Umrzesz w święta - Krzysztof Bochus

-
Proszę czekać

2.

Kraków, Zakład Medycyny Sądowej Uniwersytetu Jagiellońskiego, Collegium Medicum, 18 grudnia 2025 roku

Biegun otulił się szczelniej płaszczem. Na zewnątrz temperatura spadła do minus piętnastu stopni, w prosektorium też wiało chłodem. W holu podszedł do automatu z napojami, wybrał espresso i wrzucił piątaka. Usłyszał metaliczny zgrzyt i moneta wpadła do środka maszyny. Odczekał kilka sekund, ale automat milczał jak zaklęty.

- W mordę! - Kopnął w szufladę.

- Może ja spróbuję? - Usłyszał za sobą głos Lipińskiej.

- Nie trzeba.

W innej sytuacji w śledztwie towarzyszyłby mu Jelonek, wydziałowy spec od nowinek technicznych, albo przynajmniej podkomisarz Zdrada, stary wyga, któremu brakowało dwóch lat do zasłużonej emerytury. Ale Jelonek rozjebał się gdzieś na stoku i pewnie teraz obmacywał pielęgniarki w szpitalu rejonowym, a Zdradę wysłał na zaległy urlop. Została mu tylko Lipińska, urodzona prymuska.

Doktor Zygmunt Zmarzlik czekał na nich w prosektorium. Przez niewielkie zakratowane okienko wpadało blade światło, które przegrywało ze sztuczną łuną bijącą z lamp zawieszonych nad stołami. Leżały na nich dwa ciała przykryte białymi płachtami.

Mężczyźni skinęli sobie głowami. Aspirant Lipińska trzymała się z tyłu, metr za komisarzem.

- Co za tempo - rzucił Biegun z udawanym podziwem. - Już po sekcji?

- Sprawa priorytetowa. Joński był tu osobiście. - Lekarz sięgnął po termos stojący na parapecie i nalał sobie smolistej kawy do kubka. - Poza tym z tego, co wiem, rodzina Cesarskiego nalegała na szybką sekcję z uwagi na pochówek.

- Ostatnio na wyniki sekcji czekaliśmy dobry tydzień. No, ale wtedy chodziło o jakiegoś zaszczanego menela, którego los pokarał za kradzież przewodów wysokiego napięcia.

- Pamiętam. Włosy mu sterczały jak u tego gumiastego z Boney M. Ale teraz poszło piorunem, bo mamy na podorędziu pana prezesa i jego dupencję... - Zmarzlik urwał i spojrzał na aspirant Lipińską, ta jednak pozostała nieporuszona.

- Tego jeszcze nie jesteśmy pewni, Zyga. - Komisarz podszedł do pierwszych zwłok i uniósł okrycie, uważnie lustrując pokiereszowane i pozszywane ciało kobiety. - A co wiemy? - zapytał, podnosząc wzrok na lekarza.

- Masz tu wszystko na piśmie, czarne na białym. - Medyk wskazał zadrukowaną kartkę leżącą na stole. - To oczywiście tylko określenie wstępnej przyczyny śmierci, na pełny protokół trzeba poczekać.

Policjant przez dłuższą chwilę studiował treść dokumentu.

"W toku oględzin zewnętrznych stwierdzono wyraźne podbiegnięcia krwawe oraz liczne otarcia naskórka w obrębie szyi, sugerujące działanie siły mechanicznej. Charakterystyczna bruzda wisielcza (lub pasmowate zasinienie) wskazuje na gwałtowne uduszenie przy użyciu narzędzia twardego lub półtwardego. Na spojówkach oraz błonie śluzowej jamy ustnej widoczne liczne wybroczyny krwawe, typowe dla mechanizmu duszenia. Badanie palpacyjne krtani wykazało złamanie rogów większych kości gnykowej, co stanowi patognomoniczny objaw duszenia rękami osób trzecich. Wokół ust i nosa denatki zaobserwowano wynaczynienia, co może świadczyć o próbach tłumienia krzyku lub jednoczesnym zatykaniu otworów oddechowych".

- A więc nie ma wątpliwości, że kobieta została uduszona? - Funkcjonariusz podniósł wzrok.

- To oczywista oczywistość.

- A wyniki samej sekcji?

- Znajdziesz je w tym samym protokole, trochę niżej.

- Jasne, ale lubię słuchać, jak mówisz własnymi słowami.

- Wedle życzenia, panie komisarzu. - Medyk wykrzywił usta w sardonicznym grymasie. - Jak wynika z raportu z oględzin zwłok, ciało Moniki Poniatowskiej zbadano na miejscu zdarzenia o godzinie siódmej trzydzieści. Plamy opadowe były już w pełni wykształcone i wybarwione, a jak wiesz, następuje to po około dwóch-czterech godzinach od momentu zgonu. To oznacza, że śmierć musiała nastąpić po północy. Myślę, że tak właśnie było.

- Mów dalej.

- Sekcja zwłok wykazała silne przekrwienie narządów wewnętrznych oraz płynną krew w komorach serca, co jest charakterystyczne dla ostrego niedotlenienia. To potwierdza pierwotną diagnozę, ma się rozumieć. Nastąpiło gwałtowne przerwanie dopływu tlenu do mózgu na skutek ucisku na naczynia szyjne i drogi oddechowe. Innej możliwości nie ma.

- Znaleziono jakiś materiał biologiczny pod jej paznokciami?

- Jeśli pytasz, czy broniła się przed napastnikiem, to tak: pod paznokciami zabezpieczono materiał biologiczny należący do Norberta Cesarskiego, co jednoznacznie wskazuje na próbę walki. Podsumowując: całość obrazu sekcyjnego pozwala na sformułowanie wniosku, że przyczyną śmierci kobiety było zabójstwo przez uduszenie przez osobę trzecią.

- Zajmijmy się teraz panem Cesarskim. - Komisarz podszedł do drugich zwłok. Tym razem jednak odsłonił tylko głowę ofiary.

- Tutaj także sprawa raczej jednoznaczna. To powieszenie. - Lekarz stanął obok policjanta.

- Raczej?

- Chodzi mi o to, że nie można wykluczyć sprawstwa osób trzecich, przecież wiesz. To zresztą twoja domena, ja jestem tylko od krojenia umrzyków.

- Mam mało czasu, Zyga.

- Już się streszczam, inspektorze Colombo. Spójrz, na szyi denata widoczna jest wyraźna brunatna bruzda wisielcza o przebiegu skośnym, która nie zamyka się w pełny obwód, co jest typowe dla powieszenia. Brak obrażeń o charakterze obronnym na kończynach górnych oraz wybroczyn krwawych na twarzy sugeruje, że w zdarzeniu nie brały udziału osoby trzecie, ale to już powiedziałem wcześniej.

- A jak tam w środku? - Biegun wskazał na przeciętą i prowizorycznie zszytą szyję Cesarskiego.

- Też standardowo. Podczas otwarcia powłok szyi stwierdziliśmy złamanie rogów większych kości gnykowej oraz wylewy krwawe w obrębie mięśni mostkowo--obojczykowo-sutkowych. Charakterystyczny objaw Amussata, czyli poprzeczne pęknięcia błony wewnętrznej tętnic szyjnych wspólnych, definitywnie wskazuje na przyżyciowość działania pętli.

- Jezu, Zmarzlik, inaczej nie potrafisz? - Policjant westchnął wymownie.

- Powiesił się na kablu od lampy z Ikei. Wszystko wskazuje na to, że nikt mu nie pomógł. Tego chcesz?

- Mniej więcej.

- Doktorze, czy zbadał pan także paznokcie Norberta Cesarskiego? - odezwała się nagle milcząca dotychczas Lipińska.

- Tak, oczywiście. Dlaczego pani pyta?

- To znaczy, że znaleziono jakieś ślady biologiczne?

- Tak, choć w minimalnej ilości.

- Wystarczą do zbadania DNA?

- Raczej tak. Wszystko znajdziecie w laboratorium.

- Skąd to pytanie? - Biegun odwrócił się do policjantki. - Facet najprawdopodobniej najpierw udusił Monikę Poniatowską, nie wiemy jeszcze, z jakiego powodu, a następnie sam wymierzył sobie sprawiedliwość, z wyrachowania lub w akcie spóźnionej rozpaczy. Słyszałaś, nic nie wskazuje na udział osób trzecich, na miejscu nie zastaliśmy żadnych śladów walki.

- Z całym szacunkiem, panie komisarzu, ale sam pan nam zawsze powtarzał, że na etapie postępowania przygotowawczego i w pierwszej fazie śledztwa nie należy się spieszyć ze stawianiem wiodącej hipotezy. Wszystkie opcje powinny być otwarte.

- I nadal tak twierdzę - przyznał niechętnie Biegun.

- Chcę tylko zwrócić uwagę, że nie można wykluczyć, iż w tym dramacie brał udział ktoś trzeci. To bardzo mało prawdopodobne, przyznaję, ale jednak... Pod paznokciami Cesarskiego, szczególnie w przypadku walki, mogą znajdować się cenne ślady biologiczne sprawcy, w tym komórki naskórka, krwi, potu, włosów... Dysponujemy już narzędziami, które umożliwiają odczytanie DNA do kilku osób z tych śladów, co pozwala na identyfikację sprawcy, nawet jeśli DNA ofiary jest dominujące.

- Dobrze prawi. Nie wiedziałem, że masz taką bystrą panią aspirant. Zwrócę na to uwagę, a prokurator na pewno zleci przeprowadzenie dodatkowych badań - powiedział patolog.

- Na dziś wystarczy. - Biegun ruszył ku drzwiom. - A ty nie pij kawy i nie żryj w miejscu pracy. Trąci tu trupem.

Gdy tylko wyszli na zewnątrz, z ulgą wciągnął do płuc świeże powietrze. Po drugiej stronie jakiś pijany mężczyzna wędrował wężykiem, przytrzymując się co chwilę muru. Z oddali dobiegło bicie kościelnych dzwonów.

- Przepraszam za tamto - powiedziała aspirant.

- Za co? - Biegun wyjął z kieszeni gumę do żucia i wpakował ją do ust. Nie palił od trzech lat, a ciągle był na nikotynowym głodzie.

- Za tę uwagę w prosektorium. Naprawdę myśli pan, szefie, że to sprawa tylko między tym dwojgiem? Taki typowy biurowy romans?

- Nic nie myślę. Jeszcze.

- Uznałam po prostu, że to wszystko wygląda zbyt banalnie. I typowo. Szef, pracownica, prawdopodobnie miłość lub namiętność, zbrodnia w afekcie...

- Za dużo myślisz. A co za dużo, to niezdrowo. - Sięgnął po kolejną gumę. - Pamiętaj, że za osiemdziesiąt procent morderstw odpowiadają zawsze te same motywy. W tle z reguły są pieniądze, zazdrość, alkohol, zemsta. Ludzie się nie zmieniają. Tak już jest.

- Nie wierzy pan w udział kogoś trzeciego.

- Ja w nic nie wierzę.

- Nie o to pytałam.

- Dobrze więc, powiem tak: jak pojawi się jakiś nowy ślad, potraktujemy go poważnie i weźmiemy pod lupę, jak zawsze. Na razie jednak nic na to nie wskazuje.

- Rozumiem.

- Najpierw musimy przesłuchać ludzi w sanatorium, przeanalizować to, co mamy. A na koniec zanieść konkluzje na tacy panu prokuratorowi. Wtedy się okaże, co i jak.

- Jasne.

- Czy obsługa sanatorium jest powiadomiona o dzisiejszych przesłuchaniach? - Komisarz podniósł kołnierz płaszcza; zimny wiatr unosił znad asfaltu lodowate tumany śniegu.

- Tak, Matysiak już tam jest. Dzwonił przed chwilą, że wszyscy na pana czekają.

- Dobrze. Ty prowadzisz. - Rzucił jej kluczyki od służbowego Volkswagena.

- A kiedy porozmawiamy z żoną Cesarskiego? - Lipińska spojrzała na niego przelotnie.

- Kiedy przyjdzie na to czas.

Umrzesz w święta

TERAZ

1.

Rymanów-Zdrój, 17 grudnia 2025 roku

Nadkomisarz Jerzy Biegun westchnął ciężko i spojrzał za okno. Na zewnątrz zawiewało śniegiem, wiatr z furią uderzał w szyby, jakby chciał siłą wedrzeć się do herbaciarni. Żywioł przyginał ku ziemi pnie zrudziałych sosen, zeschłe igły wirowały w powietrzu niczym chmara wściekłych owadów. W dali rysował się masyw Jawornika, pokryty zlodowaciałym śniegiem niczym pancerzem.

Nie znosił tej górskiej zimnicy, choć po prawdzie powinien się już do niej przyzwyczaić: tutaj nawet przed świętami nie bywało miło. Jeszcze nigdy jednak nie było tak obco. I martwo.

- Pawilon herbaciarni należy do sanatorium. Zbudowano go pod koniec lat siedemdziesiątych jako uzupełnienie zabudowy ośrodka. - Aspirant Kaja Lipińska nie spuszczała wzroku ze swoich notatek. Jak zwykle była perfekcyjnie przygotowana. I zawsze poprawna: w stroju, mowie i zachowaniu.

Nie lubił jej i - zdaje się - była to antypatia odwzajemniona. Kobieta nie kryła ambicji, a te na pewno sięgały wyżej niż asystowanie przy boku mrukliwego, prowincjonalnego komisarza. Na szczęście trochę jeszcze od niego zależało.

- Przecież wiem - burknął.

- Był pan tu już kiedyś?

- Nie. Skąd ten pomysł? - odpowiedział, wpatrując się w zwłoki przed sobą.

Ona leżała tak, jakby spała. On przeciwnie - odcięty od kabla, wyglądał, jakby nagle zabrakło mu powietrza, z wybałuszonymi oczami i językiem na wierzchu.

- Wyjdę poszukać jakichś śladów - powiedział towarzyszący im sierżant Cydejko.

- Mam kontynuować? - Lipińska zawiesiła na zwierzchniku pytające spojrzenie.

Krępy, ubrany w zbyt obszerny płaszcz, nie przypominał nadkomisarza policji. Raczej jednego z pensjonariuszy sanatorium Corda, którzy w tym podgórskim przybytku szukali utraconego zdrowia, a czasem też miłości. Niegdyś podobno coś ćwiczył, jak wielu policjantów, ale to musiało być dawno. Chyba ostatnio przytył, widziała to po nalanych policzkach błyszczących w zimnym świetle lampy.

- Tak. - Skinął głową.

- To miejsce popularne wśród bywalców sanatorium i samego Rymanowa-Zdroju. Odwiedzają je dla widoków na Jawornik, Przymiarkę i po prostu dla ruchu. Kiedyś, za lepszych czasów, w pawilonie mieściła się pijalnia wód mineralnych, stąd nazwa. Ludzie przychodzą tu w ciągu dnia, od głównego budynku herbaciarnię dzieli raptem czterysta metrów. Wieczorem, dokładnie o dwudziestej pierwszej, pawilon jest jednak zamykany na kłódkę przez recepcję sanatorium.

- A jak było wczoraj?

- Tego już się nie dowiemy.

- Dlaczego?

- Ponieważ to Monika Poniatowska, recepcjonistka, miała wczoraj zamknąć pawilon. A ona już nic nam nie powie. - Lipińska spojrzała wymownie na zwłoki kobiety spoczywające bezwładnie w wiklinowym fotelu.

- No tak. A znamy nazwisko tego wisielca? - Biegun podszedł bliżej zwłok.

Trup miał na szyi siną pręgę z widocznymi wybroczynami. Nażelowane włosy nadal utrzymywały nienaganną formę na kredowo bladej twarzy.

- Ustalenie tożsamości ofiary nie było trudne. - Policjantka starała się nie wyjść z roli. Przybyła na miejsce zdarzenia pół godziny przed komisarzem, który akurat był w pobliżu. Wezwała techników, zabezpieczyła teren, żeby nie zadeptano śladów. Zdążyła porozmawiać z recepcją sanatorium i ustalić tożsamość ofiar. Całkiem nieźle, jak na tak krótki okres. Podawała Biegunowi te dane na tacy, oszczędzając mu czasu i biurokratycznej mitręgi, której podobno nie lubił. A jednak w zachowaniu komisarza nie dostrzegła żadnych oznak aprobaty. Cóż, ten typ tak ma.

- No więc? - przynaglił ją.

- To Norbert Cesarski. Prezes sanatorium, żonaty... - Urwała, jakby powiedziała jedno słowo za dużo.

- Tego sanatorium? - Biegun podniósł na nią spojrzenie człowieka, który już wszystko widział, a jednak zdarzało się jeszcze, że coś go zaskakiwało.

- Tak, prezes sanatorium Corda, lat pięćdziesiąt dwa. A Monika Poniatowska była jego pracownicą, kierowniczką recepcji. Tyle wiemy na pewno.

- Ustaliliśmy już, jak i kiedy znaleźli się w pawilonie?

- Zdążyłam porozmawiać tylko z pracownicą recepcji, Iloną Arciszewską, która wczorajszego dnia kończyła zmianę przed Poniatowską. Kobiety pracowały w trybie dwunastogodzinnym...

- Dwunastogodzinnym? To dopuszczalne?

- Tak. Możliwe jest wydłużenie dniówki do dwunastu godzin lub więcej w specyficznych przypadkach, przy czym dłuższą pracę w jednym dniu równoważy się krótszą pracą w innym lub dniami wolnymi. Takie przepisy...

- Do brzegu, Lipińska. - Przerwał jej machnięciem ręki.

Czasami zwracał się do niej po nazwisku, choć na komendzie wszyscy byli na ty. Zastanawiała się nawet, czemu służy ta maniera. Potrzebował podkreślenia własnej przewagi? Taki samiec alfa, niepogodzony do końca z równouprawnieniem płci? W policji podobnych nie brakowało. Żubr na policyjnym pastwisku. Z drugiej strony musiała przyznać, że był świetnym gliną. Okej - trudnym w obcowaniu na co dzień, ale obdarzonym niezwykłym instynktem.

- Wczoraj o dziewiętnastej pani Ilona zdała swoje obowiązki Monice Poniatowskiej. Nic nie zapowiadało późniejszej tragedii, jeśli o to chodzi... Nikt więc nie wie, o której ta para znalazła się w pawilonie ani w jakim celu. Do tragedii na pewno doszło w nocy. Zwłoki odkryła kwadrans po szóstej pielęgniarka dyżurna, zaniepokojona, że nie widzi Poniatowskiej na stanowisku. Recepcjonistki pełniące nocną zmianę, a tak było w przypadku zmarłej, śpią w małym kantorku na zapleczu recepcji. Zaczęła jej szukać.

- Zadzwoniła na jej telefon komórkowy? - Komisarz utkwił wzrok w czole aspirant, jakby nagle odkrył tam coś niepokojącego.

- Tak.

- Mamy ten telefon?

- Nie. Przeszukałam całe miejsce zdarzenia, ale bez efektu.

- A na recepcji? Może tam go zostawiła?

- Tam też go nie ma. - Policjantka wzruszyła ramionami.

- Dziwna sprawa... - Biegun zmarszczył brwi.

- Ano dziwna.

- A komórka denata?

- Leżała za wiklinowym fotelem. - Lipińska wskazała na wysłużony mebel. - Nie od razu ją znalazłam. Na początku szukałam niedokładnie, miałam mało czasu.

- Niedokładnie? Zlituj się. Dokładne przeszukanie miejsca zdarzenia to podstawa Nie uczyli was tego w szkole policyjnej?

Nie odpowiedziała. Odwaliła przecież kawał dobrej roboty, ale Biegun i tak tego nie doceni. Był do niej uprzedzony - i tyle w temacie. Szkoda, że zjawił się na miejscu tak szybko, mogłaby jeszcze podziałać na własną rękę.

- No tak... - Komisarz pociągnął za poły płaszcza. - Co działo się dalej?

- Pielęgniarka tknięta niejasnym przeczuciem ruszyła w stronę pawilonu.

- Niejasnym?

- Tak powiedziała. Kazałam jej zostać w sanatorium, zresztą całej obsłudze też. No i w herbaciarni zobaczyła właśnie to. Od razu zadzwoniła na policję. Bystra babeczka.

- I chyba dobrze zorientowana w tym, co działo się tu wcześniej.

- Co pan ma na myśli?

- To, że od razu zaczęła szukać recepcjonistki. Nie przyszło jej do głowy, że Poniatowska musiała zejść ze zmiany i udać się, powiedzmy, do domu?

- Nie pomyślałam o tym... - odpowiedziała Lipińska, choć dokładnie takie samo podejrzenie przeleciało jej przez głowę kwadrans wcześniej.

- Później sprawdzę ostatnie połączenia Cesarskiego. Może do kogoś dzwonił. - Biegun schował smartfon do kieszeni płaszcza. - Dlaczego nie ma jeszcze lekarza i techników?

- Są w drodze. Korki. - Kaja wzruszyła ramionami.

- Ja jakoś dojechałem.

- Oni też już dojeżdżają. Akurat był jakiś dramat w Lesku. Brakuje nam ludzi, przecież pan wie...

- Wiem - odparł sucho Biegun.

- Czekamy też na prokuratora Jońskiego. Zapewne wdroży postępowanie przygotowawcze, a nam powierzy prowadzenie śledztwa...

Biegun nie odpowiedział. Odwrócił się i podszedł do martwej kobiety. Uważnie przyjrzał się jej twarzy. Szczupła zadbana czterdziestolatka. Dostrzegł delikatny makijaż na jej twarzy. Miała rozchylone spierzchnięte usta. Ubrana była w futrzane bolerko, spod którego wyzierał gruby biały golf. Podwinięta spódnica odsłaniała długie nogi w puchatych kozakach.

Biegun potarł czoło. Powinien coś poczuć, cokolwiek, nie mówiąc już o tym, że przecież obcował ze śmiercią - jedynym stanem w życiu człowieka, którego nie można odwołać. Śmierć zawsze wydziela swój niepowtarzalny zapach: mieszaninę smutku, bólu i opuszczenia.

On jednak nic nie czuł.

WTEDY

3.

