano złożyć przysięgę wierności, co uczyniło z głośną aprobatą. Wysłannicy zachodnich armii13 pozdrowili nowego władcę, kiedy schodził z gór Taurus do miasta Tyana w Kapadocji. Z Tyany ruszył dalej pospiesznym marszem do Ancyry, stolicy prowincji Galacji, gdzie wraz ze swym niedawno urodzonym synem przyjął (1 stycznia 364) tytuł i insygnia konsula14. Dadastanę15, nieznane nam dzisiaj miasto położone w połowie drogi między Ancyrą i Niceą, los przeznaczył na miejsce, w którym nastąpił później kres jego podróży i życia. Dogodziwszy sobie obfitą, a może nawet wręcz nieumiarkowaną wieczerzą, udał się na spoczynek. Następnego ranka znaleziono go w łożu martwego. Dopatrywano się różnych przyczyn tej nagłej śmierci. Niektórzy przypisywali ją skutkom niestrawności, wywołanej albo nadmiarem wina, albo niewłaściwym gatunkiem grzybów, które zjadł wieczorem. Według innych udusił się we śnie dymem węgla drzewnego, który ze ścian jego komnaty wydobył niezdrową wilgoć świeżego tynku16. Pominięcie normalnego w takich wypadkach śledztwa w sprawie śmierci władcy, którego panowanie i osoba niedługo potem uległy zresztą zapomnieniu, wydaje się jedyną okolicznością usprawiedliwiającą złośliwe pogłoski o truciźnie i zbrodni kogoś z jego otoczenia17. Ciało Jowiana wysłano do Konstantynopola, żeby pochować go obok poprzedników. Smutny kondukt spotkała po drodze jego żona, Charito, córka komesa Lucyliana, która opłakiwała niedawną jeszcze śmierć ojca i spieszyła, by osuszyć łzy w objęciach cesarskiego małżonka. Jej rozczarowanie i smutek podsycała macierzyńska troska. Sześć tygodni przed śmiercią Jowiana jego małego syna posadzono na krześle kurulnym, przyznano mu tytuł "najszlachetniejszego" i ofiarowano niewiele znaczące insygnia władzy konsularnej. Małemu królewiczowi, który po dziadku otrzymał imię Warroniana, nieświadomemu swojej kondycji, tylko zazdrość władz przypominała, że jest synem cesarza. Szesnaście lat później żył jeszcze, ale pozbawiono go już jednego oka i jego zrozpaczona matka w każdej chwili oczekiwała, że wyrwą niewinną ofiarę z jej ramion, by krwią chłopca uśmierzyć podejrzenia panującego władcy18.

Po śmierci Jowiana tron świata rzymskiego przez dziesięć dni19 pozostawał bez władcy (17-26 lutego). Ministrowie i dowódcy nadal spotykali się na radzie, sprawowali każdy swoją funkcję, dbali o porządek publiczny i w pokoju prowadzili wojska do Nicei w Bitynii, miasta wybranego na miejsce elekcji20. Na uroczystym zgromadzeniu przedstawiciele cywilnych i wojskowych władz cesarstwa raz jeszcze jednogłośnie ofiarowali diadem prefektowi Salustiuszowi. Chwalebnie odmówił po raz drugi, a kiedy powołując się na zasługi ojca wysunięto kandydaturę jego syna, prefekt ze stanowczością bezinteresownego patrioty oznajmił wyborcom, że podeszły wiek jednego z nich i niedoświadczona młodość drugiego tak samo nie zdołają sprostać trudnym obowiązkom władzy. Zgłoszono kilku kandydatów, lecz po rozważeniu przeszkód wynikających z ich charakteru lub sytuacji kolejno odrzucono każdego z nich; kiedy jednak zabrzmiało imię Walentyniana, zasługi tego oficera natychmiast zjednoczyły głosy całego zgromadzenia i sam Salustiusz udzielił mu szczerego poparcia. Walentynian21 był synem komesa Gracjana, urodzonego w Cybalis, w Panonii, który wybił się z niskiego stanu dzięki niezrównanej sile i zręczności na stanowisko dowódcy wojskowego w Afryce i Brytanii; powrócił stamtąd z wielkim majątkiem i podejrzanie dobrą reputacją. Pozycja i zasługi Gracjana przyczyniły się wszakże do ułatwienia pierwszych stopni awansu jego synowi i dały mu wcześnie okazję do zamanifestowania owych solidnych i przydatnych kwalifikacji, które wyniosły go ponad innych żołnierzy. Walentynian był wysoki, pełen wdzięku, majestatyczny. Jego męska twarz, na której wyraźnie malował się rozsądek i bystrość, budziła wśród przyjaciół respekt, a wśród wrogów strach. Syn Gracjana odziedziczył silny i zdrowy organizm, co sprzyjało popisom nieposkromionej odwagi. Dzięki cnocie i umiarowi, który powściąga zachłanność i pobudza zdolności, Walentynian cieszył się własnym i powszechnym szacunkiem. Służba w wojsku nie zostawiła mu w młodości czasu na wykwintne studia literackie; nie znał greki, nie opanował też zasad retoryki; ponieważ jednak przemawiając nigdy nie doznał zbijającego z tropu zakłopotania, umiał przy każdej sposobności, jeśli skłaniała go do tego potrzeba, głosić zdecydowane poglądy, posługując się śmiałym i pełnym inwencji stylem. Jedynymi prawami, jakie studiował, były prawa dyscypliny wojskowej: szybko wyróżnił się niestrudzoną pracowitością i nieugiętą surowością, z jakimi wykonywał i narzucał innym obowiązki obozowe. W czasach Juliana naraził się na niełaskę, gdyż publicznie wyraził pogardę dla panującej religii22. Z późniejszego postępowania Walentyniana można sądzić, że jego niestosowna i nierozważna szczerość wynikała raczej z ducha wojskowego niż z chrześcijańskiej gorliwości. Wybaczono mu jednak i ceniący jego zalety władca nadal go zatrudniał23. Podczas zmiennych kolei wojny perskiej zyskał Walentynian jeszcze lepszą reputację niż wcześniej na brzegach Renu. Szybkość i powodzenie, z jakimi wypełnił ważne zadanie, przyniosły mu łaskę Jowiana i zaszczytne dowództwo drugiej "szkoły", czyli kompanii, tarczowników ze straży dworskiej. Maszerując z Antiochii zatrzymał się w swojej kwaterze w Ancyrze, skąd niespodziewanie, bez zabiegów i intryg z jego strony, wezwano go do objęcia w czterdziestym trzecim roku życia całkowitej władzy w cesarstwie rzymskim.

Taka propozycja ministrów i dowódców zebranych w Nicei nie miałaby wielkiego znaczenia, gdyby nie potwierdził jej głos armii. Sędziwy Salustiusz, który od dawna już śledził zmienne nastroje zgromadzeń ludowych, zaproponował, by pod karą śmierci żadna z tych osobistości, której ranga mogłaby zachęcić zebranych do udzielenia poparcia, nie ukazała się publicznie w dniu inauguracji. Taki jednak był nacisk dawnych przesądów, że samorzutnie dodano całą dobę do tego niebezpiecznego okresu oczekiwania, ponieważ wtedy wypadł przypadkiem dodatkowy dzień roku przestępnego24. W końcu, kiedy uznano porę za sprzyjającą, Walentynian pojawił się we własnej osobie na wysokiej trybunie; rozumny wybór przywitały oklaski i nowego władcę uroczyście odziano w diadem oraz purpurę wśród radosnych okrzyków żołnierzy, którzy w wojennym ordynku otaczali trybunę. Gdy jednak wyciągnął rękę, żeby zwrócić się do zbrojnego tłumu, w szeregach krążyć zaczęły nagle natrętne szepty, które stopniowo wezbrały w głośne i naglące żądanie, aby bezzwłocznie wyznaczył współcesarza. Nieustraszony Walentynian uzyskał spokojem ciszę i wzbudził szacunek, przemawiając do zgromadzonych w te słowa: "Jeszcze przed kilkoma chwilami w waszej, towarzysze broni, mocy było pozostawienie mnie w cieniu jako człowieka prywatnego. Uznając na podstawie mej przeszłości, że zasługuję na władzę, osadziliście mnie na tronie. Teraz moim obowiązkiem jest mieć na względzie bezpieczeństwo i dobro państwa. Ciężar świata jest niewątpliwie zbyt wielki, by udźwignął go słaby śmiertelnik. Świadomy jestem granic moich możliwości i tego, jak niepewne jest moje życie; bynajmniej więc nie odrzucam, lecz żarliwie pragnę pomocy godnego współwładcy. Tam jednak, gdzie niezgoda może okazać się zgubna, wybór wiernego przyjaciela wymaga dojrzałego i poważnego namysłu. To zadanie należy do mnie. Wy tymczasem okażcie stałość uczuć i zdyscyplinowanie. Wróćcie do waszych kwater; dajcie odpocząć waszym umysłom i ciałom; oczekujcie zwykłych darów z okazji objęcia tronu przez nowego cesarza"25. Zdziwieni żołnierze z mieszaniną dumy, zadowolenia i obawy przyjęli do wiadomości, że słyszą głos władcy. Gniewne okrzyki przeszły w pełne szacunku milczenie; potem zaś wojsko w pełnej zbroi uroczyście zaprowadziło Walentyniana, otoczonego orłami legionów i rozmaitymi chorągwiami konnicy i piechoty, do pałacu w Nicei. Ponieważ rozumiał, jak ważne jest, by powstrzymać żołnierzy od pochopnego wysunięcia czyjejś kandydatury, odbył naradę z zebranymi dowódcami; ich prawdziwe uczucia zwięźle wyraził z wielkoduszną swobodą Dagalaifus. "Najdostojniejszy władco - rzekł ów oficer - jeśli masz na względzie tylko swoją rodzinę, posiadasz brata; jeśli miłujesz państwo, rozejrzyj się za najbardziej zasłużonym z Rzymian"26. Cesarz powściągnął niezadowolenie, nie zmieniając swych intencji, i niespiesznie ruszył z Nicei do Nikomedii i Konstantynopola. Na jednym z przedmieść stolicy27, trzydzieści dni po własnym wyniesieniu, nadał tytuł augusta swemu bratu Walensowi. Ponieważ zaś nawet najodważniejsi patrioci byli pewni, że ich sprzeciw nie przysłuży się krajowi, a może okazać się zgubny dla nich samych, deklarację o nieznoszącej sprzeciwu woli cesarza przyjęto w milczącej pokorze. Walens miał już 36 lat, lecz jego zdolności nie zostały dotychczas sprawdzone na żadnym stanowisku wojskowym czy cywilnym, a charakter nie budził w świecie zbyt optymistycznych nadziei. Miał natomiast jedną cechę, którą cenił w nim Walentynian i która służyła wewnętrznemu pokojowi w cesarstwie: szczere i pełne wdzięczności przywiązanie do swego dobroczyńcy. Wyższość jego geniuszu i autorytetu Walens potulnie respektował przez całe życie, podejmując jakiekolwiek działanie28.

Walentynian, zanim jeszcze podzielił prowincje między siebie i Walensa, zreformował administrację cesarstwa. Poddanych każdego stanu, skrzywdzonych czy prześladowanych pod panowaniem Juliana, wezwano (czerwiec 364), by podtrzymali publicznie swoje zarzuty. Milczenie ludu świadczyło o nieskazitelnej uczciwości prefekta Salustiusza29; jego usilne prośby, by pozwolono mu wycofać się ze spraw państwowych, Walentynian odrzucił, zapewniając go uroczyście o swej przyjaźni i szacunku. Wśród faworytów zmarłego cesarza było jednak wielu takich, którzy nadużyli jego łatwowierności czy przesądów i którzy nie mogli nadal żywić nadziei, że chronić ich będzie przychylność lub sprawiedliwość władcy30. Większą część ministrów pałacowych i namiestników prowincji usunięto ze stanowisk, lecz pewni dostojnicy zostali za swe zasługi wyróżnieni z zasługującego na karę tłumu i choć niektórzy, powodowani gorliwością lub dawnymi urazami, głośno protestowali przeciw zbytniej łagodności, wszystkie działania w tej delikatnej kwestii cechowała rozsądna doza mądrości i umiaru31. W świętowaniu nowego panowania zaszła krótka, lecz budząca podejrzenia przerwa z powodu nagłej choroby obu władców; natychmiast jednak po powrocie do zdrowia, w początkach wiosny, wyjechali oni z Konstantynopola. W zamku czy pałacu Mediana, leżącym zaledwie trzy mile od Naissus, dokonali uroczystego i ostatecznego podziału cesarstwa rzymskiego32. Walentynian przekazał bratu bogatą prefekturę Wschodu od dolnego Dunaju do granic Persji, podczas gdy dla siebie zachował bezpośrednie rządy nad wojowniczymi prefekturami Ilirii, Italii i Galii, od krańców Grecji do Wału Kaledońskiego i od Wału Kaledońskiego do podnóża Atlasu. Administracja prowincji działała na dotychczasowych zasadach, lecz dwie rady i dwa dwory wymagały podwójnej liczby dowódców i urzędników. Podziału dokonano, biorąc pod uwagę zasługi lub pozycję każdego z kandydatów na stanowiska, i niebawem powołano siedmiu naczelnych dowódców zarówno konnicy, jak piechoty. Kiedy ta ważna sprawa została zgodnie załatwiona, Walentynian i Walens uściskali się po raz ostatni. Cesarz Zachodu obrał sobie tymczasową siedzibę w Mediolanie, a cesarz Wschodu wrócił do Konstantynopola, by objąć władzę nad pięćdziesięcioma prowincjami, których język był mu całkiem nieznany33.

Spokój na Wschodzie wkrótce już (28 września 365) zakłócił bunt: tronowi Walensa zagroziły zuchwałe zakusy rywala, którego jedyną zasługą, tak jak uprzednio jedyną zbrodnią, było powinowactwo z cesarzem Julianem34. Prokopiusz ze skromnej pozycji trybuna i sekretarza cesarskiego szybko awansował na współdowódcę armii w Mezopotamii; opinia publiczna obwołała go już następcą władcy, który nie miał naturalnych spadkobierców, i jego przyjaciele - a może wrogowie - szerzyli nieprawdziwe pogłoski, że Julian przed ołtarzem Luny w Carrhae potajemnie przyoblekł Prokopiusza w cesarską purpurę35. Prokopiusz usiłował szacunkiem i uległością rozproszyć zazdrość Jowiana; zrezygnował bez sprzeciwu z dowództwa wojskowego i usunął się na ubocze, by wraz z żoną i rodziną uprawiać rozległą ojcowiznę w Kapadocji. Te użyteczne i niewinne zajęcia przerwało pojawienie się oficera z oddziałem żołnierzy. Mieli oni, zgodnie z poleceniem nowych monarchów, Walentyniana i Walensa, zawlec nieszczęsnego Prokopiusza do więzienia na resztę życia albo też zgotować mu haniebną śmierć. Przytomności umysłu zawdzięczał Prokopiusz dłuższą zwłokę i lepszy los. Nie pozwolił sobie na kwestionowanie królewskiego rozkazu, ale poprosił, żeby żołnierze zechcieli poczekać, póki nie pożegna się ze zrozpaczoną rodziną. Gdy obfita biesiada osłabiła czujność strażników, zręcznie wymknął się z domu i uciekł na wybrzeże Morza Czarnego, skąd przedostał się do krainy nad Bosforem Kimeryjskim. W tych dalekich okolicach przebywał wiele miesięcy, znosząc trudy wygnania, samotności i niedostatku; z właściwą sobie melancholią rozmyślał o swoich nieszczęściach, bojąc się nie bez racji, że jeśli przypadkiem zdradzieccy barbarzyńcy poznają, kim jest, to bez specjalnych skrupułów pogwałcą prawa gościnności. W momencie zniecierpliwienia i rozpaczy Prokopiusz wsiadł na statek handlowy płynący do Konstantynopola. Zuchwale wystąpił do walki o godność monarchy, skoro nie dano mu się cieszyć bezpieczną sytuacją poddanego. Z początku ukrywał się w wioskach Bitynii, wciąż zmieniając miejsce pobytu i przebranie36. Z czasem odważył się pojechać do stolicy, zawierzając życie i majątek wierności dwóch przyjaciół, senatora i eunucha. Wieści o aktualnym stanie spraw publicznych dały mu nieco nadziei na pomyślniejszy obrót losu. Wśród ludu narastało niezadowolenie: żałowano sprawiedliwości i talentów Salustiusza, nierozważnie zdjętego z urzędu prefektury Wschodu. Niechęć budził charakter Walensa, jego szorstkość, której nie towarzyszyła energia, i słabość bez łagodności. Lękano się wpływu jego teścia, patrycjusza Petroniusza, okrutnego i zachłannego ministra, który bezwzględnie ściągał wszelkie zaległe daniny, choćby datowały się z czasów cesarza Aureliana. Okoliczności sprzyjały zamiarom uzurpatora. Wrogie ruchy Persów wymagały obecności Walensa w Syrii; wojska od Dunaju do Eufratu były w ciągłym ruchu i stolicę zapełniali żołnierze, przeprawiający się to w jedną, to drugą stronę przez Bosfor. Spiskowcy skłonili dwie kohorty Galów do wysłuchania tajnych propozycji, popartych obietnicą hojnych darów. Ponieważ Galowie czcili jeszcze pamięć Juliana, łatwo zgodzili się poprzeć dziedziczne roszczenia jego wyjętego spod prawa krewniaka. O brzasku zjawili się w pełnym szyku koło term Anastazji[II] i Prokopiusz, odziany w purpurowe szaty, pasujące raczej do aktora niż do monarchy, ukazał się w samym środku Konstantynopola, jakby powstał z martwych. Żołnierze, przygotowani, by go przyjąć, pozdrowili drżącego z niepokoju władcę radosnymi okrzykami i przysięgami wierności. Ich liczba powiększyła się niebawem o gromadę krzepkich okolicznych wieśniaków i Prokopiusz pod osłoną uzbrojonych stronników podążył kolejno ku mównicy na forum, do senatu i do pałacu. Podczas pierwszych chwil burzliwego panowania zaskoczyło go i przestraszyło posępne milczenie ludu albo niezorientowanego w przyczynach rebelii, albo bojącego się jej skutków. Siły jego wojsk przewyższały jednak ewentualny opór. Malkontenci gromadzili się pod sztandarem buntu, ubogich podniecały nadzieje na powszechną grabież, a bogatych strach przed nią zbijał z tropu. Niepoprawną łatwowierność mas raz jeszcze zmamiły obiecywane korzyści z przewrotu. Pojmano urzędników cesarskich, wyłamano drzwi więzień i arsenałów, starannie obsadzono bramy miejskie i wejście do portu. W ciągu kilku godzin Prokopiusz stał się absolutnym, choć nie całkiem jeszcze pewnym, panem cesarskiego miasta. Uzurpator starał się wyzyskać ten nieoczekiwany sukces, nie szczędząc odwagi i zręczności. Chytrze rozpowszechniał pogłoski i opinie najbardziej sprzyjające jego interesom, a także zwodził pospólstwo, udzielając licznych audiencji rzekomym posłom z dalekich krajów. Znaczne siły wojskowe stacjonujące w miastach Tracji i w twierdzach nad dolnym Dunajem kolejno przyłączały się do buntu, a książęta goccy zgodzili się udzielić monarsze Konstantynopola potężnego wsparcia w postaci kilkutysięcznych oddziałów pomocniczych. Jego dowódcy przeprawili się przez Bosfor i podbili bez wysiłku bezbronne, lecz bogate prowincje Bitynii i Azji. Po chlubnej obronie poddało się jego władzy miasto i wyspa Kyzikos; sławne legiony Jowiszowy i Herkulesowy opowiedziały się za uzurpatorem, którego nakazano im zmiażdżyć. Ponieważ nowe zaciągi wciąż dołączały się do weteranów, Prokopiusz stanął wkrótce na czele armii, która męstwem i liczebnością mogła sprostać przeciwnikom. Syn Hormisdasa37, młodzieniec bystry i zdolny, upadł tak nisko, że wyciągnął miecz przeciw prawowitemu cesarzowi Wschodu, i natychmiast owemu perskiemu księciu nadano w trybie nadzwyczajnym pradawne uprawnienia rzymskiego prokonsula. Sojusz z Faustyną, wdową po cesarzu Konstancjuszu, która wraz z córką oddała się w ręce uzurpatora, przysporzył chwały jego sprawie. Księżniczka Konstancja, wówczas mniej więcej pięcioletnia, towarzyszyła w lektyce maszerującej armii. Pokazywano ją tłumom w ramionach przybranego ojca i za każdym razem na jej widok czułość żołnierzy rozpalała ich zapał bitewny38. Przypominali sobie o chwale domu Konstantyna i oświadczali lojalnie i zgodnie, że będą bronić królewny do ostatniej kropli krwi39.

Walentyniana tymczasem zaniepokoiły i zbiły z tropu niejasne wiadomości o buncie na Wschodzie. Trudna wojna z Germanami zmuszała go do skupienia na razie uwagi wyłącznie na sprawie bezpieczeństwa własnych posiadłości. Wiadomości ze Wschodu albo w ogóle nie dochodziły, albo je po drodze przeinaczano, słuchał więc w rozterce i z niepokojem umyślnie rozsiewanych pogłosek, że klęska i śmierć Walensa uczyniły Prokopiusza jedynym władcą wschodnich prowincji. Walens nie zginął, lecz na wieść o buncie, która dotarła do niego w Cezarei, niegodnie zwątpił, że zdoła ocalić życie i majątek. Wystąpił z propozycją układów z uzurpatorem i ujawnił tajoną dotąd skłonność do zrzeczenia się cesarskiej purpury. Wylęknionego monarchę ocaliła od hańby i klęski stanowczość jego ministrów. Ich zdolności niebawem zapewniły mu zwycięstwo w wojnie domowej. Przedtem, w okresie spokoju, Salustiusz bez słowa ustąpił ze stanowiska, ale wobec zagrożenia państwa ambitnie walczył o pierwszeństwo w znoszeniu trudów i niebezpieczeństw. Ponowne oddanie prefektury Wschodu temu znakomitemu ministrowi lud uznał z zadowoleniem za pierwszy objaw skruchy Walensa. Rządy Prokopiusza pozornie opierały się na potężnych armiach i posłusznych prowincjach. Wielu jednak głównych oficerów i wysokich urzędników postanowiło, czy to z poczucia obowiązku, czy we własnym interesie, powstrzymać się od karygodnych poczynań. Inni czekali na dogodny moment, by zdradzić lub porzucić sprawę uzurpatora. Lupicynus forsownym marszem prowadził legiony z Syrii na pomoc Walensowi. Arynteusz, który siłą, urodą i męstwem przewyższał wszystkich bohaterów epoki, zaatakował z małym oddziałem przeważającą liczbę buntowników. Kiedy ujrzał twarze żołnierzy, którzy służyli poprzednio pod jego sztandarem, głośno rozkazał im pojmać i wydać mu tego, kto bezprawnie mieni się ich dowódcą. Tak bardzo zaś górował nad nimi mocą ducha, że natychmiast usłuchali niezwykłego rozkazu40. Arbecjon, szacowny weteran wojen Konstantyna Wielkiego, wyróżniony kiedyś zaszczytnym tytułem konsula, dał się namówić na powrót do czynnej służby i poprowadzenie raz jeszcze wojsk na pole walki. W gorączce bitewnej spokojnie zdjął hełm, ukazał siwe włosy i sędziwe oblicze, po czym pozdrowił żołnierzy Prokopiusza, serdecznie nazywając ich dziećmi i towarzyszami. Później wezwał ich, by odmówili dalszego popierania przegranej sprawy nędznego tyrana i poszli za dawnym dowódcą, który tak często prowadził ich ku chwale i zwycięstwu. W dwóch bitwach, pod Tyatyrą41 i Nakolią, nieszczęsnego Prokopiusza opuścili żołnierze, idąc za nakazami i przykładem wiarołomnych oficerów. Przez pewien czas błąkał się po lasach i górach Frygii, lecz zdradzili go zniechęceni stronnicy, po czym zaprowadzony został do obozu cesarskiego (28 maja 366) i natychmiast ścięty. Zaznał zwykłego losu niefortunnego uzurpatora, ale okrucieństwo zwycięzcy wobec pokonanych, pod pretekstem wymierzania zgodnej z prawem kary, wzbudziło litość i oburzenie ludzi42.

Właśnie tak wyglądają zwykłe, naturalne skutki despotyzmu i buntu. Śledztwo w sprawie magii (373 r.), którą pod panowaniem obu braci tak surowo prześladowano zarówno w Rzymie, jak w Antiochii, uznano za zgubny znak niezadowolenia niebios lub upadku moralnego ludzkości43. Możemy śmiało chlubić się tym, że dzisiaj, w oświeconej części Europy, obalono44 okrutne i obmierzłe uprzedzenie, które dotychczas panowało w każdej strefie kuli ziemskiej i wchodziło w skład każdego systemu poglądów religijnych45. Wszystkie narody i sekty świata rzymskiego dopuszczały z równą łatwowiernością i podobną odrazą istnienie owej piekielnej sztuki46, zdolnej podporządkować sobie wieczny ład planet i samorzutne poruszenia umysłu ludzkiego. Budziła w nich grozę tajemnicza potęga czarów i zaklęć, skutecznych ziół i wstrętnych obrzędów, którymi można było zgasić lub wskrzesić życie, rozpalić namiętności duszy, niszczyć to, co zostało stworzone, i wydrzeć wzdragającym się demonom tajemnice przyszłości. Wierzyli, z niepojętym wręcz brakiem konsekwencji, że tę nadprzyrodzoną władzę nad powietrzem, ziemią i piekłem sprawują z najnędzniejszych motywów, przez złośliwość lub dla zysku, pomarszczone wiedźmy i wędrowni czarownicy, spędzający swoje okryte mrokiem życie w nędzy i poniżeniu47. Czarną magię potępiała zarówno opinia publiczna, jak prawa rzymskie, ponieważ jednak zdawała się zaspokajać najżarliwsze namiętności ludzkiego serca, stale jej zakazywano i stale ją praktykowano48. Przyczyna zrodzona w wyobraźni przynieść może najpoważniejsze i najszkodliwsze skutki. Mroczne przepowiednie śmierci cesarza czy udanego spisku obliczone były tylko na pobudzenie ambitnych nadziei i rozluźnienie więzów wierności, toteż do intencjonalnej jedynie winy magów dołączały się rzeczywiste zbrodnie zdrady i świętokradztwa49. Owe próżne strachy zakłócały spokój społeczeństwa i szczęście jednostek, a nieszkodliwy płomień, który powoli topił woskowy wizerunek, mógł czerpać potężną i szkodliwą energię z przerażenia osoby, którą miał złośliwie przedstawiać50. Napary z ziół, które rzekomo posiadały nadprzyrodzoną moc, tylko jeden krok dzielił od mocniejszej trucizny i głupota ludzi stawała się niekiedy narzędziem oraz maską najstraszliwszych zbrodni. Ministrowie Walensa i Walentyniana ośmielali gorliwość donosicieli, co natychmiast sprawiło, że nie mogli być głusi na pewien inny zarzut, zbyt często stosowany w kłótniach rodzinnych; tę przewinę o lżejszym i mniej zbrodniczym charakterze pobożny, choć nadmiernie surowy Konstantyn wcześniej nakazał karać śmiercią51. Mordercza, choć nieskładna mieszanina zdrady i magii, trucizny i cudzołóstwa pozwalała na niekończące się stopniowanie winy i niewinności, usprawiedliwień i oskarżeń. Zdaje się jednak, że w tych procesach podobne subtelności uchodziły uwagi pałających gniewem lub przekupionych sędziów. Odkryli oni łatwo, że ich pracowitość i wnikliwość oceniana jest na dworze cesarskim według liczby egzekucji, orzekanych przez poszczególne trybunały. Z najwyższą niechęcią wydawali wyroki uniewinniające, natomiast skwapliwie dopuszczali wszelkie dowody splamione krzywoprzysięstwem czy wymuszone torturami, by uzasadnić najbardziej niedorzeczne oskarżenia przeciw najgodniejszym ludziom. W miarę postępu śledztwa wciąż pojawiały się nowe powody do postępowania karnego; zuchwały donosiciel, którego przyłapano na kłamstwach, mógł wycofać się bez żadnej kary, ale nieszczęsna ofiara, wydając prawdziwych lub rzekomych wspólników, rzadko uzyskiwała nagrodę za cenę swej hańby. Z krańców Italii i Azji ściągano przed trybunały w Rzymie i Antiochii zakutych w łańcuchy młodzieńców i starców. Senatorzy, matrony i filozofowie konali wśród upokarzających i okrutnych tortur. Żołnierze, wyznaczeni jako straż więzienna, oświadczali z pomrukiem litości i oburzenia, że jest ich za mało, by zapobiec ucieczce czy oporowi tak licznych więźniów. Najbogatsze nawet rodziny zostały zrujnowane przez grzywny i konfiskaty; najniewinniejsi obywatele drżeli o swoje bezpieczeństwo. Możemy wyrobić sobie pojęcie o wielkości zła nawet z przesadnych twierdzeń starożytnego pisarza, że w zagrożonych prowincjach więźniowie, wygnańcy i zbiegowie stanowili największą część mieszkańców52.

Gdy Tacyt opisuje śmierć niewinnych, a znakomitych Rzymian, którzy padli ofiarą okrucieństwa pierwszych cesarzy, kunszt historyka lub cnoty męczenników budzą w naszych sercach najżywsze uczucia grozy, podziwu i litości. Pospolite i niezbyt subtelne pióro Ammiana kreśliło broczące krwią sceny z nudną i odstręczającą dokładnością. Skoro jednak naszej uwagi nie zajmuje już przeciwieństwo wolności i niewoli, niedawnej wielkości i obecnej nędzy, lepiej będzie poniechać budzących grozę opisów częstych egzekucji, które w Rzymie i w Antiochii splamiły panowanie (364-375) dwóch braci53. Walens był z usposobienia tchórzliwy54, a Walentynian porywczy55. Obawa o własne bezpieczeństwo była główną zasadą rządów Walensa. Jako poddany, dygocąc z przerażenia korzył się przed ciemięzcą, a kiedy wstąpił na tron, nie bez uzasadnienia spodziewał się, że te same obawy, które jego czyniły uległym, zapewnią mu posłuch i uległość. Faworyci Walensa otrzymali dzięki przywilejom grabieży i konfiskat bogactwa, których odmówiłaby im jego oszczędność56. Głosili wymownie i z przekonaniem, że we wszystkich procesach o zdradę podejrzenie jest równoznaczne z dowodem; jeśli bowiem ktoś ma możność popełnienia zbrodni, to z pewnością żywi taki zamiar, a że zamiar jest nie mniej zbrodniczy niż czyn, poddany taki nie zasługuje więc na to, by żyć, jeśli życiem może zagrozić bezpieczeństwu lub zakłócić spokój władcy. Walentyniana skłaniano czasem do fałszywego osądu i nadużywano jego zaufania, ale gdyby donosiciele ośmielili się wystawiać na próbę jego męstwo, strasząc niebezpieczeństwem, uciszyłby ich pogardliwym uśmiechem. Chwalili zatem nieugięte umiłowanie sprawiedliwości cesarza; w dążeniu do sprawiedliwości łatwo dawał się on skusić, by łaskawość uznać za słabość, a srogość za cnotę. Czynny i ambitny Walentynian, póki zmagał się z równymi sobie, śmiało stając do współzawodnictwa z nimi, rzadko znosił bezkarnie krzywdę, a nigdy obrazę. Podawano w wątpliwość jego roztropność, ale podziwiano odwagę i najdumniejsi nawet czy najpotężniejsi dowódcy lękali się wzbudzić urazę tego nieustraszonego żołnierza. Zostawszy władcą świata, zapomniał niestety, że nie można okazać odwagi tam, gdzie nie można natrafić na opór, i zamiast słuchać zaleceń rozsądku i wielkoduszności, ulegał gwałtownym wybuchom gniewu, co było hańbiące dla cesarza, a zgubne dla bezbronnych obiektów jego niezadowolenia. W zarządzaniu czy to jego dworem, czy to cesarstwem, drobne lub nawet urojone niedopatrzenia, pochopną wypowiedź, przypadkowe zaniedbanie, mimowolną zwłokę karano natychmiast śmiercią. Z ust cesarza najłatwiej padały takie zdania, jak "Ściąć mu głowę!", "Spalić go żywcem!", "Tłuc go pałkami, póki nie skona!"57 i nawet jego ulubieni ministrowie szybko zrozumieli, że jeśli niebacznie spróbują odwrócić lub odwlec wykonanie tych krwawych rozkazów, sami mogą okazać się winni i narazić na karę za nieposłuszeństwo. Walentynian, hołdując tej okrutnej koncepcji sprawiedliwości, uodpornił swój umysł na litość i wyrzuty sumienia, a nawyk okrucieństwa dodawał mocy napadom gniewu58. Mógł patrzeć ze spokojem i satysfakcją na bolesne konwulsje towarzyszące torturom i śmierci; darzył przyjaźnią tych, którzy służyli mu wiernie i byli z usposobienia najbardziej do niego podobni. Maksymin, który wymordował najszlachetniejsze rody rzymskie, doczekał się w nagrodę za swe zasługi pochwały monarchy i prefektury Galii. Tylko dwie dzikie, olbrzymie niedźwiedzice o imionach Niewinność i Złota Okruszyna zasłużyły na podobne względy cesarza, jak Maksymin. Klatki tych wiernych strażniczek zawsze umieszczano przy sypialni Walentyniana, który często zabawiał się miłym widokiem: patrzył, jak rozszarpują i pożerają krwawiące członki złoczyńców, wydanych na pastwę ich wściekłości. Cesarz rzymski starannie nadzorował jadłospis i zabawy obu niedźwiedzic i kiedy Niewinność zasłużyła na zwolnienie z obowiązków po długim okresie chwalebnej służby, wiernemu zwierzęciu przywrócono wolność w rodzinnych lasach59.

