Unexpected Arrivals. Szansa Tom V - Kaylee Ryan

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Kent

Przy­kła­dam butelkę piwa do ust i spo­glą­dam na zegar ścienny. Dzie­sięć minut po jede­na­stej. Bar­dzo się spóź­nię, bo mia­łem się z nią spo­tkać o siód­mej. To ostatni wspólny wie­czór przed jej powro­tem na uczel­nię. Zamiast poje­chać zgod­nie z obiet­nicą na spo­tka­nie, piję z kum­plami piwo w "Do dna". Przy­ja­ciele nawet nie podej­rze­wają, że mia­łem teraz zoba­czyć się z dziew­czyną... z którą regu­lar­nie upra­wiam seks? Nie nazwa­li­śmy ni­gdy naszej rela­cji, nie jeste­śmy w praw­dzi­wym związku.

Spo­ty­kamy się już ponad dwa lata. Pozna­li­śmy się w barze, kiedy odwie­dziła rodzinę pod­czas prze­rwy seme­stral­nej. Piła wtedy piwo z kole­żan­kami. Polu­bi­li­śmy się i zapro­si­łem ją do sie­bie. Zaszy­li­śmy się w łóżku na cały week­end, po czym ona wró­ciła na uczel­nię. Potem przy­je­chała na ferie wio­senne i wpa­dli­śmy na sie­bie na sta­cji paliw. I tak spo­ty­ka­li­śmy się, gdy była w mia­steczku, a póź­niej wyjeż­dżała z powro­tem do col­lege'u.

Łatwo sobie wyobra­zić, jak wyglą­dała nasza zna­jo­mość przez minione dwa lata. Jed­nak pod­czas ostat­nich kilku tygo­dni coś się zmie­niło. Wydaje mi się, że zaczą­łem czuć do niej... coś wię­cej. Ja pier­dolę, zamiast pogo­dzić się ze swo­imi uczu­ciami i spo­tkać z dziew­czyną, która nie­wąt­pli­wie na mnie czeka, piję piwo z kum­plami. Umó­wi­łem się z nią w zajeź­dzie w pobli­skim mia­steczku. Ubra­łem się i byłem gotowy do wyj­ścia, ale oba­wia­łem się tego spo­tka­nia - ostat­niego przed prze­rwą bożo­na­ro­dze­niową. Serce mi łomo­tało, a dło­nie się pociły, bo uświa­do­mi­łem sobie, ile zna­czy dla mnie ta dziew­czyna i że naj­zwy­czaj­niej w świe­cie boję się przy­znać do wła­snych uczuć. Chwilę po tym, jak wysze­dłem z domu, Ridge zadzwo­nił i powie­dział, że umó­wili się dziś na piwo. Kum­ple o niej nie wie­dzieli, więc gdy­bym się z nimi spo­tkał, mógł­bym poże­gnać się z dziew­czyną nieco póź­niej.

Nie chcia­łem się z nią roz­stać.

Ści­ska mi się żołą­dek na myśl o tym, że zoba­czę ją dopiero za kilka mie­sięcy. Nie wiem, dla­czego tym razem jest ina­czej, ale poczu­łem do niej coś wię­cej. Ni­gdy tak nie mia­łem. A przy­naj­mniej aż do tej pory. Wybra­łem spo­tka­nie w barze i dowio­dłem tym, że jej matka ma rację. Nie jestem dla niej wystar­cza­jąco dobry. Ona rze­czy­wi­ście zasłu­guje na kogoś lep­szego. Ukry­wamy się, żeby nie musiała wysłu­chi­wać cią­głych lita­nii na ten temat. Z dru­giej strony nikomu o niej nie powie­dzia­łem, więc może jej matka ma rację. Tej dziew­czyny nie powinno się ukry­wać przed świa­tem.

- Co się stało? - pyta Mark.

- Nic. Padam na pysk - odpo­wia­dam wymi­ja­jąco.

- Ostat­nio czę­sto poma­gasz tacie - zauważa Tyler.

- Tak. Sprzą­tamy starą sto­dołę. - Nie kła­mię. Tata naprawdę robi porzą­dek w sto­dole. Pomo­głem mu raz czy dwa. Za każ­dym innym razem tylko wyma­wia­łem się pomocą, by spo­tkać się z dziew­czyną.

- Po co? - pyta Tyler.

- Mama chce ją wynaj­mo­wać na wesela i tym podobne.

Ridge śmieje się pod nosem.

- Uda jej się namó­wić na to two­jego ojca?

- Nie. Tata zapewne urzą­dzi tam jej pra­cow­nię. Mama uwiel­bia malo­wać. Z tysiąc razy mówiła, że ze sto­doły byłby piękny widok, gdyby wsta­wić do niej parę okien.

Rodzice mieli kie­dyś konia rasy ten­nes­see wal­ker. Nazy­wał się Harry. Mama bar­dzo go kochała. Kiedy umarł w zeszłym roku, rodzice zde­cy­do­wali, że nie będą mieli wię­cej zwie­rząt. Chcieli podró­żo­wać, więc tata zaczął sprze­da­wać sprzęt jeź­dziecki i roz­bie­rać boksy. Domy­śli­łem się, że szy­kuje mamie coś wyjąt­ko­wego, bo taki już jest. Mama to miłość jego życia i zrobi wszystko, aby wywo­łać u niej uśmiech.

- Spodoba jej się - mówi Tyler.

- Tak. - Dopi­jam piwo, wycią­gam z port­fela dwu­dziestkę i zosta­wiam ją na sto­liku. - Będę się zwi­jał. Powie­dzia­łem tacie, że przy­jadę z rana. - To prawda. Poza tym dziew­czyna wystar­cza­jąco się już nacze­kała. Jestem dup­kiem. Dla­czego się nie ogar­ną­łem i nie poje­cha­łem pro­sto do niej, by wyznać jej uczu­cie? Mogli­by­śmy zostać praw­dziwą parą.

- Przy­da­dzą wam się dodat­kowe pary rąk? - pyta Mark.

- Oczy­wi­ście. Zna­cie drogę. Będę około dzie­wią­tej. - Ona wyla­tuje o ósmej. Pod­li­czam w gło­wie, ile zmar­no­wa­łem dziś godzin, które mogli­śmy spę­dzić razem. - Przy­jedź­cie, kiedy będzie wam paso­wało.

Wycho­dzę. Zanim wsiądę do pick-upa, wybie­ram jej numer. Od razu prze­łą­cza mnie na pocztę gło­sową.

- Hej, to ja. Wiem, że się spóź­ni­łem. Już jadę. - Wrzu­cam komórkę do uchwytu na kubek i kie­ruję się ku obrze­żom mia­steczka. Dziew­czyna oznaj­miła poważ­nym tonem, że chce ze mną poroz­ma­wiać. Domy­ślam się, że chce mi powie­dzieć, że się we mnie zako­chała - jak ja w niej. Różni nas jed­nak to, że ja jestem wiel­kim tchó­rzem, który nie chce wyznać swo­ich uczuć. A przy­naj­mniej zacho­wa­łem się jak tchórz jesz­cze cztery godziny temu. Teraz odwagi dodaje mi alko­hol albo myśl o roz­sta­niu. Będę się płasz­czył i wyznam jej swoje uczu­cia. Pora sta­wić czoło praw­dzie i lepiej ją trak­to­wać. Mama dobrze mnie wycho­wała. Spu­ści­łaby mi lanie, gdyby się dowie­działa, jak postę­puję.

Przy zajeź­dzie nie zauwa­żam jed­nak jej samo­chodu. Dzwo­nię więc kolejny raz. Z tru­dem wcho­dzę do recep­cji, by zapy­tać, czy się zamel­do­wała. Poje­chał­bym do niej, gdyby naszej zna­jo­mo­ści nie sprze­ci­wiali się jej rodzice. Według nich jestem zbyt "mało­mia­stecz­kowy". Kurna, miesz­kamy w tym samym mia­steczku, ale nie jestem odpo­wied­nim face­tem dla ich córki. To chyba mię­dzy innymi z ich powodu nie wyzna­łem jej jesz­cze swo­ich uczuć. Szcze­rze mówiąc, w tyle głowy zawsze kłębi się myśl, że któ­re­goś dnia dziew­czyna obu­dzi się i stwier­dzi, że zapew­ni­łem jej roz­rywkę i tyle, pora zakoń­czyć zna­jo­mość. Pra­cuję fizycz­nie i mam wyta­tu­owane ciało, dla­tego ni­gdy nie spo­tkam się z apro­batą ze strony jej rodzi­ców. Pod­czas nie­licz­nych spo­tkań zauwa­ży­łem, że patrzyli na mnie nie­przy­chyl­nym okiem. Wyobra­żam sobie, co jej matka pomy­śla­łaby o mnie w tej chwili. Mimo że dziew­czyna nie dała mi ku temu powodu, odgro­dzi­łem się od niej murem, wąt­pi­łem w nią.

Aż do tych waka­cji.

Jesz­cze raz wybie­ram jej numer i nagry­wam się na pocztę gło­sową.

- Hej, to ja. Prze­pra­szam za spóź­nie­nie. W zajeź­dzie powie­dzieli, że się nie zamel­do­wa­łaś. Będę tu jesz­cze kilka godzin. Przy­jedź albo spo­tkajmy się gdzieś indziej. Tylko... oddzwoń. - Znowu gry­zie mnie sumie­nie. Gdy­bym powie­dział o niej przy­ja­cio­łom, gdyby wie­dzieli, ile dla mnie zna­czy, tulił­bym ją w tej chwili w ramio­nach, zamiast stać tutaj sam jak palec. Ale ją ukry­wa­łem. Dobrze wiem, że kum­ple wyrzu­ca­liby mi, że wysta­wi­łem dziew­czynę. Dosta­łem nauczkę. Muszę tylko ją zna­leźć i prze­pro­sić. Oznaj­mić światu, że ją kocham.

Prze­jeż­dżam obok domu jej rodzi­ców, przy któ­rym oczy­wi­ście stoi jej malutki biały volks­wa­gen. Nad­ludz­kim wysił­kiem powstrzy­muję chęć, by sta­nąć, i jadę dalej, do sie­bie.

Kolejny raz dzwo­nię do niej z domu ze świa­do­mo­ścią, że to bez­ce­lowe. Dziew­czyna słusz­nie się wku­rzyła. Zadzwo­nię do niej rano. Palant ze mnie. Bar­dzo nie podoba mi się, że nie zoba­czymy się przed jej wyjaz­dem. Mogę jed­nak winić za to tylko sie­bie. Jakoś napro­stuję tę sytu­ację. Nie mogę się docze­kać ferii zimo­wych. Uczuć nie należy wyzna­wać przez tele­fon, lecz z wła­snej głu­poty ode­bra­łem sobie moż­li­wość roz­mowy w inny spo­sób, chyba nawa­li­łem, mimo że w życiu nie spo­tkało mnie nic lep­szego niż ta zna­jo­mość.

Pora zmęż­nieć i powie­dzieć jej, co czuję.

Pora przy­znać przed nią i przed sobą, że się w niej zako­cha­łem.

Rozdział 1

Dela­ney

Już chyba z milion razy spraw­dzi­łam z listą, czy wszystko spa­ko­wa­łam. Per­spek­tywa pierw­szej samo­dziel­nej podróży wzbu­dza u mnie zara­zem radość, jak i stres. Można pomy­śleć, że doro­sły czło­wiek bez pro­blemu wsią­dzie w samo­lot i poleci z Kali­for­nii do Ten­nes­see. Cóż, w moim przy­padku jest ina­czej.

- Spa­ko­wa­łaś się już? - pyta od progu mama.

Tak, wciąż miesz­kam z rodzi­cami. Cóż, wła­ści­wie to tylko z mamą. Tata zmarł przed rokiem na zawał. Z tru­dem pogo­dzi­ły­śmy się z jego odej­ściem. Mogłam się wypro­wa­dzić z domu rodzin­nego, a jed­nak tego nie zro­bi­łam. Po pro­stu nie chcę zosta­wić mamy samej. Poza tym bar­dzo mi pomaga i jako jedyna oka­zała wspar­cie.

- Tak. - Uno­szę listę, według któ­rej wie­lo­krot­nie spraw­dzi­łam bagaż.

Mama śmieje się pod nosem.

- Kie­dyś nie robi­łaś list. Cie­szę się jed­nak, że zaczę­łaś je sto­so­wać.

Zamy­kam i wsu­wam notes do torebki.

- Bez niego nie wycho­dzę z domu.

- Wiesz, że lepiej spraw­dziłby się iPad, któ­rego ci kupi­łam. - Marsz­czy brwi. Nie poj­muje, że wolę sunąć dłu­go­pi­sem po papie­rze. - To raczej ja powin­nam się oba­wiać tech­no­lo­gii.

- Nie oba­wiam się tech­no­lo­gii, mamo. - Na dowód uno­szę czyt­nik e-booków. - Po pro­stu wolę papier. Lubię odha­czyć po kolei punkty na liście, a potem wyrzu­cić ją do kosza.

- Co kto woli - wzdy­cha ciężko. - Nie rozu­miem, dla­czego upar­łaś się na wyjazd. Nie cier­pię tego mia­steczka i tego domu.

- Bo dziad­ko­wie zapi­sali go tacie, który póź­niej zapi­sał go mnie. Powin­nam nad­zo­ro­wać jego remont. Dla­czego tak nie cier­pisz tego domu i mia­steczka?

- Życie w małym mia­steczku nie jest dla mnie. A dom jest... nie wiem... ni­gdy za nim nie prze­pa­da­łam. Nie do wiary, że ojciec ci go zapi­sał. Przed laty sta­ra­łam się namó­wić two­jego tatę, by go sprze­dał.

- Czy dla­tego, że dom nale­żał do dziad­ków? To z tego powodu za nim nie prze­pa­dasz? - pytam, cho­ciaż w głębi wiem, że mam rację. Mama ni­gdy nie doga­dy­wała się z rodzi­cami taty, któ­rzy zmarli, gdy byłam w szkole śred­niej. Kiedy ją skoń­czy­łam, tacie jakimś cudem udało się prze­ko­nać mamę do prze­pro­wadzki. Jed­nak szybko wró­cili do Kali­for­nii.

- Zawsze patrzyli na mnie z góry. - Zasko­czona tym, co wła­śnie usły­sza­łam, uno­szę brwi. - Zro­zu­miesz, jak się czu­łam, jeśli kie­dyś spo­tka cię to samo. Mieć świa­do­mość, że rodzina two­jego uko­cha­nego uważa cię za nie­od­po­wied­nią part­nerkę dla niego... to tra­giczne - mówi teatral­nie, tak jak to tylko ona potrafi.

- Nie zacho­wu­jesz się jak osoba, która ma za sobą trudne przej­ścia.

- Nie masz poję­cia, co prze­szłam - stwier­dza, posy­ła­jąc mi zna­czące spoj­rze­nie.

Bar­dzo mi się nie podo­bają te jej cią­głe alu­zje.

- Cóż, nie spo­dzie­wa­łam się, że ekipa zacznie remont w tym tygo­dniu. Przy­le­cisz póź­niej, prawda? Zabu­ko­wa­łam ci już bilety.

- Gdzie się zatrzy­mamy? - wzdy­cha. Zacho­wuje się, jakby nad­szedł koniec świata.

- W domu, rzecz jasna.

- Słu­cham? Dla­czego? Z pew­no­ścią możemy wyna­jąć sobie pokój w przy­zwo­itym hotelu, który był kie­dyś w tym mia­steczku.

- Po co? Dom dziad­ków jest ogromny. Pomie­ścimy się.

- Pod­czas remontu? - pyta zbul­wer­so­wana.

- Może się mylę, ale czy nie zro­bi­ły­śmy tego samego tutaj? Kiedy po śmierci taty stwier­dzi­łaś, że musisz zmie­nić coś w swoim oto­cze­niu? Prze­trwa­ły­śmy, miesz­ka­jąc pod­czas remontu w domu o połowę mniej­szym od rezy­den­cji dziad­ków.

Prze­wraca oczami. Obie wiemy, że mam rację. Dziad­ko­wie zmarli w odstę­pie kilku mie­sięcy. Przy­się­gam, że dzia­dek odszedł, bo serce mu pękło z żalu po śmierci babci. Cho­ciaż dopa­truję się takiej przy­czyny jego zgonu zapewne dla­tego, że czy­tam za wiele roman­sów i ogól­nie jestem... roman­tyczką.

- Dobra.

- Świet­nie. Jesz­cze raz spraw­dzę, czy wszystko spa­ko­wa­łam, a potem pojadę na lot­ni­sko, żeby nie spóź­nić się na samo­lot.

- Dela­ney - szep­cze mama. Wykręca palce, na jej twa­rzy maluje się prze­ra­że­nie. - Miesz­kańcy tego mia­steczka ni­gdy za mną nie prze­pa­dali... trzy­maj się od nich z daleka, dobrze? Załatw szybko sprawy spad­kowe i doga­daj się z ekipą remon­tową i... nie wychy­laj się. Nie chcę, żebyś mie­rzyła się z tym samym, co mnie spo­tkało.

- Masz para­noję, mamo. Nic mi się nie sta­nie. Poza tym mówisz o zda­rze­niach sprzed lat. Twier­dzi­łaś, że dziad­ko­wie byli wobec cie­bie nie­mili, a teraz zarzu­casz to samo całemu mia­steczku?

- Tak. Obie­caj mi, że nie... - urywa, jakby szu­kała wła­ści­wych słów. - Nie... wychodź sama z domu. Pocze­kaj do mojego przy­jazdu.

- Mogła­byś poje­chać ze mną.

- I odpu­ścić sobie bry­dża z dziew­czy­nami? Nie ma mowy. Mar­thę czeka zabieg wsz­cze­pie­nia endo­pro­tezy kolana, więc to ostat­nia szansa na spo­tka­nie przed kil­ku­ty­go­dniową przy­mu­sową prze­rwą.

Mam wielką ochotę prze­wró­cić oczami. Broń Boże, żeby matce wysko­czyło coś waż­niej­szego od spo­tka­nia z kole­żan­kami. Pod pew­nymi wzglę­dami świet­nie się zło­żyło, więc nie złosz­czę się za bar­dzo na nią.

- Niech ci będzie. Do zoba­cze­nia. - Ści­skam ją. Biorę walizkę i wycho­dzę. Spo­tkam się jesz­cze z kole­żan­kami, a póź­niej popę­dzę pro­sto na lot­ni­sko.

Uspo­ko­iłam się, zanim samo­lot pod­szedł do lądo­wa­nia. Nie wiem, dla­czego tak się zestre­so­wa­łam samo­dzielną podróżą. Prze­cież to nie był mój pierw­szy samo­dzielny lot. Chyba przy­gnę­biła mnie gadka mamy. Spa­ra­fra­zo­wana brzmiała mniej wię­cej tak: "w mia­steczku miesz­kają nie­mili ludzie, bla, bla, bla". Matka bez sensu napę­dziła mi stra­chu. Od początku podróży spo­ty­kam samych miłych ludzi. Na przy­kład teraz cze­kam w wypo­ży­czalni na samo­chód i już co naj­mniej trzy razy zapro­po­no­wano mi coś do picia. Przez mamę myśla­łam... że wszy­scy miesz­kańcy stanu Ten­nes­see są okropni. A wcale tacy nie są. Nie­któ­rzy mają nawet cha­rak­te­ry­styczny połu­dniowy akcent, któ­rego mogła­bym słu­chać całymi dniami. Sie­dząc i cze­ka­jąc, wycią­gam z torebki list, który praw­nik ojca wrę­czył mi wraz z aktem wła­sno­ści posia­dło­ści dziad­ków.

Dela­ney,

dziad­ko­wie mieli nadzieję, że posia­dłość zosta­nie w rodzi­nie. Decy­zja należy jed­nak do Cie­bie. Ja jej za Cie­bie nie podejmę. Mam tylko jedną prośbę - spędź tro­chę czasu w tym domu. Poznaj mia­steczko i jego miesz­kań­ców, zanim coś w tej kwe­stii zde­cy­du­jesz.

Na zawsze gościsz w moim sercu, tata

Wkła­dam zło­żony list do torebki. Nie wiem, dla­czego tata tak nale­gał, abym spę­dziła tu tro­chę czasu, ale nic mi się nie sta­nie, jeśli speł­nię jego ostat­nie życze­nie. Z tru­dem prze­ły­kam ślinę, sta­ra­jąc się opa­no­wać wzru­sze­nie. Bar­dzo za nim tęsk­nię.

- Pro­szę pani. - Pod­cho­dzi do mnie chło­pak, który chyba dopiero nie­dawno prze­kro­czył osiem­nastkę. - Przy­szy­ko­wa­li­śmy dla pani SUV-a. Zanieść bagaż?

- Nie. - Posy­łam mu życz­liwy uśmiech. - Dzię­kuję. - Wstaję i ruszam za nim.

Kiwa głową w stronę par­kingu.

- Czarny dodge durango - rzuca, wska­zu­jąc na auto.

- Dzię­kuję. - Idąc do samo­chodu, cią­gnę za sobą walizkę na kół­kach. Wrzu­cam ją na tylne sie­dze­nie, a potem usta­wiam sobie odpo­wied­nio fotel i lusterka. Od wypadku zacho­wuję wzmo­żoną ostroż­ność pod­czas jazdy. Gdyby matka posta­wiła na swoim, ni­gdy wię­cej nie usia­dła­bym za kół­kiem. Powta­rzam sobie jed­nak, że nie można żyć w cią­głym stra­chu. Wkle­puję adres do nawi­ga­cji, kładę dło­nie na kie­row­nicy i ruszam.

Pierw­sze wra­że­nie? W Ten­nes­see jest pięk­nie. Jak komuś mógłby się nie spodo­bać górzy­sty kra­jo­braz poro­śnięty drze­wami? Zer­kam na wyświe­tlacz. Jestem już bli­sko. Zostało mi pół­tora kilo­me­tra do celu. Poru­szam dłońmi mocno zaci­śnię­tymi na kie­row­nicy, gdy górę biorą nade mną nerwy matki.

- Dotar­łeś do celu - oznaj­mia kobiecy głos pły­nący z nawi­ga­cji.

Włą­czam kie­run­kow­skaz i wjeż­dżam na długą drogę dojaz­dową, nad którą wsparty na dwóch kolum­nach z cegieł wisi meta­lowy łuk z napi­sem "Posia­dłość Not­tin­gha­mów". Doznaję dziw­nego wra­że­nia, któ­rego nie potra­fię opi­sać. Czuję, jakby to tutaj był mój dom. Ale prze­cież on jest w Kali­for­nii. Widocz­nie posia­dłość dziad­ków wywo­łała we mnie jakąś nostal­gię. Z dru­giej strony może cho­dzi o to, że ojciec zapi­sał mi ją w testa­men­cie. Nie poin­for­mo­wał o swo­ich pla­nach matki, która na­dal ma mu to za złe.

Nie wiem, dla­czego tato kie­dyś nie sprze­dał tej nie­ru­cho­mo­ści, nie­mniej pre­cy­zyj­nie spo­rzą­dził testa­ment. Posia­dłość stała się moją wła­sno­ścią, którą będę mogła roz­po­rzą­dzać w dowol­nym spo­sób, kiedy skoń­czy się nad­zo­ro­wany przeze mnie remont. Z zapisu zro­zu­mia­łam, że ojciec liczył, iż zamiesz­kam w tym domu. Jeśli jed­nak nie zde­cy­duję się na prze­pro­wadzkę, będę mogła go sprze­dać, ale tylko pod warun­kiem, że naprawdę prze­my­ślę tę decy­zję.

Matka, rzecz jasna, się wście­kła. Nale­gała, byśmy wysta­wiły dom na sprze­daż i "już ni­gdy nie musiały posta­wić stopy w tej zapa­dłej dziu­rze", jak mawiała o rodzin­nym mie­ście ojca. Prze­je­cha­łam się przez mia­steczko, a teraz zapar­ko­wa­łam na okrą­głym pod­jeź­dzie i wpa­truję się w dom sta­no­wiący cząstkę histo­rii mojej rodziny. Już bez cie­nia wąt­pli­wo­ści stwier­dzam, że matka nie znosi tego mia­steczka i domu z innych powo­dów niż te, które wci­snęła mi w for­mie wymówki.

Biorę klu­czyki, tele­fon i torebkę i wysia­dam z samo­chodu. Roz­pro­sto­wuję obo­lałe koń­czyny i zacią­gam się głę­boko czy­stym, gór­skim powie­trzem. Jest rześ­kie i inne niż to w Kali­for­nii. Tutaj nie ma wszech­obec­nego smogu, więc już mi się podoba. Omia­tam wzro­kiem dom. Został zanie­dbany przez kilka ostat­nich lat, ale dostrze­gam jego piękno pomimo zaro­śnię­tej działki oraz łusz­czą­cej się farby. Pod­eks­cy­to­wana chcę zaj­rzeć do wnę­trza, spraw­dzić, z czym przyj­dzie mi się mie­rzyć, gdy sły­szę nad­jeż­dża­jący samo­chód. Odwra­cam się i dło­nią osła­niam oczy przed słoń­cem. Ktoś par­kuje czar­nym seda­nem tuż za moim autem z wypo­ży­czalni.

Z samo­chodu wysiada star­szy pan i pod­ciąga spodnie. Gdy pod­cho­dzi, widzę, że pod płasz­czem ma szelki.

- Pani Not­tin­gham? - pyta i wyciąga rękę na powi­ta­nie.

- Dela­ney. - Ści­skam jego dłoń.

- Harold Gar­cia. Miło mi w końcu panią poznać.

- Mnie rów­nież. Dzię­kuję, że zgo­dził się pan na spo­tka­nie.

- Nie ma sprawy. Dawno pani przy­je­chała?

- Nie. Przed chwilą.

- Piękny. - Wska­zuje ruchem głowy na dom.

- To prawda. - Śnieg pokrywa czubki drzew i odle­głe, a zara­zem jakby bli­skie góry. Kra­jo­braz przy­po­mina ten z kar­tek bożo­na­ro­dze­nio­wych lub jakie­goś obrazu. Dom, choć w opła­ka­nym sta­nie, zachwyca.

- Przej­dziemy do inte­re­sów? Jutro pracę zaczyna ekipa remon­towa. Pani matka pod­kre­ślała, że czas odgrywa istotną rolę. Napo­mknęła, że chce pani, aby remont potrwał jak naj­kró­cej, by mogła pani jak naj­szyb­ciej wysta­wić dom na sprze­daż.

- Tego życzy sobie matka. Ale to ja jestem wła­ści­cielką... i nie jestem pewna, czy zde­cy­duję się sprze­dać ten dom. - Matka upo­rczy­wie twier­dzi, że doj­dzie do sprze­daży, jed­nak ja nie podzie­lam jej prze­ko­na­nia. Od przy­jazdu do mia­steczka dopa­dają mnie w jakiś nie­wy­tłu­ma­czalny spo­sób coraz więk­sze wąt­pli­wo­ści.

- O, no dobrze. Rozej­rzymy się? Możemy się przejść po domu i omó­wić zakres prac. Pani matka... - zaczyna. Uci­szam go spoj­rze­niem.

- Nie ma nic do powie­dze­nia - stwier­dzam zde­cy­do­wa­nie. Bun­tuję się, gdyż natych­miast po przy­jeź­dzie zaczęło mnie mocno cią­gnąć do tego domu. - To ja jestem wła­ści­cielką i to ja płacę panu oraz eki­pie - przy­po­mi­nam. Ow­szem, pie­nią­dze odzie­dzi­czy­łam po ojcu, co nie zmie­nia faktu, że spa­dek należy do mnie, a nie matki. Testa­ment to jedno z wielu źró­deł jej nie­za­do­wo­le­nia po śmierci taty.

- Tak. Tak. - Ener­gicz­nie kiwa głową. - Wcho­dzimy?

Posy­łam mu uśmiech.

- Tak.

Wycią­gam z torebki klucz i idę ostroż­nie, bo oba­wiam się, że stop­nie pro­wa­dzące do domu są śli­skie. Otwie­ram powoli drzwi i wcho­dzę do środka. Omia­tam wzro­kiem kory­tarz i prze­cho­dzę do salonu. Poznaję, że nikt tu już nie mieszka po tym, że w pomiesz­cze­niu unosi się woń stę­chli­zny i wszystko pokrywa cienka war­stewka kurzu.

Nad komin­kiem wciąż stoją zdję­cia, przy sto­liku do kawy kap­cie, a na opar­ciu kanapy wisi koc. Tak jakby rodzice spa­ko­wali tylko naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy, a resztę zosta­wili. Kto tak robi?

- O - odzywa się pan Gar­cia, sta­jąc przy mnie - tego się nie spo­dzie­wa­łem. Zało­ży­łem, że dom stoi pusty.

- Ja też tak sądzi­łam. - Odwra­cam się w jego stronę. - Wpły­nie to jakoś na remont? Opóźni prace?

- Prze­dzwo­nię w parę miejsc. Przede wszyst­kim musimy przejść się po domu i zade­cy­do­wać, co trzeba odświe­żyć albo wymie­nić. Przy oka­zji dowiemy się też, ile znaj­duje się tu rze­czy oso­bi­stych, i wymy­ślimy, co z nimi zro­bić.

- Dobry pomysł. - Opusz­czam wzrok na dywan w kolo­rze szał­wii, chyba jesz­cze z lat sie­dem­dzie­sią­tych. - Yyy, tego dywanu na pewno trzeba się pozbyć - stwier­dzam nieco roz­ba­wiona.

Pan Gar­cia zapi­suje instruk­cje w note­sie.

- Wyrzu­cić dywan.

- Dom przy­da­łoby się odma­lo­wać z zewnątrz i w środku. - Z powodu wszech­obec­nych paję­czyn i kurzu trudno cokol­wiek powie­dzieć o sta­nie farb.

- Oczy­wi­ście. Nie wiem, czy ekipa remon­towa zaj­muje się też malo­wa­niem zewnętrz­nych ścian. W razie potrzeby zatrud­nię kogoś innego - mówi praw­nik, zapi­su­jąc kolejną instruk­cję.

Całą godzinę cho­dzimy od pomiesz­cze­nia do pomiesz­cze­nia, zasta­na­wia­jąc się, co odświe­żyć. Każdy kolejny pokój spra­wia, że coraz bar­dziej zako­chuję się w tym domu.

- Czyli odświe­żamy pod­łogi i wszyst­kie łazienki, kuch­nię czeka cał­ko­wity remont, a ściany nowa war­stwa farby - czyta z listy pan Gar­cia.

- Tak. Na razie to wszystko.

Męż­czy­zna odwza­jem­nia mój sze­roki uśmiech.

- O, ściany zewnętrzne też trzeba odma­lo­wać. I upo­rząd­ko­wać zie­leń. Cho­ciaż to ostat­nie może pocze­kać, bo prze­cież mamy sty­czeń.

- Tak. Jak mówi­łam, nie jestem pewna, czy chcę sprze­dać dom. Może będę przy­jeż­dżać tu na waka­cje. - Męż­czy­zna patrzy na mnie nieco zdzi­wiony, więc uśmie­cham się mimo­wol­nie. Dom jest prze­piękny i ogromny. Za duży na zwy­czajny domek let­ni­skowy. - Może urzą­dzę tu pen­sjo­nat? - zasta­na­wiam się na głos.

- Na pewno coś pani wymy­śli. Co mam powie­dzieć pani matce, kiedy zadzwoni? - pyta z waha­niem.

- Pro­szę zosta­wić ją mnie. Dom jest wła­sno­ścią moją, a nie jej. Wyda­jemy moje, a nie jej pie­nią­dze - przy­po­mi­nam po raz kolejny. Nie jest łatwo wyrwać się ze szpo­nów Til­lie Not­tin­gham. Pan Gar­cia i osoby, które zatrudni, muszą przy­jąć do wia­do­mo­ści, że to ja jestem wła­ści­cielką domu i to ja podej­muję wszyst­kie decy­zję. Latami ustę­po­wa­łam matce. Mimo że jej potrze­bo­wa­łam, jestem już doro­sła. Doce­niam, co dla mnie zro­biła, nie­mniej nade­szła pora, bym sama zaczęła o sobie sta­no­wić. Do dia­bła z kon­se­kwen­cjami moich czy­nów.

Rozdział 2

Kent

Sie­dzę na pod­ło­dze pośród wszyst­kich moich sio­strzeń­ców i sio­strze­nic. Naj­młod­szego, trzy­mie­sięcz­nego Rydera, trzy­mam na rękach. Chłop­czyk roz­gląda się cie­ka­wie wokół, obej­mu­jąc spoj­rze­niem hała­śliwą star­szą sio­strę i kuzy­nów.

- Wujku Kent, jestem duży jak ty - mówi Knox, przy­su­wa­jąc się. Kostki krzy­żuje tak jak ja.

- Super, ziom - chwalę malca, wycią­ga­jąc do niego rękę. Przy­bija żół­wika, jak go nauczy­li­śmy. Jest naj­star­szy z tej gro­madki. Współ­czuję zatem Everly, Daisy i Fin­ley - dziew­czyn­kom, któ­rych z całą pew­no­ścią będzie pil­no­wał. Myślę, że z pomocą przyjdą mu też Bec­kett, Ben­ja­min i nawet Ryder. Moi bra­cia dobrze wycho­wują synów.

Dziew­czynki wpla­tają mi we włosy wstążki, pod­czas gdy ja bawię się z chłop­cami cię­ża­rów­kami. Ryder jest moim naj­lep­szym pomoc­ni­kiem. W tej chwili pod­gryza zabaw­kowy pojazd, który w prze­ci­wień­stwie do innych wyko­nany jest z mięk­kiego two­rzywa. To pre­zent ode mnie. Jestem takim faj­nym wuj­kiem, że wymy­śli­łem, jak włą­czyć go do zabawy.

Uśmie­cham się przy dzie­ciach pomimo tra­pią­cego mnie natłoku myśli. Ridge powie­dział nie­dawno, że mamy zacząć pracę w posia­dło­ści Not­tin­gha­mów. Ostatni raz byłem w niej nie­mal pięć lat temu. Tuż po mojej wizy­cie wła­ści­ciele prze­pro­wa­dzili się do Kali­for­nii, aby zamiesz­kać bli­żej córki.

- Wujku Kent. - Fin­ley kle­pie mnie po policzku. - Jestem ksiensz­nicz­kom - mówiąc to, obraca się ubrana w różową sukienkę, którą dostała od Miko­łaja.

- Wszyst­kie trzy jeste­ście pięk­nymi księż­nicz­kami - mówię dziew­czyn­kom. Żad­nej nie mogę fawo­ry­zo­wać. Poza tym wszyst­kie mają podobne stroje. Ich matki na pewno wspól­nie je wybrały. I zapewne razem też je kupiły.

Podoba mi się, jak powięk­sza się nasza paczka. Wszy­scy moi bra­cia zna­leźli sobie świetne part­nerki, a ich dzieci... owi­nęły mnie sobie wokół palca i zamiesz­kały w moim sercu. Kum­ple mówią mi, że ina­czej kocha się swoje pocie­chy, czego nie mogę sobie jed­nak wyobra­zić, bo te malu­chy trak­tuję prze­cież jak wła­sne.

Dziś jestem za nie bar­dzo wdzięczny. Dzie­ciaki nie zauwa­żają, że biję się z myślami, zaś ich rodzi­cie przej­rze­liby mnie na wylot. Zamiast pro­wa­dzić bzdurną gadkę szmatkę, odtwa­rzam w myślach każde wspo­mnie­nie zwią­zane z dziew­czyną, którą kocham - nie, każdą godzinę, minutę, sekundę spę­dzoną w jej towa­rzy­stwie, a nawet każde wspólne tchnie­nie. To nic nowego. Ostat­nio sporo o niej myślę. Wła­ści­wie to nie­ustan­nie ją wspo­mi­nam.

Bo prze­cież, po tam­tej pamięt­nej nocy sprzed lat, Dela­ney Not­tin­gham mnie porzu­ciła. Stra­ci­łem ją jak jakiś dureń. Byli­śmy razem, aż pew­nego dnia nie­spo­dzie­wa­nie znik­nęła - nie wró­ciła w rodzinne strony, a jej rodzice się prze­pro­wa­dzili.

Wysta­wi­łem ją ostat­nim razem. Potrak­to­wa­łem ją w spo­sób, na jaki nie zasłu­gi­wała. Spier­do­li­łem i ją stra­ci­łem. Tam­tego dnia pogo­dzi­łem się z fak­tem, który był mi wia­domy już od jakie­goś czasu - kocha­łem ją. Do tam­tego ostat­niego wie­czora sta­ra­łem się oka­zać jej uczu­cie. Wiel­bi­łem ją swoim cia­łem, czy­nami oka­zy­wa­łem, że była dla mnie ważna. Sądzę, że gesty rze­czy­wi­ście prze­ma­wiają gło­śniej niż słowa i to dla­tego tam­tego wie­czora poczuła się odrzu­cona. Raz ją wysta­wi­łem, nie oka­za­łem jej należ­nych uczuć oraz sza­cunku, i teraz jestem sam.

Dosta­łem nauczkę.

Mara siada obok, a Fin­ley wdra­puje się mamie na kolana.

- Przy­dałby ci się malu­szek - mówi kobieta, opie­ra­jąc się o mnie bokiem.

- Może kie­dyś. - Sęk w tym, że byłem w sta­nie wyobra­zić sobie takie życie jedy­nie z Dela­ney. Dziew­czyna jed­nak na pewno ma już męża i dzieci. Dzieci, któ­rych ojcem jest jakiś inny facet.

- Jesteś dobrym wuj­kiem. Któ­re­goś dnia poznasz kobietę, która zetnie cię z nóg. Pomyśl, że na razie ćwi­czysz do roli ojca. - Mara posyła mi uśmiech i wodzi pal­cem wska­zu­ją­cym po maleń­kiej dłoni Rydera.

Kiwam głową, bo tak wypada, a i tym gestem nie zdra­dzam prze­szy­wa­ją­cego mnie cier­pie­nia. Żadna kobieta w ciągu ostat­nich pię­ciu lat nawet nie była w sta­nie, w moich oczach, dorów­nać Dela­ney. Pogo­dzi­łem się z losem. Pisane mi jest bycie faj­nym wuj­kiem, ale nie tatą. Rzu­cam okiem na Rydera, który się we mnie wpa­truje. Serce mi się ści­ska na myśl o tym, co utra­ci­łem. Co spie­przy­łem. Może kie­dyś rany się zagoją. Nie będę jed­nak cze­kał na ten dzień z zapar­tym tchem.

- To mój bla­ci­sek - oznaj­mia Fin­ley, wska­zu­jąc na Rydera.

- Wiem. Powie­dzieć ci coś jesz­cze? - pytam cicho. Dziew­czynka kiwa głową. Przy­wo­łuję ją gestem. Naj­pierw patrzy na mamę, a potem pochyla się ku mnie, więc dodaję. - Jesteś naj­lep­szą star­szą sio­strą na świe­cie.

W jej oczach poja­wia się błysk, a na twa­rzy sze­roki uśmiech.

- Tatuś też tak mówi.

Otwiera sze­roko oczy, zeska­kuje z kolan mamy i bie­gnie do Setha. Kum­pel pochyla się, łapie ją i daje jej buziaka w poli­czek, po czym podej­muje prze­rwaną roz­mowę z Mar­kiem.

Chciał­bym mieć takie życie jak moi bra­cia. Nie powiem, że im zazdrosz­czę, bo w głębi duszy bar­dzo się cie­szę ich szczę­ściem. Przy­ja­ciele oże­nili się z kobie­tami, które świet­nie do nich pasują, i mają pocie­chy... które są ich mniej­szymi wer­sjami.

Dzieci gdzieś zni­kają, więc zostaję sam z Marą.

- Co się stało?

Patrzę na nią.

- Nic - kła­mię. - Dla­czego pytasz?

- Coś cię chyba gry­zie.

Z chło­pa­kami przy­jaź­nimy się od dzie­ciń­stwa, łączą nas bra­ter­ska więź i wie­lo­let­nia zna­jo­mość. Zaś dziew­czyny, nie licząc Reagan, są nowe w naszej paczce. Ale są też bar­dzo spo­strze­gaw­cze. Nic się przed nimi nie ukryje.

- Nie.

- Taa, jasne - śmieje się cicho. - Wszy­scy chęt­nie cię wysłu­chamy, kiedy będziesz gotowy na roz­mowę.

Ma rację. Żałuję, że lata temu nie przy­zna­łem się kum­plom do związku z Dela­ney. Na pewno zro­zu­mie­liby, dla­czego nie spo­tkał­bym się z nimi na piwie, mimo że nie byli wtedy jesz­cze żonaci i tak zako­chani. Teraz wiem, że byłem zbyt młody i głupi, by uświa­do­mić sobie, co odrzu­ci­łem. Jeśli jakimś cudem znów... spo­tka mnie to szczę­ście, że poznam kobietę, która zawład­nie moimi cia­łem, ser­cem i myślami, będę mówił i oka­zy­wał jej, jak bar­dzo ją kocham, dopóki żyję. Drugi raz nie popeł­nię tego błędu.

Nad­szedł dzień, któ­rego oba­wia­łem się, odkąd Ridge oznaj­mił, że będziemy remon­to­wać posia­dłość Not­tin­gha­mów. Na szczę­ście mogłem przez święta upo­rząd­ko­wać myśli. Cóż, plan zakła­dał, że się ogarnę, jed­nak spi­nam się w chwili, w któ­rej pod­jeż­dżam pod dom. Natych­miast wra­cam myślami do dnia, w któ­rym pod­je­cha­łem krętą drogą dojaz­dową, wysia­dłem z pick-upa i zapu­ka­łem do drzwi. Otwo­rzyła je, zadzie­ra­jąc nosa, Til­lie Not­tin­gham.

- W czym mogę pomóc?

- Mogłaby mi pani podać adres Dela­ney?

- Rany boskie, niby dla­czego? - pry­cha i spo­gląda na moje brudne buciory. Przy­je­cha­łem pro­sto z pracy, w któ­rej spę­dzi­łem wiele godzin.

- Nie odbiera. Muszę z nią poroz­ma­wiać. - Od tygo­dnia z nią nie roz­ma­wia­łem.

- Ojej. Chyba nie myśla­łeś sobie, że wiąże z tobą poważne plany? - pyta. Przy­bie­ram chyba bar­dzo wymowny wyraz twa­rzy, bo przy­kłada dłoń do ust i cią­gnie: - Oj. Myśla­łeś. To... słod­kie. Przy­kro mi, ale Dela­ney wró­ciła do daw­nego chło­paka. Zamiesz­kali razem, więc, rozu­miesz, źle by się stało, gdy­byś zapu­kał do ich drzwi.

- Pro­szę powie­dzieć, gdzie ją znajdę. - Wyrzu­cam sobie, że nie odwie­dzi­łem jej na uczelni.

- Dela­ney ma swoje życie, a ja widoki na wnuka. Ona nie chce się z tobą widy­wać, Ken­to­nie. Odejdź, pro­szę - żegna się ze mną i zamyka mi drzwi przed nosem.

- Kent. - Mark macha dło­nią przed moimi oczami. - Masz zamiar dziś pra­co­wać czy chcesz odmro­zić sobie tyłek w aucie?

- Odpier­dol się - bąkam.

Kum­pel śmieje się, gdy wysia­damy. Patrzę na te same drzwi, które zatrza­śnięto mi nie­gdyś przed nosem, i docho­dzę do wnio­sku, że zbyt łatwo się wtedy znie­chę­ci­łem. Mogłem wszę­dzie jej szu­kać, pukać po kolei do każ­dych drzwi w pobliżu col­lege'u, dopóki nie tra­fił­bym na te wła­ściwe. Jak to się mówi? Mądry po szko­dzie? Tak, wła­śnie tak.

Ridge stoi już przy drzwiach. Kiedy naci­ska dzwo­nek, ja wstrzy­muję oddech. To nie ona otwo­rzy. Wiem, że jej nie zoba­czę. Kum­pel mówił, że w spra­wie remontu skon­tak­to­wał się z nim praw­nik. Posia­dłość stoi pusta od nie­mal pię­ciu lat.

Wła­ści­ciele ot tak spa­ko­wali się i wyje­chali.

Przy­trzy­muję się kolumny za Ridge'em, Tyle­rem, Mar­kiem i Sethem, gdy cze­kamy na weran­dzie, aż ktoś otwo­rzy. Widzę wszystko jak w zwol­nio­nym tem­pie. Klamka się poru­sza i drzwi stają otwo­rem. Mam ochotę zamknąć oczy, odwró­cić wzrok. Ale nie mogę tego zro­bić. Z zapar­tym tchem przy­glą­dam się męż­czyź­nie, który poja­wił się w wej­ściu. Wypusz­czam ze świ­stem powie­trze z płuc i się gar­bię. Odczu­wam nie ulgę, ale roz­cza­ro­wa­nie.

To ją tak bar­dzo chcia­łem ujrzeć.

Sły­szę, jak Ridge roz­ma­wia z gościem, który zapra­sza nas do środka. To jemu - jak się dowia­du­jemy - wła­ści­ciele powie­rzyli nad­zór nad remon­tem. Wcho­dzę i się roz­glą­dam. Jestem tu pierw­szy raz. Spo­tka­nia w domu dziew­czyny były zbyt ryzy­kowne. Mogli zoba­czyć nas jej rodzice, któ­rzy mnie nie­na­wi­dzili, albo ktoś z ich pra­cow­ni­ków. Z tego powodu Dela­ney zawsze przy­cho­dziła do mnie albo uma­wia­li­śmy się nad jezio­rem, przy któ­rym spa­li­śmy pod gwiaz­dami. Kiedy nad wodą robiło się bar­dzo zimno, jeź­dzi­li­śmy do pen­sjo­natu. Dela­ney uwa­żała, że to bar­dzo roman­tyczne.

Ale ni­gdy nie widy­wa­li­śmy się w tym domu.

Roz­glą­dam się dokoła. Zawsze wyobra­ża­łem sobie wnę­trze tego domu jako coś zbli­żo­nego do zam­ko­wych kom­nat. Pomy­li­łem się jed­nak. Zam­kowe są tylko roz­miary posia­dło­ści. W spo­rym budynku jest nie­zbyt wiele ozdób. W jasno­be­żo­wym salo­nie stoją ciem­no­brą­zowe meble ozdo­bione listwą wyko­naną chyba z litego dębu. Dokoła poroz­kła­dane są rodzinne zdję­cia, jakby ktoś wciąż tu miesz­kał. Gdy­bym nie zauwa­żył war­stewki kurzu, pomy­ślał­bym, że nikt się z niego nie wypro­wa­dził. Nie wiem, jaki jest zakres prac remon­to­wych, bo nie słu­cham, tylko się roz­glą­dam. Wyobra­żam sobie Dela­ney, jak sie­dzi z nogami na kana­pie i jasnymi wło­sami roz­po­star­tymi na opar­ciu. Miesz­kała tu tylko parę lat. Dom nale­żał naj­pierw do jej dziad­ków, po śmierci któ­rych odzie­dzi­czyli go jej rodzice. Chyba dla­tego tak łatwo było im się stąd wypro­wa­dzić.

Nie do wiary, że tu jestem - w domu, w któ­rym ona się wycho­wała. Jakie były szanse, że spo­śród wszyst­kich firm remon­to­wych wybiorą wła­śnie Bec­kett Con­struc­tion? Nie spo­dzie­wa­łem się tej roboty. Histo­ria zato­czyła koło albo po pro­stu dawne chwile oży­wają w mojej pamięci. Wspo­mi­nam dziew­czynę - jej uśmiech ni­gdy nie zatarł się w moich myślach. Sta­ram się jed­nak szczel­nie zamknąć gdzieś w pamięci te wspólne chwile. Mimo że kilka razy do roku nie dają mi spo­koju, prze­waż­nie udaje mi się brnąć przez życie bez obawy, że przy­tło­czy mnie poczu­cie straty.

Prze­waż­nie.

- Jak pano­wie widzą, dom wymaga odświe­że­nia, zanim trafi na sprze­daż - mówi praw­nik. - Takie na razie plany mają wła­ści­ciele.

- Mamy wymie­nić pod­łogi w całym domu, odma­lo­wać ściany, prze­ro­bić pięć łazie­nek i zupeł­nie prze­orać kuch­nię? - upew­nia się Ridge.

- Tak. Wiem, że będą musieli pano­wie skon­sul­to­wać się w kwe­stii koloru ścian i stylu wystroju. W razie gdyby nie mogli się pano­wie skon­tak­to­wać z wła­ści­cie­lami, pomogę.

- Są tu? - pytam szorst­kim tonem.

Ridge kiwa głową.

- Czy ktoś będzie tu miesz­kał pod­czas remontu?

- Tak. Jest tu wła­ści­cielka. To ona będzie osobą decy­zyjną i to do niej w pierw­szej kolej­no­ści należy kie­ro­wać się w razie pytań i pro­ble­mów. Rodzina będzie tu pomiesz­ki­wać pod­czas remontu.

- Świet­nie. Dzię­kuję. - Ridge ści­ska rękę faceta, po czym zaczy­namy robotę.

Wycho­dzę na zewnątrz i głę­boko wdy­cham lodo­wate stycz­niowe powie­trze, aż zaczyna mnie palić w płu­cach. Powi­nie­nem odczuć ulgę, jed­nak na wskroś prze­szywa mnie roz­cza­ro­wa­nie. Chcia­łem tu wejść i ją ujrzeć. Czego bym nie oddał za to, aby ponow­nie ją zoba­czyć. Serce mi zamarło na myśl, że dziew­czyna może tu być, jed­nak na pewno nie spo­tka mnie takie szczę­ście. Podej­rze­wam, że przy­je­chała jej matka, bo nie sądzę, by ta babka z wła­snej woli ode­brała sobie moż­li­wość pod­ję­cia decy­zji w jakiejś spra­wie zwią­za­nej z jej córką, a co za tym idzie i domem. Wie­lo­krot­nie marzy­łem o ponow­nym spo­tkaniu z dziew­czyną, wyobra­ża­jąc sobie, że wie­dziemy rado­sne życie, we dwoje. Wiem jed­nak, że zje­ba­łem i że ten sen się nie ziści. Mam nadzieję, że to Dela­ney, a nie jej matka, repre­zen­to­wać będzie rodzinę. Muszę ją prze­pro­sić, nawet jeśli nie będzie chciała mnie wysłu­chać, powie­dzieć, że nawa­li­łem i że pra­gną­łem tylko jej. Kurna, wciąż pra­gnę tylko jej. Z każ­dym dniem, gdy przy­glą­dam się kum­plom, któ­rzy się ustat­ko­wali, coraz czę­ściej myślę o niej i gdy­bam.

- Ej, chwyć z dru­giej strony - mówi Tyler.

Wra­cam do ota­cza­ją­cego mnie świata. Kum­pel trzyma za jeden koniec wielką skrzy­nię na kół­kach, dzięki któ­rej znacz­nie łatwiej­sze stało się roz­pa­ko­wy­wa­nie i pako­wa­nie narzę­dzi. Nie­mniej jest cho­ler­nie ciężka i potrzeba dwóch osób przy prze­no­sze­niu jej do i z pick-upa.

Mil­czymy, wno­sząc ją do środka. W ciszy przy­go­to­wu­jemy główną łazienkę do remontu. Ridge zde­cy­do­wał, by to od niej roz­po­cząć robotę, żeby miesz­ka­jąca w domu kobieta mogła z niej jak naj­szyb­ciej korzy­stać. Ponow­nie zaj­miemy ją, dopiero gdy będziemy wymie­niali pod­łogi i odma­lo­wy­wali ściany, co sta­nowi ostatni etap prac. Cały ranek jestem zamy­ślony. Kum­ple chyba dostrze­gli, że muszę coś prze­pra­co­wać, bo pra­wie nie zawra­cają mi głowy, jed­nak wiem, że szybko się to zmieni. Zwłasz­cza gdy dowie­dzą się o tym ich żony. Nasza zaży­łość sta­nowi zarówno zaletę, jak i wadę naszej paczki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki