Umowa na cudze serce - Mieli udawać parę tylko do podpisania umowy - Laura Bellini

Kup ebooka

29.99 zł

-
Proszę czekać
INTRO - Umowa na cudze serce - Mieli udawać parę tylko do podpisania umowy.INTROPierwszy raz zobaczyłam Aleksandra Radeckiego na fotografii dołączonej do umowy, którą miałam uratować. Nie była to dobra fotografia. Ktoś zrobił ją podczas konferencji, w chwili gdy odwracał głowę od obiektywu, z dłonią opartą o krawędź mównicy i miną człowieka, który właśnie usłyszał pytanie poniżej swojego poziomu cierpliwości. Ciemna marynarka, biała koszula bez krawata, kilka niesfornych włosów opadających na czoło. Pod zdjęciem znajdowało się nazwisko, stanowisko i wartość projektu. Aleksander Radecki. Prezes Radecki Hotels. Sto osiemdziesiąt cztery miliony złotych. Na tę ostatnią liczbę patrzyłam zdecydowanie dłużej niż na niego. - Lena? Podniosłam wzrok znad dokumentów. Karolina stała w drzwiach mojego gabinetu z dwiema kawami i tym szczególnym wyrazem twarzy, który oznaczał, że przynosiła wiadomość wymagającą kofeiny albo adwokata. Ponieważ obie pracowałyśmy w kancelarii, pozostawała kofeina. - Jeśli przyszłaś powiedzieć, że inwestor z Wiednia wycofał finansowanie, postaw kawę i wyjdź. - Nie wycofał. - Więc mogę jeszcze mieć dobry dzień. Podała mi kubek, po czym zamiast usiąść, oparła się biodrem o biurko. - Radecki chce cię na spotkaniu. Spojrzałam na nią ponad pokrywką. - Radecki mnie nie zna. - Zna twoje nazwisko. To było inne zdanie. Odłożyłam kawę. Od sześciu lat zajmowałam się negocjacjami przy transakcjach, których uczestnicy mieli za dużo pieniędzy, za mało cierpliwości i przekonanie, że przeczytanie pierwszej strony dokumentu daje im prawo do dyskutowania z ludźmi, którzy napisali pozostałe sto czterdzieści. Lubiłam tę pracę właśnie dlatego, że liczby nie obrażały się, paragrafy nie podnosiły głosu, a warunki można było zmienić, jeśli wiedziało się, gdzie nacisnąć. Nazwisko było gorsze. Nazwisko miało historię. - Skąd? Karolina zawahała się ledwie na sekundę. - Powiedział, że pracował kiedyś z twoim ojcem. W gabinecie zrobiło się zbyt cicho. Mój ojciec nie żył od czterech lat. W ciągu ostatnich dwóch przed śmiercią zdążył zamknąć firmę, odsunąć od siebie większość dawnych wspólników i nauczyć mnie, że pytanie "co się właściwie stało?" można ignorować tak długo, aż ludzie przestaną je zadawać. Ja nigdy nie przestałam. Po prostu przestałam pytać na głos. Odwróciłam leżącą przede mną stronę. - Kiedy? - Za czterdzieści minut. - Oczywiście. Karolina uśmiechnęła się krótko. - Sala numer cztery. Przyszedł wcześniej. - Ludzie z jego pieniędzmi nie przychodzą wcześniej. - Ten przyszedł. To również mi się nie spodobało. Czterdzieści minut później miałam w głowie strukturę transakcji, sześć punktów spornych i trzy sposoby, by wyprowadzić negocjacje z impasu. Nie miałam odpowiedzi na pytanie, skąd Aleksander Radecki znał mojego ojca. Kiedy weszłam do sali konferencyjnej, stał przy oknie. Zdjęcie nie oddawało skali człowieka. Nie chodziło nawet o wzrost, chociaż był wysoki. Raczej o sposób, w jaki zajmował przestrzeń bez robienia czegokolwiek, by zwrócić na siebie uwagę. Nie przeglądał telefonu. Nie chodził. Patrzył przez szybę na mokrą Warszawę, jakby potrafił pozwolić światu poczekać. Odwrócił się, gdy zamknęłam drzwi. - Mecenas Wójcik. - Pan Radecki. Podszedł i wyciągnął rękę. Uścisk miał krótki, pewny, pozbawiony demonstracyjnej siły. Zauważyłam to wbrew sobie. - Lena wystarczy - powiedziałam. - Jeśli mamy uratować pańską umowę, szkoda czasu na tytuły. Kącik jego ust drgnął. - Aleksander. - To nadal dłużej. - Alek, jeśli zamierza pani walczyć o każdą sekundę. - Zamierzam walczyć o znacznie droższe rzeczy. Tym razem naprawdę się uśmiechnął. Usiedliśmy naprzeciwko siebie. Położyłam dokumenty na stole. - Pański problem nie polega na finansowaniu. Nie polega też na cenie. Austriacy są gotowi podpisać, jeśli dostaną gwarancję utrzymania marki przez siedem lat i ograniczenie sprzedaży udziałów. - Wiem. - Więc dlaczego tu jestem? Zamiast odpowiedzieć, przesunął w moją stronę cienką teczkę. Nie należała do dokumentacji, którą wcześniej dostałam. Na okładce widniało logo Radecki Hotels i dopisek odręcznym pismem: PAKIET WIZERUNKOWY - POUFNE. - Jeżeli powie mi pan, że sto osiemdziesiąt cztery miliony zależą od nowego zdjęcia prezesa, wyjdę. - Chciałbym, żeby to było tak proste. Otworzyłam teczkę. Pierwsze dwie strony zawierały analizę ryzyka po jakimś starym artykule dotyczącym jego poprzedniego związku. Trzecia była kopią maila od inwestora. Przeczytałam raz. Potem drugi. - To żart? - Niestety nie. - Chcą, żeby przez okres negocjacji utrzymał pan wizerunek stabilnego życia prywatnego? - Nie wprowadzili tego do warunków prawnych. Oficjalnie chodzi o ryzyko reputacyjne przed wejściem marki na trzy nowe rynki. - Nieoficjalnie? - Człowiek podejmujący ostateczną decyzję uważa mnie za chodzący kryzys w drogim garniturze. Spojrzałam na niego. - Czy jest nim pan? - Garnitur rzeczywiście był drogi. Parsknęłam śmiechem, zanim zdążyłam się powstrzymać. To go najwyraźniej usatysfakcjonowało bardziej, niż powinno. Przewróciłam stronę i wtedy zobaczyłam nazwisko, którego nie spodziewałam się zobaczyć nigdy więcej w zawodowym dokumencie. Tomasz Wójcik. Mój ojciec. Pod nim data sprzed jedenastu lat oraz nazwa projektu: Hotel Aurelia. Palce zatrzymały mi się na papierze. Alek zauważył. Oczywiście, że zauważył. - Dlaczego nazwisko mojego ojca znajduje się w pańskiej poufnej analizie? Przez chwilę nic nie mówił. Pierwszy raz od mojego wejścia wyglądał jak człowiek, który nie miał przygotowanej odpowiedzi. - Bo tamta historia ma związek z obecną transakcją. - Jaki? - Skomplikowany. Zamknęłam teczkę. - Nie wystawiam faktur za odpowiedzi "skomplikowane". - Wiem. - Dużo pan wie jak na człowieka, który podobno potrzebuje mojej pomocy. Jego spojrzenie zatrzymało się na mojej twarzy. - Właśnie dlatego potrzebuję pani pomocy. Powinnam była wrócić do pytania o ojca. Zrobić to, czego nie zrobiłam cztery lata wcześniej: nie pozwolić komuś zmienić tematu. Ale Alek wyjął jeszcze jedną kartkę. Położył ją przede mną. Na górze widniało moje nazwisko. Lena Wójcik. Niżej jego. Aleksander Radecki. A pod nimi dwa słowa: UMOWA POUFNOŚCI. - Co to jest? - Początek propozycji. - Jakiej? Oparł przedramiona o stół. Zniknął uśmiech. - Za dziewiętnaście dni mamy ostatnie spotkanie z inwestorem. Potrzebuję do tego czasu osoby, której będą mogli uwierzyć. - Jako prawnika? - Nie. Cisza trwała sekundę za długo. - Jako kogo? Patrzył na mnie spokojnie, a ja po raz pierwszy tego dnia miałam wrażenie, że wszystkie przygotowane przeze mnie warianty negocjacji przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. - Jako mojej partnerki. Przez kilka sekund słyszałam jedynie deszcz uderzający o szyby. Potem spojrzałam na fotografię Aleksandra Radeckiego wystającą z pierwszej teczki, na nazwisko mojego ojca w drugiej i na pustą linię przeznaczoną na mój podpis. - Absolutnie nie. Alek skinął głową, jakby właśnie takiej odpowiedzi oczekiwał. - W takim razie możemy zacząć negocjacje.
Rozdział 1 - Warunki brzegowe - Umowa na cudze serce - Mieli udawać parę tylko do podpisania umowy.Rozdział 1 - Warunki brzegowe- Nie negocjuję związku - powiedziałam. Alek nie poruszył się nawet o centymetr. Siedział po drugiej stronie stołu z dłońmi splecionymi luźno przed sobą i wyglądał jak człowiek, który od dawna wiedział, że moje pierwsze trzy odpowiedzi będą brzmiały "nie", a mimo to uznał spotkanie za warte wpisania do kalendarza. - Ja również nie. - Świetnie. W takim razie mamy pierwszy punkt zgodny. - Negocjuję układ. - To nie brzmi lepiej. - Nie miało. Zamknęłam dokument, który położył przede mną, i oparłam na nim dłoń, jakbym mogła w ten sposób zatrzymać całą tę rozmowę w środku. Za oknem deszcz spływał po szybach szerokimi smugami, rozmazując światła sąsiednich biurowców. Było kilka minut po siedemnastej. Powinnam kończyć notatkę dla wspólnika, odebrać buty od szewca i zadzwonić do matki, która od dwóch dni wysyłała mi wiadomości zakończone pytajnikami. Zamiast tego siedziałam naprzeciwko mężczyzny, którego nazwisko łączyło się z kontraktem wartym sto osiemdziesiąt cztery miliony i z moim ojcem w sposób, którego nie zamierzał jeszcze wyjaśnić. To drugie było jedynym powodem, dla którego wciąż nie wstałam. - Powiedział pan, że mój ojciec ma związek z obecną transakcją. - Ma. - Więc proszę to wyjaśnić. - Wyjaśnię. - Teraz. - Nie mogę jeszcze. Zaśmiałam się bez humoru. - W takim razie możemy zakończyć spotkanie. Podniosłam się, ale Alek nie próbował mnie zatrzymać. Nie złapał mnie za rękę, nie zagrodził drzwi, nie zrobił żadnej z rzeczy, które w filmach miały być dowodem determinacji, a w prawdziwym świecie były przede wszystkim powodem do wezwania ochrony. Po prostu powiedział: - Hotel Aurelia należał kiedyś do mojego ojca. Zatrzymałam się. To wystarczyło. Powoli odwróciłam głowę. - Proszę mówić. - Oficjalnie pański ojciec doradzał przy przebudowie i późniejszej sprzedaży części nieruchomości. Nieoficjalnie miał dostęp do dokumentów, których nigdy nie powinien był dostać. - Jakich dokumentów? - Właśnie tego próbuję się dowiedzieć. Nie usiadłam od razu. Patrzyłam na niego, próbując ocenić, czy to kolejna warstwa historii przygotowanej po to, żeby przyciągnąć mnie do umowy. Nie znosiłam, kiedy ludzie używali informacji jako przynęty. Ojciec robił to bez końca. "Powiem ci, kiedy będziesz starsza". "To nie twoja sprawa". "Nie wszystko trzeba wiedzieć". Z czasem nauczyłam się, że dla niektórych ludzi tajemnica nie była ciężarem, tylko narzędziem kontroli. - Pan nie próbuje tylko ratować kontraktu - powiedziałam. - Nie. - Co pan naprawdę chce znaleźć? Alek odsunął wzrok na chwilę, pierwszy raz odkąd wszedł do sali. Nie wyglądał przy tym na speszonego. Raczej na kogoś, kto układa odpowiedź tak, by niczego nie powiedzieć przypadkiem. - Brakuje części dokumentacji dotyczącej Aurelii. Kilka miesięcy temu pojawił się człowiek, który twierdzi, że ją ma. - Szantażuje pana? - Jeszcze nie. - To znaczy? - Na razie sprzedaje informacje po kawałku. Jeden dokument. Jedno nazwisko. Jedna data. Tyle, żeby upewnić mnie, że wie coś, czego nie wiem ja. - I mój ojciec pojawił się w jednej z tych informacji? - Tak. Usiadłam ponownie. Nagle rozmowa o udawanym związku stała się jeszcze bardziej absurdalna, ale przestała być najważniejsza. - Dlaczego nie poszedł pan na policję? - Bo nie mam dowodu przestępstwa. - A jeśli chodzi o tajemnice handlowe? - Dokumenty mają ponad dziesięć lat. Część dotyczy spółek, które już nie istnieją. Część może być prawdziwa, część nie. Człowiek, z którym mam do czynienia, jest bardzo ostrożny. - Kim jest? - Przedstawia się jako Borkowski. - Przedstawia? - Nie znalazłem niczego, co potwierdzałoby, że tak się nazywa. Przez moment czułam irytację na siebie samą. Powinnam była odsunąć emocje i patrzeć na sprawę jak na dowolny problem klienta. Ktoś posiada informacje, których wartość jest nieznana, a znaczenie może być większe niż treść. Klient ma dwie presje naraz: transakcję i niejasne ryzyko historyczne. Wszystko można było uporządkować. Gdyby nie nazwisko mojego ojca. - Co ma z tym wspólnego pańska sytuacja prywatna? - Więcej, niż powinna. - Konkret. - Wiedzą o Borkowskim dwie osoby z mojego zarządu. Nie chcę rozszerzać tego kręgu. Jednocześnie inwestor przeprowadza ostatni etap badania reputacyjnego. Jeśli pojawi się kolejny materiał sugerujący, że wokół mnie jest chaos, mogą odsunąć podpisanie umowy. - "Kolejny" materiał? Alek sięgnął do teczki i wyjął wycinek prasowy. Tym razem nie podał mi go od razu. - Rok temu zakończyłem związek z Martą Zielińską. Nazwisko było mi znajome. Aktorka. Reklamy, seriale, kampanie modowe. Nie śledziłam życia celebrytów, ale nawet ja pamiętałam kilka nagłówków. - Publicznie? - Bardzo. - Zdradził ją pan? - Nie. Odpowiedział bez urazy, ale z wyraźnym naciskiem. - Ona pana? - Nie. - Więc co się wydarzyło? - Rozstaliśmy się. Potem ktoś sprzedał zdjęcia i historię, według której wyrzuciłem ją z mieszkania dzień przed premierą. - Prawda? - Nie. - Dementował pan? - Nie. - Dlaczego? - Bo prawdziwy powód rozstania należał do niej. To była pierwsza odpowiedź, której nie potrafiłam od razu umieścić w kategorii "mężczyzna przyzwyczajony do kontrolowania narracji". - I wziął pan na siebie całość? - Nie wziąłem. Nie zaprzeczyłem. - To praktycznie to samo. - Wizerunkowo tak. Przeczytałam wycinek. Ton artykułu był paskudny, ale nie wyjątkowy. Bogaty, chłodny, bezwzględny spadkobierca hotelowego imperium. Kobieta upokorzona. Źródła z otoczenia. Zdjęcia z restauracji. Standardowa mieszanka faktów i domysłów. - Inwestor naprawdę uzależnia transakcję od tego, czy ma pan dziewczynę? - Nie formalnie. Ale ich przewodniczący, Heinrich Voller, ma obsesję na punkcie przewidywalności. Jego zdaniem prywatny skandal jest sygnałem, że zarząd może być równie impulsywny jak jego prezes. - To absurd. - Oczywiście. - A pańskim rozwiązaniem jest stworzenie kolejnego prywatnego kłamstwa? - Nie moim. - Czyim? - Agencji doradczej od kryzysów wizerunkowych. Roześmiałam się. - Płaci pan ludziom za to? - Za dużo. - I wszyscy zgodnie uznali, że najlepszym sposobem na pokazanie stabilności jest wynajęcie kobiety? - Nie użyłbym słowa "wynajęcie". - A ja właśnie tak. Alek przysunął do mnie kolejną kartkę. Tym razem lista dat. Kolacja fundacji. Wyjazd do Krakowa. Zamknięte spotkanie z inwestorem. Gala branżowa. Weekend w hotelu pod Zakopanem, gdzie miała odbyć się ostatnia sesja negocjacyjna. - To ma trwać dziewiętnaście dni? - Najwyżej. - A potem? - Podpisujemy kontrakt. Informujemy, że nie jesteśmy razem. - Jak romantycznie. - Chciała pani konkretów. Przyjrzałam mu się. Miał trzydzieści kilka lat, może trzydzieści siedem. Na zdjęciu wyglądał bardziej arogancko. Na żywo był uważniejszy, co wcale nie oznaczało przyjemniejszy. Słuchał ludzi w sposób, który utrudniał mówienie byle czego. Była w nim kontrola, ale nie ta pokazowa. Raczej nawyk człowieka, który od dawna nie pozwalał sobie na reakcję przed sprawdzeniem kosztu. - Dlaczego ja? - Bo jest pani wiarygodna. - To obraźliwie pragmatyczne. - Chciała pani odpowiedzi bez pudrowania. - Proszę kontynuować. - Jest pani prawniczką, ma pani własną karierę, nie korzysta pani z mediów społecznościowych poza zawodowym profilem. Nie ma pani powodów, żeby sprzedawać tę historię. - Fantastycznie. Jestem nudna i dyskretna. - Nie powiedziałem, że nudna. Nie odpowiedziałam. Uśmiechnął się lekko, ale zaraz spoważniał. - Jest jeszcze druga przyczyna. Wiedziałam, zanim ją wypowiedział. - Mój ojciec. - Tak. - Więc to nie jest przypadek, że znalazłam się przy tej transakcji? - Nie. To jedno słowo uderzyło we mnie mocniej, niż powinno. - Wystąpił pan o mnie konkretnie? - Tak. - Zanim się spotkaliśmy? - Tak. - I kancelaria o tym wiedziała? - Wasz partner prowadzący wiedział, że zależało mi na pani w zespole. Nie zna powodu. Poczułam, jak robi mi się gorąco z irytacji. - Ściągnął mnie pan do sprawy, bo noszę nazwisko człowieka, którego pan chce prześwietlić. - Częściowo. - To nie poprawia sytuacji. - Wiem. - Czy liczył pan, że jeśli zaczniemy udawać parę, to zaproszę pana kiedyś do mieszkania mojej matki i pokażę rodzinne archiwum? Zmarszczył brwi. - Nie. - Czy chciał pan wykorzystać moją wiedzę o ojcu? - Tak. Przynajmniej nie kłamał. - A jeśli odmówię? - Zostaje pani prawnikiem przy transakcji, jeśli sama pani tego chce. Nie będę naciskał na kancelarię, żeby panią odsunęła. - A informacje o ojcu? - Nadal pani je dostanie. To mnie zaskoczyło. - Bez względu na decyzję? - Tak. - Dlaczego? Przez chwilę patrzył na dokumenty, nie na mnie. - Bo jeśli dotyczą pani rodziny, ma pani prawo je zobaczyć. Pierwszy raz tego wieczoru nie miałam gotowej riposty. Ojciec przez całe życie uważał, że prawo do informacji zależało od tego, czy uzna człowieka za gotowego. Alek, który jeszcze godzinę wcześniej był dla mnie tylko nazwiskiem obok kwoty transakcji, powiedział coś dokładnie odwrotnego. Nie ufałam mu przez to bardziej. Ale zaczęłam słuchać inaczej. - Zakładając wyłącznie hipotetycznie, że bym się zgodziła - powiedziałam - nie istnieje wersja, w której podpisuję to, co przygotowała pańska agencja. - Słusznie. - Ja piszę warunki. - Dobrze. - Żadnego kłamstwa wobec mojej kancelarii, które mogłoby narazić mnie zawodowo. - Zgoda. - Żadnego wpływania na moją pracę. Żadnych poleceń poza zakresem transakcji. Nie jestem pańskim pracownikiem. - Zgoda. - Żadnych publicznych gestów, których wcześniej nie uzgodnimy. - Rozsądne. - I żadnego dotykania mnie bez wyraźnej zgody. Jego twarz nie zmieniła się, ale głos stał się poważniejszy. - To powinno być oczywiste nawet bez umowy. To zdanie zapisało się we mnie nieproporcjonalnie mocno. - Wiele rzeczy powinno. - Wiem. Wzięłam czystą kartkę z firmowego notesu i zaczęłam pisać. - Osobne wejścia i wyjścia z miejsc, kiedy to możliwe. Żadnego wspólnego noclegu w jednym pokoju. - W Zakopanem inwestor zarezerwował apartamenty dla par. Podniosłam głowę. - W takim razie inwestor nauczy się, że ludzie w związkach czasem śpią w osobnych pokojach. - Prawdopodobnie kosztuje mnie to mniej niż negocjowanie z panią. - Zdecydowanie. Pisałam dalej. - Zero komentarzy o mojej rodzinie bez mojej zgody. Zero informacji o moim życiu przekazywanych agencji prasowej. Jeśli dziennikarz zapyta o coś prywatnego, odpowiadamy według wcześniej ustalonej wersji. - Jakiej? - Najprostszej. Poznaliśmy się zawodowo. Zaczęliśmy się spotykać niedawno. Nie komentujemy szczegółów. - Brzmi wiarygodnie. - Bo nie jest przekombinowane. Kłamstwa psują się od nadmiaru dekoracji. - To zdanie zawodowe czy rodzinne? Długopis zatrzymał się nad kartką. - Oba. Nie przeprosił za pytanie. Nie dopytał. Po prostu przyjął odpowiedź. - Co jeszcze? - zapytał. - Wynagrodzenie. - Oczywiście. - Nie dla mnie. Uniosły mu się brwi. - Słucham? - Jeśli mam to zrobić, nie przyjmę prywatnie ani złotówki. - Nie proponuję łapówki. - Nie twierdzę, że pan proponuje. Ale jeśli zapłaci mi pan za bycie pańską fikcyjną partnerką, każdy późniejszy spór o moją niezależność stanie się farsą. - Więc czego pani chce? Wiedziałam już. - Finansuje pan fundację prawną, z którą współpracuje moja kancelaria. Program bezpłatnej pomocy dla kobiet wychodzących z przemocy ekonomicznej. Sto tysięcy. Alek milczał przez sekundę. - To ma być cena za dziewiętnaście dni? - To ma być warunek, żebym w ogóle rozważyła podpis. - Dwieście. Spojrzałam na niego. - Dlaczego? - Bo sto tysięcy zabrzmiało tak, jakby pani próbowała nie przesadzić. Nie spodziewałam się tego. - Nie musi pan podbijać własnej ceny. - Nie podbijam. Jeśli mam korzystać z pani czasu poza pracą i stawiać panią w absurdalnej sytuacji, wolę, żeby przynajmniej ktoś dostał z tego coś użytecznego. Powinnam była uznać to za gest wizerunkowy. Prawdopodobnie w połowie nim był. Ale w drugiej połowie nie potrafiłam znaleźć niczego, co dałoby mi wygodny powód do pogardy. - Sto pięćdziesiąt - powiedziałam. - To nie aukcja. - Właśnie dlatego. Skinął głową. - Sto pięćdziesiąt. Zapisałam. Potem przesunęłam kartkę w jego stronę. - I jeszcze jeden punkt. - Najgorszy? - Dla pana być może. - Proszę. - Dostaję wszystkie materiały dotyczące mojego ojca i Aurelii równolegle z panem. Bez filtrowania. Bez decydowania, co jest dla mnie za trudne albo nieistotne. Alek spojrzał na mnie uważnie. - To może obejmować informacje, które będą dla pani niewygodne. - Mam trzydzieści trzy lata. Umiem przeżyć niewygodę. - Nie o to chodzi. - Więc o co? Zawahał się. - Nie wiem jeszcze, kim pani ojciec był w tej historii. To bolało bardziej, niż chciałam pokazać. Nie dlatego, że podejrzewałam go o zbrodnię. Ojciec był człowiekiem trudnym, dumnym i zdolnym do podejmowania decyzji, których potem bronił wyłącznie dlatego, że należały do niego. Ale miałam w pamięci także poranki, kiedy robił mi kanapki do szkoły i zawsze wycinał skórkę, choć uważał to za bezsens. Uczył mnie grać w szachy i nigdy nie pozwalał wygrywać. Odebrał mnie z pierwszej imprezy studenckiej o trzeciej nad ranem bez jednego pytania, a następnego dnia tylko powiedział, że jeśli kiedyś nie będę mogła bezpiecznie wrócić do domu, mam dzwonić bez względu na godzinę. Ludzie nie byli jedną rzeczą. Wiedziałam to. Wcale nie chciałam sprawdzać, jak wiele rzeczy mieściło się w moim ojcu. - Tym bardziej chcę wiedzieć - powiedziałam. Alek przytaknął. - Zgoda. - I jeszcze coś. - Oczywiście. - Pan nie będzie decydował za mnie, co powinnam zrobić z tymi informacjami. Jego spojrzenie stwardniało na sekundę. - Jeśli ich ujawnienie zagrozi transakcji, będę miał zdanie. - Może pan mieć zdanie. Nie prawo weta. - To zależy od zobowiązań poufności. - Wtedy będziemy rozmawiać o prawie. Nie o pańskiej wygodzie. Przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, jakby powstrzymywał odpowiedź. - Tu właśnie pojawia się nasz konflikt. - Jeden z wielu. - Dobrze wiedzieć, że jest pani optymistką. Pierwszy raz uśmiechnęłam się świadomie. To był błąd. Nie dlatego, że zrobił coś niezwykłego. Po prostu odwzajemnił uśmiech i przez sekundę zniknęła ta jego kontrolowana, biznesowa warstwa. Wyglądał wtedy młodziej. Nie jak prezes sieci hoteli, tylko jak mężczyzna, który naprawdę lubił, kiedy ktoś mu się stawiał. Odwróciłam wzrok pierwsza. - To nie jest zgoda - powiedziałam. - Jeszcze nie. - Muszę przeczytać całą dokumentację. - Wyślę wszystko dziś wieczorem. - I chcę spotkać się z człowiekiem od wizerunku. - Kobietą. - Tym lepiej. - Joanna Maj. - Jutro rano. - Dziewiąta? - Ósma trzydzieści. - Lubi pani zaczynać wcześnie. - Lubię kończyć sprawy, zanim zdążą się skomplikować. Tym razem to on się roześmiał. - Obawiam się, że na tę konkretną jest już za późno. Wstałam i zebrałam swoje dokumenty. - Jeszcze pan nie wie, czy się zgadzam. - Wiem. - Skąd? - Bo gdyby pani naprawdę chciała odmówić, wyszłaby pani piętnaście minut temu. Byłam już przy drzwiach. Zatrzymałam się, ale nie odwróciłam. Nienawidziłam, kiedy ktoś miał rację na mój temat po godzinie znajomości. - A gdyby pan naprawdę chciał tylko dziewczynę do zdjęć - powiedziałam - nie wybrałby pan prawniczki, która zadaje za dużo pytań. - Też prawda. Spojrzałam na niego przez ramię. - Więc oboje mamy problem. - Tak. - Ja przynajmniej jeszcze nie podpisałam umowy. Jego wzrok przesunął się na kartkę z moimi warunkami. - Jeszcze. Wyszłam z sali bez odpowiedzi. Dopiero w windzie zauważyłam, że ściskam w ręku kopię dokumentu o Aurelii mocniej niż telefon. Na parterze zadzwoniła matka. Patrzyłam przez chwilę na jej imię na ekranie. Potem odebrałam. - Lena? - powiedziała natychmiast. - Wreszcie. Wszystko dobrze? Spojrzałam przez szklane drzwi kancelarii na mokrą ulicę. - Mamo, znasz nazwisko Radecki? Po drugiej stronie zapadła cisza. Nie trwała długo. Może sekundę. Ale wystarczyła. - Skąd o nich wiesz? - zapytała. Nie "o kim mówisz". Nie "nie przypominam sobie". Skąd o nich wiesz. I właśnie wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że Alek nie był jedynym człowiekiem, który znał część historii mojego ojca.
Rozdział 2 - To, czego nie mówi rodzina - Umowa na cudze serce - Mieli udawać parę tylko do podpisania umowy.Rozdział 2 - To, czego nie mówi rodzinaMoja matka nigdy nie była dobra w kłamaniu. Była natomiast znakomita w wybieraniu prawdziwych zdań, które omijały sedno tak precyzyjnie, jakby ćwiczyła tę umiejętność całe życie. - Oczywiście, że znam nazwisko Radecki - powiedziała. - Twój ojciec pracował z wieloma ludźmi. Stałam pod zadaszeniem przed kancelarią, a deszcz uderzał w chodnik pół metra ode mnie. Ludzie wychodzili z budynku, otwierali parasole, śpieszyli się w stronę samochodów i przystanku. Ja nie ruszałam się z miejsca. - Pytałam, czy znasz Radeckich, a nie czy tata pracował z ludźmi. - Lena, naprawdę nie wiem, do czego zmierzasz. - To ciekawe, bo ja też jeszcze nie. Po drugiej stronie usłyszałam ciche westchnienie. - Jesteś w pracy? - Właśnie wychodzę. - To może nie jest rozmowa na ulicę. - Zgadzam się. Dlatego przyjadę. - Dzisiaj? - Tak. - Mam jutro rano lekarza. - Zajmę pół godziny. - Lena... - Mamo. Nie podniosłam głosu. Nigdy nie musiałam. Matka rozpoznawała tę wersję mojego tonu bardzo dobrze. Ojciec mówił kiedyś, że w wieku dwunastu lat potrafiłam wypytywać dorosłych jak prokurator. Nie wiedziałam wtedy, czy to komplement. Teraz wiedziałam, że nie. - Dobrze - powiedziała. - Przyjedź. Rozłączyła się pierwsza. Do mieszkania rodziców - teraz już tylko matki - jechałam prawie czterdzieści minut. Warszawa po deszczu była jednym wielkim szeregiem czerwonych świateł, a ja wykorzystałam ten czas na przeczytanie wiadomości od Alka. Przysłał dokumenty szybciej, niż obiecał. W załącznikach znajdowała się robocza wersja umowy między nami, harmonogram spotkań, analiza medialna, kopie materiałów od człowieka przedstawiającego się jako Borkowski i osobny folder nazwany AURELIA. Nie otworzyłam go od razu. Najpierw przeczytałam mail. "Pani warunki z dzisiejszego spotkania zostały uwzględnione w projekcie. Punkt dotyczący przekazywania materiałów o Hotelu Aurelia zmieniłem zgodnie z ustaleniem: otrzymuje Pani wszystko równolegle ze mną. Joanna potwierdziła jutro 8:30. Jedna rzecz: jeśli po przeczytaniu materiałów uzna Pani, że nie chce brać udziału w układzie, nie wpłynie to na Pani udział w obsłudze prawnej transakcji. A.R." Przeczytałam ostatnie zdanie dwa razy. Mógł go nie dopisywać. Umówiliśmy się na to. Dopisał. Otworzyłam folder. Było w nim jedenaście plików. Pięć pochodziło najwyraźniej z archiwum spółki Radeckich. Dwa były skanami starych umów. Jeden - fragmentem księgi udziałów. Trzy ostatnie nosiły daty z ostatnich dwóch miesięcy i wyglądały jak materiały przesłane przez Borkowskiego. Na pierwszym widniał podpis mojego ojca. Nie otworzyłam go. Zablokowałam telefon. To było tchórzliwe, ale wiedziałam, że jeśli zacznę czytać w samochodzie stojącym pod światłami na Puławskiej, nie będę w stanie myśleć o niczym innym. Najpierw matka. Potem dokumenty. Chciałam mieć choć jedną wersję historii, zanim papier zacznie mi ją narzucać. Matka mieszkała w tym samym mieszkaniu od trzydziestu jeden lat. Trzy pokoje na Mokotowie, parkiet, który ojciec sam cyklinował jeszcze przed moim urodzeniem, i kuchnia wciąż zbyt mała jak na liczbę szafek. Kiedy weszłam, pachniało pieczonym jabłkiem i herbatą z goździkami. Zawsze pachniało czymś domowym, kiedy atmosfera miała być trudna. - Jadłaś? - zapytała matka. - Nie. - Zrobiłam szarlotkę. - Mamo. - Pytam tylko. Zdjęłam płaszcz i powiesiłam go na haczyku. Matka wyglądała dobrze. Miała sześćdziesiąt dwa lata, krótkie siwe włosy, których nigdy nie farbowała, i ten sam prosty sposób patrzenia na ludzi, który odziedziczyłam bardziej niż rysy twarzy. Przez większość życia była nauczycielką biologii. Po śmierci ojca przeszła na emeryturę wcześniej, niż planowała. Weszłyśmy do kuchni. Na stole stały dwa talerzyki. Oczywiście. Usiadłam. - Kim byli Radeccy dla taty? Matka nalała herbaty. - Współpracował z ich firmą. - Przy Hotelu Aurelia. Jej ręka zatrzymała się na ułamek sekundy nad filiżanką. - Tak. - Co tam się wydarzyło? - Lena, to było dawno. - Jedenaście lat. - Dla firmy to dużo. - Dla rodziny nie. Usiadła naprzeciwko mnie. - Twój ojciec prowadził wtedy kilka projektów naraz. Aurelia była jednym z nich. - Nie. Matka zmarszczyła brwi. - Słucham? - Gdyby była jednym z nich, nie zareagowałabyś tak na nazwisko Radecki. Milczała. Wiedziałam, że wygrałam pierwszą rundę. Nie dawało mi to żadnej satysfakcji. - Kiedy tata zamknął firmę trzy lata później, mówił, że rynek się zmienił - kontynuowałam. - Potem zerwał kontakt z dwoma wspólnikami. Przestał jeździć na konferencje. W domu pojawiły się problemy z pieniędzmi, o których nie chcieliście mówić. To miało coś wspólnego z Aurelią? - Nie wszystko miało jeden powód. - Nie pytałam o wszystko. - Lena. - Właśnie pracuję dla Aleksandra Radeckiego. To zadziałało. Matka odsunęła filiżankę. - Dlaczego? - Jego firma jest klientem kancelarii. - To duża firma. Nie mogą dać tego komuś innemu? - Mogą. Ja nie chcę. - Dlaczego? - Bo moje nazwisko pojawiło się w dokumentach związanych z ich starą inwestycją. Nazwisko taty. Matka pobladła. Nie dramatycznie. Po prostu trochę zniknął jej kolor z policzków. - Jakich dokumentach? - Nie wiem jeszcze wszystkiego. - To zostaw tę sprawę. Powiedziała to natychmiast. Nie "uważaj". Nie "dowiedz się więcej". "Zostaw". Poczułam chłód pod skórą. - Dlaczego? - Bo nic dobrego z tego nie wyniknie. - To nie jest odpowiedź. - To jest moja odpowiedź. - Mamo, ktoś próbuje sprzedać Radeckiemu informacje dotyczące Aurelii. Tata jest w tych materiałach. Jeśli coś zrobił... - Twój ojciec nie zrobił niczego, czego musiałabyś się wstydzić. Sposób, w jaki to powiedziała, sprawił, że moje pytanie zmieniło kształt. Nie "czy coś zrobił". Tylko "co". - Czego ty się wstydzisz? - zapytałam. Matka odwróciła głowę w stronę okna. Tego się nie spodziewałam. - Nie zaczynaj przesłuchania. - Nie przesłuchuję cię. - Robisz dokładnie to samo, co zawsze robił Tomasz. - Czyli? - Kiedy uważał, że prawda jest po jego stronie, wszystko inne przestawało mieć znaczenie. Zabolało mnie to bardziej, niż powinno. - Nie wiedziałam, że to jego wada. Myślałam, że problemem było raczej to, że nic nie mówił. Matka spojrzała na mnie ostro. - Nie znasz całej historii. - Właśnie próbuję ją poznać. - A ja ci mówię, że są historie, których nie naprawia samo poznanie prawdy. - To zdanie brzmi dokładnie jak coś, co powiedziałby tata. Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie w milczeniu. Na stole między nami stygła herbata. W końcu matka wstała. - Poczekaj. Wyszła z kuchni. Słyszałam, jak otwiera szafę w przedpokoju, potem drzwi do dawnego gabinetu ojca. Nie wchodziłam tam często od jego śmierci. Matka zostawiła większość pokoju prawie nietkniętą przez rok, a później zaczęła powoli wynosić rzeczy. Książki oddała bibliotece. Garnitury fundacji. Dokumenty posegregowała sama i nie chciała mojej pomocy. Wróciła z małym pudełkiem. Nie wyglądało ważnie. Zwykły karton po butach. Postawiła je na stole. - Znalazłam to po jego śmierci. Serce ścisnęło mi się w sposób, którego nie cierpiałam, bo natychmiast cofnęło mnie o cztery lata. Do szpitala. Do telefonu o piątej rano. Do głosu lekarza mówiącego zbyt spokojnie. Matka otworzyła pudełko. W środku były trzy notesy, stary pendrive i koperta. Na kopercie widniało jedno słowo. Aurelia. - Dlaczego mi tego nie pokazałaś? - Bo prosił, żebym tego nie robiła. Podniosłam wzrok. - Kiedy? - Zanim umarł. - Wiedział, że to masz? - Tak. - I poprosił, żebyś nigdy mi nie powiedziała? - Poprosił, żebym nie dawała ci tego, jeśli nikt nie zacznie zadawać pytań. Przez chwilę nie rozumiałam. - Czyli przewidział, że ktoś może? - Najwyraźniej. - Mamo. - Nie wiem więcej. - Nie wierzę ci. - Możesz nie wierzyć. Pochyliłam się nad pudełkiem. - Mogę to zabrać? Zawahała się. - Nie. Wyprostowałam się. - Jak to nie? - Możesz przeczytać tutaj. - Mam trzydzieści trzy lata. - A to są dokumenty twojego ojca. - Mojego ojca. Właśnie. - I moje mieszkanie. Prawniczka we mnie chciała powiedzieć coś o własności rzeczy po spadku. Córka we mnie wiedziała, że byłoby to małe i okrutne. - Dobrze. Wyciągnęłam kopertę. W środku były trzy kartki. Pierwsza zawierała listę nazwisk. Rozpoznałam ojca. Jan Radecki - prawdopodobnie ojciec Alka. Marek Sowiński. Ewa Kaczmarek. Przy dwóch nazwiskach widniały kwoty. Na drugiej kartce był ręcznie zapisany ciąg dat. Na trzeciej tylko jedno zdanie, napisane charakterystycznym pismem ojca: "Jeśli wrócą do sprawy Aurelii, trzeba znaleźć umowę z 14 marca, zanim zrobi to Radecki." Przeczytałam zdanie ponownie. - Który Radecki? - Nie wiem. - Wiedziałaś, że to jest napisane? - Tak. - I nadal nic nie zrobiłaś? Matka spuściła wzrok. - Tomasz nie chciał. - Tomasz nie żyje. Powiedziałam to ostrzej, niż zamierzałam. Twarz matki stężała. Natychmiast pożałowałam. - Przepraszam. Pokręciła głową. - Nie. Masz rację. Ale śmierć nie sprawia, że człowiek przestaje dotrzymywać obietnic. - A jeśli ta obietnica chroniła coś, czego nie powinien był chronić? - Nie wiem. Po raz pierwszy zabrzmiała naprawdę bezradnie. Usiadłam z powrotem. - Kim był Marek Sowiński? - Wspólnikiem twojego ojca. - Tym, z którym przestał rozmawiać? - Jednym z dwóch. - A Ewa Kaczmarek? Matka milczała. - Mamo. - Pracowała dla Radeckich. - W jakiej roli? - Finansowej. Chyba. - "Chyba"? - Nie pracowałam z nimi. Słyszałam nazwiska przy kolacjach. Spojrzałam na listę. Przy nazwisku Ewy Kaczmarek widniała kwota: 420 000. Przy Marku Sowińskim: 380 000. Przy ojcu nie było nic. - Mogę zrobić zdjęcia? Matka zawahała się dłużej. W końcu skinęła głową. Wyjęłam telefon. Sfotografowałam wszystkie trzy strony, potem kopertę i pendrive. - Chcę go sprawdzić. - Nie. - Dlaczego? - Bo nie wiem, co na nim jest. - To właśnie definicja powodu, żeby sprawdzić. - Lena. - Nie zamierzam podłączać go do służbowego laptopa. Oddam do analizy. - Komu? Pomyślałam o Alku. Nie chciałam tego robić. Nie wiedziałam jeszcze, czy mu ufałam. Ale miał zasoby, których ja nie miałam, i miał interes w znalezieniu prawdy. - Znam kogoś. - Radecki? Matka powiedziała nazwisko jak ostrzeżenie. - Tak. - Nie ufaj mu. - Znasz go? - Nie. - Więc dlaczego? - Bo jest synem swojego ojca. Westchnęłam. - To słaby argument. - Nie zawsze. - Czy jego ojciec zrobił coś tacie? Matka wstała. - Na dzisiaj wystarczy. - Mamo. - Powiedziałam więcej, niż chciałam. - To nadal mniej, niż wiesz. - Być może. Nie było sensu naciskać dalej. Znałam ją. Kiedy dochodziła do granicy, kolejne pytania tylko ją zamykały. Schowałam zdjęcia, odłożyłam kartki i zamknęłam kopertę. - Jutro wrócę po pendrive. - Nie obiecuję, że go dostaniesz. - W takim razie będę wracać codziennie. - Po ojcu masz upór. - To chyba jedyna rzecz, której nie próbujecie przede mną ukrywać. Tym razem matka prawie się uśmiechnęła. Prawie. Kiedy wychodziłam, zatrzymała mnie w przedpokoju. - Lena. Odwróciłam się. - Twój ojciec bał się jednej rzeczy bardziej niż utraty firmy. - Jakiej? Matka objęła się ramionami. - Że któregoś dnia uwierzysz, że wszystko, co robił, robił dla pieniędzy. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. - A robił? - Nie. - To dla czego? Spojrzała na mnie długo. - To właśnie musisz odkryć sama. Godzinę później siedziałam przy kuchennym stole we własnym mieszkaniu z laptopem, kieliszkiem wody i dokumentami Alka otwartymi na ekranie. Nie piłam wina przy pracy. Zwłaszcza przy sprawach rodzinnych. Pierwszy plik od Borkowskiego był skanem porozumienia datowanego na kwiecień jedenaście lat wcześniej. Nie dotyczył sprzedaży hotelu bezpośrednio. Chodziło o cesję praw do działki sąsiadującej z Aurelią. Wartość transakcji była podejrzanie niska. Drugi zawierał korespondencję mailową między Markiem Sowińskim i kimś podpisanym "E.K.". Trzeci był zdjęciem fragmentu księgowego zestawienia. E.K. 420 000. Zamarłam. Ta sama kwota. Sięgnęłam po telefon i porównałam zdjęcie z kartką ojca. Nie było wątpliwości. Ojciec miał listę tych samych płatności. Czyli wiedział. Otworzyłam wiadomość od Alka. Przez chwilę patrzyłam na pusty ekran. Napisałam: "Mam coś, czego prawdopodobnie nie ma pan w swoich dokumentach." Odpowiedź przyszła po minucie. "Możemy porozmawiać?" Zadzwonił, zanim zdążyłam odpisać. Odebrałam. - Jest późno - powiedział. - I? - To był mój sposób, żeby zapytać, czy nie przeszkadzam. - Jeśli pan przeszkadza, nie odbieram. - Dobrze wiedzieć. Usłyszałam w tle jakiś cichy dźwięk, może zamykane drzwi. - Co pani znalazła? - Mój ojciec miał dokumenty dotyczące Aurelii. Po drugiej stronie zapadła cisza. - Jakie? - Nie wiem jeszcze. Mam zdjęcia trzech kartek. Jedna to lista nazwisk i kwot. Jest tam Ewa Kaczmarek i czterysta dwadzieścia tysięcy. Alek przestał oddychać na sekundę. - Jest pan? - Tak. Głos miał inny. Twardszy. - Skąd pani ma tę listę? - Od matki. - Wiedziała o niej? - Tak. - Od kiedy? - Od śmierci ojca. Może dłużej. - Jest tam nazwisko Marek Sowiński? Spojrzałam na telefon. - Tak. - Kwota trzysta osiemdziesiąt? Poczułam zimno. - Skąd pan wie? - Bo taką kwotę widziałem w jednym dokumencie, którego pani jeszcze nie ma. - Miałam dostać wszystko. - Dostała pani wszystko, co miałem rano. Ten dokument przyszedł godzinę temu. Nie wiedziałam, czy mu wierzyć. Najgorsze było to, że jego odpowiedź pasowała. - Proszę mi go wysłać. - Już wysyłam. Komputer wydał dźwięk nowej wiadomości. Otworzyłam załącznik. Był to skan potwierdzenia przelewu. Nadawca: Aurelia Development. Odbiorca: Marek Sowiński. 380 000 złotych. Data: dokładnie ta sama, którą ojciec zapisał na swojej kartce. - Lena? Pierwszy raz użył mojego imienia bez formalności i dopiero po sekundzie to zauważyłam. - Jestem. - Co jeszcze było w pudełku? Nie podobało mi się, że zgadł istnienie pudełka. - Skąd pan wie, że było pudełko? - Nie wiem. Pani powiedziała "dokumenty". Założyłem. - Proszę tak nie robić. - Czego? - Nie próbować prowadzić rozmowy o krok przede mną. - To nie było celowe. Nie byłam pewna. - Jest pendrive - powiedziałam. - Ma go pani? - Nie. Matka nie pozwoliła mi go zabrać. - Dobrze. - Słucham? - Dobrze, że go pani nie wzięła i nie podłączyła do komputera. - Nie jestem idiotką. - Nie powiedziałem, że pani jest. - Pomyślał pan. - Pomyślałem, że gdybym dostał po czterech latach pendrive po ojcu i znalazł na nim odpowiedź na pytanie, które mnie dręczy, prawdopodobnie podłączyłbym go natychmiast. Zamilkłam. To było zbyt trafne. - Ma pan kogoś, kto może go bezpiecznie sprawdzić? - Tak. - Bez kopiowania zawartości dla pana? Krótka pauza. - To można ustalić. - To jest warunek. - Zgoda. Przesunęłam dokument na ekranie. - Kim była Ewa Kaczmarek? - Główną księgową w Aurelia Development. - Co się z nią stało? - Odeszła z firmy miesiąc po transakcji. - Gdzie pracuje teraz? - Nie wiem. - Pańscy ludzie jej nie znaleźli? - Znaleźli ostatni adres sprzed pięciu lat. Potem znika z oficjalnych źródeł zawodowych. - A Sowiński? - Żyje w Portugalii. - Rozmawiał pan z nim? - Próbowałem. Nie odpowiedział. - A mój ojciec? Tym razem cisza trwała dłużej. - Rozmawiał pan z nim kiedyś? - zapytałam. - Raz. Wyprostowałam się. - Kiedy? - Osiem lat temu. - To było po Aurelii. - Tak. - O czym? - Poprosiłem go o spotkanie. Chciałem wiedzieć, dlaczego odszedł z projektu. - Co powiedział? - Że nie powinienem zadawać pytań o decyzje mojego ojca, jeśli nie jestem gotowy na odpowiedzi. Zamknęłam oczy. To brzmiało dokładnie jak tata. - I co pan zrobił? - Miałem dwadzieścia dziewięć lat i przekonanie, że wszyscy starsi ode mnie dramatyzują. Więc uznałem, że mnie zbywa. - Zbywał? - Dzisiaj już nie jestem pewien. Podeszłam do okna. Warszawa była ciemna i mokra. Na parkingu pod budynkiem ktoś próbował wcisnąć samochód w miejsce za małe o pół metra. - Dlaczego nie powiedział mi pan wcześniej, że znał mojego ojca osobiście? - Powiedziałem, że z nim pracowaliśmy. - To nie jest to samo. - Nie. - To jest właśnie ten rodzaj półprawdy, którego nie toleruję. - Wiem. - Nie, nie wie pan. Gdyby pan wiedział, powiedziałby pan od razu. Po drugiej stronie usłyszałam oddech. - Ma pani rację. Nie spodziewałam się, że przyzna to tak szybko. - To wszystko? - Nie. Czekałam. - Pani ojciec zadzwonił do mnie jeszcze raz dwa tygodnie później. Zacisnęłam palce na telefonie. - I? - Nie odebrałem. - Oddzwonił pan? - Następnego dnia. Nie odpowiedział. - Zostawił wiadomość? - Tak. - Ma ją pan? - Nie. - Dlaczego? - Zmieniłem telefon kilka miesięcy później. Nie archiwizowałem poczty głosowej. Poczułam złość, absurdalną i bezsilną. - Co powiedział? - Jedno zdanie. - Jakie? Głos Alka stał się cichszy. - "Jeśli ktoś zaproponuje ci dokument z czternastego marca, najpierw sprawdź, kto na nim nie podpisał." Spojrzałam na zdjęcie kartki ojca. "Trzeba znaleźć umowę z 14 marca, zanim zrobi to Radecki." - Czternasty marca - powiedziałam. - Tak. - Mój ojciec zapisał tę samą datę. Tym razem to Alek milczał. W końcu zapytał: - Jest pani sama? Zmarszczyłam brwi. - To ma znaczenie? - Prawdopodobnie nie. Chciałem tylko wiedzieć, czy możemy dalej rozmawiać swobodnie. - Tak. Jestem sama. - Jutro po spotkaniu z Joanną chcę pani pokazać oryginalne archiwum Aurelii. - Gdzie? - W naszym starym biurze przy hotelu. - Dlaczego nie jest zdigitalizowane? - Część jest. Część nie. Mój ojciec miał zwyczaj trzymać ważne rzeczy poza głównym obiegiem. - Brzmi znajomo. Przez sekundę oboje milczeliśmy. Było w tej ciszy coś dziwnego. Nie bliskość. Jeszcze nie. Raczej rozpoznanie, że stoimy po dwóch stronach tej samej zamkniętej szafy, której klucze zabrali nasi ojcowie. - Lena - powiedział. Znów imię. Tym razem zauważyłam od razu. - Tak? - Jeśli pani chce wycofać się z naszej drugiej umowy, teraz byłby dobry moment. Spojrzałam na projekt kontraktu między nami, otwarty w drugim oknie. - Dlaczego pan to mówi? - Bo te dwie sprawy właśnie zaczęły się łączyć bardziej, niż zakładałem. Nie chcę, żeby wyglądało to tak, jakbym oferował pani dostęp do rodzinnej historii w zamian za odgrywanie mojej partnerki. To było najrozsądniejsze zdanie, jakie mógł powiedzieć. A jednocześnie sprawiło, że podjęłam decyzję. - Nie wycofuję się. Po drugiej stronie nie odpowiedział natychmiast. - Jest pani pewna? - Nie. Usłyszałam cichy śmiech. - To brzmi mniej optymistycznie. - Ale wiem jedno. Jeśli mam pracować nad tą transakcją i jednocześnie sprawdzać, co łączyło naszych ojców, wolę być blisko źródła niż czekać na raporty. - Czy właśnie określiła mnie pani jako źródło? - Proszę się nie przyzwyczajać. - Postaram się. - I jeszcze jedno. - Tak? - Jutro podpiszę umowę tylko wtedy, jeśli dodamy klauzulę, że żadne informacje o Aurelii nie mogą zostać użyte jako presja na mnie w ramach naszego układu. - Zgoda. - Bez negocjacji? - Są rzeczy, których nie trzeba negocjować. Powiedział to tak spokojnie, że przez chwilę nie miałam odpowiedzi. Spojrzałam na fotografię jego podpisu pod mailem. A.R. Jeszcze rano był dla mnie człowiekiem ze zdjęcia w dokumentacji. Teraz znał ostatnią wiadomość mojego ojca. - Dobranoc, Alek. Po raz pierwszy użyłam skrótu jego imienia bez ironii. Po drugiej stronie zapadła krótka cisza. - Dobranoc, Lena. Rozłączyłam się. Kilka sekund później dostałam nową wiadomość. Załącznik. Projekt umowy. Wprowadzone poprawki. Otworzyłam dokument i przewinęłam do końca. Na ostatniej stronie były dwie linie podpisu. Aleksander Radecki. Lena Wójcik. Patrzyłam na nie długo. Potem wróciłam do pierwszego paragrafu. Nie dlatego, że mu ufałam. Właśnie dlatego, że nie.