Światło z Gdańska
TOMASZ LIS
Nie zawsze autor jest w stanie choćby w miarę dokładnie wskazać moment,
kiedy podjął decyzję o napisaniu książki. W przypadku tej książki jest
inaczej. Decyzja zapadła 18 stycznia po godz. 18. Żałobny kondukt z trumną zamordowanego pięć dni wcześniej prezydenta Gdańska Pawła
Adamowicza przemierzał drogę z Europejskiego Centrum Solidarności do
Bazyliki Mariackiej. Patrzyłem na zgromadzonych ludzi. Był w nich
oczywiście smutek. Ale było coś więcej. Godność. Duma. Coś, co Ernest
Hemingway nazwał "grace under fire", siła w sytuacji bycia pod presją.
Była w tej chwili jakaś tajemnica. Tajemnica momentu, miejsca i możliwych skutków. Niełatwa do rozwikłania od razu. Miałem jednak, jak
chyba miliony Polaków, poczucie, że zdarzyło się coś niezwykle ważnego.
Coś, co trzeba spróbować zrozumieć i nazwać. A może na początek po
prostu warto opowiedzieć o Pawle Adamowiczu, o tym, jakiego pragnął
Gdańska i o jakiej marzył Polsce.
Gdy trzy dni po pogrzebie męża Magdalena Adamowicz wystąpiła w TVN 24,
pojawiły się głosy, że to za szybko. Czułem inaczej. Chwila jest chwilą.
Ekscytacja ulatuje. Zainteresowanie wyparowuje. Za chwilę zdarzy się coś
innego i uwaga ludzi skieruje się gdzie indziej. Refleksja wymaga czasu,
ale z pewnymi słowami trzeba się spieszyć. Pomyślałem o tym także w kontekście książki. Uznałem, że nie ma co czekać.
Pawła Adamowicza widziałem raz w życiu. Wystąpił w moim programie w Polsacie. Dzień wcześniej, 13 kwietnia 2007 roku, Polska i Ukraina
dostały prawo organizacji Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej w roku 2012.
Już po śmierci prezydenta zdałem sobie sprawę, że całkiem często
musiałem być gdzieś blisko niego. Choćby w czerwcu 1999 roku, gdy byłem
w Gdańsku przy okazji papieskiej mszy na hipodromie w Sopocie. Paweł
Adamowicz był wtedy prezydentem Gdańska od niespełna roku. To była druga
wizyta Jana Pawła II w Gdańsku. Pierwszy raz był tu w 1987 roku, to
wtedy w czasie mszy w dzielnicy Zaspa mówił, że każdy ma w życiu swoje
Westerplatte. Rok później Paweł Adamowicz został szefem studenckiego
strajku. A w następnym roku wybuchła wolna Polska. "Światło idzie z Gdańska", powiedział w papież w kwietniu 1989 roku. Dwa miesiące później
światło z Gdańska zaświeciło już nowej Polsce.
Prezydenta Adamowicza, to pamiętam dokładnie, widziałem też niedaleko
hiszpańskiego następcy tronu i premiera Hiszpanii w czerwcu 2012 roku,
przed pierwszym meczem Euro w Gdańsku, Hiszpania grała z Włochami. Ale,
przyznam szczerze, był dla mnie wtedy po prostu prezydentem jednego z największych polskich miast, fakt, że jednego z moich miast ulubionych.
Zazdrościłem mieszkańcom tego Gdańska. Najpierw to była opowieść o miejscu, w którym wybuchła wojna i w którym w Grudniu '70 roku strzelano
do robotników. Ale potem o niebo ważniejsza, bo dla młodego człowieka
już współczesna, była inna opowieść. Sierpień 1980 roku. Strajk. Wałęsa.
Solidarność. O strajku słuchałem w Wolnej Europie. A potem już
podpisanie porozumień pokazywali w TVP. Wtedy pierwszy raz Polska
zobaczyła Lecha Wałęsę. Paweł Adamowicz był wtedy przed bramą Stoczni
Gdańskiej. Następnego dnia zaczynał się rok szkolny i obaj szliśmy po
raz pierwszy do liceum. Adamowicz rocznikowo był starszy, ale tak
naprawdę dzieliło nas sto dwadzieścia dni. To samo pokolenie. Łączył
czas.
Do Gdańska po raz pierwszy przyjechałem w październiku 1983 roku ze
szkolną wycieczką. Kilka dni wcześniej, 5 października, Lechowi Wałęsie
przyznano Pokojowego Nobla. Zaraz po przyjeździe poszliśmy pod pomnik
Poległych Stoczniowców, a potem do kościoła św. Brygidy. Adamowiczowie
mieszkali tuż koło kościoła, kilka minut drogi piechotą od stoczni.
Paweł był w Brygidzie ministrantem. Kto wie, czy na mszy 9 października
o godz. 11 nie staliśmy blisko siebie. Choć ja wypatrywałem wtedy
Wałęsy. Bezskutecznie.
Gdańszczanom zazdrościłem Gdańska, a później Wałęsy, opozycji,
Aleksandra Halla. Może zazdrościłbym jeszcze bardziej, gdybym wtedy
wiedział więcej o ich dyskusjach, fascynacji historią, no i piłką,
obowiązkowo piłką. Lechią Gdańsk konkretnie. Bo kto zna gdańszczan, wie,
że dla nich Lechia jest trochę jak Barcelona - "więcej niż klub". W lecie 1984 roku pojechaliśmy z kolegą do Gdańska autostopem. Byliśmy
oczywiście na Lechii. Była tego lata w mieście wystawa rysunków Andrzeja
Mleczki. Pamiętam szczególnie jeden, który ostatnio jakby odzyskał
aktualność. Dwóch towarzyszy komentuje demonstrację Solidarności. Jeden
mówi do drugiego: - Dlaczego oni mówią o nas "oni", skoro my mówimy o nich "my"?
Chciałem napisać książkę o Pawle Adamowiczu, o tragedii i kilku dniach
po niej. Najprościej jak można - rozmawiając z ludźmi, którzy go znali
najlepiej. Spojrzeć na niego ich oczami. Odwołać się do ich wspomnień.
Ale gdzieś po drodze zaczęła się pisać inna książka. Także o Gdańsku. O przedwojennym Wolnym Mieście i o mieście powojennym. O roku 1970 i 1980.
O Grudniu i o Sierpniu. O gdańskiej opozycji. O genius loci Gdańska, o jego magii. A także o sporach, które każdej z tych kwestii dotyczyły.
Zaczęła się też pisać książka o tym, co dla wszystkich moich rozmówców
było najważniejsze. O wartościach. I o Polsce. Tej sprzed 50, 40 lat. I tej dzisiejszej. I jutrzejszej.
Ja prowadziłem rozmowy, ale to rozmówcy stali się moimi przewodnikami.
Po Gdańsku i historii opowiadanej przez nich, tak jak wcześniej oni ją
odkrywali w "Blaszanym bębenku" Güntera Grassa, w "Hanemannie" Stefana
Chwina, w "Weiserze Dawidku" Pawła Huelle i w słynnym albumie "Był sobie
Gdańsk" z fotografiami nieistniejącego już Gdańska, wydanym w 1996 roku
m.in. przez Donalda Tuska. Nie chcę ulegać egzaltacji, ale te historie
mnie zafascynowały. No i ta tajemnica miejsca, którą starałem się
rozwikłać czasem desperacko, odwołując się nawet do niemądrej
numerologii. Bo oto wydarzenia 1970 roku zaczęły się 14 grudnia, strajk
w stoczni wybuchł 14 sierpnia, Paweł Adamowicz zmarł 14 stycznia. I nawet akcja "Hanemanna" zaczyna się 14 sierpnia. Ale, przyznaję,
rozsądniej jest poszukać lepszego klucza.
W tej opowieści jest też Wileńszczyzna, z której Adamowiczowie
przyjechali do Gdańska, tak jak rodzina mojej mamy, Adamkiewiczowie, do
Zielonej Góry, na - jak później mówiono - Ziemie Odzyskane, oczywiście
piastowskie i prapolskie. Pociągi ze Wschodu jechały po wojnie w różne
strony. Adamowiczowie jechali do miasta, którego już nie było. Bo Gdańsk
praktycznie przestał istnieć w ciągu dwóch dni marca 1945 roku. Do
miasta, którego historię sami musieli odkryć. I odkrywali
dziesięcioleciami. A Paweł Adamowicz potem to miasto sam odbudowywał,
tocząc zresztą gorące spory z Donaldem Tuskiem, jednym z niewielu, a z moich rozmówców jedynym, który "był stąd", miejscowy. Bo Gdańsk to
tajemnica odrębna.
Bohater nasłynniejszej książki, której akcja dzieje się w Gdańsku, Oskar
z "Blaszanego bębenka", biegał ze swoim bębenkiem na Targ Węglowy, na
którym zamordowano Pawła Adamowicza. Swoistymi przewodnikami po
powojennym Gdańsku są Hanemann (on akurat także po przedwojennym) i Weiser Dawidek. Pamięć mogą przywoływać nawet dźwięki. U Grassa to
dźwięk bębenka, u moich rozmówców - hałasy stoczniowych dźwigów, które,
gdy milkną, podpowiadają, że w mieście dzieje się coś nadzwyczajnego.
Czasem to dźwięki dzwonów tak licznych na gdańskim Starym Mieście
kościołów. Tak jak 19 stycznia, w dniu pogrzebu Pawła Adamowicza.
Fascynujące są spory znanych gdańszczan o Gdańsk. Przed wojną
wielokulturowy czy tak naprawdę niemiecki z polsko-kaszubską i żydowską
domieszką? Spory o tożsamość współczesnego Gdańska, który według Stefana
Chwina, cytującego Miłosza, jest miastem polskim w dużym stopniu za
sprawą Stalina. O to, czy Grudzień i Sierpień kształtują tożsamość
gdańską, czy raczej świadomość jego inteligenckiej elity. I nawet ów
genius loci jest tu kwestionowany. Nawet słowo "wspólnota" budzi spory.
Paweł Adamowicz dał swojej niezwykle ciekawej książce, choć
opublikowanej w rytmie jego ostatniej kampanii wyborczej, tytuł "Gdańsk
jako wspólnota". Ale już według Stefana Chwina owa wspólnota to raczej
mit i iluzja, na co daje dowody sprzed lat kilkudziesięciu i z chwil tuż
po śmierci prezydenta. Dla spierających się istotne jest rozstrzygnięcie
sporu. Dla mnie, kogoś z zewnątrz, fragmentem tożsamości jest sama
temperatura sporu. Bo może prawdziwą siłą Gdańska jest poszarpana
niejednoznaczność.
Paweł Adamowicz chciał Gdańska otwartego, wielokulturowego i tolerancyjnego. I nie chodziło mu chyba o reanimację przeszłości, ale o wierność przesłaniu Grassa, w którym - w każdym razie aż do wyjątkowo
silnej w Gdańsku eksplozji nazizmu - Polak mógł żyć obok Niemca, a Niemiec obok Żyda. W którym języki polski, niemiecki i kaszubski
pożyczają sobie słowa i znaczenia. Pamięć o Gdańsku przedwojennym,
najbardziej nazistowskim i antyeuropejskim mieście Rzeszy, miała być
według Adamowicza także ostrzeżeniem przed złem najgorszym -
nacjonalizmem. Bo jak pokazał Grass, brunatna nienawiść wyjątkowo
skutecznie przecina więzy między ludźmi, którzy chwilę wcześniej w różnicach etnicznych nie dostrzegali niczego istotnego. I jeśli już coś
dzieliło Polaka Brońskiego od Niemca Mazeratha, domniemanych ojców
Oskara, to raczej kobieta, którą kochali, niż polskość i niemieckość.
Tak, dziedzictwo gdańskiej historii to także opowieść o sile nienawiści
z czasów, gdy nad miastem zawisły flagi ze swastykami. Inna sprawa, że
tę przeszłość chętnie przywołuje propaganda nie po to, by przeszłość
rozumieć i wyciągać z niej wnioski, ale po to, by okładać nią oponentów.
Swoisty język antyniemiecki tak samo służył Gomułce, jak i Kaczyńskiemu.
Tyle że temu pierwszemu bardziej do legitymizacji swej władzy, a drugiemu do niszczenia oponentów.
W 1919 roku historyk Szymon Askenazy napisał książkę "Gdańsk a Polska".
Nie ma opowieści o Polsce bez Gdańska. W dawnych czasach, jak to
powiedział Norman Davies, niemieckiej perły w polskiej koronie. W jeszcze większym stopniu nie ma bez Gdańska opowieści o latach
powojennych. To miasto, które padło ofiarą nacjonalizmu, nacjonalizmu
nienawidzi. Było kiedyś najbardziej nazistowskie, a stało się potem
najbardziej antykomunistycznym miastem na wschód od Łaby. Było oknem,
przez które patrzyliśmy na świat i przez które wpadało do nas świeże
powietrze. Potem zaś stał się Gdańsk chyba najbardziej europejskim z polskich miast. Zawsze niechętnym ekstremizmom. Zawsze wiernym wolności.
Paweł Adamowicz to rozumiał i czuł. I mniej więcej taki był sens jego
ostatnich słów.
12 rozmów, 12 osób. Pierwsza chronologicznie, z Jackiem Karnowskim,
odbyła się dwie godziny po tym, jak prezydent Sopotu razem z kolegami,
prezydentami innych miast, wchodził do Bazyliki Mariackiej, niosąc na
ramieniu trumnę zamordowanego przyjaciela. Następna - cztery dni po
pogrzebie, z Magdaleną Adamowicz. Potem kolejne. Z bliskimi. Z przyjaciółmi, ze współpracownikami, z duchowymi przewodnikami. Prawie
wszystkie przeprowadzone w Gdańsku. Poza dwiema ostatnimi, z Donaldem
Tuskiem w Brukseli i ojcem Ludwikiem Wiśniewskim w Lublinie. Dla mnie te
opowieści są niezwykłe. Mam nadzieję, że podobnie będą czuli ich
czytelnicy.
W styczniowe, sobotnie popołudnie patrzyłem, jak kondukt najbliższych
odprowadza urnę z prochami męża, ojca, syna, brata. Urna spoczęła w murach Bazyliki Mariackiej, którą budować zaczęto na długo przed bitwą
pod Grunwaldem, w 1343 roku, a skończono w roku 1502. Pięć stuleci.
Wielka pętla czasu.
Gdy byłem w Gdańsku miesiąc po śmierci prezydenta, w miejscu, w którym
zginął, zorganizowano spotkanie gdańszczan. Tym razem nie było tłumów.
Kilkaset osób. Mniej więcej tyle, ile siedziało w okolicznych barach,
nie zwracając zupełnie uwagi na to, co się działo na placu.
Otrzeźwienie, by nie budować zanadto skwapliwie metafor, historycznych
odniesień i uciec od zbyt łatwej opowieści o nadchodzących doniosłych
echach wydarzeń, które teraz wydają się absolutnie ważne i niewątpliwie
doniosłe. Tu wskazane są raczej cierpliwość i powściągliwość. Nawet
jeśli w takim roku jak obecny tak oczywiste jest pragnienie, by i tym
razem światło poszło z Gdańska. Czy znowu pójdzie? Jeśli tak, na pewno
nam to nie umknie.
Tomasz Lis: Jak pan się dowiedział?
Donald Tusk: Byłem w Brukseli, kiedy zadzwonił mój syn z informacją, że
doszło do jakiegoś zdarzenia i że zadano ciosy Adamowiczowi, ale nic
poza tym nie wiedział.
Była dwudziesta z minutami...
- Jak włączyłem TVN24, reporterka akurat informowała, że nic nie wiadomo
i widać było tylko, jak odjeżdża karetka, czyli było to już po próbie
reanimacji. Moja pierwsza reakcja: na pewno nic złego się nie stało. Bo
takie rzeczy się po prostu nie zdarzają. Ta tragedia wydawała się
nieprawdopodobna. Scena Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ten
moment, kiedy jest Światełko do Nieba, że jest to Paweł Adamowicz, za
którym może władza nie przepadała, ale nie budził jakichś negatywnych
emocji wśród ludzi. To mi się w żadną całość nie składało. Później syn
jeszcze raz zadzwonił i powiedział, że sytuacja jest poważna. A później
miałem już bezpośredni kontakt z Piotrem Adamowiczem. Po jego słowach
zrozumiałem, że jest bardzo źle. I rozpłakałem się jak dziecko.
Kiedy pan postanawia lecieć do Gdańska?
- Zasnąłem gdzieś o 3 albo 4 nad ranem, bo cały czas czekałem na
informacje ze szpitala. Rano przyjechałem do pracy, siedzieliśmy przez
godzinę i coraz bardziej docierało do nas, że to prawdopodobnie jest
koniec, że go nie uratują. Wtedy postanowiłem, że natychmiast muszę
jechać do Gdańska. Oczywiście nie wiedząc, że jak dolecę, to już będzie
wiadomo, że Paweł nie żyje... Dowiedziałem się o tym chyba w drodze na
lotnisko albo z lotniska.
Słyszałem, że to pana wieczorne wystąpienie w dniu śmierci Pawła
Adamowicza było kompletnie niezaplanowane.
- Dowiedziałem się, że najbliżsi współpracownicy Pawła chcieli, żebym
był na tym zgromadzeniu gdańszczan. I było oczywiste, że nie chodzi o żadne wystąpienia. Kiedy zwrócili się do mnie na scenie, żebym jednak
parę słów powiedział, nie chciałem się zgodzić. Ale i Ola Dulkiewicz, i Bogdan Borusewicz, i Lech Wałęsa bardzo prosili, żeby jednak coś
powiedzieć.
Powiedział pan wtedy: "Znaliśmy Cię wszyscy od Twoich najmłodszych lat".
Pamięta pan, kiedy się poznaliście?
- Dokładnie nie pamiętam. Ale pamiętam, kiedy po raz pierwszy serio
rozmawialiśmy. To był strajk na Uniwersytecie Gdańskim, wspierający
strajk w Stoczni im. Lenina w maju 1988 roku.
On był szefem strajku.
- Tak. Poszliśmy tam ze Sławkiem Rybickim, z którym pilnowaliśmy raczej
spraw w stoczni, żeby zorientować się, jak wygląda sytuacja i na ile ten
strajk studencki jest poważny. I wtedy zobaczyłem Pawła Adamowicza.
Zresztą nie było widać, żeby miał zadatki na politycznego lidera. To
jest wzruszające, jaki on był wtedy nieporadny. I taki niewiecowy,
nieprzywódczy...
Chorobliwie nieśmiały, wszyscy to mówią.
- Tak, nieśmiały... okulary... nie był wzorem bojownika, na pewno nie
sprawiał wrażenia kogoś, kto może coś osiągnąć w polityce, która jest
przecież sztuką walki, odporności i odpowiedzialności. Dość szybko się
jednak okazało, że są to tylko pozory.
On był w jakimś sensie dzieckiem Aleksandra Halla, ale szybko się
pojawił w okolicach KLD.
- On zakładał nie tylko KLD, ale też stowarzyszenie, z którego wyrosło
KLD, czyli Kongres Liberałów.
Czyli do tej nieświętej sprawy liberalizmu akces zgłosił nawet
wcześniej.
- Tak. Wtedy nikt nie określiłby Pawła mianem wyrafinowanego
intelektualisty czy filozofa politycznego. On był konkretny i bardzo
prostolinijny, w najlepszym tego słowa znaczeniu.
Ale miał bardzo ciekawą intuicję i w jakimś sensie był mądrzejszy niż
wielu bardziej spektakularnych politycznych aktywistów. On był w grupie,
która głęboko wierzyła w sens syntezy polskiego umiarkowanego konserwatyzmu i politycznego
katolicyzmu z liberalizmem. Może nie obyczajowym, ale na pewno z liberalizmem politycznym i gospodarczym. To byli ludzie, którzy nie
widzieli szczególnego konfliktu między gdańskimi liberałami a dawnym
Ruchem Młodej Polski czy czasopismem "Polityka Polska" a liberalnym
"Przeglądem Politycznym". Tym bardziej że my w Gdańsku odnajdywaliśmy
wspólne pola. Myśmy wszyscy byli razem najpierw w spółdzielni pracy
Świetlik, gdzie pracowaliśmy na wysokościach na linach, a potem w Spółdzielni Gdańsk, razem graliśmy w piłkę. Akurat Paweł Adamowicz ani
na linach nie pracował, ani nie grał w piłkę, ale był w samym środku tej
grupy ludzi pochodzących z dwóch środowisk, którzy stanowili de facto
jedną paczkę.
Pamiętam, jak w podziemiu wyszła książka "Duch demokratycznego
kapitalizmu" Michaela Novaka. I wszyscy byli zachwyceni, bo Novak
stawiał tezę, że jeśli jesteś chrześcijaninem, to w polityce musisz być
liberałem. A jak wierzysz w Boga, to w gospodarce musisz chwalić wolny
rynek i własność prywatną. Wcale więc nie musi być nieuniknionego
konfliktu między konserwatyzmem a liberalizmem.
Po śmierci Pawła pomyślałem, że on nie był jakoś skoncentrowany na
ideowych dyskusjach i debatach, ale bardzo szybko dorósł do wyzwania,
które polega na tym, żeby raczej łączyć i tworzyć syntezy, niż szukać
konfliktów.
W którym momencie stało się oczywiste, że on nie będzie zorientowany na
Warszawę, Sejm czy rząd, ale na Gdańsk właśnie?
- Paweł stał się bardzo szybko gwiazdą, kiedy został najmłodszym w Polsce prorektorem do spraw studenckich. To mu nadało status kogoś w jakimś sensie wyjątkowego.
Wiem, jaką rolę odgrywały w moim życiu przypadki i zbiegi okoliczności,
więc nie potrafię powiedzieć, na ile ta samorządowa droga Pawła była
jego świadomym wyborem. Czy może był to efekt tego, że trochę ciasno
było w tej ogólnopolskiej polityce, szczególnie jeśli chodzi o gdańską
reprezentację. Ale jest oczywiste, że miał bardzo silną wrażliwość
regionalną i samorządową, która była tak naprawdę jednym z fundamentów
myślenia środowiska liberałów. Kiedy myśmy w 1988 roku, zresztą z Pawła
udziałem, organizowali pierwszy Gdański Kongres Liberałów, to była
jeszcze nielegalna impreza. Tam pojawiła się po raz pierwszy idea
prywatyzacji gospodarki, a także postulaty zmian konstytucyjnych, budowy
systemu partyjnego i władzy samorządowej, czyli decentralizacji kraju.
To było coś specyficznie gdańskiego, też dlatego, że ja byłem bardzo
zaangażowany w Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie, więc się upierałem, by
kwestia lokalności i małych ojczyzn była traktowana serio. Adamowiczowi
to się bardzo podobało.
Pan mieszka w Sopocie, ale w sercu zawsze miał pan Gdańsk. Czy
przyglądał się pan uważnie, co też tam ten Adamowicz robi?
- Ja się czujnie przyglądałem, co robi Paweł z "moim Gdańskiem", który
traktowałem niemal jak osobistą własność, bo z całego tego kręgu jestem
jedynym gdańszczaninem w jakimś sensie "przedwojennym". Bo Adamowicz
jest klasycznym przypadkiem gdańszczanina ze Wschodu. Chyba większość
pana rozmówców ma korzenie w Wilnie albo we Lwowie. Więc ja z wielką
dumą i nutką arogancji zawsze podkreślałem ten "mój Gdańsk".
A tamci to ludność napływowa?
- Tak, mówiło się o nich "bose Antki", miejscowi byli nieliczni.
Gdańskich Polaków było może 8-10 tysięcy, więc dość ekskluzywne grono.
Dla Niemców byli Polakami, a potem niektórzy ich uznawali za
niewystarczająco polskich.
- W większości przypadków wybór ojczyzny był wyborem indywidualnym. Tych
fal wyjazdowych z Gdańska do Niemiec było kilka. Pierwsza, kiedy
nadciągała Armia Czerwona, a później - po 1945 roku - jeśli dobrze
pamiętam, miały miejsce trzy fale zorganizowanych wyjazdów. Ówczesne
władze oczekiwały, że gdańszczanie będą wyjeżdżać, chciały oczyścić
Gdańsk z etnicznych Niemców, żeby miasto uczynić...
Trochę dziewiczym.
- Tak, dokładnie.
Odwiecznym, ale dziewiczym.
- Więc ci, którzy zostali, musieli mieć mocne powody. Najczęściej było
to poczucie tożsamości polskiej i kaszubskiej. Tak było w przypadku
mojej rodziny. Ale pamiętam, jak wynajmowałem tuż po ślubie z Gosią
pokój u Paula Bürgera, który nawet nie zmienił imienia na Paweł. I był
gdańszczaninem, nie ukrywał, że czuł się niemieckim gdańszczaninem, a nie wyjechał tylko dlatego, że w sierpniu 1939 roku skończył budowę
swojego wymarzonego domu jednorodzinnego i za żadną cenę nie chciał go
opuścić.
Dobry timing miał...
- Tak, idealny. I ten dom spowodował, że się nie ruszył. To, co było
moją obsesją, czyli zainteresowanie przeszłością Gdańska, okazało się na
szczęście zaraźliwe, pojawiły się książki Stefana Chwina i Pawła Huelle.
Czyli "Weiser Dawidek" pod koniec lat 80., a już w 90. "Hanemann".
Rozumiem, że z pana uprawnień właścicielskich wynikały...
- ... nieustanne funkcje nadzorcze. Próbowałem przynajmniej przekonywać,
rozmawiać z samorządowcami, którzy mieli decydować, jak ma Gdańsk
wyglądać. Bo Gdańsk był odbudowany w obrębie Głównego Miasta, ale wciąż
czekał na drugą fazę odbudowy. Zresztą ta pierwsza była imponująca, co
podkreślałem niejednokrotnie w rozmowach z Pawłem. Mówiłem, że w jednej
sprawie powinniśmy szanować decyzje komunistów z końca lat 40.: że
zdecydowali się odbudować Gdańsk. Oczywiście były po temu przesłanki
ideologiczne, ja zawsze opowiadam anegdotę, jak to postanowiono, że
Gdańsk będzie odbudowany. Była taka okładka "Przekroju", jeśli dobrze
pamiętam: "Gdańsk, odwieczna twierdza pruskiego militaryzmu, nie będzie
odbudowany" - taka jest decyzja Biura Politycznego. Później do Bieruta
przyjechali architekci, którzy znali Gdańsk przedwojenny, opowiadali mu,
że to było takie piękne miejsce, w dodatku z polskimi śladami i zawsze
przy królach polskich. Wybłagali u niego zmianę decyzji. I kilka tygodni
później w "Przekroju" jest okładka: "Gdańsk, odwieczne gniazdo Piastów,
będzie odbudowane".
Prawdopodobnie królowie przekonali Bieruta.
- (śmiech) Skutek w każdym razie jest taki, że żadne miasto w Europie
nie zostało w takiej skali zrekonstruowane jak Gdańsk.
Czy Gdańsk odbudowywany w tej drugiej fazie przez Adamowicza to był taki
Gdańsk, jaki pan sobie wyobrażał, np. tworząc słynny album "Był sobie
Gdańsk" ze zdjęciami przedwojennego miasta?
- Dyskusja, jak dalej odbudowywać Gdańsk, trwała bardzo długo. Z Pawłem
przegadaliśmy na ten temat setki godzin, bo akurat mieliśmy już na to
wpływ i od nas zależało, jak ten drugi, nowy Gdańsk, będzie wyglądał. Ja
żarliwie wszystkich przekonywałem, by możliwie wiernie rekonstruować
Gdańsk, bo jestem w nim zakochany.
Aż tak wiernie, żeby to było jak na starych zdjęciach?
- Miasto jest miastem dlatego, że zostało pomyślane w sposób prosty i bezalternatywny. Miasto to są ulice, które są z obu stron zabudowane i to w taki sposób, żeby wszędzie było możliwie blisko i żeby kamienice na
poziomie ulicy pełniły funkcje handlowe. Uważam, że miasto w ogóle
wymyślono po to, żeby ludzie mogli się zgromadzić na możliwie małej
przestrzeni i intensywnie razem działać. Głównie w celach handlowych, a później także kulturowych etc. I o tym z Pawłem długo rozmawialiśmy. Na
początku był trudnym partnerem, powiedziałbym - nawet dość opornym, bo
wtedy wszyscy w Polsce byli w szale budowania głównie dróg. Także w środku miasta. W Polsce jest, niestety, to przedziwne przekonanie, że
miasta są po to, żeby przez nie szybko przejechać samochodem. A miasta w swej istocie nie są po to, żeby przez nie przejechać, tylko wręcz
przeciwnie - żeby się zatrzymać. To jest esencja miasta. Dla mnie
najważniejsze było, żeby Paweł uwierzył, że warto pokonywać czasami opór
mieszkańców lub współpracowników, czyli żeby Gdańsk możliwie szybko
przestał być typowym miastem pokomunistycznym, w którym dominują duże
place, a z jednego sklepu do drugiego trzeba czasami przejść nawet
kilometr.
Chciał pan szybkiej odbudowy, żeby nadążyć za wspomnieniami przodków, za
zdjęciami, które pan oglądał?
- Był w tym element nostalgiczny, ale ważniejsze było coś innego -
dlatego mówiłem Pawłowi, żeby zastanowił się, dlaczego tak się ludziom
podobają Paryż, Barcelona czy Londyn.
I słyszał odpowiedź, że...
- W tamtych miastach przy ulicy są dwie pierzeje domów, a na dole są
sklepy. Jest jak najmniej tuneli, są przejścia dla pieszych, nie chowa
się ludzi pod ziemią, jak się ktoś ma zatrzymać, to raczej samochód, a nie pieszy. Przestrzeń musi być gęsto zabudowana, trzeba odrzucić te
pomysły a la Le Corbusier, powodujące, że jak wychodzisz na zewnątrz, to
musisz pokonać niemały dystans, żeby gdziekolwiek dojść.
Miał pan bardzo silną świadomość historii miasta, choć tego starego
miasta w Gdańsku, w którym pan dorastał, było już niewiele.
- Jak miałem osiem czy dziewięć lat, to do szkoły szedłem jeszcze przez
ruiny, co trudno może sobie wyobrazić. Moja droga z domu do szkoły
podstawowej przebiegała wzdłuż stoczni i miejsca, gdzie dziś stoją Trzy
Krzyże - to była droga głównie przez ruiny. Nie miałem wspomnień: o jaki
piękny był Gdańsk! U nas w domu nie było fotografii przedwojennego
Gdańska.
Ale może w domu się opowiadało, jak u mnie się mówiło o Wilnie?
- Niewiele. Pamiętam dosłownie jedną relację mojej mamy, która mi
powiedziała, że w Gdańsku były takie domy jak na Marszałkowskiej w Warszawie i że były schody ruchome w domach towarowych. I to wszystko w tych miejscach, gdzie po wojnie nic nie było. Na mnie to zrobiło ogromne
wrażenie, usiłowałem to sobie wyobrazić. A taką chęć, żeby zastanowić
się nad szukaniem ładu przestrzennego, poczułem, właściwie nie wiem
dlaczego, gdzieś w 1986-87 roku. Wtedy też pojawiła się legenda Gdańska
przedwojennego dzięki "Blaszanemu bębenkowi" Grassa. Szczerze mówiąc,
świadomość, że istnieje coś takiego jak przedwojenny Gdańsk i w dodatku
jest to moje miejsce, pojawiła się u mnie właśnie wtedy, gdy zrobiła się
wrzawa wokół "Blaszanego bębenka".
Co poza tym, że tą ścieżką, tym chodnikiem chodzę i te miejsca znam,
konstytuuje pana poczucie odrębności, wyjątkowości Gdańska?
- To jest ryzykowne pytanie, bo mogę o tym godzinami opowiadać.
Spróbujmy.
- Ta przedwojenność ma relatywnie niewielkie znaczenie. Moja nostalgia
do Gdańska sprzed wojny nie była związana z losami rodzinnymi, bo na ten
temat miałem szczątkowe informacje. Zakochałem się w Gdańsku
przedwojennym właściwie jako dorosły człowiek, odkrywając, jak on
wyglądał. Już na własny rachunek. Kiedy wydaliśmy nasz album "Był sobie
Gdańsk", zaprosiliśmy przyjaciół na spotkanie promocyjne w Dworze
Artusa. Przygotowaliśmy wielki ekran, przywieźliśmy z Warszawy wielki
rzutnik i kilkanaście zdjęć z tego albumu rzucaliśmy na ekran. Przyszło
z 500 osób i w pewnym momencie wszyscy zaczęli płakać. Dosłownie słychać
było szloch. Paweł Huelle przeczytał fragment z Günthera Grassa o tym,
jak płonie Gdańsk (tam Grass opisuje, co po kolei płonie). W tym
momencie zadzwoniły dzwony zegarowe w Dworze Artusa i pojawiło się na
ekranie ostatnie zdjęcie z albumu, pokazujące zniszczenie Gdańska. I wszyscy po prostu zaczęli ryczeć.
Wtedy poczuli, gdzie są.
- Nie jestem pewien, czy właśnie Paweł Adamowicz mi tego nie powiedział,
jak widział kobietę z drużyną harcerską z moim albumem gdzieś na ulicy w Gdańsku, która opowiadała: "Tak to wyglądało". Bo to była magia, która
wszystkich w Gdańsku zachwyciła. Poza samym Głównym Miastem przed wojną
wszystko wyglądało kompletnie inaczej. Miałem wrażenie, że dorośli
gdańszczanie, kiedy zaczęli oglądać ten album, to poczuli się trochę jak
dzieci, które wykopują coś, co miało być kompletnie zapomniane.
Dzisiaj przedwojenność Gdańska ma minimalne znaczenie, ważniejszy jest
związek z polityką i z taką otwartością, która z kolei jest związana z morzem.
Z morzem, a nie z Wolnym Miastem?
- Z morzem. Tak myślę. Wydaje mi się, że prawie wszyscy w Polsce
odczuwają, iż Gdańsk jest trochę inny niż cała reszta Polski, w dobrym
tego słowa znaczeniu. Ale przecież nikt nie mówi o tym dlatego, że to
było kiedyś Wolne Miasto, miasto niemieckojęzyczne. Ważniejsze dla
współczesnych jest to, że to było miasto portowe, a zatem miało więcej
kontaktów z Zachodem. Marynarze, drobni kupcy, a nawet prostytutki, to
wszystko stanowiło bardziej zachodnią tkankę społeczną miasta. Dwie
wielkie fale protestów, Grudzień '70 i Sierpień '80, przetoczyły się w najbardziej spektakularny sposób w Gdańsku i Szczecinie, i to na pewno
jest z tym związane. Jest też bardzo dużo prac socjologicznych, które
pokazują, że robotnik stoczniowy z racji stopnia skomplikowania pracy
musiał być lepiej wykształcony.
Produkt był bardziej wyrafinowany?
- Zdecydowanie. I te umiejętności techniczne, wykształcenie nawet na
najniższych stanowiskach było wyraźnie wyższe niż gdzie indziej. Na
pewno inne niż w typowym zakładzie przemysłowym w PRL.
Czy z Adamowicza, który wciąż był politykiem lokalnym, polityka w jakimś
sensie ogólnopolskiego uczyniło PiS? Także PiS-owska propaganda?
- Ta teza politycznie brzmi dość atrakcyjnie, ale uważam, że nie jest do
końca uzasadniona. Wątpliwości dotyczące jego oświadczenia majątkowego
pojawiły się, zanim PiS doszło do władzy. Więc całej tej sprawy nie
traktowałbym jako brutalnej pułapki zastawionej przez zły PiS, bo to
byłoby, delikatnie mówiąc, uproszczenie. Sprawa została wyjaśniona i umorzona, wpisano ją - moim zdaniem słusznie - raczej do kategorii
niechlujstwa czy niedbałości, a nie czegoś poważniejszego. A PiS
usiłowało tej sprawie nadać poważniejszą rangę. Jednak wydaje mi się, że
status ogólnopolski Paweł zdobył paradoksalnie nie przez PiS, tylko
przez Platformę, która go nie chciała wystawić jako kandydata w wyborach
na prezydenta Gdańska. Paweł Adamowicz stał się przypadkiem absolutnie
szczególnym, bo musiał pokonać jednocześnie i PiS, i Platformę.
A Platforma nie chciała Adamowicza, bo bała się, że wybuchnie jej w ręce
granat, że zatrzymają go podczas kampanii albo tuż po wyborze? Czy ze
strachu przed konfliktem z Lechem?
- Trudno mi powiedzieć, jakie były motywacje, żeby wystawić innego niż
Adamowicz kandydata, ale jestem w stanie domyślać się tych powodów i je
rozumieć. Odniosłem wrażenie, że zdecydowano się na wystawienie
Jarosława Wałęsy jako kandydata PO z nadzieją, że Adamowicz nie będzie
startował. Paradoks polega na tym, że Paweł Adamowicz z Lechem Wałęsą
byli bardzo blisko, więc to dodawało smaczku całej sprawie.