Gdyby nie COVID, nie byłoby tego wszystkiego, co stało się potem. Tej namiętności, tych emocji, które w pewnym momencie przesłoniły wszystko inne, ograniczając jego życie do oczekiwania na znak z jej strony.

Swoją drogą los naprawdę przewrotnie rozdaje karty. To był przypadek, impuls. Miał ją tak długo w pobliżu, a zdecydował się na śmielszy krok dopiero wtedy, gdy Chińczycy wypuścili tego potwora z laboratorium w Wuhan. Być może został w ten sposób ukarany za własną opieszałość, za brak zdecydowania, tego impulsu, który popycha człowieka do przodu wbrew wszelkim wątpliwościom i otwiera przed nim nowe, nieznane wcześniej i zapierające dech w piersiach możliwości?

A może stało się tak dlatego, że ich związku wcale nie poprzedziło jakieś wielkie bicie w dzwony, że zabrakło strzału Amora i tym podobnych proroczych znaków na niebie i ziemi?

Początkowo nie zwracał na nią specjalnej uwagi. Ot, ładna blondynka na recepcji sanatorium. Aż pewnego dnia się odważył i zagadał. Ku jego zaskoczeniu wyglądała na zainteresowaną. Widział to w jej mowie ciała, po sposobie, w jaki na niego patrzyła. Poprosił ją o adres na Facebooku, a ona nie odmówiła. Skończył rozmowę i wszedł na schody. Odwrócił się nagle - ciągle na niego patrzyła. Nie spuściła wzroku. Wtedy już wiedział.

Traf chciał, że na drugi dzień w sanatorium zachorował pierwszy pacjent. Potem wszystko potoczyło się piorunem: zamknięte placówki w całym kraju, powszechna panika, maseczki i ograniczenie kontaktów osobistych. Był luty 2020, wtedy nie mógł jeszcze wiedzieć, że to fatalna data.

Napisał do niej po dwóch dniach. Długo rzeźbił w głowie zdania, zanim wystukał je na smartfonie i wysłał przez komunikator Facebooka. Do końca nie był pewien, skąd wykrzesał z siebie tyle odwagi. Postanowił, że nie będzie kluczył, kreślił jakichś romantycznych ósemek na lodzie. Spróbuje uderzyć w samo sedno.

"Bardzo mnie podniecasz", napisał po prostu.

Sekundę później opadły go wątpliwości, czy nie robi z siebie durnia. Ona na pewno nie odpowie, wyśmieje go i w ogóle...

W napięciu, przygryzając wargi, wpatrywał się w ekran komórki. Przez kilka długich sekund nie działo się nic. Zdążył pomyśleć, że Monika nie odpowie, gdy nagle w oknie wiadomości pojawiły się trzy falujące kropki. A więc jednak...

"Jak bardzo?" - przyszła odpowiedź.

Zalała go fala podniecenia., aż w głowie mu zaszumiało.

"Musiałabyś sama sprawdzić".

"Chciałabym. Bardzo".

"Byłoby nam dobrze... w łóżku". Sam dziwił się swojej śmiałości.

"Skąd ta pewność?" Najwidoczniej się z nim droczyła.

Wyobraził ją sobie nagą, z lekko rozchylonymi ustami, i niemal natychmiast poczuł, jak zalewa go fala pożądania.

"Sama się przekonaj. Jak lubisz?"

"Czule, namiętnie. I długo".

"Dobrze trafiłaś. W takim razie najpierw będę cię pieścił, a potem usiądziesz na mnie..."

"Dobrze".

Z oczywistych względów nie mogli tego robić w realu. Wirtualnie jednak kochali się w każdej wolnej chwili. Na początku jeszcze kontrolował te seanse, przedzielał je pracą, a przynajmniej wmawiał sobie, że tak jest. A potem zupełnie popłynął. Ale to stało się dopiero wtedy, gdy przespali się ze sobą tak naprawdę. Tamtej namiętnej nocy nie miał jeszcze świadomości, że wkroczył na ścieżkę, z której nie ma odwrotu.

TERAZ

4.

Prokuratura Rejonowa w Krośnie, 19 grudnia 2025 roku

Zaparkował na dziedzińcu i skierował się w stronę wejścia do budynku prokuratury. W nocy znów napadało, rachityczne topole przy płocie uginały się pod czapami mokrego śniegu. Nad ulicą dostrzegł świąteczne dekoracje. No tak, święta tuż-tuż. Znowu spędzi je samotnie przed telewizorem z whisky, swoją żoną.

Nie uszedł kilku kroków, gdy wyrósł przed nim redaktor Klasa z lokalnego radia.

- Panie komisarzu, czy w sanatorium Corda doszło do morderstwa? - Dziennikarz prawie wetknął mu futrzany mikrofon w usta.

- Nic o tym nie wiem... - Biegun spróbował go wyminąć, ale tamten nie ustępował.

- Zaprzeczanie nic nie da, komisarzu. Wiemy, że znaleziono wczoraj dwa trupy: recepcjonistki i właściciela sanatorium.

- Skąd niby ta wiedza?

- Mamy swoje źródła. Wszystkie ptaszki w okolicy już o tym ćwierkają. Znamy się nie od dziś, znam pańskie podejście do mediów, ale społeczeństwu należą się jakieś informacje od służb w tak bulwersującej sprawie, nie uważa pan?

- Posłuchaj, Klasa. Od informowania mediów jest rzecznik prasowy, ja jestem od czarnej roboty. Mogę tylko potwierdzić, że prokuratora wydała postanowienie o wszczęciu śledztwa i zleciła jego przeprowadzenie policji. Jak dobrze wiesz, to prokurator sprawuje nadzór nad działaniami policji, wydaje wiążące wytyczne i zatwierdza najważniejsze decyzje procesowe. Wszystkie pytania kieruj więc do Jońskiego. Zresztą na pewno on sam zwoła konferencję prasową.

- Kiedy?

- Jak przyjdzie na to czas. A teraz odsuń się i nie psuj mi tego pięknego poranka, pismaku.

- Nagrałem to.

- Jeśli to puścisz, załatwię w policji embargo na kontakt z tobą i zakaz udzielania wszelkich informacji. I jak wtedy spłacisz swój kredyt?

- To była chamska zagrywka.

- Przeciwnie: bardzo trzeźwa. Dobrze radzę: poczekaj na urzędowy komunikat.

Komisarz wyminął Klasę i wszedł do budynku. Już od progu uderzył go zapach środka dezynfekującego i pasty do podłóg. Prokurator Joński lubił czystość i wręcz pedantyczny porządek.

Wszedł do sekretariatu prokuratora i rozejrzał się wokół. Nic tu się nie zmieniło. Sztuczna palma, orzeł na ścianie, meble z późnego PRL-u, a za biurkiem pani Basia z tego samego okresu.

- Pięknie pani wygląda, pani Basiu - zagaił.

- Zawsze potrafił pan kłamać, komisarzu - odpowiedziała mu z wystudiowanym uśmiechem. - Szef już na pana czeka.

- W jakim nastroju?

- Przyjaznym jak zawsze, panie komisarzu.

- Jasne.

Joński siedział sztywno za biurkiem, studiując leżące przed nim dokumenty. Nie wyglądał na prokuratora w garniaku za pięć patyków i ze świeżą opalenizną przywiezioną z wypadu na narty w Dolomity. Był młody, ambitny, głodny sukcesu i wszyscy prorokowali, że wkrótce zostanie przeniesiony wyżej, może nawet do samej Warszawy. Dwa trupy w sanatorium na pewno stanowiły jakąś przeszkodę na tej drodze. Albo szansę - zależy jak na to patrzeć.

- O, pan komisarz. Proszę spocząć. - Wskazał na krzesło przed biurkiem, ale nie podniósł się z miejsca. - Wie pan, w jakim celu pana wezwałem?

- Domyślam się. - Biegun usiadł i założył nogę na nogę.

- Co do tej pory ustaliliście?

- Jedyny pewnik to śmierć dwóch osób znalezionych przez dyżurną pielęgniarkę w pawilonie herbaciarni w sanatorium Corda. - Sięgnał po notatki. - Ofiary to Monika Poniatowska, lat czterdzieści dwa, kierowniczka recepcji oraz Norbert Cesarski, właściciel obiektu i prezes zarządu, lat pięćdziesiąt dwa. Wstępne wyniki sekcji zwłok pan zna, są jednoznaczne...

Prokurator skłonił głowę i wbił wzrok w blat biurka, jakby było na nim coś niezwykle interesującego.

- Kobieta została bez wątpienia uduszona - podjął. - Doszło do gwałtownego przerwania dopływu tlenu do mózgu i silnego ucisku na naczynia szyjne i drogi oddechowe. Podejrzanym jest Cesarski, pod paznokciami Poniatowskiej znaleziono jego materiał biologiczny, co potwierdziła analiza DNA. Następnie prawdopodobny sprawca założył sobie pętlę na szyję i powiesił się na kablu od lampy.

- A co ze śladami biologicznymi na jego ciele?

- Analiza wykazała, że należały do Poniatowskiej i prawdopodobnie do jeszcze jednej niezidentyfikowanej osoby. Nie wiadomo jednak, kiedy się tam znalazły, być może dużo wcześniej przed tym dramatem.

- Odbyli stosunek seksualny? - Joński po raz pierwszy podniósł spojrzenie na komisarza.

- Nie, ani w pochwie kobiety, ani na jej ciele nie znaleziono śladów nasienia.

- Jaki ma pan plan dalszych działań?

- Po pierwsze porozmawiam z żoną Cesarskiego. To fizjoterapeutka, prowadzi prywatny gabinet w Krośnie.

- Wiem. Została powiadomiona o śmierci męża?

- Tak, zrobiłem to telefonicznie.

- Jak zareagowała?

- Godnie... - Biegun przez chwilę szukał właściwego określenia. - Bez histerii. Odniosłem wrażenie, że to silna kobieta.

- A jak przyjęła informację, że obok ciała jej męża znaleziono zwłoki Moniki Poniatowskiej?

- Nie skomentowała tego. Powiedziała, że to nienajlepszy moment na dywagacje. Poprosiła też, żebym uszanował jej żałobę. Obiecała, że jak dojdzie do siebie, chętnie udzieli wszelkich wyjaśnień.

- Niech pan będzie ostrożny. To wpływowa kobieta, podobno łatwo nastąpić jej na odcisk.

- Słynę z dyplomacji. - Na twarzy policjanta pojawił się grymas imitujący uśmiech.

- Powiedzmy. A mąż Poniatowskiej? Jak zareagował?

- Były mąż. Rozwiedli się pół roku temu. Obecnie przebywa na Słowacji. To instalator masztów i światłowodów telefonii komórkowej. Został poinformowany o śmierci byłej żony, ale z tego co wiem, nie spieszy się z powrotem. Ma się pojawić w kraju za dwa dni. Wygląda na to, że jest poza wszelkim podejrzeniem. Jeśli rzeczywiście w dniu tragedii przebywał zagranicą, to ma alibi. Łatwo będzie to sprawdzić.

- Rozumiem. Zatem jaki ma pan plan?

- Kontynuujemy przesłuchania załogi sanatorium. Musimy ustalić dwie podstawowe rzeczy. Po pierwsze: jaki był rzeczywisty przebieg wydarzeń tej tragicznej nocy. Po drugie: co łączyło Cesarskiego i Poniatowską. Narzuca się oczywiście wersja o romansie. Być może pomiędzy kochankami doszło do nieporozumienia, a w jego wyniku do zbrodni w afekcie. Możliwe są jednak także inne wersje: próba gwałtu lub szantażu, mobbing... Możliwości jest wiele. Równolegle prześwietlimy samego Cesarskiego i jego interesy. Z tego, co wiem, prowadził równolegle wiele biznesów, w tym restaurację i firmę cateringową. Dotarły do nas pogłoski, że sanatorium nie prosperowało ostatnio najlepiej. W tle mogą pojawić się pieniądze lub ich brak. Konkludując: mamy co robić.

- Oczekuję energicznego śledztwa, komisarzu. To nie jest typowa sprawa. Na naszym terenie rzadko dochodzi do takich "wielkomiejskich", i do tego podwójnych tragedii. - Prokurator skrzywił się kwaśno. - Już teraz budzi ona zainteresowanie opinii społecznej, o mediach nie wspominając. Proszę także zdawać sprawozdania z postępów śledztwa. Dla prokuratury to kwestia priorytetowa.

- Zwoła pan konferencję prasową? Dziennikarze już mnie atakują.

- Wszystko w swoim czasie.

- Jasne. - Policjant wstał i skierował się ku wyjściu.

- Jeszcze jedno. - Zatrzymał go głos prokuratora.

- Tak? - Odwrócił się już w progu.

- Nie przepadam za panem. Obaj to wiemy. - Joński zawiesił na nim ciężkie spojrzenie. - Zleciłem panu poprowadzenie tego śledztwa, bo nie miałem alternatywy. Tak się składa, że nie mam na podorędziu nikogo lepszego, nadkomisarz Bronowski przeszedł na emeryturę, a w wydziale jakaś epidemia: albo urlopy, albo chorobowe. Poza tym akurat był pan blisko i pierwszy znalazł się na miejscu zdarzenia.

- Jestem zaskoczony. Myślałem, że pan mnie lubi, a wręcz faworyzuje.

- Nie przeginaj, Biegun. I nie spieprz tej sprawy. Oczekuję szybkich wyników.

- Miłego dnia, prokuratorze.