Jednakże w spokojniejszych momentach rozwagi, kiedy Walensa nie rozjątrzał strach, a Walentyniana gniew, tyrani myśleli, a przynajmniej postępowali jak ojcowie swej ojczyzny. Kierując się trzeźwym osądem, cesarz Zachodu jasno dostrzegał dobro własne i publiczne, umiał też o nie właściwie zabiegać, a monarcha Wschodu, który tak samo chętnie naśladował rozmaite postępki starszego brata, szedł czasem za mądrymi i cnotliwymi radami prefekta Salustiusza. Obaj władcy mimo przywdziania purpury nie wyrzekli się czystej i powściągliwej prostoty, która przynosiła im chlubę przed wstąpieniem na tron. Pod ich panowaniem rozrywki dworu nigdy nie przyprawiały ludu o rumieniec wstydu czy westchnienie żalu. Stopniowo ukrócili wiele nadużyć z czasów Konstancjusza, rozsądnie podjęli i ulepszyli projekty Juliana i jego następcy, dali też przykład prawodawstwa w takim stylu i duchu, że mogło to wzbudzić u potomnych jak najprzychylniejszą opinię o ich charakterach i rządach. Co prawda po właścicielu Niewinności z trudem spodziewalibyśmy się serdecznej troski o dobro poddanych, a jednak ona to skłoniła Walentyniana, żeby potępił porzucanie noworodków60 i zatrudnił czternastu biegłych lekarzy, z odpowiednim wynagrodzeniem oraz przywilejami, we wszystkich czternastu dzielnicach Rzymu. Zdrowy rozsądek niepiśmiennego żołnierza kazał mu założyć pożyteczną akademię sztuk wyzwolonych w celu kształcenia młodzieży i utrzymania podupadającej nauki61. Pragnął, by retorykę i gramatykę wykładano po grecku i po łacinie w stolicy każdej prowincji, a ponieważ wielkość i powaga szkoły zależały zazwyczaj od znaczenia miasta, akademie w Rzymie i Konstantynopolu słusznie i dobitnie rościły sobie prawo do przewagi nad wszystkimi innymi. Fragmenty edyktów oświatowych Walentyniana nie przynoszą zbytniego zaszczytu szkole w Konstantynopolu, lecz ulepszono ją stopniowo dzięki późniejszym ustawom. Uczyło w niej trzydziestu jeden profesorów z różnych gałęzi nauki: jeden filozof i dwóch prawników, pięciu sofistów i dziesięciu gramatyków greckich oraz trzech oratorów i dziesięciu gramatyków łacińskich, poza tym siedmiu skrybów, czyli - jak ich wówczas nazywano - "antykwariuszy", których pracowite pióra dostarczały bibliotece publicznej rzetelnych i poprawnych kopii klasycznych pisarzy. Normy postępowania przeznaczone dla studentów są tym ciekawsze, że stanowią pierwszy zarys kształtu i rygorów nowoczesnego uniwersytetu. Żądano, by studenci przedstawiali odpowiednie zaświadczenia od władz rodzinnej prowincji. Ich imiona, zawody i miejsca zamieszkania zawsze wpisywano do rejestru publicznego. Studiującej młodzieży zakazywano marnowania czasu na hulanki czy teatr. Młodzieńcy mogli się kształcić tylko do dwudziestego roku życia. Prefekt miasta upoważniony był do karania leniwych i krnąbrnych chłostą lub usunięciem z uczelni; miał też przełożonemu urzędników cesarskich składać coroczne sprawozdanie, czy wiedza i zdolności uczniów mogą okazać się przydatne w służbie publicznej. Ustawy Walentyniana przyczyniały się do zapewnienia pokoju i dobrobytu, w celu zaś ochrony mieszkańców miast ustanowił on urząd "obrońców"62, wyłanianych w wolnych wyborach i występujących jako trybunowie i orędownicy ludu. Mieli oni dbać o jego prawa i przedstawiać krzywdy przed trybunałem urzędników miejskich, a nawet przed tronem cesarskim. Finansami skrzętnie zarządzali obaj władcy, którzy wcześniej przez wiele lat przywykli do ścisłej oszczędności w gospodarowaniu własnym majątkiem. Co prawda wnikliwy człowiek mógł dostrzec pewne różnice w zdobywaniu i wydawaniu dochodów między rządami Wschodu i Zachodu. Walens był przekonany, że monarcha może być szczodry jedynie dzięki uciskaniu poddanych, nigdy więc nie żywił ambicji, by dzięki teraźniejszej nędzy zapewnić swojemu ludowi siłę i pomyślność w przyszłości. Zamiast zwiększyć ciężar podatków, które uprzednio przez czterdzieści lat zostały stopniowo podwojone, Walens w pierwszych latach swego panowania obniżył o jedną czwartą daninę Wschodu63. Walentynian zdawał się mniej dbać i zabiegać o ulżenie swemu ludowi. Zapewne ukrócił nadużycia administracji skarbowej, bez skrupułów za to konfiskował znaczną część własności prywatnej, przekonany, że dochody pozwalające jednostkom na życie w przepychu można o wiele korzystniej spożytkować dla obrony czy polepszenia sytuacji państwa. Poddani ze Wschodu, korzystający z tych dobrodziejstw, chwalili wspaniałomyślność władcy. Trwałe, lecz mniej widoczne zasługi Walentyniana odczuło i uznało następne pokolenie64.

Najbardziej jednak godną pochwały cechą Walentyniana była powściągliwa i stanowcza bezstronność, którą niezmiennie zachowywał w epoce sporów religijnych (363-375). Jego trzeźwy rozsądek, nieoświecony, ale też i niezepsuty przez studia, z całym szacunkiem rezygnował z wdawania się w subtelne problemy dyskusji teologicznych. Rządy nad tym światem wymagały jego czujności i zaspokajały jego ambicje; pamiętał, że jest uczniem Kościoła, nigdy jednak nie zapominał, że jest też zwierzchnikiem duchowieństwa. Za panowania odstępcy podkreślał swą gorliwość w służbie chrześcijaństwa: teraz przyznał poddanym ten sam przywilej, co wówczas sobie samemu. Mogli więc przyjąć z wdzięcznością i zaufaniem ogólną tolerancję, daną im przez władcę ulegającego wprawdzie namiętnościom, lecz niezdolnego do strachu i fałszu65. Pogan i Żydów, a także rozmaite sekty uznające boski autorytet Chrystusa, prawo chroniło przed samowolą władzy i przed obelgami ze strony ludu. Walentynian nie zakazał też żadnego kultu prócz tajemnych i zbrodniczych praktyk, które nadużywały miana religii dla mrocznych celów występku i zamętu. Praktyk magicznych zabraniano ściślej niż dotąd, stosując jeszcze okrutniejsze kary, lecz cesarz dokonał tu formalnego rozróżnienia, by bronić dawnych metod wróżb, dopuszczanych przez senat i praktykowanych przez etruskich wróżbitów-haruspików. Potępił za zgodą najrozumniejszych pogan wyuzdane ofiary nocne; natychmiast jednak przychylnie przyjął petycję Pretekstata, prokonsula Achai, który dowodził, że życie Greków stanie się ponure i smutne, jeśli pozbawieni zostaną bezcennego błogosławieństwa misteriów eleuzyńskich. Jedynie filozofia może chełpić się (chyba zresztą są to tylko przechwałki), że potrafi łagodną ręką wytrzebić z umysłu ludzkiego utajony w nim śmiercionośny fanatyzm. Jednakże dwunastoletni rozejm narzucony przez mądre i energiczne rządy Walentyniana, kładąc tamę ciągłemu odnawianiu krzywd, przyczynił się do złagodzenia obyczajów i osłabienia wzajemnej niechęci ugrupowań religijnych.

Tolerancyjny cesarz przebywał niestety z dala od sceny najbardziej zaciętych sporów. Gdy tylko chrześcijanie z Zachodu wyplątali się z sieci wyznania wiary z Rimini[III], natychmiast znów zapadli (367-378) w błogą drzemkę ortodoksji, a niewielkie grupki arian, które przetrwały jeszcze w Sirmium czy w Mediolanie, traktowano raczej ze wzgardą niż z oburzeniem. Natomiast w prowincjach Wschodu, od Morza Czarnego do pogranicza Tebaidy, siła i liczba wrogich stronnictw była bardziej zrównoważona i równowaga ta, zamiast godzić czy skłaniać do pokoju, prowadziła tylko do przedłużania okropności wojny religijnej. Mnisi i biskupi wzmacniali argumenty obelgami, a po obelgach następowały niekiedy ciosy. W Aleksandrii władał jeszcze Atanazy, lecz trony w Konstantynopolu i Antiochii zajmowali prałaci ariańscy i każde wolne miejsce po biskupie stawało się okazją do zamieszek ludowych. Homouzjanie wzrośli w siłę, zjednawszy sobie pięćdziesięciu dziewięciu biskupów macedoniańskich[IV], czyli semiariańskich, choć blask tego tryumfu przyćmiła ich tajemna niechęć do przyjęcia wiary w boskość Ducha Świętego. Dla arianizmu ważnym zwycięstwem było oświadczenie Walensa, który wcześniej, w pierwszych latach swego panowania, naśladował bezstronność brata. Obaj bracia przed wstąpieniem na tron byli katechumenami, ale pobożność Walensa skłoniła go do ubiegania się o sakrament chrztu, zanim naraził się na niebezpieczeństwa wojny z Gotami. Zwrócił się, rzecz jasna, do Eudoksusa66, biskupa cesarskiego miasta, skoro zaś ów ariański przewodnik duchowy zaszczepił nieświadomemu dotąd monarsze zasady nieortodoksyjnej teologii, jego nieszczęście raczej niż wina było nieuniknioną konsekwencją błędnego wyboru. W każdym przypadku postanowienia cesarza musiałyby urazić któreś z licznych stronnictw jego chrześcijańskich poddanych. Bo też zarówno przywódcy homouzjan, jak i arian uważali, że odsunięcie ich od rządów jest najokrutniejszą krzywdą i niesprawiedliwością. Uczyniwszy ten decydujący krok, Walens nie mógł już dłużej zachowywać pozycji ani reputacji człowieka bezstronnego. Nigdy nie aspirował, jak Konstancjusz, do sławy głębokiego teologa, ale odkąd z prostotą i szacunkiem przyjął doktrynę Eudoksusa, zawierzył sumienie swym kościelnym przewodnikom i własnym autorytetem próbował doprowadzić do powrotu "heretyków atanazjańskich" na łono Kościoła katolickiego. Początkowo litował się nad ich zaślepieniem; potem począł go coraz bardziej drażnić ich upór; stopniowo znienawidził tych sekciarzy, dla których sam był przedmiotem nienawiści67. Na słaby umysł Walensa zawsze miały wpływ osoby, z którymi pozostawał w zażyłych stosunkach, a wygnanie czy uwięzienie obywatela są łaskami najskwapliwiej udzielanymi na dworze despoty. Tego rodzaju kary często spadały na przywódców homouzjanów i nieszczęsną dolę osiemdziesięciu duchownych z Konstantynopola, którzy - być może przypadkowo - spłonęli na pokładzie statku, przypisywano okrutnej, a świadomej perfidii cesarza oraz jego ariańskich ministrów. W każdym współzawodnictwie katolicy (jeżeli możemy już wtedy tak ich nazywać) musieli płacić za własne winy i za winy swoich przeciwników. W każdych wyborach roszczenia kandydata ariańskiego miały pierwszeństwo i jeśli większość ludności się temu sprzeciwiała, znajdował zazwyczaj poparcie u urzędowej władzy, która czasem wręcz groziła użyciem wojska. Wrogowie Atanazego usiłowali zakłócić ostatnie lata jego sędziwej starości. Kiedy na pewien czas schronił się w grobowcu ojca, uznano to za jego piąte wygnanie. Jednakże żarliwość tłumów, które natychmiast chwyciły za broń, przestraszyła prefekta i arcybiskupowi pozwolono zakończyć życie w spokoju i chwale po czterdziestu siedmiu latach sprawowania urzędu. Śmierć Atanazego (2 maja 373 r.) dała sygnał do prześladowań w Egipcie. Pogański minister Walensa, który przemocą osadził niegodnego Lucjusza na tronie arcybiskupim, zyskał sobie łaski panującego stronnictwa krwią i cierpieniem chrześcijańskich braci. Gorzko narzekano na tolerancję dla kultów pogańskich i żydowskich, twierdząc, że pogłębia ona niedolę katolików i winę bezbożnego tyrana Wschodu68.

Tryumf stronnictwa prawowiernego naznaczył piętnem prześladowań pamięć Walensa. Zarówno zalety, jak i wady tego władcy wywodziły się z ograniczonej inteligencji i z bojaźliwości i raczej marnowalibyśmy wysiłek, próbując bronić jego charakteru. Uczciwość jednak może podsunąć nam nie bez racji podejrzenie, że duchowni w służbie Walensa często przekraczali rozkazy, a nawet intencje monarchy i że fakty uległy znacznemu wyolbrzymieniu w gwałtownych perorach, a także dzięki łatwowierności jego antagonistów69.

1. Milczenie Walentyniana może być argumentem na rzecz przekonania, że dotkliwe krzywdy wyrządzane w imieniu i w prowincjach jego współwładcy sprowadzały się jedynie do drobnych i mało widocznych odchyleń od ustalonego systemu tolerancji religijnej. Rozumny historyk, który chwalił umiar starszego z braci, nie uznał za właściwe przeciwstawiać spokoju na Zachodzie okrutnym prześladowaniom na Wschodzie70.

2. Niezależnie od tego, czy damy wiarę niejasnym i odległym w czasie relacjom, charakter, a w każdym razie postępowanie Walensa najlepiej można poznać na przykładzie jego osobistych stosunków z wymownym Bazylim, arcybiskupem Cezarei, następcą Atanazego jako przywódcy trynitarzy71. Szczegółową opowieść o nich ułożyli przyjaciele i wielbiciele Bazylego; gdy tylko usuniemy z niej grubą warstwę retoryki i cudów, zdziwi nas zaskakująca łagodność ariańskiego despoty, który podziwiał siłę charakteru arcybiskupa lub też żywił obawy, że jeśli ucieknie się do przemocy, w Kapadocji wybuchnie powszechny bunt. Arcybiskupa, który z nieugiętą dumą72 obstawał przy słuszności swych poglądów i przy godności swego stanowiska, pozostawiono w spokoju, nie zadając gwałtu jego sumieniu. Cesarz zbożnie uczestniczył w uroczystym nabożeństwie odprawianym w katedrze i nie tylko nie skazał Bazylego na wygnanie, lecz przekazał mu w darze cenną posiadłość na użytek szpitala, który arcybiskup nieco wcześniej założył w pobliżu Cezarei73.

3. Nie udało mi się znaleźć żadnego ogłoszonego przez Walensa prawa (takiego, jakie Teodozjusz wydał później przeciw arianom) skierowanego przeciw sekciarzom atanazjańskim, a edykt, który wywołał najgłośniejsze sprzeciwy, wcale nie wydaje się aż tak karygodny. Do uszu cesarza doszła wieść, że niektórzy jego poddani, pobłażając pod pretekstem religii swemu lenistwu, przyłączyli się do mnichów egipskich, nakazał więc komesowi Wschodu, żeby siłą zmusił ich do opuszczenia pustelni i postawił owych zbiegów ze społeczeństwa przed godziwą alternatywą rezygnacji z dóbr doczesnych albo wywiązywania się z publicznych obowiązków mężczyzn i obywateli74. Ministrowie Walensa najpewniej zastosowali rozszerzoną interpretację tej ustawy, roszcząc sobie prawo zaciągu młodych i silnych mnichów do armii cesarskich. Oddział konnicy i piechoty, liczący 3000 ludzi, wyruszył z Aleksandrii na przyległą pustynię Nitrię75, gdzie przebywało 5000 mnichów. Żołnierzy prowadzili księża ariańscy i wieść głosi, że w klasztorach, które nie podporządkowały się rozkazom władcy, dokonano straszliwej rzezi76.

Ścisłe przepisy, mądrze ułożone przez nowoczesnych prawodawców w zamiarze ograniczenia bogactw i chciwości duchowieństwa, można by wywieść z przykładu, jakiego dostarczył cesarz Walentynian. Jego edykt (370 r.)77 skierowany do Damazego, biskupa Rzymu, odczytano publicznie we wszystkich kościołach tego miasta. Upominał w nim duchownych i mnichów, aby nie bywali w domach wdów i panien, a w razie nieposłuszeństwa groził im karą wymierzaną przez sądy świeckie. Spowiednik nie mógł już uzyskać darowizny, legatu czy spadku dzięki hojności swej duchowej córki; każdy testament sprzeczny z edyktem miał być unieważniony, a bezprawny zapis konfiskowany na rzecz skarbu. Te same zastrzeżenia w późniejszych przepisach dotyczyły zapewne mniszek i biskupów. Całemu duchowieństwu zabroniono też przyjmowania jakichkolwiek darów w testamentach i ograniczono jego prawa wyłącznie do naturalnych i legalnych sposobów dziedziczenia. Walentynian, stojąc na straży szczęścia i cnót rodzinnych, zastosował te surowe środki przeciw narastającemu złu. W stolicy cesarstwa kobiety ze szlachetnych i zamożnych domów mogły swobodnie dysponować znaczną częścią majątku. Wiele tych pobożnych dam przyjęło chrześcijaństwo nie tylko za chłodnym przyzwoleniem rozumu, lecz z żarem uczucia i być może z zapałem dla najnowszej mody. Poświęcały one przyjemności płynące z elegancji i przepychu, rezygnując ku chwale czystości z powabów związków małżeńskich. Dobierały też sobie duchownych rzeczywiście lub pozornie świątobliwych, którzy mieli kierować ich bojaźliwym sumieniem i pocieszać niezaspokojoną czułość serc. Nieograniczone zaufanie, jakim owe niewiasty skwapliwie szafowały, często wykorzystywali nikczemnicy i szaleńcy, którzy spieszyli z najdalszych krańców Wschodu, by cieszyć się we wspaniałej scenerii stolicy przywilejami, jakie dawały śluby zakonne. Głosząc pogardę dla świata, niepostrzeżenie uzyskiwali najbardziej pożądane świeckie korzyści: żywe przywiązanie kobiety, często młodej i pięknej, miły sercu dostatek zamożnego gospodarstwa i pełne szacunku hołdy niewolników, wyzwoleńców oraz klientów senatorskiej rodziny. Olbrzymie majątki pań rzymskich stopniowo ulegały wyczerpaniu wskutek szczodrze udzielanej jałmużny i kosztownych pielgrzymek. Chytry zaś mnich, który zapewnił sobie pierwsze lub nawet jedyne miejsce w testamencie swej duchowej córki, ośmielał się jeszcze twierdzić z uśmiechem obłudnika, że jest tylko narzędziem dobroczynności i szafarzem wsparcia dla ubogich. Zyskowne, lecz niecne machinacje78 duchownych, dążących do tego, by spełzły na niczym oczekiwania prawowitych spadkobierców, wywołały oburzenie nawet w epoce zabobonu: dwaj najszacowniejsi ojcowie łacińscy uczciwie przyznają, że okryty niesławą edykt Walentyniana był sprawiedliwy i konieczny i że księża chrześcijańscy zasłużyli na utratę przywilejów, którymi nadal cieszyli się aktorzy, woźnice rydwanów oraz pogańscy kapłani. Jednakże mądrość i autorytet prawodawcy rzadko wygrywają w walce z czujną zręcznością prywatnego interesu; Hieronimowi i Ambrożemu zupełnie wystarczała słuszność prawa, wszystko jedno, czy nieskutecznego, czy zbawiennego. Jeśli duchowni natrafiali na przeszkody w pogoni za osobistymi zyskami, to z chwalebniejszą już pilnością zabiegali o powiększenie bogactw Kościoła i uszlachetniali chciwość, nadając jej pięknie brzmiące miano pobożności i miłości ojczyzny79.

Damazy, biskup Rzymu, zmuszony do napiętnowania chciwości duchowieństwa skutkiem opublikowania prawa Walentyniana, miał tyle zdrowego rozsądku czy tyle szczęścia, by korzystać z zapału i zdolności uczonego Hieronima; zatrudnił go u siebie i wdzięczny święty sławił później zasługi oraz czystość moralną tej bardzo dwuznacznej postaci80. Jednakże jaskrawym występkom Kościoła rzymskiego pod panowaniem Walentyniana i Damazego (366-384) przyglądał się z zainteresowaniem historyk Ammian, który daje wyraz bezstronnemu rozsądkowi w wymownych słowach: "Prefekturze Juwencjusza[V] towarzyszył pokój i dobrobyt, ale ten spokojny nastrój zakłóciły wkrótce krwawe rozruchy zwaśnionego ludu. Zawziętość, z jaką Damazy i Ursyn chcieli zasiąść na tronie biskupim, przekraczała zwykłą miarę ludzkich ambicji. Współzawodniczyli ze sobą, darząc się zaciekłą nienawiścią. Spór ich podtrzymywały rany i śmierć ich stronników, a prefekt, niezdolny ani do uspokojenia ludu, ani do przeciwstawienia się zamieszkom, został przemocą zmuszony do wycofania się na przedmieścia. Damazy wziął górę: z trudem wywalczone zwycięstwo odniosła jego partia; 137 trupów81 znaleziono w Bazylice Sycynina82, gdzie chrześcijanie odbywali zgromadzenia religijne. Długo trwało, zanim rozjątrzeni ludzie znowu się uspokoili. Kiedy zastanawiam się nad świetnością stolicy, nie dziwi mnie, że tak cenna nagroda mogła rozpalić żądze ambitnych ludzi i doprowadzić do zajadłej i upartej walki. Kandydat, któremu się powiodło, mógł być pewien, że wzbogacą go dary matron83 i że kiedy tylko przyodzieje się z należytą dbałością i elegancją, będzie mógł przemierzać ulice Rzymu84 w powozie, a przepych stołu cesarskiego nie dorówna obfitym i subtelnym radościom podniebienia zgodnym ze smakiem rzymskich biskupów i dostarczanym na ich koszt. O ileż rozsądniej - ciągnie dalej zacny poganin - kapłani ci dążyliby do szczęścia, gdyby zamiast powoływać się na wielkość miasta jako na uzasadnienie swych obyczajów, naśladowali przykładne życie niektórych biskupów z prowincji, których umiar i trzeźwość, proste szaty i wzrok spuszczony ku ziemi polecały ich czystą a skromną cnotę Bogu i Jego prawdziwym czcicielom"85. Rozłam między Damazym a Ursynem zakończyło wygnanie tego ostatniego; rozumny prefekt Pretekstat86 przywrócił spokój w mieście. Był to pogański filozof, człowiek dużej wiedzy, o dobrym smaku i dobrych manierach. Nadał on wyrzutowi formę żartu, kiedy zapewnił Damazego, że gdyby mógł otrzymać biskupstwo Rzymu, sam natychmiast przyjąłby chrzest87. Ten jaskrawy obraz bogactwa i przepychu papieży w czwartym wieku jest tym ciekawszy, że stanowi pośredni etap między pokornym ubóstwem apostolskiego rybaka a królewskim stylem życia świeckiego w istocie władcy, którego panowanie rozciąga się od granic Neapolu do brzegów Padu.

Kiedy głosami dowódców i armii (364-375) berło cesarstwa rzymskiego złożono w ręce Walentyniana, jego reputacja jako żołnierza, sprawność i doświadczenie wojenne, a także niewzruszone przywiązanie do formy i treści dawnej dyscypliny stanowiły główne motywy rozsądnego wyboru. Gorliwość, z jaką żołnierze nalegali, by szybko powołał współwładcę, uzasadniona była niebezpieczną sytuacją polityczną. Sam Walentynian również wiedział, że zdolności najbardziej nawet rzutkiego umysłu nie sprostają obronie dalekich granic monarchii w razie najazdu. Gdy tylko śmierć Juliana wyzwoliła barbarzyńców od strachu przed jego imieniem, nadzieje na grabież i podboje rozzuchwaliły ludy Wschodu, północy i południa. Ich wyprawy często były dokuczliwe, a czasem wręcz groźne, ale w ciągu dwunastu lat (364-375) sprawowania władzy Walentynian swą stanowczością i czujnością chronił ziemie, nad którymi panował. Swoimi wielkimi zdolnościami zdawał się inspirować niezbyt roztropnego brata i kierować jego postępowaniem. Może dobitniej ukazałbym odmienną naturę spraw pochłaniających obu cesarzy, gdybym opisywał ich dzieje rok po roku, lecz wówczas uwagę czytelnika rozpraszałby nużący i nieciągły porządek opowieści. Odrębne spojrzenia na pięć wielkich teatrów wojny (Germanię, Brytanię, Afrykę, Wschód i Dunaj) dadzą wyraźniejszy obraz sytuacji wojskowej cesarstwa pod panowaniem Walentyniana i Walensa.

I. Posłów alemańskich uraziło (365 r.) szorstkie i wyniosłe postępowanie Ursacjusza, przełożonego kancelarii cesarskich (magister officiorum88), który w odruchu niewczesnej oszczędności zmniejszył zarówno wartość, jak liczbę darów, do jakich mieli oni prawo czy to dzięki zwyczajowi, czy to na mocy traktatu, po wstąpieniu na tron nowego cesarza. Poczuli się głęboko urażeni w imieniu swego ludu i zawiadomili o tym swoich rodaków. Popędliwych naczelników szczepów rozdrażniła domniemana pogarda i wojownicza młodzież tłumnie garnęła się pod ich sztandary. Zanim Walentynian zdążył przejść przez Alpy, wioski Galii stanęły w płomieniach. Zanim cesarski dowódca Dagalaifus zdążył natrzeć na Alemanów, ukryli oni jeńców i łupy w lasach Germanii. Z początkiem następnego roku (styczeń 366) siły wojskowe całego narodu w szerokich i zwartych kolumnach sforsowały Ren podczas północnej, mroźnej zimy. Dwaj rzymscy komesowie zostali pokonani i śmiertelnie ranni, a sztandar Herulów i Batawów wpadł w ręce zdobywców, którzy wśród obelżywych okrzyków i gróźb wystawili na pokaz to trofeum. Sztandar odzyskano, lecz Batawowie nie zdołali zatrzeć hańby swej ucieczki w oczach surowego sędziego. Zdaniem Walentyniana żołnierze muszą lękać się swojego dowódcy, żeby przestali się bać wroga. Uroczyście zgromadzono żołnierzy i drżących Batawów otoczyły cesarskie wojska. Walentynian wszedł na mównicę i stwarzając pozory, iż tak bardzo gardzi tchórzostwem, że nie chce karać go śmiercią, naznaczył piętnem niezatartej hańby oficerów, których błędy i bojaźliwość uznano za główne przyczyny klęski. Batawów zdegradowano, rozbrojono i skazano na wystawienie na licytację w charakterze niewolników. Słysząc ten straszliwy wyrok, padli twarzą na ziemię, próbując przebłagać gniew władcy zapewnieniami, że jeśli raczy pozwolić im na jeszcze jedną próbę, okażą się godni miana Rzymian i jego żołnierzy. Walentynian z udawaną niechęcią ustąpił ich błaganiom. Batawowie odzyskali broń i powzięli niezłomne postanowienie, że zmyją swoją hańbę krwią Alemanów89. Dagalaifus nie zgodził się objąć naczelnego dowództwa. Ten doświadczony generał, który, może ze zbytnią ostrożnością, wyolbrzymiał trudności przedsięwzięcia, doznał jeszcze przed końcem kampanii upokorzenia, widząc jak jego rywal, Jowin, przeobraża owe trudności w decydującą przewagę nad rozproszonymi siłami barbarzyńców. Na czele zdyscyplinowanej armii, składającej się z konnicy oraz ciężko- i lekkozbrojnej piechoty, Jowin ruszył szybko, lecz zachowując ostrożność, do Skarponny90 w pobliżu Metzu, gdzie zaskoczył duży oddział Alemanów, nim zdążyli chwycić broń, i wzbudził w swych żołnierzach pewność łatwego i bezkrwawego zwycięstwa. Inny oddział czy wręcz cała armia nieprzyjacielska po okrutnym i niczym nieusprawiedliwionym spustoszeniu okolicznych ziem odpoczywała na cienistych brzegach Mozeli. Jowin, który zbadał wcześniej teren okiem dowódcy, począł zbliżać się tam po cichu głęboką, zalesioną doliną, póki nie dostrzegł wyraźnie Germanów rozleniwionych poczuciem bezpieczeństwa. Niektórzy obmywali w rzece swoje wielkie ciała, inni czesali długie, płowe włosy, jeszcze inni pili dużymi haustami mocne, wyśmienite wino. Znienacka usłyszeli dźwięki trąbki Rzymian i ujrzeli nieprzyjaciela we własnym obozie. Zaskoczenie wywołało chaos, ten zaś konsternację i ucieczkę. Wielu najdzielniejszych wojowników, którzy zagubili się w tumulcie, przeszyły miecze i oszczepy legionistów oraz ich sprzymierzeńców. Zbiegowie uciekli do trzeciego, największego obozowiska na nizinach kraju Katalaunów, koło Châlons w Szampanii; rozproszone oddziały śpiesznie wezwano znowu pod wspólny sztandar. Przywódcy barbarzyńców, wstrząśnięci i ostrzeżeni losem swoich pobratymców, gotowali się do decydującej bitwy ze zwycięskimi siłami Jowina. Przez cały letni dzień krwawa i zawzięta walka toczyła się z takim samym męstwem po obu stronach i ze zmiennym szczęściem. W końcu Rzymianie wzięli górę, straciwszy około tysiąca dwustu ludzi. Zginęło sześć tysięcy Alemanów, rannych było cztery tysiące. Dzielny Jowin ścigał uciekające resztki nieprzyjacielskich zastępów aż do brzegów Renu, po czym wrócił do Paryża, gdzie otrzymał pochwałę władcy i insygnia konsula na następny rok91. Tryumf Rzymian co prawda skaziło to, że wziętego do niewoli króla powiesili na szubienicy bez wiedzy oburzonego dowódcy. Po tym niegodnym akcie okrucieństwa, który można by przypisać porywowi wściekłości żołnierzy, popełniono z premedytacją morderstwo na Witykabie, synu Wadomaira, germańskim księciu, wątłym i chorowitym, ale obdarzonym ogromną odwagą. Mordercę, wywodzącego się z jego otoczenia, podjudzili i ochronili później Rzymianie92. To pogwałcenie zasad człowieczeństwa i sprawiedliwości ujawniło tajemny lęk przed słabością upadającego cesarstwa. Rzadko dla dobra publicznego używa się sztyletu, póki trwa zaufanie do potęgi miecza.

Podczas gdy Alemanowie wydawali się poniżeni ostatnimi klęskami, dumę Walentyniana zraniło nieoczekiwane wydarzenie w Moguncji, głównym mieście Górnej Germanii. Podczas spokojnie przebiegających obchodów jakiegoś święta chrześcijańskiego Rando, zuchwały i przebiegły naczelnik plemienia, który dawno już obmyślił ten zamach, nagle przekroczył Ren, wtargnął do bezbronnego miasta i cofnął się, biorąc mnóstwo jeńców obojga płci (368 r.). Walentynian postanowił srogo zemścić się na całym ludzie Alemanów. Komes Sebastian z oddziałami z Italii i Ilirii otrzymał rozkaz, by najechać ich kraj, najpewniej od strony Recji. Sam cesarz, któremu towarzyszył jego syn Gracjan, przeszedł Ren na czele groźnej armii ubezpieczanej na obu skrzydłach przez Jowina i Sewera, dowódców konnicy i piechoty Zachodu. Alemanowie, nie mogąc zapobiec spustoszeniu swoich wsi, rozłożyli obóz na wysokiej i prawie niedostępnej górze (są to ziemie dzisiejszego księstwa Wirtembergii) i śmiało oczekiwali nadejścia Rzymian. Walentynian naraził życie na wielkie niebezpieczeństwo wskutek nieustraszonej ciekawości, z jaką badał tajemną i nie strzeżoną ścieżkę. Oddział barbarzyńców wyłonił się nagle z zasadzki i cesarz, który energicznie spiął ostrogami konia, zjechał po stromym i śliskim zboczu, lecz musiał zostawić za sobą giermka i hełm wspaniale ozdobiony złotem i drogimi kamieniami. Na sygnał do generalnego ataku żołnierze rzymscy otoczyli górę Solicynium i wspięli się na nią z trzech różnych stron. Z każdym krokiem rósł ich zapał, a słabł opór nieprzyjaciela; gdy zdołali się połączyć, zajęli szczyt góry, po czym rychło zmusili barbarzyńców do ucieczki przez północne zbocze, gdzie komes Sebastian czekał, by odciąć im drogę powrotu. Po walnym zwycięstwie Walentynian wrócił na kwaterę zimową do Trewiru, gdzie urządził wspaniałe igrzyska tryumfalne, aby mieszkańcy mogli dać wyraz radości93. Mądry monarcha nie zmierzał jednak do podbicia Germanii, lecz skupił uwagę na ważnym i trudnym zadaniu, jakim była obrona granic Galii przed nieprzyjacielem, którego siły wzmacniał strumień odważnych ochotników napływających nieprzerwanie od plemion z najdalszej północy94. Na brzegach Renu, od jego źródła po cieśninę Morza Północnego, stało wiele silnych zamków i wzniesionych opodal wież. Dzięki pomysłowości biegłego w mechanice władcy wynaleziono nowe rodzaje umocnień i nowy oręż, a licznych rekrutów spośród rzymskiej i barbarzyńskiej młodzieży nieustannie zaprawiano we wszelkich ćwiczeniach wojennych. Postępy prac, które trwały mimo nieśmiałych zażaleń ludności i zamachów wroga, zapewniły Galii pokój na dziewięć następnych lat rządów Walentyniana95.

Roztropny cesarz, który pilnie stosował mądre zasady Dioklecjana, starał się podsycać niezgodę wewnątrz germańskich plemion. Około połowy czwartego wieku (371 r.) niezbyt jasno dla nas określone kraje po obu stronach Łaby - być może Łużyce i Turyngia - znajdowały się pod panowaniem Burgundów, wojowniczego i licznego szczepu Wandalów96. Burgundowie, z początku nieznani, stworzyli z czasem potężne królestwo i w końcu osiedli w tej żyznej prowincji. Najbardziej znamienną stroną dawnych obyczajów Burgundów była, zdaje się, różnica między ich ustrojem politycznym i kościelnym. Władającemu całym krajem królowi lub wodzowi przysługiwała nazwa hendinosa, a tytuł sinistusa - najwyższemu kapłanowi. Osoba kapłana była święta, jego godność dożywotnia; piastujący natomiast władzę świecką łatwo mógł ją stracić. Jeśli przebieg wojny źle świadczył o odwadze czy postępowaniu króla, natychmiast go detronizowano; niesprawiedliwość poddanych czyniła go również odpowiedzialnym za urodzajność ziemi i właściwy rytm pór roku, co raczej powinno było podlegać kapłanowi97. Spór o prawa do niektórych kopalni soli98 powodował częste tarcia między Alemanami i Burgundami; tych ostatnich łatwo kusiły tajne zabiegi i szczodre obietnice cesarza; ich legendarne pochodzenie od rzymskich żołnierzy, rozmieszczonych niegdyś w twierdzach Druzusa, przyjmowano z obopólną łatwowiernością, jako że służyło obopólnym interesom99. Armia osiemdziesięciu tysięcy Burgundów niebawem pojawiła się na brzegach Renu, niecierpliwie żądając obiecanego przez Walentyniana poparcia i pomocy finansowej. Zbywano ich wymówkami i zwlekano, aż w końcu, po bezowocnym oczekiwaniu, zmuszeni zostali do odwrotu. Wojska i fortyfikacje na granicy Galii powściągnęły ich zrozumiałą wściekłość; wyrżnęli natomiast jeńców, co zaogniło dziedziczną wzajemną nienawiść Burgundów i Alemanów. Niestałość rozumnego władcy należy chyba tłumaczyć niejaką zmianą okoliczności; może zresztą Walentynian od początku zamierzał raczej straszyć niż niszczyć, skoro równowagę polityczną jednakowo naruszyłoby wytępienie któregokolwiek z obu germańskich plemion. Pośród władców alemańskich Makrianus, który razem z rzymskim imieniem posiadł umiejętności żołnierza i męża stanu, zasłużył na nienawiść i szacunek Walentyniana. Sam cesarz zadał sobie tyle trudu, że z lekkozbrojnymi i nieobciążonymi bagażem żołnierzami przekroczył Ren, przeszedł 50 mil w głąb kraju i niezawodnie osiągnąłby cel pościgu, gdyby jego rozsądnych posunięć nie pokrzyżowała niecierpliwość wojska. Makrianus dostąpił później zaszczytu osobistej rozmowy z cesarzem i łaski, które na niego spłynęły, uczyniły go aż do śmierci stałym i szczerym przyjacielem rzymskiego państwa100.

Kraj pokryły fortyfikacje Walentyniana, ale wybrzeża Galii i Brytanii wystawione były na grabieże Sasów. Owo sławne plemię, którego dzieje śledzimy z sympatią jako historię naszych przodków, umknęło uwagi Tacyta, a na mapach Ptolemeusza zajmowało jedynie wąski przesmyk Półwyspu Cymbryjskiego i trzy małe wyspy w pobliżu ujścia Łaby101. To ciasne terytorium (obecne księstwo Szlezwik czy może Holsztyn) nie byłoby w stanie wydać z siebie niewyczerpanych rzesz Sasów, którzy panowali nad oceanem, zapełnili Wyspy Brytyjskie swoim językiem, prawami i osadami i długo bronili wolności Północy przed wojskami Karola Wielkiego102. Łatwo znaleźć rozwiązanie tych trudności w podobnych obyczajach i luźnej organizacji państwowej plemion Germanii, które łączyły się z sobą przy okazji nawet najbłahszych przypadków wojny czy przyjaźni. Sytuacja rodowitych Sasów skłaniała ich do podejmowania niebezpiecznego zawodu rybaka i pirata, a powodzenie pierwszych przygód zachęciło, rzecz jasna, do współzawodnictwa ich najdzielniejszych rodaków, zniecierpliwionych posępnym odosobnieniem pośród rodzimych lasów i gór. Z każdym odpływem morza mogły płynąć w dół Łaby całe flotylle czółen zapełnionych wytrwałymi i nieustraszonymi mężami, którzy zapragnęli poznać bezkresne obszary oceanu oraz smak bogactwa i przepychu nieznanych światów. Wydaje się jednak rzeczą możliwą, że najliczniejszych posiłków dostarczały Sasom narody zamieszkujące wybrzeża Bałtyku. Miały one broń i okręty, opanowały sztukę żeglarską i przywykły do wojen morskich. Jednakże trudność przepłynięcia przez północne Słupy Herkulesa (które przez kilka miesięcy w roku są oblodzone)103 zamykały ich zręczność i odwagę w granicach owego rozległego jeziora. Pogłoski o udanych wyprawach żeglarskich płynących od ujścia Łaby zachęciły ich wkrótce do przejścia przez wąski przesmyk Szlezwiku i wypłynięcia statkami na wielkie morze. Gromady piratów i awanturników walczących pod tym samym dowództwem niepostrzeżenie połączyły się w stałą społeczność, najpierw dla wspólnych grabieży, a później pod wspólnym rządem. Przymierze wojskowe przekształciło się z wolna w organizm narodowy dzięki łagodnemu wpływowi małżeństw i związków rodzinnych; sąsiednie plemiona, które ubiegały się o sojusz, przyjmowały nazwę i prawa Sasów. Wydawałoby się, że nadużywamy łatwowierności naszych czytelników, opisując statki, na których piraci sascy zuchwale harcowali na falach Morza Północnego, kanału La Manche i Zatoki Biskajskiej, gdyby nie ustaliły tego bezsporne świadectwa. Kil ich dużych, płaskodennych łodzi sporządzony był z lekkiego drewna, ale boki i górne części składały się tylko z wikliny pokrytej mocnymi skórami104. Podczas powolnych i dalekich wypraw zawsze narażali się na niebezpieczeństwa, a często na nieszczęście rozbicia statku; morskie kroniki Sasów niewątpliwie pełne były relacji o stratach, jakie ponieśli przy brzegach Brytanii i Galii. Odważni piraci lekceważyli jednak niebezpieczeństwa i na morzu, i na wybrzeżach, a ich zręczność rozwijał sposób prowadzenia wypraw: najpośledniejszy nawet z marynarzy był równie jak inni zdolny do posługiwania się wiosłem, ustawiania żagli czy sterowania statkiem. Sasów cieszyły sztormy, które skrywały ich zamiary i rozpraszały nieprzyjacielskie floty105. Kiedy zdobyli dokładną wiedzę o nadmorskich prowincjach Zachodu, rozszerzyli scenę swych grabieży i nawet najbardziej odosobnione miejsca nie mogły liczyć na bezpieczeństwo. Łodzie Sasów potrzebowały tak niewiele wody pod kilem, że z łatwością mogły płynąć 80 czy 100 mil w górę wielkich rzek; były zaś tak lekkie, że przewoziło się je na wozach od jednej rzeki nad drugą; piraci, którzy wpłynęli w ujście Sekwany czy Renu, mogli z wartkim prądem Rodanu popłynąć na Morze Śródziemne. Gdy za panowania Walentyniana Sasi nękali nadmorskie prowincje Galii (371 r.), wyznaczono komesa do obrony wybrzeża morskiego nazywanego limesem armorykańskim. Ów oficer uznał, że jego siły i zdolności nie sprostają temu zadaniu, poprosił zatem o pomoc Sewera, naczelnego dowódcę piechoty. Sasi, otoczeni przez przeważające liczebnie wojska rzymskie, musieli porzucić łupy i przekazać całą drużynę dorodnej, krzepkiej młodzieży do służby w wojskach cesarskich. Zastrzegli sobie tylko bezpieczny, honorowy odwrót, a rzymski dowódca skwapliwie przystał na ten warunek. Planował jednak zdradziecki atak106, co było równie nieludzkie, jak nieostrożne, póki choć jeden Sas żył i miał broń, żeby pomścić los swoich rodaków. Przedwczesna gorliwość piechoty, ustawionej potajemnie w głębokiej dolinie, zdradziła zasadzkę. Być może Rzymianie padliby ofiarą własnej zdrady, gdyby duży oddział ciężkozbrojnej jazdy, zaalarmowany odgłosami bitwy, nie pospieszył natychmiast, by wspomóc towarzyszy broni i zgnieść nieustraszonych Sasów. Niektórych z jeńców nie oddano od razu pod miecz, chcąc przelać ich krew w amfiteatrze; lecz - jak skarży się mówca Symmachus - dwudziestu dziewięciu doprowadzonych do rozpaczy barbarzyńców udusiło się własnymi rękami, sprawiając zawód łaknącej rozrywki publiczności. Kulturalnych i rozmiłowanych w filozofii obywateli Rzymu zdjęła jednak głęboka groza, kiedy powiedziano im, że Sasi poświęcali bogom dziesiątą część jeńców wybranych na ofiary w drodze losowania107.

II. Legendarne kolonie Egipcjan i Trojan, Skandynawów i Hiszpanów, które pochlebiały dumie naszych łatwowiernych i nieuczonych przodków, poznikały w świetle nauki i filozofii108. Dzisiaj zadowala nas prosty i racjonalny pogląd, że wyspy Wielkiej Brytanii i Irlandii z wolna zaludnili mieszkańcy przyległej krainy na kontynencie - Galii. Od wybrzeża Kentu do krańców Szkocji (Caithness) i Ulster zachowały się trwałe znamiona celtyckiego pochodzenia w nieprzemijającym podobieństwie języka, religii i obyczajów. Szczególne cechy różnych plemion brytyjskich można oczywiście przypisywać przypadkowym i lokalnym okolicznościom109. Rzymska prowincja Brytania sprowadzona została do stanu cywilizowanej i pokojowej niewoli. Obszar, na którym panowała barbarzyńska wolność, skurczył się do ciasnych granic Kaledonii. Mieszkańcy tego północnego kraju dzielili się już za panowania Konstantyna na dwa wielkie plemiona Szkotów i Piktów110, które odtąd doświadczały całkiem odmiennych losów. Potęgę Piktów, a nawet wręcz pamięć o nich, zaćmili ich szczęśliwi rywale, Szkoci, po wielu wiekach, podczas których - godnie broniąc niepodległości swego królestwa - pomnożyli, dzięki równorzędnemu i dobrowolnemu związkowi, wspaniałość imienia Anglii. Przyroda przyczyniła się do tego, by zaznaczyć różnicę między Szkotami a Piktami. Szkoci byli góralami, Piktowie zamieszkiwali niziny. Wschodnie wybrzeże Kaledonii było niewątpliwie płaską i urodzajną krainą, która nawet dzięki prymitywnej uprawie mogła rodzić duże ilości zboża; przezwisko cruitnich, czyli "zjadacze pszenicy", wyrażało pogardę lub zazdrość mięsożernych górali. Uprawa ziemi mogła doprowadzić do ściślejszego podziału własności i zrodzić obyczaje związane z osiadłym życiem, lecz Piktowie wciąż namiętnie pragnęli walczyć i rabować. Ich wojownicy, którzy w dniu bitwy rozbierali się do naga, wyróżniali się w oczach Rzymian osobliwym zwyczajem malowania ciał jaskrawymi barwami w fantastyczne wzory. Zachodnia część Kaledonii tu i ówdzie przechodzi w dzikie, jałowe wzgórza, które prawie wcale nie odwdzięczają się rolnikowi za jego trudy i służą głównie jako pastwiska dla bydła. Górale skazani na zajmowanie się pasterstwem i myślistwem rzadko osiadali gdzieś na stałe, toteż przybrali wymowną nazwę Szkotów, co w języku Celtów oznacza podobno wędrowców czy włóczęgów. Mieszkańcy jałowych regionów musieli szukać świeżej żywności w wodzie. Głębokie jeziora i zatoki w ich kraju obfitują w ryby; z czasem ośmielili się też zarzucać sieci w falach oceanu. Sąsiedztwo Hebrydów, gęsto rozrzuconych wzdłuż zachodnich brzegów Szkocji, nęciło ich ciekawość i przydawało zręczności; z wolna przyswoili sobie sztukę czy raczej nawyk manewrowania łodzią na wzburzonym morzu i nocnej żeglugi, podczas której kierowali się światłem dobrze znanych gwiazd. Dwa wydatne cyple Kaledonii prawie dotykają brzegów rozległej wyspy, którą z powodu bujnej roślinności nazywano Zieloną i która z drobną tylko zmianą zachowała nazwę Erinu, Ierne lub Irlandii. Jest rzeczą możliwą, że w zamierzchłym okresie starożytności żyzne niziny Ulster przyjęły kolonię głodnych Szkotów i że ci przybysze z północy, którzy niegdyś śmieli walczyć z legionami, rozciągnęli swoje podboje na dzikich, lecz spokojnych mieszkańców samotnej wyspy. Natomiast jest całkiem pewne, że w schyłkowej epoce cesarstwa rzymskiego Kaledonia, Irlandia i wyspa Man zamieszkane były przez Szkotów i że rozmaite wydarzenia w dziejach każdego z pokrewnych plemion, często łączących się w wojennych przedsięwzięciach, miały istotny wpływ na los pozostałych. Długo kultywowali oni żywą tradycję wspólnej nazwy i pochodzenia, a misjonarze z tej Wyspy Świętych, którzy rozniecili w północnej Brytanii światło chrześcijaństwa, rozpowszechnili gołosłowne twierdzenie, że ich irlandzcy rodacy są nie tylko w sensie duchowym, lecz i cielesnym protoplastami narodu szkockiego. Ową niedokładną i mętną tradycję przekazał potomnym Beda Czcigodny, który rozjaśnił nieco mroki ósmego stulecia. Na tej niepewnej podstawie bardowie i mnisi - dwie grupy ludzi, które po równi nadużywały prawa do wymyślania legend - wznieśli stopniowo potężną nadbudowę baśni. Naród szkocki ze źle pojętą dumą przyjął swą irlandzką genealogię i kroniki długiej linii rzekomych królów ozdobiła fantazja Boecjusza wraz z klasyczną elegancją Buchanana111.

Sześć lat po śmierci Konstantyna niszczące najazdy (343-366) Szkotów i Piktów sprawiły, że do Brytanii musiał przyjechać jego najmłodszy syn, który panował w cesarstwie zachodnim. Konstans odwiedził swoje brytyjskie posiadłości; pewne pojęcie o znaczeniu jego osiągnięć daje nam jednak styl panegiryku, który sławi tylko jego tryumf nad żywiołami, czyli innymi słowy to, że udało mu się bezpiecznie i łatwo przeprawić z portu Boulogne do przystani w Sandwich112. Klęski, jakich nadal doznawali nieszczęśni mieszkańcy prowincji w wojnach z innymi krajami i skutkiem rodzimej tyranii, pogarszała słaba i przekupna administracja eunuchów Konstancjusza. Przejściowa ulga, której zapewne doznali dzięki zaletom Juliana, szybko minęła z powodu nieobecności, a później śmierci ich dobroczyńcy. Złoto i srebro mozolnie zbierane lub szczodrze przekazywane na żołd dla żołnierzy przechwytywali chciwi dowódcy; zwolnienia ze służby wojskowej, choćby czasowe, publicznie sprzedawano; rozpacz żołnierzy, których krzywdzono, pozbawiając należnych im skąpych środków utrzymania, skłaniała ich do częstych dezercji; więzy dyscypliny rozluźniły się, na drogach pełno było zbójców113. Gnębienie dobrych i bezkarność nikczemników jednakowo przyczyniały się do szerzenia na wyspie nastrojów niezadowolenia i buntu. Każdy ambitny poddany, każdy zdesperowany wygnaniec mógł żywić rozsądną nadzieję, że zdoła obalić słabe i nieudolne władze Brytanii. Wrogie plemiona z północy, nienawidzące dumy i potęgi Rzymu, Króla Świata, zawiesiły wewnętrzne walki i barbarzyńcy z lądu i morza, Szkoci, Piktowie i Sasi popychani niepohamowaną wściekłością szybko rozprzestrzenili się od Wału Antonina po wybrzeża Kentu. Wszystkie wytwory sztuki lub natury, wszystkie przedmioty użyteczne lub luksusowe, których nie byli w stanie wyprodukować własną pracą ani kupić, mogli znaleźć w bogatej i płodnej prowincji Brytanii114. Filozof może biadać nad wiecznymi waśniami rodzaju ludzkiego, musi jednak przyznać, że żądza łupu jest bodźcem bardziej racjonalnym niż czcze pragnienie podbojów. Od czasów Konstantyna do epoki Plantagenetów zachłanność zawsze podżegała ubogich i dzielnych Kaledończyków; ten sam lud, z którego szlachetnej wielkoduszności zdawał się czerpać w swych pieśniach natchnienie Osjan, hańbiła barbarzyńska nieznajomość cnót pokojowych i praw wojennych. Ich południowi sąsiedzi być może wyolbrzymiali nękające ich okrutne rozboje Szkotów i Piktów115. Naoczny świadek oskarżył waleczny kaledoński szczep Attakottów116, wrogów, a potem żołnierzy Walentyniana, że rozkoszowali się smakiem ludzkiego mięsa. Kiedy polowali w lasach, napadali podobno raczej na pasterza niż na jego trzodę; starannie wybierali najdelikatniejsze i mięsiste części zarówno mężczyzn, jak kobiet i sporządzali z nich swoje wstrętne posiłki117. Jeśli w pobliżu kupieckiego i kulturalnego miasta Glasgow rzeczywiście mieszkało plemię kanibali, to dzieje Szkocji każą nam zastanowić się nad skrajnymi przeciwieństwami barbarzyństwa i cywilizacji. Tego rodzaju rozważania zmierzają do poszerzenia kręgu naszych pojęć i do wzbudzenia nadziei, że w przyszłości może się w Nowej Zelandii urodzić jakiś Hume południowej półkuli. Ludzie, którzy w latach 367-370 uciekali przez kanał La Manche, przekazywali Walentynianowi nader smutne i niepokojące wiadomości. Cesarz dowiedział się niebawem, że obaj wojskowi dowódcy prowincji zostali zaskoczeni przez barbarzyńców, którzy odcięli im odwrót. Dwór w Trewirze pospiesznie wysłał i równie nagle odwołał Sewerusa, komesa pałacowej gwardii cesarskiej. Jowin ograniczył się tylko do ukazania ogromu zła i po długich, poważnych naradach obronę, a raczej odzyskanie Brytanii powierzono talentom mężnego Teodozjusza. Podziwu godne czyny tego dowódcy, protoplasty całej linii cesarzy, opiewane były ze szczególną służalczością przez ówczesnych pisarzy, ale istotnie miał on zalety zasługujące na pochwałę. Nominację Teodozjusza przyjęto w armii i całej prowincji jako niezawodną zapowiedź bliskiego zwycięstwa. Skorzystał on z pomyślnego dla żeglugi momentu i bezpiecznie wysadził na ląd liczne, doświadczone oddziały Herulów i Batawów, żołnierzy legionów Jowiszowego i Zwycięskiego. Podczas marszu z przystani w Sandwich na Londyn Teodozjusz pokonał kilka oddziałów barbarzyńców, uwolnił wielu jeńców i rozdzieliwszy wśród swoich żołnierzy niewielką część łupów, zdobył sławę orędownika bezinteresownej sprawiedliwości, ponieważ resztę zwrócił prawowitym właścicielom. Mieszkańcy Londynu, którzy już niemal stracili nadzieję, że się uratują, otworzyli na oścież bramy miasta. Skoro tylko Teodozjusz otrzymał z dworu w Trewirze istotną pomoc w postaci wojskowego zastępcy i cywilnego gubernatora, wykonał mądrze i energicznie żmudne zadanie wyzwolenia Brytanii. Rozproszonych żołnierzy zwołano pod sztandary, edykt o amnestii rozwiał obawy społeczeństwa, a pogoda ducha objawiana przez dowódcę pozwalała innym łatwiej znosić rygory wojennej dyscypliny. Rozproszone i chaotyczne działania wojenne barbarzyńców nękających Rzymian na lądzie i na morzu pozbawiły go chwały walnego zwycięstwa, ale roztropność i wytrawne umiejętności rzymskiego wodza zabłysły w operacjach dwóch kampanii (368 i 369 r.), które kolejno oswobodziły wszystkie części prowincji od okrutnego i zachłannego nieprzyjaciela. Wspaniałe miasta i bezpieczne fortyfikacje skrupulatnie odbudowano dzięki ojcowskiej trosce Teodozjusza, który silną ręką zepchnął przerażonych Kaledończyków w północny kąt wyspy i uwiecznił chwałę panowania Walentyniana, nadając nowej prowincji nazwę Walencja118. Poezje i panegiryki mówią jeszcze, może w pewnej mierze zgodnie z prawdą, że nieznane regiony Thule splamiła krew Piktów, że wiosła Teodozjusza biły w fale Oceanu Hyperborejskiego i że dalekie Orkady były sceną jego morskiego zwycięstwa nad saskimi piratami119. Opuszczał tę prowincję z dobrym imieniem i wspaniałą reputacją, toteż od władcy, który umiał bez zazdrości chwalić zasługi swych poddanych, natychmiast otrzymał awans na naczelnego dowódcę konnicy. Na ważnym posterunku nad górnym Dunajem zdobywca Brytanii zatrzymał i zwyciężył armie Alemanów, zanim wysłano go, by stłumił bunt w Afryce.

III. Władca, który nie chce być sędzią swoich ministrów, pozwala narodowi, by traktował go jako ich wspólnika. Dowództwo wojskowe Afryki długo sprawował (od 366 r.) komes Romanus, którego zdolności raczej odpowiadały jego stanowisku. Ponieważ jednak nieczysta chęć zysku była jedynym motywem jego postępowania, zachowywał się w większości wypadków tak, jakby był wrogiem prowincji, a przyjacielem żyjących na pustkowiu barbarzyńców. Trzy kwitnące miasta: Oea, Leptis i Sabrata, które od dawna tworzyły federację pod nazwą Trypolis120, musiały po raz pierwszy zamknąć bramy z powodu inwazji wroga. Najeźdźcy zaskoczyli i wyrżnęli wielu najszacowniejszych mieszkańców. Okoliczne wioski i nawet przedmieścia zostały złupione, a złośliwi barbarzyńcy z Getulii zniszczyli też winnice i sady owocowe tej żyznej krainy. Nieszczęśni mieszkańcy prowincji błagali Romanusa o obronę, lecz szybko pojęli, że ich wojskowy gubernator jest nie mniej okrutny i chciwy niż barbarzyńcy. Nie byli w stanie dostarczyć czterech tysięcy wielbłądów i nieprzebranych darów, których wymagał przed wyruszeniem na odsiecz Trypolisowi, toteż jego żądanie równało się odmowie i można go słusznie obarczać winą za klęskę. Trzy miasta podczas dorocznego zgromadzenia wybrały dwóch delegatów, by złożyli u stóp Walentyniana uświęcony zwyczajem dar: złoty posąg Wiktorii. Wraz z tą daniną, składaną raczej z obowiązku niż z wdzięczności, mieli mu przekazać pokorną skargę, że Trypolis niszczy wróg i zdradza gubernator. Gdyby Walentynian okazał surowość, komu należało, kara spadłaby na głowę winowajcy, to znaczy Romanusa. Komes jednak, zaprawiony w korupcji, wysłał już wcześniej szybkiego i zaufanego posłańca, by zapewnił mu sprzedajną przyjaźń Remigiusza, przełożonego urzędników cesarskich. Roztropność rady cesarskiej okazała się bezsilna wobec podstępu i zwłoka ochłodziła jej szczere oburzenie. W końcu, kiedy nowe nieszczęścia dały asumpt do nowych skarg, dwór w Trewirze wysłał notariusza Palladiusza, żeby zbadał sytuację w Afryce i postępowanie Romanusa. Surową bezstronność Palladiusza łatwo unieszkodliwiono: uległ on pokusie, by zachować dla siebie część pieniędzy ze skarbu państwowego, które przywiózł jako żołd dla żołnierzy. Od tego momentu, świadom własnej winy, mógł już tylko zaświadczać niewinność i zasługi komesa. Zarzuty mieszkańców Trypolisu uznano za fałszywe i błahe, a Palladiusza wysłano raz jeszcze z Trewiru do Afryki ze specjalnym zadaniem odkrycia i ukarania sprawców świętokradczego spisku przeciw przedstawicielom władzy. Dochodzenie prowadził z taką zręcznością i powodzeniem, że zmusił mieszkańców Leptis, którzy wytrzymali niedawno ośmiodniowe oblężenie, by zadali kłam własnym uchwałom i potępili postępowanie własnych posłów. Walentynian, dając się ponieść bezmyślnemu okrucieństwu, bez wahania wydał srogi wyrok. Namiestnik Trypolisu, który ośmielił się współczuć niedolom prowincji, został publicznie stracony w Utyce. Czterech wybitnych obywateli skazano na śmierć jako współwinnych rzekomego oszustwa, a dwóm innym obcięto języki na wyraźny rozkaz cesarza. Romanus, odurzony bezkarnością i rozdrażniony oporem, nadal sprawował dowództwo wojskowe, aż wreszcie jego chciwość skłoniła Afrykanów do poparcia buntu Maura Firmusa121.

Ojciec Firmusa, Nabal, był jednym z najbogatszych i najpotężniejszych władców mauretańskich, którzy uznawali zwierzchność Rzymu. Ponieważ jednak umierając (372 r.) pozostawił bardzo liczne potomstwo, które mu dały żony i nałożnice, rozgorzały zawzięte spory o bogatą schedę i Firmus podczas rodzinnej kłótni zabił swego brata Zammę. Nieubłaganą zaciekłość, z jaką Romanus zabiegał o sądowe pomszczenie tego morderstwa, można przypisać jedynie chciwości lub osobistej nienawiści. Jego zabiegi były jednak w tym wypadku słuszne, a wpływy poważne. Firmus nie miał wątpliwości, że odda głowę katu, jeśli nie odwoła się od wyroku rady cesarskiej do swego miecza i do ludu122. Przyjęto go jako oswobodziciela kraju i skoro tylko okazało się, że Romanus jest groźny jedynie dla uległej prowincji, tyran Afryki stał się przedmiotem powszechnej pogardy. Ruiny Cezarei, splądrowanej i spalonej przez rozpasanych barbarzyńców, przekonały krnąbrne miasta, jak niebezpieczny jest opór. Firmus przejął władzę, w każdym razie w Mauretanii i Numidii. Wydawało się, że waha się tylko, czy ma włożyć na głowę diadem króla Maurów, czy przywdziać purpurę rzymskiego cesarza. Nieszczęśni Afrykanie wkrótce jednak odkryli, że podnosząc nierozważnie bunt nie wzięli należycie pod uwagę własnej siły ani zdolności swego przywódcy. Zanim do Firmusa dotarła pewna wiadomość, że cesarz Zachodu zatwierdził wybór dowódcy i że flotylla łodzi transportowych zebrała się przy ujściu Rodanu, doniesiono mu nagle, że wielki Teodozjusz z nielicznym oddziałem weteranów wylądował (373 r.) w pobliżu Igilgilis (dziś Gigeri) na wybrzeżu afrykańskim. Tchórzliwy uzurpator wiedział, że nie dorówna mu męstwem ani talentem dowódczym. Firmus miał wprawdzie broń i bogactwo, ale niewiara w zwycięstwo sprawiła, że od razu uciekł się do metod, którymi w tym samym kraju i w podobnej sytuacji posługiwał się dawniej chytry Jugurta[VI]. Usiłował uśpić dzięki pozornej uległości czujność rzymskiego wodza, podkopać wierność jego żołnierzy i przedłużyć wojnę, nakłaniając kolejno różne niezależne plemiona afrykańskie, by opowiedziały się po jego stronie lub ułatwiły mu ucieczkę. Teodozjusz poszedł za przykładem swego poprzednika Metellusa[VII] i powiodło mu się tak samo jak tamtemu. Kiedy Firmus przepraszał go, oskarżając się o nieroztropne poczynania, i pokornie odwoływał się do łaski cesarza, dowódca wojsk Walentyniana przyjął go i odprawił z przyjaznym uściskiem, stanowczo jednak domagał się praktycznych i namacalnych rękojmi szczerej skruchy. Zapewnienia o pokojowych intencjach nie skłoniły go do przerwania choćby na chwilę działań wojennych. Knowania Firmusa nie ukryły się przed przenikliwością Teodozjusza. Rzymski dowódca dość łatwo zgodził się natychmiast zadośćuczynić powszechnemu oburzeniu, które sam potajemnie wzniecił. Kilku współwinowajców Firmusa poniosło, zgodnie z dawnym zwyczajem, publiczną śmierć z ręki żołnierzy. Wielu innym obcięto obie ręce, by przez resztę życia stanowili odstraszający przykład. Nienawiści buntowników towarzyszył strach, a strach przed rzymskimi żołnierzami łączył się z pełnym szacunku podziwem. Pośród bezkresnych równin Getulii i niezliczonych dolin górskich Atlasu nie można było zapobiec ucieczce Firmusa. Gdyby uzurpator umiał wyczerpać cierpliwość swego przeciwnika, mógłby zaszyć się głęboko w odległej, bezludnej okolicy, gdzie oczekiwałby okazji do przewrotu. Pokonała go wytrwałość Teodozjusza, który powziął nieugięte postanowienie, że wojnę zakończyć może tylko śmierć tyrana i że każdy lud Afryki, który ośmielił się poprzeć jego sprawę, musi wraz z nim ponieść zasłużoną karę. Na czele niewielkiego oddziału, na ogół nieprzekraczającego trzech i pół tysiąca żołnierzy, rzymski dowódca posuwał się naprzód wytrwale i rozważnie, bez brawury i bez strachu, zmierzając do wnętrza kraju, gdzie kilkakrotnie musiał odpierać ataki dwudziestotysięcznych armii Maurów. Jego śmiałe natarcia przerażały niezdyscyplinowanych barbarzyńców. Krzyżowały im plany rzymskie odwroty, zawsze dokonywane w odpowiedniej porze i w odpowiednim porządku; wciąż zbijały ich z tropu nieznane fortele sztuki wojennej; czuli i uznawali wyższość, którą słusznie przypisywał sobie przywódca cywilizowanego narodu. Gdy Teodozjusz wkroczył do rozległych posiadłości Igmazena, króla Izaflensów, pyszny barbarzyńca wyzywająco zażądał, by podał swe imię i cel wyprawy. Komes oświadczył surowo i wzgardliwie: "Jestem dowódcą wojsk Walentyniana, pana świata, który posłał mnie tutaj, abym doścignął i ukarał zuchwałego rozbójnika. Wydaj mi go natychmiast i bądź pewien, że jeśli nie usłuchasz rozkazów mego niezwyciężonego władcy, zginiesz, a lud, nad którym panujesz, zostanie w pień wycięty". Skoro Igmazen upewnił się, że nieprzyjaciel ma dość siły i zdecydowania, by spełnić tę śmiertelną groźbę, zgodził się okupić niezbędny pokój wydaniem zbiegłego winowajcy. Strażnicy, których zadaniem było zapewnić bezpieczeństwo Firmusowi, pozbawili go szans ucieczki. Mauretański tyran, przyćmiwszy winem strach, nie dał się nad sobą pastwić tryumfującym Rzymianom i powiesił się w nocy. Jego zwłoki, jedyny dar, jaki Igmazen mógł złożyć zdobywcy, niedbale wrzucono na grzbiet wielbłąda. Teodozjusz poprowadził zwycięskich żołnierzy z powrotem do Sitifi witany radosnymi okrzykami i żarliwymi zapewnieniami wierności123.

Afryka została stracona z powodu występków Romanusa, a odzyskana dzięki cnotom Teodozjusza. Możemy naszą ciekawość z pożytkiem skierować na kwestię, w jaki sposób każdego z obu dowódców potraktowano na cesarskim dworze. Komesa Romanusa zawiesił w sprawowaniu władzy dowódca konnicy. Resztę wojny komes spędził w odosobnieniu pilnie strzeżony, choć traktowany z szacunkiem. Najwiarygodniejsze świadectwa dowiodły jego zbrodni i ludzie oczekiwali z pewną niecierpliwością surowego i sprawiedliwego wyroku. Protekcja potężnego Mellobaudesa[VIII] ośmieliła jednak Romanusa do żądania zmiany prawnie powołanych sędziów i ciągłego odwlekania sprawy, co pozwoliło mu zebrać całe tłumy przychylnych świadków i w końcu ukryć swoje dawne występki za pomocą nowych szalbierstw i fałszerstw. W tym samym mniej więcej czasie wódz, który przywrócił Rzymowi Brytanię i Afrykę, został (376 r.) haniebnie ścięty w Kartaginie wskutek nieugruntowanego podejrzenia, że jego imię i zasługi przerosły pozycję poddanego. Walentynian już nie panował i śmierć Teodozjusza, tak samo jak bezkarność Romanusa, można słusznie przypisać sztuczkom ministrów, którzy nadużywali zaufania i oszukiwali jego niedoświadczonych młodych synów124.

Gdyby szczęśliwym trafem geograficzna dokładność Ammiana objęła też wspaniałe wyczyny Teodozjusza w Brytanii, moglibyśmy śledzić z żywą ciekawością dowodne ślady jego przemarszu. Jednakże nudne wyliczanie nieznanych i nieinteresujących plemion afrykańskich lepiej sprowadzić do ogólnej uwagi, że wszystkie należały do smagłej rasy Maurów i zamieszkiwały w głębi Mauretanii oraz w Numidii, krainie, jak potem określali ją Arabowie, daktyli i szarańczy125, i że w miarę jak upadała w Afryce władza Rzymian, granice cywilizacji i uprawnej ziemi powoli się kurczyły. Za najdalszymi krańcami Mauretanii rozciąga się na ponad tysiąc mil od brzegów Nigru rozległa i niegościnna pustynia południowa. Starożytnych, mających bardzo słabą i niedoskonałą wiedzę o wielkim lądzie afrykańskim, niekiedy kusiło przeświadczenie, że strefa gorąca na pewno jest pozbawiona mieszkańców126, niekiedy zaś dawali się ponieść wyobraźni, zaludniając ową pustą przestrzeń ludźmi bez głowy czy raczej potworami127, rogatymi satyrami o rozszczepionych kopytach128, baśniowymi centaurami129 i pigmejami, którzy toczyli zuchwałą, a niebezpieczną wojnę z żurawiami130. Kartaginę przeraziłaby dziwna wiadomość, że kraje po obu stronach równika zamieszkują niezliczone ludy, które tylko barwa skóry różni od zwykłego wyglądu rodzaju ludzkiego. Mieszkańcy imperium rzymskiego mogliby natomiast z niepokojem oczekiwać, że mrowie barbarzyńców z Północy wkrótce zetrze się z mrowiem barbarzyńców z Południa, równie dzikich i równie groźnych. Te ponure koszmary na pewno mogłaby rozproszyć gruntowniejsza znajomość charakteru afrykańskich nieprzyjaciół. Bierność Murzynów nie wydaje się skutkiem ani prawości, ani tchórzostwa. Podobnie jak reszta ludzkości, i oni również folgują swoim namiętnościom i zachciankom. Sąsiadujące z sobą szczepy często wdają się ze sobą w wojny131, lecz wskutek ciemnoty i braku wykształcenia nigdy nie zdołały wynaleźć żadnej skutecznej broni ani obronnej, ani niszczącej. Wydają się też niezdolne do jakiegokolwiek planowania na czas dłuższy czy to rządów, czy podboju. Jawną niższość ich inteligencji wykryły narody ze strefy umiarkowanej i nie omieszkały tego wykorzystać. Sześćdziesiąt tysięcy czarnoskórych wypełnia corocznie statki na wybrzeżu Gwinei, by nigdy nie wrócić do rodzinnego kraju, jeszcze zaś przed wypłynięciem zakuwa się ich w łańcuchy132. Ta stała emigracja, która na przestrzeni dwóch stuleci mogłaby dostarczyć armii do opanowania świata, wymownie świadczy o winie Europy i słabości Afryki.

IV. Rzymianie lojalnie dotrzymywali haniebnego traktatu, który ocalił wojska Jowiana: uroczyście wyrzekli się zwierzchniej władzy i przymierza z Armenią i Iberią, toteż te lenne królestwa wystawione były bez ochrony na zbrojną napaść władcy Persji133. Szapur wkroczył do Armenii na czele potężnych zastępów ciężkozbrojnej jazdy, łuczników i najemnej piechoty; jego niezmiennym zwyczajem było łączenie wojny z układami. Fałsz i wiarołomstwo uważał on za najlepsze narzędzie królewskiej taktyki. Udawał, że pochwala przezorne i powściągliwe postępowanie króla Armenii. Tiranus pod wpływem wciąż powtarzanych zapewnień o przyjaźni ufnie oddał się w ręce podstępnego i okrutnego wroga. W czasie wystawnej uczty związano go łańcuchami - srebrnymi, żeby uczcić potomka Arsacydów. Po krótkim pobycie w Ekbatanie uwolnił go od niedoli życia w Wieży Zapomnienia albo własny sztylet, albo sztylet mordercy. Królestwo Armenii zostało sprowadzone do stanu perskiej prowincji, którą zarządzali wspólnie dostojny satrapa i ulubiony eunuch, a Szapur wyruszył bez zwłoki, by poskromić wojowniczość Iberyjczyków. Sauromaces, panujący w tym kraju za pozwoleniem cesarzy, został przemocą wygnany, po czym - ubliżając majestatowi Rzymu - król królów włożył diadem na głowę nikczemnego wasala, Aspakurasa. Jedynym miejscem w Armenii, które odważyło się oprzeć sile jego oręża, było miasto Artogerassa134. Skarb złożony w tej silnej twierdzy kusił chciwość Szapura, ale niebezpieczeństwo zagrażające Olimpiadzie, żonie, a raczej wdowie po królu Armenii, wzbudziło powszechne współczucie i ożywiło rozpaczliwe męstwo jej poddanych i żołnierzy. Persów zaskoczył i odparł spod murów Artogerassy śmiały i dobrze zorganizowany wypad oblężonych. Wojska Szapura stale jednak rosły w siłę; wyczerpała się desperacka odwaga załogi; mury nie wytrzymały szturmu, a dumny zdobywca ogniem i mieczem spustoszył buntownicze miasto oraz wziął do niewoli nieszczęsną królową, która kiedyś, w pomyślniejszej godzinie, przeznaczona była na małżonkę syna Konstantyna135. Jednakże, choć Szapur pysznił się już łatwym podbojem dwóch ościennych królestw, zrozumiał niebawem, że kraj nie jest podbity, dopóki jego mieszkańców zagrzewa do oporu wrogość i nieposłuszeństwo. Musiał zawierzyć satrapom, którzy skorzystali z pierwszej sposobności, by odzyskać miłość swoich rodaków i dać wyraz odwiecznej nienawiści do Persów.

Armeńczycy i Iberowie od czasu swego nawrócenia uważali chrześcijan za sprzymierzeńców, a Magów za przeciwników Najwyższej Istoty. Duchowieństwo miało wpływ na przesądny lud, co działało na rzecz Rzymu i póki następcy Konstantyna spierali się z następcami Artakserksesa o zwierzchnictwo w pogranicznych prowincjach, więź religijna zawsze przeważała zdecydowanie szalę na stronę cesarstwa. Liczne i czynne stronnictwo uważało, że Para[IX], syn Tiranusa, jest prawowitym władcą Armenii: jego prawa do tronu liczyły sobie pięćset lat dziedzicznej ciągłości. Za jednomyślną zgodą Iberów kraj ich równo podzielono między rywalizujących władców i Aspakuras, który zawdzięczał władzę decyzji Szapura, musiał oświadczyć, że wzgląd na dzieci, będące zakładnikami tyrana, jest jedynym powodem powstrzymującym go od otwartego wyrzeczenia się sojuszu z Persją. Cesarz Walens, który szanował postanowienia traktatu i obawiał się wplątać Wschód w niebezpieczną wojnę, odważył się powoli i ostrożnie poprzeć stronnictwo rzymskie w królestwach Iberii i Armenii. Dwanaście legionów ustanowiło władzę Sauromacesa na brzegach rzeki Cyrus. Eufratu broniło męstwo Arynteusza. Potężna armia pod dowództwem komesa Trajana i Wadomaira, króla Alemanów, rozłożyła obóz na granicy Armenii. Przykazano jednak surowo, by nie wszczynali żadnych wrogich kroków, które można by uznać za złamanie traktatu. Posłuszeństwo rzymskiego dowódcy było tak absolutne, że żołnierze cofali się pod gradem perskich strzał z przykładną cierpliwością, póki nie zyskali słusznego i oczywistego prawa do zaszczytnego, legalnego zwycięstwa. Pozorna wojna powoli zamieniła się w czcze i nudne układy, w których obie walczące strony podpierały swoje roszczenia wzajemnymi oskarżeniami o wiarołomstwo i pychę. Można by odnieść wrażenie, że warunki pierwotnego traktatu sformułowano nader niejasno, skoro trzeba było później bezskutecznie odwoływać się do stronniczych świadectw dowódców obu ludów, którzy uczestniczyli w dawnych negocjacjach136. Najazd Gotów i Hunów, który niebawem miał wstrząsnąć podstawami cesarstwa rzymskiego, wydał prowincje Azji na łup wojsk Szapura. Sędziwy wiek i być może starcze niedołęstwo monarchy spowodowały jednak, że ustalono nowe zasady pokoju i umiaru. Jego śmierć, która nastąpiła po aż siedemdziesięciu latach panowania (380 r.), zmieniła w jednej chwili dwór i rady Persji. Ich uwagę pochłaniały na pewno wewnętrzne niepokoje i odległe operacje wojny z Karmanami137. Pamięć o dawnych krzywdach stłumiła radość z uzyskania pokoju. Królestwom Armenii i Iberii pozwolono (384 r.) za milczącą zgodą obu cesarstw na powrót do ich chwiejnej neutralności. W pierwszych latach panowania Teodozjusza Persowie wysłali posłów do Konstantynopola, by przeprosić za nieuzasadnione postępowanie poprzednich władców i złożyć w hołdzie, jako dowód przyjaźni czy szacunku, wspaniały dar z klejnotów, jedwabiu i indyjskich słoni138.

W ogólnym obrazie wydarzeń na Wschodzie za panowania Walensa jeden z najbardziej uderzających i osobliwych fragmentów stanowią przygody Pary. Szlachetny młodzian za namową matki, Olimpiady, przedarł się przez wojska perskie oblegające Artogerassę i poprosił cesarza Wschodu o obronę. Bojaźliwi doradcy cesarza kolejno to popierali Parę, to znów odwoływali go, przywracali do łask i zdradzali. Nadzieje Armeńczyków pobudzała czasem obecność ich prawowitego władcy; ministrowie Walensa byli przekonani, że dotrzymują zobowiązań swego państwa, skoro nie pozwalają, by wasal nałożył diadem i przybrał tytuł króla. Szybko jednak pożałowali braku rozwagi. Stropiły ich wyrzuty i groźby monarchy perskiego. Nie bez powodu przestali ufać okrutnym i zmiennym nastrojom samego Pary, który przy najlżejszym podejrzeniu potrafił poświęcać życie najwierniejszych sług i prowadził potajemnie haniebną korespondencję z mordercą swego ojca i wrogiem kraju. Pod pretekstem narady z cesarzem w sprawach dotyczących ich wspólnego dobra skłoniono Parę, by zszedł z gór Armenii, gdzie otaczali go uzbrojeni stronnicy, i powierzył swą niezależność oraz bezpieczeństwo zdradzieckiemu dworowi. Króla Armenii (gdyż był królem w oczach własnych i swego narodu) przyjmowali z należnymi honorami gubernatorowie prowincji, przez które przejeżdżał. Gdy jednak przybył do Tarsu w Cylicji, wstrzymano pod różnymi pozorami jego dalszą podróż. Obserwowano jego ruchy z pełną szacunku czujnością, aż wreszcie po jakimś czasie zdał sobie sprawę, że jest więźniem Rzymian. Powściągnął oburzenie, ukrył obawy i przygotowawszy potajemnie ucieczkę, dosiadł konia. Towarzyszyło mu trzystu wiernych stronników. Oficer postawiony przy drzwiach jego komnat natychmiast zawiadomił o ucieczce prokonsula Cylicji, który doścignął Parę na przedmieściach, po czym usiłował bez powodzenia skłonić go do zaniechania pochopnego i niebezpiecznego zamiaru. Jeden z legionów wysłano w pościg za królewskim zbiegiem. Pościg piechoty nie mógł jednak zbytnio zagrozić oddziałowi lekkiej jazdy i po pierwszej chmurze wypuszczonych w powietrze strzał ścigający pospiesznie cofnęli się za bramy Tarsu. Jadąc bez przerwy przez dwa dni i dwie noce Para i jego Armeńczycy dotarli do brzegów Eufratu. Konieczność przepłynięcia przez rzekę naraziła ich na zwłokę i straty. W okolicy ogłoszono alarm i dwie drogi oddalone od siebie tylko o trzy mile zajęło tysiąc łuczników na koniach pod dowództwem komesa i trybuna. Gdyby nie przypadkowe przybycie przyjaznego podróżnika, który uświadomił mu zagrożenie i pomógł w ucieczce, Para musiałby ulec przeważającym siłom. Ciemna i prawie nieprzebyta ścieżka bezpiecznie przeprowadziła armeńskich żołnierzy przez zarośla i Para zostawił za sobą komesa i trybuna, którzy cierpliwie oczekiwali na jego nadejście jedną lub drugą publiczną drogą. Wrócili potem na dwór cesarski, gdzie musieli się wytłumaczyć z braku czujności oraz z niepowodzenia. Poważnie wówczas utrzymywali, że król Armenii, biegły w sztuce magii, przeobraził siebie i swój orszak, z którym przeszedł przed ich oczami w zmienionej postaci. Po powrocie do ojczyzny Para nadal głosił, że jest przyjacielem i sprzymierzeńcem Rzymian. Rzymianie skrzywdzili go jednak zbyt dotkliwie, by mu to kiedykolwiek wybaczyć i rada Walensa podpisała potajemnie wyrok śmierci. Wykonanie tego krwawego czynu powierzono zręcznemu i ostrożnemu komesowi Trajanowi. Udało mu się zyskać zaufanie łatwowiernego księcia, by znaleźć okazję do ugodzenia go sztyletem w serce. Parę zaproszono na rzymską ucztę, przygotowaną z całym przepychem i zmysłowym bogactwem Wschodu. Sala rozbrzmiewała wesołą muzyką i towarzystwo było już nieco oszołomione winem, kiedy komes wyszedł na chwilę z komnaty, po czym wyciągnął miecz i dał sygnał do mordu. Krzepki barbarzyńca natychmiast rzucił się z szaleńczą odwagą na króla Armenii i chociaż ów mężnie bronił swego życia, chwyciwszy za pierwszą broń, na którą trafił, stół cesarskiego dowódcy splamiła (374 r.) królewska krew gościa i sprzymierzeńca. Tak wówczas wyglądały słabe i niecne zasady rzymskich rządów: aby osiągnąć wątpliwe korzyści polityczne, gwałcono w nieludzki sposób na oczach całego świata prawa ludów i święte prawa gościnności139.

V. W czasie trwającego trzydzieści lat pokoju Rzymianie zabezpieczyli granice, a Goci rozszerzyli swoje posiadłości. Zwycięstwa wielkiego Hermanryka140, króla Ostrogotów i najsławniejszego potomka dynastii Amalów, jego rozentuzjazmowani rodacy porównywali z czynami Aleksandra, z tą tylko szczególną i wręcz niewiarygodną różnicą, że wojennego ducha gockiego bohatera nie podtrzymywał młodzieńczy wigor, gdyż objawił on z chwałą i powodzeniem swą energię dopiero w późnej starości, między osiemdziesiątym a sto dziesiątym rokiem życia. Niezależne plemiona przekonano lub zmuszono do uznania króla Ostrogotów za władcę ludu Gotów. Naczelnicy Wizygotów, czyli Terwingów, zrezygnowali z tytułów królewskich i przybrali skromniejszą nazwę sędziów. Wśród sędziów najsłynniejsi byli zaś Atanaryk, Frytygern i Alawiwus, i to nie tylko dzięki osobistym zasługom, lecz również jako sąsiedzi rzymskich prowincji. Wewnętrzne podboje, które wzmocniły potęgę wojskową Hermanryka, sprawiły, że począł żywić bardziej ambitne plany. Wtargnął do przyległych krajów Północy i dwanaście dość dużych państw, których nazw i granic nie można dziś podać dokładnie, stopniowo uległo wyższości wojsk gockich141. Herulowie, zamieszkujący bagniste ziemie koło Jeziora Meockiego, słynęli z siły i ruchliwości; pomoc ich lekkiej piechoty była bardzo pożądana i wysoko ceniona we wszystkich wojnach barbarzyńców. Jednakże żywotność Herulów poddała się powolnej i nieustępliwej wytrwałości Gotów. Po krwawych bitwach, w których poległ ich król, resztki wojowniczego plemienia z pożytkiem zasiliły obóz Hermanryka. Teraz wyruszył przeciw Wenedom. Niesprawni w użyciu broni i groźni tylko z powodu swej liczebności, zapełniali rozległe niziny dzisiejszej Polski. Zwycięscy i nie mniej liczni Goci pokonali ich w walce dzięki rozstrzygającej przewadze zaprawy wojskowej i dyscypliny. Kiedy Wenedowie się poddali, zdobywca ruszył, nie natrafiając na opór, do granic Estiów142, starożytnego plemienia, którego imię zachowało się jeszcze w nazwie Estonii. Ci dalecy mieszkańcy wybrzeża Bałtyku utrzymywali się z ciężkiej pracy na roli, bogacili się, handlując bursztynem, i uprawiali szczególny kult Matki Bogów. Brak żelaza zmuszał wojowników estyjskich do zadowalania się drewnianymi pałkami i opanowanie tej bogatej krainy przypisuje się raczej roztropności Hermanryka niż jego wojskom. Jego panowanie, rozciągające się od Dunaju do Bałtyku, obejmowało pierwotne siedziby i nowe zdobycze Gotów; sprawował także władzę nad większą częścią Germanii i Scytii jako zdobywca, a czasem okrutny tyran. Panował jednak nad tą częścią globu, gdzie nie posiadano umiejętności unieśmiertelniania i upiększania chlubnych czynów bohaterów. Imię Hermanryka zapadło wręcz w niepamięć, jego zwycięstwa są słabo znane i sami Rzymianie wydawali się nieświadomi, że wzrasta nowa i ambitna potęga, która zagraża wolności państw Północy oraz pokojowi w cesarstwie143.

Goci żywili dziedziczne przywiązanie do cesarskiego domu Konstantyna, który dał im tak wiele znakomitych dowodów siły i wielkoduszności. Szanowali powszechny pokój i jeśli wrogi oddział ośmielał się czasem przekroczyć rzymski limes, to owo naruszające pokój postępowanie szczerze przypisywano krnąbrności młodzieży. Pogarda dla dwóch nowych i nieznanych władców wyniesionych na tron z wyboru ludu budziła u Gotów znacznie bardziej zuchwałe nadzieje i podczas gdy rozważali plany marszu zjednoczonych wojsk pod narodowym sztandarem144, łatwo dali się namówić do opowiedzenia się za stronnictwem Prokopiusza i do wzniecenia wskutek swojej groźnej pomocy niezgody wśród obywateli rzymskich. Traktat przewidywał przysłanie w charakterze posiłków zaledwie dziesięciu tysięcy żołnierzy, ale projekt ten przywódcy Wizygotów podjęli z takim zapałem, że armia, która przekroczyła Dunaj, liczyła aż trzydzieści tysięcy ludzi145. Posuwali się naprzód ze śmiałą wiarą, że ich nieustraszone męstwo zdecyduje o losie cesarstwa rzymskiego. Prowincje Tracji jęczały pod uciskiem barbarzyńców, którzy okazywali butę władców i rozpasanie nieprzyjaciół. Jednakże niepowściągliwość, z jaką zaspokajali swoją zaborczość, opóźniała marsz naprzód. Zanim jeszcze do Gotów dotarła potwierdzona wiadomość o klęsce i śmierci Prokopiusza, domyślili się już, dzięki wrogiej postawie ludności, że władzę cywilną i wojskową przejął jego zwycięski rywal. Posterunki i fortyfikacje sprawnie rozstawione przez Walensa lub dowódców jego wojsk stawiały im opór, uniemożliwiały odwrót i przechwytywały zaopatrzenie. Głód powściągał i hamował zaciekłość barbarzyńców: z goryczą rzucali broń pod nogi zdobywcy, który ofiarował im żywność i kajdany. Licznych jeńców rozmieszczono we wszystkich miastach Wschodu. Mieszkańcy prowincji oswoili się niebawem z ich dzikim wyglądem i po jakimś czasie nabrali odwagi, by zmierzyć się z groźnymi przeciwnikami, których imię tak długo siało wśród nich strach. Króla Scytii (tylko Hermanrykowi mógł należeć się ten dumny tytuł) martwiła i gniewała narodowa klęska. Jego posłowie głośno skarżyli się na dworze Walensa, że pogwałcono dawne i solenne przymierze, które tak długo łączyło Rzymian i Gotów. Uważali, że dopełniali jedynie zobowiązań sojuszu, pomagając krewnemu i następcy cesarza Juliana, domagali się natychmiastowego uwolnienia wysoko urodzonych jeńców i wysuwali osobliwe roszczenia, twierdząc, że gockim dowódcom, maszerującym pod bronią i w szyku bojowym, przysługuje nienaruszalna nietykalność i że mają przywileje posłów. Żądania te odrzucono uprzejmie, lecz stanowczo, co przekazał barbarzyńcom Wiktor, naczelny dowódca konnicy, który z całą mocą i godnością wyraził słuszny żal cesarza Wschodu146. Układy przerwano i władcze upomnienia Walentyniana ośmieliły jego lękliwego brata do obrony znieważonego majestatu cesarstwa147.

Wagę i znaczenie wojny z Gotami (367-369 r.) podkreśla ówczesny historyk148, lecz jej przebieg zasługuje na uwagę potomności jedynie jako wstęp do nadchodzącego schyłku i upadku cesarstwa. Zamiast poprowadzić ludy Germanii i Scytii na brzegi Dunaju czy nawet do bram Konstantynopola, sędziwy monarcha Gotów powierzył dzielnemu Atanarykowi trudy i chwałę wojny obronnej przeciw wrogowi, który niepewnie dzierżył władzę nad potężnym państwem. Na Dunaju ustawiono most z łodzi, obecność Walensa dodawała ducha jego żołnierzom, a jego nieznajomość sztuki wojennej wynagradzały osobista odwaga i mądry szacunek, z jakim słuchał rad Wiktora i Arynteusza, naczelnych dowódców piechoty i konnicy. To oni, dzięki zręczności i doświadczeniu, kierowali operacjami kampanii wojennej; uznali jednak, że nie uda się wypędzić Wizygotów z ich umocnionych stanowisk w górach, a wobec spustoszeń w dolinach Rzymianie musieli przed zbliżającą się zimą zawrócić przez Dunaj. Nieustanne deszcze, od których wzbierały wody w rzece, spowodowały ciche zawieszenie broni i uwięziły cesarza Walensa w obozie w Marcjanopolis na całe następne lato. Trzeci rok wojny okazał się przychylniejszy dla Rzymian, a zgubny dla Gotów. Przerwanie handlu pozbawiło barbarzyńców przedmiotów zbytku, które zaczęli już uważać za niezbędne do życia. Obrócenie w perzynę rozległych połaci kraju groziło okropnościami klęski głodu. Atanaryka sprowokowano lub zmuszono do wydania Rzymianom na nizinie bitwy, którą przegrał. Pościg był tym sroższy, że zwycięscy dowódcy, kierując się okrutną zapobiegliwością, obiecali duże nagrody za głowę każdego Gota, przyniesioną do cesarskiego obozu. Poddanie się barbarzyńców uśmierzyło gniew Walensa i członków jego rady. Cesarz z zadowoleniem wysłuchał pochwalnej i wymownej petycji senatu w Konstantynopolu, który po raz pierwszy włączył się w debatę nad sprawami państwa. Wiktor i Arynteusz, ci sami dowódcy, którzy szczęśliwie pokierowali przebiegiem wojny, zostali upoważnieni do określenia warunków pokoju. Wolność handlu, jaką dotychczas cieszyli się Goci, pozostawiono tylko dwóm miastom nad Dunajem. Lekkomyślność przywódców surowo ukarano cofnięciem pensji i subwencji. Wyjątek uczyniono wyłącznie dla Atanaryka, lecz było to bardziej korzystne niż zaszczytne dla sędziego Wizygotów. Atanaryk, który przy tej sposobności kierował się raczej własnym interesem, nie czekając na rozkazy władcy, bronił godności własnej i swego plemienia w osobistej rozmowie, zaproponowanej mu przez ministrów Walensa. Obstawał jednak przy oświadczeniu, że nie może bez ściągnięcia na siebie zarzutu wiarołomstwa postawić kiedykolwiek stopy na obszarze cesarstwa (niemal na pewno jego szacunek dla świętości przysięgi umocniły niedawne przykłady zdrady Rzymian). Na scenę konferencji wybrano Dunaj, dzielący posiadłości dwóch niezależnych narodów. Cesarz Wschodu i sędzia Wizygotów, którym towarzyszyły zbrojne orszaki tej samej liczebności, popłynęli, każdy w swojej paradnej łodzi, na środek rzeki. Po zatwierdzeniu traktatu i wzięciu zakładników Walens wrócił tryumfalnie do Konstantynopola. Goci przez mniej więcej sześć lat nie naruszali pokoju, póki nie powstali gwałtownie przeciw cesarstwu rzymskiemu, zmuszeni do tego przez niezliczone chmary Scytów, którzy zdawali się wręcz wypływać z zamarzłych obszarów na Północy149.

Cesarz Zachodu, który odstąpił (374 r.) swemu bratu dowództwo nad dolnym Dunajem, zachował dla siebie zadanie obrony Recji i Ilirii, prowincji rozciągających się na wieleset mil wzdłuż największej z rzek europejskich. Taktyka Walentyniana polegała na stałej rozbudowie umocnień chroniących granice; nadużywanie jej wywołało jednak słuszne pretensje barbarzyńców. Kwadowie uskarżali się, że teren pod planowaną twierdzę wytyczony został na ich terytorium, skargi swoje przedstawiali zaś z takim rozsądkiem i umiarem, że Ekwicjusz, naczelny dowódca Ilirii, zgodził się zawiesić prace, póki nie otrzyma wyraźnego zawiadomienia o woli władcy. Dogodną okazję, by zaszkodzić rywalowi i zapewnić awans własnemu synowi, skwapliwie wykorzystał nieludzki Maksymin, prefekt czy raczej tyran Galii. Walentynian zbyt pochopnie i łatwowiernie usłuchał zapewnień faworyta, że jeśli rządy w Walerii i kierownictwo robót powierzy się gorliwym staraniom jego syna Marcelina, to cesarza nie będą już dłużej nękać zuchwałe protesty barbarzyńców. Obywateli Rzymu i rdzennych Germanów obrażała pycha młodego i niewiele wartego urzędnika, który nagłe wyniesienie traktował jako wyraz uznania dla swych niepospolitych zalet. Udawał jednak, że wysłuchał przedstawionych mu, a niezbyt wygórowanych roszczeń Gabiniusza, króla Kwadów, z pewną uwagą i zrozumieniem. Sztuczna uprzejmość kryła posępne i krwawe zamiary. Łatwowiernego króla skłoniono do przyjęcia natarczywego zaproszenia Marcelina. Doprawdy nie wiem, jak urozmaicić relację z podobnych zbrodni ani jak opowiedzieć, że w tym samym roku, choć w różnych miejscach cesarstwa, niegościnne stoły dwóch rzymskich dowódców splamiła królewska krew dwóch gości i sprzymierzeńców, okrutnie zamordowanych na ich rozkaz i w ich obecności. Los Gabiniusza i Pary był taki sam, lecz okrutna śmierć władcy mniej dotknęła służalczych Armeńczyków niż śmiałych i niezależnych Germanów. Kwadowie nie byli już bynajmniej ową groźną potęgą, która w epoce Marka Antoniusza szerzyła popłoch aż do bram Rzymu. Jednakże mieli jeszcze broń i odwagę, którą wzmagała rozpacz i, jak zwykle, wzmacniała konnica sprzymierzonych z nimi Sarmatów. Morderca Marcelin był tak nieprzezorny, że wybrał akurat ten moment, kiedy najdzielniejsi weterani wyruszali, żeby zgnieść bunt Firmusa, i cała prowincja wystawiona została, skutkiem słabej obrony, na wściekłość rozjątrzonych barbarzyńców. Wtargnęli oni do Panonii w czasie żniw, bezlitośnie zniszczyli wszystkie łupy, których nie mogli łatwo przewieźć, i albo zlekceważyli, albo zburzyli puste fortyfikacje. Księżniczka Konstancja, córka cesarza Konstancjusza i wnuczka wielkiego Konstantyna, ledwo zdołała uciec. Królewna, która wcześniej w dobrej wierze poparła bunt Prokopiusza, miała teraz zostać żoną dziedzica cesarstwa Zachodu. Przejeżdżała przez spokojną prowincję ze wspaniałym, lecz nieuzbrojonym orszakiem. Ocaliły ją od niebezpieczeństwa, a państwo od hańby, energia i zapał Messali, gubernatora prowincji. Powiadomiony, że wioska, w której zatrzymała się tylko na posiłek, jest niemal całkowicie okrążona przez barbarzyńców, natychmiast umieścił ją we własnym rydwanie i nie tracąc ani chwili, pędem dotarł z nią do bram oddalonego o 26 mil Sirmium. Nawet Sirmium byłoby jednak zagrożone, gdyby Kwadowie i Sarmaci wytrwale parli naprzód wśród przerażenia urzędników i ludności. Zwłoka barbarzyńców dała Probusowi, prefektowi pretorianów, dość czasu, aby odzyskał otuchę oraz przywrócił ją ludziom. Sprawnie kierował mozolną naprawą i wzmocnieniem zaniedbanych fortyfikacji i w porę zapewnił sobie skuteczną pomoc kompanii łuczników przy obronie stolicy prowincji iliryjskich. Zawiedzeni barbarzyńcy, którym nie udało się zburzyć murów Sirmium, skierowali broń przeciw dowódcy pogranicza, obwiniając go niesłusznie o zamordowanie ich króla. Ekwicjusz mógł poprowadzić do bitwy najwyżej dwa legiony, ale służyło w nich wielu zahartowanych w bojach żołnierzy z oddziałów w Mezji i Panonii. Upór, z jakim spierali się o czcze honory stopni i pierwszeństwa, doprowadził ich do zguby; gdy podzielili siły i podjęli sprzeczne ze sobą decyzje, zostali zaskoczeni i wybici przez waleczną jazdę Sarmatów. Sukces tego najazdu wywołał współzawodnictwo sąsiednich plemion i Mezja niezawodnie byłaby stracona, gdyby młody Teodozjusz jako duks, czyli wojskowy dowódca pogranicza, nie zadał klęski publicznemu wrogowi, wykazując się geniuszem godnym swego słynnego ojca i przyszłej wielkości150.

Walentynian, przebywający wówczas w Trewirze, mocno przejął się nieszczęściem Ilirii, ale z powodu pory roku musiał odłożyć swoje zamiary do następnej wiosny. Pociągnął potem (375 r.) wraz ze znaczną częścią sił Galii do brzegów Mozeli i na błagania posłów sarmackich, którzy wyszli mu naprzeciw, dał niezbyt krzepiącą odpowiedź, że gdy tylko dotrze na scenę wydarzeń, zbada sprawę i wyda wyrok. Po przybyciu do Sirmium udzielił posłuchania wysłannikom prowincji iliryjskich, którzy głośno gratulowali sobie szczęścia pod pomyślnymi rządami Probusa, prefekta pretorianów151. Walentynian, któremu pochlebiły te demonstracje lojalności i wdzięczności, nieostrożnie spytał przedstawiciela Epiru, filozofa ze szkoły cyników, nieustraszonego w swej szczerości152, czy został wysłany przez prowincje dobrowolnie i zgodnie z życzeniem? "Wśród lamentów i łez zostałem wysłany przez niechętny lud", odrzekł Ifikles. Cesarz zawahał się, lecz bezkarność jego urzędników przyczyniła się do szkodliwego przekonania, że wolno im uciskać jego poddanych i nie zmniejsza to ich użyteczności. Poddanie ich postępowania ścisłemu śledztwu złagodziłoby powszechne niezadowolenie. Należało surowo potępić mord na Gabiniuszu, ponieważ tylko to mogłoby przywrócić zaufanie Germanów i oczyścić honor rzymskiego imienia. Pełen pychy monarcha nie był jednak zdolny do wielkoduszności, pozwalającej na odważne przyznanie się do błędów. Zapomniał o własnej prowokacji, pamiętał tylko o doznanej zniewadze i wkroczył do kraju Kwadów, pragnąc rozlewu krwi i zemsty. Całkowite spustoszenie i rzeź ludności podczas bezlitosnej wojny usprawiedliwiało w jego oczach, a może w oczach ówczesnych ludzi, okrutne prawo odwetu153. Tak wielka panowała dyscyplina wśród Rzymian i takie przerażenie wśród nieprzyjaciół, że Walentynian przekroczył w drodze powrotnej Dunaj, nie tracąc ani jednego człowieka. Postanowił do szczętu zmieść Kwadów w następnej kampanii i na zimowe kwatery stanął w Bregecjo[X] nad Dunajem, w pobliżu miejsca, gdzie dzisiaj wznosi się węgierskie miasto Preszburg[XI]. Kiedy mroźna pogoda przerwała operacje wojenne, Kwadowie podjęli pokorną próbę uśmierzenia gniewu zwycięzcy i dzięki usilnym namowom Ekwicjusza dopuszczono ich posłów przed radę cesarską. Zbliżyli się zatem do tronu z pochylonymi głowami i zgnębionymi twarzami; nie śmieli skarżyć się na zamordowanie króla i uroczyście przysięgali, że ostatni najazd był sprawą band rozbójników, których władze ich plemienia z oburzeniem potępiały. Odpowiedź cesarza pozostawiła im niewiele nadziei, że okaże się łagodny czy współczujący. Nie przebierając w słowach wyrzucał im podłość, niewdzięczność i zuchwalstwo. Jego oczy, głos, rumieńce i gesty wyrażały gwałtowny i niepohamowany gniew. Kiedy całym ciałem Walentyniana wstrząsała ślepa wściekłość, nagle pękła mu wielka żyła, utracił mowę i osunął się w ramiona dworzan. Ci zaś gorliwie dołożyli starań, by ukryć jego stan przed tłumem, lecz po paru minutach cesarz Zachodu skonał wśród okrutnych cierpień, zachowując do końca przytomność i usiłując bez powodzenia powiedzieć coś dowódcom i ministrom otaczającym łoże królewskie. Miał 54 lata i brakowało mu tylko stu dni do dwunastu lat panowania (17 listopada 375)154.

Kościelny historyk z wielkim przekonaniem twierdzi, iż Walentynian popełnił bigamię155. Możemy jednak być pewni dzięki świadectwom zarówno rozumu, jak historii, że dwa małżeństwa - z Sewerą i z Justyną - zawarł on kolejno i że skorzystał z uświęconej tradycją możliwości rozwodu, jeszcze dopuszczanego prawnie, choć potępianego przez Kościół. Sewera urodziła Gracjana, który mógł wobec tego rościć sobie wszelkie pretensje do niewątpliwego dziedzictwa cesarstwa Zachodu. Był wszak najstarszym synem monarchy, którego chlubne rządy potwierdziły trafność wolnego i zaszczytnego wyboru dokonanego przez jego towarzyszy broni. Królewicz, nim jeszcze skończył dziewięć lat, otrzymał z rąk czującego doń słabość ojca purpurową szatę i diadem oraz tytuł augusta. Jego wyniesienie jednomyślnie potwierdziły armie Galii156. Imię Gracjana figurowało odtąd obok imion Walentyniana i Walensa we wszystkich aktach prawnych rządu rzymskiego. Dzięki małżeństwu z wnuczką Konstantyna syn Walentyniana uzyskał prawa dziedziczne rodu Flawiuszów, które przez kolejne trzy cesarskie pokolenia uświęciły czas, religia i szacunek ludu. W chwili śmierci ojca królewicz miał siedemnaście lat; jego cnoty uzasadniły już przychylną opinię armii i ludu. Gracjan spędzał spokojnie czas w pałacu w Trewirze, kiedy nagle w obozie Bregecjo, odległym o kilkaset mil, umarł Walentynian. W radzie cesarskiej natychmiast zawrzało od ambicji, tłumionych dotychczas dzięki obecności władcy. Plany panowania w imieniu niepełnoletniego monarchy chytrze urzeczywistnili Mellobaudes i Ekwicjusz, których popierały wojska iliryjskie i italskie. Wymyślali, pod pozorem szacunku, różne preteksty, żeby usunąć przywódców ludowych i żołnierzy Galii, którzy mogliby poprzeć roszczenia prawowitego następcy. Podkreślali też konieczność pognębienia zewnętrznych i wewnętrznych wrogów dzięki śmiałym i stanowczym posunięciom. Cesarzową Justynę, pozostawioną w pałacu około stu mil od Bregecjo, z szacunkiem poproszono, by odwiedziła obóz wraz z synem zmarłego cesarza. Szóstego dnia po śmierci Walentyniana małego, zaledwie czteroletniego księcia tego samego imienia pokazano w ramionach matki legionom. Wojsko jednomyślnie obdarzyło go uroczystymi tytułami i insygniami najwyższej władzy. Wybuchowi wojny domowej w porę zapobiegło rozsądne i powściągliwe postępowanie cesarza Gracjana. Z radością przystał na wybór armii, oświadczył, że zawsze będzie widział w synu Justyny brata, a nie rywala, i poradził cesarzowej, by wraz z małym Walentynianem zamieszkała w Mediolanie, w pięknej i spokojnej prowincji Italii, podczas gdy on weźmie na siebie trudy rządów w krajach za Alpami. Gracjan ukrywał urazę do czasu, gdy mógł bezpiecznie ukarać lub skompromitować twórców spisku. Chociaż odnosił się z nieodmienną serdecznością do swego małego współwładcy, stopniowo w zarządzaniu cesarstwem zachodnim zacierał różnicę między swą pozycją opiekuna a stanowiskiem najwyższego władcy. Rządy nad światem rzymskim sprawowane były łącznie w imieniu Walensa i jego dwóch bratanków, ale słaby cesarz Wschodu, który odziedziczył pozycję brata, nigdy nie zdobył żadnego znaczenia ani wpływów w polityce Zachodu157.