Rozdział 1
Trzy tygodnie do dnia zero
1
Skylight, ul. Złota
Drzwi do gabinetu Oryńskiego otworzyły się z impetem, a fakt, że nie było to poprzedzone pukaniem, sprawiał, że Kordian nie musiał nawet podnosić wzroku znad laptopa.
- Hej, trucizno - rzucił.
Chyłka trzasnęła za sobą drzwiami, a potem szybkim krokiem podeszła do biurka i położyła na nim kartkę A4. Wyglądała na wydrukowany zrzut z któregoś internetowego serwisu prawniczego.
- Nie pora na pieszczoty, Zordon. Patrz.
- Co to? - spytał, niechętnie zerkając na wydruk. - Intranet nie działa? Maile nie dochodzą? Doszło do jakiejś globalnej katastrofy, przez którą musimy wracać do drukowania wszystkiego, co...
- Zasklep otwór gębowy i czytaj.
Przebiegł wzrokiem tekst i uznał, że się nie pomylił. Był to dzisiejszy artykuł z jednego z portali prawniczych, w którym rozwodzono się na temat brutalnego zabójstwa na Bemowie. Sprawcą miał być na pozór przykładny ojciec, kochający mąż, a tak naprawdę potwór, który bez litości zarżnął całą rodzinę.
- Mam to potraktować jako jakąś sugestię? - spytał Kordian.
- Co? - bąknęła Chyłka, przysiadając na skraju biurka.
- Jako wskazówkę, że z moją psychiką będzie podobnie, kiedy już dorobimy się psa, ogródka i całego tego kramu?
- Twoja psychika będzie w stanie permanentnej frenezji. Czego o mojej z pewnością nie będzie można powiedzieć.
Podniósł wzrok i spojrzał na pochylającą się nad nim Joannę. Zaanektowała biurko, jakby wszystko w tym pomieszczeniu należało do niej. Wydawało się to poniekąd uzasadnione.
- Więc po co mi to pokazujesz? - spytał, wskazując wydruk.
- Bo będziemy bronić tego gościa.
Oryński uniósł brwi.
- Gościa, który zmasakrował żonę i dwójkę dzieci?
- Tak.
- Czekaj, sprawdźmy, czy dobrze rozumiem...
Wzrok Chyłki sugerował, że z pewnością nie.
- Mówimy o tym samym facecie, który teraz stanie się uosobieniem zła? Którego znienawidzi każdy w kraju? I przez którego odżyje dyskusja na temat kary śmierci? Nie wspominając już o tym, że...
- Nie musisz go zachwalać - ucięła. - Już podjęłam decyzję.
Kordian spojrzał na nią z niedowierzaniem. Z jednej strony być może powinien się tego spodziewać. Im większe wyzwanie, tym chętniej Chyłka się go podejmowała. Z drugiej strony nie zwykła brać przegranych spraw. A w tym wypadku się na nią zanosiło.
- Jesteś zdziwiony, jakbyś zakładał, że mam dobry gust do facetów - rzuciła, pochylając się jeszcze bardziej.
Jego wzrok mimowolnie uciekł w stronę jej dekoltu, ale zaraz musiał go podnieść, kiedy wymierzyła dwoma palcami w jego oczy i sugestywnym ruchem zasugerowała, by to zrobił.
- Po prostu myślałem, że to nie twój typ.
- Mój typ jest dokładnie taki - powiedziała, zakładając mu ręce na karku. - Z pozoru porządny, ułożony człowiek, ale w środku kompletny wykolejeniec.
Musiał przyznać, że właściwie zabrzmiało to jak komplement. A dowodem tego zdawał się dotyk jej rozchylonych ust i muśnięcie językiem jego warg. Zanim jednak zdążył odwzajemnić pocałunek, Chyłka klepnęła go w tył głowy, a potem się wyprostowała. Przesunęła się głębiej na biurko i rozłożyła ręce.
- Bierzemy tę sprawę, Zordon.
Znów spojrzał na wydruk.
- Wątpię, żeby tego faceta było stać na Żelaznego & McVaya.
- Skorzysta z promocji dla sadystów.
- Mamy taką?
- Oczywiście. Upust na tej samej zasadzie dostał nasz ulubiony Piotr, a oprócz tego Sendal i ten zasrany waginolog, którego nazwiska nie wypowiem.
Oryński skwitował uwagę lekkim skinieniem głowy.
- Chyba nie ma sensu pytać, czy przedyskutowałaś to z kimkolwiek - odezwał się.
- Właśnie to robię.
- Miałem na myśli raczej imiennych partnerów.
- Z nimi nie muszę o niczym rozmawiać - ucięła. - Zresztą po ostatniej sprawie ta kancelaria powinna nosić tylko jedno nazwisko. Moje.
Chyłka nabrała głęboko tchu, a potem przesunęła kilka rzeczy na biurku i wyciągnęła się na nim jak na dość wygodnej kanapie. Wbiła wzrok w sufit i przez chwilę trwała w zupełnym bezruchu.
- Powinieneś zainstalować sobie tutaj jakiegoś szezlonga, jak Kormak.
- Tu mi niepotrzebny, ale mógłbym kupić jeden na Argentyńską.
Nawet nie drgnęła na wspomnienie o jej mieszkaniu, w którym ciągle był tylko gościem. Kordian położył rękę na jej udzie, a potem przesunął ją pod obcisłą spódnicę.
- Na Argentyńskiej tylko waletujesz - rzuciła, ignorując jego dłoń. - Nie dorobiłeś się jeszcze prawa wniesienia tam choćby taboretu.
- W takim razie powiedz tylko, gdzie i w jakim trybie złożyć wniosek - mruknął.
- Na pewno nie tam. - Lekko się podniosła i wreszcie spojrzała na jego rękę. - Tamten organ nie przyjmuje dzisiaj żadnych podań.
Uśmiechnął się i pokręcił głową.
- Składam zażalenie - oznajmił.
- Oddalam.
- Bo?
- Bo nie mam ochoty na pieprzenie.
Zmarszczył pytająco czoło, a ona znów się położyła.
- Mam na myśli twoje zwyczajowe pitolenie, Zordon - dopowiedziała. - Jest człowiek, którego trzeba obronić przed mackami wymiaru ścigania. I który na nas liczy.
- Nawet nie wie, że chcesz go bronić.
- Niebawem się dowie.
- A ty nie masz nawet pojęcia, jak ma na imię.
W artykule nie było żadnych szczegółów, choć dziennikarze zapewne od samego rana robili wszystko, by nie tylko ustalić personalia, ale także dotrzeć do bliskich, sąsiadów i każdego, kto mógł powiedzieć coś na temat rodziny.
- Nic o nim nie wiesz - dodał Oryński. - Nie masz pojęcia, co tam się stało ani dlaczego.
- Dążysz do czegoś?
- Do tego, że nie bierzesz takich spraw. Nie w ciemno.
Chyłka wbijała pusty wzrok w sufit, a jej włosy swobodnie rozścieliły się na blacie. Był to niecodzienny widok, ale właściwie całkiem przyjemny. Kordianowi przeszło przez myśl, że nie miałby nic przeciwko, gdyby dyskusje o podjęciu się sprawy zawsze miały tak wyglądać.
- Zazwyczaj potrzebujesz jakiegoś bodźca - ciągnął. - Albo coś ci w sprawie nie pasuje i chcesz się dowiedzieć, co to takiego, albo dostrzegasz w niej okazję, żeby dopiec prokuraturze. A to...
- W tej jest akurat pewna rzecz, która mi nie pasuje.
- Niby jaka?
- To, że wzorowy mąż i cudowny ojciec nagle ni stąd, ni zowąd urządza sobie bemowską masakrę piłą łańcuchową.
- W artykule nie ma mowy o...
- To było nawiązanie do Teksańskiej masakry piłą mechaniczną, ignorancie.
- Wybacz - odparł Oryński i oparłszy łokcie na biurku, przysunął się do Joanny. - Jestem średnio obeznany ze starymi slasherami, które bardziej przypominają komedie niż filmy grozy.
- Odświeżysz sobie w ramach researchu przed tym, jak zerkniemy na miejsce zbrodni.
Obawiał się, że nawet najbardziej wykręcony horror nie przygotowałby go na to, co wydarzyło się w mieszkaniu na Bemowie. Autorowi artykułu udało się nakłonić jednego z techników do anonimowej wypowiedzi, w której ten stwierdził, że nigdy nie widział czegoś podobnego.
- Naprawdę chcesz to zrobić? - spytał Kordian.
- Mhm.
- Dlaczego?
- Bo fascynuje mnie, co się stało temu człowiekowi - odparła, w końcu odrywając wzrok od sufitu. Spojrzała przelotnie na pochylającego się nad nią Oryńskiego. - Nagle uaktywniło się coś, co siedziało w nim od zawsze? Może słyszał jakieś głosy? Zupełnie mu odbiło? A może był jakiś katalizator, który to wyzwolił? Chcę wiedzieć, co kieruje kimś, kto potrafi skatować ukochane osoby.
Kordian głośno przełknął ślinę.
- Nie ciekawi cię to? - spytała Chyłka.
- Ciekawość to chyba złe słowo.
- Ale chciałbyś wiedzieć, co?
- Tak, ale chętnie poczekam, aż biegli się nim zajmą. Nie czuję jakiejś wielkiej potrzeby, żeby go bronić w sądzie.
- Tak czy inaczej, będziesz musiał - orzekła, podnosząc się. - Bo przecież nie zostawisz mnie samej z takim zwyrodnialcem, prawda?
- Ano nie - przyznał. - Bo obawiam się, że szybko znaleźlibyście wspólny język i poczułbym się zagrożony.
Posłała mu lekki uśmiech i na powrót usiadła na skraju biurka. Kordian przypatrywał jej się przez moment, starając się ustalić, dlaczego tak naprawdę bierze tę sprawę. Nie miało to sensu - szczególnie teraz, kiedy wszystko zaczynało się układać.
Uporali się z przeszłością, wyniki badań potwierdziły, że Joanna nie ma chłoniaka, a ich kariery po sprawie z Nepalu weszły na jeszcze wyższy bieg. Może wszystko było zbyt dobrze? Może dlatego postanowiła bronić taką szumowinę?
Nie było sensu teraz jej dopytywać, bo tylko zbywałaby temat. Decyzję podjęła na długo, zanim przyszła do gabinetu Oryńskiego, a po drodze z pewnością poleciła Kormakowi, by dowiedział się wszystkiego, czego zdoła, na temat sprawy.
Szybko okazało się, że faktycznie tak było. Już dwie godziny później zgromadził tyle informacji, ile zwykłemu śmiertelnikowi nie udałoby się zdobyć przez dwa dni. Zebrali się w biurze Chyłki i Kordian byłby gotów sam powtórzyć numer z biurkiem, gdyby nie to, że tutaj panowała koncepcja 1B, w myśl której każdy mebel powinien być maksymalnie zawalony mniej lub bardziej potrzebnymi rzeczami.
- Tres faciunt collegium - rzuciła Joanna, wskazując Kormakowi jedno z krzeseł przed biurkiem.
- Hę? - jęknął chudzielec.
- Trzech tworzy zespół - wyjaśniła.
- Co trzy głowy, to nie jedna - dodał Oryński.
Chyłka westchnęła.
- Ta paremia dotyczy wymogu w prawie rzymskim, Zordon. Nie złotych powiedzonek ciotki lub stryjka.
- Aha.
- Żeby stowarzyszenie zyskało osobowość prawną, musi się składać z trzech osób.
- Jasne.
Kormak odchrząknął znacząco, skupiając na sobie uwagę rozmówców.
- Możemy przejść do rzeczy? - spytał. - Mam jeszcze trochę roboty, a im mniej w niej prawniczych bredni, tym będę szczęśliwszy.
- Pracujesz w kancelarii prawnej, szczypiorze.
- Co nie znaczy, że nie muszę...
Chyłka uniosła rękę, a on szybko urwał. Jego poważny wyraz twarzy i brak gotowości do standardowych dywagacji zdawały się świadczyć o tym, że materiał, do którego dotarł, nie napawa optymizmem.
- Adrian Skalski - odezwał się rzeczowym tonem. - Sześćdziesiąt dwa lata, urodzony w...
- Myślałam, że jest młodszy.
Chudzielec wzruszył ramionami.
- Dbał o siebie - odparł. - Teraz sześćdziesiątka jest jak kiedyś czterdziestka.
- U mnie będzie jak trzydziestka.
- Taa... - skwitował cicho Kormak. - Dobroczynne inhalacje nikotynowe i dieta alkoholowa to gwarantują.
Joanna zmrużyła oczy, przyglądając mu się.
- Jeszcze to odszczekasz - oznajmiła. - Jak tylko koncerny tytoniowe opracują specyfik na nieśmiertelność.
- Musiało mi umknąć to, że...
- Oczywiście, że nad nim pracują. Komu bardziej mogłoby na tym zależeć? - spytała, wyciągając paczkę marlboro. - Wyobrażasz sobie, jak wzrosną ich obroty, kiedy okaże się, że można palić do woli przez sto czy dwieście lat? A ja, jako wierna klientka, będę jedną z pierwszych, które dostaną lek.
To rzekłszy, zapaliła i przesunęła paczkę po stole w kierunku Kordiana.
- Dobra - odezwała się. - Nie interesuje mnie metryka tego degenerata, tylko to, co zrobił.
- Cóż... nie będzie to nic pięknego.
- To samo sobie myślę co ranek, zanim otworzę oczy i sprawdzę, kto leży obok mnie w łóżku - odparła pod nosem Chyłka, po czym posłała Oryńskiemu lekki uśmiech. - Jestem zaprawiona w bojach. Dawaj.
Kormak pochylił lekko głowę, jakby podczas referowania im swoich ustaleń kontakt wzrokowy z jakiegoś powodu wydał mu się kłopotliwy.
- Nie ustalono jeszcze wszystkich szczegółów - zastrzegł. - Nie wiadomo, co konkretnie spowodowało wybuch Skalskiego, ale jedno jest pewne: urządził rodzinie rzeźnię. Ciała są zmasakrowane do tego stopnia, że wyglądają raczej jak ofiary wypadków komunikacyjnych niż zabójstw. Kiedy go zatrzymywali, mamrotał coś o sprawiedliwości, generalnie gadał od rzeczy, jakby zupełnie zwariował.
Kordian bezrefleksyjnie wyjął papierosa i zapalił.
- Narzędzie zbrodni? - spytał.
- Znalezione na miejscu. Skalski użył rozbitej butelki.
Na moment w gabinecie zaległa cisza, którą zakłócały jedynie dźwięki wypuszczanego dymu. Kiedy ten zgromadził się pod sufitem, Chyłka kaszlnęła i odłożyła papierosa do popielniczki.
- O jakiej butelce mowa? - zapytała.
- A jakie to ma znaczenie?
- Duże. Przynajmniej dla mnie - odparła z powagą. - Gdyby Lewandowski udusił kogoś swoją koszulką, każdy fan piłki nożnej chciałby wiedzieć, czy zrobił to trykotem Bayernu, Borussi czy może reprezentacji, prawda?
- Mógłby też sentymentalnie użyć tej ze Znicza Pruszków - zauważył Kordian.
- Coś w tym jest - przyznał chudzielec, a potem chwilę się zastanawiał, drapiąc po czole. - Chodziło o jakąś wytrawną whisky.
- Dowiedz się, jaką konkretnie.
- Jasne - zapewnił.
Oryński mimo woli zobaczył, jak wysportowany sześćdziesięciolatek chwyta za butelkę, rozbija ją o kant mebla, a potem rzuca się na swoją rodzinę. Szkło pewnie było grube, musiało być, by nie pęknąć przy tylu uderzeniach w twarde kości.
- Skalski najpierw zaatakował żonę... a przynajmniej takie są wstępne ustalenia. Potem zarżnął dzieci.
W pokoju znów zapadła cisza.
- Jakie są przeciwko niemu dowody? - odezwała się Joanna.
- Mocne. Sąsiedzi twierdzą, że nie widzieli, by ktokolwiek wchodził do domu lub z niego wychodził. Jakaś kobieta wyprowadzała psa, kiedy usłyszała przeraźliwe krzyki, i w pierwszej chwili pomyślała, że Skalscy oglądają jakiś wyjątkowo brutalny film grozy.
Na dobrą sprawę tak było, pomyślał Kordian. Tyle że grali w nim główne role.
- Dodatkowo na butelce są odciski palców tego gościa - ciągnął Kormak. - Oprócz tego mamy jeszcze królową dowodów. Skalski od razu się do wszystkiego przyznał.
Chyłka powoli skinęła głową.
- Nie wyjaśnił, dlaczego ich zabił? - spytała.
- Nie. Wygląda na to, że sam był w szoku - odparł chudzielec i głęboko nabrał tchu. - Ja zresztą też, bo nie rozumiem, dlaczego bierzecie tę sprawę. Upadliście na głowę?
Joanna odgięła się do tyłu i zaplotła dłonie na karku.
- Niezupełnie - rzuciła. - Bo facet ma żelazne alibi.
- Co takiego?
- Jest niewinny, Kormaczysko.
Oryński uśmiechnął się i pokręcił głową z niedowierzaniem. Oczywiście, powinien był się tego spodziewać. Chyłka nie wzięłaby z góry przegranej sprawy.