Umysł mistrza. Autobiografia - Pete Sampras, Peter Bodo

Reflow text when sidebars are open.
Jeszcze kilka lat temu sam pomysł, że miałbym napisać książkę o swoim życiu i grze w tenisa, wydawał mi się równie dziwny, co wam może wydawać się teraz. W końcu byłem przecież facetem, za którego zwykle przemawiała rakieta tenisowa. Koncentrowałem się na zwycięstwie, wiodłem oddane grze, zdyscyplinowane, niemal pustelnicze życie, prowadzące do zdobywania kolejnych tytułów wielkoszlemowych. Byłem człowiekiem strzegącym swojej prywatności i z powodzeniem unikającym kontrowersji czy skandali, zarówno w życiu zawodowym, jak i osobistym.
Jednak gdy przyzwyczaiłem się już do tenisowej emerytury, miałem dużo czasu, by rozmyślać o tym, czego dokonałem i dokąd zaszedłem, o tym, jak moja kariera może wpłynąć na innych. Zdałem sobie na przykład sprawę, że to, co osiągnąłem w tenisie, zapewne zainteresuje i zaciekawi moją rodzinę. Jeśli - i kiedy - moje dzieci (oraz członkowie mojej licznej rodziny) zapragną doświadczyć tego, co przeżyłem, i zrozumieć, jak wyglądała moja kariera, powinni przede wszystkim poznać moją perspektywę. Gdy piszę te słowa, obaj moi synowie, Christian i Ryan, potrafią już prosto rzucić piłkę - co, jak twierdzi mój ojciec Sam, u mnie było pierwszą oznaką sportowego talentu. Chciałbym, by również moi kibice - i miłośnicy tenisa w ogóle - wysłuchali tej historii. Ta książka jest moim dziedzictwem.
I jeszcze jedno: fakt, że trzymałem się z dala od pierwszych stron gazet bardzo pomógł mi w karierze. Mogłem się koncentrować z dala od czerwonego dywanu. Tego właśnie chciałem. Oznaczało to jednak również, że moja kariera będzie upubliczniona jedynie we fragmentach. Cieszę się, że mogę teraz pozbierać różne nieposkładane elementy, spojrzeć na nie z dystansu i ujawnić dotąd niedostrzegane związki.
Pisząc tę książkę, zrozumiałem, że moja kariera była bardzo bogata w wydarzenia, nie pozwoliłem jednak, by pojedyncze fakty ją zdominowały. Mój pierwszy trener siedział w więzieniu. Ważny dla mnie mentor, w chwili gdy zacząłem dojrzewać jako gracz, zachorował na raka i młodo umarł. Przez tragiczny wypadek straciłem jednego z najbliższych przyjaciół wśród graczy. Miałem różne związane ze stresem problemy fizyczne i przynajmniej jedną zagrażającą karierze kontuzję - akurat wtedy, gdy miałem wyprzedzić Roya Emersona w wyścigu o największą liczbę wielkoszlemowych tytułów singlowych. Popadałem w konflikty z innymi graczami, sponsorami i tenisowym establishmentem. O tym wszystkim jednak nikt nie myśli, słysząc moje nazwisko. Jestem z tego bardzo dumny, ale i tak muszę przyznać, że to się zdarzyło, oraz opowiedzieć, jak na mnie wpłynęło.
Nie będzie to jednak książka rozliczeniowa. Od samego początku zamierzałem napisać książkę wyłącznie o tenisie - taką, która przedstawi moją historię, oddając hołd tej grze i czasom, w jakich grałem. Wyznaję bowiem zasadę: "Żyj i pozwól żyć innym". Od zawsze próbuję stawiać czoło temu, co mnie spotyka, a potem żyć dalej.
Grałem w tenisa w okresie znaczących jego przemian. Zaczęły się one od nagłego rozrostu międzynarodowych rozgrywek, potem zaś nastąpiły między innymi rewolucja w sprzęcie sportowym, ogromna komercjalizacja tenisa, pierwszy poważny skandal dopingowy w tej dyscyplinie, a także zwolnienie gry - proces rozpoczęty na moim ukochanym turnieju, gdzie również grałem najlepiej - Wimbledonie.
Mój czas był wspaniały, szczególnie dla amerykańskiego tenisa. W moim pokoleniu grało czterech mistrzów Wielkiego Szlema (Michael Chang, Jim Courier, Andre Agassi i ja), a zawodnicy z innych krajów okazywali się wymagającymi i zdeterminowanymi przeciwnikami.
Wysoki poziom gry utrzymał Roger Federer, Szwajcar, który potem stał się moim dobrym przyjacielem, a zdobył tytuły wielkoszlemowe w rekordowo szybkim czasie. Wydarzenia następują jedno po drugim, wolniej lub szybciej, i nadszedł czas, bym również ja dopisał do kroniki swój rozdział.
Ted Williams, genialny baseballista drużyny Boston Red Sox, powiedział kiedyś, że jedyne, czego chce od życia, to iść ulicą i widzieć, jak ludzie wskazują go palcem i mówią: "Idzie najlepszy pałkarz w historii". Na początku kariery przyjąłem podobne założenie. Niektórym może się to wydawać aroganckie, ale takiego napędu potrzeba, by wspiąć się na wyżyny swego zawodu. W mojej karierze były chwile, kiedy stawałem na linii serwisowej w najistotniejszym momencie arcyważnego meczu i przez chwilę napawałem się atmosferą. Napędzany adrenaliną spoglądałem w stronę publiczności i odważnie mówiłem do siebie: "No dobra, teraz pokażę wam, kim naprawdę jestem".
Większość mistrzów ma w sobie ten rodzaj agresji, żądzę współzawodnictwa. Pojawiają się one z czasem. Nie da się przetrwać bez nich zbyt długo, będąc wystawionym na cel. Istnieje jednak jeszcze coś: w naszym sporcie najlepsi gracze i najbardziej zaciekli przeciwnicy są również dżentelmenami - dobrymi sportowcami i wzorami do naśladowania. Wystarczy spojrzeć na Roda Lavera przede mną i Rogera Federera po mnie.
Ta książka w szerszym kontekście i czasami w mniej poważny sposób pokaże, kim naprawdę jestem.
Los Angeles, styczeń 2008
1971-1986
Nie jestem przekonany, że od wczesnego dzieciństwa musisz wiedzieć, kim jesteś i czego pragniesz, by stać się świetnym tenisistą. Różni zawodnicy osiągają ten cel na rozmaite sposoby. Ja jednak wiedziałem. Wiedziałem niemal od pierwszego dnia mojego życia, że urodziłem się, by grać w tenisa. Nie zawsze tak jest, ale jeśli wiesz, kim jesteś i czego chcesz - może to być dawanie koncertów skrzypcowych w filharmonii lub budowanie drapaczy chmur - daje ci to wielką przewagę w osiąganiu życiowych celów.
Urodziłem się w Potomac, w stanie Maryland, 12 sierpnia 1971 roku jako trzecie z czworga dzieci. Mój brat Gus jest cztery lata starszy ode mnie. Siostra Stella - także zawodowa tenisistka - jest dwa lata starsza, a jako ostatnia urodziła się Marion.
Mój ojciec Sam z pochodzenia jest Grekiem. Gdy się urodziłem, pracował w Departamencie Obrony w Waszyngtonie jako inżynier mechanik. Potem miał na utrzymaniu żonę Georgię i czworo dzieci, zarabiał więc również jako współwłaściciel (wraz z trzema szwagrami) restauracji i delikatesów McLean w niewielkim McLean, w stanie Wirginia. Choć nie była to knajpa z założenia grecka, moja rodzina wniosła tam grecki charakter i miłość do dobrego jedzenia, więc interes szedł doskonale.
Nie mam prawie żadnych wspomnień z okresu spędzonego w Potomac, pamiętam tylko, że znalazłem starą rakietę tenisową i przywiązałem się do niej jak do ulubionej zabawki. Uderzałem we wszystko, co było dość twarde, by piłka mogła się odbić, zwykle o betonową ścianę pobliskiej pralni. W końcu trafiłem do miejscowego parku, gdzie znajdowało się kilka kortów, i wziąłem lekcję czy dwie. Zacząłem grać, ale sądzę, że był jakiś powód, dla którego to się stało - ten sam, dla którego Tiger Woods wziął do ręki kij golfowy, a Wayne Gretzky - hokejowy.
Mój tata pamięta, że pewnego dnia w parku w Potomac podszedł do niego jakiś facet i powiedział: "Wygląda na to, że pana syn naprawdę potrafi grać w tenisa". Tata wziął sobie te słowa do serca, choć nie był wielkim fanem sportu, a w naszej rodzinie nie istniały żadne tenisowe tradycje. Byliśmy Amerykanami greckiego pochodzenia, na wiele sposobów związanymi z naszymi korzeniami. Niektóre niewielkie narody, na przykład Chorwacja albo Szwecja, mają długą tenisową historię. Grecja do nich nie należy. Jeśli chodzi o tło kulturowe - tenis zupełnie nie leżał w kręgu naszych zainteresowań.
Tata nic nie wiedział o tej grze, do niczego więc mnie nie zmuszał, dopóki sam nie wyraziłem nią zainteresowania. Nie miał także zielonego pojęcia o środowisku tenisowym, zamkniętym i złożonym głównie z osób, których rodziny od wielu lat zajmowały się tą dyscypliną. Zauważył jednak, że mam zadatki na sportowca. Już jako małe dziecko potrafiłem odpowiednio kopnąć piłkę i prosto ją rzucić. Przychodziło mi to naturalnie.
Kiedy miałem siedem lat, tata otrzymał propozycję przeniesienia się w okolice Los Angeles, gdzie przemysł lotniczy i obronny lepiej się rozwijał. Tenis zapewne nie przeszedł mu nawet wtedy przez myśl. Choć jeszcze tego nie wiedzieliśmy, na nasze szczęście południowa Kalifornia to także centrum amerykańskiej kultury tenisowej - przede wszystkim jej popularnej odmiany. Tenis w Stanach Zjednoczonych zawsze miał bowiem dwie twarze. Był ulubionym sportem bogatych, szczególnie na północnym wschodzie, choćby w Bostonie, Newport, Nowym Jorku i Filadelfii, i tam właśnie rozgrywano zwykle najważniejsze tenisowe turnieje, włącznie z US Open. Tam tenis jest związany z tradycją, a jeszcze niedługo przed moim urodzeniem dominującą nawierzchnią była trawa. Kalifornia - to już zupełnie inna historia.
Słoneczny klimat Zachodniego Wybrzeża sprawiał, że tenis stał się tam całorocznym sportem uprawianym na świeżym powietrzu. Grać weń mógł właściwie każdy przy niewielkich nakładach finansowych. Nie pojawiały się też żadne towarzyskie, ekskluzywne podteksty. Przestrzeni było mnóstwo, więc ogólnodostępne korty wyrastały niemal wszędzie. Większość z nich miała nawierzchnię betonową, najtańszą i najłatwiejszą w utrzymaniu. Kalifornia stała się jednym z najważniejszych miejsc tenisowych. Pierwsi świetni gracze pochodzący z Zachodniego Wybrzeża to Ellsworth Vines - wciąż żywa legenda genialnego serwisu - a także Jack Kramer, Pancho Gonzales, Stan Smith, Billie Jean King i Tracy Austin.
"Kalifornijska gra" charakteryzowała się mocnym serwisem i agresywnym stylem. Jeśli chodzi o technikę, w tenisa gra się inaczej w zależności od miejsca i nawierzchni. Różnice te są tak wyraźne, że nazwy najpopularniejszych chwytów używanych w tenisie - kontynentalnego (europejskiego), wschodniego i zachodniego - pochodzą właśnie od miejsc, w których były stosowane i dopasowane do nawierzchni.
Częścią mojego dziedzictwa, przynajmniej tak się mówi, jest to, że zbliżyłem się do ideału gracza wszechstronnego. Miałem potężny serwis i potrafiłem atakować z głębi kortu, co było typowe dla kalifornijskiego stylu. A ponieważ dobrze grałem przy siatce i opanowałem wolej, największe zwycięstwa na obcej ziemi odniosłem w najsłynniejszym i najbardziej elitarnym turnieju na świecie, zdobywając siedem tytułów singlowych na Wimbledonie. Jedyną nawierzchnią, do której nigdy do końca się nie przyzwyczaiłem, była wolna europejska cegła, dlatego też ani razu nie wygrałem turnieju Rolanda Garrosa, największego na świecie rozgrywanego na ceglanej mączce.
I tak udało mi się zostać graczem uniwersalnym w większym stopniu niż niektórym moim poprzednikom, także światowym jedynkom. Choćby mój rodak Jimmy Connors: co prawda pochodził z Illinois, ale przeniósł się do Kalifornii w wystarczająco młodym wieku, by jego styl dojrzał na tamtejszych twardych kortach. Mimo to "tylko" dwa razy wygrał Wimbledon, trzymając się swojego sposobu gry, choć pozwolił mu on aż pięciokrotnie zwyciężyć w US Open, z tego trzy razy na ulubionej twardej nawierzchni.
W Kalifornii najważniejsze były możliwości, jakie dawała jej silna, zróżnicowana, mocno zakorzeniona kultura tenisa. Nie mając rodzinnych tradycji w tym sporcie, musieliśmy uczyć się go instynktownie i nadrabiać zaległości. Na szczęście znaleźliśmy się w samym środku huraganu ery Open, który rozpoczął się w roku 1968, kiedy to zawodowym graczom pozwolono walczyć z amatorami na czterech turniejach Wielkiego Szlema (Australian Open, French Open - Roland Garros, US Open i Wimbledon). Zmiana ta oznaczała, że wszyscy dobrzy zawodnicy na świecie mogli rywalizować w tych samych rozgrywkach, dzięki czemu wyłaniano prawdziwego mistrza. Skutkiem tenisowego boomu, który nastał, były miliony nowych graczy i potencjalnych zawodowców.
Kiedy przeniosłem się do Kalifornii, w całym stanie pojawiło się już wielu światowej klasy tenisistów i możliwości rozwoju treningu oraz gry. To było niesamowite - czy raczej byłoby, gdybyśmy mieli tego świadomość. A nie mieliśmy.
Ojciec sprzedał swoje udziały w restauracji: zrobił się za stary, by wciąż mieć szwagrów za partnerów biznesowych. Osiągnął sukces i potrzebował odpoczynku. Poczuł się w końcu wystarczająco pewnie, by pójść krok dalej, tak jak zrobiło przed nim wielu imigrantów i świeżo wzbogaconych Amerykanów. Jechał na Zachód, by w Kalifornii spełnić swój amerykański sen. Po kilku wyprawach na wybrzeże, gdzie w Palos Verdes urządzał nasz nowy dom, wrócił do Potomac i zabrał nas ze sobą.
Pewnego pięknego poranka w 1978 roku zapakował wszystkich do samochodu. Pamiętam, że mieliśmy malutkiego niebieskiego forda pinto, tani i ekonomiczny samochód (który później stał się sławny, bo okazało się, że po uderzeniu w tył przez inne auto stawał w płomieniach). Cała nasza szóstka wgramoliła się do pinto i ruszyliśmy na zachód. Moment, cała nasza siódemka - zabraliśmy bowiem jeszcze papugę o imieniu Jose. Jeśli pamiętacie film W krzywym zwierciadle: Wakacje z Chevym Chase'em, z łatwością wyobrazicie sobie tamtą sytuację.
Wszystko zaczęło się, gdy przyjechaliśmy do Palos Verdes i wprowadziliśmy się do skromnego, stuczterdziestometrowego domu. Gus jako najstarszy dostał własny pokój, ja musiałem dzielić się z Marion. Tak naprawdę nie miałem własnego pokoju, póki nie skończyłem piętnastu czy szesnastu lat. Krótko po przyjeździe do Palos Verdes okazało się, że to bardzo tenisowe środowisko. Jack Kramer Club, z którego wywodziło się tak wielu doskonałych graczy (w tym Tracy Austin), znajdował się niedaleko, w Rolling Hills. Zacząłem brać lekcje u Roberta Lansdorpa, jednego z najlepszych trenerów w historii, w klubie West End.
Byłem zamkniętym w sobie, nieśmiałym dzieckiem, a zajęcia u Lansdorpa oznaczały, że znalazłem się w centrum uwagi tenisowego środowiska i wielu ludzi mi się przyglądało. Teraz to zabrzmi dziwnie, lecz wkrótce po rozpoczęciu treningów powiedziano nam, że będę świetnym zawodnikiem. Prawie natychmiast pojawiły się porównania na przykład do cudownego dziecka Eliota Teltschera, bo podobno jako czternastolatek byłem równie dobry jak Eliot w wieku szesnastu lat. (Zrobił potem wielką karierę zawodową, przez kilka lat utrzymując się w dziesiątce najlepszych graczy świata).
Jako nastolatek założyłem sobie, że kiedyś wygram Wimbledon i US Open - te cele wydawały się realne. Wielu dzieciom mówi się, że są świetne, wierzą w to i ciężko pracują, a jednak im się nie udaje. Być może nie mają odpowiedniego temperamentu lub brak im warunków fizycznych. Nie zawsze też radzą sobie z presją oczekiwań albo nie potrafią przezwyciężyć słabości technicznych, nie są w stanie się poświęcić i źle podchodzą do swojej kariery. Pewność, że żadna z rzeczy, które mogą pójść źle, nie pójdzie źle, może wydawać się niedorzeczna, choć jest prawdziwa.
Może założenie, że będę tak doskonały, jak wszyscy sugerowali, pomogła mi stać się tym, kim zostałem. W głębi duszy po prostu wiedziałem. Miałem pewność. Niesamowite jest jednak to, że nie zdarzyło się nic, by mi tę pewność odebrać - a spotkało mnie wiele doświadczeń, które mogły to spowodować.
Kiedy zacząłem grać w Kramer Clubie, mój ojciec poznał jednego z członków Pete'a Fischera. Był on świetnym pediatrą pochodzącym z Nowego Jorku, co przejawiało się w jego wyglądzie i stylu gry. Mocno zbudowany, z wielkim brzuchem, grał w tenisa naprawdę koszmarnie, ale był za to inteligentnym, upartym tenisowym wizjonerem - prawdziwym tenisowym świrem.
Fischer spojrzał na mnie i zobaczył jakiś niezwykły talent, zaprzyjaźnił się więc z moim tatą (który przywoził mnie na treningi i odwoził do domu) i przekonał go, by pozwolił mu zostać moim trenerem. Patrząc z perspektywy, słowo "trener" nie pasowało do Fischera, jako że jego największym atutem była świadomość, czego nie wie. Okazał się tenisowym hakerem, który w mądry sposób poprowadził mój rozwój, pozwalając, by różni trenerzy i specjaliści przekazywali mi swoje umiejętności. Miał wobec mnie wielkie, niemalże aroganckie plany. Był jak połączenie szalonego naukowca i budowlańca, który miał zamiar stworzyć genialnego mistrza Wielkiego Szlema.
Zdecydowanie najlepszym posunięciem Fischera było przekonanie taty, by pozwolił mu zająć się moją karierą. Stał się naszym zaufanym doradcą i specem od tenisa. Teraz wiem, że najbardziej ceniłem Pete'a za to, jak formował moje stosunki z ojcem. Nie mieszał taty do tenisa. To Peter dowodził. Tata, który pierwszy przyznałby, że nie wie nic o tym sporcie, nie musiał brać odpowiedzialności za mój rozwój. Granica między rodzicem a trenerem nigdy się nie zamazała: wyniki lub ich brak nigdy nie wywoływały napięć czy kłótni. W trakcie mojej nauki i późniejszej kariery tata zawsze był obecny, ale stał z boku. Robert Lansdorp powiedział później: "To człowiek zawsze stojący za ogrodzeniem kortu. Obserwator".
Takie podejście okazało się wyjątkowo dobre także ze względu na charakter mojego ojca. Nie lubi przesadnej czułości i zbędnych słów. Jak większość mężczyzn w rodzinie Samprasów, włączając w to mnie i Gusa, zachowuje się powściągliwie. Potrzeba trochę czasu, byśmy przyzwyczaili się do kogoś i bardziej prawdopodobne jest, że będziemy trzymać się z tyłu, a nie w centrum imprezy. Cechuje nas również lekki sarkazm. Taki temperament niezbyt pasuje do natury zawodowego tenisa, bo w trakcie touru bezustannie trzeba się przemieszczać, poznawać nowych ludzi, prowadzić pogawędki i zapamiętywać nazwiska. Z drugiej strony nasza naturalna nieśmiałość i małomówność pomagały trzymać się z daleka od kłótni i nie pozwalały na dekoncentrację. To wielki atut, kiedy stajesz się jednym z najlepszych.
Jako dziecko niewiele czasu spędzałem z tatą, pracował bowiem na dwa etaty - utrzymywał rodzinę, a mama zajmowała się nami, fizycznie i emocjonalnie. Kiedy jednak coraz bardziej angażowałem się w treningi, tenis stał się dla mnie sposobem, by spędzać czas z tatą. Po pracy woził mnie na zajęcia i z nich odbierał, w weekendy zabierał na juniorskie turnieje. Wtedy też niespecjalnie dużo rozmawialiśmy. Zwierzałem się głównie mojej siostrze Stelli. Była ode mnie trochę starsza, traktowałem ją więc jak wzór do naśladowania, zresztą w domu jedynie ona na poważnie grała w tenisa. Od czasu do czasu cała rodzina jechała na jakiś turniej jurorski starym minibusem Volkswagena.
Mimo że tata nieco mnie onieśmielał i choć nie był moim najlepszym przyjacielem, to nie stosował też w nadmiarze dyscypliny. Pamiętam, że kiedy raz zakląłem, próbował wyszorować mi buzię mydłem. Nie stosował kar cielesnych, nie dostawaliśmy klapsów, ale też nie zdarzało nam się raczej nic, co by na nie zasługiwało. Imprezy? Narkotyki? Młodociana przestępczość? To wszystko po prostu nas nie dotyczyło. Ja miałem najmniej pokus: byłem skoncentrowany na grze w tenisa i nie pozwalałem, by coś wytrącało mnie z równowagi.
Karmicielką rodziny była moja matka Georgia. Ona także współczuła, słuchała, rozmawiała i prowadziła przez to, co sobie akurat zaplanowaliśmy. Jeśli chodzi o bezpośredni wpływ na mnie, mama zdawała się stać z boku, lecz część moich najlepszych cech, w tym zdecydowanie, najpewniej odziedziczyłem po niej. Była najbardziej uroczą kobietą na ziemi - często nas przytulała i łagodziła wszelkie męki nastolatków. Pod tym ciepłem i głęboką troską o rodzinę kryła się siła.
Mama urodziła się i dorastała w Salacii, wiosce niedaleko Sparty. Wychowywała się w bardzo ubogiej rodzinie. Miała siedmioro rodzeństwa i przez wiele lat spała na gołej betonowej podłodze. Kiedy jej najstarszy brat wyemigrował do Kanady, zabrał ze sobą rodzeństwo. Mama znalazła się więc w Ameryce Północnej, nie znając słowa po angielsku, i zaczęła pracować niedaleko Toronto jako kosmetyczka wraz z siostrami (ma ich pięć, wszystkie w podobnym wieku).
Kiedy miała dwadzieścia kilka lat, razem z siostrami przeprowadziła się do Waszyngtonu i tam poznała tatę - przedstawili ich sobie wspólni znajomi. Ojciec taty radził mu, by znalazł sobie miłą grecką dziewczynę i z nią założył rodzinę, a Georgia okazała się tą właściwą dla Sama. Dla obojga ważne było życie rodzinne i zbudowanie domu, gdzie ich dzieci będą mogły się rozwijać.
Po części dlatego, że mama jest względnie nową mieszkanką Ameryki, grecki świat miał na nas ogromny wpływ. Cała ogromna rodzina się wspiera - mam chyba ze trzydziestu kuzynów, choć z powodu życia, jakie prowadzę, trudno mi jest utrzymywać kontakty ze wszystkimi. Co tydzień chodziliśmy do greckokatolickiego kościoła, a także na wszystkie greckie festiwale i uroczystości - podobnie jak w filmie Moje wielkie greckie wesele. Mama wciąż przygotowuje tradycyjne greckie dania, choćby spanakopitę (rodzaj ciasta ze szpinakiem) i nadziewane liście winogron. Nasłuchałem się też w życiu greckiej muzyki. Jednak stopniowo się asymilowaliśmy. Nie musieliśmy nigdy nosić wariackich tradycyjnych ubrań, a na kolację równie często jedliśmy spaghetti z sosem bolońskim.
Kiedy myślę o mamie i o tym, jakie biedne miała dzieciństwo, dociera do mnie, jak musiała być wytrzymała i silna. W wieku 23 lat zanurzyła się w zupełnie obcej dla siebie kulturze, choć pochodziła z bardzo tradycyjnego społeczeństwa. Oczywiście pomagała jej rodzina, ale i tak nie było łatwo.
Spokojną, zdystansowaną naturę odziedziczyłem po tacie, a siłę, wytrzymałość i odrobinę uporu - po mamie. To ona wpoiła mi najważniejsze zasady i pokazała, że nigdzie nie dojdę, chodząc na skróty. Prawdopodobnie po mamie właśnie mam też umiejętność absolutnego skupiania się na zadaniu, które trzeba wykonać. Przez całą moją karierę nigdy się nie dekoncentrowałem i nie schodziłem z wytyczonej ścieżki, bez względu na to, co działo się poza kortem.
Mama miała mnóstwo roboty z naszą czwórką, a mój rodzący się talent nie ułatwiał sprawy. Razem ze Stellą jako energiczni sportowcy usunęliśmy na drugi plan Gusa i Marion, a ja stopniowo przyćmiewałem również Stellę. Byłem chyba tak zwanym złotym chłopcem, choć nigdy tak tego nie ująłem. Koncentrowano się jednak głównie na mnie. Rodzice na mnie wydawali pieniądze. Czasami rodziło to pretensje.
Gus świetnie surfował i prowadził aktywne życie towarzyskie - i dobrze, bo ja zwykle byłem z tatą. Mimo to, jak każdy młodszy brat, od czasu do czasu chciałem pobyć też z Gusem i jego znajomymi, ale wiadomo, jak działa syndrom toksycznego młodszego brata. W tej kwestii tenis mi pomógł - tak bardzo koncentrowałem się na grze, że uodporniłem się na typowe siostrzano-braterskie niesnaski. W dzieciństwie nie ścigałem się z Gusem, czteroletnia różnica wieku oznaczała, że żyliśmy w różnych światach. Wiem, że moja uprzywilejowana pozycja czasem go męczyła. Musiał wozić mnie i Stellę na lekcje tenisa, a wyczuwałem, że nie lubił tego robić. Była to chyba reakcja na to, że nie miał dla siebie taty - czuł się odstawiony na boczny tor, bo to Stella i ja z wiekiem stawaliśmy się najważniejsi w rodzinie.
Czasem Gus potrafił być naprawdę wredny. Pamiętam, że kiedy tata kupił mu gitarę, Gus przychodził z nią do pokoju Stelli lub naszego (mojego i Marion), zaczynał głośno grać i wrzeszczeć. To było paskudne, ale pewnie chciał tylko zwrócić na siebie uwagę - irytował się, bo sądził, że rodzice mnie rozpieszczają, przychodził więc i hałasował.
Stella, która od 1986 roku trenuje kobiecą drużynę tenisa na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles, nigdy niczemu nie zawiniła. Była idealną córką, może dlatego, że miała w sobie więcej swobody i ekspresyjności, gotowości do działania, a także talentu do gry w tenisa. Moi rodzice z góry zakładali, że jeśli Stella wchodziła w konflikt z Gusem, to wina zawsze leżała po jego stronie. Ja nie kłóciłem się z siostrą - wspólne zainteresowanie tenisem uczyniło z nas sprzymierzeńców.
Jedno z moich najbardziej wyrazistych wspomnień związanych ze Stellą pochodzi z dnia, kiedy odbywaliśmy lekcję u Roberta Lansdorpa. (Może to dziwne, ale prawie zawsze dzieliłem lekcję z siostrą - oboje mieliśmy po trzydzieści minut. I już). Tamtego razu Stella była przy siatce, a Robert z całej siły rzucał jej piłki. Robił to naprawdę złośliwie - bardzo - a ona próbowała odbijać, jakby się przed nimi broniła. W końcu zaczęła szybko oddychać i się rozpłakała. "Dlaczego płaczesz? - spytał ostro Robert, udając irytację. - No dalej, weź się w garść". Stella tylko się odwróciła; nie potrafiła już znieść jego wymagań. Pamiętam, jak podszedłem, objąłem ją i próbowałem pocieszyć. Powiedziałem: "Już dobrze, Stello, wszystko będzie dobrze". To było nawet śmieszne. Oto ja, dwunastoletni dzieciak, kogoś pocieszałem. "Nie martw się, wszystko dobrze". Było mi jej tak szkoda, że mam tamten dzień przed oczami, jakby wydarzył się wczoraj.
Moja druga siostra Marion także grała w tenisa, i to całkiem nieźle. Jako najmłodsza mogła czuć się trochę przez nas przytłoczona. Nic zresztą dziwnego, zważywszy na to, jaką była introwertyczką. Zdaje mi się, że nie potrafiła nadążyć i dopasować się do reszty. Problem leżał w tym, że Stella i ja ciągle tylko graliśmy, a Gus był chłopakiem, i to sporo starszym. Marion nie miała do kogo się zwrócić. Czasem było jej ciężko.
Kiedy Marion trochę podrosła, skierowała się ku religii i prawdziwie rozkwitła. Wiara pomogła jej przetrwać niespokojne nastoletnie lata, a dzięki Kościołowi znalazła wielu przyjaciół. W końcu stała się bardziej pewna siebie, towarzyska i rozmowna, zmieniając się w cudowną osobę. Wierzę w Boga, choć nie jestem zbyt religijny. Dzięki Marion zrozumiałem jednak, jak wiele może zdziałać wiara dla człowieka.
Patrząc z perspektywy, widzę, że byliśmy dobrymi dzieciakami, które nieźle się dogadywały mimo nieuniknionych konfliktów i siostrzano-braterskiej rywalizacji. Jeśli nasi rodzice faworyzowali mnie i Stellę, to nie dlatego, że kochali nas bardziej, a z powodu tenisa. Myślę, że wszyscy to rozumieli. Mam taką nadzieję. Może dzięki temu nasze stosunki nigdy się nie popsuły. Pod pewnymi względami byliśmy typową amerykańską rodziną, pod innymi - zupełnie odwrotnie. Do dziś jesteśmy ze sobą bardzo blisko.
W wieku ośmiu lat traktowałem już tenis bardzo poważnie. Skończył się czas, kiedy wystarczyło, by mama w wolnym czasie narzucała mi piłki. Zacząłem brać profesjonalne lekcje. Kiedy myślę o tamtych pierwszych treningach, przypomina mi się, jak tata szedł do bankomatu, wypłacał sześćdziesiąt dolarów lub tyle, ile było trzeba, i dawał mi je, bym zapłacił za lekcję u Roberta Lansdorpa.
Kasa, kasa, kasa. Wiele było tych wypłat z bankomatu. Tata nie zarabiał dużo, ale z biznesu restauracyjnego odłożył trochę pieniędzy, a pracę miał bardzo przyzwoitą. Później potrzebował tych środków, gdy zaczęły się duże wydatki.
Kiedy Fischer zaczął doradzać tacie i przejął na siebie nadzorowanie mego sportowego rozwoju, rozpocząłem regularne treningi. Lansdorp lubił forhend i uderzenia po koźle. Fischer zajmował się poprawieniem serwisu, a inny miejscowy trener Del Little został specjalistą od pracy nóg i równowagi. Potem zacząłem też ćwiczyć wolej z Larrym Easleyem, zawodowcem z Kramer Clubu, który był także trenerem męskiej drużyny na uniwersytecie stanowym Long Beach. Oni tworzyli mój nieoficjalny team.
Podstaw uderzenia uczył mnie właśnie Lansdorp - legenda kręgów tenisowych w południowej Kalifornii, znany z wojskowego podejścia do treningów. Miał wpływ na wielu najlepszych zawodników. Prawie wszyscy jego podopieczni prezentowali potężny forhend. Robert uczy raczej płaskiego, czystego, ekonomicznego uderzenia, a szczególnie dobrze radził sobie z kobietami, między innymi z Tracy Austin, Lindsay Davenport, Melissą Gurney i Stephanie Rehe. Wszystkie one jako juniorki odniosły niespodziewane sukcesy, a potem w różnym stopniu rozwijały zawodowe kariery. Najlepszym graczem Lansdorpa, zanim zaczął pracować ze mną, był Eliot Teltscher. O ironio, stał się on najbardziej znany z silnego bekhendu, i to właśnie miałem na myśli, wspominając, że każdy gracz ma naturalne predyspozycje kształtujące przyszły styl jego gry.
Lansdorp i Fischer się nie dogadywali - Robert nie ukrywał, że uważa Pete'a za oszusta. A to wiele znaczyło, ponieważ Robert był porządnym facetem, który w momencie, gdy się poznaliśmy, miał już na koncie wiele sukcesów. Robert robi wrażenie bardzo twardego - nie owija w bawełnę, jest brutalnie szczery. Jeśli miał cię w nosie, nie ukrywał tego. Lansdorp okazał się także samotnikiem, upierającym się, by wszystko robić po swojemu. Nie wiem, czy onieśmielał Fischera, ale obchodzili się raczej szerokim łukiem.
Jako dziecko lubiłem ciężko pracować i szanowałem Roberta. Wtedy z pewnością mnie onieśmielał. Jest dużym facetem o wielkich dłoniach, szorstkim w obyciu. Moje lekcje odbywały się w czwartki i pamiętam, że w szkole zawsze nerwowo spoglądałem na zegar, bo trening u Roberta trwał od trzeciej do czwartej. Choć lubiłem brać u niego lekcje, to jednocześnie nie mogłem doczekać się ich końca.
Kiedy zaczynałem, wciąż używano drewnianych rakiet i Robert uczył mnie, jak prawidłowo odbijać piłkę. Kilka lat później technologia zupełnie zmieniła zwykłą rakietę tenisową, co ułatwiło naukę strzelania. Jednak swoje uderzenie kształtowałem starymi, trudniejszymi metodami. Czasem wykonywaliśmy bardzo proste ćwiczenia. Trener otwierał na przykład pokrowiec od rakiety - wtedy było to po prostu miękkie plastikowe opakowanie na zamek, zakrywające rakietę od główki do gardła - wkładał do środka klucze i na powrót zamykał. (Robert zawsze miał ze sobą duży pęk kluczy, jego breloczek był więc ciężki jak kowadło). Tak obciążoną rakietą musiałem ćwiczyć forhend. Dla małego chłopca to było trudne zadanie, ale nauczyło mnie mocno uderzać piłkę. Robert zwracał szczególną uwagę na uderzenia środkiem głowy rakiety (sweet spotem) i prowadzenie piłki.
W technice Lansdorpa nie było żadnej tajemnicy: jedyny sekret to powtarzalność i jej najważniejszy efekt uboczny, czyli nauczenie ekstremalnej dyscypliny odbicia. Robert miał wielki sklepowy wózek pełen piłek i bez względu na to, nad czym akurat pracowaliśmy - przygotowaniem, odbieraniem piłki, forhendem w biegu, który stał się moim znakiem firmowym - robiliśmy to przez godzinę albo pół godziny, jeśli dzieliłem lekcję ze Stellą. Ćwiczenie po ćwiczeniu. Eliot Teltscher uważa, że Robert jest geniuszem w podawaniu piłek - w czymś, co wydaje się proste, i ma rację. Lansdorp podaje piłkę zawsze w idealnym miejscu, raz za razem. A mówimy o setkach piłek rzucanych na godzinę, dzień po dniu. Sam uderzyłem chyba z milion i właśnie o to chodziło - moje mięśnie miały zapamiętać ten ruch tak, by stał się dla nich naturalny.
Jedną z ulubionych sztuczek trenera było obijanie mnie topspinowymi piłkami, mocnymi i idealnie wycelowanymi. A pamiętać trzeba, że ważący ponad 90 kilogramów potężny facet walił w chudego dwunastolatka. Odbieranie tych piłek nauczyło mnie, jak stawać z nim do walki i wymieniać ciosy. Wzmocniło mnie. Robert stał z jedną nogą lekko wysuniętą, by szybko wyjmować piłki z wózka jedną ręką i podawać je drugą, i tak całymi godzinami. W końcu musiał przejść operację biodra, a ja jestem pewien, że to z powodu tej pochylonej pozycji przy rzucaniu. Zajmował swoje miejsce na linii środkowej i walił potężne forhendy po przekątnej kortu przez kolejne piętnastominutowe rundy. Było to maksymalnie wyczerpujące.
Mój forhend w biegu to wyłącznie zasługa Roberta, tak samo jak moja wersja forhendowego uderzenia z końcowej linii kortu - jedno z najbardziej podstępnych i nieefektownych odbić w tenisie. Takie uderzenie może być kończące, może sprowokować podejście do siatki albo dalszą wymianę. Jest trudne, ponieważ dużo łatwiej odbić piłkę, biegając od linii do linii niż w przód i w tył. Kiedy wchodzisz w kort, musisz podnieść piłkę tak, by przeszła przez siatkę, a jednocześnie by miała odpowiednią prędkość i nie była zbyt długa.
W miarę upływu czasu, gdy już zacząłem grać zawodowo, zmieniłem nieco forhend, używając trochę częściej topspinu, by zwiększyć margines błędu. Przez te wszystkie lata była to zmiana bardzo niewielka i jeśli któreś z moich dzieci kiedyś postanowi grać w tenisa, a Robert wciąż będzie pracował, jego w pierwszej kolejności poproszę o pomoc. Byłem kiedyś w Riviera Clubie, gdzie wtedy trenował Robert, i poprosił mnie, bym poodbijał z pewną dwunastolatką, którą uczył. Zrobiłem to i zapomniałem o całej sytuacji, aż parę lat później rozpoznałem tamtą dziewczynę w telewizji - to była Maria Szarapowa. Robert potrafił wyławiać talenty. Potrafił także instynktownie wyczuć, kto miał to "coś" - potencjał i determinację, by być silnym psychicznie. Rozgryzał osobowość i serce. Ale na Boga - był twardy!
Czas mijał, a Fischer stał się nieodłącznym elementem naszego życia rodzinnego, wkrótce też ustaliliśmy jasne zasady treningu. We wtorki pracowałem z Delem Little'em, w czwartki - z Lansdorpem, a pod koniec tygodnia - z Fischerem. Między lekcjami oraz w weekendy grałem sparingi z innymi juniorami lub jeździłem na turnieje.
Little był blisko związany z rodziną Austinów, tenisową arystokracją południowej Kalifornii: pochodzili z niej Tracy, Pam, John i Jeff - wszyscy grający w pro tourze. Największą w historii sławę cudownego dziecka zyskała oczywiście Tracy. Little uczył w Kramer Clubie, ale wiele dzieci stamtąd zabierał do swojego klubu w pobliżu Lomity. Nie było tam luksusów - dwa korty, z których korzystał, znajdowały się na jakimś kempingu z przyczepami. Little świetnie prowadził trening: stawał w rogu kortu i kazał mi biegać, rzucając piłki we wszystkie możliwe miejsca, zawsze kładąc nacisk na pracę nóg. Wykonywaliśmy wiele ćwiczeń zawierających split step i podobne elementy. Przede wszystkim zależało mu na zachowaniu równowagi.
Treningowy czas Fischera okazał się bardzo ograniczony, był bowiem znanym endokrynologiem i pediatrą w dużej firmie Kaiser Permanente. I choć nie mógł pracować ze mną w ciągu tygodnia, spędzał dużo czasu w naszym domu, jadał z nami kolacje oraz rozmawiał z tatą. Fischer świetnie rozumiał tenisowy styl i strategię, próbował więc tę wiedzę przekazać nam. Całkiem nieźle też podawał, wiele wyniosłem z pracy z nim, szczególnie jeśli chodzi o serwis, choć w tym miejscu sprawy nieco się komplikują.
Pete i Del Little wymyślili coś, co nazywali chongiem. Rany, wciąż chce mi się śmiać na samą myśl o tym. Słowo brzmi tajemniczo, jak wzięte ze sztuk walki. Chong miał coś wspólnego ze sposobem, w jaki ustawiało się do serwisu i składało razem pięty, by powstał specyficzny kąt. Nigdy tego nie rozumiałem, ale komiczne były okrzyki Fischera: "Dobrze, chong!".
Jednym z moich rozpoznawczych nawyków jest początek ruchu serwisowego (niektórzy gracze, w tym Szarapowa, przejęli go ode mnie). Stawiam lewą stopę przy linii, skierowaną mniej więcej w stronę części kortu, na którą serwuję. Potem lekko przenoszę ciężar ciała do tyłu i unoszę palce lewej stopy, sygnalizując prawdziwy początek serwisu. Pete i Del nauczyli mnie tak robić, bo miało to coś wspólnego z łączeniem stóp do chonga.
Z chongiem czy bez, udało mi się wyrobić wyrazisty, prosty ruch serwisowy, a to wielki atut. Im więcej miałeś sztuczek i nawyków, tym więcej rzeczy mogło pójść nie tak. W następnych latach Pete często powtarzał, że łatwo się mnie szkoliło. Oczywiście byłem przecież tylko dzieckiem i robiłem to, co robi większość dzieci - chłonąłem wszystko jak gąbka.
Fischer pomógł mi jeszcze w czymś, co już lepiej mogę wyjaśnić. Nauczył mnie maskować serwis. W trakcie lekcji kazał mi rzucać piłkę w powietrze i wołał, w jakim kierunku mam ją uderzyć i z jaką rotacją (jeśli z jakąś w ogóle). Później moi przeciwnicy twierdzili, że mieli problem z odgadnięciem, w którą stronę zmierzał mój serwis i jaką miał rotację - to wszystko dzięki Pete'owi.
Z czasem nauczyłem się używać nadgarstka, zginałem go w taki sposób, by wykorzystywać ten sam podstawowy ruch do różnego rodzaju serwisów. Trochę inny był jedynie kick serwis, serwis wyrzucający. Należało bowiem wyrzucić piłkę bardziej do tyłu i w lewo, by mieć ów "kick", a tego nie dało się zamaskować. Nawet wtedy jednak nie ujawniałem swoich zamiarów tak jasno jak inni gracze.
Larry Easley wszedł do gry, kiedy porzuciłem dwuręczny bekhend, a zacząłem stosować serw i wolej. Pomógł mi właśnie Easley, doskonały w tej drugiej technice. W trakcie zmiany stylu gry mieliśmy parę momentów kryzysowych, o czym wspominam później, a ludzie z Kramer Clubu uważali, że oszalałem, rezygnując z bekhendu, szczególnie kiedy mój rywal Michael Chang dzięki temu zyskał nade mną przewagę.
Będąc dzieckiem, nie miałem ani idoli tenisowych, ani innych. W pokoju nie wieszałem plakatów, nie zbierałem obsesyjnie autografów, ale z powodu mojego zaangażowania tenis stał się sprawą rodzinną. Razem oglądaliśmy wszystkie finały Wielkiego Szlema. Kiedyś dość długo musieliśmy obyć się bez telewizora. Chyba się zepsuł i tata, który uznał, że oglądamy zbyt dużo telewizji, wcale nie spieszył się z naprawą. Pojechaliśmy wtedy do klubu, by o szóstej rano oglądać finał Wimbledonu. Doskonale pamiętam ten dzień, bo był jak wielka rodzinna przygoda.
Pete Fischer przyjeżdżał do nas czasem po kolacji razem z Delem Little'em, który miał wiele starych filmów tenisowych na taśmie 16 mm. Ojciec wyjmował wiekowy projektor i Del kierował go na białą ścianę w naszej jadalni. Wtedy wszyscy - tata, Pete, Del, Stella i ja - siadaliśmy i oglądaliśmy jakiś finał z udziałem na przykład Roda Lavera, Kena Rosewalla albo Lew Hoada. Pete miał bzika na punkcie Lavera. Na mnie ten Australijczyk też robił niesamowite wrażenie. Grał tak gładko - nawet na ziarnistym, czarno-białym 16-milimetrowym filmie.
Na ósmą rano jeździłem do szkoły podstawowej Vista Grande i zostawałem tam do południa. Potem mama nas odbierała i zawoziła do domu. Jadłem lunch, przebierałem się i na trzecią byłem już w Kramer Clubie, gdzie grałem seta albo dwa z jakimś partnerem. Młodych i dobrych graczy było bardzo wielu - to zaleta kalifornijskich szkółek tenisowych - więc przeciwników nigdy nie brakowało. Grałem z Melissą Gurney, Joeyem Ladamem, Pete'em Fitzpatrickiem, Tomem Blackmore'em, Erikiem Amendem. Niektórzy z nich, jak Gurney i Amend, zostali potem zawodowcami. Pozostali byli jedynie wyróżniającymi się juniorami. Dwa razy w tygodniu w klubie odbywała się szkółka, a w inne dni - w miarę upływu czasu coraz częściej - miałem indywidualną lekcję. Mój dzień kończył się koło siódmej wieczorem, kiedy w domu zjadałem kolację, odrabiałem zadania, szedłem spać i budziłem się znów - by zacząć kolejny taki sam dzień.
Dyscyplina niemalże wojskowa i zaostrzająca się, w miarę jak dorastałem. Jednak jeśli chcesz być w czymś najlepszy, to coś musi stać się sensem twojego życia. Nie możesz mieć wszystkiego. Nie da się prowadzić bogatego życia towarzyskiego, pogodzić ambicji naukowych ze sportowymi i jeszcze koncentrować się na nich wszystkich. By stać się dobrym w tenisie, trzeba dużo czasu i pracy, a najważniejsze są najmłodsze lata.
Mimo to nie zaniedbywałam szkoły. Byłem dobrym uczniem - na piątkę z minusem, może czwórkę z plusem. Sporo się uczyłem, byłem dobrze zorganizowany i zaliczałem się do lepszej grupy z matematyki, bo świetnie radziłem sobie z wzorami. Choć nawet wtedy nie byłem zbyt wygadany, zawsze lubiłem czytać. Tyle że dość szybko się nudzę. Dlatego w życiu nie przeczytałem zbyt wielu książek. Ta, którą lubiłem najbardziej i najlepiej zapamiętałem, to klasyk J.D. Salingera Buszujący w zbożu. Przeczytałem ją w drugiej klasie liceum i byłem bardzo ciekawy, co stanie się z głównym bohaterem Holdenem Caulfieldem, dzieciakiem tak bardzo się ode mnie różniącym.
W szkole nie miałem najlepszego kumpla ani czasu dla dzieciaków, których nazywałem kolegami. Moje życie towarzyskie toczyło się w Kramer Clubie. My, tenisowe dzieci, graliśmy razem, wspólnie jeździliśmy na te same turnieje i wszyscy lepiej czuliśmy się w klubie niż w szkole. Tak było do końca liceum.
W klubie żyło się prawie wyłącznie tenisem, choć od czasu do czasu odbywały się jakieś imprezy, na przykład grille. Nie czułem się zmuszany do grania i już wcześniej podjąłem naiwne i pod niektórymi względami bezpodstawne postanowienie, że mnie się uda. Będę wygrywał turnieje, zarobię kupę forsy, będę jeździł szybkimi samochodami i oddam się pokusom, które w końcu i tak nigdy mi nie przyszły do głowę. Nie miałem się o co martwić.
W końcu przeniosłem się z Vista Grande do szkoły Ridgecrest Intermediate. Kontynuowałem tenisową edukację i treningi, a gdy nadszedł czas, by pójść do liceum, wydarzyło się coś bardzo istotnego, co ukształtowało moją przyszłość. Większość uczniów z Ridgecrest przechodziła do liceum Rolling Hills. Z jakiegoś powodu jednak razem z Gusem zostaliśmy przypisani do liceum Palos Verdes. Gdybym poszedł do Rolling Hills, byłbym tam ze wszystkimi moimi znajomymi ze szkoły. W Palos Verdes nie znałem nikogo. Wówczas treningi zaczęły zabierać mi jeszcze więcej czasu i nie miałem okazji, by nawiązać nowe przyjaźnie.
Każdego dnia o 11.30 wracałem ze szkoły. Nie miałem się z kim spotykać, bo moi koledzy chodzili do Rolling Hills. Krążyłem więc między domem a klubem. Zawsze byłem nieśmiały, ale jako nastolatek jeszcze bardziej zamknąłem się w sobie. Moi rówieśnicy myśleli o imprezach i randkach, a ja przechodziłem dziwaczny okres. Nie interesowały mnie dziewczyny, myślałem tylko o tenisie. Stella prowadziła dużo bogatsze życie towarzyskie, chodziła na randki i była na balu maturalnym. Nie miałem z tym problemu, bo przecież nie zamierzałem zostać królem balu. Wiedziałem, kim jestem i kim chcę być w przyszłości: tenisistą. W szkole zaczęto o mnie mówić "tenisowy dzieciak".
W moim liceum tenis nie był tak popularny jak futbol amerykański, mimo tylu zdolnych młodych tenisistów w okolicy. Grałem dla szkolnej drużyny i przez dwa lata nie przegrałem żadnego meczu. Stałem się samotnikiem z powodu okoliczności, ale również z wyboru. Po części dlatego, że nie miałem czasu dla kolegów, ale też nie interesowało mnie specjalnie, co oni porabiają. Nie miałem ochoty z nimi współzawodniczyć ani się z nimi porównywać. Nigdy nie wdałem się w bójkę i nie zazdrościłem kapitanowi szkolnej drużyny futbolowej, najważniejszemu chłopakowi w szkole. Żyłem po prostu w równoległym świecie, który od czasu do czasu krzyżował się z życiem zwykłego licealisty.
W Palos Verdes mieszka sporo majętnych ludzi i niektóre dzieciaki wykształciły w sobie mentalność "ziemi jałowej". Byli znudzeni, bez pasji, lecz wystarczająco bogaci, by nie martwić się o dobra doczesne. Nie całkiem wiedzieli, jak wygląda zwyczajne życie, chyba że chodziło o towarzyską drabinkę liceum albo kręgi alternatywnych, zbuntowanych nastolatków. Niektórzy w czasie przerwy na lunch palili trawkę, panowała atmosfera "potajemnego życia amerykańskiego przedmieścia". Dla mnie to nic nie znaczyło. W tym właśnie pomógł mi tenis: trzymał mnie z dala od kłopotów i neutralizował ewentualny nastoletni bunt, który mogłem w sobie nosić.
Wiedząc, jak wyglądało moje życie i jak bardzo byłem nieśmiały, łatwo mnie traktować jak pewnego rodzaju tenisowego robota. Nie jest tak jednak do końca, ponieważ naprawdę kochałem to, co robiłem. Oczywiście były dni, kiedy się buntowałem i nie chciałem ćwiczyć. Kiedy nie miałem ochoty odbijać piłek przez kolejnych kilka godzin, ale zwykle to robiłem. Miało to wiele wspólnego właśnie z Pete'em Fischerem i niejako przyszło mi naturalnie, bo to nie tata kazał mi trenować, tylko Pete zachęcał, bym się nie poddawał. Tata podchodził do tego z dystansem. Pozwalał Fischerowi prowadzić grę. Nie przypominam sobie ani jednego momentu, kiedy ojciec skrzyczał mnie za to, że nie chciałem ćwiczyć.
Oczywiście jakaś część mnie chciała się bawić, żyć tak jak moi koledzy, ale nigdy nie doszło do tego, że odczuwałem jakieś wątpliwości. Miałem motywację i wszelkie możliwe tenisowe wsparcie, jakiego mogłem potrzebować. Zdarzało się, że trochę mnie namawiano, nigdy jednak nie czułem się przymuszany - presję narzucałem sobie sam. Wiedziałem, że w rozwój mojej kariery zainwestowano dużo pieniędzy. Dostrzegałem też, że poświęcano mi najwięcej uwagi. Cała rodzina mi pomagała, na przykład jadąc sześć godzin autem, bym mógł zagrać w juniorskim turnieju Fiesta Bowl. Widziałem, jak mój ojciec bez słowa skargi chodził do bankomatu jak do automatu z grami, dzień po dniu, by opłacać moje treningi. To była prawdziwa kasa, miałem tego świadomość. Kochałem grać, lecz czułem się również odpowiedzialny, chciałem, by te wszystkie wysiłki i wyrzeczenia - taty, rodzeństwa, trenerów - w końcu się opłaciły. Czułem głęboko w środku, że tak będzie.
Większość moich kolegów, a nawet nauczycieli, nie miała pojęcia, co robię po szkole. Kiedy zacząłem grywać w turniejach poza miastem, czasem musiałem zanosić usprawiedliwienia kilkudniowych nieobecności. Pan Eberhard, profesor matematyki, przeczytał kiedyś informację, że na dziesięć dni wyjeżdżam do RPA, i tylko wzniósł z irytacją oczy do nieba. Doskonale wiedziałem, co chciałby powiedzieć: "Co ty sobie myślisz? Że możesz nie chodzić do szkoły przez dziesięć dni? Szanse, że zostaniesz gwiazdą tenisa są prawie równe zeru". I wiecie co? Na jego miejscu myślałbym to samo - szanse naprawdę są prawie równe zeru.
Wiem, że życie "tenisowego dzieciaka" może wydawać się przygnębiające, ograniczone dyscypliną i smutne. Nie chodziłem na randki, nie byłem na szkolnym balu. Przez cały rok uczęszczałem tylko na niekończące się lekcje i treningi. Taki był jednak mój wybór, z którego w tamtym czasie byłem zadowolony. Mój kolega, aktor Luke Wilson, prowadzi intensywne życie towarzyskie. Często powtarzałem mu: "Gdybym poznał cię, mając dwadzieścia pięć lat, wygrałbym maksymalnie sześć tytułów wielkoszlemowych".
Jako junior, między dziesiątym a czternastym rokiem życia, byłem jednocześnie beztroskim dzieciakiem i upartym, skupionym chłopakiem, który na polu bitwy czasem tracił cierpliwość. Choć trudno w to uwierzyć, rzucałem rakietami i zawzięcie tłukłem w piłki oburęcznym bekhendem. Zawsze krzyczałem, choć raczej z czystej radości i wysiłku niż frustracji. Pamiętam, jak grałem z moim odwiecznym juniorskim rywalem Michaelem Changiem, waliłem te oburęczne bekhendy i wrzeszczałem - naprawdę głośno. Pokazywałem zdecydowanie wyraźniej, co czuję, niż robiłem to jako zawodowiec.
Tata był dość surowy. Słyszałem, że legendarne opanowanie, spokój i nieziemskie skupienie Björna Borga zrodziło się wtedy, gdy ojciec zabrał mu na kilka tygodni rakietę, bo Björn zachowywał się nieznośnie. Tata nigdy nie schował mi rakiety, ale widziałem dezaprobatę jego i Pete'a Fischera, kiedy przesadzałem, a gdy wyczuwałem coś takiego u ludzi, którzy wzbudzali we mnie tak wielki szacunek, przekaz był jasny i zrozumiały.
Decydujący moment mojego rozwoju nastąpił najprawdopodobniej wtedy, gdy miałem czternaście lat, a Pete Fischer przekonał tatę, że powinienem przestawić się na jednoręczny bekhend. Pamiętam, że Fischer musiał bardzo się starać, bo przecież całkiem nieźle radziłem sobie z oburęcznym. Jednak pod tym względem Pete walczył o swoje racje - miał wielkie ego i określoną wizję mnie jako następnego Roda Lavera. Jeśli miałem wygrać Wimbledon, musiałem dobrze grać na szybkich kortach trawiastych - a to w owym czasie oznaczało granie jednoręcznym bekhendem.
By zrozumieć, jak trudna i ryzykowna była to zmiana, trzeba spojrzeć z perspektywy juniorskiego tenisa. Na tym poziomie konkurencja jest ogromna, nieregulowana społecznymi normami czy też naciskiem medialnym. Obowiązuje zasada "zjedz albo zostaniesz zjedzony". Ambitni rodzice, zawzięci trenerzy, wszyscy próbują zyskać jakąkolwiek przewagę, używając wszystkich możliwych trików, by przesunąć swoje dziecko w rankingach, zwrócić na nie uwagę i zdobyć rozgłos. Do pewnego stopnia ta strategia się opłaca. W juniorach można zastraszać, dręczyć i hipnotyzować swoich przeciwników, choć w karierze zawodowej nie da się tak działać. Każdy, kto dociera na najwyższy poziom, musi się uodpornić na większość podobnych gierek.
Przejście na jednoręczny bekhend miało oczywiste wady: męczyłem się (w moim wypadku przejście trwało dwa lata). Żaden junior przy zdrowych zmysłach, a przynajmniej o żadnym nie wiedziałem, nie decydował się w takiej chwili na podjęcie aż tak wielkiego ryzyka. Gdy jest się młodym, ego i dusza są dużo bardziej wrażliwe. Kiedy nagle przestajesz wygrywać, wszyscy zaczynają szeptać. Słyszysz te szepty - słyszysz je nieustannie. Nie wspominając już o tym, jak zareagują rodzice, szczególnie jeśli lubią trzymać rękę na pulsie.
Zanim przestawiłem się na jednoręczny bekhend, ostro rywalizowałem z Michaelem Changiem. Rodzice Michaela, Betty i Joe, bardzo się angażowali w sport, a jeśli chodziło o Joego Changa i Sama Samprasa, wszystko było okej. Ojcowie dobrze się dogadywali, mimo jakości i intensywności rywalizacji synów. Kiedy pierwszy raz grałem z Michaelem, wygrałem w trzech setach. Mój ojciec nie był zadowolony, że jednego przegrałem. Był wręcz bardzo niezadowolony. Nie pamiętam wszystkiego, co powiedział, ale doskonale wiem, że użył słowa, którego od tamtej pory nienawidzę: kiepski. Stwierdził, że w przegranym secie grałem kiepsko. Paskudne słowo. Ojciec używał go, gdy na to zasłużyłem.
Po przestawieniu się na jednoręczny bekhend zacząłem przegrywać wszędzie i ze wszystkimi, także z Michaelem - to było najgorsze. Gdy masz czternaście lat, trudno patrzeć w przyszłość. Fakty zdawały się oczywiste: Michael i ja byliśmy niemal równi. Być może ja miałem nawet lekką przewagę - dopóki nie zmieniłem bekhendu. Wtedy zaczął mnie niszczyć. To był koszmar.
Co gorsza, byliśmy rówieśnikami i Michael grał w swojej grupie wiekowej, podczas gdy ja grałem "wyżej". Kiedy on rywalizował z czternastolatkami, ja - z szesnastolatkami. Wiele osób patrzyło na mnie z tego powodu nieprzychylnym okiem: "Pete gra ze starszymi, bo nie chce mierzyć się z presją. Gra w wyższej grupie, żeby nikt nie oczekiwał wygranych i by mógł wytłumaczyć przegrane. Przeszedł na jednoręczny bekhend, męczy się, więc unika tych graczy, których powinien pokonywać. Marna wymówka".
Problem grania w wyższej grupie można różnie rozumieć. Tyle już powiedziano o presji wygrywania z rywalami, z którymi powinno się wygrywać na co dzień. Doświadczyłem tego w trakcie kariery zawodowej. Jednak gdy byłem juniorem, Fischer przekonywał mnie, że nie muszę martwić się o wyniki meczów z równolatkami. Miałem myśleć perspektywicznie, o tym, gdzie w przyszłości doprowadzi mnie nowy styl grania. Pete bardzo upierał się przy takim podejściu, a ojciec mu ufał.
Dla nas wszystkich zawsze najważniejsze było, żeby grać właściwie - wykształcić styl pomocny w trakcie całej kariery. Ryzyko było skalkulowane. Gdyby się nie opłaciło, znaczyłoby to, że albo nie byłem dość dobry, albo się przeceniłem. Tak czy owak, niektórzy z juniorów zachowywali się tak, jakby nie mogli się nasycić grą - zjadali wszystko, póki coś stało na stole. Nie myśleli perspektywicznie, żyli lub umierali dla jednego meczu, ignorując fakt, że to, co działa u juniora (na przykład miękkie, lobowane, niekończące się wymiany), niekoniecznie sprawdzi się w pro tourze.
W tej dyskusji jest jeszcze jedna kwestia. W juniorskim tenisie wielkim wyzwaniem jest unikanie presji, bo ona może stać się naprawdę ogromna, szczególnie na poziomie krajowym (najważniejsze juniorskie turnieje są otwarte dla dzieci z różnych sekcji geograficznych Amerykańskiego Związku Tenisowego - USTA). Starając się wypracować jak najlepszy styl gry, nie musiałem za wszelką cenę wygrywać. Teraz opowiadam dzieciom, że gdy dorastałem, wygrywanie nie było najważniejsze. Chodziło o dobrą grę, o to, by grać właściwie. Takie podejście pomogło mi cieszyć się tenisem i rozwinąć maksymalny potencjał.
W trakcie zmiany stylu wciąż grałem i dostrzegałem, jak wielką presję wygrywania narzucają sobie niektóre dzieci i jaki to ma wpływ na ich umiejętność współzawodnictwa. Mogę szczerze powiedzieć, że nigdy nie czułem nacisków ani ze strony ojca, ani Pete'a. Nigdy nie usłyszałem: "No dobra, masz wyjść na kort i wygrać ten mecz".
Granie w wyższej grupie i radykalna zmiana techniki przyniosły jeszcze inny bardzo cenny rezultat: nauczyłem się przegrywać. Mistrz powinien nienawidzić przegranych i ja też nie bardzo miałem na nie ochotę, ale potrafiłem radzić sobie z porażką, nie tracąc pewności siebie i ducha walki, co z czasem pomagało mi coraz bardziej - nie tylko ogólnie, ale także w konkretnych meczach, gdy wpadałem w tarapaty. Strach przed przegraną to koszmarna rzecz.
Udało mi się wykształcić w sobie cechę, która bardzo pomogła mi w trakcie całej kariery, choć niewiele osób ją zauważyło (pewnie dlatego, że miała więcej wspólnego z czymś, czego nie robiłem, a nie czymś, co robiłem). Nie byłem "heblarzem", "chokerem", nie przegrywałem wygranych meczów. Nigdy, jeśli dobrze pamiętam. Nie zrozumcie mnie źle: miałem gorsze dni i mecze, kiedy czułem, że mam dość, albo takie, w których mi nie szło. Czasami brakowało mi zdecydowania i przegrywałem. Jednak "choki", blokady, to coś innego: będąc na wygranej pozycji, nagle doświadcza się krytycznego załamania nerwów albo ducha. Mnie nigdy się to nie przytrafiło. Najpewniej dlatego, że nigdy nie bałem się przegrywać.
Niczego nie zmieniało to, że choć w czasie meczu walczyłem z determinacją, ze wszystkich sił, w gruncie rzeczy byłem opanowany i nie miałem problemu z pogodzeniem się z porażką. W Kramer Clubie nazywano mnie nawet "Smiley" - Śmieszek. Martin Blackman, były gracz Stanford, który sporo osiągnął jako zawodowiec, wspomina, jak walczyłem z nim w finałach rundy pocieszenia (o niższe miejsca) w tym samym turnieju przez dwa lata z rzędu. Za pierwszym razem grałem jeszcze oburęcznym bekhendem i wygrałem. Rok później, kiedy przechodziłem już na jednoręczny, Martin zmiótł mnie z kortu. Zapamiętał jednak, że za każdym razem z tym samym radosnym uśmiechem przyklejonym do twarzy podbiegałem do siatki, by uścisnąć mu dłoń. Nie mogę powiedzieć, że wynik nie miał dla mnie znaczenia - po prostu ufałem swoim mentorom i przyjmowałem porażki.
Łatwo to przeoczyć, ale zawsze trzeba pamiętać, że każdy jest inny. Nie ma jednej sprawdzonej metody dochodzenia do sukcesu - gdyby taka istniała, tuzin albo i więcej graczy weszłoby do annałów tenisa, każdy z dwoma tytułami wielkoszlemowymi. Oczywiście nie mogę stwierdzić, czy na przykład Michael Chang skorzystałby z przejścia na jednoręczny bekhend i czy wygrałby Wimbledon, gdyby dokonał takiej zmiany. By tak się stało, wiele innych czynników musiałoby też zagrać.
Chciałbym tylko podkreślić, że dobrze jest spojrzeć na swój styl gry, i to spojrzeć na niego perspektywicznie: dokąd naturalne zdolności mogą zaprowadzić cię za pięć, dziesięć, piętnaście lat? Biorąc pod uwagę rozmiary Michaela i jego prędkość na korcie, bez sensu byłoby przestawiać go na oparty na sile styl serw i wolej. Wszystko świadczyło za tym, że najbardziej skuteczny będzie jako baseliner - gracz defensywny.
Każdy jest inny pod względem emocjonalnym i umysłowym. Jesteś elastyczny czy sztywny? Cierpliwy czy stawiasz na ryzyko? Lubisz zwracać na siebie uwagę i szukasz aprobaty czy wolisz ciężko pracować, nie wychylać się i po prostu wygrywać? Czy masz siłę, by pogodzić się z porażką, czy potrzebujesz zastrzyku pewności siebie, co zapewnia częste wygrywanie? Czy masz wszystkie cechy - część z nich nie ma nic wspólnego z tym, jak uderzasz piłkę albo jaki stosujesz chwyt - które mogą zrobić z ciebie potencjalnego członka tenisowej Galerii Sławy?
Mimo trudności, jakie przeżywałem, przechodząc od oburęcznego rzemieślnika do wszechstronnego gracza, juniorskie doświadczenia były naprawdę dobre. Uwielbiałem podróżować i mieszkać w hotelach. Uważałem, że room service to najlepsza rzecz na świecie. Tata lubił jeść w Denny's, więc po drodze zawsze znajdowaliśmy tę restaurację i samo jedzenie tam - w jednej z obitych skajem lóż, z laminowaną kartą w dłoni - było wielką przyjemnością. W dodatku miałem przy sobie Stellę. Przeżywała podobne do moich doświadczenia, choć była dwa lata starsza. Świetnie grała, stała się więc dla mnie idolką i źródłem pocieszenia.
W mojej sekcji południowokalifornijskiej grało kilku naprawdę doskonałych zawodników. Oprócz Michaela Changa mieliśmy Jeffa Tarango i innych tworzących zespół, gdy jeździliśmy na krajowe turnieje, choćby Easter Bowl. Jednak gdy grałem w regionalnym turnieju w Whittier, Chang, Tarango i pozostali byli wyłącznie moimi wielkimi rywalami.
Tata dobrze dogadywał się ze wszystkimi. Nie ma żadnych opowieści o szalonym Samie Samprasie, tak jak o innych rodzicach. Mój ojciec nigdy się nie kłócił ani tym bardziej z nikim nie wdał się w bójkę. Zawsze był ponad to, a ja byłem posłusznym dzieckiem.
Nie miałem pojęcia, jak potoczy się moja kariera. Wiedziałem, że moim przeznaczeniem jest gra w tenisa, ale mając piętnaście, szesnaście lat, próbowałem po prostu kształtować swój styl. Pete Fischer uczył mnie, jak chodzić do siatki, a mimo że nie skracałem juniorskiej drogi rozwoju, pojawił się Glenn Bassett, trener z UCLA, by zwerbować mnie do drużyny uniwersyteckiej. Pochlebiało mi to, lecz na razie nie wygrywałem krajowych turniejów. Byłem całkiem niezły w swojej kategorii (jednej z najtrudniejszych, to prawda), ale nic więcej. Przez cały czas koncentrowałem się na tym, by być lepszym, a nie wygrywać. Ślepo ufałem Pete'owi Fischerowi i jego metodom.
To ojciec stał się pod wieloma względami najbardziej znaczącą - choć najmniej inwazyjną - siłą mojego rozwoju. Jego słowa i opinie znaczyły dla mnie najwięcej. Pamiętam, jak grałem kiedyś z Davidem Wheatonem - miałem dwanaście lat, on niewiele więcej. Pokonałem wtedy rozstawionego z dwójką Davida, który później odnosił sukcesy jako zawodowiec, w drugiej rundzie turnieju krajowego na korcie ziemnym. Było to dla mnie niesamowite zwycięstwo i po meczu miejscowy dziennikarz przeprowadził ze mną wywiad. Czułem się panem świata.
Następnego dnia, na tym samym korcie, przegrałem chyba 6-1, 6-0 z Malem Washingtonem - naprawdę mnie załatwił. I po tym meczu ten sam dziennikarz zrobił wywiad z Malem. Tata odciągnął mnie na bok i powiedział: "Widzisz tego dziennikarza? Gadałeś z nim wczoraj, a teraz on rozmawia z Malem. Chodzi o to, by być dobrym codziennie, a nie tylko jednego dnia".
Taki był tata - zawsze konkretny i rzeczowy. Taki sam stałem się później i ja. Możecie nazwać to realizmem albo arogancją. Wszystko jedno. Czułem się kiepsko po tamtej przegranej z Washingtonem, a tata dolał oliwy do ognia, by upewnić się, że nie zapomnę tej lekcji. Grałem kiepsko. To, co zrobiłem wczoraj, nie miało znaczenia. Liczyło się dzisiaj i jutro.