Unromance - Erin Connor

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (25,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

OD PIERWSZEGO WEJRZENIA, CZYLI ROMANTYCZNE SPOTKANIE. Przypadkiem na siebie wpadają. I jest uroczo. Spotkanie wywraca do góry nogami całe ich dotychczasowe życie.

- Drzwi proszę!

Ramię Sawyer automatycznie wystrzeliło, wsunęła dłoń w wąską szczelinę i to dosłownie w ostatniej chwili, bo drzwi prawie już się zamknęły. Pewnego dnia zrobi sobie krzywdę, lecz wierzyła, że drobne akty dobroci w końcu się opłacą.

Kurczę, może właśnie dzisiaj.

Kiedy drzwi się rozsunęły, zobaczyła najpiękniejszego mężczyznę, jakiego kiedykolwiek w życiu widziała. Czarne pukle wystawały spod granatowej czapki, a jego ciemnobrązowe oczy błyszczały po szaleńczym biegu do windy. Śnieg wciąż leżał na szerokich ramionach bosmanki i cholewkach butów, jakby nie miał czasu go strząsnąć.

- Dziękuję - wysapał, wślizgując się do środka. Wyciągnął rękę, żeby wybrać piętro, ale okazało się, że interesujący go przycisk już się świecił. - Jestem potwornie spóźniony - dodał.

- W takim razie możesz dojść pierwszy. - Odchrząknęła. - Wyjść... To znaczy wysiąść... Wysiąść pierwszy - poprawiła się, powstrzymując chichot.

Poczuła z boku wzrok mężczyzny wwiercający się w jej twarz. Przechyliła głowę, żeby na niego spojrzeć, i zauważyła, że kąciki oczu przystojniaka zmarszczyły się z rozbawienia. Zacisnął usta, jakby chciał powstrzymać żart, który miał na końcu języka. Sawyer zwykle nie pozwalała sobie na dwuznaczne żarty z nieznajomymi, ale złapała się na tym, że wstrzymuje oddech, bo w jego minie czaiła się obietnica soczystej riposty. W tym momencie jakby oprzytomniał, przypominając sobie, gdzie jest, a wtedy na jego twarzy pojawiła się maska stoickiego spokoju.

- Dziękuję.

Spuściła głowę i posłała ironiczny uśmiech swojemu odbiciu w lustrzanych ścianach. Chyba, niestety, nie połknął przynęty, lecz na pocieszenie zaraz zobaczy jego plecy, facet wysiądzie z windy, a ona przekona się, czy tył jest równie wart grzechu co front. Sawyer zadurzała się średnio dwadzieścia razy dziennie. Choć nigdy na poważnie - od lat twardo broniła się przed zakochiwaniem się - był to produkt uboczny jej zawodu. W końcu pisała romanse! W każdej sytuacji potrafiła dostrzec romantyczny potencjał. Przynajmniej do niedawna...

Odrzuciła tę myśl - i wszystko, co się z nią wiązało. Dziś wieczorem wyszła, żeby się tym nie zadręczać.

- Całkiem sporo książek - skomentował, spoglądając na wypchaną torbę, którą trzymała w rękach. To, że o niej zapomniała, graniczyło praktycznie z cudem, bo była potwornie ciężka. Od dłuższego czasu Sawyer nie czuła ramion, tak jej zdrętwiały. Przechyliła nieznacznie bawełnianą ekologiczną torbę i poprawiła chwyt od spodu, żeby ulżyć obolałym mięśniom.

Na regałach w maleńkim mieszkaniu Sawyer książki były schludnie ułożone w tęczowym porządku, gotowe, by je uwiecznić i wrzucić na bookstagrama. Jednak poza ramami starannie zaaranżowanego kadru, przygotowanego do rozmowy na Zoomie, piętrzyły się mniej lub bardziej chwiejne stosy: "do przeczytania", "do zrecenzowania" i "do rozdania". Nie była z niej żadna Marie Kondo, choć szczerych chęci jej nie brakowało i dlatego raz w miesiącu wynosiła egzemplarze, których zamierzała się pozbyć. Niestety, za każdym razem zapominała o wymyśleniu mniej obciążającego kręgosłup sposobu na ich transportowanie.

- Mam układ z barmanem - rzuciła tajemniczo, choć w osiągnięciu uwodzicielskiego efektu, na który liczyła, na pewno przeszkodziła jej postawa godna Golluma.

Zaintrygowany podniósł brew. Jedną brew. Jak śmiał?! Ona tak nie potrafiła!

- Barman pracuje na drugi etat jako pielęgniarz, a ja mam zdecydowanie za dużo książek. Za jego pośrednictwem zasilam biblioteczkę w domu opieki, za co dostaję darmowego drinka.

Nigdy się nie dowie, jak zamierzał to skomentować, bo nagle kabiną gwałtownie szarpnęło i rozległ się ogłuszający pisk. Światła zamigotały, winda się zatrzymała, a świąteczna muzyka urwała się w złowieszczym diminuendo.

- To chyba jakiś żart - mruknął. Nacisnął kilka przycisków, lecz żaden się nie zaświecił.

Sawyer się roześmiała.

- Uważasz, że to zabawne? - zapytał, jakby martwił się o jej zdrowie psychiczne.

- Nie - mruknęła, lecz zduszony śmiech, którego nie była w stanie powstrzymać, jednoznacznie zaprzeczył jej słowom. Odchrząknęła. - Nie - wykrztusiła już poważniejszym tonem. - Po prostu... czytam dużo romansów... - Wskazała na torbę z książkami. - Dwie osoby uwięzione w windzie, która stanęła między piętrami? I z automatu wiesz, że to będzie miłość od pierwszego wejrzenia. Romantyczne spotkanie, czyli klasyczny motyw komedii romantycznych. Nigdy jednak nie sądziłam, że to naprawdę może się zdarzyć.

Gwałtownie ściągnął brwi, na poważnie zaniepokojony stanem jej umysłu.

- Nie rozumiem. Co w tym romantycznego? - Objął ramionami klatkę piersiową, jakby pomagało mu to w zachowaniu równowagi.

Sawyer spoważniała.

- Nie przepadasz za windami, co?

- Niestety nie - przyznał, biorąc głęboki wdech i przejeżdżając dłonią po absurdalnie pięknej twarzy. - Mów dalej, proszę. Opowiedz mi więcej o romantyzmie chwili.

Wzruszyła ramionami. Utrzymywała się z wymyślania eskapistycznych historii, lecz w tym momencie miała pustkę w głowie. Pustka była też, niestety, trafną metaforą obrazującą obecny stan jej kariery. Panika zaczęła podchodzić jej do gardła, lecz ją stłumiła.

- Hm... sama nie wiem. Dwoje ludzi jedzie windą, która się psuje, i w normalnych okolicznościach by się w sobie nie zakochali, no ale rozumiesz, utknęli razem...

Przytknął pięść do ust w dobrze znanym geście rozpaczliwej próby powstrzymania ataku histerii.

- Chętnie dowiem się więcej o romantycznym aspekcie tej sytuacji, okej? Skupmy się na tym, a odpuścimy sobie wątek uwięzienia czy utknięcia... Okej?...

- Jasne, sorki - wymamrotała. - Hm, w mojej ulubionej historii para nieznajomych zostaje - i bezgłośnie dodała: "uwięziona", żeby oszczędzić mu stresu - razem w windzie i zjadają cały ser, który ona miała w torebce, a potem postanawiają umawiać się na niby, żeby wzbudzić zazdrość u jego eks...

- Nie mam ochoty wzbudzać zazdrości u mojej eks - wtrącił rzeczowo.

Zgromiła go spojrzeniem.

- Nic takiego nie proponowałam.

Parsknął śmiechem, gdy dotarły do niego jej słowa.

Dobrodusznym, gardłowym, basowym, przyjemnym dla ucha śmiechem, aż zapragnęła jeszcze raz go rozśmieszyć i mieć z tego przyjemność. Lecz może innym razem, kiedy nie będzie jednocześnie walczył z paraliżującą paniką. Czy windy nie miały bezpośredniego połączenia ze strażą pożarną lub czegoś w tym stylu? Dlaczego z głośnika nie rozległ się żaden pocieszający komunikat? I dlaczego, och, dlaczego nie miała sera w torebce?

Winda zadrżała, zafurczała i znów ruszyła.

- Och, Bogu dzięki - jęknął. Odwrócił się do niej, zdejmując czapkę i czochrając włosy. Wyglądały na obłędnie miękkie i to było takie niesprawiedliwe. - Przepraszam, ale zamknięte przestrzenie... To nie moje klimaty.

- Naprawdę? Mnie to kręci.

- Bardzo śmieszne - skomentował śmiertelnie poważnym głosem.

Gdy dotarli na czternaste piętro, zaterkotał dzwonek, a drzwi się rozsunęły. Gestem przypomniała, żeby wysiadł pierwszy, przecież był spóźniony.

- Dziękuję. Jestem ci winien przysługę - rzucił rozbrajająco szczerze. Obrócił się. - Hej... jeśli masz byłego, w którym chciałabyś wzbudzić zazdrość...

- Nic z tych rzeczy!

Uśmiechnął się figlarnie, po czym potruchtał tyłem i odwrócił się dopiero, gdy skręcił za rogiem, pozbawiając ją widoku pleców. Nie miała więc okazji się przekonać, czy jej przypuszczenia, że jego plecy mają kształt cudownej litery V, były słuszne.

Sawyer zaśmiała się pod nosem. Jeśli bogowie romansu chcieli ją po raz kolejny wmanewrować w naiwną wiarę w szczęśliwe zakończenia, musieli się zdecydowanie bardziej postarać. Przystojniak i awaria windy to zdecydowanie za mało na miłość od pierwszego wejrzenia.

Zatrzymała się na chwilę w holu, żeby uniknąć niezręcznej sytuacji, w której żegnasz się z kimś, a potem idziecie dokładnie w tę samą stronę. Kiedy uznała, że na pewno nie wpadnie na gościa z windy, ruszyła jego śladem w stronę restauracji, która zajmowała większą część czternastego piętra. Kiedy po raz pierwszy stanęła na jej progu z torbą wypchaną książkami, wymuskane kelnerki patrzyły na nią z wyższością. Teraz serdecznie machały jej na powitanie, pokazując, żeby ominęła kolejkę oczekujących na wolny stolik i weszła prosto do środka. Kiedy dotarła do baru, zrzuciła ciężki tobół na kontuar z westchnieniem ulgi.

Restauracja była zbyt elegancka na kieszeń Sawyer, lecz skoro nie musiała płacić, chętnie korzystała z okazji. Odpychając od siebie wszystkie przygnębiające myśli na temat budżetu - który obliczyła, żeby sprawdzić, ile czasu jej pozostało, zanim wykorzysta resztę pieniędzy z zaliczki - opadła na stołek barowy z sercem cięższym od stosu książek, które ze sobą przytaszczyła.

- Jesteś aniołem - zamruczał Alex, kładąc przed nią serwetkę. - Wczoraj wieczorem panie już mnie nękały prośbami o kolejne lektury.

Sawyer się rozpromieniła.

- Cała przyjemność po mojej stronie, poza tym dzięki tobie nie skończę jak bohaterka reality show o patologicznym zbieractwie, więc to raczej ja powinnam dziękować tobie.

Alex schował torbę za barem, po czym nalał podwójny bourbon, jej ulubiony.

- Głodna? - zapytał.

- Zawsze - odpowiedziała. - Zaskocz mnie.

Poznali się z Alexem rok wcześniej, kiedy jej najlepsza przyjaciółka Lily zaciągnęła ją tutaj, w zamiarze "przypadkowego" spotkania kogoś z obsady Diagnostyki, serialu medycznego, którego akcja toczyła się w Chicago. Zdjęcia kręcono w szpitalu na końcu ulicy. Plan Lily się nie powiódł, ponieważ tamtego wieczoru nie pojawił się żaden aktor kina klasy B, lecz Sawyer znalazła niekonwencjonalne rozwiązanie na oddalenie groźby pogrzebania się żywcem pod stosami książek. Jasne, mogła je zanosić prosto do domu opieki, lecz wtedy, w najlepszym przypadku, wychodziłaby stamtąd z kieszeniami wypełnionymi zwietrzałymi dropsami. Obecne rozwiązanie zapewniało jej pełny żołądek i ten rozkoszny szum w głowie, którego źródłem mogła być tylko darmowa whisky z najwyższej półki. Zdecydowanie wolała drugie rozwiązanie.

Kiedy Alex zamówił dla niej jedzenie, zdjęła płaszcz i wyjęła z plecaka książkę, którą akurat czytała. Był to jeden z tych pieprznych romansów, dlatego zawsze dwukrotnie, a nawet trzykrotnie sprawdzała, żeby nie wylądował na stosie dla seniorek.

- Kolejne romansidło na historycznym tle? - zapytał Alex i zacmokał z dezaprobatą. - Kim jesteś i co zrobiłaś z Sawyer Green, która udzieliła mi wykładu o tym, jak ważne jest urozmaicanie sobie listy lektur?

- No tak, bo czytasz wyłącznie literaturę faktu. To nie jest normalne - zauważyła, marszcząc nos. - W moim przypadku to część pracy, dziękuję bardzo. A nawet gdybym tak rozpaczliwie nie goniła za inspiracją, powieści z happy endem zaliczam do mojego ulubionego gatunku fantasy.

- Jasne - przytaknął Alex, przekornie przechylając głowę. - Choć nie sądzę, że mówimy o tym samym.

- Alex! - Żartobliwie pacnęła go książką w ramię.

Ściągnął kąciki ust w dół, żeby stłumić uśmiech.

- Jak ci idzie? Pisanie?

- Dobrze - skłamała. - Dziś rano rozmawiałam z agentką. - Ta część akurat była prawdą, tyle że rozmowa dotyczyła kolejnego przesunięcia terminu oddania maszynopisu, ponieważ było bardziej niż pewne, że nie napisze książki na czas.

- Wspaniale - ucieszył się szczerze Alex. - Wiedziałem, że dasz radę.

Przynajmniej on jeden. Niestety, zupełnie nieuzasadniona wiara Alexa w jej możliwości wzbudziła wyrzuty sumienia, które zjadały ją od środka. Położył przed nią zestaw sztućców elegancko zawinięty w serwetkę, po czym poszedł sprawdzić, czy klienci po drugiej stronie baru czegoś nie potrzebują.

Nie widziała twarzy mężczyzny, ale rozpoznała kolesia z windy. Obok niego siedziała śliczna brunetka, która nie wyglądała na szczęśliwą. Musiał się naprawdę bardzo spóźnić.

- Bycie draniem jest draniowate - mruknęła. Otworzyła książkę i upiła łyk whisky, rozkoszując się ciepłem, które rozlało się po jej ciele. Zimy w Chicago są kijowe, lecz hej, od czego mamy whisky.

Zjadła kolację bez większych fanfar, tak zatopiona w lekturze, że zapomniała o przygnębiającej rozmowie telefonicznej z agentką i topniejącym saldzie na koncie w banku. Nawet nie zauważyła, kiedy Alex dolał jej whisky, i gdy ją podniosła, z zaskoczeniem odkryła, że znów ma pełną szklankę. Zamrugała, odrywając się od historii, która rozgrywała się w jej wyobraźni, i uważnie rozejrzała się dookoła. Restauracja opustoszała i teraz nikt nie zasłaniał widoku na rozświetloną szachownicę Chicago, która rozciągała się za szklaną ścianą.

Gdy dotarła do pikantnej sceny, zagięła stronę. Nie potrafiła ich czytać w miejscach publicznych, za bardzo ją stresowało, że ktoś przypadkiem i całkiem niewinnie zerknie jej przez ramię, a słowo "kutas" lub "orgazm" wyskoczy z powieści, obwieszczając wszem wobec, jaka jest samotna i napalona.

Pozostawanie singielką miało również dobre strony. Prawdę powiedziawszy, wolała życie w pojedynkę. Gorzej z tym drugim... no cóż... zwykle jakoś sobie radziła, lecz miło by było nie robić zawsze wszystkiego samej. Najtrudniej znaleźć kogoś, kto nie oczekiwał więcej niż to, co chciała z siebie dać, a upłynęło już... hm... trochę czasu, odkąd z kimś się związała.

Włożyła książkę z powrotem do torby i popijała whisky, delektując się widokiem miasta. Z poziomu czternastego piętra pokryte świeżą warstwą śniegu Chicago wyglądało jak zimowa kraina czarów. Na wystawach sklepów mrugały świąteczne lampki, a bożonarodzeniowe dekoracje już zdobiły ulice, mimo że do Święta Dziękczynienia był jeszcze tydzień.

- Hej - usłyszała niski głos.

Odwróciła się i zobaczyła mężczyznę z windy, który oparłszy przedramiona na kontuarze, pochylał się nad barem tuż obok niej.

- Co robi dwoje nieznajomych, którzy utknęli razem w windzie, a nie mają żadnych byłych, u których zamierzają wzbudzić zazdrość?

Zmierzyła go wzrokiem znad krawędzi szklanki.

- Żyją własnym życiem?

Stłumił śmiech.

- Cholera.

Uniosła brwi - obie, bo w przeciwieństwie do niego trik z jedną przekraczał jej możliwości.

- Dosłownie przed chwilą pożegnałeś się z dziewczyną, z którą umówiłeś się na randkę... - Wskazała głową w kierunku pustego teraz rogu baru, przy którym wcześniej siedzieli. - Nie minęła sekunda, a już uderzasz do mnie i to z takim kulawym tekstem. Jakiej odpowiedzi się spodziewałeś?

Przyjrzał się jej z zaciekawieniem.

- To nie była randka.

Posłała mu niedowierzające spojrzenie.

- Jeśli musisz wiedzieć... właśnie ze sobą zerwaliśmy.

Sawyer wyprostowała się na stołku.

- O, kurde. - Stuknęła szklanką whisky o jego kufel z piwem. - Przykro mi.

Wzruszył ramionami.

- Jest okej. Pół roku temu zrobiliśmy sobie przerwę, bo wyjechała do Los Angeles, do pracy, więc powiedzmy, że się na to zapowiadało.

- Aha - mruknęła, jakby zrozumiała, choć nic nie rozumiała. Nie wierzyła ani w te sławetne "przerwy", które pary sobie robiły, ani w to, że ludzie, którzy utknęli razem w windzie, od razu zakochiwali się w sobie.

Sawyer ubóstwiała romanse - dosłownie je pochłaniała - lecz podchodziła do nich z przymrużeniem oka. A już na pewno okazywała zdrowy sceptycyzm wobec trafiającej jak grom z jasnego nieba, rzucającej na kolana miłości. Raz sobie na nią pozwoliła, dała się jej pochłonąć i na własnej skórze przekonała się, że to był cholerny błąd. Obecnie zaliczała romantyczne uniesienia do gatunku zabawnej mrzonki, czystej fikcji, ustawiała je w równym rzędzie z książkami, które pisała - które zwykła pisać, bo dwa lata temu dopadł ją kryzys twórczy. Jej ostatnia powieść trafiła do księgarń na początku roku, a teraz, zgodnie z harmonogramem, powinna rozkręcać kampanię promocyjną przed kolejną premierą. Tylko że jeszcze nie napisała tej książki. Ku niezadowoleniu wydawcy nie miała żadnego pomysłu na fabułę.

- W każdym razie - odezwał się i ciężko westchnął, litościwie przerywając bieg jej myśli - planuję teraz przerwę w randkowaniu, na jakiś czas. Dlatego wolałem, żebyś mnie ostrzegła, no wiesz, jeśli jest coś jeszcze, na co powinienem uważać, żeby uniknąć przypadkowych zauroczeń od pierwszego wejrzenia, skoro najwyraźniej jesteś ekspertką w tej dziedzinie i...

Sawyer nie mogła powstrzymać uśmiechu. Ostatnio nie czuła się ekspertką od niczego, więc jego spontaniczny komplement odebrała jako najwyższą pochwałę.

- Można tak powiedzieć. - Zamyślona zaplotła ręce za oparciem stołka barowego. - No cóż, windy najwyraźniej sprzysięgły się przeciwko tobie, więc prawdopodobnie w najbliższym czasie powinieneś ich unikać.

Poważnie skinął głową.

- Łatwizna. Tylko schody. Czaję.

- I zdecydowanie żadnych kawiarni - przestrzegła.

Jego twarz wykrzywił uroczy grymas.

- Naprawdę? O, cholera.

- Musisz się postarać - dodała poważnym tonem.

- Masz rację - zgodził się, upijając długi łyk piwa. - W porządku, co jeszcze powinienem wiedzieć?

- Kiedy zatrzymasz się w pensjonacie...

- W pensjonacie?!

- Tak, w pensjonacie - potwierdziła lakonicznie, mocno akcentując każde słowo. - Upewnij się, że w pokoju jest więcej niż jedno łóżko.

Przygryzł wargę, żeby się nie uśmiechnąć, a Sawyer nie mogła się powstrzymać, żeby nie zauważyć, jakie miał ładne usta. Idealne do całowania. Do schrupania. Cholera, musi dziś iść z kimś do łóżka. Odpędziła od siebie tę myśl.

- I nie daj Boże, żebyśmy znowu w niewytłumaczalny sposób na siebie wpadli. Wtedy po prostu uciekaj. Bierz nogi za pas. Albo oboje będziemy zgubieni.

Roześmiał się, a w jego policzkach pojawiły się maleńkie dołeczki. Był wręcz niewiarygodnie przystojny.

- Zapamiętam. Na wszelki wypadek będę zawsze nosił ze sobą buty sportowe.

- Doceniam. - Sawyer wypiła ostatni łyk whisky i zostawiła Alexowi napiwek w gotówce, po czym odepchnęła się od baru. - Cóż, miło było się w tobie nie zakochać od pierwszego wejrzenia.

Wstała, lecz wcale nie była wtedy dużo wyższa. Prawdę powiedziawszy, mogła nawet stracić centymetr lub dwa. Wyprostował się i musiała zadrzeć głowę, żeby utrzymać z nim kontakt wzrokowy.

- Przepraszam, nie wspomniałaś, jak masz na imię - powiedział, nie spuszczając z niej oczu.

- Prawdopodobnie najlepiej będzie, jeśli na tym poprzestaniemy - stwierdziła bez przekonania, ciesząc się chwilą, bo posunęli się zdecydowanie za daleko.

- Jasne - zgodził się rzeczowym tonem. - Nie zakochujemy się w sobie.

- Właśnie.

- Ponieważ normalnie dwie atrakcyjne osoby, które utknęły razem w windzie, są skazane na miłość.

Zignorowała skurcz żołądka na słowo "atrakcyjne", podobnie jak wcześniej, gdy nie zaprzeczył, kiedy mu wytknęła, że zamierzał ją poderwać.

- Oczywiście.

- Zrobimy dokładnie na odwrót.

- Tak? - Dlaczego to zabrzmiało jak pytanie?

Co nie pozostało niezauważone i kącik jego ust nieznacznie się uniósł.

- Może gdzieś razem wyskoczymy? Napijemy się?

Roześmiała się, kręcąc głową.

- Przecież jesteśmy w barze.

- Doszedłem do wniosku, żeby moglibyśmy zmienić lokal i pójść...

- Jeśli powiesz, że do ciebie, to przysięgam, że...

Czekał, aż dokończy groźbę, nie odrywając od niej ciemnych oczu.

Wiedziała, co knują bogowie romansu. Większości dziewczyn wystarczyłoby jedno spojrzenie na tę śliczną buźkę i już by planowały ślub, ale Sawyer chciała tylko na niej usiąść.

Wiedziała, co powinna zrobić. Powinna wrócić do domu, nałożyć maseczkę na twarz i dokończyć nieprzyzwoitą lekturę. Ale... po raz pierwszy od zdecydowanie zbyt dawna mogła naprawdę zaliczyć, zamiast tylko o tym czytać.

No i dlaczego miałaby sobie odmówić? Ludzie tuż po zerwaniu byli idealnymi kandydatami do seksu bez zobowiązań. Nie znali się, nawet nie wiedzieli, jak mają na imię. Najwyraźniej interesowała go przygoda na jedną noc. Na przekór mocnym postanowieniom, żeby podchodzić do związków na luzie, nigdy wcześniej nie trafiła się jej podobna okazja. Może nowe doświadczenie stanie się źródłem inspiracji, której tak bardzo potrzebowała, i pomoże jej przełamać blokadę twórczą.

Zanim zdążyła zrezygnować z tego pomysłu, nonszalancko wzruszyła ramionami, chociaż w głębi czuła dokładne przeciwieństwo nonszalancji, a dreszczyk emocji związany z wizją nietypowego zakończenia wieczoru otrzeźwił ją szybciej niż skok na główkę do jeziora Michigan.

- Dobra, pieprzyć to. Ale tylko dlatego, że przygoda na jedną noc jest przeciwieństwem miłości od pierwszego wejrzenia, a naprawdę uważam, że powinniśmy zdusić to w zarodku... dla dobra nas obojga.

Bogowie romansu bardzo się starali, ale Sawyer Greene starała się jeszcze bardziej.

- To najrozsądniejsze wyjście z sytuacji - zgodził się ze śmiertelną wręcz powagą.

Uśmiechnęła się, gestem dając mu znać, żeby prowadził. Ruszyła za nim i nie była w stanie ukryć podekscytowania. Z tyłu wyglądał równie seksownie jak z przodu.