Rozdział 4.
Smutna dziewczyna
Ethan
Prawie dostałem zawału. Tak po prostu. Widząc przytaszczony przez Melanie zakurzony karton pełen bombek, przysiadłem na kanapie, walcząc z nadchodzącym atakiem serca. Rozmasowałem sobie powieki opuszkami palców, słysząc wesoły śmiech dziewczyny.
- Nie - powiedziałem stanowczo. - Nie spędzę kilku godzin na ubieraniu choinki w... to coś. Mel, tego jest... sto?
- Sto trzynaście, licząc ukochaną bombkę twojej mamy - poprawiła mnie, kucając przy kartonie. Zaczęła przeszukiwać ozdoby, ostrożnie je wyciągała i układała obok stóp. - Pójdzie nam szybko. Masz drabinę?
- Tak, gdzieś w garażu. - Spojrzałem na nią, wstając z miejsca. Melanie się do mnie uśmiechnęła, zakładając pasmo rudych włosów za ucho. - Przyniosę. Weźmy się do pracy. Obiecałem mamie, że ogarniemy to, zanim wróci.
Nie dałem jej szansy odpowiedzieć, chociaż coś mruczała pod nosem, w dalszym ciągu zachwycając się bombkami. Poszedłem do garażu po drabinę. Mimo metra dziewięćdziesięciu wzrostu nie było szansy, bym zawiesił ozdoby na szczycie choinki. Mama przesadziła - ten krzak miał około trzech metrów.
- Właściwie kiedy twoja mama załatwiła choinkę? - spytała Adison, gdy rozstawiłem drabinę. - I zdążyła założyć lampki?
- To tata - wyjaśniłem z półuśmiechem na ustach. - Jak tylko mu powiedziała, że będziemy po południu ją dekorować, rano wstał i pojechał po tego krzaka. Lampki też są jego sprawką.
Melanie zachichotała, związując włosy w kitę.
- Cały wujek Dominic - dodała.
- Ta - przyznałem jej rację. - Cały tata.
W towarzystwie Melanie czułem się swobodnie już od najmłodszych lat. Nie była nachalna, nie wymuszała na mnie odpowiedzi, nie zagadywała, kiedy widziała, że nie mam ochoty na rozmowę. Tkwiła przy mnie od dwóch dekad, zawsze gotowa wyciągnąć pomocną dłoń, gdybym jej potrzebował. Nie pozostawałem jej dłużny, bo sam byłem dla niej największym wsparciem. Przeżywałem z nią pierwsze złamane serce, niezdany egzamin na prawo jazdy, oferowałem ramię do wypłakania, gdy zakończyła burzliwą relację ze swoją najlepszą przyjaciółką. Byliśmy dla siebie niczym nasi ojcowie.
Zająłem się tyłem choinki, a przyjaciółka przodem. Wyjrzałem na nią zza krzaka, słysząc, jak ta przysuwa drabinę i nieudolnie się po niej zaczyna wdrapywać z bombką w dłoni.
- Melanie, spadniesz - ostrzegłem ją, mrużąc oczy.
Machnęła ręką. Wzruszyłem ramionami i przysunąłem się bliżej do niczego nieświadomej Melanie. Obserwowałem, jak dzielnie stawia stopy na coraz wyższym szczeblu. Nie robiło jej różnicy, że drabina się chwieje. Adison była uparta i zawsze musiała udowodnić, że ma rację.
- Co powie mama, jak zobaczy, że na święta masz skręconą kostkę lub potłuczoną głowę? - zapytałem, starając się ukryć uśmiech. - Wiesz, że te marmurowe kafle są bardzo twarde, no nie?
- Przestań ględzić, Ethan - skarciła mnie prędko, spoglądając w dół, a potem na szczyt choinki. - Ta bombka idealnie będzie pasowała na sam czubek. O! Zobacz! Mogłaby nawet...
Spodziewałem się tego. Absolutnie nie byłem tym zdziwiony. Melanie wyciągnęła rękę, by zawiesić złotą bombkę, co poskutkowało zachwianiem się i osunięciem po drabinie. Złapałem ją w ostatnim momencie, zanim uderzyła głową o kafelki. Wsunąłem dłoń pod jej kolana, drugą oplatając kark. Tłuczone szkło z bombki rozbryzgnęło się pod naszymi nogami.
- O nie, przepraszam... - zająknęła się, wbijając paznokcie w mój kark. Zawstydzona, zerknęła na rozwaloną bombkę, następnie na mnie. - Zaraz to posprzątam. Postaw mnie, a pójdę po...
- Przestań wierzgać - wszedłem jej w słowo, gdy próbowała ze mnie zeskoczyć. - Wbijesz sobie szkło w stopę.
- Ethan...
Uniosłem palec wskazujący, dając znać, żeby była cicho. Odstawiłem dziewczynę przy kanapie, na której od razu przysiadła. Wywróciłem oczami, widząc jej smutną minę. Melanie za bardzo przejmowała się błahostkami. Ominąwszy odłamki, udałem się do kuchni za plastikowym, okrągłym pudełkiem na szklane odpadki. Zacząłem ostrożnie zbierać większe kawałki bombki. Mel rzuciła się, by mi pomóc, ale natychmiast wbił jej się w dłoń odłamek. Przetarłem twarz dłońmi, życząc sobie cierpliwości.
- Adison - warknąłem. - Potrafisz siedzieć na dupie przez pięć sekund i się nie ruszać?
- Oczywiście, Brown - skwitowała sarkastycznie, przylepiając do twarzy sztuczny uśmiech. Odpowiedziałem jej tym samym.
Odkurzyłem najmniejsze odłamki i opatrzyłem palec Melanie. Podziękowała, trochę się pouśmiechała i zaraz wróciliśmy do zawieszania bombek. Tym razem to ja stawałem na drabinie, odbierając od przyjaciółki ozdoby. Wiedziałem, że coś ją trapi. Dziwnie się tego dnia zachowywała.
- O której mam po ciebie przyjechać? - spytałem, schodząc z drabiny.
- Około siódmej? - zaproponowała, chowając brzydsze bombki z powrotem do kartonu. - Muszę spakować prezenty na jutro. Dawno nie widziałam wujka Vincenta.
- Nie uważasz, że to dziwne?
- Co masz na myśli? - Mel uniosła głowę, by na mnie popatrzeć.
- Mój ojciec, twój - zacząłem wyliczać - tata Ashera i Vincent... są przyjaciółmi z dzieciństwa. A twoja mama, moja i żona Vincenta przyjaciółkami. Długo się ostatnio nad tym zastanawiałem.
- Doszedłeś do wniosku, że to wspaniałe? - Uśmie-chnęła się.
- Wspaniałe?
- Tak, wspaniałe - powtórzyła dobitniej Melanie. Zamknęła karton i podniosła się z podłogi. - Rzadko zdarza się coś takiego. To niesamowite, Ethan. Nasi ojcowie byli jak ja i ty. Od małego.
- Chcesz mi powiedzieć, że moje dzieci będą się przyjaźniły z twoimi?
Zachichotała, podając mi ostatnią bombkę, wyjętą z osobnego opakowania. Ozdoba z roku na rok wyglądała coraz gorzej. Biały lakier odpryskiwał, a namalowana na niej literka "P" robiła się coraz bledsza. Z daleka trudno ją dostrzec. Obróciłem w palcach bombkę, patrząc na Mel.
- Nigdy jej nie poznałem - wyznałem. - Petra. Wyjątkowo dziwne imię.
Przyjaciółka uderzyła mnie delikatnie łokciem w żebra. Skrzywiłem się.
- Nie mów tak. To twoja babcia. Była Niemką. Jak miała się nazywać? Angelina Jolie?
- Mama chce wieszać tę bombkę co roku. - Przyjrzałem się jeszcze raz starej ozdobie. - Nie wyobrażam sobie, co musiała czuć, kiedy się dowiedziała, że jej matka została zamordowana.
- Okropne jest to, że nie dowiedziała się, kim był ten morderca.
Wzruszyłem ramionami, wyciągając się i wieszając bombkę w bezpiecznym miejscu. Popatrzyłem na choinkę z zadowoleniem. Melanie obskoczyła kolorowy krzak dookoła, upewniając się, że wszystko jest na swoim miejscu, i zadowolona oświadczyła:
- Ciotka Francy będzie zachwycona! Jest śliczna! Wyszła nam lepiej, niż się spodziewałam. Podoba ci się?
- Tak - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. - I wiesz... to wcale nie było takie złe.
Mrugnąłem okiem do Adison, chyba wprawiając ją tym w zakłopotanie. Była nieswoja i nie wiedziałem, dlaczego ją o to nie zapytałem. Chyba wiedziałem, że jak to zrobię, to straci humor na dobre. Odłożyłem więc to na wieczór.
- A jeśli już jesteśmy w temacie narodowości, to nie śmiej się z babci. Sam jesteś w połowie Niemcem.
Po części miała rację. Mama pochodziła z Niemiec, tata z Anglii i Stanów (mieszkał tu i tu), więc teoretycznie byłem mieszańcem, ale udawałem, że wcale tak nie jest. Nie potrafiłem powiedzieć nic po niemiecku, chociaż podobno jako dzieciak dobrze nim operowałem. Wszystko zapomniałem. Za to świetnie władałem językiem hiszpańskim.
- Och, błagam - roześmiałem się. - Mój ojciec jest w połowie Brytyjczykiem, a w połowie Amerykaninem. Pozostańmy przy tym, okej?
Melanie przyznała mi rację. Odprowadziłem ją do samochodu i obiecałem, że przyjadę o siódmej.
*
Wybraliśmy się do pubu o nazwie Ignite. Nie było to miejsce, do którego zaglądałem z wielką ochotą. Poszedłem tam tylko raz - wystarczyło. Nie chodziło wcale o muzykę czy piwo, bo to było naprawdę dobre, ale o ludzi. Przewijało się tam zbyt wielu dealerów desperacko poszukujących klientów. I to na tyle bezczelnych, że załatwiali swoje brudne interesy tuż przy barze, a barmanki nie miały pojęcia, co dzieje się pod ich nosem, albo udawały, że nic nie widzą.
Było tam mnóstwo pijanych dziewczyn, śmiejących się za głośno i łapiących obcych za rękę. Często zdarzały się bójki, ale ochrona rzadko interweniowała. Pub niższych sfer, jednak miał swoje zalety - dobre piwo, mocne drinki, blisko centrum. Jeśli by nie patrzeć uważnie na to, co się działo w kątach, można mile spędzić tam wieczór.
Nie piłem alkoholu, prowadziłem. Pojechałem po Melanie, później po Ashera. Zajęliśmy jeden z wolnych stolików i przez najbliższą godzinę rozmawialiśmy na temat jutrzejszej wigilii.
- Wiecie, że córka Vincenta w przyszłym roku wychodzi za mąż? - zagadnął nas Walker, zerkając na nas.
- Nie widziałam, żeby Liliana chwaliła się zaręczynami na Instagramie - odparła przyjaciółka. - W zasadzie, odkąd wylecieli do Belgii, to mało o niej słyszę. Znacznie się odsunęła.
- Nie ma w tym nic dziwnego - powiedziałem, unosząc ramiona. - Wylecieli jakieś sześć lat temu. Zdążyła ułożyć sobie tam życie i znaleźć innych przyjaciół.
- Szkoda, że wyjechali - westchnęła Mel, sącząc alkohol przez papierową słomkę. - Trochę czasu razem spędziłyśmy. Teraz nie zapyta, co u mnie. Nie będzie też jej jutro na wigilii. Spędza je z narzeczonym, mieszkają razem od roku.
- Tata ci opowiadał? - spytałem.
- Mama.
- Byłem wczoraj u Chudego. - Asher oparł łokcie o stół, nieznacznie się ku nam pochylając. Uśmiechnął się szeroko, unosząc brwi. - Załatwiłem nam na wigilię...
- Walker, nie. - Uniosłem palec wskazujący, uciszając go tym. - Nie będę jarał w święta.
Wygiął usta w podkowę, opadając plecami na skórzane obicie kanapy. Melanie zajęła się piciem piwa i rozglądaniem po pubie.
- Czemu? Ty nigdy nie chcesz.
- Bo zioło to gówno - oznajmiłem poirytowany. Obracałem w palcach pilot do samochodu. - Lubię czas, kiedy jesteśmy wszyscy razem. Nie chcę o dziesiątej zasnąć zjarany w pokoju, a rano się tłumaczyć rodzicom.
- Kumam. Nie musisz tego robić. Melanie, chcesz?
Rudowłosa dziewczyna unikała mojego wzroku. Miętoliła między zębami słomkę. Przewróciłem oczami, wsunąłem kluczyk do kieszeni spodni i wstałem, opierając dłonie o stolik.
- Nie muszę nawet słyszeć, co mu odpowiesz, bo wiem. - Starałem się przybrać obojętny ton.
- Ethan...
- Idę po sok - nie dałem jej dokończyć. - Chcecie coś jeszcze?
- Piwo.
Skinąłem głową na prośbę kumpla i udałem się prosto do baru. Musiałem przepchnąć się przez kilku pijanych typów i parę ładnych, równie nietrzeźwych dziewczyn. Nie miałem zamiaru słuchać, jak Melanie zgadza się na idiotyczny pomysł Ashera. Wiedziałem, jak to będzie wyglądało - po kolacji pójdziemy na górę, Walker się tam zjara, wciągnie w to Melanie i resztę wieczoru spędzę sam albo będę zmuszony zejść do rodziców i ich przyjaciół.
Zająłem ostatnie wolne miejsce przy barze. Beznamiętnie przesuwałem wzrokiem po towarzystwie - dwójka naćpanych facetów, która upijała bez przerwy wódkę, blondynka wypłakująca się na ramieniu brunetki i dwie barmanki. Jedna z nich była wysoka i z ogromną przyjemnością obsługiwała ludzi. Z wielkim uśmiechem na ustach nalewała klientowi piwo, odpowiadając na jego durne zaczepki. Jej śmiech mieszał się z gwarem sali. Był lekki, radosny.
Obok niej stała druga barmanka. Cichutka, nieobecna, jakby w zupełnie innym świecie. Wszystkie ruchy wykonywała mechanicznie. Sięgała po szkło, napełniała je, przesuwała po blacie. Patrzyła pustym wzrokiem w jeden punkt, gdzieś ponad naszymi głowami. Była bardzo ładna, ale nie na tyle, by krzyczała z plakatów. Jej twarz miała w sobie coś... smutnego.
Nie wiem, co mnie tknęło, ale zanim zdążyłem pomyśleć, odezwałem się do niej:
- Hej.
- Co podać? - spytała cichym głosem.
Nie spojrzała na mnie od razu. Myślami powracała z dalekiego miejsca. Białą szmatką przecierała szklanki. Zaczesała za ucho jasnobrązowe pasemko włosów, bo wydostało się z niedbałego kucyka.
- Jasne piwo.
Odstawiła wypolerowane szkło i schowała szmatkę do czarnego fartucha barmańskiego. Sięgnęła po nową szklankę i bez zastanowienia spełniła moją prośbę. Postawiła przede mną alkohol, mówiąc tylko krótkie "proszę".
- Zły dzień? - zagadnąłem.
Młoda dziewczyna spojrzała w moje oczy. Wykrzesałem z siebie coś na kształt bladego uśmiechu, ale tylko ją tym odstraszyłem. Szatynka cofnęła się o krok i znów poprawiła włosy.
- Trochę - przyznała, ale jakby niechętnie. Tak jakby bała się ze mną rozmawiać.
- Zaraz się skończy i będziesz mogła wrócić do domu - powiedziałem, przysuwając do siebie pełny kufel.
- Słucham?
Nieznajoma dyskretnie przetarła sobie spierzchnięte usta kciukiem, powracając do poprzedniego zajęcia. Była zestresowana, zdenerwowana i bardzo zmęczona.
- Dzień - wyjaśniłem, przyciągając tym jej uwagę. - Dzień się zaraz kończy i będziesz mogła wrócić do domu.
- Ach, tak. Tak, do domu. - Uśmiechnęła się leniwie, nieśmiało, niemal niewidocznie. Nie spojrzała na mnie ani razu. Nawet nie zdążyłem zarejestrować, jakiego koloru ma oczy.
Nie powiedziałem nic więcej. Obserwowałem, jak obsługuje następnego młodego mężczyznę. Znów to samo - krótkie "proszę", "dziękuję" i brak kontaktu wzrokowego. Nie odpowiedziała mu nawet wtedy, kiedy zapytał ją o numer telefonu. Odsunęła się jak oparzona, uderzając plecami o rozstawiony za nią arsenał alkoholu w butelkach. Mężczyzna odszedł niepocieszony, co sprawiło jej widoczną na twarzy ulgę.
Barmanka zerknęła w moją stronę, jakby się upewniała, że wciąż tu jestem.
- Wiesz - zaczęła cicho. - Dużo pracy. P-przed świętami z-zawsze tyle jest.
Dziwnie się zachowywała, jąkała się. Niby na mnie patrzyła, niby szukała kogoś oczami po sali. I jeszcze raz poprawiła włosy. Zakładała je za ucho, później wypuszczała, przypominając tym zagubioną, małą dziewczynkę. Nerwowo zagryzała wargę.
- Wszystko okej? - odważyłem się zapytać. W końcu nasze spojrzenia spotkały się na dłuższą chwilę.
Miała bursztynowe oczy.
- Tak, jasne, pewnie. Po prostu mam dużo pracy, a jutro wigilia, wiesz - zaśmiała się. - Trzeba wszystko przygotować. Choinkę, potrawy, spakować prezenty i wiesz... Rozumiesz - znów nerwowy śmiech - tak jakoś o wszystkim myślę.
Skrępowała się tym, że przyglądam się jej dłużej niż to konieczne. Dziewczyna wbiła wzrok w notatnik z zamówieniami i zamilkła.
- Jestem Ethan. - Darowałem sobie uścisk dłoni. Nie liczyłem, że odwzajemni ten gest, bo miała zdecydowany kłopot z fizycznym kontaktem.
- Sofia - cicho mruknęła.
- Co kupiłaś najbliższym pod choinkę, Sofia?
- Całą serię książek z Harrym Hole'em - odpowiedziała bardzo, bardzo szybko. - To taki bohater książek kryminalnych - wyjaśniła, widząc moją minę.
- Kto je napisał?
- Jo Nesb?.
- Ulubiony autor mojej mamy. - Uśmiechnąłem się ciepło. - Mamy cały regał tych książek. Jakoś nigdy mnie nie ciągnęło, by po którąś sięgnąć. Czytałaś? Lubisz?
- J-ja...
- Sofia, szybko, nie mam czasu.
Oboje odwróciliśmy głowę w kierunku źródła głosu. Mężczyzna. Dużo starszy od nas. Na czole miał długą, rozciągającą się bliznę, czarne włosy pozostawił w nieładzie. Nerwowo stukał brudnymi palcami o blat, świdrując oczami dziewczynę. Kiedy na niego popatrzyła, cała się spięła. Natychmiast odstawiła szklankę, jeszcze raz kciukiem przecierając pełne usta.
- Muszę iść... - jęknęła, unikając mojego wzroku.
Wyciągnąłem w międzyczasie banknot z portfela i przysunąłem go bliżej barmanki.
- Zaraz wydam ci resztę...
- Wesołych świąt, Sofia - powiedziałem markotnie, chwyciłem piwo i wróciłem do przyjaciół.
Postawiłem piwo przed Asherem i wtedy sobie przypomniałem, że zapomniałem zamówić dla siebie sok. Zająłem swoje miejsce, spotykając się z zainteresowanym spojrzeniem Melanie.
- Co tak długo? - zapytała rozbawiona. Walker zapewnił jej dobre towarzystwo.
- Była kolejka - skłamałem.
Nie miałem ochoty się z niczego tłumaczyć. Zerknąłem w stronę baru. Sofia rozmawiała ze starszym mężczyzną. Znów była nieobecna, smutna, przygnębiona.
- Opowiadałem Melanie, co kupiłem mamie na święta - wtrącił Walker. - Ona bardzo lubi makijaże, więc wpadłem na pomysł, że...
Przez resztę wieczoru Sofia przewinęła się przez moje myśli jedynie, a może aż, dwa razy.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.