A czy kiedykolwiek ze strony Adamowicza padło pytanie: Donald,
powinienem kandydować?
- Nie raz mnie pytał, co robić. Wcześniej z oczywistych względów, bo
byłem szefem Platformy, a nie tylko premierem. Miałem wrażenie, że Paweł
zastanawia się, czy jeszcze ma coś ciekawego do zrobienia w Gdańsku. On
sam nieraz się zastanawiał w czasie rozmowy ze mną, czy to już nie jest
czas, żeby zrezygnować. Ale jak PiS go zaatakowało tak bezwzględnie, to
- mam wrażenie - odezwała się w nim sportowa ambicja: a to zobaczycie!
On zresztą nie po raz pierwszy wykazał nadzwyczajną twardość charakteru,
o jaką go nie podejrzewaliśmy.
A kiedy wcześniej?
- Jak się kłócił ze mną, co jest sensowne dla Gdańska.
Bo żeby kłócić się z Tuskiem, to trzeba mieć nadzwyczajnie twardy
charakter?
- Na pewno, jeśli jest to kłótnia o Gdańsk. Tak, to na pewno! I jeśli
jest się w dodatku Tuska "podwładnym". Ale myśmy się nigdy do końca nie
pokłócili, bo on miał, w najlepszym tego słowa znaczeniu, takie miękkie
usposobienie. Zawsze słuchał, tu się uśmiechał, tu się zgodził, jeśli
argumenty uznał, czasami zagrał na czas bardzo umiejętnie. Ale potrafił
też być po prostu twardy. Ola Dulkiewicz ostatnio mi przypomniała, jak
ryczałem na Pawła przy okazji przedostatnich wyborów. To było związane z tym, że zablokował całe Śródmieście, bo remontował jakąś ulicę, a ja się
martwiłem, że on przegra z tego powodu wybory. Ludzie byli wściekli w całym Gdańsku, że nie można przejechać przez centrum. I on się postawił.
Powiedział: "A może ludzie zrozumieją, że to ma sens". I okazało się, że
miał rację, bo tak jest w wielu miastach w Polsce, że ludzie na co dzień
klęli na budowę czy remont drogi, ale gdzieś w głębi serca brali to za
dowód, że coś się dzieje, że ktoś się troszczy o ich miasto. I tu Paweł
miał dużo lepszą intuicję. A postawił się wtedy bardzo zdecydowanie.
Rozumiem, że jak przy okazji ostatnich wyborów ujawnił się jego instynkt
sportowy, to przewodniczący Tusk nie mógł tego czynnika zlekceważyć.
- Miałem bardzo poważny dylemat osobisty. Jarka Wałęsę też znam bardzo
dobrze. W 2011 roku odwiedzałem go w szpitalu, a wcześniej starałem się
pomóc po jego wypadku motocyklowym. Pamiętam, kiedy musiałem zadzwonić
do jego rodziców, do Danuty i Lecha, żeby natychmiast jechali do
Warszawy, bo prawdopodobnie... bo mogą nie zdążyć. Więc jest pewien typ
relacji, który mi kompletnie uniemożliwił jakiekolwiek emocjonalne
angażowanie się po jednej czy po drugiej stronie. Ta część mojej
rodziny, syn z synową i z teściami, siostra i siostrzenica, która
głosowała w Gdańsku, głosowała różnie. Podzieliło się pół na pół.
Czy 13, 14 stycznia miał pan poczucie, że to jest wydarzenie
ogólnonarodowe?
- Jestem zbyt doświadczony, żebym dał się łatwo porwać patosowi, nawet
jeśli sam jestem wzruszony. Oczywiście tuż po śmierci Pawła emocje były
ogromne, ale nie wyciągałem początkowo z tego daleko idących wniosków o charakterze społecznym czy politycznym.
A mam przecież swoje przejmujące doświadczenia. Grudzień 1970 roku
przeżyłem w jakimś sensie na własnej skórze, bo byłem już dużym
chłopakiem, a także z racji miejsca zamieszkania i szkoły położonej
niedaleko stoczni. Widziałem wszystko absolutnie z bliska z najbardziej
straszliwymi scenami, z płonącymi milicjantami i z przejechanym przez
czołg demonstrantem pod dworcem, płonący budynek Komitetu Wojewódzkiego...
Ojciec leżał wtedy ciężko chory w szpitalu, mama musiała być w Akademii
Medycznej, więc byłem wolny. Wiadomo, co kilkunastoletni chłopak może
robić w takiej sytuacji.
Korzysta...
- Tak, czyli byłem wszędzie. A później, będąc już dorosły, uświadomiłem
sobie, jak potężna była skala wydarzeń grudniowych. Chodzi nie tylko o zabitych. Było blisko 3 tysiące rannych lub ciężko pobitych przez
milicję. Czyli nie było rodziny, w której ktoś by nie słyszał o kimś
bliskim, kuzynie albo sąsiedzie rannym albo pobitym. Ja później swoją
opozycyjną działalność zacząłem od próby organizowania z Bogdanem
Borusewiczem i z Olkiem Hallem nielegalnych manifestacji, które miały
czcić Grudzień '70. Początki były bardzo mizerne, więc dlaczego teraz
miałoby być inaczej? Przecież po śmierci papieża też niektórym się
wydawało, że ludzie się przemienią w aniołów. Po Sierpniu '80 również
mogło się wydawać, że wydarzenie tak masowe i piękne musi ludzi zmienić
na trwałe. Tak się oczywiście nie dzieje, ale te wszystkie zdarzenia
ludzi jednak zmieniają, bo ja generalnie uważam, że wszystko, co się w Polsce zdarzyło, a w Gdańsku w szczególności, to jest piękna historia.
Ale nie mam jakichś nadmiernych złudzeń co do całej zbiorowości.
Ale 14 stycznia wypowiedział pan słowa, które były formą zobowiązania, a więc zakładały też istotność tego wydarzenia. "Obronimy Gdańsk, Polskę,
Europę przed nienawiścią".
- Głęboko pragnę w to wierzyć, dlatego wolę mówić o nadziejach. A są
takie chwile, kiedy człowiek wypowiada coś, co wynika bardziej z nadziei
niż z chłodnej kalkulacji. Ale bywają też takie momenty - i myślę, że to
właśnie była ta chwila - że trzeba zarysować jakiś rodzaj zobowiązania
wobec ofiary czy bohatera, którego się w danym momencie czci. Ja
wiedziałem, jak bardzo Pawłowi zależało na tym, żeby wpleść rolę Gdańska
w ogólnopolską narrację o demokracji i Solidarności. Z Pawłem zdarzyła
się rzecz naprawdę piękna i taka, która go bardzo wyróżnia. I mówię to
nie dlatego, że o zmarłym trzeba za wszelką cenę coś dobrego powiedzieć.
On bez tych zadatków na bohatera, z tą swoją miękkością i czasami
wydawałoby się nieporadnością, wiedziony intuicją, bardzo dojrzewał
politycznie. Na przykład zrozumiał, i na kilka tygodni przed śmiercią mi
to powiedział, że najważniejsze są pieniądze zainwestowane w ludzi. Tak
rozumiał sens Europejskiego Centrum Solidarności. Uważał, że to jest
najlepsza inwestycja, która zwróci się stukrotnie. Bo jest to miejsce
spotkań, miejsce wyjątkowe. A on kładł wielki nacisk na tworzenie
wspólnoty i wspieranie słabszych. I nie mówię tutaj tylko o prawach
mniejszości seksualnych, choć w tej sprawie zmiana była najbardziej
spektakularna.
Uważam, że Paweł przeszedł głęboką przemianę. Gdybym miał najkrócej ująć
jej istotę, powiedziałbym, że opowiedział się po stronie wolności, to
był taki jego drogowskaz. Stać po stronie wolności - tak odczytywał tę
gdańską tradycję. Stąd też pomysł Gdańskiej Parady Niepodległości 11
listopada - to jest zawsze kilkadziesiąt tysięcy ludzi, a Gdańsk jest
mniejszy od Warszawy. I wszyscy mają biało-czerwone flagi.
Bez zielonych flag?
- Bez. Ba, z udziałem kibiców Lechii. I nigdy nie było żadnego
incydentu, to było zawsze takie spektakularnie alternatywne wobec
Warszawy. W ten sposób Paweł starał się udowodnić, że patriotyzm może
mieć też wersję gdańską z sierpniowym oddechem i nie musi przemieniać
się w spektakl nacjonalistyczny i agresywny.
Czy nie jest trochę tak, że o sensie śmierci Adamowicza w jakimś stopniu
to my zdecydujemy w październiku?
- Nie chodzi o to, żeby budować pomniki, bo Paweł nie był pomnikowy i być może na tym polegała jego wyjątkowość. Ale nowy mit powstał już na
naszych oczach. I jest głęboko autentyczny, a przy tym aż gęsty od
symboli. Wydaje mi się więc ważniejszy niż bezpośrednie konsekwencje
polityczne tego wydarzenia. Minęło już wiele tygodni, a ja jestem nadal
tak głęboko poruszony... To, co wydarzyło się w Gdańsku 13 stycznia,
zamordowanie prezydenta, ma - powiedziałbym - wymiar wręcz metafizyczny.
W momencie, kiedy cała Polska od lat właśnie tego dnia i o tej godzinie
chce być lepsza, niż jest na co dzień, wychodzi z cienia ktoś, kto staje
się złem. A Paweł w tym momencie reprezentował po prostu dobro. Gdy mówił, że Gdańsk jest
miastem szczodrym, miastem miłości, solidarności, dokładnie w tym
momencie wychodzi ktoś, kto go zabija i mówi o swojej nienawiści. To
jest chwila tak przejmująca, sięgająca samej głębi ludzkiej egzystencji,
tragiczna w klasycznym, a może szekspirowskim sensie... Więc związane z nią zobowiązanie musi być poważne.
Ktoś mógłby powiedzieć, że to niemal przerysowane.
- Ale tak właśnie było! To się naprawdę zdarzyło. Nie jestem jakimś
romantykiem i zawsze jestem bardzo ostrożny w kwestii symboliki i mitów,
szczególnie w polityce, ale wiem, że kilka razy w życiu widziałem coś,
wobec czego nie można przejść obojętnie i trzeba budować z tego jakieś
zobowiązanie, jakkolwiek to jest nieuchwytne. Tak jak nigdy nie zapomnę
tego momentu z pogrzebu Jana Pawła II, kiedy na placu św. Piotra wiatr
zamykał Księgę położoną na jego trumnie. W Gdańsku takich chwil
magicznych było więcej. A ja uważam, że to jest magiczne miejsce, w każdym tego słowa znaczeniu. To nie jest banalna symbolika, bo 13
stycznia - w sposób rzeczywiście tragicznie przerysowany - dostaliśmy
sygnał o tym, co dzisiaj się dzieje w Polsce i na świecie. Myślę tu o fundamentalnym, coraz wyraźniejszym konflikcie wartości. Śmierć Pawła
jest niezwykle czytelnym znakiem i jednoznacznym wskazaniem, po jakiej
stronie należy stanąć.
Poniedziałek 14 stycznia, wieczór - pan jest poruszony, to widać i słychać. W sobotę siedzi pan z żoną w pierwszej ławce, obok dwóch
prezydentów. Im płyną łzy, a pan jest jakby skamieniały. Jest pan w stanie odtworzyć swoje uczucia i myśli z tych kilku godzin?
- Żal czy rozpacz to nie jest coś, o czym łatwo mówić. Tak, skamieniały,
dobrze pan to ujął, czekałem na to, co usłyszymy od kilku osób, które
miały przemówić podczas pogrzebu. Bardzo czekałem na te słowa.
Czekał pan na kogoś w szczególności?
- Najpierw zmartwiłem się, słuchając arcybiskupa Głódzia, obawiałem się,
że może zagadać tę chwilę...
36 minut.
- A ja wiedziałem, ile tysięcy ludzi na zewnątrz, w zimnie, czeka na
inne słowa. Nie mam żadnych zastrzeżeń, bo arcybiskup powiedział
najlepiej, jak potrafił, ale ludzie czekali na inne słowa. I wydawało mi
się bardzo ważne, by je usłyszeli. Wiem, bo wielu moich bliskich
znajomych było przed kościołem, że w trakcie wystąpienia arcybiskupa
ludzie odchodzili falami. Bo nie to chcieli usłyszeć. Chcieli usłyszeć
kogoś innego i o czymś innym. I dlatego, czekając na takie słowa, byłem
spięty. Bo wiedziałem, jakie słowa powinny paść.
I padły.
- Padły.