Universe (#4). Bloomed. spin off trylogii Universe cz 1 - Jedersafe

Kup ebooka

40.99 zł
30.69 zł (29,64 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 3.

Śnieg pod łza­mi

Sofia

Śnieg skrze­czał pod bu­ta­mi z każ­dym po­sta­wio­nym kro­kiem. Bia­ły puch sy­pał w twarz, utrud­nia­jąc wi­dze­nie. Chcia­łam prze­trzeć oczy, ale nie mia­łam jak, bo w rę­kach trzy­ma­łam cięż­kie siat­ki z za­ku­pa­mi. Prze­jeż­dża­ją­cy przez uli­cę sa­mo­chód wje­chał pro­sto w ka­łu­żę z bło­ta, po­zo­sta­wia­jąc na no­gaw­kach mo­ich sta­rych spodni brą­zo­we, mo­kre pla­my. Dzi­siej­sze­go dnia już nic nie mo­gło bar­dziej ze­psuć mi hu­mo­ru.

Za­trzy­ma­łam się przed ka­mie­ni­cą, spo­glą­da­jąc w okna są­sia­dów. Nie­mal u wszyst­kich sta­ła cho­in­ka. Wi­dać to po roz­bły­sku­ją­cych się lamp­kach, któ­re rzu­ca­ły ko­lo­ro­wą po­świa­tę na sza­ry chod­nik. Z nie­licz­nych miesz­kań do­bie­ga­ły we­so­łe śmie­chy, śpie­wa­nie ko­lęd oraz gło­śne krzy­ki za­chwy­co­nych dzie­cia­ków.

A po­tem prze­nio­słam oczy na okno swo­jej sy­pial­ni. Tam nie dzia­ło się ab­so­lut­nie nic.

Za­miast cie­płe­go aro­ma­tu pier­ni­ków i ser­ni­ka po­wi­tał mnie du­szą­cy za­pach ty­to­niu i al­ko­ho­lu. Ten dru­gi był tak in­ten­syw­ny, że praw­do­po­dob­nie mu­siał wy­lać się na dy­wan. Upu­ści­łam cięż­kie siat­ki w przed­po­ko­ju i ścią­gnę­łam sta­re buty. Od­wie­siw­szy prze­mo­czo­ny płaszcz na wie­sza­ku, po­tar­łam o sie­bie dło­nie, by te się za­grza­ły. Wcho­dząc do sa­lo­nu, na­dep­nę­łam na pu­stą pusz­kę po pi­wie.

Thia­go sie­dział w tym sa­mym miej­scu, w któ­rym tkwił, kie­dy wy­cho­dzi­łam do pra­cy. Roz­luź­nio­ny i ni­czym się nie­przej­mu­ją­cy, upi­jał z bu­tel­ki czy­stą wód­kę, wy­krzy­ku­jąc coś w stro­nę te­le­wi­zo­ra. Z każ­dym krzy­kiem sta­ry, po­dziu­ra­wio­ny fo­tel ugi­nał się pod jego cię­ża­rem. Przy­tu­li­łam się bar­kiem do fra­mu­gi, zer­ka­jąc na ka­na­pę. Na niej spał Dutch, naj­lep­szy kum­pel Thia­go. Nie za­uwa­żył, że we­szłam do miesz­ka­nia. Wła­ści­wie to nie za­uwa­żył­by na­wet, gdy­by ktoś go okra­dał.

Mały sa­lon przy­po­mi­nał po­bo­jo­wi­sko. Jak­by przed chwi­lą przez miesz­ka­nie prze­szło tor­na­do. Na pod­ło­dze wa­la­ły się roz­gnie­cio­ne chip­sy, brud­ne skar­pet­ki i zmię­te, sta­re ga­ze­ty. Roz­pa­da­ją­cy się już sto­lik ugi­nał się pod pu­sty­mi bu­tel­ka­mi po pi­wie i wód­ce. Opa­ko­wa­nia po piz­zy i chiń­skim je­dze­niu aż ki­pia­ły z ko­sza na śmie­ci, a ich za­war­tość zdą­ży­ła roz­lać się na blat ku­chen­ny. Na jed­nej ze ścian wid­niał prze­krzy­wio­ny ob­ra­zek, jak­by ktoś ude­rzył w nie­go przy­pad­kiem.

Za­ci­snę­łam po­wie­ki, nie da­jąc upu­stu łzom.

- Thia­go, sprzą­ta­łam tu­taj dzi­siaj przed pra­cą - ode­zwa­łam się przy­gnę­bio­nym to­nem.

- I?

- I chcia­łam, żeby na świę­ta było cho­ciaż...

Nie dał mi do­koń­czyć. Ciem­no­wło­sy męż­czy­zna wy­darł się do te­le­wi­zo­ra, rzu­ca­jąc w ekran reszt­ka­mi chip­sów.

- Ty ku­ta­sie! Komu to po­da­jesz!

- ...czy­sto - do­koń­czy­łam pół­szep­tem.

Dal­sza roz­mo­wa nie mia­ła sen­su. Wró­ci­łam do przed­po­ko­ju, za­bra­łam tor­by i za­czę­łam je roz­pa­ko­wy­wać. Mle­ko, kil­ka opa­ko­wań wę­dlin, ser, tuń­czyk, któ­ry już ju­tro stra­ci waż­ność. Wkła­da­łam pro­duk­ty do lo­dów­ki, bła­ga­jąc w du­chu, by cho­ciaż na je­den dzień stra­cić słuch. Tak żeby nie sły­szeć krzy­ków Thia­go. Nie mo­głam mo­men­ta­mi tego znieść. Do­cho­dzi­ła je­de­na­sta. Pra­co­wa­łam dzi­siaj dzie­sięć go­dzin, ja­dłam tyl­ko ka­nap­kę, spa­łam pięć go­dzin i mia­łam kosz­ma­ry.

Przez na­stęp­ne trzy­dzie­ści mi­nut pró­bo­wa­łam do­pro­wa­dzić kuch­nię do ładu, tak aby przy­naj­mniej bla­ty były wi­docz­ne. Kie­dy mi się to uda­ło i chcia­łam udać się do swo­jej sy­pial­ni, w drzwiach za­trzy­mał mnie Thia­go.

- Uda­ło ci się za­ła­twić? - spy­tał, beł­ko­cząc pod no­sem.

Po­krę­ci­łam gło­wą i scho­wa­łam ręce za ple­ca­mi.

- Mia­łaś za­ła­twić.

- Nie da­łam rady. Za dwa dni jest wi­gi­lia. Roya nie było w pu­bie - kła­ma­łam. Ostat­nio ro­bi­łam to tak czę­sto, że by­łam w tym bar­dzo prze­ko­nu­ją­ca.

- No wła­śnie: za­raz jest dur­na wi­gi­lia - po­wie­dział, wsu­wa­jąc dło­nie do kie­sze­ni brud­nych dre­sów. - Roy za­wsze jest w pu­bie przed świę­ta­mi, bo dla nie­go to do­bry utarg. Chcesz mi po­wie­dzieć, że go nie było?

- Nie było - po­wtó­rzy­łam, przy­bie­ra­jąc ostrzej­szy ton. Chwy­ci­łam za klam­kę do sy­pial­ni. - Po­ja­wi się pew­nie do­pie­ro po świę­tach albo przed sa­mym syl­we­strem. Wy­trzy­masz do tego cza­su.

Od­wró­ci­łam się z za­mia­rem wej­ścia do po­ko­ju. Po­wstrzy­mał mnie. Bo­le­śnie chwy­cił za nad­gar­stek, bez pro­ble­mu opla­ta­jąc wo­kół nie­go swo­je dłu­gie pal­ce. Za­sy­cza­łam z bólu, tak­su­jąc zde­ner­wo­wa­ną twarz bra­ta.

- So­fia, co ty, kur­wa, ro­bisz? - wy­śmiał mnie, po­cią­ga­jąc do sie­bie. - Mam wy­trzy­mać kil­ka dni? Trzy? Czte­ry czy może sie­dem? Mia­łaś mi to, kur­wa, za­ła­twić. Za­wsze mi ogar­niasz, a te­raz mó­wisz, że nic nie masz?

- Po­wta­rzam ci, że...

- Ale mnie nie ob­cho­dzi, co ty po­wta­rzasz. - Po­tarł pal­ca­mi moją skó­rę, wy­wo­łu­jąc tym nie­przy­jem­ne pie­cze­nie. Za­ci­snę­łam zęby. - Chcę i masz mi to ju­tro za­ła­twić. Nie in­te­re­su­je mnie, czy Roya nie było, czy się za­ćpał, czy spę­dza uro­czy czas z ro­dzi­ną przy cho­in­ce. Obie­cał, więc ma, do chu­ja, ci to dać! Ro­zu­miesz mnie?

