Unexpected Arrivals. Walka Tom II - Kaylee Ryan

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Reagan

Roz­dział 1

Reagan

Wcho­dzę do pomiesz­cze­nia i od razu dostrze­gam wielki uśmiech na twa­rzy brata, wiem już, że żona podzie­liła się z nim nowiną. Cie­szę się, że ma part­nerkę. Ostatni rok nie nale­żał do naj­ła­twiej­szych. A tych dwoje zde­cy­do­wa­nie zasłu­guje na szczę­ście.

- Hej - mówi ktoś za mną głę­bo­kim gło­sem.

Wiem, że ode­zwał się Tyler, a mimo to spo­glą­dam przez ramię.

- Cześć. - Uśmie­cham się.

- Sio­stra - woła do mnie Ridge, w końcu odry­wa­jąc wzrok od żony i syna, dzięki czemu zauwa­żył, że nie są sami.

- Brat - odpo­wia­dam.

- Podejdź­cie do nas. Mamy nowiny.

Na moją twarz wypływa uśmiech, zatrzy­muję jed­nak dla sie­bie powód tej rado­ści. Tak, wiem już, o czym zamie­rza powie­dzieć nam brat.

- Jeśli uśmiech­niesz się nieco sze­rzej, pęk­nie ci twarz - żar­tuję sobie z niego.

- Ty. Hej, stary. Dzięki, że przy­sze­dłeś. - Ridge wyciąga zaci­śniętą dłoń, by Tyler przy­bił z nim żół­wika, gdy do nich pod­cho­dzimy. Knox w sku­pie­niu zaci­ska rączkę i też ją wyciąga. Wcale mnie to nie zaska­kuje, bo setki razy widział, jak jego tatuś i wuj­ko­wie wyko­nują ten gest.

- Sto lat, młody. - Tyler stuka się piąstką z Knok­sem. Mały chi­cho­cze. Ileż rado­ści mają w sobie osoby tak młode i nie­winne.

- O jakich wie­ściach mowa? - pytam Ridge'a, patrząc na niego. Boję się, że gdy­bym spoj­rzała na Ken­dall, zdra­dzi­ła­bym, że podzie­liła się ze mną nowiną, zanim prze­ka­zała ją mężowi.

- Wła­ści­wie to mam dwie wie­ści. - Wyciąga rękę, którą nie trzyma Knoksa, i przy­tula Ken­dall, gdy kobieta do niego pod­cho­dzi.

- Pocze­kajmy, żeby powie­dzieć wszyst­kim za jed­nym zama­chem - mówi.

- Powiemy im, a potem całej resz­cie.

- Pocze­kaj chwilę. - Ken­dall uśmie­cha się do męża.

- Nie mogę - wyznaje brat.

- Mów. To napię­cie nas wykoń­czy - stwier­dzam. Gdy Knox wyciąga do mnie rączki, biorę go od Ridge'a. - Jak się miewa mój ulu­biony bra­ta­nek? - pytam mło­dego. Daję mu buziaka w poli­czek. Chi­cho­tem chwyta mnie za serce. Młody jest bar­dzo rado­sny, nie tylko dzięki mojemu bratu, który jest kozac­kim tatą, ale też za sprawą Ken­dall. Kobieta wnio­sła wiele dobrego do życia Ridge'a i bra­tanka.

- Knox, kolego, pokaż cioci nową koszulkę - mówi mój brat. Uśmie­cha się zado­wo­lony z sie­bie.

- Dosta­łeś koszulkę? - pytam bra­tanka.

Młody opusz­cza wzrok na wspo­mniany ciuch, po czym unosi go do moich oczu.

- Pokaż. - Tyler staje tuż za mną i wyciąga rękę, aby odsu­nąć rączkę Knoksa.

Zna­leź­li­śmy się tak bli­sko sie­bie, że ogrzewa mnie cie­pło jego ciała. Tyler Justice jest cho­ler­nie sek­sowny. W minio­nym roku spę­dzi­li­śmy ze sobą wiele czasu. Coraz trud­niej mi się mu oprzeć. Sytu­ację kom­pli­kuje fakt, że jest jed­nym z naj­lep­szych przy­ja­ciół mojego brata. Odkąd się­gam pamię­cią, Ridge, Tyler, Seth, Mark i Kent byli jak papużki nie­roz­łączki. Zawsze się pod­ko­chi­wa­łam w Ty'u, który po pro­stu ema­nuje sek­sa­pi­lem, jakiemu nie potra­fię sta­wić czoła.

- "Jestem star­szym bra­tem" - czyta Tyler. Usta ma przy moim uchu, jego cie­pły oddech wywo­łuje u mnie gęsią skórkę, przez co mija chwila, nim docie­rają do mnie jego słowa.

- Co takiego? - pytam, aby się upew­nić, że się nie prze­sły­sza­łam. Bar­dzo trudno jest mi się sku­pić, gdy Tyler stoi tak bli­sko.

- Prze­czy­taj napis - mówi Ridge. Uśmie­cha się sze­roko, tuląc mocno żonę.

Odczy­tuję te same słowa, które przed chwilą prze­czy­tał Tyler.

- No nie. - Uno­szę wzrok. Brat i szwa­gierka kiwają głową. - Gra­tu­la­cje. - Koły­szę Knoksa, który klasz­cze, bo udzie­lił mu się mój entu­zjazm. - Nie powie­dzia­łaś mi - mówię do Ken­dall, kiedy skoń­czy­łam tań­czyć z rado­ści.

Knox wyciąga rączki do Tylera. Męż­czy­zna obcho­dzi mnie i bie­rze mło­dego.

Bra­ta­nek cią­gnie wujka za brodę, na co męż­czy­zna tylko się śmieje, a w jego nie­bie­skich oczach poja­wiają się iskierki. Od tego uśmie­chu, a może przez samego Tylera, miękną mi kolana.

Przed­sta­wię go: ma pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu, jasno­brą­zowe włosy, które prze­waż­nie nosi zgo­lone, jasne, błę­kitne jak niebo oczy, brodę i jest umię­śniony. Jego mię­śnie są nad wyraz roz­bu­do­wane, ćwi­czy je na siłowni oraz w pracy, bo robota na budo­wie nie należy do łatwych. Jego ciało zdra­dza, że wyko­nuje ciężką pracę. Ma też tatu­aże. Misterne wzory na ramio­nach i przedramio­nach owi­jają jak wstążka ten sek­sowny paku­nek w postaci Tylera Justice'a.

- Naj­pierw musia­łam powie­dzieć Ridge'owi - odpo­wiada Ken­dall.

- Niech ci będzie - bur­czę dobro­dusz­nie.

- Popil­nu­je­cie go przez chwilę? - pyta brat.

- Jasne - odpo­wia­damy z Tyle­rem nie­mal rów­no­cze­śnie.

Ridge z Ken­dall wycho­dzą, trzy­ma­jąc się za ręce. Po chwili odgłos ich kro­ków nik­nie w kory­ta­rzu.

- Tatuś i mamu­sia muszą spę­dzić chwilę we dwoje - mówi Knok­sowi Tyler. - Gdy pod­ro­śniesz, wujek Tyler opo­wie ci o tym, co będą teraz robić. - Śmieje się, gdy młody gawo­rzy w odpo­wie­dzi, na­dal prze­cze­su­jąc pal­cami jego brodę, która choć nie jest nadto obfita, ma taką dłu­gość, że dziecko może w niej zanu­rzyć palce.

- Nie depra­wuj go. - Kle­pię lekko Tylera po ramie­niu.

- Nie, nie. - Knox marsz­czy brwi i poka­zuje na mnie pal­cem.

- Prze­pra­szam, kolego. Cio­cia tylko żar­to­wała. - Wydaje mi się, że nie prze­ko­na­łam małego, bo jego wzrok mówi, że mam kło­poty. Na pewno wie­lo­krot­nie widział takie spoj­rze­nie u rodzi­ców.

- Daj cioci buziaka - zachęca Tyler. Nie­prze­ko­nany Knox kła­dzie głowę na ramie­niu męż­czy­zny. - Śmiało, kolego. O tak. - Męż­czy­zna pod­cho­dzi, a mnie oddech więź­nie w gar­dle. Nachyla się i przy­wiera ustami do mojego policzka. Nie odrywa ich od razu, przez co moje ciało wręcz mru­czy. Nic nowego. Od zawsze go pra­gnę, a ostat­nio tak bar­dzo się do sie­bie zbli­ży­li­śmy, że trudno mi tłu­mić potrzeby ciała.

- Nie. - Knox wyciąga do mnie rączki. Biorę więc go od Tylera. Maluch kła­dzie dło­nie na moich policz­kach i daje mi mokrego buziaka pro­sto w usta.

- Tak to robisz? - pyta ze śmie­chem Tyler. Wciąż stoi tak bli­sko, że czuję cie­pło jego ciała. - Może spró­buję jesz­cze raz - mówi cicho, sku­pia­jąc wzrok na moich ustach.

W duchu krzy­czę zachę­ca­jąco, aby się nachy­lił i mnie poca­ło­wał, czemu kres kła­dzie gło­śne puka­nie do drzwi i nastę­pu­jące po nim pyta­nie Marka o to, gdzie są wszy­scy. Odczu­wam zara­zem ulgę, jak i roz­cza­ro­wa­nie. Czę­sto zasta­na­wia­łam się, jakby to było się z nim cało­wać. Ma pełne usta, które wydają się cho­ler­nie mięk­kie. W sumie wiem, że takie wła­śnie są, bo kilka razy poca­ło­wał mnie w poli­czek. Cho­ciaż taki buziak zupeł­nie się różni od całusa w usta. Nie mam jed­nak szansy posma­ko­wać jego warg.

Tyler gła­dzi dło­nią tył głowy Knoksa, który poło­żył ją na moim ramie­niu w taki sam spo­sób, jak przed chwilą na ramie­niu męż­czy­zny. Mam­ro­cze pod nosem coś chyba o byciu zazdro­snym o dziecko, po czym się odsuwa, aku­rat gdy wcho­dzą do salonu Mark i Dawn, a zaraz za nimi Seth i Kent.

- Tutaj jest sole­ni­zant - gru­cha Dawn, pod­cho­dząc do mnie. Wyciąga ręce do mojego bra­tanka, który chęt­nie się w nią wtula, bo ni­gdy nie prze­pu­ści oka­zji, by zna­leźć się w cen­trum uwagi.

Tyler stoi tak bli­sko, że moje ciało, w któ­rym wznie­cił żar, nie umie się uspo­koić.

- Ridge i Ken­dall... chcieli spę­dzić chwilę ze sobą - wyja­śniam.

- Bec­kett! - woła Kent. - Przy­pro­wadź tu swój... tyłe­czek - popra­wia się szybko z uwagi na dziecko.

- Dobrze wybrną­łeś - chwali go Dawn.

- Młody musi pod­ro­snąć, żeby wujek nie musiał zwa­żać na słowa.

- Ile lat ma skoń­czyć mój bra­ta­nek, abyś uznał, że możesz go demo­ra­li­zo­wać? - dro­czę się z nim.

- Pięć? - Unosi brew.

- Raczej co naj­mniej trzy­na­ście - odpo­wia­dam.

- Cho­lera - mam­ro­cze, na co wszy­scy, łącz­nie z Knok­sem, wybu­chają śmie­chem.

- Hej - mówi zza nas Ridge, w któ­rego wtula się Ken­dall. - Cze­kamy jesz­cze tylko na rodzi­ców - dodaje, gdy roz­lega się puka­nie do drzwi.

Z narę­czem pre­zen­tów wcho­dzą moi rodzice, a za nimi idą rodzice Ken­dall.

- Koń­czy dopiero roczek - mówi ze śmie­chem bra­towa. - Prze­sa­dzi­li­ście.

- Jak­byś sama znała umiar - wytyka jej Dawn.

- To mój syn - wypala Ken­dall. Nikogo nie dzi­wią jej słowa. Młody stał się jej dziec­kiem już dawno, jesz­cze zanim była skłonna to przy­znać.

- Ofi­cjal­nie - mówi rado­śnie Ridge. - Ken­dall pod­pi­sała papiery. - Nikt nie pyta, o jakie doku­menty mu cho­dzi, bo wszy­scy wiemy, co poda­ro­wał żonie w dniu ślubu. Cze­ka­li­śmy tylko, aż bra­towa zakoń­czy żałobę po sio­strze i przyj­mie pre­zent. Gra­tu­lu­jemy im i obej­mu­jemy ich, ktoś nawet roni łzę. - Chcę poroz­ma­wiać o jesz­cze jed­nej spra­wie, zanim sku­pimy się na mło­dym. - Ridge patrzy na Knoksa, który będąc na rękach u Setha, bawi się jego wło­sami. - Knox chce wam coś powie­dzieć. Seth, odwró­cisz go, by wszy­scy mogli odczy­tać napis na jego koszulce?

Uśmie­cham się pod nosem. Wszy­scy roz­ma­wiali z małym i trzy­mali go na rękach, a nikt nie zauwa­żył napisu na jego T-shir­cie. Seth unosi chłopca, czyta i się śmieje.

- A niech mnie licho - mówi. Wszy­scy besz­tają go za te słowa. Odwraca małego do rodziny i przy­ja­ciół. Knox się wierci, macha rącz­kami i nóż­kami, bo udziela mu się eks­cy­ta­cja zebra­nych. Młody nie ma poję­cia, że będzie miał rodzeń­stwo.

- Impre­zujmy. - Ridge całuje Ken­dall i pro­wa­dzi nas na patio za domem.

Faceci, wraz z Knok­sem, zebrali się przy grillu, na któ­rym Seth i Kent smażą bur­gery i kieł­ba­ski. A my, kobiety, no cóż, sku­pi­ły­śmy się wokół Ken­dall.

- Kocha­nie, ogrom­nie się cie­szę - mówi jej mama, Sonia. Oczy lśnią jej od łez.

- Dzię­kuję. Tego dziecka... - Przy­kłada dłoń do jesz­cze pła­skiego brzu­cha. - Nie spo­dzie­wa­li­śmy się, acz­kol­wiek bar­dzo się cie­szymy.

- Dwójka dzieci w mniej niż dwa lata - zauważa moja mama. - Soniu, spo­dzie­wam się, że nie­długo będziemy spę­dzać sporo czasu z wnu­kami - dodaje roze­śmiana.

- Z pew­no­ścią - potwier­dza mama Ken­dall.

- A co z cio­cią? - pytam z uda­waną urazą, z czego wszyst­kie zdają sobie sprawę. Spę­dzam mnó­stwo czasu z bra­tan­kiem. Dru­gie maleń­stwo też na pewno będzie przy­tu­la­śne.

- Cho­ciaż nie łączą nas więzy krwi, też jestem cio­cią - dodaje Dawn.

- Przyda mi się mnó­stwo pomocy - obie­cuje nam Ken­dall.

Dzień upływa nam cudow­nie.

Małemu Knok­sowi bar­dziej od pre­zen­tów spodo­bały się torebki i papier, czego można się było spo­dzie­wać. Ken­dall roze­brała go do pie­luszki, posa­dziła w wyso­kim krze­śle i pozwo­liła sza­leć z minia­tu­ro­wym tor­tem, który przed nim posta­wiła. Z początku pod­szedł do wypieku z waha­niem, tylko dźgał go palusz­kami. Jed­nak gdy Ridge nabrał na palec tro­chę lukru i zjadł go, jakby nie kosz­to­wał w życiu nic smacz­niej­szego, Knox pojął, co ma robić. Wbił piąstkę w bok cia­sta i wsu­nął całą garść do buzi. Wszy­scy go foto­gra­fo­wali, nawet faceci.

- Wygląda na to, że ktoś robi się senny - zauważa nagle mama Reagan, obser­wu­jąc Knoksa, który przy­sy­pia, mimo że stara się nie usnąć.

Tata Ken­dall przy­bija z małym żół­wika, a ten uśmie­cha się sen­nie. Przy­się­gam, młody jest tak podobny do tatu­sia i jego kum­pli, że to nie jest zabawne. Ze względu na Ken­dall mam nadzieję, że tym razem będą mieli córeczkę.

Moi rodzice wkrótce się żegnają, a gdy tylko zamy­kają się za nimi drzwi, Ken­dall siada Ridge'owi na kola­nach.

- Padam z nóg - stwier­dza roze­śmiana. - Ale mały dobrze się bawił. Ogrom­nie wam dzię­kuję, że spę­dzi­li­ście z nami ten dzień. - Obser­wuje łagod­nym wzro­kiem Knoksa.

- Dobrze, że was ma - dodaje Ridge.

- Może się zdrzem­nij­cie, dopóki śpi? Zaniosę go do jego pokoju, a potem tro­chę tu posprzą­tam.

- Pora­dzimy sobie. - Kiedy Ken­dall się pod­nosi, Ridge ją powstrzy­muje.

- Przyj­mij pomoc - mówi cicho, wszy­scy jed­nak wiemy, że uciął dys­ku­sję. Nie boi się oka­zy­wać, że kocha ją całym sobą, co ozna­cza, że pil­nuje, by o sie­bie dbała. Myślę, że teraz, kiedy jest w ciąży, jesz­cze bar­dziej będzie na nią chu­chał.

- Jesteś pewna, Reagan?

- Zde­cy­do­wa­nie.

- Będziemy się zbie­rać. - Dawn wstaje, a za nią pod­no­szą się Kent i Mark. - Wszyst­kiego naj­lep­szego, słodki malu­chu - gru­cha do Knoksa, który uśmie­cha się leni­wie, pocie­ra­jąc oczy.

- Zaniosę go na górę. - Wstaję w tej samej chwili co Tyler.

- Ja go zaniosę. - Nie daje mi szansy odpo­wie­dzieć, tylko po pro­stu kie­ruje się do pokoju małego.

- Dzięki, sio­stra - mówi Ridge.

- Zawsze wam pomogę. Leć­cie, wszyst­kim się tu zajmę. - Odpra­wiam ich gestem.

Brata nie trzeba dłu­żej nama­wiać. Pro­wa­dzi żonę kory­ta­rzem. Aż serce się raduje. Gdy przy­wiózł Knoksa ze szpi­tala, był prze­ko­nany, że wszystko musi robić samo­dziel­nie. Rozu­miem, dla­czego tak uwa­żał, ale cie­szę się, że w końcu dotarło do niego, iż rodzina jest po to, by się wspie­rać. Należy przyj­mo­wać pomoc. Znaj­do­wać chwile tylko dla sie­bie. Dzięki Ken­dall pojął, że nie ma w tym nic złego. To kolejny argu­ment prze­ma­wia­jący za tym, że ide­al­nie do sie­bie pasują. Brat słu­cha żony, cho­ciaż naszych słów nie bie­rze za bar­dzo do sie­bie.

Wszedł­szy po scho­dach, przy­staję tuż pod drzwiami pokoju Knoksa.

- Dobrze się dziś bawi­łeś, koleżko? - pyta Tyler. - Dosta­łeś mnó­stwo faj­nych zaba­wek. Nie kręć się - śmieje się męż­czy­zna. Zer­kam przez drzwi. Tyler zmie­nia małemu pie­luszkę.

Każdy z czte­rech przy­ja­ciół brata raz czy dwa zaj­mo­wał się Knok­sem i ni­gdy nie narze­kali na to, że mło­dego trzeba prze­wi­jać. Kilka razy widzia­łam, jak go prze­bie­rają, jed­nak kiedy obser­wuję spo­sób, w jaki Tyler trosz­czy się o mojego bra­tanka - jakby mały był dla niego bar­dzo ważny - dzieje się ze mną coś dziw­nego. Cała się w środku roz­pły­wam na widok tego ocie­ka­ją­cego sek­sa­pi­lem męż­czy­zny, który z pew­no­ścią sie­bie opie­kuje się brzdą­cem. Dobry z niego facet.

- Hej - mówię cicho, by ich nie prze­stra­szyć. - Mam się tym zająć?

- Nie, radzimy sobie. - Wkłada Knok­sowi spodenki na pie­luszkę i pod­nosi go z prze­wi­jaka. - Pije jesz­cze z butelki? Ridge wspo­mi­nał, że będą go odzwy­cza­jać, bo skoro jest już dużym chłop­cem, powi­nien pić z kubka nie­kapka. - Ostat­nie słowa wypo­wiada do Knoksa, po czym pry­cha gło­śno w jego brzuch, a mały chi­cho­cze.

Tyle­rowi trzeba też oddać, że słu­cha, gdy się do niego mówi. Zwraca uwagę na ota­cza­jący go świat. Co wię­cej, oso­bie w potrze­bie oddałby ostat­nią koszulę.

- Tak, wciąż je z butelki. Od jutra zaczną go prze­sta­wiać. Ken­dall nie chciała, by gry­ma­sił na swo­jej imprezce. Przy­go­tuję mu butelkę.

- Pój­dziemy z tobą. - Tyler spo­gląda na Knoksa, który poło­żył głowę na jego ramie­niu. - O ile uda nam się tam dotrzeć. Jest zmor­do­wany.

- Moja bab­cia mówiła tak o nas, gdy byli­śmy mali.

- Moja też tak mawiała. - Uśmie­cha się nie­śmiało.

Szybko przy­go­to­wuję na dole butelkę i sia­dam na kana­pie.

- Wezmę go - mówię Tyle­rowi.

- Nie. Wygod­nie mu. Mogę go nakar­mić.

Podaję męż­czyź­nie butelkę i koc. Knox uwiel­bia się w niego wtu­lać. Wystar­czy wło­żyć mu w ręce kocyk - cho­ciaż może być cokol­wiek mięk­kiego - a natych­miast zasy­pia. Ni­gdy nie spra­wia pro­ble­mów, jest wylu­zo­wany jak tatuś.

- Raczej jej nie skoń­czy - zauwa­żam, gdy opa­dają mu powieki. Pije jesz­cze, choć kto wie, czy zaraz cał­kiem nie opad­nie z sił.

- Ma za sobą dzień pełen przy­gód.

- Tak. Trudno uwie­rzyć, że minął już rok.

Męż­czy­zna przy­znaje mi rację.

- Odno­szę wra­że­nie, jak­byś dopiero wczo­raj zadzwo­niła, by powia­do­mić mnie, że Ridge jest w szpi­talu.

- Ken­dall mówiła, że pojadą póź­niej na cmen­tarz. Nawet sobie nie wyobra­żam, jak im ciężko.

- Udało im się pomimo tych nie­ty­po­wych oko­licz­no­ści - zauważa Tyler. - W życiu prze­waż­nie się jakoś układa.

- To prawda. - Z wie­kiem zaczę­łam zauwa­żać, że kiedy nie zisz­cza się to, czego pra­gniemy, odczu­wamy roz­cza­ro­wa­nie. Ale potem nie­spo­dzie­wany zwrot wyda­rzeń spro­wa­dza czło­wieka na nową drogę, o któ­rej wcze­śniej nawet nie myślał, a którą póź­niej uważa za naj­lep­sze, co go w życiu spo­tkało.

- Jak ci idzie w salo­nie? - pyta Tyler, zabie­ra­jąc drze­mią­cemu Knok­sowi butelkę. Odsta­wia ją na sto­lik.

- Dobrze. Dwie sty­listki pra­cują u mnie na pełen etat. Zasta­na­wiam się, czy nie zatrud­nić jesz­cze jed­nej. - Mój salon "U Reagan", tak wiem, ory­gi­nalna nazwa, cał­kiem nie­źle pro­spe­ruje. Już od kilku lat dzia­łam w branży, a z każ­dym rokiem mam coraz więk­sze zyski. - A wam jak idzie w pracy? Ridge wspo­mi­nał, że być może znów weź­mie­cie jakąś robotę za mia­stem.

- Tak. Kie­dyś bra­li­śmy ich wię­cej, ale od naro­dzin małego trzy­mamy się bli­sko domu.

- Tęsk­nisz za tym? Za nowymi mia­stami i nowymi kobie­tami? - pytam żar­to­bli­wie. W duchu jed­nak nie cier­pię się za to pyta­nie, na które zapewne nie chcę poznać odpo­wie­dzi, mimo że musia­łam je zadać, bo jestem jego przy­ja­ciółką. Pro­blem w tym, że pra­gnę być dla niego kimś wię­cej.

- Nie, nie­zbyt. Faj­nie jest spę­dzać noc we wła­snym łóżku. - Patrzy na Knoksa i od razu twarz mu łagod­nieje. - Jeżeli cho­dzi o kobiety, od dawna żad­nej nie mia­łem.

- Posu­cha, Justice? - naśmie­wam się. Mam ochotę objąć go i bła­gać, by pozwo­lił mi poło­żyć temu kres.

- Chyba tak. Z wła­snego wyboru. - Odwraca się twa­rzą do mnie. - Nie inte­re­sują mnie już prze­lotne zna­jo­mo­ści.

Na to wyzna­nie serce fika mi koziołka.

- Mogę go wziąć - zmie­niam temat, bo nie chcę cią­gnąć poprzed­niego, na który roz­mowa mogłaby poto­czyć się tylko w jed­nym z dwóch kie­run­ków. Powie­działby, że ktoś mu się podoba albo że to ja mu się podo­bam. W minio­nym roku kilka razy odnio­słam wra­że­nie, że odwza­jem­nia moje uczu­cia, jed­nak żadne z nas nic z tym nie zro­biło. Mimo że go pra­gnę, stoi mię­dzy nami zbyt wiele prze­szkód.

Cóż, wła­ści­wie tylko jedna.

Jest naj­lep­szym przy­ja­cie­lem mojego brata.

Rozdział 2. Tyler

Roz­dział 2

Tyler

Mam na końcu języka pewne wyzna­nie. Odno­szę wra­że­nie, że od mie­sięcy uda­jemy, że nie cią­gnie nas ku sobie. Pra­gnę wyrzu­cić z sie­bie słowa, żeby w końcu wybrzmiały, cho­ciaż co, jeśli sygnały, które - jak mi się zdaje - wysyła Reagan, wcale nie są tym, za co je biorę? Co, jeśli chce się ze mną tylko przy­jaź­nić? Czy stra­ci­li­by­śmy tę więź? Od mie­sięcy zasta­na­wiam się, czy zary­zy­ko­wać naszą przy­jaźń. Reagan jest dla mnie ważna, jej utrata mnie znisz­czy.

- Jesteś zmę­czona? - pytam, zamiast wyznać jej, co czuję.

- Tak. Imprezki z oka­zji pierw­szych uro­dzin potra­fią wymę­czyć - stwier­dza ze śmie­chem.

- Zdrzem­nij się. Zajmę się nim.

- Nie mogę. Sama zapro­po­no­wa­łam, że go popil­nuję.

- A teraz ja pro­po­nuję to samo. Zamknij na chwilę oczy - śmieję się cicho. - Mama mówiła mi tak, gdy byłem młod­szy. Pod­ska­ki­wa­łem, pro­sząc ją, byśmy poszli do parku albo by poba­wiła się ze mną w ogro­dzie. Oskar­ża­łem ją, że śpi, a ona mawiała, że tylko zamknęła na chwilę oczy. Teraz, jako doro­sły, ją rozu­miem, ale wtedy chcia­łem, żeby po pro­stu się ze mną poba­wiła. Dzieci mają zbyt wiele ener­gii.

- To prawda - mówi i ziewa, zakry­wa­jąc ręką usta.

- Połóż tutaj głowę... - Wska­zuję na swoje ramię. - I się zdrzem­nij. - Z zapar­tym tchem cze­kam, aż zrobi sobie ze mnie poduszkę. Tym wła­śnie się sta­łem... męż­czy­zną wygłod­nia­łym jej dotyku. Pamię­tam, jak się nabi­ja­łem z Ridge'a, gdy poznał Ken­dall, teraz to rozu­miem. Szkoda tylko, że nie mogę mu tego powie­dzieć. Cho­ciaż może mógł­bym to zro­bić. A nawet będę musiał, jeśli Reagan da mi szansę. Nie będę niczego przed nim ukry­wał. Cho­lera, wcale bym się nie zdzi­wił, gdyby kum­pel już wie­dział. Całe życie byli­śmy sobie bli­scy z Ridge'em, a ja wcale nie sta­ram się ukry­wać, że mnie do niej cią­gnie.

- Obu­dzisz mnie, kiedy on się ock­nie? - pyta.

W duchu przy­bi­jam sam sobie żół­wika.

- Oczy­wi­ście - mówię jej, choć wiem, że wcale jej nie obu­dzę. Chyba że będę musiał. Przy­suwa się nieco i kła­dzie głowę na moim ramie­niu. Nie pierw­szy raz robi sobie ze mnie poduszkę, jed­nak teraz, gdy tak tu leżymy, a ja trzy­mam Knoksa na rękach, jest jakoś ina­czej. Jakby ta chwila zna­czyła coś wię­cej. Pierw­szy raz w życiu pra­gnę tego, co się z tym wiąże. Pra­gnę zostać ojcem. Pra­gnę mieć żonę. Pra­gnę takiego życia.

Z nią.

Muszę wyba­dać grunt, dowie­dzieć się, czy ten pociąg fizyczny sięga głę­biej, bo ina­czej będę żało­wać, że nie dałem nam szansy. Dobrze wiem, jakie kon­se­kwen­cje pocią­gnie za sobą roz­pad naszego związku - stracę dobrą przy­ja­ciółkę, jaką się dla mnie stała. Dni takie jak dzi­siej­szy będą nie­zręczne. No i jest też Ridge. Od dzie­ciń­stwa jest jed­nym z moich naj­lep­szych przy­ja­ciół, a jeśli by mi nie wyszło z Reagan, nara­ził­bym i tę przy­jaźń na szwank. Wraz z trzema pozo­sta­łymi przy­ja­ciółmi pra­cuję dla brata dziew­czyny. Wiele kładę na szali. Jestem jed­nak świa­dom ryzyka. Muszę zde­cy­do­wać, czy warto je pod­jąć. Czy warto się do niej zale­cać.

Zde­cy­do­wa­nie.

*

Budzę się, gdy ktoś cią­gnie mnie za brodę. Kiedy otwie­ram oczy, dostrze­gam Knoksa, który uśmie­cha się sze­roko. Gawo­rzy, opo­wia­da­jąc mi jakieś histo­rie.

- Wyspa­łeś się? - pytam. Uśmie­cha się sze­rzej i moc­niej szar­pie za moją brodę. - Bądźmy cicho, by nie obu­dzić cioci Reagan. - Na dźwięk jej imie­nia maluch się roz­gląda, aż w końcu zauważa, że kobieta śpi oparta o mnie. Nawet nie wiem, kiedy zasną­łem, a gdy się obu­dzi­łem, obej­mo­wa­łem ją ramie­niem. Knox siada na moich kola­nach i wyciąga rękę w stronę jej nosa. Mały jest szybki. Dotyka jej, zanim udaje mi się wycią­gnąć zza niej rękę i go powstrzy­mać. Reagan otwiera piwne oczy i się uśmie­cha.

- Zła­pa­łeś mnie za nos, smrodku - mówi, łasko­cząc go po brzu­chu. Mały recho­cze, na co oboje wybu­chamy śmie­chem. Knox wyciąga do niej rączki, więc Reagan go pod­nosi.

Korzy­stam z oka­zji, by roz­pro­sto­wać koń­czynę, z któ­rej zro­bił sobie wcze­śniej poduszkę.

- Masz na to ochotę? - Pod­su­wam Knok­sowi na wpół opróż­nioną butelkę, którą wzią­łem ze sto­lika. Mały szcze­rzy się i wyciąga po Reagan ręce. - Mogę mu ją dać, prawda? - pytam.

- Jak długo spa­li­śmy?

Patrzę na zegar na ścia­nie.

- Z pół godziny.

- Tak. Nic mu się nie sta­nie.

Knox, niczym się nie przej­mu­jąc, opiera głowę o pierś Reagan i pije, po czym siada i oddaje mi butelkę. Scho­dzi z kolan cioci.

- Dobrze, że nią nie rzu­cił. Przez pewien czas wywa­lał pustą butelkę. Ridge i Ken­dall bar­dzo długo uczyli go, że tak nie wolno.

- Ridge mi o tym mówił. - Odsta­wiam butelkę i sia­dam na pod­ło­dze, by poba­wić się z mło­dym nowymi zabaw­kami. Reagan odnosi naczy­nie i po chwili się do nas dosiada. I tak dwa­dzie­ścia minut póź­niej zastają nas Ridge i Ken­dall.

- Mama, mama, mama - gawo­rzy Knox, idąc do Ken­dall. Wpada w jej nogi i wyciąga do niej ręce.

- Dzięki - mówi Ridge, sia­da­jąc w roz­kła­da­nym fotelu.

- Nie ma za co - odpo­wia­dam, wsta­jąc. - Knox, kolego, przy­bij. - Wycią­gam do niego pięść. Uśmie­cha się sze­roko i w sku­pie­niu zaci­ska dłoń, po czym przy­bija żół­wika. - Sto lat, młody. - Czo­chram go po wło­sach, a on ze śmie­chem paca mnie po dłoni. - Widzimy się w ponie­dzia­łek - mówię do Ridge'a.

- Też będę się zbie­rać. - Reagan wstaje. - Wiem, że macie na dziś jesz­cze plany - mówi, obej­mu­jąc Ken­dall i Knoksa. - Gra­tu­luję wam obojgu - dodaje, patrząc na brata.

- Dzię­ku­jemy - mówią rów­no­cze­śnie.

Cze­kam, aż Reagan weź­mie torebkę, po czym odpro­wa­dzam ją do samo­chodu.

- Masz jakieś plany na wie­czór?

- Nie, muszę zro­bić pra­nie. A ty?

- Żad­nych. Chło­paki spo­ty­kają się w barze "Do dna".

- Wybierz się z nimi.

- Może tak zro­bię - mówię nie­zo­bo­wią­zu­jąco.

- Cóż, gdy­byś mnie potrze­bo­wał, będę robić pra­nie i wie­szać półki w salo­nie.

- Pomóc ci? - pro­po­nuję.

- Nie. Jest sobotni wie­czór. Na pewno masz lep­sze zaję­cia.

- Mam za tobą jechać? - pytam, igno­ru­jąc to, że nie przy­jęła pomocy.

- Jasne. Jeśli chcesz. Zapłacę za twoje usługi kola­cją.

Otwie­ram usta, by powie­dzieć, że może korzy­stać z wszyst­kich moich usług za darmo, jed­nak po zasta­no­wie­niu mówię, że nie musi się wysi­lać.

- Na pewno? Pla­no­wa­łam zro­bić potrawkę z kur­czaka z klu­skami według prze­pisu mamy.

- Dobra. Skoro nale­gasz - mówię, bo nie odma­wia się kur­czaka z klu­skami według prze­pisu Heidi Bec­kett. Nie jadłem tego dania w wer­sji Reagan, wiem jed­nak, że odzie­dzi­czyła po mamie talent kuchar­ski. Na samą myśl ślinka napływa mi do ust.

- Trzeba po coś zaje­chać do sklepu? - pytam.

- Nie. Zapar­kuj za salo­nem i wejdź na górę.

- Będę jechać tuż za tobą - mówię. Bie­gnę do pick-upa i ruszam za nią.

*

- Podasz mi gwóźdź? - pytam Reagan. Wie­szamy w skła­dziku w jej salo­nie półki. - Dzięki - mówię, bio­rąc go od niej. Szybko mon­tuję ostat­nią półkę i drugi raz spraw­dzam, czy wszyst­kie trzy są równo. - Mam zro­bić coś jesz­cze? - Wie­sza­łem półki dwa razy wol­niej, aby prze­cią­gnąć chwile spę­dzone z Reagan.

- Polu­zo­wał się zawias w krze­śle Carol, a drzwi się prze­krzy­wiły. Możesz to napra­wić? Mia­łam wziąć narzę­dzia od taty albo Ridge'a i sama się tym zająć.

- Pro­wadź. - Im wię­cej znaj­dzie mi zajęć, tym dłu­żej z nią będę. Kurwa, gdyby kum­ple potra­fili czy­tać mi w myślach, robi­liby sobie ze mnie jaja. Zapewne ni­gdy nie daliby mi spo­koju. Cho­ciaż kiedy Ridge oświad­czył się Ken­dall, odcze­pi­li­śmy się od niego. Nie żebym ja miał się oświad­czyć. Przy­naj­mniej nie w naj­bliż­szym cza­sie.

- Dzię­kuję za pomoc, Ty. Sama bym sobie pora­dziła, ale tobie idzie to bar­dzo spraw­nie.

- Wiesz prze­cież, że zaj­muję się tym zawo­dowo? - żar­tuję sobie z niej.

- Wiem. Tylko nie lubię pro­sić ludzi o coś, co mogę zro­bić sama.

- To żaden pro­blem, Reagan. - Zamy­kam drzwi, aby spraw­dzić, czy wszystko jest w porządku. - Gotowe. Co jesz­cze?

- Yyy... jak ci idzie skła­da­nie mebli? - pyta, przy­gry­za­jąc dolną wargę.

- Przy­po­mi­nam, że utrzy­muję się z budow­lanki - śmieję się, pró­bu­jąc nie myśleć o tym, jak bar­dzo pra­gnę przy­gryźć jej usta. - Masz coś jesz­cze? Mogę wszystko ogar­nąć, skoro już tu jestem i mam narzę­dzia.

- Tak. Muszę zło­żyć regał na książki. Przy­je­chał w zeszłym tygo­dniu, ale nie mia­łam czasu się tym zająć.

- Pro­wadź. - Biorę torbę z narzę­dziami. Reagan wyłą­cza świa­tło i kie­ruje się do zamknię­tych drzwi, za któ­rymi znaj­dują się schody pro­wa­dzące do jej miesz­ka­nia. Przez lata wiele razy ją odwie­dzi­łem. - Wciąż miesz­kasz nad zakła­dem? - pytam, patrząc na jej tyłek, któ­rym koły­sze, idąc po scho­dach.

- Tak. Miesz­ka­nie nie jest złe. Im wię­cej czasu spę­dzam z Ridge'em i Ken­dall, tym czę­ściej zasta­na­wiam się nad kup­nem jakie­goś domu, który nie znaj­do­wałby się w tym samym budynku, co moje miej­sce pracy. - Na szczy­cie scho­dów odwraca się do mnie. Jest tu cia­sno, więc ociera się biu­stem o moją pierś. - A tobie na­dal pasuje twoje miesz­ka­nie? - pyta, patrząc na mnie.

- Nie­zbyt - wyznaję. Otwiera drzwi i wcho­dzę za nią. - Szu­kam cze­goś innego. Mam dość słu­cha­nia sąsia­dów, któ­rzy bez prze­rwy się kłócą.

- Biedni i oni, i ty.

- Gdzie masz ten regał? - pytam.

- Za mną. - Szcze­rzy zęby. Ma małe, acz przy­tulne miesz­kanko, bio­rąc pod uwagę, że znaj­duje się nad salo­nem. - Kie­dyś chcia­ła­bym prze­kształ­cić je w biuro. Na razie zaj­muję się finan­sami i zamó­wie­niami w małym kąciku. Faj­nie byłoby urzą­dzić tutaj pomiesz­cze­nie socjalne i gabi­net.

- To roz­wią­za­nie na pewno spodoba się też twoim pra­cow­ni­com.

- Z pew­no­ścią. Tam jest. - Wska­zuje na małą wnękę przy salo­nie, w któ­rej stoją dwa pełne ksią­żek regały. Trzeci led­wie się tam zmie­ści.

- Wymie­rzy­łaś? - pytam ją.

- Tak - odpo­wiada zadzior­nie. Poka­zuje mi język. - Dwa razy.

- Tylko się upew­niam. - Uno­szę ręce w obron­nym geście.

- Nie waż się zapy­tać, czy potra­fię posłu­gi­wać się taśmą. Tata i Ridge dopil­no­wali, bym wie­działa, jak z niej korzy­stać.

- Nie mia­łem zamiaru. - Sta­wiam torbę na pod­ło­dze, po czym sia­dam przy kar­to­nie i go roz­ci­nam. - Co to za książki?

- Pod­pi­sane egzem­pla­rze dzieł moich uko­cha­nych auto­rek.

- Myśla­łem, że wolisz czyt­nik?

- Oj, tych nie czy­tam. - Chyba dostrzega malu­jące się na mojej twa­rzy zmie­sza­nie, bo dodaje: - Nie ryzy­ko­wa­ła­bym znisz­cze­nia grzbie­tów czy pognie­ce­nia kar­tek.

- To sen­sem posia­da­nia ksią­żek nie jest to, by je czy­tać?

- Nie. Sen­sem jest to, że uwiel­biam każdą z nich i że te egzem­pla­rze pod­pi­sały ich autorki. To ważne, Tyler - mówi, kła­dąc dło­nie na bio­drach.

- Czaję. Pod­pi­sane egzem­pla­rze są ważne.

- Pomóc ci? - pyta Reagan.

- Obie­ca­łaś mi kola­cję, tak?

- Tak. Zabiorę się za goto­wa­nie, kiedy będziesz maj­ster­ko­wał. Krzycz, jeśli będziesz potrze­bo­wał pomocy.

- Pora­dzę sobie - zapew­niam ją i biorę się do roboty.

Regał jest pro­sty, z pię­cioma pół­kami. Teo­re­tycz­nie powi­nie­nem go skrę­cić w mak­sy­mal­nie dwa­dzie­ścia minut. Miesz­ka­nie Reagan sta­nowi otwartą prze­strzeń, więc widzę ją z miej­sca, w któ­rym sie­dzę. Upięła włosy na czubku głowy w kok. Nie robi nic wyjąt­ko­wego, tylko gotuje, a mimo to przy­kuwa moją uwagę.

- Jak ci idzie? - pyta, nawet nie uno­sząc wzroku.

- Dobrze. A tobie? - odpo­wia­dam i wra­cam do pracy, nim przy­ła­pa­łaby mnie na tym, że się na nią gapię.

- Jedze­nie będzie gotowe za jakieś dzie­sięć minut.

Przy­glą­dam się rega­łowi. Jeśli uda mi się skon­cen­tro­wać, skoń­czę robotę w tym samym cza­sie. Sku­piam się zatem na pracy. Mon­tuję ostat­nią półkę, gdy Reagan woła mnie na kola­cję.

- W samą porę - mówię, wcho­dząc do kuchni.

- Skoń­czy­łeś? - pyta. Jej piwne oczy lśnią z eks­cy­ta­cji.

- Tak. Usta­wić książki na regale?

- Jesz­cze żad­nych nie mam, ale za kilka tygo­dni odbędą się targi, na któ­rych pla­nuję kupić kilka egzem­pla­rzy.

- Dla­czego tego nie wie­dzia­łem?

Wzru­sza ramio­nami.

- Wiesz, że uwiel­biam czy­tać. Nie chwalę się obse­sją na punk­cie pod­pi­sa­nych egzem­pla­rzy oso­bom, które tego nie rozu­mieją.

- Hej, ja nie oce­niam. Mnie możesz o wszyst­kim powie­dzieć.

Jej śmiech nie­sie się echem po miesz­kanku.

- Zapa­mię­tam. - Uśmie­cha się. - Dzię­kuję, że mi dziś pomo­głeś, Ty. Doce­niam to.

- Pole­cam się. Wystar­czy, że do mnie zadzwo­nisz.

- Zaja­daj - mówi, poda­jąc mi miseczkę paru­ją­cej potrawki z kur­czaka.

Od razu biorę się do jedze­nia.

- O ludzie, jakie dobre.

- Może naucz się goto­wać, zamiast tylko gril­lo­wać - żar­tuje sobie ze mnie.

- Zgła­szasz się na moją nauczy­cielkę?

- Jasne. - Wzru­sza ramio­nami. - Goto­wa­nie nie jest trudne.

- Jestem sin­glem i miesz­kam sam. Łatwo mi wrzu­cić na grilla jakieś mię­cho i zjeść je z pie­czo­nymi ziem­nia­kami czy sałatką.

- Co jesz w zimie?

- Jedze­nie z grilla.

- Słu­cham? - Kręci głową. - Wyobra­żam sobie, jak sto­isz w płasz­czu, ręka­wicz­kach i sza­liku tuż za drzwiami i pró­bu­jesz upiec na grillu steka, gdy wokół wirują płatki śniegu.

- Nie tak to wygląda, ale jesteś bli­sko. Mam w miesz­ka­niu płytę gril­lową. - Pusz­czam do niej oko.

- Ależ oczy­wi­ście.

- Dzię­kuję - mówię, ocie­ra­jąc usta. - Pyszne jedzonko. - Wstaję, niosę talerz do zlewu, płu­czę go i odsta­wiam na suszarkę. - Sprzą­tasz pod­czas goto­wa­nia - stwier­dzam, zauwa­żyw­szy, że w zle­wie nie ma żad­nych brud­nych naczyń.

- Nabra­łam tego nawyku od mamy. Mówi, że tak jest łatwiej. Sądzę, że ma rację. Kto chciałby zmy­wać z peł­nym brzu­chem? - Zjada ostatni kęs, a ja się­gam po jej talerz i myję go.

- Jakie masz plany na wie­czór? - pytam.

- Nie mam pla­nów. Może obej­rzę nowy film na Net­flik­sie. A ty?

- Potrójna gra­nica?

- Tak. Dobrze się zapo­wiada, a obsada... - Wachluje sobie twarz, jakby zro­biło jej się gorąco.

- Serio?

- Żad­nego z tych face­tów nie wyko­pa­ła­bym z łóżka.

W myślach porów­nuję się z akto­rami. Chyba naj­bli­żej mi do tego Hun­nama.

- Który jest twoim ulu­bień­cem? - pytam, prze­cho­dząc za nią do salonu. Siada na kana­pie, a ja przy­sia­dam się do niej.

Udaje, że się zasta­na­wia.

- Jak już mówi­łam, żad­nego nie wyrzu­ci­ła­bym z łóżka, ale gdy­bym musiała wybrać, zde­cy­do­wa­ła­bym się na Char­liego.

O tak!

- To oglą­damy?

Odwraca się do mnie z zasko­cze­niem wypi­sa­nym na twa­rzy.

- Chcesz zostać?

- Chcia­łem obej­rzeć ten film. Dla­czego mie­li­by­śmy oglą­dać go w poje­dynkę?

- Słuszna uwaga. - Bie­rze pilota i wybiera film, jed­nak go nie włą­cza. - Przy­da­dzą nam się jakieś prze­ką­ski - stwier­dza, odkła­da­jąc pilota na mały sto­lik, i bie­gnie do kuchni.

- Jakie? - wołam przez ramię.

- Zoba­czysz.

Sły­szę, jak się krząta.

- Pomóc ci?

- Nie - mówi. Sły­szę, jak zamyka mikro­fa­lówkę. Po chwili strzela kuku­ry­dza. - Pro­szę. - Reagan podaje mi przez moje ramię dwie butelki wody, po czym prze­cho­dzi z powro­tem do kuchni. Szybko wraca z dużą miską popcornu i paczką oreo. - Nie można oglą­dać filmu bez kuku­ry­dzy. A ciastka wzię­łam, bo oboje lubimy sło­dy­cze.

Nie mówię, że nie prze­pa­dam za sło­dy­czami. Nie licząc jej, bo ona na pewno jest słodka. Penis sztyw­nieje mi na samą myśl o skosz­to­wa­niu jej ciała. Na szczę­ście Reagan stoi odwró­cona do mnie ple­cami po dru­giej stro­nie pomiesz­cze­nia, gdzie wyłą­cza świa­tło, więc mam czas, by dopro­wa­dzić się do porządku, nim zauważy mój stan.

- Two­rzysz nastro­jową atmos­ferę? - pytam cichym i zachryp­nię­tym gło­sem.

- A jak ina­czej mamy oglą­dać film?

- Nie mam poję­cia - mówię szcze­rze. Nie wie jed­nak, że mnie nie zależy na fil­mie, prze­ką­skach czy nawet świe­tle. Dla mnie liczy się tylko ona.

To dzięki niej ni­gdy nie zapo­mnę tego wie­czoru.

Rozdział 3. Reagan

Roz­dział 3

Reagan

- Reagan, moja droga, jak się mie­wasz? - pyta z fotela fry­zjer­skiego pani Marks, która przy­jaź­niła się z moją bab­cią. Przy­cho­dzi do mnie, odkąd otwo­rzy­łam salon.

- Dobrze. A pani? - odwza­jem­niam się pyta­niem, zapi­na­jąc na jej karku pele­rynę.

- Dawno już powin­nam była do cie­bie przyjść - odpo­wiada roze­śmiana.

- Pro­szę się nie przej­mo­wać. Zro­bię pani ładną fry­zurę. Ma pani w week­end ważną randkę?

- Oj, ty. - Macha dło­nią w powie­trzu. W lustrze dostrze­gam, że się zaru­mie­niła.

- Ni­gdy nie jest za późno na randki - mówię.

- Mój Hank był miło­ścią mojego życia. Dru­giego takiego nie znajdę, więc nawet się nie tru­dzę.

- Nie doskwiera pani samot­ność?

- Cza­sami. Ale każdy inny byłby tylko kimś na zastęp­stwo, a to nie byłoby spra­wie­dliwe wobec żad­nego z nas. Poza tym mam przy­ja­ciółki, dzieci i wnuki. A ty? Masz jakie­goś wyjąt­ko­wego męż­czy­znę u boku?

Na myśl od razu przy­cho­dzi mi Tyler. Nie widzia­łam go od zeszłego week­endu, w który oglą­da­li­śmy u mnie film. Wydaje mi się, że pod­czas tam­tych chwil za bar­dzo się do sie­bie zbli­ży­li­śmy. Zasnę­łam z głową na jego ramie­niu, a gdy się obu­dzi­łam parę godzin póź­niej, długo po zakoń­cze­niu filmu, Tyler mnie obser­wo­wał. Wciąż dźwię­czą mi w uszach jego słowa: "Jesteś piękna". Uda­łam, że go nie usły­sza­łam, a on chwilę póź­niej wyszedł.

- Nie. - Nim kobieta ma szansę odpo­wie­dzieć, brzę­czy dzwo­nek zawie­szony przy drzwiach, odwra­cam się szybko, by zoba­czyć, kto wszedł. Cza­sami przyj­mu­jemy ludzi z ulicy, jeśli mamy miej­scu w gra­fiku. - Witam w... - ury­wam, gdy dostrze­gam Tylera, który szcze­rzy się od ucha do ucha. Na gło­wie ma czarną czapkę z napi­sem "Yan­kees". - Hej.

- Hej. Masz chwilę, by mnie ostrzyc?

Brenda otwiera usta, jed­nak posy­łam jej spoj­rze­nie, na któ­rego widok od razu je zamyka.

- Jasne. Za jakieś pięt­na­ście minut. Tylko założę pani Marks wałki.

- Nie spiesz się. Nie pra­cu­jemy z powodu desz­czu. - Odwraca się i spo­gląda na ponure niebo. - Pomy­śla­łem więc, że pora się ostrzyc. Mogła­byś mi zgo­lić włosy, bo jest mi przez nie za cie­pło, gdy pra­cu­jemy na zewnątrz.

- Z Sethem macie w tej kwe­stii zupeł­nie odmienne zda­nie - stwier­dzam ze śmie­chem.

Pry­cha.

- Jest pięk­ni­siem w naszej paczce.

Nie myli się. Seth ma dłu­gie loki, które zde­cy­do­wa­nie przy­dają mu wyglądu ład­nego chłopca. Reszta towa­rzy­stwa ma inny typ urody.

- Roz­gość się. Wiesz, gdzie jest lodówka. Nie­długo do cie­bie podejdę - mówię, po czym odwra­cam się do pani Marks.

- Przy­stoj­niak. Jest twój? - pyta, oczy­wi­ście nawet nie zni­ża­jąc głosu. O nie. Jej pyta­nie wybrzmiewa w salo­nie, w któ­rym sły­szą je moje pra­cow­nice, klientki i sam Tyler.

- Nie. Nie jest mój. To Tyler. Przy­jaźni się i pra­cuje z Ridge'em.

- Oj. - Kiwa głową. - Powin­naś to zmie­nić. - Pusz­cza do mnie oko.

Śmieję się nie­po­ha­mo­wa­nie. Kobieta mówi, co jej ślina na język przy­nie­sie.

- Przy­jaź­nimy się.

- Jak się to teraz nazywa? Przy­ja­ciele z bonu­sem? - Pstryka powy­gi­na­nymi artre­ty­zmem pal­cami. - Wła­śnie tak. Zostań­cie takimi przy­ja­ciółmi.

- Co by pomy­ślały pani dzieci i wnuki, gdyby się dowie­działy, jakie pod­suwa mi pani pomy­sły? - pytam ze śmie­chem.

- Cukie­reczku, pochwa­li­łyby mnie, bo takiego męż­czy­znę trzeba usi­dlić, póki jest wolny.

- Pani tak zro­biła? - pytam ją, sta­ra­jąc się zmie­nić temat.

- Oczy­wi­ście. Mój Hank nawet się nie poła­pał w sytu­acji.

- Zapra­szam pod suszarkę - mówię, nawi­nąw­szy ostat­nie pasmo na wałek. Poma­gam jej wstać i pro­wa­dzę na inny fotel. - Wrócę do pani za kwa­drans.

- Oj, nie spiesz się. Czeka mnie nie­złe wido­wi­sko. - Poru­sza zna­cząco brwiami, na co wybu­cham śmie­chem.

Wra­cam na sta­no­wi­sko, zbie­ram wałki i tro­chę sprzą­tam. Pani Marks co dwa tygo­dnie przy­cho­dzi na nawi­nię­cie wło­sów, jak to nazywa. Nakrę­cam jej włosy na wałki, a potem mode­luję fry­zurę. Mówi, że jej artre­tyzm utrud­nia dba­nie o włosy, a poza tym, tu cytuję, kobieta musi czuć, że jest ładna i zadbana. Dla­czego mia­ła­bym dys­ku­to­wać z nią na ten temat? Tak się składa, że z całego serca się z nią zga­dzam. To dla­tego zaję­łam się kosme­tyką i otwo­rzy­łam salon.

- Tyler, jesteś gotowy? - wołam do niego. Wstaje, a ja wyko­rzy­stuję oka­zję, by nasy­cić się jego wido­kiem. Ma na sobie opięte, od nosze­nia wybla­kłe w wielu miej­scach dżinsy z dziu­rami na kola­nach. Jego tyłek świet­nie się w nich pre­zen­tuje. - Skra­camy, tak? - pytam, gdy siada na krze­śle.

- Tak. Mam już dość zabawy z nimi.

- Dobrze. Jak krótko mam cię ostrzyc? Maszynką czy na łyso?

- Naj­pierw maszynką. Umy­jesz mi włosy? - pyta.

- Jeśli chcesz.

- Masz czas? Od dawna nikt nie mył mi wło­sów. Parę lat temu byli­śmy w salo­nie tylko dla męż­czyzn kilka mia­ste­czek stąd, w któ­rym kładą klien­towi cie­pły ręcz­nik na twarz i tym podobne.

- Mogę ci umyć włosy, ale nie mamy cie­płych ręcz­ni­ków. Chyba że wystar­czy, jeśli zwilżę jakiś pod prysz­ni­cem?

- Nie trzeba. Ale byłoby miło, gdy­byś umyła mi włosy.

Okry­wam go pele­ryną.

- Dobrze. Chodź za mną. - Pro­wa­dzę go do myjni w odle­głym kącie salonu, oddzie­lo­nym od reszty pomiesz­cze­nia ścianką z dłu­gim oknem, przez które widzę, czy ktoś wcho­dzi, a które zara­zem osła­nia klienta. Kiedy to mnie myto czy płu­kano włosy w jakimś salo­nie, czu­łam się nie­zręcz­nie, gdy ktoś wcho­dził i widział moją prze­chy­loną głowę. Wręcz tego nie­na­wi­dzi­łam. Podob­nie jest zapewne przy depi­la­cji brwi czy strzy­że­niu brody. Gdy kupi­łam ten budy­nek, sta­now­czo zapo­wie­dzia­łam tacie i Ridge'owi, że chcę zapew­nić moim klien­tom pry­wat­ność w takich sytu­acjach. Tata stwier­dził, że dobrze by było, gdy­bym widziała z wydzie­lo­nej czę­ści wej­ście, zwłasz­cza że na początku pra­co­wa­łam sama. Wpa­dli­śmy zatem na pomysł z oknem, co świet­nie się spraw­dziło. Kil­koro klien­tów przy­znało, że bar­dzo podoba im się takie roz­wią­za­nie.

- Jak ci mija tydzień? - pyta Tyler po tym, jak usiadł w fotelu. Odchy­loną głowę trzyma w umy­walce i w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści klien­tów nie zamknął oczu. Obser­wuje mnie.

- Dobrze. Mia­łam sporo roboty, ale nie będę narze­kać. Inte­res dobrze idzie. Przy oka­zji, dzięki za zło­że­nie regału. Półki świet­nie trzy­mają. - Dosto­so­wuję tem­pe­ra­turę wody i zwil­żam mu włosy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki