Unexpected Arrivals. Rzeczywistość Tom I - Kaylee Ryan

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Pro­log

Melissa

Bar jest dobrym miej­scem na odpo­czy­nek po wielu godzi­nach spę­dzo­nych za kie­row­nicą. Nie mam dokąd pójść, nikt na mnie nie czeka i nikt nie będzie mnie szu­kać. Taka jest moja codzien­ność.

Sta­ram się pozy­tyw­nie nasta­wiać do życia, które otrzy­ma­łam. Należę do grona szczę­ścia­rzy, dla któ­rych pań­stwo zna­la­zło dobry dom. Dosta­wa­łam trzy cie­płe posiłki dzien­nie, mia­łam gdzie spać i nie mar­twi­łam się o wła­sne bez­pie­czeń­stwo. Jeff i Mag­gie byli dobrymi rodzi­cami zastęp­czymi, a potem nawet lep­szymi rodzi­cami adop­cyj­nymi. Dopil­no­wali, bym miała wszystko, czego potrze­bo­wa­łam, a w zamian robi­łam, co należy. Wyko­ny­wa­łam swoje obo­wiązki, odra­bia­łam lek­cje i ni­gdy nie łama­łam zasad.

Tak, wiem, jestem praw­dziwą bun­tow­niczką.

Na myśl o Jef­fie i Mag­gie boli mnie w piersi. Czy wystar­cza­jąco czę­sto dzię­ko­wa­łam im za opiekę? Oczy szczy­pią od łez.

Stra­ci­łam jedyną rodzinę, którą zna­łam.

Mie­siąc temu byłam szczę­śliwa, zale­d­wie tydzień dzie­lił mnie od zdo­by­cia dyplomu asy­stentki praw­nej. Po ukoń­cze­niu stu­diów chcia­łam poma­gać Jef­fowi i Mag­gie w ich kan­ce­la­rii. Chcia­łam pra­co­wać w rodzin­nej fir­mie.

Jed­nak wtedy prze­ka­zano mi przez tele­fon, że muszę wra­cać do domu, że doszło do wła­ma­nia, pod­czas któ­rego zgi­nęły dwie osoby. Minęło trzy­dzie­ści dni, od kiedy runął mój świat.

Z nocy, gdy stra­ci­łam rodzi­ców, któ­rzy mnie wybrali, pamię­tam tylko te trzy usły­szane infor­ma­cje. Rodzina Jeffa i Mag­gie nie powi­tała mnie na swoim łonie z otwar­tymi ramio­nami, gdyż uwa­żali, że moi rodzice powinni mieć swoje bio­lo­giczne dzieci i nie powinni decy­do­wać się na adop­cję. A jed­nak wybrali tylko mnie. Mówili, że nie chcą dzie­lić się miło­ścią. Nie muszę doda­wać, że gdy ode­szli, zosta­łam sama. Mam zna­jo­mych, ale cały wolny czas spę­dza­łam w biblio­tece. Nie cho­dzi­łam na imprezy ani na mecze. Uczy­łam się, aby oka­zać rodzi­com wdzięcz­ność za wszystko, co mi dali. Wszystko w życiu robi­łam dla nich, a teraz ode­szli.

Co mam począć?

W oknie przede mną miga neon rekla­mu­jący różne rodzaje piwa. Nie będę wybrzy­dzać, potrze­buję tylko cze­goś, co zła­go­dzi ból. Po dru­giej stro­nie ulicy znaj­duje się motel. To dobrze, pla­nuję pić do zapo­mnie­nia.

Świet­nie się zło­żyło, że nie będę musiała pro­wa­dzić. Prze­cho­dzę szybko przez ulicę, aby zare­zer­wo­wać pokój. Wycią­gam kartę debe­tową i podaję ją mło­dej recep­cjo­ni­stce. Mam mnó­stwo pie­nię­dzy, gdyż odzie­dzi­czy­łam cały mają­tek Jeffa i Mag­gie. Była to jedna z wielu decy­zji rodzi­ców, które nie spo­tkały się z apro­batą ich rodzin. Chcia­łam oddać pie­nią­dze, powie­dzieć bli­skim Jeffa i Mag­gie, żeby je sobie wsa­dzili wia­domo gdzie. Pie­nią­dze nie zwrócą mi jedy­nych rodzi­ców, któ­rych zna­łam. Nie zwrócą mi rodziny. Zmie­ni­łam zda­nie dopiero, gdy prze­czy­ta­łam prze­ka­zany mi przez adwo­kata list, w któ­rym rodzice napi­sali, że dałam im radość, że uwa­żają mnie za naj­więk­sze osią­gnię­cie w swoim życiu. Zapa­mię­ta­łam każde słowo.

Przyj­mij spa­dek, Melisso. Chcemy zadbać o twoją przy­szłość. Żyj po swo­jemu i speł­niaj marze­nia. Żyj dla sie­bie, nie dla kogoś innego, słodka dziew­czyno.

Zawsze powta­rzali mi, abym wybrała zawód, który poko­cham. Który spodoba się mnie, a nie im.

Żyłam dla nich i to dzięki nim moje życie nie stało się pie­kłem, choć ist­niała taka moż­li­wość. Jak mam się nauczyć żyć bez nich? Żyć dla sie­bie?

- Pro­szę tutaj pod­pi­sać. - Recep­cjo­nistka podaje mi dłu­go­pis.

Zapi­suję swoje nazwi­sko na rachunku, biorę klucz i wycho­dzę na zewnątrz. Nie chcę już odczu­wać tego bólu w piersi. Chcę, aby odszedł. Przy­zywa mnie miga­jący szyld. Może alko­hol prze­goni ból?

Gdy tylko otwie­ram drzwi, czuję dym papie­ro­sowy i alko­hol. Lokal, który według szyldu nazywa się "U Danny'ego", jest zatło­czony jak na czwart­kowy wie­czór. Pod­cho­dzę do baru i zauwa­żam przy jego końcu jeden wolny sto­łek. Świet­nie się składa, bo jestem sama. Odpo­wiada mi miej­sce na samym końcu, o ile bar­manka będzie stale poda­wała drinki.

Jesz­cze nawet nie posa­dzi­łam tyłka, gdy kobieta pod sześć­dzie­siątkę pyta mnie o zamó­wie­nie. Nie­wiele piję, jed­nak Mag­gie pijała wódkę z sokiem żura­wi­no­wym, więc to zama­wiam.

- Za chwilę podam. - Uśmie­cha się, przy czym uwy­dat­niają się kurze łapki. - Pro­szę, kochana. Liczyć wszystko na jeden rachu­nek?

- Tak, pro­szę poda­wać mi drinki. - Wychy­lam kie­li­szek, gdy tylko kobieta sta­wia go przede mną.

Wpa­truje się we mnie.

- Pro­wa­dzisz?

- Nie, wyna­ję­łam pokój w motelu po dru­giej stro­nie ulicy.

Kiwa głową, po czym przy­go­to­wuje kolejny drink.

Z tym się nie spie­szę, bo nie mam dokąd pójść.

Nie wiem, jak długo już tu sie­dzę zamy­ślona, cze­ka­jąc, aż alko­hol przy­ćmi ból. Nie wiem, ile kie­lisz­ków wypi­łam, stra­ci­łam rachubę, jed­nak w końcu mój mózg zaczyna się wyłą­czać.

- Popro­szę kolejkę do naszego sto­lika - odzywa się przy mnie ktoś głę­bo­kim gło­sem.

Obej­muję wzro­kiem wyso­kiego, ciem­no­wło­sego, wyta­tu­owa­nego męż­czy­znę. Ma na sobie dopa­so­waną koszulkę, pod którą rysuje się umię­śniony brzuch. Jasna cho­lera, jest sek­sowny, cho­ciaż grzeczne dziew­czyny nie powinny czuć pociągu do takich face­tów. Sku­piam się ponow­nie na swoim kie­liszku, sta­ra­jąc się wyrzu­cić te myśli z głowy.

Gdy męż­czy­zna sięga do tyl­nej kie­szeni po port­fel, stuka mnie łok­ciem.

- Nie ma to jak doty­kać się z piękną kobietą. - Pusz­cza do mnie oko.

Uśmie­cham się nie­śmiało.

- Szczę­ściara ze mnie - mówię, nie odry­wa­jąc wzroku od kie­liszka. Nie wie­rzę, że ten facet ze mną flir­tuje. Na pewno tylko przy­ja­ciel­sko zagaił. Zaska­kuje mnie też, że od razu mu odpo­wie­dzia­łam. Ni­gdy nie postę­puję w ten spo­sób.