- Tak, ale ja...

- Ro­zu­miesz, So­fia?

- Tak - od­po­wie­dzia­łam zre­zy­gno­wa­na.

Thia­go pu­ścił mnie, ob­ró­cił się na pię­cie i po­wró­cił do sa­lo­nu, za­ga­du­jąc po hisz­pań­sku do Dut­cha. We­szłam do po­ko­ju, po­wstrzy­mu­jąc łzy. Nie mia­łam już siły, żeby pójść pod prysz­nic. Ocho­ty zresz­tą też nie, bo nie­jed­no­krot­nie gdy z nie­go wy­cho­dzi­łam, Dutch przy­glą­dał mi się wstręt­nym spoj­rze­niem, na któ­re mój brat nie re­ago­wał. Po­sta­no­wi­łam po­cze­kać, aż ten wyj­dzie albo za­śnie po­now­nie na ka­na­pie. Prze­bra­łam się w czy­ste, luź­ne ubra­nia i chwy­ci­łam ze­szyt nu­to­wy oraz wy­stru­ga­ny nie­mal do zera ołó­wek. Przy­sia­dłam na pa­ra­pe­cie, z któ­re­go wi­docz­ny był za­śnie­żo­ny chod­nik i ogró­dek. W nim stał nie­dba­le ule­pio­ny bał­wan.

Przez cały dzień w gło­wie mia­łam skom­po­no­wa­ną me­lo­dię, ale ta wy­le­cia­ła mi, gdy tyl­ko prze­kro­czy­łam próg tego prze­klę­te­go miesz­ka­nia. Zre­zy­gno­wa­na odło­ży­łam ze­szyt obok stóp i pod­cią­gnę­łam ko­la­na pod bro­dę. Przy­mknę­łam po­wie­ki, głę­bo­ko od­dy­cha­łam i pra­gnę­łam wy­ma­zać ten dzień z pa­mię­ci.

Dziś było mnó­stwo lu­dzi w pu­bie. Roz­la­łam set­ki piw, kil­ka­dzie­siąt bo­ur­bo­nów, od­pra­wi­łam paru na­pa­stu­ją­cych mnie fa­ce­tów, uci­szy­łam zbyt gło­śne to­a­sty... Przez do­bre dwa­dzie­ścia mi­nut by­łam ra­mie­niem do wy­pła­ka­nia dla zra­nio­nej ko­bie­ty, któ­ra aku­rat dzień przed świę­ta­mi po­sta­no­wi­ła roz­paść się emo­cjo­nal­nie. On od­szedł, ona zo­sta­ła z pre­zen­ta­mi i łza­mi. Kla­sy­ka świą­tecz­nych związ­ków. Słu­cha­łam tego ze szma­tą w dło­ni i uda­wa­łam, że świet­nie ro­zu­miem.

Roy tak na­praw­dę po­ja­wił się dziś w pu­bie. Przy­cho­dził dwa razy w ty­go­dniu. Miał w nim swo­ich klien­tów, w tym mnie. Tego wie­czo­ru usiadł przy ba­rze tak jak za­wsze. To ja od­mó­wi­łam. Po­wie­dzia­łam mu, że nie mam pie­nię­dzy.

W rze­czy­wi­sto­ści kła­ma­łam, bo nie chcia­łam wi­dzieć mo­je­go bra­ta na­ćpa­ne­go w świę­ta.

Kłam­stwo nic mi nie dało. Ju­tro będę mu­sia­ła iść do pra­cy i za­ła­twić tę pie­przo­ną am­fe­ta­mi­nę, a póź­niej zno­sić przez cały wie­czór jego agre­sję. Obie­cy­wa­łam so­bie tej nocy, że to bę­dzie ostat­nia wi­gi­lia, któ­rą spę­dzę w ten spo­sób.

Roz­dział 4.

Smut­na dziew­czy­na

Ethan

Pra­wie do­sta­łem za­wa­łu. Tak po pro­stu. Wi­dząc przy­tasz­czo­ny przez Me­la­nie za­ku­rzo­ny kar­ton pe­łen bom­bek, przy­sia­dłem na ka­na­pie, wal­cząc z nad­cho­dzą­cym ata­kiem ser­ca. Roz­ma­so­wa­łem so­bie po­wie­ki opusz­ka­mi pal­ców, sły­sząc we­so­ły śmiech dziew­czy­ny.

- Nie - po­wie­dzia­łem sta­now­czo. - Nie spę­dzę kil­ku go­dzin na ubie­ra­niu cho­in­ki w... to coś. Mel, tego jest... sto?

- Sto trzy­na­ście, li­cząc uko­cha­ną bomb­kę two­jej mamy - po­pra­wi­ła mnie, ku­ca­jąc przy kar­to­nie. Za­czę­ła prze­szu­ki­wać ozdo­by, ostroż­nie je wy­cią­ga­ła i ukła­da­ła obok stóp. - Pój­dzie nam szyb­ko. Masz dra­bi­nę?

- Tak, gdzieś w ga­ra­żu. - Spoj­rza­łem na nią, wsta­jąc z miej­sca. Me­la­nie się do mnie uśmiech­nę­ła, za­kła­da­jąc pa­smo ru­dych wło­sów za ucho. - Przy­nio­sę. Weź­my się do pra­cy. Obie­ca­łem ma­mie, że ogar­nie­my to, za­nim wró­ci.

Nie da­łem jej szan­sy od­po­wie­dzieć, cho­ciaż coś mru­cza­ła pod no­sem, w dal­szym cią­gu za­chwy­ca­jąc się bomb­ka­mi. Po­sze­dłem do ga­ra­żu po dra­bi­nę. Mimo me­tra dzie­więć­dzie­się­ciu wzro­stu nie było szan­sy, bym za­wie­sił ozdo­by na szczy­cie cho­in­ki. Mama prze­sa­dzi­ła - ten krzak miał oko­ło trzech me­trów.

- Wła­ści­wie kie­dy two­ja mama za­ła­twi­ła cho­in­kę? - spy­ta­ła Adi­son, gdy roz­sta­wi­łem dra­bi­nę. - I zdą­ży­ła za­ło­żyć lamp­ki?

- To tata - wy­ja­śni­łem z pół­u­śmie­chem na ustach. - Jak tyl­ko mu po­wie­dzia­ła, że bę­dzie­my po po­łu­dniu ją de­ko­ro­wać, rano wstał i po­je­chał po tego krza­ka. Lamp­ki też są jego spraw­ką.

Me­la­nie za­chi­cho­ta­ła, zwią­zu­jąc wło­sy w kitę.

- Cały wu­jek Do­mi­nic - do­da­ła.

- Ta - przy­zna­łem jej ra­cję. - Cały tata.

W to­wa­rzy­stwie Me­la­nie czu­łem się swo­bod­nie już od naj­młod­szych lat. Nie była na­chal­na, nie wy­mu­sza­ła na mnie od­po­wie­dzi, nie za­ga­dy­wa­ła, kie­dy wi­dzia­ła, że nie mam ocho­ty na roz­mo­wę. Tkwi­ła przy mnie od dwóch de­kad, za­wsze go­to­wa wy­cią­gnąć po­moc­ną dłoń, gdy­bym jej po­trze­bo­wał. Nie po­zo­sta­wa­łem jej dłuż­ny, bo sam by­łem dla niej naj­więk­szym wspar­ciem. Prze­ży­wa­łem z nią pierw­sze zła­ma­ne ser­ce, nie­zda­ny eg­za­min na pra­wo jaz­dy, ofe­ro­wa­łem ra­mię do wy­pła­ka­nia, gdy za­koń­czy­ła burz­li­wą re­la­cję ze swo­ją naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką. By­li­śmy dla sie­bie ni­czym nasi oj­co­wie.

Za­ją­łem się ty­łem cho­in­ki, a przy­ja­ciół­ka przo­dem. Wyj­rza­łem na nią zza krza­ka, sły­sząc, jak ta przy­su­wa dra­bi­nę i nie­udol­nie się po niej za­czy­na wdra­py­wać z bomb­ką w dło­ni.

- Me­la­nie, spad­niesz - ostrze­głem ją, mru­żąc oczy.

Mach­nę­ła ręką. Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi i przy­su­ną­łem się bli­żej do ni­cze­go nie­świa­do­mej Me­la­nie. Ob­ser­wo­wa­łem, jak dziel­nie sta­wia sto­py na co­raz wyż­szym szcze­blu. Nie ro­bi­ło jej róż­ni­cy, że dra­bi­na się chwie­je. Adi­son była upar­ta i za­wsze mu­sia­ła udo­wod­nić, że ma ra­cję.

- Co po­wie mama, jak zo­ba­czy, że na świę­ta masz skrę­co­ną kost­kę lub po­tłu­czo­ną gło­wę? - za­py­ta­łem, sta­ra­jąc się ukryć uśmiech. - Wiesz, że te mar­mu­ro­we ka­fle są bar­dzo twar­de, no nie?

- Prze­stań glę­dzić, Ethan - skar­ci­ła mnie pręd­ko, spo­glą­da­jąc w dół, a po­tem na szczyt cho­in­ki. - Ta bomb­ka ide­al­nie bę­dzie pa­so­wa­ła na sam czu­bek. O! Zo­bacz! Mo­gła­by na­wet...

Spo­dzie­wa­łem się tego. Ab­so­lut­nie nie by­łem tym zdzi­wio­ny. Me­la­nie wy­cią­gnę­ła rękę, by za­wie­sić zło­tą bomb­kę, co po­skut­ko­wa­ło za­chwia­niem się i osu­nię­ciem po dra­bi­nie. Zła­pa­łem ją w ostat­nim mo­men­cie, za­nim ude­rzy­ła gło­wą o ka­fel­ki. Wsu­ną­łem dłoń pod jej ko­la­na, dru­gą opla­ta­jąc kark. Tłu­czo­ne szkło z bomb­ki roz­bry­zgnę­ło się pod na­szy­mi no­ga­mi.

- O nie, prze­pra­szam... - za­jąk­nę­ła się, wbi­ja­jąc pa­znok­cie w mój kark. Za­wsty­dzo­na, zer­k­nę­ła na roz­wa­lo­ną bomb­kę, na­stęp­nie na mnie. - Za­raz to po­sprzą­tam. Po­staw mnie, a pój­dę po...

- Prze­stań wierz­gać - wsze­dłem jej w sło­wo, gdy pró­bo­wa­ła ze mnie ze­sko­czyć. - Wbi­jesz so­bie szkło w sto­pę.

- Ethan...

Unio­słem pa­lec wska­zu­ją­cy, da­jąc znać, żeby była ci­cho. Od­sta­wi­łem dziew­czy­nę przy ka­na­pie, na któ­rej od razu przy­sia­dła. Wy­wró­ci­łem ocza­mi, wi­dząc jej smut­ną minę. Me­la­nie za bar­dzo przej­mo­wa­ła się bła­host­ka­mi. Omi­nąw­szy odłam­ki, uda­łem się do kuch­ni za pla­sti­ko­wym, okrą­głym pu­deł­kiem na szkla­ne od­pad­ki. Za­czą­łem ostroż­nie zbie­rać więk­sze ka­wał­ki bomb­ki. Mel rzu­ci­ła się, by mi po­móc, ale na­tych­miast wbił jej się w dłoń odła­mek. Prze­tar­łem twarz dłoń­mi, ży­cząc so­bie cier­pli­wo­ści.

- Adi­son - wark­ną­łem. - Po­tra­fisz sie­dzieć na du­pie przez pięć se­kund i się nie ru­szać?

- Oczy­wi­ście, Brown - skwi­to­wa­ła sar­ka­stycz­nie, przy­le­pia­jąc do twa­rzy sztucz­ny uśmiech. Od­po­wie­dzia­łem jej tym sa­mym.

Od­ku­rzy­łem naj­mniej­sze odłam­ki i opa­trzy­łem pa­lec Me­la­nie. Po­dzię­ko­wa­ła, tro­chę się po­uśmie­cha­ła i za­raz wró­ci­li­śmy do za­wie­sza­nia bom­bek. Tym ra­zem to ja sta­wa­łem na dra­bi­nie, od­bie­ra­jąc od przy­ja­ciół­ki ozdo­by. Wie­dzia­łem, że coś ją tra­pi. Dziw­nie się tego dnia za­cho­wy­wa­ła.

- O któ­rej mam po cie­bie przy­je­chać? - spy­ta­łem, scho­dząc z dra­bi­ny.

- Oko­ło siód­mej? - za­pro­po­no­wa­ła, cho­wa­jąc brzyd­sze bomb­ki z po­wro­tem do kar­to­nu. - Mu­szę spa­ko­wać pre­zen­ty na ju­tro. Daw­no nie wi­dzia­łam wuj­ka Vin­cen­ta.

- Nie uwa­żasz, że to dziw­ne?

- Co masz na my­śli? - Mel unio­sła gło­wę, by na mnie po­pa­trzeć.

- Mój oj­ciec, twój - za­czą­łem wy­li­czać - tata Ashe­ra i Vin­cent... są przy­ja­ciół­mi z dzie­ciń­stwa. A two­ja mama, moja i żona Vin­cen­ta przy­ja­ciół­ka­mi. Dłu­go się ostat­nio nad tym za­sta­na­wia­łem.

- Do­sze­dłeś do wnio­sku, że to wspa­nia­łe? - Uśmie-chnę­ła się.

- Wspa­nia­łe?

- Tak, wspa­nia­łe - po­wtó­rzy­ła do­bit­niej Me­la­nie. Za­mknę­ła kar­ton i pod­nio­sła się z pod­ło­gi. - Rzad­ko zda­rza się coś ta­kie­go. To nie­sa­mo­wi­te, Ethan. Nasi oj­co­wie byli jak ja i ty. Od ma­łe­go.

- Chcesz mi po­wie­dzieć, że moje dzie­ci będą się przy­jaź­ni­ły z two­imi?

Za­chi­cho­ta­ła, po­da­jąc mi ostat­nią bomb­kę, wy­ję­tą z osob­ne­go opa­ko­wa­nia. Ozdo­ba z roku na rok wy­glą­da­ła co­raz go­rzej. Bia­ły la­kier od­pry­ski­wał, a na­ma­lo­wa­na na niej li­ter­ka "P" ro­bi­ła się co­raz bled­sza. Z da­le­ka trud­no ją do­strzec. Ob­ró­ci­łem w pal­cach bomb­kę, pa­trząc na Mel.

- Ni­g­dy jej nie po­zna­łem - wy­zna­łem. - Pe­tra. Wy­jąt­ko­wo dziw­ne imię.

Przy­ja­ciół­ka ude­rzy­ła mnie de­li­kat­nie łok­ciem w że­bra. Skrzy­wi­łem się.

- Nie mów tak. To two­ja bab­cia. Była Niem­ką. Jak mia­ła się na­zy­wać? An­ge­li­na Jo­lie?

- Mama chce wie­szać tę bomb­kę co roku. - Przyj­rza­łem się jesz­cze raz sta­rej ozdo­bie. - Nie wy­obra­żam so­bie, co mu­sia­ła czuć, kie­dy się do­wie­dzia­ła, że jej mat­ka zo­sta­ła za­mor­do­wa­na.

- Okrop­ne jest to, że nie do­wie­dzia­ła się, kim był ten mor­der­ca.

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi, wy­cią­ga­jąc się i wie­sza­jąc bomb­kę w bez­piecz­nym miej­scu. Po­pa­trzy­łem na cho­in­kę z za­do­wo­le­niem. Me­la­nie ob­sko­czy­ła ko­lo­ro­wy krzak do­oko­ła, upew­nia­jąc się, że wszyst­ko jest na swo­im miej­scu, i za­do­wo­lo­na oświad­czy­ła:

- Ciot­ka Fran­cy bę­dzie za­chwy­co­na! Jest ślicz­na! Wy­szła nam le­piej, niż się spo­dzie­wa­łam. Po­do­ba ci się?

- Tak - od­po­wie­dzia­łem zgod­nie z praw­dą. - I wiesz... to wca­le nie było ta­kie złe.

Mru­gną­łem okiem do Adi­son, chy­ba wpra­wia­jąc ją tym w za­kło­po­ta­nie. Była nie­swo­ja i nie wie­dzia­łem, dla­cze­go ją o to nie za­py­ta­łem. Chy­ba wie­dzia­łem, że jak to zro­bię, to stra­ci hu­mor na do­bre. Odło­ży­łem więc to na wie­czór.

- A je­śli już je­ste­śmy w te­ma­cie na­ro­do­wo­ści, to nie śmiej się z bab­ci. Sam je­steś w po­ło­wie Niem­cem.

Po czę­ści mia­ła ra­cję. Mama po­cho­dzi­ła z Nie­miec, tata z An­glii i Sta­nów (miesz­kał tu i tu), więc teo­re­tycz­nie by­łem mie­szań­cem, ale uda­wa­łem, że wca­le tak nie jest. Nie po­tra­fi­łem po­wie­dzieć nic po nie­miec­ku, cho­ciaż po­dob­no jako dzie­ciak do­brze nim ope­ro­wa­łem. Wszyst­ko za­po­mnia­łem. Za to świet­nie wła­da­łem ję­zy­kiem hisz­pań­skim.

- Och, bła­gam - ro­ze­śmia­łem się. - Mój oj­ciec jest w po­ło­wie Bry­tyj­czy­kiem, a w po­ło­wie Ame­ry­ka­ni­nem. Po­zo­stań­my przy tym, okej?

Me­la­nie przy­zna­ła mi ra­cję. Od­pro­wa­dzi­łem ją do sa­mo­cho­du i obie­ca­łem, że przy­ja­dę o siód­mej.

*

Wy­bra­li­śmy się do pubu o na­zwie Igni­te. Nie było to miej­sce, do któ­re­go za­glą­da­łem z wiel­ką ocho­tą. Po­sze­dłem tam tyl­ko raz - wy­star­czy­ło. Nie cho­dzi­ło wca­le o mu­zy­kę czy piwo, bo to było na­praw­dę do­bre, ale o lu­dzi. Prze­wi­ja­ło się tam zbyt wie­lu de­ale­rów de­spe­rac­ko po­szu­ku­ją­cych klien­tów. I to na tyle bez­czel­nych, że za­ła­twia­li swo­je brud­ne in­te­re­sy tuż przy ba­rze, a bar­man­ki nie mia­ły po­ję­cia, co dzie­je się pod ich no­sem, albo uda­wa­ły, że nic nie wi­dzą.

Było tam mnó­stwo pi­ja­nych dziew­czyn, śmie­ją­cych się za gło­śno i ła­pią­cych ob­cych za rękę. Czę­sto zda­rza­ły się bój­ki, ale ochro­na rzad­ko in­ter­we­nio­wa­ła. Pub niż­szych sfer, jed­nak miał swo­je za­le­ty - do­bre piwo, moc­ne drin­ki, bli­sko cen­trum. Je­śli by nie pa­trzeć uważ­nie na to, co się dzia­ło w ką­tach, moż­na mile spę­dzić tam wie­czór.

Nie pi­łem al­ko­ho­lu, pro­wa­dzi­łem. Po­je­cha­łem po Me­la­nie, póź­niej po Ashe­ra. Za­ję­li­śmy je­den z wol­nych sto­li­ków i przez naj­bliż­szą go­dzi­nę roz­ma­wia­li­śmy na te­mat ju­trzej­szej wi­gi­lii.

- Wie­cie, że cór­ka Vin­cen­ta w przy­szłym roku wy­cho­dzi za mąż? - za­gad­nął nas Wal­ker, zer­ka­jąc na nas.

- Nie wi­dzia­łam, żeby Li­lia­na chwa­li­ła się za­rę­czy­na­mi na In­sta­gra­mie - od­par­ła przy­ja­ciół­ka. - W za­sa­dzie, od­kąd wy­le­cie­li do Bel­gii, to mało o niej sły­szę. Znacz­nie się od­su­nę­ła.

- Nie ma w tym nic dziw­ne­go - po­wie­dzia­łem, uno­sząc ra­mio­na. - Wy­le­cie­li ja­kieś sześć lat temu. Zdą­ży­ła uło­żyć so­bie tam ży­cie i zna­leźć in­nych przy­ja­ciół.

- Szko­da, że wy­je­cha­li - wes­tchnę­ła Mel, są­cząc al­ko­hol przez pa­pie­ro­wą słom­kę. - Tro­chę cza­su ra­zem spę­dzi­ły­śmy. Te­raz nie za­py­ta, co u mnie. Nie bę­dzie też jej ju­tro na wi­gi­lii. Spę­dza je z na­rze­czo­nym, miesz­ka­ją ra­zem od roku.

- Tata ci opo­wia­dał? - spy­ta­łem.

- Mama.

- By­łem wczo­raj u Chu­de­go. - Asher oparł łok­cie o stół, nie­znacz­nie się ku nam po­chy­la­jąc. Uśmiech­nął się sze­ro­ko, uno­sząc brwi. - Za­ła­twi­łem nam na wi­gi­lię...

- Wal­ker, nie. - Unio­słem pa­lec wska­zu­ją­cy, uci­sza­jąc go tym. - Nie będę ja­rał w świę­ta.

Wy­giął usta w pod­ko­wę, opa­da­jąc ple­ca­mi na skó­rza­ne obi­cie ka­na­py. Me­la­nie za­ję­ła się pi­ciem piwa i roz­glą­da­niem po pu­bie.

- Cze­mu? Ty ni­g­dy nie chcesz.

- Bo zio­ło to gów­no - oznaj­mi­łem po­iry­to­wa­ny. Ob­ra­ca­łem w pal­cach pi­lot do sa­mo­cho­du. - Lu­bię czas, kie­dy je­ste­śmy wszy­scy ra­zem. Nie chcę o dzie­sią­tej za­snąć zja­ra­ny w po­ko­ju, a rano się tłu­ma­czyć ro­dzi­com.

- Ku­mam. Nie mu­sisz tego ro­bić. Me­la­nie, chcesz?

Ru­do­wło­sa dziew­czy­na uni­ka­ła mo­je­go wzro­ku. Mię­to­li­ła mię­dzy zę­ba­mi słom­kę. Prze­wró­ci­łem ocza­mi, wsu­ną­łem klu­czyk do kie­sze­ni spodni i wsta­łem, opie­ra­jąc dło­nie o sto­lik.

- Nie mu­szę na­wet sły­szeć, co mu od­po­wiesz, bo wiem. - Sta­ra­łem się przy­brać obo­jęt­ny ton.

- Ethan...

- Idę po sok - nie da­łem jej do­koń­czyć. - Chce­cie coś jesz­cze?

- Piwo.

Ski­ną­łem gło­wą na proś­bę kum­pla i uda­łem się pro­sto do baru. Mu­sia­łem prze­pchnąć się przez kil­ku pi­ja­nych ty­pów i parę ład­nych, rów­nie nie­trzeź­wych dziew­czyn. Nie mia­łem za­mia­ru słu­chać, jak Me­la­nie zga­dza się na idio­tycz­ny po­mysł Ashe­ra. Wie­dzia­łem, jak to bę­dzie wy­glą­da­ło - po ko­la­cji pój­dzie­my na górę, Wal­ker się tam zja­ra, wcią­gnie w to Me­la­nie i resz­tę wie­czo­ru spę­dzę sam albo będę zmu­szo­ny zejść do ro­dzi­ców i ich przy­ja­ciół.

Za­ją­łem ostat­nie wol­ne miej­sce przy ba­rze. Bez­na­mięt­nie prze­su­wa­łem wzro­kiem po to­wa­rzy­stwie - dwój­ka na­ćpa­nych fa­ce­tów, któ­ra upi­ja­ła bez prze­rwy wód­kę, blon­dyn­ka wy­pła­ku­ją­ca się na ra­mie­niu bru­net­ki i dwie bar­man­ki. Jed­na z nich była wy­so­ka i z ogrom­ną przy­jem­no­ścią ob­słu­gi­wa­ła lu­dzi. Z wiel­kim uśmie­chem na ustach na­le­wa­ła klien­to­wi piwo, od­po­wia­da­jąc na jego dur­ne za­czep­ki. Jej śmiech mie­szał się z gwa­rem sali. Był lek­ki, ra­do­sny.

Obok niej sta­ła dru­ga bar­man­ka. Ci­chut­ka, nie­obec­na, jak­by w zu­peł­nie in­nym świe­cie. Wszyst­kie ru­chy wy­ko­ny­wa­ła me­cha­nicz­nie. Się­ga­ła po szkło, na­peł­nia­ła je, prze­su­wa­ła po bla­cie. Pa­trzy­ła pu­stym wzro­kiem w je­den punkt, gdzieś po­nad na­szy­mi gło­wa­mi. Była bar­dzo ład­na, ale nie na tyle, by krzy­cza­ła z pla­ka­tów. Jej twarz mia­ła w so­bie coś... smut­ne­go.

Nie wiem, co mnie tknę­ło, ale za­nim zdą­ży­łem po­my­śleć, ode­zwa­łem się do niej:

- Hej.

- Co po­dać? - spy­ta­ła ci­chym gło­sem.

Nie spoj­rza­ła na mnie od razu. My­śla­mi po­wra­ca­ła z da­le­kie­go miej­sca. Bia­łą szmat­ką prze­cie­ra­ła szklan­ki. Za­cze­sa­ła za ucho ja­sno­brą­zo­we pa­sem­ko wło­sów, bo wy­do­sta­ło się z nie­dba­łe­go ku­cy­ka.

- Ja­sne piwo.

Od­sta­wi­ła wy­po­le­ro­wa­ne szkło i scho­wa­ła szmat­kę do czar­ne­go far­tu­cha bar­mań­skie­go. Się­gnę­ła po nową szklan­kę i bez za­sta­no­wie­nia speł­ni­ła moją proś­bę. Po­sta­wi­ła przede mną al­ko­hol, mó­wiąc tyl­ko krót­kie "pro­szę".

- Zły dzień? - za­gad­ną­łem.

Mło­da dziew­czy­na spoj­rza­ła w moje oczy. Wy­krze­sa­łem z sie­bie coś na kształt bla­de­go uśmie­chu, ale tyl­ko ją tym od­stra­szy­łem. Sza­tyn­ka cof­nę­ła się o krok i znów po­pra­wi­ła wło­sy.

- Tro­chę - przy­zna­ła, ale jak­by nie­chęt­nie. Tak jak­by bała się ze mną roz­ma­wiać.

- Za­raz się skoń­czy i bę­dziesz mo­gła wró­cić do domu - po­wie­dzia­łem, przy­su­wa­jąc do sie­bie peł­ny ku­fel.

- Słu­cham?

Nie­zna­jo­ma dys­kret­nie prze­tar­ła so­bie spierzch­nię­te usta kciu­kiem, po­wra­ca­jąc do po­przed­nie­go za­ję­cia. Była ze­stre­so­wa­na, zde­ner­wo­wa­na i bar­dzo zmę­czo­na.

- Dzień - wy­ja­śni­łem, przy­cią­ga­jąc tym jej uwa­gę. - Dzień się za­raz koń­czy i bę­dziesz mo­gła wró­cić do domu.

- Ach, tak. Tak, do domu. - Uśmiech­nę­ła się le­ni­wie, nie­śmia­ło, nie­mal nie­wi­docz­nie. Nie spoj­rza­ła na mnie ani razu. Na­wet nie zdą­ży­łem za­re­je­stro­wać, ja­kie­go ko­lo­ru ma oczy.

Nie po­wie­dzia­łem nic wię­cej. Ob­ser­wo­wa­łem, jak ob­słu­gu­je na­stęp­ne­go mło­de­go męż­czy­znę. Znów to samo - krót­kie "pro­szę", "dzię­ku­ję" i brak kon­tak­tu wzro­ko­we­go. Nie od­po­wie­dzia­ła mu na­wet wte­dy, kie­dy za­py­tał ją o nu­mer te­le­fo­nu. Od­su­nę­ła się jak opa­rzo­na, ude­rza­jąc ple­ca­mi o roz­sta­wio­ny za nią ar­se­nał al­ko­ho­lu w bu­tel­kach. Męż­czy­zna od­szedł nie­po­cie­szo­ny, co spra­wi­ło jej wi­docz­ną na twa­rzy ulgę.

Bar­man­ka zer­k­nę­ła w moją stro­nę, jak­by się upew­nia­ła, że wciąż tu je­stem.

- Wiesz - za­czę­ła ci­cho. - Dużo pra­cy. P-przed świę­ta­mi z-za­wsze tyle jest.

Dziw­nie się za­cho­wy­wa­ła, ją­ka­ła się. Niby na mnie pa­trzy­ła, niby szu­ka­ła ko­goś ocza­mi po sali. I jesz­cze raz po­pra­wi­ła wło­sy. Za­kła­da­ła je za ucho, póź­niej wy­pusz­cza­ła, przy­po­mi­na­jąc tym za­gu­bio­ną, małą dziew­czyn­kę. Ner­wo­wo za­gry­za­ła war­gę.

- Wszyst­ko okej? - od­wa­ży­łem się za­py­tać. W koń­cu na­sze spoj­rze­nia spo­tka­ły się na dłuż­szą chwi­lę.

Mia­ła bursz­ty­no­we oczy.

- Tak, ja­sne, pew­nie. Po pro­stu mam dużo pra­cy, a ju­tro wi­gi­lia, wiesz - za­śmia­ła się. - Trze­ba wszyst­ko przy­go­to­wać. Cho­in­kę, po­tra­wy, spa­ko­wać pre­zen­ty i wiesz... Ro­zu­miesz - znów ner­wo­wy śmiech - tak ja­koś o wszyst­kim my­ślę.

Skrę­po­wa­ła się tym, że przy­glą­dam się jej dłu­żej niż to ko­niecz­ne. Dziew­czy­na wbi­ła wzrok w no­tat­nik z za­mó­wie­nia­mi i za­mil­kła.

- Je­stem Ethan. - Da­ro­wa­łem so­bie uścisk dło­ni. Nie li­czy­łem, że od­wza­jem­ni ten gest, bo mia­ła zde­cy­do­wa­ny kło­pot z fi­zycz­nym kon­tak­tem.

- So­fia - ci­cho mruk­nę­ła.

- Co ku­pi­łaś naj­bliż­szym pod cho­in­kę, So­fia?

- Całą se­rię ksią­żek z Har­rym Hole'em - od­po­wie­dzia­ła bar­dzo, bar­dzo szyb­ko. - To taki bo­ha­ter ksią­żek kry­mi­nal­nych - wy­ja­śni­ła, wi­dząc moją minę.

- Kto je na­pi­sał?

- Jo Nes­b?.

- Ulu­bio­ny au­tor mo­jej mamy. - Uśmiech­ną­łem się cie­pło. - Mamy cały re­gał tych ksią­żek. Ja­koś ni­g­dy mnie nie cią­gnę­ło, by po któ­rąś się­gnąć. Czy­ta­łaś? Lu­bisz?

- J-ja...

- So­fia, szyb­ko, nie mam cza­su.

Obo­je od­wró­ci­li­śmy gło­wę w kie­run­ku źró­dła gło­su. Męż­czy­zna. Dużo star­szy od nas. Na czo­le miał dłu­gą, roz­cią­ga­ją­cą się bli­znę, czar­ne wło­sy po­zo­sta­wił w nie­ła­dzie. Ner­wo­wo stu­kał brud­ny­mi pal­ca­mi o blat, świ­dru­jąc ocza­mi dziew­czy­nę. Kie­dy na nie­go po­pa­trzy­ła, cała się spię­ła. Na­tych­miast od­sta­wi­ła szklan­kę, jesz­cze raz kciu­kiem prze­cie­ra­jąc peł­ne usta.

- Mu­szę iść... - jęk­nę­ła, uni­ka­jąc mo­je­go wzro­ku.

Wy­cią­gną­łem w mię­dzy­cza­sie bank­not z port­fe­la i przy­su­ną­łem go bli­żej bar­man­ki.

- Za­raz wy­dam ci resz­tę...

- We­so­łych świąt, So­fia - po­wie­dzia­łem mar­kot­nie, chwy­ci­łem piwo i wró­ci­łem do przy­ja­ciół.

Po­sta­wi­łem piwo przed Ashe­rem i wte­dy so­bie przy­po­mnia­łem, że za­po­mnia­łem za­mó­wić dla sie­bie sok. Za­ją­łem swo­je miej­sce, spo­ty­ka­jąc się z za­in­te­re­so­wa­nym spoj­rze­niem Me­la­nie.

- Co tak dłu­go? - za­py­ta­ła roz­ba­wio­na. Wal­ker za­pew­nił jej do­bre to­wa­rzy­stwo.

- Była ko­lej­ka - skła­ma­łem.

Nie mia­łem ocho­ty się z ni­cze­go tłu­ma­czyć. Zer­k­ną­łem w stro­nę baru. So­fia roz­ma­wia­ła ze star­szym męż­czy­zną. Znów była nie­obec­na, smut­na, przy­gnę­bio­na.

- Opo­wia­da­łem Me­la­nie, co ku­pi­łem ma­mie na świę­ta - wtrą­cił Wal­ker. - Ona bar­dzo lubi ma­ki­ja­że, więc wpa­dłem na po­mysł, że...

Przez resz­tę wie­czo­ru So­fia prze­wi­nę­ła się przez moje my­śli je­dy­nie, a może aż, dwa razy.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Rozdział 1.

Zacznijmy od zimy

Ethan

Bo­ston, Mas­sa­chu­setts, gru­dzień

Śnieg nie pa­dał moc­no, na­to­miast Bo­ston już przy­po­mi­nał pocz­tów­kę - świą­tecz­ne lamp­ki zdo­bią­ce la­tar­nie, le­d­wo za­uwa­żal­ne świa­tło księ­ży­ca, ci­chy szum sa­mo­cho­dów w od­da­li. Bia­ły puch po­kry­wał wą­skie uli­ce, a śpie­szą­cy się gdzieś lu­dzie prze­my­ka­li w gru­bych sza­li­kach.

- Je­steś za­do­wo­lo­na? - za­py­ta­łem, na­cią­ga­jąc na gło­wę kap­tur od kurt­ki.

Me­la­nie za­ło­ży­ła na twarz je­den ze swo­ich naj­ład­niej­szych uśmie­chów i unio­sła rękę, w któ­rej trzy­ma­ła pa­pie­ro­wą, świą­tecz­ną tor­bę.

- Ja­sne! Dzię­ki, Brown. Mam na­dzie­ję, że tata rów­nież się ucie­szy.

- Cze­mu by nie miał? Tom uwiel­bia sa­mo­cho­dy. Ko­lek­cjo­ner­ska fi­gur­ka jego ulu­bio­ne­go mo­de­lu na pew­no go za­chwy­ci. To świet­ny pre­zent na Boże Na­ro­dze­nie.

- Wzru­szy się - do­po­wie­dzia­ła z roz­ba­wie­niem w gło­sie.

Wy­szli­śmy z cen­trum han­dlo­we­go wprost na wzma­ga­ją­cy się śnieg. Ani dla mnie, ani dla Me­la­nie nie sta­no­wił on pro­ble­mu. Za­miast wsiąść do sa­mo­cho­du czy me­tra zde­cy­do­wa­li­śmy się na dłuż­szy spa­cer. Mróz szczy­pał mnie w nos i po­licz­ki. Obo­je nie wzię­li­śmy rę­ka­wi­czek, więc za­bra­łem od niej tor­by z za­ku­pa­mi. Przy­ja­ciół­ka po­sła­ła w moją stro­nę nie­śmia­ły uśmiech i scho­wa­ła dło­nie do kie­sze­ni kurt­ki.

- Czy mo­że­my te­raz o tym po­roz­ma­wiać? - prze­ła­ma­łem ci­szę. Zer­k­ną­łem krót­ko w kie­run­ku ru­do­wło­sej ko­bie­ty.

Nie od­wza­jem­ni­ła spoj­rze­nia. Mia­łem wra­że­nie, że głę­biej scho­wa­ła się w kap­tu­rze.

- A jest o czym? - spy­ta­ła ci­cho, le­d­wie ją sły­sza­łem.

Spoj­rza­łem w nie­bo, mo­dląc się o cier­pli­wość.

- Mar­twi­łem się.

- Jak wi­dzisz, nie mia­łeś po­wo­du.

- Nie ty je­steś od usta­la­nia mo­ich po­wo­dów do zmar­twień - rze­kłem.

Me­la­nie wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Mimo że w ga­le­rii na jej twa­rzy szyb­ko się po­ja­wił uśmiech, te­raz mo­głem o nim po­ma­rzyć. Wes­tchną­łem, po­dej­mu­jąc pró­bę raz jesz­cze.

- Mam pra­wo się za­mar­twiać, kie­dy moja naj­lep­sza przy­ja­ciół­ka uma­wia się ze star­szym męż­czy­zną przez in­ter­net, a na­stęp­nie przez trzy go­dzi­ny nie od­pi­su­je - po­wie­dzia­łem. - Nie masz po­ję­cia, co prze­ży­wa­łem, gdy nie od­po­wia­da­łaś na wia­do­mo­ści. Dziś nie wy­da­jesz się szczę­śli­wa. Za­kła­dam, że rand­ka nie wy­szła?

Mil­cza­ła. Za­gry­zła war­gę, jak­by chcia­ła się po­wstrzy­mać przed po­wie­dze­niem cze­goś głu­pie­go. Po­ki­wa­ła gło­wą, zni­ko­mo się uśmiech­nę­ła i opa­tu­li­ła moc­niej ra­mio­na­mi.

- Dla­cze­go? - cią­gną­łem za­in­te­re­so­wa­ny. - Me­la­nie, pro­szę, po­wiedz coś.

Za­trzy­ma­łem się, ostroż­nie ła­piąc ją za przed­ra­mię. Adi­son za­dar­ła gło­wę, by spoj­rzeć mi w oczy, a z jej ust wy­msknę­ło się ci­che wes­tchnie­nie.

- Ethan, po pro­stu... Po pro­stu to nie wy­szło, do­bra?

- Skrzyw­dził cię?

- Nie - od­par­ła na­tych­miast spe­szo­na. - Bla­ke mnie nie skrzyw­dził. Cza­sem jest tak, że wy­da­je ci się, że ide­al­nie do ko­goś pa­su­jesz, a po­tem to pęka jak bań­ka my­dla­na i za­sta­na­wiasz się dla­cze­go. Tak było w tym przy­pad­ku. Nie pa­su­je­my do sie­bie. Po­trze­bo­wa­łam wczo­raj chwi­li, żeby oswo­ić się z tą my­ślą, okej?

- Ro­zu­miem - od­rze­kłem, przy­pa­tru­jąc się jej nie­bie­skim oczom. - Ro­zu­miem, że było ci przy­kro, i mnie też jest przy­kro, że je­steś smut­na. Czy mogę po­pra­wić ci na­strój?

- Po pro­stu... - unio­sła dło­nie przed sie­bie, za­raz je opusz­cza­jąc - ...o nie­go nie py­taj.

- Na na­stęp­ną rand­kę pój­dziesz z lo­ka­li­za­to­rem w to­reb­ce.

Roz­śmie­szy­łem ją tym. Me­la­nie star­ła z nosa płat­ki śnie­gu, a po­tem ob­ró­ci­ła gło­wę w lewo. Po­dą­ży­łem za nią, bo wie­dzia­łem, na co pa­trzy. Nie­wiel­ki dom ozdo­bio­ny był świą­tecz­ny­mi lamp­ka­mi, a jego dach po­kry­wał bia­ły puch, two­rząc wiel­ką cza­pę. W środ­ku tli­ło się żół­te, przy­tul­ne świa­tło. Miesz­ka­li w nim nie tyl­ko lu­dzie, ale też moje wspo­mnie­nia.

- Tę­sk­nisz, praw­da?

Unio­słem ką­ci­ki ust na py­ta­nie Adi­son.

- Ja też - do­da­ła no­stal­gicz­nie. - Gra­li­śmy wspól­nie w pił­kę w ogro­dzie. Mam gdzieś zdję­cie, jak zry­wa­my po kry­jo­mu z nie­go róże. Znisz­czy­li­śmy tak pięk­ne kwia­ty, a twój tata na­wet nie był zły.

- Ta - przy­tak­ną­łem ci­cho. - On się ni­g­dy na mnie nie de­ner­wu­je.

Me­la­nie szturch­nę­ła mnie łok­ciem w bok.

- Na mnie też nie.

- Nic dziw­ne­go. Je­steś jego ulu­bie­ni­cą - po­wie­dzia­łem i ru­szy­li­śmy da­lej.

Dom, któ­re­mu przy­pa­try­wa­li­śmy się przez krót­ką chwi­lę, był nie­gdyś moim do­mem. Moim i ro­dzi­ców. Tam się uro­dzi­łem, wy­cho­wa­łem, sta­wia­łem pierw­sze kro­ki, a na po­dwór­ku uczy­łem jeź­dzić na ro­we­rze. W nim ba­wi­łem się z Me­la­nie, jak jesz­cze by­li­śmy dzie­cia­ka­mi. Kie­dy skoń­czy­łem dzie­sięć lat, tata po­sta­no­wił, że prze­nie­sie­my się gdzie in­dziej. Ar­gu­men­to­wał to tym, że do­ra­stam, że po­trze­bu­ję wię­cej prze­strze­ni i że zmia­ny są do­bre. Nie na­rze­ka­łem na to, gdzie miesz­kam te­raz. W dal­szym cią­gu w Bo­sto­nie, mia­łem bli­żej na uczel­nię, do cen­trum, no i sama nie­ru­cho­mość była dwu­krot­nie więk­sza. Mia­łem całe pię­tro dla sie­bie. Mo­men­ta­mi czu­łem się, jak­bym miesz­kał sam - mama i tata dużo pra­co­wa­li.

- Jaki masz pre­zent dla ro­dzi­ców? - za­gad­nę­ła mnie Me­la­nie, co chwi­lę po­pra­wia­jąc so­bie kap­tur na gło­wie.

- Mam dla mamy bran­so­let­kę z wy­gra­we­ro­wa­ny­mi pierw­szy­mi nu­ta­mi jej wła­snej kom­po­zy­cji oraz datę za­ło­że­nia szko­ły mu­zycz­nej.

Przy­ja­ciół­ka otwo­rzy­ła usta ze zdzi­wie­nia, na krót­ką se­kun­dę sta­jąc w miej­scu. Prze­bie­głem wzro­kiem po jej za­czer­wie­nio­nej od mro­zu twa­rzy.

- Żar­tu­jesz? Skąd wzią­łeś jej pierw­sze nuty? Po­ka­za­ła ci?

- Nie. Po­pro­si­łem o po­moc tatę. Wie­dzia­łem, że bę­dzie miał gdzieś scho­wa­ne na stry­chu wszyst­kie kom­po­zy­cje, któ­re na­pi­sa­ła mama. Nie po­wie­dzia­łem mu, po co to chcę. Uda­łem, że je­stem za­cie­ka­wio­ny i bla, bla, bla. - Uśmiech­ną­łem się.

- Bę­dzie dłu­uuugo pła­kać, kie­dy już go od­pa­ku­je.

- Ta - przy­zna­łem jej ra­cję za­do­wo­lo­ny. - Mama taka jest. Pła­cze, kie­dy tyl­ko się da.

- A dla taty co masz?

Unio­słem ra­mio­na, da­jąc jej do zro­zu­mie­nia, że jesz­cze nic i że nie za bar­dzo mam po­mysł.

- Cięż­ko dać coś oso­bie, któ­ra ma już wszyst­ko - wy­ja­śni­łem. - Z tym chciał­bym udać się do two­je­go ojca. Są naj­lep­szy­mi przy­ja­ciół­mi, może mi pod­po­wie.

- Oczy­wi­ście. Na pew­no pod­po­wie. - Mel zmar­z­nię­tą dło­nią po­tar­ła moje ra­mię. Scho­wa­ła ją na­tych­miast po­now­nie w kie­szeń. - Dla cie­bie też mam już pre­zent.

- Szyb­ka je­steś.

- By­łeś pierw­szą oso­bą, dla któ­rej coś ku­pi­łam - ode­zwa­ła się nie­śmia­ło.

Uśmiech­ną­łem się w od­po­wie­dzi i stuk­ną­łem ją dwo­ma pal­ca­mi w czo­ło.

- W tym roku na świę­ta bę­dzie nas wię­cej - do­da­ła pręd­ko. - Przy­la­tu­ją przy­ja­cie­le na­szych ro­dzi­ców z Bel­gii.

- Tata wspo­mi­nał. Daw­no ich nie było. Mam się przy­go­to­wać na świą­tecz­ny har­mi­der?

Me­la­nie po­ki­wa­ła bar­dzo szyb­ko gło­wą, sze­ro­ko się uśmie­cha­jąc. Prze­wró­ci­łem ocza­mi.

- I wiesz jesz­cze na co? - Unio­sła brwi.

Na­tych­miast zro­zu­mia­łem, o co jej cho­dzi.

- Chcesz ubrać wspól­nie cho­in­kę, ta?

- La­aaaast Chri­smast I gave you my he­art! - za­czę­ła ra­do­śnie pod­śpie­wy­wać.

Ni­g­dy nie mia­łem ser­ca jej od­mó­wić.

Rozdział 2.

Domowa melodia

Ethan

Ude­rze­nie w nos boli. Nie wie­dzia­łem, czy bar­dziej niż moc­ny cios pod że­bra albo kop­nię­cie w jaja. Cięż­ko było mi to po­rów­nać. Wszyst­kie wy­wo­ły­wa­ły ból, któ­re­go nikt nie chciał­by do­zna­wać. Ale czy dla ko­goś mógł­bym to znieść?

Ta nie­spo­dzie­wa­na myśl opu­ści­ła moją gło­wę, kie­dy po­czu­łem ude­rze­nie. Pręd­ko przy­wo­ła­łem się do po­rząd­ku. W ostat­niej chwi­li schy­li­łem się i unik­ną­łem ko­lej­ne­go spo­tka­nia z ręką Ashe­ra. Męż­czy­zna uśmie­chał się zło­wiesz­czo, po­na­wia­jąc pró­bę wy­mie­rze­nia cio­su. Uda­ło mi się i tym ra­zem. Oprócz ro­bie­nia szyb­kich uni­ków sam za­czą­łem na nie­go na­pie­rać. Pró­bo­wa­łem ko­la­nem, łok­ciem, rę­ka­wi­cą - to wszyst­ko na nic. Asher był bar­dzo szyb­ki, spraw­ny i tro­chę ode mnie wyż­szy, a sam nie na­le­ża­łem do ni­skich fa­ce­tów. Mia­łem metr osiem­dzie­siąt sie­dem, to i tak mniej niż oj­ciec. Asher odzie­dzi­czył wzrost po swo­im. Ten miał po­nad metr dzie­więć­dzie­siąt. To nie­by­wa­łe. Oj­ciec mo­je­go naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la był przy­ja­cie­lem z dzie­ciń­stwa mo­je­go ojca. Iden­tycz­nie jak z tatą Me­la­nie. Był jesz­cze je­den kum­pel w ich pacz­ce, ale parę lat temu wraz z żoną i cór­ką wy­le­cie­li do Bel­gii, na sta­łe.

- Prze­stań­my - za­pro­po­no­wał Asher, od­su­wa­jąc się ode mnie i gło­śno od­dy­cha­jąc. - Za dwa dni są świę­ta. Jak przyj­dzie­my z obi­ty­mi twa­rza­mi, ro­dzi­ce się wściek­ną.

- Jak ci po­szło na za­li­cze­niach? - za­py­ta­łem, scho­dząc z rin­gu.

Przy­sia­dłem na jed­nej z ła­wek, ścią­ga­jąc rę­ka­wi­ce tre­nin­go­we. Ob­ser­wo­wa­łem, jak Asher chwy­ta swój ręcz­nik i po­cie­ra nim kark.

- Nie chciał­byś być na dru­gim roku in­ży­nie­rii. Przy-naj­mniej dwa razy w ty­go­dniu mam ocho­tę się za­strze­lić.

Cał­ko­wi­cie się z nim zga­dza­łem, cho­ciaż by­łem o rok star­szy i wy­bra­li­śmy zu­peł­nie od­mien­ne kie­run­ki. Stu­dio­wa­łem na trze­cim roku so­cjo­lo­gii na Bo­ston Uni­ver­si­ty i rów­nież na­cho­dzi­ły mnie my­śli, że dłu­żej tego nie ogar­nę.

- Nie chciał­byś cza­sem rzu­cić tych stu­diów? - py­tał, kie­dy szli­śmy pod prysz­nic.

- Chy­ba nie - od­par­łem bez za­sta­no­wie­nia.

- Sta­wiasz na­cisk na od­po­wie­dzial­ność spo­łecz­ną jak sta­ry?

Wy­wró­ci­łem ocza­mi.

- To tro­chę co in­ne­go.

- Ni­czym się nie róż­ni­cie - cią­gnął.

- Wal­ker, mój oj­ciec jest pro­ku­ra­to­rem okrę­go­wym - za­czą­łem ga­dać, wrzu­ca­jąc tor­bę do szaf­ki. - Jest oskar­ży­cie­lem w są­dzie kar­nym, nad­zo­ru­je śledz­twa, po­dej­mu­je de­cy­zje o po­sta­wie­niu za­rzu­tów, ma duży wpływ na lo­kal­ną po­li­ty­kę praw­ną...

- Wal­czy z prze­mo­cą, nar­ko­ty­ka­mi i ra­si­zmem - wtrą­cił Wal­ker, roz­kła­da­jąc ręce. - Em­pa­tia, ak­tyw­ne słu­cha­nie, ana­li­za... Nie uwa­żasz, że jako stu­dent so­cjo­lo­gii je­steś temu bli­ski?

Po­ło­ży­łem dłoń na klam­ce ka­bi­ny prysz­ni­co­wej. Przy­ja­ciel uśmiech­nął się do mnie tym głup­ko­wa­tym uśmie­chem, a kie­dy mia­łem mu od­po­wie­dzieć, że mówi bzdu­ry, on znik­nął za szy­bą i od­krę­cił wodę.

- Ni­g­dy nie chciał­bym stu­dio­wać pra­wa - mruk­ną­łem do sie­bie.

By­wa­łem za kie­row­ni­cą ner­wo­wy. Zwłasz­cza gdy w Bo­sto­nie trwa­ła zima, a pod­czas niej two­rzy­ły się gi­gan­tycz­ne kor­ki na uli­cach. Asher miesz­kał w oko­li­cy, gdzie te były nie­unik­nio­ne o każ­dej po­rze roku. Nor­mal­nie pró­bo­wał­bym je ob­je­chać, ale za­wo­zi­łem go do domu. Za­par­ko­wa­łem przed bra­mą, koń­cząc z nim gad­kę o nad­cho­dzą­cym syl­we­strze.

- W dal­szym cią­gu uwa­żam, że mo­gli­śmy się bar­dziej po­sta­rać - oznaj­mi­łem i wy­łą­czy­łem sil­nik. - Syl­we­ster w klu­bie. Sły­szysz, jak to brzmi? Na­praw­dę nie mamy in­nej opcji?

- Nie wiem. - Wal­ker wzru­szył ra­mio­na­mi. - To zo­stań­my u cie­bie na cha­cie. Po­gra­my so­bie w gry, za­mó­wi­my piz­zę, a Me­la­nie zro­bi nam po­kaz swo­jej bie­li­zny.

Za­śmia­łem się, roz­ma­so­wu­jąc pal­ca­mi czo­ło.

- Za­po­mi­nasz, że mój oj­ciec ma uro­dzi­ny w syl­we­stra i spę­dza­ją je wszy­scy w domu.

- Po­sia­dów­ka - żar­to­wał so­bie. - Za­po­mnia­łem. To nie wiem. Mo­że­my zo­stać u mnie, u Mel. Na­praw­dę w tym roku nie mam na nic po­my­słu.

- Prze­my­śli­my to jesz­cze - obie­ca­łem mu. - Ale ju­tro wyjdź­my, zrób­my coś.

- Spo­ko. - Asher wy­siadł z sa­mo­cho­du i za­brał tor­bę z ba­gaż­ni­ka. Na­chy­lił się, opie­ra­jąc łok­cie o dach. Po­pra­wił pal­ca­mi bu­rzę ja­snych lo­ków opa­da­ją­cych mu na czo­ło. - Za­bierz­my Me­la­nie. Po­praw­my jej hu­mor po tym ku­ta­sie z in­ter­ne­tu.

- Asher! - za­wo­ła­łem, kie­dy chciał za­mknąć drzwi. Po­pa­trzył na mnie. - Nie przy­po­mi­naj już jej o tym, do­bra?

- Aż tak źle?

Przy­tak­ną­łem.

- Luz, nie pi­snę ani sło­wa. Dzię­ki za pod­wóz­kę. Do ju­tra!

Do domu do­tar­łem sto­sun­ko­wo póź­no. W nim przy­wi­ta­ła mnie zna­jo­ma ci­sza. Taka, któ­ra nie py­ta­ła, gdzie by­łem, ale też taka, któ­rą moż­na było po­czuć w gar­dle. Nie za­pa­li­łem świa­tła, po­zwa­la­jąc, by przez pa­no­ra­micz­ne okna wpadł blask ulicz­nych la­tar­ni. Chłód mar­mu­ro­wych pły­tek pod sto­pa­mi ozna­czał, że w domu przez cały dzień ni­ko­go nie było. Prze­mie­rzy­łem prze­stron­ny hol, pro­wa­dzą­cy wprost do ogrom­ne­go sa­lo­nu, i mi­ną­łem bia­ło-be­żo­wą kuch­nię. Przy­sia­dłem w fo­te­lu przy zim­nym ko­min­ku.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach usły­sza­łem, że na po­se­sję wjeż­dża sa­mo­chód. Po­zna­łem po sil­ni­ku, któ­ry to. Po­sze­dłem w stro­nę drzwi pro­wa­dzą­cych do ga­ra­żu. Mama za­bie­ra­ła tor­by z za­ku­pa­mi z ba­gaż­ni­ka, nie za­uwa­ży­ła mnie od razu.

- Ethan - po­wie­dzia­ła uszczę­śli­wio­na, do­pie­ro gdy wy­cią­gną­łem ręce w jej kie­run­ku. Za­bra­łem od niej tor­by. - Jak było na tre­nin­gu?

- Bar­dzo lek­ko. Nie chcia­łem na świę­ta mieć siń­ca pod ocza­mi.

Mama po­kle­pa­ła mnie roz­ba­wio­na po ra­mie­niu. Prze­pu­ści­łem ją w drzwiach, za­my­ka­jąc je za sobą nogą. Po­ło­ży­łem za­ku­py na bla­cie i za­py­ta­łem:

- Ja­dłaś coś?

Tak­so­wa­łem ocza­mi ko­bie­tę, gdy ta ścią­ga­ła buty, płaszcz i sza­lik, i wol­nym ru­chem roz­pa­ko­wy­wa­łem tor­by. Gdy mama po­krę­ci­ła gło­wą, ob­da­ro­wa­łem ją zim­nym spoj­rze­niem.

- Nie za­cho­wuj się jak oj­ciec. - Po­gro­zi­ła mi pal­cem.

Za­wsze mnie ten gest śmie­szył. To chy­ba przez to, że mama była strasz­nie ni­ska i kie­dy ro­bi­ła to w moją stro­nę czy ojca, wy­glą­da­ła jak mała chi­hu­ahua ska­czą­ca do do­ber­ma­na.

- Nie wiem, jak ty tak mo­żesz - wy­mru­cza­łem do sie­bie, kła­dąc na bia­łym bla­cie ło­so­sia. - Grać, uczyć i sku­piać się na mu­zy­ce bez je­dze­nia. Jak tata się do­wie, to do­sta­niesz ochrzan. Kie­dy wró­ci?

- Może nie­dłu­go - oznaj­mi­ła, uśmie­cha­jąc się cie­pło. - Zjesz z nami ko­la­cję?

Zgo­dzi­łem się.

- Za dużo pra­cu­jesz, mamo - ode­zwa­łem się po chwi­li ci­szy.

Za­mknę­ła lo­dów­kę, zer­ka­jąc na mnie py­ta­ją­co.

- Za dwa dni jest wi­gi­lia, a my nie mamy jesz­cze cho­in­ki. Za­wsze sza­la­łaś z tym przy­naj­mniej ty­dzień wcze­śniej. Mam się tym za­jąć?

Jej mina mnie roz­śmie­szy­ła. Mama opar­ła się łok­cia­mi o blat, spla­ta­jąc ze sobą pal­ce, i wy­gię­ła usta w pod­ko­wę.

- Chcesz ubrać cho­in­kę? Sam?

- Nie mogę?

- Ależ mo­żesz - za­pew­ni­ła. - Ethan, ty nie prze­pa­dasz za ubie­ra­niem cho­in­ki.

- Me­la­nie lubi - wy­ja­śni­łem krót­ko. - Zro­bię to z nią. Przy­naj­mniej to po­pra­wi jej hu­mor.

- Wszyst­ko u niej do­brze? - spy­ta­ła i wrzu­ci­ła do mi­ski sa­ła­tę, a ja za­bra­łem się za kro­je­nie po­mi­do­rów. Zwle­ka­łem z od­po­wie­dzią, ale w koń­cu przy­tak­ną­łem.

- Daw­no jej nie było.

- To przez na­ukę - wy­ja­śni­łem. - Mel jest na ostat­nim roku pra­wa, nie ma na nic cza­su. Ale ty chy­ba wiesz coś o tym, praw­da?

Mama za­my­śli­ła się przez chwi­lę, pa­trząc w pu­sty punkt przed sobą. Le­d­wo wi­docz­nie się uśmiech­nę­ła.

- Oczy­wi­ście, love - po­wie­dzia­ła no­stal­gicz­nym to­nem. - Na po­cie­sze­nie ci po­wiem, że im da­lej, tym go­rzej.

- Za­baw­ne - wark­ną­łem. - Chy­ba ro­zu­miem, dla­cze­go wu­jek Tom rzu­cił te stu­dia. Po apli­ka­cji Me­la­nie bę­dzie ze stre­su łysa. Szko­da by było.

- Tak mó­wisz?

- Lu­bię jej dłu­gie, rude wło­sy - od­par­łem ci­cho, chy­ba bar­dziej już do sie­bie, sku­pia­jąc się na kro­je­niu. Unio­słem wzrok na mamę. Nie pa­trzy­ła na mnie. Za­ci­ska­ła usta, jak­by mia­ła ocho­tę się uśmiech­nąć. - Co?

- Kie­dy chce­cie ubrać cho­in­kę? - zmie­ni­ła te­mat.

- Ju­tro.

- Do­brze. Chcia­ła­bym tyl­ko...

- Tak, wiem - prze­rwa­łem jej nie­grzecz­nie. - Po­wie­szę bomb­kę, któ­rą masz od swo­jej mamy, i będę na nią bar­dzo uwa­żał.

Od­po­wie­dzia­ła mi uśmie­chem. Nie by­łem zdzi­wio­ny, że tata się w nim za­ko­chał. Ta ko­bie­ta po­sia­da­ła je­den z naj­pięk­niej­szych na świe­cie.

Mama z wy­kształ­ce­nia była mu­zy­kiem. Od dzie­cia­ka gra­ła na for­te­pia­nie, po­szła na stu­dia, kil­ka lat temu otwo­rzy­ła pry­wat­ną szko­łę mu­zycz­ną w Bo­sto­nie. Do­brze speł­nia­ła się w roli na­uczy­ciel­ki, men­tor­ki. Dzie­cia­ki ją uwiel­bia­ły. Nie uczy­ła ich tyl­ko pod­staw, ale też przy­go­to­wy­wa­ła do eg­za­mi­nów i kon­cer­tów. W domu co wie­czór sia­da­ła do kla­wi­szy. Lu­bi­łem słu­chać, jak mama ci­cho śpie­wa i gra. Chwy­ta­łem wte­dy drin­ka, her­ba­tę czy wodę i opie­ra­łem łok­cie o prze­szklo­ną ba­lu­stra­dę na pię­trze.

Lu­bi­łem, gdy dom wy­peł­nia­ła ci­sza, ale jesz­cze bar­dziej, kie­dy byli w nim ro­dzi­ce.