Ulubieńcy bogów - Sławomir Koper

Reflow text when sidebars are open.
ZMarkiem Grechutą w moim życiu to było jak z Beatlesami - wspominała aktorka Dorota Segda. - Odkryłam go dużo później niż jego rówieśnicy. Słuchałam go z niemałym przejęciem w liceum. Wszystkie piosenki mi się podobały. Zresztą i teraz nastolatki dostają od swoich chłopaków płyty CD właśnie z przebojami Grechuty. Bo jest to piosenkarz nieśmiertelny"[1].
Trudno sobie wyobrazić polską muzykę ostatniego półwiecza bez Marka Grechuty. Ten wieczny romantyk i najpopularniejszy przedstawiciel nurtu piosenki poetyckiej na stałe zapisał się w dziejach polskiej kultury. Jego piosenki znali i znają praktycznie wszyscy, a większość odbiorców ma do nich bardzo osobisty stosunek. Sam artysta zapłacił jednak wysoką cenę za swoją popularność, a do tego przez niemal całe życie walczył z chorobą psychiczną (cyklofrenią), która stała się jedną z przyczyn jego śmierci.
Być może pewien wpływ na przedwczesne odejście artysty miały również problemy rodzinne. W lipcu 1999 roku Polskę obiegła informacja o zaginięciu jego dwudziestosiedmioletniego syna Łukasza.
"[...] po raz pierwszy zniknął w lutym bieżącego roku - relacjonowała komisarz Jolanta Maciejewska, rzeczniczka Komendy Miejskiej Policji w Krakowie. - Wyszedł z domu pod pretekstem jakiegoś spotkania i na kilkanaście dni ślad po nim zaginął. Kiedy rodzina zgłosiła zaginięcie, po kilku dniach skontaktował się z nami policjant z Jeleniej Góry. Jadąc samochodem do pracy, rozpoznał Łukasza na ulicy i zaproponował mu podwiezienie. Kiedy chłopak wsiadł do samochodu, zawiózł go na komisariat. Powiadomiliśmy rodziców. Wiem, że pojechali do Jeleniej Góry, by go odebrać. Po kilku dniach znów jednak złożyli zawiadomienie o zaginięciu syna"[2].
Łukasz był absolwentem krakowskiej ASP, uchodził za człowieka podobnie wrażliwego jak Marek. Uważano, że rodzice wychowywali go w złotej klatce, czego chłopak nie potrafił znieść. Niemal wszędzie postrzegano go wyłącznie jako "syna sławnego ojca", co fatalnie odbijało się na jego psychice.
W marcu 1999 roku chłopak zniknął na dobre. Niczego ze sobą nie zabrał, po prostu wyszedł z domu i przepadł bez wieści. Zrozpaczony artysta i jego żona, Danuta, usiłowali go odnaleźć. Ich zabiegi były jednak bezskuteczne. Oboje podejrzewali, że Łukasz chciał się całkowicie odizolować od świata zewnętrznego.
"[...] jest samotnikiem - przyznawał Grechuta. - Był zafascynowany pracą Alberta Chmielowskiego. Mówił, że postanowił żyć w ubóstwie. W ostatnim okresie, tuż przed zniknięciem, wiele spraw mu się nie układało. Miał kłopoty z dziewczyną i z pracą. Powtarzał, że chce się zastanowić nad własnym życiem, że musi sobie pewne sprawy przemyśleć"[3].
W lipcu 1999 roku Danuta i Marek wystąpili w telewizyjnym programie Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, prosili syna o powrót. Podczas emisji ktoś zadzwonił do studia, podszywając się pod Łukasza i obiecując, że pojawi się w domu. Gdy rodzice po kilku dniach zorientowali się, że to był tylko niewybredny żart, ich rozpacz nie miała granic.
W tym czasie ich syn wędrował pieszo przez Europę. Podążał trasami pielgrzymek, był w hiszpańskim Santiago de Compostela, a wędrówkę zakończył na mszy papieskiej w Rzymie. Trwało to dwa lata, nie przyszło mu jednak do głowy, aby zadzwonić do domu i przekazać informację, że żyje. Potem tłumaczył się, że taką miał potrzebę ducha.
"Podróżowałem samotnie, jak tysiące wędrujących po świecie pielgrzymów - wyjaśniał już po śmierci ojca. - Szedłem na piechotę. Pokonałem dystans, jakiego ludzie zwykle nie pokonują. Miałem ogromną determinację do pielgrzymowania. [...] Czasem, kiedy myśli się o Bogu, zapomina się nawet o bliskich. Ludziom w dzisiejszym świecie trudno jest zrozumieć tych, którzy patrzą na świat w inny sposób. Dzisiejszy świat inaczej funkcjonuje"[4].
Nie potrafił jednak logicznie wytłumaczyć, dlaczego milczał przez dwa lata. Trudno zrozumieć jego motywy, a prawdziwych przyczyn takiego postępowania zapewne nigdy nie poznamy: "Rzeczywistość zmusza czasem do tego, aby ją porzucić po to, by zrozumieć sens swego życia. Mówi się, że ci, którzy przeszli wędrówkę szlakiem Santiago de Compostela, doznają duchowej przemiany. Poza tym jest to fantastyczna podróż przez kraje, kulturę, historię sztuki, cywilizację. A to, że nie zadzwoniłem do domu, trudno prosto wytłumaczyć. Moje zachowanie może być odebrane jako dziwne, ale wtedy miałem taką potrzebę ducha"[5].
Odezwał się dopiero z Rzymu, dokąd natychmiast poleciała jego matka. Pani Danuta do dzisiaj niespecjalnie chce rozmawiać na ten temat, natomiast Marek chyba już nigdy nie doszedł do siebie po zniknięciu jedynaka. Choroba artysty nasiliła się, coraz bardziej tracił kontakt z rzeczywistością. Nie zrezygnował jednak z występów i nagrań, był bowiem typem człowieka, który pracuje do końca.
Grechuta pochodził z Zamościa, miasta nie bez powodu nazywanego Padwą Północy. Rodzice się rozwiedli, gdy był jeszcze chłopcem. Przeżył to bardzo ciężko i od tej pory odczuwał też potrzebę ciągłej akceptacji. Dorastał w otoczeniu kobiet: matki, siostry, babki i ciotki, co wzmagało jego wrodzoną wrażliwość. Już w czasach licealnych marzył o wielkiej miłości i przez kilka lat uważał, że na odpowiednią partnerkę trafił w rodzinnym mieście. Podczas nauki w szkole średniej poznał młodszą o dwa lata Halinę Marmurowską i zakochał się w niej bez pamięci. Halina uchodziła za niezwykle urodziwą dziewczynę, "zawsze elegancką, stonowaną, budzącą respekt", a razem tworzyli "zjawiskową parę - jasnowłosi, piękni, zawsze przytuleni i wpatrzeni w siebie"[6].
"To było wszystko urocze, niewinne - wspominała pani Halina. - Miał we mnie partnerkę, przyjaciółkę. Nie zainteresowałaby go płocha panienka. Lubił grać ze mną na cztery ręce albo on na fortepianie, ja na skrzypcach. Cieszyły nas spacery, brydż, pływanie kajakiem, wycieczki"[7].
Łączyły ich wspólne zainteresowania i sport, bardzo też lubili razem tańczyć. Związek ten nie miał jednak przed sobą przyszłości, bo Marek rozpoczął studia architektoniczne w Krakowie, natomiast Halina wybrała medycynę w Lublinie. Pisali do siebie listy, on czasami tytułował ją "żoną", odwiedzali się wzajemnie. Jednak odległość nie sprzyjała uczuciom, tym bardziej że ona potrzebowała innego rodzaju partnera. W Zamościu do dzisiaj opowiadają, że bardziej od romantyków imponowali jej silni mężczyźni. Latem 1967 roku podczas obozu sportowego w Augustowie poznała studenta medycyny, Krzysztofa Michałowskiego. Po pewnym czasie zdecydowała się na rozstanie z Markiem, co dla niego było prawdziwą klęską życiową.
"Po naszym rozstaniu - wspominała Halina - rozwiesił w domu na sznurach od bielizny moje zdjęcia. Zajmowały pół pokoju. Oniemiałam. Zrobiło mi się głupio i przykro"[8].
To właśnie wtedy po raz pierwszy ujawniła się u Grechuty choroba afektywna dwubiegunowa, która miała prześladować go do końca życia. Trafił do szpitala, a Halina dowiedziała się o tym z listu od niego. Bardzo mu współczuła, ale nie zmieniła swojej decyzji. Wyszła za mąż za Krzysztofa, dochowali się trzech synów i zawsze uchodzili za wzorowe małżeństwo. Halina Marmurowska-Michałowska jest cenionym psychiatrą, ma tytuł profesorski, ale w rodzinnym Zamościu nazywana jest "Halinką M.", nie wybaczono jej bowiem faktu, że porzuciła kiedyś Grechutę...
Marek doszedł do siebie, niebawem w jego życiu pojawiła się nowa dziewczyna. Nie zapomniał jednak o Halinie i czasami pisywał do niej listy - zawsze na adres kliniki, w której pracowała. Ale jakiś uraz musiał w nim pozostać, gdyż niechętnie koncertował w Zamościu. Przez całą swoją karierę wystąpił tam zaledwie siedem razy...
Grechuta od najmłodszych lat przejawiał ogromne zdolności artystyczne. Brał lekcje gry na pianinie, miał duży talent do deklamacji. W szkole był lokalną gwiazdą, żadna akademia nie mogła się obyć bez jego udziału. Pociągało go aktorstwo, jednak najbardziej interesował się muzyką.
"Już wtedy grałem swoją muzykę! - wspominał po latach. - Improwizowałem, szalałem na fortepianie. To były pierwsze chwile wolności w muzyce, w komponowaniu, sztuce. To był wstęp do tego, co miało stać się później"[9].
Miał też zdolności plastyczne, wobec czego rodzina nakłoniła go do egzaminów na Wydział Architektury Politechniki Krakowskiej. Miało mu to zapewnić poważny zawód, z którego mógłby w przyszłości się utrzymywać. Po latach przyznawał jednak, że na wybór uczelni miał także wpływ brak wiary we własny talent.
"Nie grałem tak dobrze, by zdecydować się na akademię muzyczną - mówił w rozmowie z Katarzyną Litwińczuk-Wojtaś - a moja recytacja nie była na tyle doskonała, bym dostał się do szkoły aktorskiej. Wybrałem więc architekturę"[10].
Wydział ten zawsze przyciągał indywidualności, przy czym wielu studentów architektury w przyszłości miało zdobyć sławę w zupełnie innych dziedzinach. W Krakowie kierunek ten studiowali: Andrzej Bachleda (narciarz alpejski) i Wojciech Zabłocki (szermierz), Stefan Szlachtycz i Janusz Majewski (reżyserzy), a także Ewa Demarczyk, Andrzej Mleczko i Sławomir Mrożek. Grechuta nie był więc wyjątkiem.
"Studiowanie architektury było wielkim szczęściem - wspominał Jan Kanty Pawluśkiewicz. - W zapapranym dziadostwie lat 60. dawało nadzieję na kontakt z cywilizacją śródziemnomorską, pozwalało czuć się jej częścią. To dobre studia dla artystycznych dusz"[11].
Choć początkowo nauka całkowicie go pochłonęła, to starał się na bieżąco śledzić wydarzenia kulturalne. Najbardziej interesowała go muzyka, a dzięki studenckiemu radiowęzłowi miał okazję zapoznać się z najnowszymi trendami.
"Pamiętam - opowiadał po latach - że kiedy pierwszy raz usłyszałem Czesława Niemena, autentycznie zaniemówiłem. Ekspresja, z jaką śpiewał, specyficzna barwa głosu, były porywające. W trakcie pracy nad jednym z projektów architektonicznych, także z radia, po raz pierwszy usłyszałem zespół The Beatles. Pomyślałem sobie, co ja właściwie robię przy desce kreślarskiej"[12].
Studiując w Krakowie, nie mógł nie trafić do Piwnicy pod Baranami. Było to najważniejsze miejsce na kulturalnej mapie Krakowa, a zapoznanie się z najnowszym programem tego kabaretu uważano za obowiązek każdego inteligentnego człowieka. Z tego też powodu na sali zwykle panował taki ścisk, że nawet zapraszani goście zagraniczni nie zawsze mogli wejść do środka i czasami próbowali dostać się przez niewielkie okienko wprost na scenę...
Piwnica istotnie była ewenementem na skalę ogólnopolską, z którym mógł rywalizować chyba tylko gdański Bim-Bom. W jednym miejscu i w jednym czasie spotkała się grupa niezwykle uzdolnionych twórców, którzy znaleźli właściwą przestrzeń dla siebie. A wspólna praca w kabarecie często okazywała się najlepszym katalizatorem ich rozwoju.
"Nigdy nie zapomnę wspaniałych monologów Dymnego i Litwina oraz rewelacyjnego występu Ewy Demarczyk - kontynuował Grechuta. - Cała pierwsza ekipa artystyczna stanowiła fantastyczny kabaret. Wtedy przemknęło mi już przez myśl, żeby zająć się sztuką"[13].
Jako student drugiego roku trafił na recital Ewy Demarczyk w Teatrze Kameralnym, co miało się okazać jednym z najważniejszych wydarzeń w jego studenckim życiu. Nigdy nie zapomniał tego koncertu, od tamtej chwili coraz częściej miał się zastanawiać nad dalszą drogą życiową.
"Występ Ewy stanowił genialną całość. Pamiętam, że wtopiłem się w krzesło i otrzeźwiałem dopiero po koncercie. Bardzo spodobały mi się kompozycje Zygmunta Koniecznego. Ewa śpiewała wspaniale, koncert mną wstrząsnął"[14].
Nie przypuszczał jeszcze wówczas, że za kilka lat sam stanie na scenie Piwnicy pod Baranami, a w przyszłości przyćmi sławą członków jej zespołu...
"Kraków w latach 60. kipiał artystyczną energią - relacjonował Jan Kanty Pawluśkiewicz. - Kantor przywoził z Paryża plastyczne nowości, w klubach grali świetni muzycy jazzowi, Piwnica pod Baranami błyszczała Ewą Demarczyk i Zygmuntem Koniecznym. Z kolegami z architektury stworzyliśmy chaotyczny, nieuporządkowany kabaret Anawa (z języka francuskiego "iść do przodu"). Nagle wśród nas, facetów skłonnych do wygłupów, nieustających żartów, pojawił się Marek, który zaskoczył nas swoją powagą. Był bardzo nieśmiały, my też byliśmy nieśmiali, a wiadomo, że tacy ludzie, jeśli już coś robią, to z wielkim rumorem"[15].
Pawluśkiewicz był starszy od Grechuty o trzy lata i również studiował architekturę. Urodził się w Nowym Targu i zawsze podkreślał, że to, iż obaj z Markiem "pochodzili z terenu", znacznie ułatwiało im porozumienie.
Jednocześnie dużo ich też dzieliło - Pawluśkiewicz miał kompletnie inne podejście do studiów i zupełnie nie przypominał pod tym względem sumiennego Grechuty. Studia zresztą nigdy nie były dla niego celem samym w sobie.
"[...] niejednokrotnie było tak - wspominał - że nawet sekretarka z dziekanatu nie wiedziała, na którym jestem roku. [...] Z historii architektury byłem jeszcze na trzecim, z wojska - po czwartym... Pamiętam, że Marek Grechuta był długo dwa lata za mną, a piąty rok robiliśmy razem..."[16].
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
1 Za: K. Kachel, Wszystkie kobiety Marka Grechuty, http://wiadomosci.wp.pl/kat,12611,title,Wszystkie-kobiety-Marka-Grechuty,wid,8544377,wiadomosc.html?&ticaid=118a28.
2 Za: Jak kamień w wodę, "Dziennik Polski" 20.11.1999.
3 Za: ibidem.
4 Za: Marek Grechuta we wspomnieniach syna, "Gala" 42/2006.
5 Za: ibidem.
6 Za: Kto złamał serce Markowi Grechucie, http://pary-populada.pl/news-kto-zlamal-serce-markowi-grechucie,nId,1048684.
7 Za: M. Sztokfisz, Chwile, których nie znamy. Opowieść o Marku Grechucie, Warszawa 2013, s. 73.
8 Za: ibidem, s. 74.
9 Za: W. Majewski, Marek Grechuta. Portret artysty, Kraków 2006, s. 24.
10 Nie byłem maminsynkiem, "Gazeta Polska" 3.04.2002.
11 J.K. Pawluśkiewicz, Jan Kanty Osobny, Kraków 2013, s. 102.
12 Za: W. Majewski, op. cit., s. 30.
13 Za: ibidem, s. 32.
14 Za: ibidem.
15 Za: K. Janowska, Niedotykalny, "Polityka" 42/2006.
16 J.K. Pawluśkiewicz, op. cit., s. 103.