- Co taka drobna ślicz­notka robi tu sama? - pyta.

- Jestem prze­jaz­dem - odpo­wia­dam. Znów patrzę przed sie­bie, bo oba­wiam się, że gdy­bym skie­ro­wała na niego wzrok, zaczę­ła­bym się śli­nić. Nie jestem w swoim żywiole.

- Tak myśla­łem. Pamię­tał­bym cię. - Znów pusz­cza oko. - Przez ostat­nich parę mie­sięcy czę­sto tu wstę­pu­jemy.

- Mówisz? - Jasna cho­lera. Sta­ram się nie wytrzeć potu z dłoni o dżinsy.

- Zde­cy­do­wa­nie. - Nie­spiesz­nie prze­biega spoj­rze­niem cze­ko­la­do­wych oczu po mojej syl­wetce. - Słu­chaj, może dosią­dziesz się do mnie i moich kum­pli? Bez sensu, żebyś piła sama.

Trzeźwa Melissa podzię­ko­wa­łaby. Nato­miast pod­chmie­lona Melissa nie chce być sama. Wydaje się, że mu się spodo­ba­łam. Co mi szko­dzi z nimi usiąść? Pomogą mi zapo­mnieć.

- Pew­nie. - Biorę kie­li­szek i torebkę, zsu­wa­jąc się ze stołka. Poty­kam się, a sek­sowny nie­zna­jomy pomaga mi utrzy­mać rów­no­wagę. - Dzię­kuję... - Nawet nie wiem, jak mu na imię.

- Ridge. - Przy­trzy­muje mnie za ramiona. - Wszystko w porządku...

- Melissa. - Odsu­wam się od niego. - Sie­dzia­łam dłuż­szą chwilę. Prze­pra­szam. - Rumie­nię się z zaże­no­wa­nia. Nie wypi­łam jesz­cze za wiele, zatem to przez niego stra­ci­łam rów­no­wagę. Chyba jesz­cze ni­gdy nie roz­ma­wia­łam z kimś rów­nie uro­dzi­wym. Na stu­diach trzy­ma­łam się na ubo­czu, więc faceci nawet się nie wysi­lali, by do mnie zaga­dać. Po co męż­czy­zna ma pod­ry­wać tę, przy któ­rej trzeba się wysi­lić, kiedy wiele innych dziew­czyn odda mu się bez trudu?

Byłam tylko z dwoma face­tami. Pierw­szy był dla mnie środ­kiem do celu, żeby mieć to już z głowy. Drugi przy­jaź­nił się z moją współ­lo­ka­torką, do zbli­że­nia doszło pierw­szego i jedy­nego razu, kiedy urwał mi się film, więc nawet nic nie pamię­tam. Wiem, to żało­sne, jed­nak takie jest moje życie. Nie umyka mi, że, o iro­nio, dziś chcę się upić tak jak wtedy, a może nawet bar­dziej. Chcę zapo­mnieć o bólu, utra­cie, poczu­ciu, że nikogo nie mam. Na szczę­ście wydaje się, że mój nowy kolega Ridge jest skłonny mi w tym pomóc.

- Ludzie, to Melissa. Piła sama przy barze, więc zapy­ta­łem, czyby się do nas nie dosia­dła - mówi, gdy docie­ramy do sto­lika.

Czte­rech face­tów, każdy rów­nie boski jak mój nowy zna­jomy Ridge, mie­rzy mnie wzro­kiem z góry na dół. Rumie­nię się. Nie przy­wy­kłam do tego, by ktoś poświę­cał mi uwagę. Każdy się ze mną wita, na co głu­pio do nich macham.

- Możesz usiąść przy mnie - szep­cze mi na ucho Ridge. Moją skórę owiewa cie­pły oddech, od któ­rego prze­szywa mnie dreszcz. Nie­po­rad­nie sia­dam na krze­śle, które mi odsu­nął, po czym spla­tam dło­nie na stole.

- Dobra, zatem mamy tu Setha, Tylera, Marka i Kenta. - Ridge po kolei wska­zuje męż­czyzn.

- Miło mi - mówię grzecz­nie, led­wie na nich zer­ka­jąc, bo wciąż krę­puje mnie, że poświę­cają mi tyle uwagi.

- Panienko, miesz­kasz w oko­licy? - pyta ten po mojej pra­wej. Kent... chyba.

- Nie. Jestem tu prze­jaz­dem. A wy? Jeste­ście stąd? - Upi­jam drinka, gdy tylko ktoś sta­wia szklankę na sto­liku.

- Nie - odpo­wiada Ridge, wycią­ga­jąc rękę na opar­ciu mojego krze­sła. - Tylko tu pra­cu­jemy.

Zauwa­żam, że wszy­scy mają na sobie koszulki z logo firmy budow­la­nej Bec­ketta.

- Budow­lańcy - mówię jak jakaś idiotka. Faceci są sek­sowni i onie­śmie­la­jący.

- Tak. - Ridge prze­chyla butelkę piwa, a ja zatra­cam się, obser­wu­jąc jego szyję, gdy prze­łyka. Jak wspo­mi­na­łam, jest sek­sowny.

- Razem się wycho­wy­wa­li­śmy - mówi jeden z face­tów. Nie pamię­tam jego imie­nia. Może to Mark?

- A teraz odpo­czy­wa­cie po tygo­dniu cięż­kiej pracy? - Zasta­na­wiam się, jakby to było przy­jaź­nić się z kimś od pod­sta­wówki. Czuję w piersi ukłu­cie zazdro­ści i smutku, gdy osu­szam kie­li­szek, pra­gnąc o wszyst­kim zapo­mnieć.

Śmieją się całą piątką.

- Tak jakby - odpo­wiada ten z dłuż­szymi wło­sami.

W ten spo­sób upływa nam reszta wie­czoru. Faceci żar­tują, flir­tują, są cza­ru­jący. Dosiada się do nas kilka kobiet, jed­nak Ridge zostaje u mojego boku i cią­gle zama­wia nam drinki. Sta­wiam nawet kolejkę czy dwie i odprę­żam się przy nim. Dotyka mnie nie­znacz­nie, gła­dzi po ramie­niu, nakrywa dłoń. Oczy­wi­ście szep­cze mi też do ucha. Mniej wię­cej trzy drinki wcze­śniej prze­sta­łam skry­wać drże­nie, jakie tym u mnie wywo­łuje.

Wie, że mnie pociąga.

Męż­czyźni jeden po dru­gim znaj­dują towa­rzy­stwo i wycho­dzą, więc zostaję sama z Ridge'em.

- Gdzie się dziś zatrzy­ma­łaś? - Trzyma dłoń na moim udzie.

- Mam... yyy pokój w hotelu po dru­giej stro­nie ulicy.

- Hmm, pomiesz­ku­jemy w nim. - Nachyla się i nasze odde­chy się mie­szają. W tej samej chwili bar­manka ogła­sza, że wyda­dzą jesz­cze tylko jedną kolejkę. - Odpro­wa­dzę cię.

Ridge wstaje i wyciąga do mnie dłoń. Bez waha­nia biorę go za rękę. Ma coś takiego w oczach, że mu ufam. Poza tym spę­dził ze mną cały wie­czór. Pra­gnę, by spę­dził ze mną noc, ale nie wiem, jak to zaini­cjo­wać. Chcę dłu­żej czuć to, co teraz przy nim czuję.

Ridge obej­muje mnie w talii, kiedy idziemy do baru. Płacę, choć on gło­śno się temu sprze­ci­wia.

Chłodne powie­trze na zewnątrz przy­jem­nie owiewa roz­grzaną skórę. Męż­czy­zna przy­ciąga mnie do piersi i tym razem ocho­czo się do niego zbli­żam.

- W któ­rym pokoju się zatrzy­ma­łaś? - pyta.

- W sto dzie­więt­na­stym - mówię tak cicho, że dzi­wię się, iż to usły­szał. Doty­kiem roz­pala we mnie pożą­da­nie. Gdy docie­ramy pod drzwi mojego pokoju, wycią­gam z tyl­nej kie­szeni klucz. - Wej­dziesz? - Wbi­jam wzrok w pod­łogę i stoję ple­cami do niego. Przy­trzy­muję się klamki, gotowa na odmowę.

Pod­cho­dzi i kła­dzie jedną dłoń na moim bio­drze, a drugą prze­suwa włosy na jedno ramię.

- Nie wiem, czy to dobry pomysł. - Całuje mnie w szyję.

- O - mówię zawie­dziona.

- Nie mógł­bym trzy­mać rąk przy sobie - cią­gnie i czuję jego wzwie­dziony czło­nek na swoim tyłku, gdy się do mnie przy­tula.

O rety. Prze­pływa przeze mnie eks­cy­ta­cja. Zro­bię to. Kilka godzin temu wyszłam ze swo­jej strefy kom­fortu. Boję się, ale intu­icja pod­po­wiada mi, że Ridge jest dobrym face­tem. Że na jed­no­ra­zowy nume­rek nie mogłam zna­leźć nikogo lep­szego. Cóż, może poza jego przy­ja­ciółmi, bo wyda­wało się, że wszy­scy są świetni.

- A co... jeśli ja tego nie chcę?

Wodzi ustami po mojej szyi.

- Otwórz drzwi, Melisso.

Nie­po­rad­nie trzy­mam klucz, speł­nia­jąc pole­ce­nie. Nagle ula­tuje szum wywo­łany alko­ho­lem, a jego miej­sce zaj­muje czy­ste pożą­da­nie. Pra­gnę tego. Tej jed­nej nocy z nim. Jed­nej nocy, pod­czas któ­rej będę czuć, że pożąda mnie ten ado­nis.

Gdy wcho­dzimy do środka, Ridge zdziera z sie­bie koszulkę i rzuca ją na krze­sło. Obej­muję wzro­kiem jego syl­wetkę... Mocno zary­so­wane mię­śnie brzu­cha, tatu­aże, które chcę obry­so­wać języ­kiem.

- Patrz tak na mnie, a koniec nastąpi jesz­cze przed począt­kiem - ostrzega.

Zaże­no­wana tym, że się na niego gapi­łam, prze­no­szę wzrok na pod­łogę.

- Hej. - Pod­cho­dzi i chwy­ta­jąc mnie za pod­bró­dek, unosi moją głowę. - Nie zro­bi­łaś nic złego. Cho­dziło mi tylko o to, że od samego two­jego spoj­rze­nia nie­mal stra­ci­łem rozum. - Przy­gląda mi się, gdy poj­muję jego słowa. - Robi­łaś to już wcze­śniej, Melisso?

Cho­lera. Nie­ty­powa roz­mowa jak na jed­no­ra­zowy nume­rek.

- Dwa razy - wypa­lam.

Zamyka oczy i głę­boko nabiera powie­trza.

- Pra­gniesz tego?

- Nie potra­fię wyra­zić, jak bar­dzo.

Kła­dzie dło­nie na mojej talii i przy­ciąga mnie do sie­bie.

- Zajmę się tobą. - Łagod­nie nakrywa moje usta swo­imi.

A póź­niej robi to, co zapo­wie­dział. Poka­zuje mi namięt­ność, jakiej dotąd nie zna­łam. Moje ciało wkrótce wyśpie­wuje na jego cześć pie­śni pochwalne. Gło­śno wykrzy­kuję jego imię.

Spo­dzie­wa­łam się, że po wszyst­kim wyj­dzie, jed­nak obej­muje mnie i zasy­pia. Godzi­nami leżę bez ruchu, aż dociera do mnie, że rze­czy­wi­ście to zro­bi­łam. Bez żalu zali­czy­łam jed­no­ra­zową przy­godę, któ­rej pra­gnę­łam. Pra­gnę­łam też jego, jed­nakże nie cie­szy mnie myśl o spa­ce­rze wstydu i nie­zręcz­no­ści o poranku po zbli­że­niu, o któ­rym tak wiele czy­ta­łam. Nie chcę tego ani nie chcę dać mu szansy, by zepsuł odlot, który sobie zafun­do­wa­łam. Nie dam mu moż­li­wo­ści, by mnie odrzu­cił.

Po cichu wysu­wam się z łóżka, zbie­ram swoje rze­czy i wymy­kam z pokoju. Wyna­ję­łam go i od razu poszłam do baru, nie przy­nio­słam nawet swo­ich rze­czy.

Ridge spre­zen­to­wał mi wie­czór, pod­czas któ­rego pomógł mi ode­rwać myśli od pew­nych spraw i który na długo pozo­sta­nie w mojej pamięci, za co będę mu dozgon­nie wdzięczna.

Rozdział 1. Ridge

Roz­dział 1

Ridge

- Następna kolejka? - pyta kel­nerka.

- Pro­szę stale poda­wać. - Kent pusz­cza do niej oko.

Kobieta rumieni się i odcho­dzi powoli. Po dłu­gim tygo­dniu w pracy wybra­łem się z chło­pa­kami na drinki, któ­rych bar­dzo potrze­bo­wa­li­śmy, do od lat odwie­dza­nego przez nas baru "Do dna". Lokal jest mały, stoi w nim gra­jąca kla­syczne pio­senki szafa. Panuje tu luźna atmos­fera, a kel­nerki zawsze zapew­niają miłą odskocz­nię, nie żebym kie­dy­kol­wiek się z któ­rąś umó­wił. Od kilku mie­sięcy trwa u mnie posu­cha.

Wbi­jam wzrok w pro­wi­zo­ryczny par­kiet, gdy Seth mówi:

- Wybie­rasz kogoś na afterka? - Uśmie­cha się zna­cząco.

- Jesz­cze nie pod­ją­łem decy­zji. A ty?

- Jak­byś musiał pytać - wtrąca Mark.

- Cie­kawi mnie, dla­czego jesz­cze żad­nej nie wybra­łeś - dodaje Tyler.

Wzru­szam ramio­nami.

- Nie jestem w nastroju - mówię szcze­rze.

- Kim jesteś i co zro­bi­łeś Ridge'owi? - pyta Kent.

- Martw się o swo­jego fiuta, a ja będę się mar­twił o swo­jego. - Spoj­rze­niem prze­ka­zuję, aby odpu­ścił.

- Mały Ridge na pewno czuje się zanie­dbany. Ile to już minęło... cztery mie­siące? Pięć? - pyta Seth.

Kurwa! Wadą przy­jaźni od dzie­ciń­stwa jest to, że przy­ja­ciele mówią, co im ślina na język przy­nie­sie, i czy­tają z cie­bie jak z otwar­tej księgi.

- Skoro o tym mowa... - mówię, bio­rąc piwo, które wła­śnie posta­wiła przede mną słodka kel­ne­reczka. Prze­chy­lam butelkę i wypi­jam połowę.

- Nie było żad­nej od, jak jej tam... - Tyler kła­dzie palec na bro­dzie.

- Cho­lera. Prawda. Odkąd pra­co­wa­li­śmy na wyjeź­dzie. Słod­kie maleń­stwo. Jak jej było? - docieka Mark.

- Melissa - mam­ro­czę.

- Tak! - mówią wszy­scy czte­rej na raz.

- Było ci z nią tak dobrze? - pyta Kent.

Tak. Miała w sobie coś, jakby despe­racką potrzebę nawią­za­nia więzi z drugą osobą. Zde­cy­do­wa­nie nie przy­po­mi­nała dziew­czyn, z któ­rymi zazwy­czaj nie­zo­bo­wią­zu­jąco się spo­ty­ka­łem. Wymknęła się w środku nocy, co w jakiś spo­sób na mnie wpły­nęło. Przy­wy­kłem do przy­lep, które bła­gają o kolejne spo­tka­nie i o numer. Takich jak dziew­czyny, które przy­cho­dzą do "Do dna", bo mają nadzieję, że kolejny raz zapro­sisz je do swo­jego domu. Które przy­ssą się do cie­bie i będą uda­wać, że śpią, tylko po to, by zostać na noc. Do tego wła­śnie przy­wy­kłem.

Mnie się nie zda­rza obu­dzić samot­nie w pokoju hote­lo­wym.

Nie zosta­wiła żad­nej kartki, ubra­nia, dowodu swo­jej obec­no­ści. Jakby była wytwo­rem mojej wyobraźni.

- W porządku, stary. - Seth kła­dzie dłoń na moim ramie­niu. - Wszy­scy zali­cza­li­śmy posu­chę. - Z wiel­kim tru­dem stara się nie roze­śmiać.

- Rozu­miemy - wtrąca Mark.

- Któ­ryś z nas znaj­dzie sobie na noc towa­rzyszkę, która przy­szła tu z przy­ja­ciółką. Upi­jemy tę przy­ja­ciółkę, żeby chciała z tobą wyjść - mówi Tyler.

- Jasne, prze­ko­namy ją - dodaje Kent.

- Odpier­dol­cie się.

- Ooo. Chyba tra­fi­li­śmy w czuły punkt - drażni się ze mną Seth.

- Nie potrze­buję pomocy. Sam potra­fię zna­leźć chętną kobietę - bur­czę.

- Serio? - powąt­piewa Kent.

- Pano­wie, chyba rzu­cono nam wyzwa­nie. - Tyler zaciera z eks­cy­ta­cji ręce.

- Tak. Wybie­rzemy dziew­czynę. - Mark uśmie­cha się zna­cząco.

Przy­sta­wiam piwo do ust, niech sobie gadają. Ni­gdy nie mia­łem pro­ble­mów z paniami. Wystar­czają moje ciemne włosy i tatu­aże. Wszyst­kie kobiety fan­ta­zjują o łobu­zach, bun­tow­ni­kach, któ­rzy zapew­nią dresz­czyk emo­cji. Face­tach, przed któ­rymi ostrze­gały ich matki. Są też kobiety, które po pro­stu pra­gną faceta, który im się spodo­bał. Sądzą, że je pocią­gam, jed­nak wygląd bywa zwod­ni­czy. Tak, wyglą­dam tajem­ni­czo - mam czarne włosy, ciem­no­brą­zowe oczy i dziary. Nie jestem jed­nak łobu­zem. Jasne, zali­czy­łem sporo kobiet, ale jestem mło­dym sin­glem, więc nikomu nie dzieje się krzywda.

- Masz jakieś życze­nia? - pyta Seth.

Patrzę na wszyst­kich.

- Nie - war­czę, prze­chy­la­jąc butelkę w stronę ust.

- Pora na usta­le­nie warun­ków - mówi Mark.

- Nie trzeba. Wybierz­cie dziew­czynę, a ja domknę sprawę - mówię.

- No pro­szę, taki jesteś pewny sie­bie? - rzuca oskar­ży­ciel­sko Tyler.

- Pano­wie, pro­po­nuję, aby­śmy pod­bili stawkę. Pan Pewny Sie­bie sądzi, że może domknąć sprawę, więc wymyślmy coś jesz­cze. - Kent pro­stuje się, pod­pie­ra­jąc łok­ciami o stół.

Obser­wuję ich. Nie­mal widzę, jak w ich gło­wach obra­cają się try­biki, gdy obmy­ślają, jak poto­czy się mój los. Ni­gdy nie prze­pu­ścimy oka­zji, by rzu­cić kum­plowi wyzwa­nie.

- Mam! - woła Mark. - Wybie­rzemy dziew­czynę, z którą masz uma­wiać się przez trzy mie­siące. - Roz­siada się wygod­nie i sze­roko uśmie­cha.

Kurwa! Trzy mie­siące. Tyle trwa zwią­zek, a to ozna­cza uczu­cia i cyrk przy roz­sta­niu. Cza­sami ciężko się wywi­nąć po jed­no­ra­zo­wym numerku, mimo że kobiety wie­dzą, na co się pisały. Trzy pie­przone mie­siące. Po co? Abym mógł się prze­chwa­lać, że wygra­łem zakład?

- Podoba mi się ten pomysł - zga­dza się Seth.

Do moich uszu dobiega "mnie też" i "tak".

- Jaka jest stawka? - pytam. - Trzy mie­siące rów­nają się związ­kowi. Będę potrze­bo­wał cze­goś wię­cej niż moż­li­wo­ści cheł­pie­nia się.

- Każdy rzuci po sto dolców - pro­po­nuje Kent. - Możesz spo­ty­kać się tylko z nią.

Poważ­nie?

- Nie potrze­buję pie­nię­dzy - mówię, gestem pro­sząc kel­nerkę o następną kolejkę.

- Prawda, ale jeśli wygrasz, będziemy musieli rzu­cić haj­sem. Chyba że już się wyco­fu­jesz? - pod­ju­dza mnie Seth.

Czte­ry­sta dolców i prawo do prze­chwa­łek. Warto? Obser­wują mnie cztery pary psot­nych oczu spo­dzie­wa­jące się odmowy.

Jaki facet zgo­dziłby się na trzy­mie­sięczną zna­jo­mość z przy­pad­kową kobietą wybraną przez kum­pli w zady­mio­nym barze? Sza­leń­stwo, prawda?

- Boisz się? - docieka Mark.

- Wybierz­cie, chłopcy. - Uśmie­cham się zna­cząco. Jebać to! Nie powie­dzieli, ile czasu mam z nią spę­dzić w ciągu tych trzech mie­sięcy. Wska­zali tylko okres. Nie upra­wia­łem seksu już tyle mie­sięcy, więc i z tym sobie pora­dzę.

Mark i Kent natych­miast zaczy­nają poszu­ki­wa­nia. Seth jest chyba zdez­o­rien­to­wany, jakby nie sądził, że się zgo­dzę. Na twa­rzy Tylera poja­wił się uśmie­szek.

Zemsta jest suką, chłopcy.

- Dobra. Musimy się skon­sul­to­wać. Ridge, stary, zaraz wra­camy - mówi Tyler.

Obser­wuję ich, gdy wstają i zmie­rzają do baru.

W co ja się, do dia­ska, wpa­ko­wa­łem?

Słodka kel­ne­reczka przy­nosi kolejkę, mimo że moi kum­ple stoją przy kon­tu­arze. Szybko biorę swoje piwo i je wypi­jam. Odsta­wiam z łosko­tem pustą butelkę na stół.

Piłka w grze.

- Ridge, to Ste­pha­nie - mówi Mark, gdy pozo­stali sia­dają na swo­ich miej­scach. Pora wypić piwo, któ­rego się nawa­rzyło. Dziew­czyna jest dłu­go­nogą blon­dynką z faj­nymi cyc­kami, a ja gustuję w jasno­wło­sych.

Może nie będzie tak źle, jak zakła­da­łem.

Wstaję, przy­kła­dam usta do jej ręki.

- Miło mi, Ste­pha­nie. Napi­jesz się cze­goś?

- Hej. - Rumieni się. - Moje przy­ja­ciółki są przy barze. - Wska­zuje przez ramię.

Nie odry­wam od niej wzroku.

- Usią­dziesz przy mnie? - Pusz­czam do niej oko, odsu­wa­jąc jej krze­sło.

- Dzięki. - Szcze­rzy się.

Poświę­cam jej całą uwagę przez pozo­stałą część wie­czoru. Wydaje się... nor­malna, raczej nie jest wariatką. Ma miłe kole­żanki, któ­rym towa­rzy­stwa dotrzy­mują moi kole­dzy. Wszy­scy dobrze się bawią, więc nieco się odprę­żam. Może, ale tylko może, nie wpa­ko­wa­łem się w trzy mie­siące w pie­kle.

Kum­ple nie prze­stają pić, ja nato­miast prze­sta­wi­łem się w pew­nym momen­cie na wodę. Pora się zbie­rać, a ja muszę zacho­wać przy­tom­ność umy­słu, by zacie­ka­wić pannę Ste­pha­nie, która jakby czy­ta­jąc mi w myślach, ziewa.

- Ogrom­nie prze­pra­szam. - Przy­kłada dło­nie do ust. - Wsta­łam o pią­tej.

- Czym się zaj­mu­jesz?

- Pro­jek­tuję wnę­trza. Jutro pre­zen­tuję po raz ostatni dom, który wykoń­czy­li­śmy.

Piękna i ma pracę.

- Odwiozę cię - szep­czę jej na ucho.

- Ja... ja... yyy... bar­dzo chęt­nie, ale jutro też muszę wcze­śnie wstać - mówi, opusz­cza­jąc wzrok na splą­tane palce.

- Bar­dzo chciał­bym dziś pójść z tobą do łóżka, ale nie o to mi cho­dziło. Jesteś zmę­czona i piłaś. Dopil­nuję, byś bez­piecz­nie dotarła do domu.

Waha się. Na pewno stara się oce­nić, czy może mi zaufać. Patrzy na przy­ja­ciółki, które zna­la­zły sobie towa­rzy­stwo.

- Steph, Mark ze mną wraca. Gotowa do drogi? - pyta ją jedna z nich.

Nawet nie pozna­łem imion jej przy­ja­ció­łek.

Nie mogło się zło­żyć lepiej. Mark przy­je­chał ze mną, ona z kole­żanką. Potrze­buje pod­wózki.

- Tylko cię odsta­wię do domu - szep­czę jej na ucho.

Kiwa głową.

- Ridge powie­dział, że mogę się z nim zabrać - mówi przy­ja­ciółce uwie­szo­nej na szcze­rzą­cym się Marku.

Zamiast poka­zać mu faka, wstaję i wycią­gam rękę do Ste­pha­nie. Bie­rze ją bez waha­nia. Macham resz­cie na poże­gna­nie i pro­wa­dzę dziew­czynę do swo­jego pick-upa. Poma­gam jej wsiąść. Zamy­kam drzwi dopiero, gdy zapięła pas. Zatrzy­muję się przy bagaż­niku samo­chodu, aby głę­boko ode­tchnąć. Wydaje się wylu­zo­wana, jed­nak kto wie, co przy­niosą naj­bliż­sze trzy mie­siące. Być może pierw­szy raz w życiu prze­gram zakład. Kręcę głową, wyrzu­ca­jąc z niej tę myśl, pod­cią­gam bok­serki i pod­cho­dzę do drzwi po stro­nie kie­rowcy.

- Dokąd?

- Wła­ści­wie to nie­da­leko.

Wysłu­chuję ogól­nych wska­zó­wek, nim wyjeż­dżam z par­kingu.

- Od dawna tu miesz­kasz? - pytam.

- Nie. Prze­pro­wa­dzi­łam się tu z dziew­czy­nami ze trzy mie­siące temu. Pra­cu­jemy w fir­mie nale­żą­cej do rodzi­ców Carli. Od dawna pla­no­wali roz­wi­nąć biz­nes. Zde­cy­do­wali się na ten krok, gdy skoń­czy­ły­śmy stu­dia, i od razu nas zatrud­nili.

- Świetny układ.

- Na pewno nam się poszczę­ściło.

Nastaje cisza. Mnie zaj­mują myśli o przy­ję­tym wyzwa­niu, a Ste­pha­nie... Cóż, nie wiem, co jej sie­dzi w gło­wie.

- Drugi dom po pra­wej - instru­uje, prze­ry­wa­jąc ciszę.

Zatrzy­muję się na pod­jeź­dzie, ale nie wyłą­czam sil­nika.

- Dzię­kuję. - Sięga do klamki.

Cho­lera! Mam jesz­cze zada­nie do wyko­na­nia.

- Ste­pha­nie - łapię ją za rękę - spo­tkasz się ze mną kolejny raz? - pytam łagod­nie, bo nie chcę, żeby wzięła mnie za jakie­goś pie­przo­nego dzi­waka.

- Tak, yyy, pew­nie.

- Podaj tele­fon, cukie­reczku.

Waha się, nim podaje mi komórkę wycią­gniętą z torebki. Szybko wpi­suję swój numer i wysy­łam do sie­bie wia­do­mość. Samym tym czy­nem łamię każdą ze swo­ich zasad. Nie wcho­dzę w związki - za wiele z nimi pro­ble­mów i za wiele w nich... powta­rzal­no­ści.

Oddaję jej tele­fon. Na mojej twa­rzy poja­wia się uśmie­szek, gdy sły­szę dźwięk wia­do­mo­ści przy­cho­dzą­cej na mój tele­fon. Ste­pha­nie kiwa głową, po czym otwiera drzwi i wyska­kuje z samo­chodu. Szybko robię to samo i odpro­wa­dzam ją pod drzwi. Powi­nie­nem tutaj domknąć sprawę, ale, niech mnie, dziś nie dam rady. Muszę objąć umy­słem pod­jęte wyzwa­nie. Z pew­no­ścią przy­sta­łem dziś na naj­głup­szy spo­śród naszych zakła­dów.

Gdy chrząka na ostat­nim schodku ganku, wiem, że koń­czy mi się czas. Muszę coś powie­dzieć, jed­nak ona odzywa się pierw­sza.

- Wej­dziesz?

Oczy­wi­ście. Jest ślicz­notką. Szybko roz­gry­wam w myślach naj­bliż­sze trzy mie­siące. Może uda mi się, jeśli zosta­niemy zwy­czaj­nymi zna­jo­mymi od łóżka? Bez żad­nych zobo­wią­zań. Kurwa, w naj­gor­szym wypadku stracę czte­ry­sta dolców. Mar­twię się nie haj­sem, ale pra­wem do prze­chwa­łek i tym, że nie chcę, by kum­ple nabi­jali się ze mnie przez dwa­dzie­ścia lat - lub dopóki któ­ryś nie wymy­śli lep­szego zakładu.

- Pro­wadź, cukie­reczku.

Rozdział 2. Ridge

Roz­dział 2

Ridge

Ste­pha­nie bez pro­blemu przy­staje na pro­po­zy­cję, byśmy zostali przy­ja­ciółmi z bonu­sami. Twier­dzi, że jest zajęta pracą i nie ma czasu na poważ­niej­szą zna­jo­mość, więc zga­dzamy się na seks, gdy oboje będziemy mieli chwilę i ochotę. Bez żad­nych ocze­ki­wań wzglę­dem sie­bie. Nalega też, byśmy nie sypiali z nikim innym. Mnie to pasuje.

Dziś mijają dwa mie­siące, odkąd się pozna­li­śmy. Cho­dzimy do łóżka mniej wię­cej raz w tygo­dniu i do tej pory nasz układ świet­nie się spraw­dza. Już czuję w kie­szeni czte­ry­sta dolców, które nie­długo do niej wpadną. Kum­ple nie mogli mi wybrać lep­szej dziew­czyny, bo ta pod­cho­dzi do naszej umowy z takim samym dystan­sem, jak ja. Poza tym seks jest świetny, zatem w naszej sytu­acji wilk syty i owca cała.

- Masz ochotę pograć dziś w karty? - pyta Kent.

- Umó­wi­łem się ze Steph - odpo­wia­dam.

- O, no tak, z twoją dziew­czyną. Trzyma cię na smy­czy, bra­cie? - wtrąca się Tyler.

- Spier­da­laj. Nie ma żad­nej smy­czy. Oboje dużo pra­co­wa­li­śmy w tym tygo­dniu, zna­leź­li­śmy czas na spo­tka­nie tylko dziś. - Muszę sobie tro­chę ulżyć, czego jed­nak im nie mówię, bo po co dole­wać oliwy do ognia.

- Przyjdź z nią - pod­po­wiada Mark.

- Może - rzu­cam nie­zo­bo­wią­zu­jąco. Pró­buję wymy­ślić, jak wszystko ze sobą połą­czyć: grę z kum­plami oraz kola­cję i zapasy w pościeli ze Steph.

- Ile już minęło? Pięć, sześć tygo­dni? Trzyma cię za jaja - śmieje się Seth.

- Osiem. Może­cie się śmiać, chłopcy, ale ja wiem, że wie­czo­rem zamo­czę fiuta. Was czeka to samo? - Na moją twarz wypływa uśmie­szek.

- Ridge, no weź, stary. To wie­czór gier. Przyjdź z nią i tyle - mówi roz­draż­niony Seth.

Od kilku lat spo­ty­kamy się, by pograć w karty na zmianę u każ­dego z nas. Przy­no­simy piwo oraz prze­ką­ski i wrzu­camy na luz. Omi­jamy te nasze wie­czorki tylko z waż­nych powo­dów rodzin­nych, na pewno nie po to, by zali­czyć w ramach zakładu.

- Dobra, przy­je­dziemy. A teraz wra­cajmy do roboty.

*

Wjeż­dżam na pod­jazd Ste­pha­nie punk­tu­al­nie o szó­stej. Wró­ci­łem szybko z pracy, prędko się umy­łem i przy­je­cha­łem pro­sto do niej.

- Hej - mówi, otwo­rzyw­szy drzwi.

- Cukie­reczku. - Całuję ją. - Gotowa?

- Tak. - Bie­rze torebkę i klu­cze. Wycho­dzimy. - Jak ci minął tydzień?

- Jak zwy­kle w robo­cie. Mam nadzieję, że jutro skoń­czymy u Allena. Zostały nam tylko ostat­nie szlify. A tobie?

W dro­dze do sklepu słu­cham o tym, jak spę­dziła dzień.

- Yyy, co tu robimy?

- Muszę kupić prze­ką­ski na wie­czór gier. Zapla­no­wa­łem coś innego, ale kum­ple wzbu­dzili u mnie wyrzuty sumie­nia, więc zgo­dzi­łem się przyjść. Zaraz wra­cam. - Pospiesz­nie wyska­kuję z pick-upa i wcho­dzę do sklepu. Biorę jakieś chipsy, salsę i tacę z wędli­nami i kra­ker­sami, po czym kie­ruję się do kasy. Wra­cam po pię­ciu minu­tach.

- Wie­czór gier? - pyta, gdy znów jedziemy.

Krzy­żuje ręce na piersi, więc wiem, że nie spodo­bał jej się ten pomysł. Miało mi się zro­bić głu­pio czy coś, prawda? Dla­czego zatem jej zacho­wa­nie nie ma na mnie wpływu?

- Tak. Od lat spo­ty­kamy się raz w mie­siącu, by pograć - wyja­śniam.

- I ze wszyst­kich moż­li­wych wie­czo­rów na nasze spo­tka­nie wybra­łeś wła­śnie ten?

- Mówi­łem już, pla­no­wa­łem nie iść, ale mnie wro­bili. O co tyle krzyku? Wpad­niemy do Kenta, zagramy kilka par­ty­jek, zjemy pizzę i prze­ką­ski, a potem wyj­dziemy. - Biorę ją za rękę. - Potem pomy­ślimy, jak pozbyć się stresu, który nagro­ma­dził się w tobie w tym tygo­dniu. - Pusz­czam do niej oko.

Nie jest zado­wo­lona.

- Ridge - jęczy.

Co, u licha? Ona się tak nie zacho­wuje. Nie pozna­łem jej jesz­cze od tej strony. Jasne, prze­waż­nie jemy we dwójkę kola­cję, po któ­rej wznie­camy ogień w pościeli. Do teraz uda­wało mi się unik­nąć spo­tka­nia z moimi czy jej przy­ja­ciółmi.

- Mam cię odwieźć? - Nie będę zno­sił jęcze­nia. Jeżeli chce się pie­przyć, prze­trwa wie­czór gier. To pro­ste.

- Uch! Dobra, ale nie chcę długo tam sie­dzieć.

Mocno zaci­skam ręce na kie­row­nicy. Ni­gdy wcze­śniej laska nie mówiła mi, co mam robić. Oczy­wi­ście, ni­gdy też nie spę­dzi­łem z żadną tyle czasu, by przy­szedł jej do głowy taki pomysł. Pogięło ją, jeżeli sądzi, że może mi roz­ka­zy­wać tylko dla­tego, że jest jedyną, którą obec­nie zali­czam.

Nic z tego, cukie­reczku.

Par­kuję na pod­jeź­dzie Kenta, biorę torbę z prze­ką­skami i cze­kam przy samo­cho­dzie na Ste­pha­nie. Nie jestem aż takim fiu­tem. Pukam do drzwi, po czym wcho­dzę, bo każdy z nas u sie­bie nawza­jem jest mile widziany. Jeste­śmy rodziną.

- Hej, hej! - wołam. Odpo­wia­dają nam chó­rem, gdy wcho­dzimy do kuchni.

- Ste­pha­nie, tak? - pyta Mark.

Zasko­czył ją swoją pamię­cią do imion.

- Tak.

- Witamy. Grasz w pokera? - cie­kawi się Kent.

Pojeb wie, że dziew­czyna nie gra. Przy­gry­zam wargę, żeby się nie roze­śmiać.

- Nie.

Ste­pha­nie robi bez­cenną minę. Jak­by­śmy zapy­tali, czy prze­śpi się z nami wszyst­kimi czy coś. Ostat­nio zaczą­łem zauwa­żać, że jest Panną Grzecz­niutką, ni­gdy nie robi sobie prze­rwy na zwy­czajny relaks - oczy­wi­ście prócz wspól­nych chwil w łóżku. Poza tymi wyjąt­kami jest bar­dzo sztywna. Musi się nauczyć, że nie­kiedy trzeba wrzu­cić na luz, bo życie jest zbyt krót­kie, aby nie­ustan­nie zacho­wy­wać powagę.

- Nie martw się, kochana. Nauczymy cię - mówi Seth, obej­mu­jąc ją ramie­niem.

Dziew­czyna prze­ka­zuje mi coś spoj­rze­niem, jed­nak... nie potra­fię go roz­szy­fro­wać.

- Nie trzeba - zapew­nia, strzą­sa­jąc jego rękę.

- Jak wolisz. Gotowe? - pytam.

Tyler potwier­dza, bie­rze miskę chip­sów i sta­wia ją na stole.

- Weź krze­sło albo włącz sobie tele­wi­zor w salo­nie - mówię jej.

Otwiera usta. Czego się spo­dzie­wała? Nie będę jej nad­ska­ki­wał. Nie jest moją dziew­czyną, a - mówiąc szcze­rze - nie podoba mi się ta strona jej oso­bo­wo­ści.

Prze­wraca oczami i odcho­dzi do salonu, stu­ka­jąc obca­sami.

- Kto roz­daje? - Sia­dam przy stole.

- Kło­poty w raju? - pyta Mark.

- Raju? Wiesz, o co w tym cho­dzi, bra­cie. Roz­da­waj. Przez dwie godziny gramy w karty, jemy i gadamy o bzdu­rach. Dopiero gdy sły­szę, jak Ste­pha­nie odchrzą­kuje, przy­po­mi­nam sobie, że ze mną przy­je­chała. Cho­lera!

- Wra­camy? - pyta. Skrzy­żo­wała ręce na piersi i tupie nogą. Na jej twa­rzy wid­nieje gry­mas.

Zapo­mnia­łem o niej jak jakiś kutas, ale bez prze­sady. To ona zde­cy­do­wała się sie­dzieć sama w salo­nie. Patrzę na zega­rek, który wska­zuje, że minęła już dzie­wiąta.

- Tak. To ostat­nia par­tyjka.

Ziry­to­wała się, że nie wsta­łem od razu od stołu, ale jeste­śmy w trak­cie gry. Koń­czymy szybko. Seth zgar­nia wygraną.

- Wycho­dzimy - mówię, wsta­jąc i się prze­cią­ga­jąc. - Do jutra, dziew­czyny. - Prze­no­szę wzrok na Ste­pha­nie. - Gotowa?

Nie odpo­wiada, tylko rusza do wyj­ścia. Faceci recho­czą. Nie mogę powstrzy­mać śmie­chu. Dziew­czyna zacho­wuje się jak wielka gwiazda. Macham do nich przez ramię, gdy idę za nią do swo­jego samo­chodu.

- Odwieź mnie do domu, Ridge - war­czy.

Nawet nie zaszczy­cam jej suko­wa­to­ści odpo­wie­dzią, odsta­wiam ją tylko pod drzwi. Wku­rzyła się, na co mam szcze­rze wywa­lone.

- Chcia­łam cię o coś popro­sić, ale tak cię zajęli kum­ple, że nie spę­dzi­łeś ze mną ani chwili.

W mojej gło­wie roz­brzmiewa alarm. Jemy razem posiłki i cho­dzimy do łóżka, tylko tyle. Nawet nie mówimy, że się ze sobą uma­wiamy.

- O co takiego? - docie­kam.

Zdmu­chuje włosy z twa­rzy i głę­boko nabiera powie­trza.

- W przy­szłym tygo­dniu odbę­dzie się gala. To wielka sprawa, pokażą na niej moje pro­jekty. Nie chcę iść sama.

No cóż, mam prze­je­bane.

- Kiedy dokład­nie?

- W pią­tek.

- O któ­rej?

- Musimy wyjść ode mnie o siód­mej. Gala roz­po­czyna się o ósmej, ale chcę zja­wić się tro­chę wcze­śniej.

Myślę o zakła­dzie. Cho­lera, mogę zro­bić przy­naj­mniej tyle. Jestem na ostat­niej pro­stej, nasza zna­jo­mość nie­długo się skoń­czy.

- Dobra. Co mam wło­żyć?

Roz­po­ga­dza się.

- Gar­ni­tur? - odpo­wiada pyta­niem.

- Rozu­mie się. Do zoba­cze­nia.

Po chwili waha­nia zagaja:

- Chcesz się spo­tkać w ten week­end?

Nie.

- Zostało nam jesz­cze sporo roboty u Allena. Raczej nie znajdę czasu. Przy­jadę po cie­bie w pią­tek o siód­mej.

Nie odpo­wiada mi i wysiada z pick-upa. Oświe­tlam jej reflek­to­rami drogę do domu i cze­kam, aż do niego wej­dzie, nim odjeż­dżam.

Jesz­cze cztery tygo­dnie.

Rozdział 3. Ridge

Roz­dział 3

Ridge

Cały dzień jest pasmem pora­żek. Naj­pierw zadzwo­niono do mnie w spra­wie budowy przy Wschod­niej Alei. Oka­zało się, że ktoś zapro­po­no­wał niż­szą stawkę. Mam sporo zle­ceń, jed­nak nie lubię prze­gry­wać. Cho­ciaż w przy­padku tego remontu zsze­dłem z ceny do moż­li­wie naj­niż­szej gra­nicy. Nie wiem, czy budow­la­niec, który się go pod­jął, zarobi cokol­wiek bez pój­ścia na skróty. Tego też nie lubię.

Na miej­scu obec­nej budowy oka­zało się, że dostar­czono nie­wła­ściwe mate­riały. W Lum­ber Yard pomy­lili zamó­wie­nie na budowę u Jef­fer­so­nów z zamó­wie­niem dla Wil­liam­sów. Po ponad dwóch godzi­nach sie­dze­nia na tele­fo­nie udało mi się ścią­gnąć dostaw­ców, któ­rzy poprze­wo­zili mate­riały. Ta pomyłka kosz­to­wała mnie i moją ekipę dzień pracy, przez co mamy opóź­nie­nie, o któ­rym musia­łem poin­for­mo­wać klienta. Co dopro­wa­dziło mnie do obec­nej sytu­acji. Wspo­mi­na­łem, że nie zno­szę robić sobie zale­gło­ści?

Całe popo­łu­dnie spę­dzi­łem na budo­wie u Jef­fer­so­nów, dopóki ostatni dostaw­czak nie zosta­wił odpo­wied­nich mate­ria­łów. Pani Jef­fer­son mar­twiła się, że znów może dojść do pomyłki, jed­nak zapew­ni­łem ją, że nic takiego nie będzie miało miej­sca. Dosad­nie powie­działa, że wszystko ma być jak należy, bo ina­czej... Jest ostrą babką, któ­rej zależy, aby prace zostały zakoń­czone przed odwie­dzi­nami jej sio­stry i szwa­gra z Kali­for­nii, któ­rzy mają przy­je­chać w przy­szłym tygo­dniu. Aby ją uspo­koić, zosta­łem do przy­jazdu dostawcy i sam spraw­dzi­łem, czy zamó­wie­nie się zga­dza. Skła­dową tej pracy jest dba­nie o zado­wo­le­nie klien­tów.

Mia­łem "skoń­czyć" pracę przed piątą, jeżeli coś takiego jest w ogóle moż­liwe w przy­padku osób pro­wa­dzą­cych dzia­łal­ność, bo dziś odbę­dzie się gala, na którą umó­wi­łem się ze Ste­pha­nie. Kilka razy mia­łem ochotę prze­ka­zać jej przez tele­fon, że nie mogę jej towa­rzy­szyć, jed­nak zło­ży­łem obiet­nicę, a dane słowo trak­tuję poważ­nie. Takim oto spo­so­bem wyjeż­dżam od Jef­fer­so­nów o wpół do siód­mej, a żeby zaje­bi­sty dzień stał się jesz­cze lep­szy, aku­rat zaczyna lać.

Wycie­raczki szu­mią i na peł­nej mocy prze­su­wają się po szy­bie. Zwal­niam, zauwa­żyw­szy na pobo­czu samo­chód, przy któ­rym kobieta chyba kopie flaka.

Cho­lera. Sumie­nie nie pozwala mi prze­je­chać bez­czyn­nie. Wąt­pię, by potra­fiła zmie­nić koło.

Włą­czam kie­run­kow­skaz i zjeż­dżam za nią. Ma na sobie far­tuch pie­lę­gniarki, jej włosy są prze­mo­czone. Wycią­gam ze schowka dwa płasz­cze prze­ciw­desz­czowe, które wożę ze sobą, bo ni­gdy nie wia­domo, kiedy matka natura posta­nowi roze­wrzeć wrota. Poza tym w mojej branży takie zaopa­trze­nie oka­zało się zba­wienne nie­zli­czoną liczbę razy.

Wcią­gam płaszcz przez głowę. Drugi biorę w dłoń i wysia­dam. Kobieta przy­gląda mi się z rękami skrzy­żo­wa­nymi na piersi. Wysta­wiła klucz mię­dzy pal­cami, jakby była gotowa się nim bro­nić. Mądra dziew­czynka.

- Cześć! - prze­krzy­kuję deszcz. - Wygląda na to, że potrze­bu­jesz pomocy. - Podaję jej płaszcz.

Waha się, jed­nak gdy opady przy­bie­rają na sile, bie­rze płaszcz, szybko go roz­pa­ko­wuje i się nim okrywa.

- Mam na imię Ridge. - Wska­zuję na pick-upa z logo Bec­kett Con­struc­tion. - Wra­cam z budowy. Zauwa­ży­łem, że przy­da­łaby ci się pomoc. Masz zapa­sowe koło? - pytam.

Waha się. Myślę, że jest po pro­stu ostrożna.

- Wyjmę port­fel. - Ostrze­gam. Powoli się­gam do kie­szeni, a potem wyj­muję wizy­tówkę, na któ­rej są moje dane, i podaję ją kobie­cie.

Ulewa nie ustaje, więc zachę­cam w myślach kobietę, aby zde­cy­do­wała się, czy może mi zaufać i czy możemy się wziąć za robotę. Jestem spóź­niony i już sły­szę w gło­wie narze­ka­nie Ste­pha­nie.

Przy­gląda się wizy­tówce, po czym powoli unosi głowę i cie­pło się uśmie­cha. Wyciąga rękę i się przed­sta­wia.

- Dawn Mil­ler. Dzię­kuję, że się zatrzy­ma­łeś. Nie mam poję­cia, co trzeba zro­bić.

- Wszyst­kim się zajmę. - Pusz­czam do niej oko. Nawet prze­mo­czona jest śliczna. Ma duże nie­bie­skie oczy i dłu­gie jasne włosy. - Otwórz bagaż­nik i wsiądź do auta. Nie ma sensu, byśmy oboje mokli.

Zbywa mnie gestem.

- Nie roz­to­pię się. Mia­ła­bym wyrzuty sumie­nia, sie­dząc w samo­cho­dzie, gdy ty będziesz stał na desz­czu. Ogrom­nie doce­niam pomoc.

Otwiera bagaż­nik. Szybko wycią­gam koło i lewa­rek. Gdy usta­wiam narzę­dzie, deszcz ustę­puje. Pospiesz­nie wymie­niam koło.

- Musisz jechać do mecha­nika. Mam nadzieję, że nie wybie­rasz się daleko. Nie­bez­piecz­nie jest jeź­dzić po śli­skich dro­gach tym czymś. - Wska­zuję na mniej­sze koło zapa­sowe.

- Nie mam daleko. Jutro coś z tym zro­bię - obie­cuje.

Spraw­dzam, czy dokrę­ci­łem śruby, po czym wkła­dam flak i narzę­dzia do jej auta.

- Możesz jechać - mówię jej, zamy­ka­jąc bagaż­nik.

- Ogrom­nie dzię­kuję. Ile jestem ci winna?

- Nic. Tylko jedź ostroż­nie. Miło mi, Dawn. - Wycią­gam rękę.

Ści­ska moją dłoń.

- Mnie rów­nież, Ridge. Bar­dzo, bar­dzo dzię­kuję.

Kiwam głową, pusz­czam jej rękę i bie­gnę do swo­jego samo­chodu. Patrzę, jak kobieta wsiada za kółko i odjeż­dża. Szybko piszę do Steph.

Ja: Spóź­nię się, mam okropny dzień.

Ste­pha­nie: Serio, Ridge? Obie­ca­łeś.

Ja: Nic nie mogłem na to pora­dzić. Nie­długo będę.

Wrzu­cam komórkę do uchwytu na kubek i wra­cam na drogę. Matka natura stwier­dza, że nie­wy­star­cza­jąco mnie dziś tor­tu­ro­wała, i znów zsyła ulewę. Wiel­kie, cięż­kie kro­ple roz­bi­jają się o szybę, gdy ze względu na nie­mal cał­ko­wity brak widocz­no­ści zwal­niam do żół­wiego tempa. Mam nadzieję, że Dawn dotarła do celu.

Podmuch wia­tru znosi samo­chód i zmu­sza mnie do walki o utrzy­ma­nie się na dro­dze. Deszcz przy­szedł zni­kąd. Sia­dam wygod­niej, zaci­skam ręce na kie­row­nicy i pochy­lam się, nie odry­wa­jąc wzroku od drogi. Dostaję wia­do­mość, jed­nak nie zamie­rzam na razie jej odczy­ty­wać. Prze­czu­wam, że to Ste­pha­nie robi mi wyrzuty z powodu mojego spóź­nie­nia. Gdyby ona albo moja sio­stra Reagan zatrzy­mała się na pobo­czu ze względu na pro­blemy z autem, chciał­bym, żeby pomógł im taki przy­zwo­ity facet jak ja. Świat jest pełen dzi­wa­ków i róż­nych nie­bez­pie­czeństw. Ste­pha­nie przej­dzie złość, a jeśli nie... No cóż.

Uważ­nie wpa­truję się w drogę, aby nie wje­chać w gałąź czy inne auto. Na asfal­cie ponie­wiera się mnó­stwo rze­czy, więc zwal­niam, bo zbli­żam się do zakrę­tów Jack­sona, nazwa­nych na cześć sta­ruszka miesz­ka­ją­cego przy cho­ler­nie krę­tym odcinku, na któ­rym widzia­łem nie­zli­czoną liczbę wypad­ków.

Gdy docie­ram do pierw­szego zawi­jasa, zauwa­żam świa­tło. Docho­dzi z dru­giej strony nie­wy­so­kiej skarpy. Kurwa! Zły znak. Cały dzień wszystko idzie nie po mojej myśli.

Zjeż­dżam na pobo­cze i wycią­gam ze schowka latarkę. Nie zdją­łem płasz­cza prze­ciw­desz­czo­wego, bo nie chcia­łem mar­no­wać czasu, skoro Ste­pha­nie już się wku­rzyła. Nie wiem, co zastanę na skar­pie, więc wsu­wam tele­fon do kie­szeni.

Gdy tylko otwie­ram drzwi, ude­rza mnie i nie­mal prze­wraca podmuch wia­tru. Wal­czę z siłą żywiołu, aby zamknąć drzwi, po czym włą­czam latarkę i roz­glą­dam się po obu stro­nach jezdni, nim szybko przez nią prze­bie­gam, co jest cho­ler­nie nie­bez­pieczne, jed­nak prze­czu­cie mi pod­po­wiada, że czas ma w tej sytu­acji istotne zna­cze­nie. Modlę się w duchu, abym nie miał racji.

Zastaję widok, który pcha mnie do dzia­ła­nia. Na pobo­czu stoi mały SUV. Ruszam zabło­coną skarpą, tracę rów­no­wagę. Poty­kam się i śli­zgam, wal­cząc o utrzy­ma­nie się na nogach. Gdy w końcu docie­ram do samo­chodu, ośle­pia mnie świa­tło reflek­to­rów, więc nie widzę, czy ktoś jest wewnątrz. Nie opie­ram się o auto, bo nie chcę ryzy­ko­wać, że się prze­chyli i osu­nie dalej. Jest za ciemno, by oce­nić, co się stało, a z nieba leje się ściana desz­czu. Lepiej dmu­chać na zimne.

Bar­dzo ostroż­nie pod­cho­dzę do drzwi po stro­nie kie­rowcy. Przy­świe­ca­jąc sobie latarką, zauwa­żam leżącą na boku kobietę. Ma zamknięte oczy. Niech to szlag! Wiem, że nie powi­nien jej ruszać. Wycią­gam z kie­szeni tele­fon i pró­buję wezwać pomoc. Udaje mi się dopiero za trze­cim podej­ściem, bo drżą mi mokre od desz­czu ręce.

- Ope­ra­torka, w czym mogę pomóc?

- Zda­rzył się wypa­dek - prze­krzy­kuję ulewę. - Jestem tuż przy Ander­son Drive, na zakrę­tach Jack­sona.

- Coś się panu stało?

- Nie, mnie nie. Widzia­łem świa­tła, to się zatrzy­ma­łem. Kobieta utknęła w samo­cho­dzie. - Wiem, że zapewne plotę bez sensu, ale mam mętlik w gło­wie. Muszę jej pomóc.

- Pro­szę przy niej zostać. Pomoc już jedzie. Ktoś zjawi się za mniej niż pięć minut.

- Co mam zro­bić? - bła­gam ją o wska­zówki.

Przy­ci­skam moc­niej tele­fon do ucha, aby ją sły­szeć, choć przez deszcz pra­wie nic do mnie nie dociera.

- Pro­szę się trzy­mać. Pomoc zaraz będzie. Pro­szę jej nie ruszać, jeżeli nie wydaje się panu, by gro­ziło jej nie­bez­pie­czeń­stwo - mówi zupeł­nie spo­kojna. Chyba tylko dzięki swo­jemu opa­no­wa­niu jest w sta­nie wyko­ny­wać tę pracę.

Po naj­dłuż­szych pię­ciu minu­tach w swoim życiu sły­szę syreny.

- Przy­je­chali - infor­muję ope­ra­torkę.

- To dobrze. Pro­szę pozwo­lić im się nią zająć.

Że co, do dia­bła? Ona tak poważ­nie?

- Czaję.

Roz­łą­czam się i wrzu­cam tele­fon do kie­szeni. Macham rękami w powie­trzu.

- Tutaj - wołam. Dwóch ratow­ni­ków ostroż­nie zsuwa się po skar­pie z noszami w rękach. Gdy do mnie docie­rają, na pobo­cze zjeż­dżają sze­ryf i straż pożarna. Przy­była odsiecz.

Dzięki nie­bio­som. Mam nadzieję, że kobie­cie nic nie dolega.

- Stało się coś panu?

- Nie. Prze­jeż­dża­łem i zauwa­ży­łem świa­tła. Jestem tu od nieco ponad pię­ciu minut. Nie doty­ka­łem samo­chodu, tylko poświe­ci­łem przez okno. Kobieta za kie­row­nicą jest chyba nie­przy­tomna. Nie widzia­łem żad­nego pasa­żera. Bałem się ruszyć ją czy auto - wyrzu­cam z sie­bie bez­ład­nie. Deszcz lejący się wia­drami z nieba na­dal roz­bija się o wszystko ze stu­ko­tem.

- Dobrze pan postą­pił - krzy­czy w odpo­wie­dzi ratow­nik.

Scho­dzę im z drogi, aby zajęli się kobietą. Tele­fon wibruje mi w kie­szeni.

Ste­pha­nie.

Niech zaczeka.

Stoję wro­śnięty w zie­mię na pobo­czu na wypa­dek, gdyby ratow­ni­kom przy­dała się dodat­kowa para rąk. Obser­wuję, jak do akcji wkra­czają rów­nież stra­żacy i oce­niają ryzyko zwią­zane z umiej­sco­wie­niem auta, komu­ni­ku­jąc się kiwa­niem głową i sygna­łami ręcz­nymi. Naj­wi­docz­niej uznali, że mogą bez­piecz­nie zacząć prace, bo od razu sta­rają się posta­wić samo­chód i otwo­rzyć drzw. Ratow­nicy stoją obok, cze­ka­jąc, aż stra­żacy uwol­nią kobietę.

Nawet nie drgną­łem; stoję prze­mok­nięty i cze­kam, by zoba­czyć, czy nic jej się nie stało. Szkoda, że nie mogę zro­bić nic wię­cej. Poprzy­się­gam sobie, że zapi­szę się co naj­mniej na kurs pierw­szej pomocy. Co bym zro­bił, gdyby była przy­tomna albo gdy­bym z powodu bez­po­śred­niego zagro­że­nia życia musiał wycią­gnąć ją z auta?

Tele­fon znów brzę­czy, a ja dalej nie zwra­cam na niego uwagi.

Wbi­jam wzrok w scenę roz­gry­wa­jącą się na moich oczach. Obser­wuję, jak stra­żacy prze­ci­nają drzwi, które udało im się otwo­rzyć zale­d­wie odro­binę. Pra­cują ostroż­nie, z nale­żytą sta­ran­no­ścią. Gdy tylko usu­wają prze­szkodę, jeden z nich pod­nosi i rzuca drzwi w stronę tyłu auta. Na pewno napę­dza ich czy­sta adre­na­lina. Prze­cież mają obo­wią­zek moż­li­wie naj­szyb­ciej wycią­gnąć kobietę z samo­chodu. Widzi się pracę stra­ża­ków w fil­mach, sły­szy o niej w wia­do­mo­ściach, jed­nak dopiero w praw­dzi­wym życiu wzbu­dzają podziw swo­imi deter­mi­na­cją i odda­niem.

Sani­ta­riu­sze wkra­czają do akcji i badają ofiarę wypadku. Jeden z nich sie­dzi na miej­scu pasa­żera. Naj­wi­docz­niej drzwi po tam­tej stro­nie nie zostały uszko­dzone. Wszy­scy wspól­nie doko­nują oceny sytu­acji. Gdy krzy­kiem pro­szą o nosze, przy­spie­sza mi puls. Nic jej nie będzie? Uda im się ją wycią­gnąć? Będą musieli ciąć auto? Przez myśl prze­biega mi milion pytań, jed­nak nie odry­wam wzroku od samo­chodu. Od niej. Muszę zoba­czyć na wła­sne oczy, czy nic jej się nie stało.

Mijają minuty, godziny... tracę poczu­cie czasu. Dopiero gdy powoli i bar­dzo deli­kat­nie prze­no­szą ją z auta na nosze, nabie­ram głę­boko powie­trza. Pali mnie w piersi, wydaje mi się, że od dawna nie oddy­cha­łem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki