Rozdział 1. Dawn
Rozdział 1
Dawn
Podchodzę do Marka, gdy w głowie brzmią mi jeszcze słowa Reagan: "Facet
uważa, że jesteś jego, podczas gdy ty zastanawiasz się, czy jest twój.
Pogadaj z nim". Mark naprawdę uważa mnie za swoją dziewczynę? Jasne,
pragnę być jego, ale, jak jej powiedziałam, nigdy nie rozmawialiśmy na
ten temat. Nawet nie jestem pewna, jak to się stało, że nasza znajomość
zabrnęła tak daleko. Jakoś tak wyszło, że z początku spotykaliśmy się
całą paczką i, nie wiedzieć kiedy, zaczęliśmy się widywać tylko we
dwoje. Cholera, sypiamy ze sobą od zaledwie paru miesięcy. Poza tym
dogadujemy się i świetnie razem bawimy. Uznałam zatem, że łączy nas
tylko zabawa. Teraz jednak nie jestem już tego taka pewna. Wiem, czego
chcę i czego pragnie moje serce. Lecz Mark jest jednym z tych facetów,
którzy podobają się każdej kobiecie. Ma tatuaże na rękach i plecach i emanuje aurą łobuza. Tacy mężczyźni nie wiążą się na zawsze z jedną
dziewczyną. Chociaż ze słów Kendall wywnioskowałam, że Ridge, a nawet
Tyler też tacy nie byli. A teraz wystarczy na nich spojrzeć i od razu da
się zauważyć, że lubią przebywać ze swoją rodziną.
Mimowolnie uśmiecham się na myśl o Marku i jego paczce, składającej się
z modelowych twardzieli, którzy przy swoich kobietach i dzieciach
przeistaczają się w pluszowe misie. To urocze i piekielnie seksowne.
Zatrzymuję się przy Marku. Mężczyzna natychmiast obejmuje mnie w talii i tuli do siebie.
- Trudno uwierzyć, że skończyła już roczek - mówię, obserwując Everly,
która śmieje się z Knoksa. Mały tańczy i wygłupia się ku jej uciesze.
- To prawda. A ci dwaj - wskazuje na bliźniaków Tylera i Reagan -
niedługo też skończą roczek. Czas leci - śmieje się.
Ma rację. Gdy obserwuję przyjaciół z dziećmi, uzmysławiam sobie, że też
tego pragnę - maluchów i męża. Żołądek zwija mi się w supeł, kiedy
zastanawiam się, czy tulący mnie mężczyzna marzy o tym samym. Wystarczy
go o to po prostu zapytać, prawda? Przecież komunikacja jest kluczowa w każdym związku.
Zanim udaje mi się odpowiedzieć, moje nogi obejmuje Knox. Biorę więc go
na ręce i opieram na biodrze, a mały kładzie główkę na moim ramieniu.
Serce mi się ściska. Kochany maluch.
- Co robisz, jubilatko? - Mark uśmiecha się do Everly, która ciągnie go
za nogawkę, podnosi ją bez trudu i tuli. - Chyba powinnaś powiedzieć
tatusiowi, że już czas na tort - szepcze na tyle głośno, abym go
usłyszała. Puszcza do mnie oko, a potem odzywa się do Knoksa: -
Spójrzcie no tylko, podrywasz moją dziewczynę. - Mark wyciąga rękę i łaskocze po brzuszku chłopca, który zaczyna się wić.
- Nie - chichocze Knox. Mark odsuwa rękę, a mały wskazuje gestem, abym
go postawiła, i podbiega do taty. Ridge kołysze na rękach dziecko, aż
mały śmieje się prosto z trzewi, a potem opiera go o biodro.
- Zmęczyłaś się, cukiereczku? - pytam Everly. Wyciągam rękę i zbieram
brązowe loczki z jej oczu.
- Może podajmy tort i rozpakujmy prezenty, zanim mała zaśnie - mówi
Kendall, stając przy nas. Dziewczynka otwiera szeroko oczka i patrzy na
mamę, gdy ją słyszy. Od razu wyciąga też do niej rączki. Kendall bierze
małą od Marka po tym, jak mężczyzna dał jej buziaka w policzek i szeptem
kolejny raz życzył wszystkiego najlepszego.
Everly otwiera prezenty i rozsmarowuje na twarzy garść tortu, gdy
śpiewamy jej Sto lat, a potem prawie usypia. Nie tylko ona opada z sił. Chyba wszystkie dzieci zaczęły grymasić i mają ochotę na sen.
Everly pociera oczy, przy czym maże je ciastem, i zaczyna płakać. Na
ratunek przychodzi jej tatuś. Ridge bierze ją na ręce.
- Będziesz się już zbierać? - pyta cicho Mark, abym tylko ja go
usłyszała. Wszystkie dzieci padają z nóg, a Ridge i Kendall na pewno
chcieliby pobyć sami we własnym domu.
- Tak. Jedziemy do mnie?
- Myślałem, że pobawimy się dalej u mnie. - Porusza figlarnie brwiami,
mimo że zazwyczaj patrzy na wszystkich przeszywającym wzrokiem.
Zauważyłam, że humor okazuje tylko wśród bliskich.
Przystaję na propozycję, podchodząc do niego.
- Miałam nadzieję, że porozmawiamy.
Znów przeszywa mnie wzrokiem.
- Wszystko w porządku? - W jego głosie wyraźnie słychać zmartwienie.
- Tak. - Uśmiecham się pokrzepiająco.
- O, rozumiem. - Szczerzy zęby. - Podoba mi się twój tok myślenia - mówi
i puszcza do mnie oko. - "Porozmawiamy". - Jeszcze raz porusza brwiami.
- Wspaniały pomysł.
Mimo że bardzo się myli, uśmiecham się mimowolnie. Mark jest wyluzowany,
chyba nic nie mogłoby napsuć mu krwi. To dlatego nie martwię się, jak
zareaguje, gdy wyznam, że chodzi mi o prawdziwą rozmowę. Chociaż
niebezpodstawnie podejrzewa, że mam inne plany. Może podyskutujemy na
mój sposób, a jeśli wszystko pójdzie dobrze, później przyjdzie czas na
jego wersję rozmowy. Oczywiście jeżeli będzie chciał się jeszcze ze mną
spotykać, bo może inaczej widzi to, co nas łączy, i gdy powiem mu, że
pragnę czegoś więcej - wszystkiego - nadejdzie czas na rozstanie.
Rozejdziemy się.
- Pożegnajmy się - mówi, kładąc dłoń na moim krzyżu. Oprowadza mnie po
pomieszczeniu. Najpierw zatrzymujemy się przy Secie i Kencie, a potem
podchodzimy do Tylera, Reagan i bliźniaków.
- Wujek Mark musi się zbierać. - Bierze Bena na ręce i mocno go ściska.
Wiem, że myśli o tym, że niewiele brakowało, byśmy stracili tego małego.
- Moja kolej - mówię, wyciągając ręce do dziecka, które chętnie do mnie
przechodzi. Tulę je tak, jak przed chwilą Mark. Chociaż nie jestem
spokrewniona z chłopcami, kocham ich, jakby łączyły nas więzy krwi. -
Ciocia Dawn będzie tęsknić - oznajmiam. Cmokam jego pulchny policzek.
- Ej, też chcemy całusa - żartuje sobie Mark, tuląc Becka.
Nachylam się w ich stronę i daję Beckowi buziaka w policzek. Mały
chichocze.
- Za tobą też będę tęskniła - grucham.
- A co z wujkiem Markiem? - żartuje mężczyzna.
Nachylam się i całuję go w policzek. Bliźniaki się śmieją, bo znalazły
się blisko siebie. Ben ciągnie Becka za koszulkę i obaj zaczynają
rechotać. Nie jestem pewna, dlaczego to ich tak rozbawiło, niemniej
dzieci mają zaraźliwy śmiech, zwłaszcza te dwa maluchy, o które
martwiliśmy się miesiącami po tym, jak u Bena wykryto wadę serca.
- Na razie wystarczy - szepcze Mark ochrypłym głosem.
Mieszanina jego słów i głębokiego tembru wywołuje u mnie dreszcz.
- To do zobaczenia. - Jeszcze raz ściskam Bena i łaskoczę Becka po boku,
a potem podajemy dzieci Tylerowi i Reagan.
- Hej, przywracamy tradycyjne wieczorki pokerowe - mówi Markowi Tyler.
- A my - wtrąca Reagan - rozpoczynamy tradycję babskich wieczorów.
- Piszę się na to. Tylko daj znać, gdzie i kiedy mam się stawić.
- Co dokładnie robi się na takim babskim wieczorku? - pyta Tyler, gdy
się od nich oddalamy.
- Wychodzicie? - pyta Kendall, kiedy do niej podchodzimy.
- Tak, mała ślicznotka miała dziś sporo wrażeń. - Głaszczę Everly po
główce pełnej delikatnych włosków, którą opiera o ramię tatusia.
- Dziękujemy za odwiedziny - mówi Ridge.
- Jasne, bracie - odpowiada Mark.
- Hej, kolego, uściskasz ciocię? - pytam Knoksa, który przygląda nam się
zmęczony.
Wyciąga ręce, więc biorę go od Kendall. Mały opiera głowę o moje ramię i się we mnie wtula. Ściskam go nieco mocniej. Dzieci rosną zbyt szybko.
Zerkam na przyjaciółkę, która z szerokim uśmiechem patrzy na swego syna
w moich objęciach.
Mark nachyla się do Knoksa.
- Podrywasz moją dziewczynę, młody?
- Moja - mówi dziecko, obejmując mnie rękami.
Mark na mnie spogląda.
- Jestem skłonny podzielić się nią tylko z tobą - oznajmia zdecydowanym
głosem.
To nieco rozwiewa moje obawy. Mark może mówi tak tylko ze względu na
Knoksa, a może nie. Przeszywającym spojrzeniem przeczy moim domysłom.
- Do zobaczenia, kolego. - Jeszcze raz ściskam delikatnie Knoksa. -
Oddam cię mamusi. - Przyjaciółka rozpogadza się, gdy nazywam ją
"mamusią", jakby wciąż nie dowierzała, że jest mamą tego chłopczyka.
- Przybij. - Mark wyciąga zaciśniętą dłoń do Knoksa, który szybko stuka
się z nim kostkami. - A tobie - nachyla się i daje Everly buziaka w policzek - życzę sto lat, księżniczko - mówi delikatnie. Gdy się od niej
odsuwa, też ją całuję i życzę wszystkiego najlepszego.
Mała jest jedyną dziewczynką w naszej zżytej gromadce i nie dotarło do
niej jeszcze, że owinęła sobie facetów wokół małego palca. Chociaż
mężczyźni łagodnieją także przy chłopcach.
- Dziękujemy za odwiedziny - powtarza Kendall. - Widzimy się w poniedziałek w pracy.
Jęczę ku jej uciesze.
- Też tak myślę. Weekendy upływają zbyt szybko.
- Do zobaczenia. - Ostatni raz wszystkim machamy i wychodzimy. Mark
obejmuje mnie w talii, gdy idziemy do jego pick-upa. Otwiera mi drzwi.
Gdy chwyta mnie za biodra i unosi na fotel, piszczę z zaskoczenia.
Siadam bokiem i rozsuwam nogi, aby mężczyzna mógł się zbliżyć. Pragnę,
aby nieustannie znajdował się tak blisko mnie, jak to tylko możliwe.
Wyciska na moich wargach palący, elektryzujący pocałunek. Zresztą nie
spodziewałam się niczego innego. Między nami zawsze tak jest. W głowie
mi się kręci, ulatują z niej wszelkie myśli, a pocałunek odurza.
- Rozmawiamy - mamrocze w moje usta. Całuje mnie przelotnie, właściwie
daje tylko buziaka w kącik warg, odsuwa się i zamyka drzwi.
Po drodze splata nasze palce. Nie wykonywałby takich gestów, gdybyśmy
spotykali się tylko niezobowiązująco, prawda? To znaczy... otwarcie zaczął
okazywać mi czułość zaledwie kilka miesięcy temu, po tym, jak pierwszy
raz się ze sobą przespaliśmy. Tłumię jęk i wyglądam przez okno. Nie
znoszę tego, że analizuję każdy krok, każdy przejaw bliskości między
nami. Moje głupie serce po prostu musiało się w nim zakochać i nie
pozwala mi wyłączyć myślenia.
Pragnę, aby powiedział, że łączy nas coś więcej. Że nasza znajomość nie
przypomina tych, jakie zazwyczaj zawiera. Nie spodziewam się zapewnień o miłości, chociaż miło byłoby wiedzieć, że widzi we mnie kogoś więcej niż
tylko dziewczynę, z którą spotyka się niezobowiązująco. Jeśli
niezależnie od tego, co powie, skłonny byłby kontynuować znajomość, mnie
by to pasowało. Pomimo świadomości, że ostatecznie czeka nas być może
rozstanie, a mnie cierpienie, nie zakończę znajomości, bo wspólne chwile
warte są ewentualnego bólu.
Wciąż milczy, gdy wjeżdża na swoją ulicę i podjazd. Puszcza moją dłoń i wysiada. Nabieram głęboko powietrza i wyciągam rękę do klamki w tej
samej chwili, w której Mark otwiera drzwi. Kładzie dłonie na moje biodra
i pomaga mi wysiąść. Całuje mnie delikatnie w powietrzu, a potem stawia
na ziemi. Oczy mnie pieką, napływają do nich łzy. Jest cholernie słodki,
zawsze czuły i cierpliwy. Stanowi to zupełne przeciwieństwo tego, czego
można oczekiwać po jego wyglądzie. Wchodzimy, trzymając się za ręce, do
jego domu. Jeszcze się do siebie nie odezwaliśmy.
Pomieszczenie zasnuwają cienie, dzień przechodzi w noc. Promienie
wieczornego słońca przedzierające się przez rolety tworzą romantyczną
atmosferę. Gdy Mark nie wykonuje żadnego ruchu, aby włączyć światło,
odwracam się ku niemu. Stoi i mnie obserwuje, czekając nie wiem na co.
Zdejmuję płaszcz i wieszam go na haczyku przy wejściu. Też zrzuca
odzienie, przy czym nie odrywa ode mnie wzroku. Wyciąga rękę i ujmuje
nią moją twarz. Dobrze znam dotyk jego szorstkich palców. Nachyla się
powoli. Niemal mnie torturuje, przysuwając się niespiesznie.
Gdy tylko nasze wargi się stykają, rozpływam się. Nie istnieje na tym
świecie nic, co równałoby się jego pocałunkom. Dotyka mnie łagodnie,
usta ma miękkie. Chwytam go za koszulkę, przyciągam do siebie. Pragnę,
by znalazł się bliżej. Aby nic nas nie dzieliło.
Kładzie dłonie na moich biodrach. Podchodzę do niego. Gdy ściska mnie
mocniej i unosi, instynktownie oplatam go nogami w pasie. Gdzieś z głębi
jego piersi dobywa się warkot, który zdradza mi, że sobie nie
porozmawiamy. Ktoś mógłby pomyśleć, iż ten odgłos zwiastuje, że mam
przechlapane. Wiem jednak swoje. Ten mężczyzna zawsze jest przy mnie
delikatny, jakby obawiał się, że zrobi mi krzywdę.
Dotyk.
Pieszczoty.
Doznania.
To one czekają mnie tej nocy.
Rozdział 2. Mark
Rozdział 2
Mark
Dawn chce porozmawiać, więc spełnię jej życzenie. Mimo że obawiam się
tej rozmowy, nie unikam poważnych spraw. Stawiam czoło światu i żyję z dnia na dzień. Niemniej w tej chwili pragnę jedynie ją wielbić. Nie mam
pojęcia, o czym chce rozmawiać, jednak sądząc po tonie, jakim zapytała,
czy pogadamy, i pustce, która odmalowała się wtedy w jej oczach, raczej
nie spodobają mi się jej słowa.
Nie mam pojęcia, w jaki sposób nasza znajomość obrała ten kierunek. Jak
doszło do tego, że spędzamy ze sobą każdą wolną chwilę? Kiedy jej przy
mnie nie ma, myślę o niej, a gdy jest tuż obok, nie potrafię trzymać rąk
przy sobie. Ten wieczór nie stanowi wyjątku.
Całujemy się miękko i powoli, na co Dawn w pełni zasługuje. Jest
cholernie maleńka, przez co zawsze obawiam się, że ją połamię. Góruję
nad nią swoimi stu dziewięćdziesięcioma trzema centymetrami. Ona ma
zaledwie sto sześćdziesiąt dwa, czyli jest całe trzydzieści centymetrów
niższa ode mnie, jak wróżka z bajki. Moja Wróżka.
Spragniony większej bliskości ściskam ją za biodra i unoszę. Chciałem
tylko dać sobie możliwość, by pocałować ją mocniej, jednak moja Wróżka
idzie o krok dalej i opasuje mnie nogami. Gdy przechyla biodra i pociera
cipką o mojego fiuta, w moim wnętrzu rozpala się ogień. Żyłami płynie
pragnienie, jakiego w życiu nie doznałem, i nagle czuję, że nie jestem
dostatecznie blisko niej. Przesuwam dłonie na jej tyłek i ściskam
pośladki, wsuwając język do jej ust. Jęczy, znów kołysze biodrami, przez
co penis pulsuje boleśnie przy zamku.
Zapoznaję się językiem z jej ustami i jednocześnie zatracam się w jej
smaku. Tak mnie oszołomiła, że uświadamiam sobie, co robię, dopiero gdy
piszczy. Odsuwam się i opieram swoje czoło o jej.
- Przepraszam - dyszę, z trudem chwytając powietrze. Taki właśnie ma na
mnie wpływ.
- Przestań. - Przełyka ślinę, również starając się odzyskać dech.
- Ostro się na ciebie rzuciłem. - To określenie nie jest adekwatne do
zabójczej siły, z jaką ściskałem jej pośladki, ani sposobu, w jaki
ocierałem ją o swojego fiuta. Zawsze traktuję ją ostrożnie, bo nie chcę
zrobić jej krzywdy, i w żaden sposób nie mogę usprawiedliwić tej utraty
kontroli.
- Marcus - szepcze. Przywiera ustami do mojej szyi, czym doprowadza mnie
do szału.
Gdy moje pełne imię spływa słodko z jej ust, czuję ucisk w podbrzuszu. W ten sposób zwracają się do mnie tylko rodzice, choć tata mówi do mnie
pełnym imieniem jedynie w chwilach złości. Nie potrafię wytłumaczyć,
dlaczego Dawn rozpala mnie tym słowem, ani nawet nie szukam po temu
wyjaśnienia.
- Co, kochanie? - pytam, starając się pozbierać.
Całuje mnie po szyi, zmierza wargami do ucha. Przygryza płatek, po czym
szepcze ochryple:
- Zerżnij mnie.
Wyszeptana prośba przepływa przeze mnie jak rozżarzona lawa. Jedną ręką
trzymam ją mocno za tyłek, a drugą rygluję drzwi wejściowe i ruszamy
dalej. Dziewczyna bez ustanku liże i wciąga do ust skórę mojej szyi,
rozpalając we mnie płomień, którego chyba nigdy nie będę w stanie
ugasić.
Zamykam kopniakiem drzwi sypialni, a potem zatrzymuję się przy swoim
wielkim łóżku.
- Pragnę twoich ust - mówię szorstkim głosem. Ulega mi, odsuwa się od
mojej szyi i rozchyla wargi. Całujemy się pospiesznie, walczymy na
języki.
Ciągnie mnie za koszulkę. Przerywam pocałunek i kładę ją na łóżku, przy
czym pozwalam, by zdjęła mi przez głowę T-shirt.
- Ręce do góry - polecam. Unosi je z uśmiechem, czekając, aż ją
rozbiorę.
Rzucam jej koszulkę gdzieś w pobliże swojego T-shirtu. Sycę się jej
widokiem. Długie, jasne włosy spływają jej po ramionach. Wyciągam rękę i przesuwam palcami po jedwabistych pasmach. Palcem wskazującym obrysowuję
ramiączko stanika, zmierzając wzdłuż niego do idealnych piersi, które
mieszczą mi się w dłoniach. Na samą myśl o tym ręce mrowią mnie, aby je
objąć. Świetnie się złożyło, bo stanik z zielonej koronki ma zapięcie na
przodzie. Rozpinam je wprawnymi ruchami i ostrożnie, jakby Dawn była z porcelany, odsłaniam najpierw jedną, a potem drugą pierś, i wciągam do
ust napęczniały sutek.
- Zdecydowanie rób mi tak jeszcze - dyszy, odchylając głowę do tyłu,
przy czym włosy zsuwają się z jej szyi.
Spełniam prośbę swojej dziewczyny, nie szczędząc pieszczot jej piersiom.
Ugniatam je dłońmi i kosztuję językiem. Wiem, że jej się to podoba.
Piersi są dla niej czymś w rodzaju włącznika uruchamiającego popęd
płciowy, a mnie podoba się, gdy ciągle jest włączony.
Odrywam od niej usta i patrzę na nią. Obserwuje mnie.
- Wstań. - Chciałbym, żeby rozebrała się prędko. Wyciągam rękę i pomagam
jej się podnieść. Cofam się i przyglądam uważnie każdemu jej ruchowi,
podczas gdy zrzuca z siebie dżinsy i majtki, a następnie odsuwa je nogą.
- Mark - mówi. Przenoszę uwagę z jej piersi na twarz, na której maluje
się nieznaczny uśmiech. - Masz na sobie zdecydowanie zbyt wiele ubrań.
Śmieję się i zdejmuję szybko pozostałe części garderoby. Wkładam wyjęty
z szafki nocnej kondom. Dawn przesuwa się na łóżku, a ja moszczę się nad
nią.
- Zaczekaj - prosi. Zamieram. Odwraca się i podpiera na dłoniach i kolanach.
Staję za nią, gładząc z rozkoszą jej tyłek. Napiera na mnie, gniotąc
fiuta naszymi ciałami.
- Cierpliwości - śmieję się. Biorę członek w rękę i przesuwam nim po jej
wilgotnym ciepełku, zanim się w nią wciskam. Wygina plecy, w pomieszczeniu rozbrzmiewa niski, głęboki jęk. Powoli w nią wchodzę i wychodzę.
- Mark. - Napiera na mnie mocno, przez co zanurzam się głęboko.
Zajebiście głęboko. - Jeszcze - domaga się.
Wysuwam się z niej i zaraz wracam. Trzymam ją w talii pewnie, lecz
delikatnie, gdyż nie chcę zrobić jej krzywdy.
Ponownie się do mnie przysuwa i kołysze biodrami.
- Szybciej - nalega. Jakby chcąc mi pokazać, o co jej chodzi, porusza
się szybko. Przytrzymuję ją mocniej. Gdy zaciska się na mnie, aż
zagryzam zęby i szorstko ją do siebie przyciągam.
- Aaa! - krzyczy, a ja zamieram.
Pochylam się, aby pocałować ją w szyję.
- Przepraszam - mamroczę. Obchodzę się z nią zbyt ostro. Pocałunkami
wytyczam szlak do jej ramienia, starając się nad sobą zapanować, bo nie
chcę zrobić jej krzywdy.
- Nie. Nie, nie, nie - mówi, kręcąc głową. Kurwa. Gdy zaczynam z niej
wychodzić, napiera, zatrzymując mnie w sobie. - Nie. Nie jestem
porcelanową lalką. Pragnę cię całego. Zerżnij mnie - powtarza wyraźnie i stanowczo, bez cienia wahania.
- Dawn, ja... - urywam, gdy robi takie magiczne coś, przy czym zaciska się
na moim fiucie. Świetnie jej to wychodzi.
- Proszę.
Nachylam się nad nią, przysuwam usta do jej ucha.
- Nie chcę zrobić ci krzywdy.
- Krzywdzisz mnie, nie dając mi całego siebie. Powstrzymujesz się, a ja
sobie tego nie życzę. Zwolnij hamulce.
Coś w jej głosie zdradza, że chodzi jej nie tylko o seks. Więc może
jednak się zgadzamy.
- Powiedz, żebym przestał, jeśli za bardzo mnie poniesie. Obiecaj, że
powstrzymasz mnie, jeżeli posunę się za daleko.
- Obiecaj mi, że zwolnisz hamulce.
- Wróżko - mówię ostrzegawczo.
- Dobra, obiecuję. A teraz zrób to wreszcie - poleca rozbawionym tonem.
Nie panuję nad własną wesołością. Klepię ją żartobliwie po tyłku, a ona
jęczy. - No, w końcu - przedrzeźnia mnie.
Trzymając ją za biodra, wychodzę z niej i zaraz się w nią wbijam. Za
każdym kolejnym razem coraz głębiej i mocniej. Jęczy, zaciska się na
fiucie niczym imadło. Moje ciało jakby przechodzi w tryb autopilota,
podczas gdy dążę do spełniania.
- O tutaj, Mark, właśnie tu, proszę, nie... nie przestawaj - dyszy.
Zanim mam szansę powiedzieć jej, że niczego takiego nie planuję,
szczytuje i krzyczy moje imię, wzbudzając tym u mnie silne doznania,
więc przeżywam orgazm chwilę po niej. Mając na uwadze swoją masę,
nachylam się i cmokam jej ramię, a potem obracam się razem z nią na bok.
Fiut pozostaje zanurzony głęboko w niej, podczas gdy twarz wtulam w jej
szyję.
- To... - mówi, a jej oddech przypomina świst - ...musimy powtórzyć.
Śmieję się zziajany.
- Po tym potrzebuję chwili na powrót do sił. - Zaciska na mnie cipkę. -
Lisiczka. - Ku jej uciesze ściskam delikatnie jej biodro.
- Dziękuję.
- Nigdy mi za to nie dziękuj.
- Wiem, że tego nie chciałeś.
- Oj, chciałem. Tylko obawiałem się, że zrobię ci krzywdę.
- Nigdy byś mnie nie zranił.
Kolejny raz przeczuwam, że w jej słowach kryje się drugie dno.
- Nigdy - zapewniam kategorycznie i daję jej buziaka w ramię. - Zaraz
wracam. - Opuszczam niechętnie jej ciało i wstaję, aby wyrzucić gumkę.
Myję się nieco i biorę ręcznik, aby ją wytrzeć. - Hej - szepczę.
Przysiadam na skraju łóżka i klepię ją po nodze. Otwiera oczy. - Rozsuń.
- Zawsze o mnie dbasz - mamrocze.
- Dobrze mi to wychodzi - mówię i całuję ją w czoło. Wycieram ją prędko
i w miarę możliwości. Wyrzucam mokry ręcznik do kosza na pranie i kładę
się za nią. Przyciągam ją do siebie i wtulam twarz w jej szyję. Kiedyś
nie przepadałem za czułościami, natomiast Dawn pragnę nieustannie
obejmować. Stale towarzyszy mi ochota, by znaleźć się możliwie najbliżej
dziewczyny, której równomierny oddech szybko ukołysze mnie do snu.
Rozdział 3. Dawn
Rozdział 3
Dawn
Przez cały tydzień, odkąd poprosiłam Marka o rozmowę, udawałam, że wcale
się nie zająknęłam na ten temat. Za każdym razem, gdy go poruszał,
zdawkowo zapewniałam go w obawie przed rozstaniem, po którym długo
dochodziłabym do siebie, że pogadamy w weekend. Nikt nie chce iść do
pracy z oczami zapuchniętymi od płaczu. A przynajmniej ja tego nie chcę.
Wiem, że to tylko wymówka, ale na więcej mnie nie stać. Spoglądam na
ekran telefonu wibrującego na blacie w łazience, na którym pojawiło się
powiadomienie o wiadomości od Marka.
Mark: Za chwilę u Ciebie będę. Nie chcę długo u nich siedzieć.
Musimy odbyć rozmowę, której tak unikasz.
Oboje wiemy, że on nie ustąpi, a ja zachowuję się jak tchórz.
Porozmawiamy wieczorem i może lepiej będzie, jeśli się rozstaniemy.
Właściwie jestem o tym przekonana. Zasługuję na związek z kimś, kto
pragnie takiego życia jak ja. Z kimś, kto pragnie spędzić je ze mną.
Chciałabym, aby tym kimś był dla mnie Mark.
Ja: Czyli mamy plan.
Mark: Nie będziesz już mnie zbywać?
Zmusza mnie do odsłonięcia kart, co jest dokładnie tym, czego
potrzebuję, aby odbyć tę rozmowę. Stracę zmysły, jeśli nie poznam
wkrótce jego opinii na ten temat. Jasne, sypiamy ze sobą zaledwie od
paru miesięcy, jednak spotykamy się znacznie dłużej - ponad rok. Seks
tylko zacieśnił naszą relację.
Ja: To nic strasznego. Tylko... chyba dopadły mnie wątpliwości.
Mark: O wszystkim możesz mi powiedzieć.
Ja: Wiem. Do zobaczenia.
Rzucam telefon z powrotem na blat i kończę nakładać cienką warstwę tuszu
na rzęsy. Uznaję, że wystarczy mi taki makijaż. Wiem, że Mark mówi
prawdę. W jego towarzystwie nigdy nie odniosłam wrażenia, że powinnam
milczeć. Obawy leżą wyłącznie po mojej stronie. Boję się, że się z nim
rozstanę, bo z mojego doświadczenia wynika, że konfrontacja z bliskimi
prowadzi do zerwania kontaktów.
Wystarczy pomyśleć o moim chłopaku ze szkoły średniej, po której
ukończeniu oboje wybieraliśmy się na studia. On zamierzał wyjechać na
kalifornijską uczelnię, podczas gdy ja miałam zostać bliżej domu.
Uzgodniliśmy, że ustalimy coś w sprawie związku na odległość, bo
umawialiśmy się od drugiej klasy. Założyłam zatem, że nadal będziemy
razem, ale on miał inne plany. Złamał mi serce i od tamtej pory
zasadniczo unikałam poważnych związków. Cóż, dopóki nie poznałam Marka.
Uważam, że połączyło nas poważne uczucie, mimo że nigdy nie
rozmawialiśmy na temat naszego związku.
Mam też młodszą siostrę, Destiny, przez którą zaznałam zupełnie innego
rodzaju cierpienia i strachu. Gdy byłam w ostatniej, a ona w pierwszej
klasie szkoły średniej, czułam instynktownie, że działo się coś
niedobrego. Docierały do mnie różne pogłoski i wiedziałam, w jakim
towarzystwie się obraca. Skonfrontowałam się więc z nią, a ona mnie
okłamała. Zapewniła, że nic jej nie jest. Wycofywała się coraz bardziej,
aż w końcu zrobiłam, co musiałam, czyli powiedziałam o wszystkim
rodzicom. Chcieliśmy pomóc jej całą rodziną, ale wyparła się narkotyków
i sypiania z kim popadnie. Zrzuciła winę na mnie i wtedy pierwszy raz
uciekła z domu. Zniknęła na dwa tygodnie. Wróciła brudna i naćpana, w rozsypce. Błagała o pieniądze na kolejną działkę. Rodzice posłali ją na
odwyk. Za pierwszym razem wytrzymała bez narkotyków sześć miesięcy. Z czasem straciłam rachubę tego, ile razy rodzice wysyłali ją na leczenie.
Nigdy nie chciała pomocy. Teraz już nawet nie sądziłam, by kiedykolwiek
zechciała wyjść z nałogu.
Wyłączam światło w łazience i przechodzę do salonu. Sprawdzam, czy mam
wszystko w torebce, i klepię się po pośladku, aby upewnić się, że
wzięłam telefon. Rozglądam się. W moim mieszkaniu panuje porządek, bo
łatwo jest dbać o czystość, kiedy mieszka się samemu. Przez kilka minut
przeglądam media społecznościowe, dopóki nie rozlega się znajome pukanie
do drzwi.
To Mark.
Ogarnia mnie oszałamiająca ekscytacja, co jest o tyle szalone, że
mężczyzna spędził u mnie wczorajszą noc. Od naszego ostatniego spotkania
minęło zaledwie kilka godzin, lecz nie zmienia to faktu, że raduję się
na samą myśl o tym, iż ponownie go zobaczę.
- Hej - witam go, otwierając drzwi.
- Sprawdzasz czasami, kto się do ciebie dobija? - pyta z kwaśną miną.
- Tak. Poza tym wiem, jak pukasz.
- A jak pukam? - docieka z rozbawieniem.
- Cicho. - Popycham go delikatnie.
Bierze mnie za ręce i przykłada je sobie do piersi. Nachyla się, a ja
staję na palcach, aby go pocałować.
- Tak lepiej - mówi, puszczając mnie. - Gotowa do drogi?
- Tak.
- Mamy wziąć coś jeszcze?
- Nie. Wczoraj wszystko u nich przygotowałam. Reagan ma kuchnię większą
od mojego aneksu.
- Mogłaś ugotować coś u mnie.
Zaproponował wczoraj, bym skorzystała z jego kuchni. Podziękowałam
jednak, bo obawiałam się, że zacznę rozmowę na wiadomy temat, a potrzebowałam lub raczej pragnęłam spędzić z nim jeszcze jeden...
zwyczajny wieczór, podczas którego zachowywalibyśmy się normalnie, zanim
być może doprowadzę do naszego rozstania. Wiem, że mój tok rozumowania
nie jest racjonalny, ale trudno mi sprawić, aby dawne doświadczenia nie
kładły się cieniem na przyszłości.
- Wiem, ale bardziej sensowne wydało mi się przygotowanie wszystkiego u nich, skoro i tak się tam wybieramy. - Tydzień przed prawdziwym Świętem
Dziękczynienia, które wszyscy spędzimy ze swoimi rodzinami, urządzamy
przyjacielską wersję tej uroczystości. Upiekłam więc dwa placki dyniowe
i dwa jabłkowe, w czym pomagali mi Reagan i chłopcy, podczas gdy Tyler i Mark grali w piwnicy w bilard. Oboje opadaliśmy z sił, jeszcze zanim
wróciliśmy do mojego mieszkania, w którym od razu zasnęliśmy. Nie
mieliśmy więc czasu na rozmowę. Mark pomagał w czymś rano Ridge'owi,
toteż wyszedł wcześnie.
- Może i masz rację - mamrocze. - Odnoszę wrażenie, że prawie się nie
widzieliśmy w tym tygodniu, odkąd zapytałaś, czy porozmawiamy.
- Wiem. Pogadamy. Dzisiaj. Wszystko w porządku. Obiecuję. Naprawdę chcę
tylko o czymś z tobą porozmawiać - zbywam go, mimo że sprawa jest
poważna.
- Dobrze, Wróżko - mówi i daje mi buziaka w kącik ust. - Weź płaszcz.
Wkładam okrycie, po czym wychodzimy. Mark dwa razy sprawdza, czy
zamknęłam drzwi, a potem kładzie dłoń na moich plecach i prowadzi mnie
do swojego pick-upa.
- Tuż zanim wyszedłem, zadzwoniła mama. Idziemy do nich w przyszłym
tygodniu na kolację, prawda? - pyta.
- Tak, ale... Na pewno nie mają nic przeciwko temu, żebym wpakowała się
na wasze spotkanie rodzinne?
- Wiesz, że im to pasuje. Zresztą to nieistotne. Nie pozwolę, żebyś była
sama w święto.
- Ridge i Kendall mnie zaprosili - przypominam. Rodzice wybierają się w przyszłym tygodniu na rejs. Cieszę się, że zaplanowali sobie wczasy. Tak
wiele czasu, sił i pieniędzy poświęcają, starając się, aby Destiny
odstawiła narkotyki, że prawie nie mają chwili czy funduszy na coś dla
siebie. Mama pytała mnie co najmniej tysiąc razy, czy nic się nie
stanie, jeśli zostanę w święto sama. Mnie to nie przeszkadza. Mam tutaj
bliskich znajomych, a Mark poprosił, abym spędziła ten dzień z nim i jego rodziną. Nie będę więc sama.
- Będziesz ze mną. - Jego ton zdradza, że nie ma sensu z nim dyskutować.
To dobry znak, prawda?
*
- W czym mogę pomóc? - pytam Reagan, która uwija się w kuchni jak
pracowita pszczółka.
- Yyy... - Przystaje, by na mnie spojrzeć, i wybucha śmiechem. - Nie mam
pojęcia. Pierwszy raz urządzam tak duże przyjęcie. Na pewno trzeba
przygotować coś prócz burgerów, które wrzucimy na ruszt.
- Pomogę. Co mam zrobić?
- Cóż, trzeba wstawić bułki do piekarnika, wyjąć łyżki do nakładania
potraw i jajka faszerowane. Można już potłuc ziemniaki i nakryć do
stołu.
- Okej. Zajmij się bułkami, a ja ogarnę całą resztę.
Chwilę później podchodzi do nas Kendall
- W czym mogę pomóc? - pyta. Śmiejemy się z Reagan. - Co?
- Reagan nieco przytłoczyły przygotowania - wyjaśniam, po czym powtarzam
listę zadań, którą niedawno usłyszałam od przyjaciółki. Wszystko
przygotowujemy wspólnie. Gdy indyk i szynka stoją już na stole, Reagan
wzdycha ciężko.
- Udało ci się - mówię i ją obejmuję.
- Bez was nie dałabym rady.
- Tak właśnie powinno być. Jesteś gospodynią, ale nie musisz odwalić
całej roboty - zapewnia ją Kendall.
- Jak mojej mamie od tylu lat udaje się wszystko przygotować w taki
sposób, jakby się wcale nie natrudziła? - śmieje się Reagan.
- Prawda? Byłyśmy za małe, by zapamiętać, kiedy mamy się tego nauczyły.
My też damy sobie radę - mówię ku ich uciesze.
- Zawołajmy towarzystwo - rzuca Kendall.
Do kuchni wchodzą faceci. Każdy ma na rękach dziecko: Ridge Everly, Seth
Knoksa, Mark Bena - którego poznaję tylko dlatego, że Reagan powiedziała
mi, że tego bliźniaka ubrała w niebieski strój - a Tyler Becka w czerwonym ubranku.
- Przydałoby się jeszcze jedno dziecko w rodzinie - oznajmia Kent.
- Słucham? - pyta Ridge.
- Jeszcze jedno dziecko. - Zatacza rękami krąg w powietrzu. - Przydałoby
się w rodzinie.
- Wiesz, skąd się biorą maluchy, prawda? - podpuszcza go Mark.
- Tak. A ty? Zajmijcie się tym. - Wskazuje na Marka, a potem na mnie.
- Masz jakieś problemy z f... sprzętem? - dopytuje Mark.
- Żadnego, ale ty masz dziewczynę, więc to oczywiste, że teraz twoja
kolej.
Mark na mnie spogląda.
- Fajnie się ćwiczy robienie dzieci. - Uśmiecha się zadziornie.
Policzki mnie pieką. Nie spotykamy się w tajemnicy, więc nie wiem, co
wywołało rumieniec. Przyznanie, że rzeczywiście uprawiamy seks, czy
uwaga na temat robienia dzieci?
- Pospiesz się, do cholery - burczy Kent.
- Następnym razem się pospiesz - naśmiewa się z niego Seth.
- Usiądźmy do stołu - mówi Reagan, kręcąc głową.
Faceci nalegają, byśmy pierwsze sobie nałożyły. Reagan i Kendall próbują
przygotować jedzenie dzieciom, jednak mężczyźni upierają się, że sami
się tym zajmą. Nakładamy zatem sobie i przechodzimy do salonu,
zostawiając facetom i maluchom duży stół jadalniany. Łatwiej nam będzie
w ten sposób zjeść, bo krzesła dla dzieci ustawiliśmy właśnie w jadalni.
Z dziewczynami rozsiadamy się i relaksujemy, rozkoszując się
jednocześnie świetnym jedzeniem i własnym towarzystwem. Z jadalni
napływa gromki śmiech zarówno mężczyzn, jak i maluchów. Jestem wdzięczna
za to, że spędzam ten cudowny dzień z przyjaciółmi. Żołądek mi się
skręca, gdy zastanawiam się, jak będzie wyglądało przyjacielskie Święto
Dziękczynienia, jeśli nie wyjdzie nam z Markiem. To on bardziej należy
do tej "rodziny", dłużej zna tę paczkę. Czy wytrzymałabym, gdyby
przyszedł za rok z jakąś inną kobietą? Czy wytrzymałabym, gdyby rzucił,
że "ćwiczy" robienie dzieci z inną?
Za cholerę.
- Halo, tu Ziemia. - Kendall macha mi przed nosem, wyrywając mnie z udręczonego zamyślenia.
- Przepraszam. Mówiłaś coś?
- Dobrze się czujesz? - pyta.
- Tak - kłamię.
- Jeszcze z nim nie porozmawiałaś? - docieka Reagan.
- Co mnie ominęło? - pyta Kendall.
- Martwi się, że Mark nie odwzajemnia jej uczuć - zdradza Reagan.
- Słucham? To szaleństwo. Nie dostrzegasz, jak na ciebie patrzy? -
docieka Kendall.
- Widzę to - wzdycham. - Obawiam się jedynie, że ja traktuję nasz
związek poważniej.
- Zapytaj go dla pewności - stwierdza Reagan.
- Porozmawiam z nim. Dziś. Chciałam chwilę poczekać. Wiesz, na wypadek,
gdybym miała odstraszyć go tą rozmową.
Kendall kręci głową. Nikt nie zna mnie lepiej niż ona, więc przyjaciółka
zdaje sobie sprawę z obaw, jakie budzi we mnie konfrontacja z bliskimi.
- Tym razem jest inaczej - mówi cicho.
- Maleńka! - woła Tyler. - Zobacz.
- Lepiej pójdźmy do nich. - Wstaję, kończąc naszą pogadankę.
Dostatecznie się już zestresowałam. Nie chcę, by ktoś karmił mnie
fałszywą nadzieją. Muszę po prostu skończyć z tym ociąganiem się i poruszyć wiadomy temat, aby poznać opinię Marka.
- O rety - śmieje się Reagan. - Wygląda na to, że chłopcom posmakowało
purée z ziemniaków.
Napawam się widokiem bliźniaków umazanych warzywną mazią. Seth trzyma
Knoksa, który siedzi na stole przed krzesełkami maluchów i wygląda
bardziej uroczo od kuzynów, których karmi. To wyjaśnia, skąd się wziął
bałagan. Reagan wyciąga z kieszeni telefon i pstryka kilka zdjęć.
- A ty - Kendall odstawia pusty talerz na stół i wyjmuje Everly z krzesełka - sama nieźle się ubrudziłaś. - Uśmiecha się do córki.
- Zajmiemy się dziećmi, a wy posprzątajcie w kuchni - oznajmia Reagan.
Odstawiam talerz na stół i wyjmuję Becka z krzesełka, a Reagan wyciąga
ręce do Bena. Knox, którego Seth postawił na ziemi, bierze Kendall za
rękę, gdy ruszamy do łazienki, aby umyć dzieci.
*
- Będziemy się już zbierać? - pyta Mark.
Ridge i Kendall pakują rzeczy dzieci, a bliźniaki śpią na górze.
- Tak... - urywam, gdy czuję w kieszeni wibrowanie telefonu. Zakładam, że
dzwonią rodzice. Dlatego że jutro wyjeżdżają na rejs, mama obiecała mi z pięć razy, że dziś się do mnie odezwie. Wyjmuję komórkę i spoglądam na
ekran. Wyświetla się na nim nieznany numer rozpoczynający się
kierunkowym z moich rodzinnych stron. Przesuwam palcem po ekranie i przykładam urządzenie do ucha. - Halo.
- D-Dawn... - mówi przez łzy jakaś kobieta.
- Destiny? - To chyba ona. Trudno jednak odgadnąć przez ten płacz. - To
ty? Co się stało? - pytam szybko młodszą siostrę.
- Był wypadek - mówi łamiącym się głosem.
Serce podchodzi mi do gardła.
- Jaki wypadek? - udaje mi się zapytać. Mark obejmuje mnie w talii,
pocieszając bez słów.
- Przepraszam - płacze.
- Destiny - odzywam się surowym tonem. - Powiedz, co się stało. -
Ostatnio rozmawiałam z nią kilka miesięcy temu, chociaż była bardzo
naćpana, więc raczej tego nie pamięta. A ma dopiero dwadzieścia dwa
lata.
- Odeszli - mówi, głos jej się łamie.
Czuję ucisk w piersi.
- Kto odszedł? - pytam szeptem, chociaż instynkt podpowiada mi
odpowiedź.
Niemożliwe.
- Mama i tata. Przepraszam - powtarza. Na linii zapada cisza. Z drugiej
strony słuchawki nie dociera żaden odgłos.
Opuszczam dłoń do boku, wysuwa się z niej telefon, którego nie mam siły
złapać. Moi rodzice odeszli. Siostra przekazała informację i się
rozłączyła. Muszę się dowiedzieć czegoś więcej. Opadam gorączkowo na
kolana i zaczynam szukać komórki. Mark mnie powstrzymuje.
- Hej - mówi kojąco. - Powiedz, co się stało.
- Potrzebuję telefonu.
- Proszę - mówi Kent, stając przy mnie. Pochyla się, bierze moją komórkę
i mi ją podaje.
- Dawn. - Mark ujmuje moją twarz w szorstkie, wielkie dłonie. - Powiedz
coś.
- Muszę zadzwonić do szpitala.
- Dobrze. Zadzwonimy, ale najpierw powiedz, co się stało.
- M-moi rodzice - dukam. - Odeszli.
Ktoś kładzie rękę na moim ramieniu. Odwracam się, przez co dłoń Marka
się ze mnie zsuwa. Moim oczom ukazuje się Kendall.
- Dzwoniła Destiny - mówię jej. - Powiedziała... że mama i tata odeszli.
- Oj, cukiereczku. - Tuli mnie. - Ogromnie mi przykro.
- N-nie wiem, co to znaczy. Chociaż chyba wiem, ale się rozłączyła. Po
prostu się rozłączyła - dodaję głośniej. Przykładam dłoń do ust, gdy
spoglądam na dzieci.
- Wszystko w porządku - uspokaja mnie Kendall. - Co mamy zrobić?
Moja najlepsza przyjaciółka zawsze mnie wspiera. Była przy mnie podczas
wielu dramatów nakręcanych przez moją siostrę.
- Oddychaj - mamrocze cicho Mark. Obejmuje mnie w talii i tuli kojąco.
Spełniając polecenie, nabieram głęboko powietrza i wypuszczam je powoli.
- Muszę zadzwonić do szpitala. Dowiedzieć się, co się dzieje.
- Zajmę się tym - mówi Kendall, wyjmując telefon z kieszeni.
Sensownym rozwiązaniem jest, aby zadzwoniła do szpitala, w którym
zaczęłyśmy pracę od razu po ukończeniu studiów. Może natrafi na kogoś
znajomego i dowie się czegoś. Muszę wiedzieć, co z moimi rodzicami. Nie
jestem w stanie wykonać telefonu, lecz potrzebuję odpowiedzi na to
pytanie. Dłonie mi się trzęsą, gdy wybieram numer, z którego przed
chwilą dzwoniła siostra. Słychać sygnał, jeden, drugi, a potem
połączenie zostaje przekierowane na pocztę głosową. Automatyczny głos
zachęca do pozostawienia wiadomości. Nie nagrywam się jednak. Trudno
zgadnąć, do kogo należy telefon, poza tym Destiny na pewno do mnie nie
oddzwoni.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki