Prolog
Kent
Przykładam butelkę piwa do ust i spoglądam na zegar ścienny. Dziesięć
minut po jedenastej. Bardzo się spóźnię, bo miałem się z nią spotkać o siódmej. To ostatni wspólny wieczór przed jej powrotem na uczelnię.
Zamiast pojechać zgodnie z obietnicą na spotkanie, piję z kumplami piwo
w "Do dna". Przyjaciele nawet nie podejrzewają, że miałem teraz zobaczyć
się z dziewczyną... z którą regularnie uprawiam seks? Nie nazwaliśmy nigdy
naszej relacji, nie jesteśmy w prawdziwym związku.
Spotykamy się już ponad dwa lata. Poznaliśmy się w barze, kiedy
odwiedziła rodzinę podczas przerwy semestralnej. Piła wtedy piwo z koleżankami. Polubiliśmy się i zaprosiłem ją do siebie. Zaszyliśmy się w łóżku na cały weekend, po czym ona wróciła na uczelnię. Potem
przyjechała na ferie wiosenne i wpadliśmy na siebie na stacji paliw. I tak spotykaliśmy się, gdy była w miasteczku, a później wyjeżdżała z powrotem do college'u.
Łatwo sobie wyobrazić, jak wyglądała nasza znajomość przez minione dwa
lata. Jednak podczas ostatnich kilku tygodni coś się zmieniło. Wydaje mi
się, że zacząłem czuć do niej... coś więcej. Ja pierdolę, zamiast pogodzić
się ze swoimi uczuciami i spotkać z dziewczyną, która niewątpliwie na
mnie czeka, piję piwo z kumplami. Umówiłem się z nią w zajeździe w pobliskim miasteczku. Ubrałem się i byłem gotowy do wyjścia, ale
obawiałem się tego spotkania - ostatniego przed przerwą
bożonarodzeniową. Serce mi łomotało, a dłonie się pociły, bo
uświadomiłem sobie, ile znaczy dla mnie ta dziewczyna i że
najzwyczajniej w świecie boję się przyznać do własnych uczuć. Chwilę po
tym, jak wyszedłem z domu, Ridge zadzwonił i powiedział, że umówili się
dziś na piwo. Kumple o niej nie wiedzieli, więc gdybym się z nimi
spotkał, mógłbym pożegnać się z dziewczyną nieco później.
Nie chciałem się z nią rozstać.
Ściska mi się żołądek na myśl o tym, że zobaczę ją dopiero za kilka
miesięcy. Nie wiem, dlaczego tym razem jest inaczej, ale poczułem do
niej coś więcej. Nigdy tak nie miałem. A przynajmniej aż do tej pory.
Wybrałem spotkanie w barze i dowiodłem tym, że jej matka ma rację. Nie
jestem dla niej wystarczająco dobry. Ona rzeczywiście zasługuje na kogoś
lepszego. Ukrywamy się, żeby nie musiała wysłuchiwać ciągłych litanii na
ten temat. Z drugiej strony nikomu o niej nie powiedziałem, więc może
jej matka ma rację. Tej dziewczyny nie powinno się ukrywać przed
światem.
- Co się stało? - pyta Mark.
- Nic. Padam na pysk - odpowiadam wymijająco.
- Ostatnio często pomagasz tacie - zauważa Tyler.
- Tak. Sprzątamy starą stodołę. - Nie kłamię. Tata naprawdę robi
porządek w stodole. Pomogłem mu raz czy dwa. Za każdym innym razem tylko
wymawiałem się pomocą, by spotkać się z dziewczyną.
- Po co? - pyta Tyler.
- Mama chce ją wynajmować na wesela i tym podobne.
Ridge śmieje się pod nosem.
- Uda jej się namówić na to twojego ojca?
- Nie. Tata zapewne urządzi tam jej pracownię. Mama uwielbia malować. Z tysiąc razy mówiła, że ze stodoły byłby piękny widok, gdyby wstawić do
niej parę okien.
Rodzice mieli kiedyś konia rasy tennessee walker. Nazywał się Harry.
Mama bardzo go kochała. Kiedy umarł w zeszłym roku, rodzice zdecydowali,
że nie będą mieli więcej zwierząt. Chcieli podróżować, więc tata zaczął
sprzedawać sprzęt jeździecki i rozbierać boksy. Domyśliłem się, że
szykuje mamie coś wyjątkowego, bo taki już jest. Mama to miłość jego
życia i zrobi wszystko, aby wywołać u niej uśmiech.
- Spodoba jej się - mówi Tyler.
- Tak. - Dopijam piwo, wyciągam z portfela dwudziestkę i zostawiam ją na
stoliku. - Będę się zwijał. Powiedziałem tacie, że przyjadę z rana. - To
prawda. Poza tym dziewczyna wystarczająco się już naczekała. Jestem
dupkiem. Dlaczego się nie ogarnąłem i nie pojechałem prosto do niej, by
wyznać jej uczucie? Moglibyśmy zostać prawdziwą parą.
- Przydadzą wam się dodatkowe pary rąk? - pyta Mark.
- Oczywiście. Znacie drogę. Będę około dziewiątej. - Ona wylatuje o ósmej. Podliczam w głowie, ile zmarnowałem dziś godzin, które mogliśmy
spędzić razem. - Przyjedźcie, kiedy będzie wam pasowało.
Wychodzę. Zanim wsiądę do pick-upa, wybieram jej numer. Od razu
przełącza mnie na pocztę głosową.
- Hej, to ja. Wiem, że się spóźniłem. Już jadę. - Wrzucam komórkę do
uchwytu na kubek i kieruję się ku obrzeżom miasteczka. Dziewczyna
oznajmiła poważnym tonem, że chce ze mną porozmawiać. Domyślam się, że
chce mi powiedzieć, że się we mnie zakochała - jak ja w niej. Różni nas
jednak to, że ja jestem wielkim tchórzem, który nie chce wyznać swoich
uczuć. A przynajmniej zachowałem się jak tchórz jeszcze cztery godziny
temu. Teraz odwagi dodaje mi alkohol albo myśl o rozstaniu. Będę się
płaszczył i wyznam jej swoje uczucia. Pora stawić czoło prawdzie i lepiej ją traktować. Mama dobrze mnie wychowała. Spuściłaby mi lanie,
gdyby się dowiedziała, jak postępuję.
Przy zajeździe nie zauważam jednak jej samochodu. Dzwonię więc kolejny
raz. Z trudem wchodzę do recepcji, by zapytać, czy się zameldowała.
Pojechałbym do niej, gdyby naszej znajomości nie sprzeciwiali się jej
rodzice. Według nich jestem zbyt "małomiasteczkowy". Kurna, mieszkamy w tym samym miasteczku, ale nie jestem odpowiednim facetem dla ich córki.
To chyba między innymi z ich powodu nie wyznałem jej jeszcze swoich
uczuć. Szczerze mówiąc, w tyle głowy zawsze kłębi się myśl, że któregoś
dnia dziewczyna obudzi się i stwierdzi, że zapewniłem jej rozrywkę i tyle, pora zakończyć znajomość. Pracuję fizycznie i mam wytatuowane
ciało, dlatego nigdy nie spotkam się z aprobatą ze strony jej rodziców.
Podczas nielicznych spotkań zauważyłem, że patrzyli na mnie
nieprzychylnym okiem. Wyobrażam sobie, co jej matka pomyślałaby o mnie w tej chwili. Mimo że dziewczyna nie dała mi ku temu powodu, odgrodziłem
się od niej murem, wątpiłem w nią.
Aż do tych wakacji.
Jeszcze raz wybieram jej numer i nagrywam się na pocztę głosową.
- Hej, to ja. Przepraszam za spóźnienie. W zajeździe powiedzieli, że się
nie zameldowałaś. Będę tu jeszcze kilka godzin. Przyjedź albo spotkajmy
się gdzieś indziej. Tylko... oddzwoń. - Znowu gryzie mnie sumienie. Gdybym
powiedział o niej przyjaciołom, gdyby wiedzieli, ile dla mnie znaczy,
tuliłbym ją w tej chwili w ramionach, zamiast stać tutaj sam jak palec.
Ale ją ukrywałem. Dobrze wiem, że kumple wyrzucaliby mi, że wystawiłem
dziewczynę. Dostałem nauczkę. Muszę tylko ją znaleźć i przeprosić.
Oznajmić światu, że ją kocham.
Przejeżdżam obok domu jej rodziców, przy którym oczywiście stoi jej
malutki biały volkswagen. Nadludzkim wysiłkiem powstrzymuję chęć, by
stanąć, i jadę dalej, do siebie.
Kolejny raz dzwonię do niej z domu ze świadomością, że to bezcelowe.
Dziewczyna słusznie się wkurzyła. Zadzwonię do niej rano. Palant ze
mnie. Bardzo nie podoba mi się, że nie zobaczymy się przed jej wyjazdem.
Mogę jednak winić za to tylko siebie. Jakoś naprostuję tę sytuację. Nie
mogę się doczekać ferii zimowych. Uczuć nie należy wyznawać przez
telefon, lecz z własnej głupoty odebrałem sobie możliwość rozmowy w inny
sposób, chyba nawaliłem, mimo że w życiu nie spotkało mnie nic lepszego
niż ta znajomość.
Pora zmężnieć i powiedzieć jej, co czuję.
Pora przyznać przed nią i przed sobą, że się w niej zakochałem.
Rozdział 1
Delaney
Już chyba z milion razy sprawdziłam z listą, czy wszystko spakowałam.
Perspektywa pierwszej samodzielnej podróży wzbudza u mnie zarazem
radość, jak i stres. Można pomyśleć, że dorosły człowiek bez problemu
wsiądzie w samolot i poleci z Kalifornii do Tennessee. Cóż, w moim
przypadku jest inaczej.
- Spakowałaś się już? - pyta od progu mama.
Tak, wciąż mieszkam z rodzicami. Cóż, właściwie to tylko z mamą. Tata
zmarł przed rokiem na zawał. Z trudem pogodziłyśmy się z jego odejściem.
Mogłam się wyprowadzić z domu rodzinnego, a jednak tego nie zrobiłam. Po
prostu nie chcę zostawić mamy samej. Poza tym bardzo mi pomaga i jako
jedyna okazała wsparcie.
- Tak. - Unoszę listę, według której wielokrotnie sprawdziłam bagaż.
Mama śmieje się pod nosem.
- Kiedyś nie robiłaś list. Cieszę się jednak, że zaczęłaś je stosować.
Zamykam i wsuwam notes do torebki.
- Bez niego nie wychodzę z domu.
- Wiesz, że lepiej sprawdziłby się iPad, którego ci kupiłam. - Marszczy
brwi. Nie pojmuje, że wolę sunąć długopisem po papierze. - To raczej ja
powinnam się obawiać technologii.
- Nie obawiam się technologii, mamo. - Na dowód unoszę czytnik e-booków.
- Po prostu wolę papier. Lubię odhaczyć po kolei punkty na liście, a potem wyrzucić ją do kosza.
- Co kto woli - wzdycha ciężko. - Nie rozumiem, dlaczego uparłaś się na
wyjazd. Nie cierpię tego miasteczka i tego domu.
- Bo dziadkowie zapisali go tacie, który później zapisał go mnie.
Powinnam nadzorować jego remont. Dlaczego tak nie cierpisz tego domu i miasteczka?
- Życie w małym miasteczku nie jest dla mnie. A dom jest... nie wiem...
nigdy za nim nie przepadałam. Nie do wiary, że ojciec ci go zapisał.
Przed laty starałam się namówić twojego tatę, by go sprzedał.
- Czy dlatego, że dom należał do dziadków? To z tego powodu za nim nie
przepadasz? - pytam, chociaż w głębi wiem, że mam rację. Mama nigdy nie
dogadywała się z rodzicami taty, którzy zmarli, gdy byłam w szkole
średniej. Kiedy ją skończyłam, tacie jakimś cudem udało się przekonać
mamę do przeprowadzki. Jednak szybko wrócili do Kalifornii.
- Zawsze patrzyli na mnie z góry. - Zaskoczona tym, co właśnie
usłyszałam, unoszę brwi. - Zrozumiesz, jak się czułam, jeśli kiedyś
spotka cię to samo. Mieć świadomość, że rodzina twojego ukochanego uważa
cię za nieodpowiednią partnerkę dla niego... to tragiczne - mówi
teatralnie, tak jak to tylko ona potrafi.
- Nie zachowujesz się jak osoba, która ma za sobą trudne przejścia.
- Nie masz pojęcia, co przeszłam - stwierdza, posyłając mi znaczące
spojrzenie.
Bardzo mi się nie podobają te jej ciągłe aluzje.
- Cóż, nie spodziewałam się, że ekipa zacznie remont w tym tygodniu.
Przylecisz później, prawda? Zabukowałam ci już bilety.
- Gdzie się zatrzymamy? - wzdycha. Zachowuje się, jakby nadszedł koniec
świata.
- W domu, rzecz jasna.
- Słucham? Dlaczego? Z pewnością możemy wynająć sobie pokój w przyzwoitym hotelu, który był kiedyś w tym miasteczku.
- Po co? Dom dziadków jest ogromny. Pomieścimy się.
- Podczas remontu? - pyta zbulwersowana.
- Może się mylę, ale czy nie zrobiłyśmy tego samego tutaj? Kiedy po
śmierci taty stwierdziłaś, że musisz zmienić coś w swoim otoczeniu?
Przetrwałyśmy, mieszkając podczas remontu w domu o połowę mniejszym od
rezydencji dziadków.
Przewraca oczami. Obie wiemy, że mam rację. Dziadkowie zmarli w odstępie
kilku miesięcy. Przysięgam, że dziadek odszedł, bo serce mu pękło z żalu
po śmierci babci. Chociaż dopatruję się takiej przyczyny jego zgonu
zapewne dlatego, że czytam za wiele romansów i ogólnie jestem...
romantyczką.
- Dobra.
- Świetnie. Jeszcze raz sprawdzę, czy wszystko spakowałam, a potem
pojadę na lotnisko, żeby nie spóźnić się na samolot.
- Delaney - szepcze mama. Wykręca palce, na jej twarzy maluje się
przerażenie. - Mieszkańcy tego miasteczka nigdy za mną nie przepadali...
trzymaj się od nich z daleka, dobrze? Załatw szybko sprawy spadkowe i dogadaj się z ekipą remontową i... nie wychylaj się. Nie chcę, żebyś
mierzyła się z tym samym, co mnie spotkało.
- Masz paranoję, mamo. Nic mi się nie stanie. Poza tym mówisz o zdarzeniach sprzed lat. Twierdziłaś, że dziadkowie byli wobec ciebie
niemili, a teraz zarzucasz to samo całemu miasteczku?
- Tak. Obiecaj mi, że nie... - urywa, jakby szukała właściwych słów. -
Nie... wychodź sama z domu. Poczekaj do mojego przyjazdu.
- Mogłabyś pojechać ze mną.
- I odpuścić sobie brydża z dziewczynami? Nie ma mowy. Marthę czeka
zabieg wszczepienia endoprotezy kolana, więc to ostatnia szansa na
spotkanie przed kilkutygodniową przymusową przerwą.
Mam wielką ochotę przewrócić oczami. Broń Boże, żeby matce wyskoczyło
coś ważniejszego od spotkania z koleżankami. Pod pewnymi względami
świetnie się złożyło, więc nie złoszczę się za bardzo na nią.
- Niech ci będzie. Do zobaczenia. - Ściskam ją. Biorę walizkę i wychodzę. Spotkam się jeszcze z koleżankami, a później popędzę prosto na
lotnisko.
Uspokoiłam się, zanim samolot podszedł do lądowania. Nie wiem, dlaczego
tak się zestresowałam samodzielną podróżą. Przecież to nie był mój
pierwszy samodzielny lot. Chyba przygnębiła mnie gadka mamy.
Sparafrazowana brzmiała mniej więcej tak: "w miasteczku mieszkają
niemili ludzie, bla, bla, bla". Matka bez sensu napędziła mi strachu. Od
początku podróży spotykam samych miłych ludzi. Na przykład teraz czekam
w wypożyczalni na samochód i już co najmniej trzy razy zaproponowano mi
coś do picia. Przez mamę myślałam... że wszyscy mieszkańcy stanu Tennessee
są okropni. A wcale tacy nie są. Niektórzy mają nawet charakterystyczny
południowy akcent, którego mogłabym słuchać całymi dniami. Siedząc i czekając, wyciągam z torebki list, który prawnik ojca wręczył mi wraz z aktem własności posiadłości dziadków.
Delaney,
dziadkowie mieli nadzieję, że posiadłość zostanie w rodzinie. Decyzja
należy jednak do Ciebie. Ja jej za Ciebie nie podejmę. Mam tylko jedną
prośbę - spędź trochę czasu w tym domu. Poznaj miasteczko i jego
mieszkańców, zanim coś w tej kwestii zdecydujesz.
Na zawsze gościsz w moim sercu,
tata
Wkładam złożony list do torebki. Nie wiem, dlaczego tata tak nalegał,
abym spędziła tu trochę czasu, ale nic mi się nie stanie, jeśli spełnię
jego ostatnie życzenie. Z trudem przełykam ślinę, starając się opanować
wzruszenie. Bardzo za nim tęsknię.
- Proszę pani. - Podchodzi do mnie chłopak, który chyba dopiero niedawno
przekroczył osiemnastkę. - Przyszykowaliśmy dla pani SUV-a. Zanieść
bagaż?
- Nie. - Posyłam mu życzliwy uśmiech. - Dziękuję. - Wstaję i ruszam za
nim.
Kiwa głową w stronę parkingu.
- Czarny dodge durango - rzuca, wskazując na auto.
- Dziękuję. - Idąc do samochodu, ciągnę za sobą walizkę na kółkach.
Wrzucam ją na tylne siedzenie, a potem ustawiam sobie odpowiednio fotel
i lusterka. Od wypadku zachowuję wzmożoną ostrożność podczas jazdy.
Gdyby matka postawiła na swoim, nigdy więcej nie usiadłabym za kółkiem.
Powtarzam sobie jednak, że nie można żyć w ciągłym strachu. Wklepuję
adres do nawigacji, kładę dłonie na kierownicy i ruszam.
Pierwsze wrażenie? W Tennessee jest pięknie. Jak komuś mógłby się nie
spodobać górzysty krajobraz porośnięty drzewami? Zerkam na wyświetlacz.
Jestem już blisko. Zostało mi półtora kilometra do celu. Poruszam dłońmi
mocno zaciśniętymi na kierownicy, gdy górę biorą nade mną nerwy matki.
- Dotarłeś do celu - oznajmia kobiecy głos płynący z nawigacji.
Włączam kierunkowskaz i wjeżdżam na długą drogę dojazdową, nad którą
wsparty na dwóch kolumnach z cegieł wisi metalowy łuk z napisem
"Posiadłość Nottinghamów". Doznaję dziwnego wrażenia, którego nie
potrafię opisać. Czuję, jakby to tutaj był mój dom. Ale przecież on jest
w Kalifornii. Widocznie posiadłość dziadków wywołała we mnie jakąś
nostalgię. Z drugiej strony może chodzi o to, że ojciec zapisał mi ją w testamencie. Nie poinformował o swoich planach matki, która nadal ma mu
to za złe.
Nie wiem, dlaczego tato kiedyś nie sprzedał tej nieruchomości, niemniej
precyzyjnie sporządził testament. Posiadłość stała się moją własnością,
którą będę mogła rozporządzać w dowolnym sposób, kiedy skończy się
nadzorowany przeze mnie remont. Z zapisu zrozumiałam, że ojciec liczył,
iż zamieszkam w tym domu. Jeśli jednak nie zdecyduję się na
przeprowadzkę, będę mogła go sprzedać, ale tylko pod warunkiem, że
naprawdę przemyślę tę decyzję.
Matka, rzecz jasna, się wściekła. Nalegała, byśmy wystawiły dom na
sprzedaż i "już nigdy nie musiały postawić stopy w tej zapadłej
dziurze", jak mawiała o rodzinnym mieście ojca. Przejechałam się przez
miasteczko, a teraz zaparkowałam na okrągłym podjeździe i wpatruję się w dom stanowiący cząstkę historii mojej rodziny. Już bez cienia
wątpliwości stwierdzam, że matka nie znosi tego miasteczka i domu z innych powodów niż te, które wcisnęła mi w formie wymówki.
Biorę kluczyki, telefon i torebkę i wysiadam z samochodu. Rozprostowuję
obolałe kończyny i zaciągam się głęboko czystym, górskim powietrzem.
Jest rześkie i inne niż to w Kalifornii. Tutaj nie ma wszechobecnego
smogu, więc już mi się podoba. Omiatam wzrokiem dom. Został zaniedbany
przez kilka ostatnich lat, ale dostrzegam jego piękno pomimo zarośniętej
działki oraz łuszczącej się farby. Podekscytowana chcę zajrzeć do
wnętrza, sprawdzić, z czym przyjdzie mi się mierzyć, gdy słyszę
nadjeżdżający samochód. Odwracam się i dłonią osłaniam oczy przed
słońcem. Ktoś parkuje czarnym sedanem tuż za moim autem z wypożyczalni.
Z samochodu wysiada starszy pan i podciąga spodnie. Gdy podchodzi,
widzę, że pod płaszczem ma szelki.
- Pani Nottingham? - pyta i wyciąga rękę na powitanie.
- Delaney. - Ściskam jego dłoń.
- Harold Garcia. Miło mi w końcu panią poznać.
- Mnie również. Dziękuję, że zgodził się pan na spotkanie.
- Nie ma sprawy. Dawno pani przyjechała?
- Nie. Przed chwilą.
- Piękny. - Wskazuje ruchem głowy na dom.
- To prawda. - Śnieg pokrywa czubki drzew i odległe, a zarazem jakby
bliskie góry. Krajobraz przypomina ten z kartek bożonarodzeniowych lub
jakiegoś obrazu. Dom, choć w opłakanym stanie, zachwyca.
- Przejdziemy do interesów? Jutro pracę zaczyna ekipa remontowa. Pani
matka podkreślała, że czas odgrywa istotną rolę. Napomknęła, że chce
pani, aby remont potrwał jak najkrócej, by mogła pani jak najszybciej
wystawić dom na sprzedaż.
- Tego życzy sobie matka. Ale to ja jestem właścicielką... i nie jestem
pewna, czy zdecyduję się sprzedać ten dom. - Matka uporczywie twierdzi,
że dojdzie do sprzedaży, jednak ja nie podzielam jej przekonania. Od
przyjazdu do miasteczka dopadają mnie w jakiś niewytłumaczalny sposób
coraz większe wątpliwości.
- O, no dobrze. Rozejrzymy się? Możemy się przejść po domu i omówić
zakres prac. Pani matka... - zaczyna. Uciszam go spojrzeniem.
- Nie ma nic do powiedzenia - stwierdzam zdecydowanie. Buntuję się, gdyż
natychmiast po przyjeździe zaczęło mnie mocno ciągnąć do tego domu. - To
ja jestem właścicielką i to ja płacę panu oraz ekipie - przypominam.
Owszem, pieniądze odziedziczyłam po ojcu, co nie zmienia faktu, że
spadek należy do mnie, a nie matki. Testament to jedno z wielu źródeł
jej niezadowolenia po śmierci taty.
- Tak. Tak. - Energicznie kiwa głową. - Wchodzimy?
Posyłam mu uśmiech.
- Tak.
Wyciągam z torebki klucz i idę ostrożnie, bo obawiam się, że stopnie
prowadzące do domu są śliskie. Otwieram powoli drzwi i wchodzę do
środka. Omiatam wzrokiem korytarz i przechodzę do salonu. Poznaję, że
nikt tu już nie mieszka po tym, że w pomieszczeniu unosi się woń
stęchlizny i wszystko pokrywa cienka warstewka kurzu.
Nad kominkiem wciąż stoją zdjęcia, przy stoliku do kawy kapcie, a na
oparciu kanapy wisi koc. Tak jakby rodzice spakowali tylko
najpotrzebniejsze rzeczy, a resztę zostawili. Kto tak robi?
- O - odzywa się pan Garcia, stając przy mnie - tego się nie
spodziewałem. Założyłem, że dom stoi pusty.
- Ja też tak sądziłam. - Odwracam się w jego stronę. - Wpłynie to jakoś
na remont? Opóźni prace?
- Przedzwonię w parę miejsc. Przede wszystkim musimy przejść się po domu
i zadecydować, co trzeba odświeżyć albo wymienić. Przy okazji dowiemy
się też, ile znajduje się tu rzeczy osobistych, i wymyślimy, co z nimi
zrobić.
- Dobry pomysł. - Opuszczam wzrok na dywan w kolorze szałwii, chyba
jeszcze z lat siedemdziesiątych. - Yyy, tego dywanu na pewno trzeba się
pozbyć - stwierdzam nieco rozbawiona.
Pan Garcia zapisuje instrukcje w notesie.
- Wyrzucić dywan.
- Dom przydałoby się odmalować z zewnątrz i w środku. - Z powodu
wszechobecnych pajęczyn i kurzu trudno cokolwiek powiedzieć o stanie
farb.
- Oczywiście. Nie wiem, czy ekipa remontowa zajmuje się też malowaniem
zewnętrznych ścian. W razie potrzeby zatrudnię kogoś innego - mówi
prawnik, zapisując kolejną instrukcję.
Całą godzinę chodzimy od pomieszczenia do pomieszczenia, zastanawiając
się, co odświeżyć. Każdy kolejny pokój sprawia, że coraz bardziej
zakochuję się w tym domu.
- Czyli odświeżamy podłogi i wszystkie łazienki, kuchnię czeka całkowity
remont, a ściany nowa warstwa farby - czyta z listy pan Garcia.
- Tak. Na razie to wszystko.
Mężczyzna odwzajemnia mój szeroki uśmiech.
- O, ściany zewnętrzne też trzeba odmalować. I uporządkować zieleń.
Chociaż to ostatnie może poczekać, bo przecież mamy styczeń.
- Tak. Jak mówiłam, nie jestem pewna, czy chcę sprzedać dom. Może będę
przyjeżdżać tu na wakacje. - Mężczyzna patrzy na mnie nieco zdziwiony,
więc uśmiecham się mimowolnie. Dom jest przepiękny i ogromny. Za duży na
zwyczajny domek letniskowy. - Może urządzę tu pensjonat? - zastanawiam
się na głos.
- Na pewno coś pani wymyśli. Co mam powiedzieć pani matce, kiedy
zadzwoni? - pyta z wahaniem.
- Proszę zostawić ją mnie. Dom jest własnością moją, a nie jej. Wydajemy
moje, a nie jej pieniądze - przypominam po raz kolejny. Nie jest łatwo
wyrwać się ze szponów Tillie Nottingham. Pan Garcia i osoby, które
zatrudni, muszą przyjąć do wiadomości, że to ja jestem właścicielką domu
i to ja podejmuję wszystkie decyzję. Latami ustępowałam matce. Mimo że
jej potrzebowałam, jestem już dorosła. Doceniam, co dla mnie zrobiła,
niemniej nadeszła pora, bym sama zaczęła o sobie stanowić. Do diabła z konsekwencjami moich czynów.
Rozdział 2
Kent
Siedzę na podłodze pośród wszystkich moich siostrzeńców i siostrzenic.
Najmłodszego, trzymiesięcznego Rydera, trzymam na rękach. Chłopczyk
rozgląda się ciekawie wokół, obejmując spojrzeniem hałaśliwą starszą
siostrę i kuzynów.
- Wujku Kent, jestem duży jak ty - mówi Knox, przysuwając się. Kostki
krzyżuje tak jak ja.
- Super, ziom - chwalę malca, wyciągając do niego rękę. Przybija
żółwika, jak go nauczyliśmy. Jest najstarszy z tej gromadki. Współczuję
zatem Everly, Daisy i Finley - dziewczynkom, których z całą pewnością
będzie pilnował. Myślę, że z pomocą przyjdą mu też Beckett, Benjamin i nawet Ryder. Moi bracia dobrze wychowują synów.
Dziewczynki wplatają mi we włosy wstążki, podczas gdy ja bawię się z chłopcami ciężarówkami. Ryder jest moim najlepszym pomocnikiem. W tej
chwili podgryza zabawkowy pojazd, który w przeciwieństwie do innych
wykonany jest z miękkiego tworzywa. To prezent ode mnie. Jestem takim
fajnym wujkiem, że wymyśliłem, jak włączyć go do zabawy.
Uśmiecham się przy dzieciach pomimo trapiącego mnie natłoku myśli. Ridge
powiedział niedawno, że mamy zacząć pracę w posiadłości Nottinghamów.
Ostatni raz byłem w niej niemal pięć lat temu. Tuż po mojej wizycie
właściciele przeprowadzili się do Kalifornii, aby zamieszkać bliżej
córki.
- Wujku Kent. - Finley klepie mnie po policzku. - Jestem ksienszniczkom
- mówiąc to, obraca się ubrana w różową sukienkę, którą dostała od
Mikołaja.
- Wszystkie trzy jesteście pięknymi księżniczkami - mówię dziewczynkom.
Żadnej nie mogę faworyzować. Poza tym wszystkie mają podobne stroje. Ich
matki na pewno wspólnie je wybrały. I zapewne razem też je kupiły.
Podoba mi się, jak powiększa się nasza paczka. Wszyscy moi bracia
znaleźli sobie świetne partnerki, a ich dzieci... owinęły mnie sobie wokół
palca i zamieszkały w moim sercu. Kumple mówią mi, że inaczej kocha się
swoje pociechy, czego nie mogę sobie jednak wyobrazić, bo te maluchy
traktuję przecież jak własne.
Dziś jestem za nie bardzo wdzięczny. Dzieciaki nie zauważają, że biję
się z myślami, zaś ich rodzicie przejrzeliby mnie na wylot. Zamiast
prowadzić bzdurną gadkę szmatkę, odtwarzam w myślach każde wspomnienie
związane z dziewczyną, którą kocham - nie, każdą godzinę, minutę,
sekundę spędzoną w jej towarzystwie, a nawet każde wspólne tchnienie. To
nic nowego. Ostatnio sporo o niej myślę. Właściwie to nieustannie ją
wspominam.
Bo przecież, po tamtej pamiętnej nocy sprzed lat, Delaney Nottingham
mnie porzuciła. Straciłem ją jak jakiś dureń. Byliśmy razem, aż pewnego
dnia niespodziewanie zniknęła - nie wróciła w rodzinne strony, a jej
rodzice się przeprowadzili.
Wystawiłem ją ostatnim razem. Potraktowałem ją w sposób, na jaki nie
zasługiwała. Spierdoliłem i ją straciłem. Tamtego dnia pogodziłem się z faktem, który był mi wiadomy już od jakiegoś czasu - kochałem ją. Do
tamtego ostatniego wieczora starałem się okazać jej uczucie. Wielbiłem
ją swoim ciałem, czynami okazywałem, że była dla mnie ważna. Sądzę, że
gesty rzeczywiście przemawiają głośniej niż słowa i to dlatego tamtego
wieczora poczuła się odrzucona. Raz ją wystawiłem, nie okazałem jej
należnych uczuć oraz szacunku, i teraz jestem sam.
Dostałem nauczkę.
Mara siada obok, a Finley wdrapuje się mamie na kolana.
- Przydałby ci się maluszek - mówi kobieta, opierając się o mnie bokiem.
- Może kiedyś. - Sęk w tym, że byłem w stanie wyobrazić sobie takie
życie jedynie z Delaney. Dziewczyna jednak na pewno ma już męża i dzieci. Dzieci, których ojcem jest jakiś inny facet.
- Jesteś dobrym wujkiem. Któregoś dnia poznasz kobietę, która zetnie cię
z nóg. Pomyśl, że na razie ćwiczysz do roli ojca. - Mara posyła mi
uśmiech i wodzi palcem wskazującym po maleńkiej dłoni Rydera.
Kiwam głową, bo tak wypada, a i tym gestem nie zdradzam przeszywającego
mnie cierpienia. Żadna kobieta w ciągu ostatnich pięciu lat nawet nie
była w stanie, w moich oczach, dorównać Delaney. Pogodziłem się z losem.
Pisane mi jest bycie fajnym wujkiem, ale nie tatą. Rzucam okiem na
Rydera, który się we mnie wpatruje. Serce mi się ściska na myśl o tym,
co utraciłem. Co spieprzyłem. Może kiedyś rany się zagoją. Nie będę
jednak czekał na ten dzień z zapartym tchem.
- To mój blacisek - oznajmia Finley, wskazując na Rydera.
- Wiem. Powiedzieć ci coś jeszcze? - pytam cicho. Dziewczynka kiwa
głową. Przywołuję ją gestem. Najpierw patrzy na mamę, a potem pochyla
się ku mnie, więc dodaję. - Jesteś najlepszą starszą siostrą na świecie.
W jej oczach pojawia się błysk, a na twarzy szeroki uśmiech.
- Tatuś też tak mówi.
Otwiera szeroko oczy, zeskakuje z kolan mamy i biegnie do Setha. Kumpel
pochyla się, łapie ją i daje jej buziaka w policzek, po czym podejmuje
przerwaną rozmowę z Markiem.
Chciałbym mieć takie życie jak moi bracia. Nie powiem, że im
zazdroszczę, bo w głębi duszy bardzo się cieszę ich szczęściem.
Przyjaciele ożenili się z kobietami, które świetnie do nich pasują, i mają pociechy... które są ich mniejszymi wersjami.
Dzieci gdzieś znikają, więc zostaję sam z Marą.
- Co się stało?
Patrzę na nią.
- Nic - kłamię. - Dlaczego pytasz?
- Coś cię chyba gryzie.
Z chłopakami przyjaźnimy się od dzieciństwa, łączą nas braterska więź i wieloletnia znajomość. Zaś dziewczyny, nie licząc Reagan, są nowe w naszej paczce. Ale są też bardzo spostrzegawcze. Nic się przed nimi nie
ukryje.
- Nie.
- Taa, jasne - śmieje się cicho. - Wszyscy chętnie cię wysłuchamy, kiedy
będziesz gotowy na rozmowę.
Ma rację. Żałuję, że lata temu nie przyznałem się kumplom do związku z Delaney. Na pewno zrozumieliby, dlaczego nie spotkałbym się z nimi na
piwie, mimo że nie byli wtedy jeszcze żonaci i tak zakochani. Teraz
wiem, że byłem zbyt młody i głupi, by uświadomić sobie, co odrzuciłem.
Jeśli jakimś cudem znów... spotka mnie to szczęście, że poznam kobietę,
która zawładnie moimi ciałem, sercem i myślami, będę mówił i okazywał
jej, jak bardzo ją kocham, dopóki żyję. Drugi raz nie popełnię tego
błędu.
Nadszedł dzień, którego obawiałem się, odkąd Ridge oznajmił, że będziemy
remontować posiadłość Nottinghamów. Na szczęście mogłem przez święta
uporządkować myśli. Cóż, plan zakładał, że się ogarnę, jednak spinam się
w chwili, w której podjeżdżam pod dom. Natychmiast wracam myślami do
dnia, w którym podjechałem krętą drogą dojazdową, wysiadłem z pick-upa i zapukałem do drzwi. Otworzyła je, zadzierając nosa, Tillie Nottingham.
- W czym mogę pomóc?
- Mogłaby mi pani podać adres Delaney?
- Rany boskie, niby dlaczego? - prycha i spogląda na moje brudne
buciory. Przyjechałem prosto z pracy, w której spędziłem wiele godzin.
- Nie odbiera. Muszę z nią porozmawiać. - Od tygodnia z nią nie
rozmawiałem.
- Ojej. Chyba nie myślałeś sobie, że wiąże z tobą poważne plany? -
pyta. Przybieram chyba bardzo wymowny wyraz twarzy, bo przykłada dłoń do
ust i ciągnie: - Oj. Myślałeś. To... słodkie. Przykro mi, ale Delaney
wróciła do dawnego chłopaka. Zamieszkali razem, więc, rozumiesz, źle by
się stało, gdybyś zapukał do ich drzwi.
- Proszę powiedzieć, gdzie ją znajdę. - Wyrzucam sobie, że nie
odwiedziłem jej na uczelni.
- Delaney ma swoje życie, a ja widoki na wnuka. Ona nie chce się z tobą
widywać, Kentonie. Odejdź, proszę - żegna się ze mną i zamyka mi drzwi
przed nosem.
- Kent. - Mark macha dłonią przed moimi oczami. - Masz zamiar dziś
pracować czy chcesz odmrozić sobie tyłek w aucie?
- Odpierdol się - bąkam.
Kumpel śmieje się, gdy wysiadamy. Patrzę na te same drzwi, które
zatrzaśnięto mi niegdyś przed nosem, i dochodzę do wniosku, że zbyt
łatwo się wtedy zniechęciłem. Mogłem wszędzie jej szukać, pukać po kolei
do każdych drzwi w pobliżu college'u, dopóki nie trafiłbym na te
właściwe. Jak to się mówi? Mądry po szkodzie? Tak, właśnie tak.
Ridge stoi już przy drzwiach. Kiedy naciska dzwonek, ja wstrzymuję
oddech. To nie ona otworzy. Wiem, że jej nie zobaczę. Kumpel mówił, że w sprawie remontu skontaktował się z nim prawnik. Posiadłość stoi pusta od
niemal pięciu lat.
Właściciele ot tak spakowali się i wyjechali.
Przytrzymuję się kolumny za Ridge'em, Tylerem, Markiem i Sethem, gdy
czekamy na werandzie, aż ktoś otworzy. Widzę wszystko jak w zwolnionym
tempie. Klamka się porusza i drzwi stają otworem. Mam ochotę zamknąć
oczy, odwrócić wzrok. Ale nie mogę tego zrobić. Z zapartym tchem
przyglądam się mężczyźnie, który pojawił się w wejściu. Wypuszczam ze
świstem powietrze z płuc i się garbię. Odczuwam nie ulgę, ale
rozczarowanie.
To ją tak bardzo chciałem ujrzeć.
Słyszę, jak Ridge rozmawia z gościem, który zaprasza nas do środka. To
jemu - jak się dowiadujemy - właściciele powierzyli nadzór nad remontem.
Wchodzę i się rozglądam. Jestem tu pierwszy raz. Spotkania w domu
dziewczyny były zbyt ryzykowne. Mogli zobaczyć nas jej rodzice, którzy
mnie nienawidzili, albo ktoś z ich pracowników. Z tego powodu Delaney
zawsze przychodziła do mnie albo umawialiśmy się nad jeziorem, przy
którym spaliśmy pod gwiazdami. Kiedy nad wodą robiło się bardzo zimno,
jeździliśmy do pensjonatu. Delaney uważała, że to bardzo romantyczne.
Ale nigdy nie widywaliśmy się w tym domu.
Rozglądam się dokoła. Zawsze wyobrażałem sobie wnętrze tego domu jako
coś zbliżonego do zamkowych komnat. Pomyliłem się jednak. Zamkowe są
tylko rozmiary posiadłości. W sporym budynku jest niezbyt wiele ozdób. W jasnobeżowym salonie stoją ciemnobrązowe meble ozdobione listwą wykonaną
chyba z litego dębu. Dokoła porozkładane są rodzinne zdjęcia, jakby ktoś
wciąż tu mieszkał. Gdybym nie zauważył warstewki kurzu, pomyślałbym, że
nikt się z niego nie wyprowadził. Nie wiem, jaki jest zakres prac
remontowych, bo nie słucham, tylko się rozglądam. Wyobrażam sobie
Delaney, jak siedzi z nogami na kanapie i jasnymi włosami rozpostartymi
na oparciu. Mieszkała tu tylko parę lat. Dom należał najpierw do jej
dziadków, po śmierci których odziedziczyli go jej rodzice. Chyba dlatego
tak łatwo było im się stąd wyprowadzić.
Nie do wiary, że tu jestem - w domu, w którym ona się wychowała. Jakie
były szanse, że spośród wszystkich firm remontowych wybiorą właśnie
Beckett Construction? Nie spodziewałem się tej roboty. Historia
zatoczyła koło albo po prostu dawne chwile ożywają w mojej pamięci.
Wspominam dziewczynę - jej uśmiech nigdy nie zatarł się w moich myślach.
Staram się jednak szczelnie zamknąć gdzieś w pamięci te wspólne chwile.
Mimo że kilka razy do roku nie dają mi spokoju, przeważnie udaje mi się
brnąć przez życie bez obawy, że przytłoczy mnie poczucie straty.
Przeważnie.
- Jak panowie widzą, dom wymaga odświeżenia, zanim trafi na sprzedaż -
mówi prawnik. - Takie na razie plany mają właściciele.
- Mamy wymienić podłogi w całym domu, odmalować ściany, przerobić pięć
łazienek i zupełnie przeorać kuchnię? - upewnia się Ridge.
- Tak. Wiem, że będą musieli panowie skonsultować się w kwestii koloru
ścian i stylu wystroju. W razie gdyby nie mogli się panowie skontaktować
z właścicielami, pomogę.
- Są tu? - pytam szorstkim tonem.
Ridge kiwa głową.
- Czy ktoś będzie tu mieszkał podczas remontu?
- Tak. Jest tu właścicielka. To ona będzie osobą decyzyjną i to do niej
w pierwszej kolejności należy kierować się w razie pytań i problemów.
Rodzina będzie tu pomieszkiwać podczas remontu.
- Świetnie. Dziękuję. - Ridge ściska rękę faceta, po czym zaczynamy
robotę.
Wychodzę na zewnątrz i głęboko wdycham lodowate styczniowe powietrze, aż
zaczyna mnie palić w płucach. Powinienem odczuć ulgę, jednak na wskroś
przeszywa mnie rozczarowanie. Chciałem tu wejść i ją ujrzeć. Czego bym
nie oddał za to, aby ponownie ją zobaczyć. Serce mi zamarło na myśl, że
dziewczyna może tu być, jednak na pewno nie spotka mnie takie szczęście.
Podejrzewam, że przyjechała jej matka, bo nie sądzę, by ta babka z własnej woli odebrała sobie możliwość podjęcia decyzji w jakiejś sprawie
związanej z jej córką, a co za tym idzie i domem. Wielokrotnie marzyłem
o ponownym spotkaniu z dziewczyną, wyobrażając sobie, że wiedziemy
radosne życie, we dwoje. Wiem jednak, że zjebałem i że ten sen się nie
ziści. Mam nadzieję, że to Delaney, a nie jej matka, reprezentować
będzie rodzinę. Muszę ją przeprosić, nawet jeśli nie będzie chciała mnie
wysłuchać, powiedzieć, że nawaliłem i że pragnąłem tylko jej. Kurna,
wciąż pragnę tylko jej. Z każdym dniem, gdy przyglądam się kumplom,
którzy się ustatkowali, coraz częściej myślę o niej i gdybam.
- Ej, chwyć z drugiej strony - mówi Tyler.
Wracam do otaczającego mnie świata. Kumpel trzyma za jeden koniec wielką
skrzynię na kółkach, dzięki której znacznie łatwiejsze stało się
rozpakowywanie i pakowanie narzędzi. Niemniej jest cholernie ciężka i potrzeba dwóch osób przy przenoszeniu jej do i z pick-upa.
Milczymy, wnosząc ją do środka. W ciszy przygotowujemy główną łazienkę
do remontu. Ridge zdecydował, by to od niej rozpocząć robotę, żeby
mieszkająca w domu kobieta mogła z niej jak najszybciej korzystać.
Ponownie zajmiemy ją, dopiero gdy będziemy wymieniali podłogi i odmalowywali ściany, co stanowi ostatni etap prac. Cały ranek jestem
zamyślony. Kumple chyba dostrzegli, że muszę coś przepracować, bo prawie
nie zawracają mi głowy, jednak wiem, że szybko się to zmieni. Zwłaszcza
gdy dowiedzą się o tym ich żony. Nasza zażyłość stanowi zarówno zaletę,
jak i wadę naszej paczki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki