1.
Łódź, lata 1985-2000
Kiedy tamtego majowego popołudnia siedziałam w tym pustym, przygotowanym do generalnego remontu mieszkaniu, wiele się już wydarzyło. Uśmiechałam się do swoich myśli.
Spojrzałam przez okno na błękitne tego dnia niebo.
Przeszłość ponownie zapukała do moich drzwi. Ta bliższa pachniała kwiatami czereśni, a ta dalsza... wkrótce również miała o sobie przypomnieć. Podświadomie wiedziałam, że jeszcze nie wszystko zostało wyjaśnione...
Kwiaty dostałam od mężczyzny, na którego czekałam chyba przez całe życie. I tak niewiele brakowało, by nasza historia nie zakończyła się szczęśliwie...
Jednak się udało. Teraz wszystko już zależało od nas. A my przecież byliśmy w stanie sami napisać sobie ten happy end. I bardzo chcieliśmy to zrobić.
***
Kiedyś terapeutka zapytała mnie o pierwsze wspomnienie z dzieciństwa. Nie wiem, czy to, które pojawiło mi się przed oczami, było tym pierwszym, pewnie było mnóstwo innych, ale właśnie to było na tyle intensywne, że musiałam o nim opowiedzieć.
Siedziałam z babcią Heleną w pokoju i oglądałam bajkę. Pamiętam, że to był Kopciuszek. Nie znałam wcześniej dobrze tej historii, może raz o Kopciuszku usłyszałam w przedszkolu, bo dziwnym trafem nigdy nikt mi o nim nie opowiadał. Dopiero potem zrozumiałam, że to przez przeszłość naszej rodziny.
Zdenerwowana babcia zerkała to na ekran, to na mnie, a ja z zachwytem patrzyłam na taniec przepięknej dziewczyny w balowej sukni, która ze zwykłej, nic nieznaczącej służącej nagle stała się królewną.
Po raz pierwszy w życiu pomyślałam wtedy, że mogę wszystko. Nawet taka zwykła dziewczynka jak ja mogła zostać królewną. I mogła mieć księcia z bajki. Albo mogła pomóc jakiemuś biednemu pucybutowi stać się kimś!
- Babciu, co to pucybut? - zapytałam.
- Pucybut? To ktoś, kto czyści buty przypadkowym przechodniom. A dlaczego cię interesuje pucybut?
- Bo każdy zasługuje na szansę. I na szczęście. W bajkach ci wszyscy służący są biedni i często nieszczęśliwi. A skoro Kopciuszek stał się królewną, tak ja mogę się zaopiekować pucybutem.
- Bzdura! - nie wytrzymała moja babcia. Odłożyła na chwilę szydełkową robótkę i wstała z fotela. - Takie związki nigdy nie prowadzą do niczego dobrego. - Spojrzała w okno, a w zasadzie w jakiś odległy punkt na ulicy, i pokręciła głową. - Zresztą w Polsce nie ma już pucybutów.
- Ale dlaczego? - drążyłam temat, bo bardzo mnie zainteresował.
- Dlaczego? Bo sami sobie czyścimy buty. - Zniecierpliwiona babcia pokręciła głową. - Mamy pasty, szczotki, ścierki.
- Nie chodzi mi o pucybuta. - Przewróciłam oczyma. - Chodzi o to, dlaczego to nie jest dobre. Przecież fajnie pomagać innym.
- Ale nie w ten sposób. Mezalians nigdy nie jest dobry - stwierdziła.
- Meza...? - Nie rozumiałam zupełnie.
***
Nie wiem, czy wtedy już chodziłam do szkoły czy jeszcze do przedszkola. Zupełnie tego nie pamiętam, ale pamiętam moje zadziwienie, że coś, co mnie bezgranicznie zachwycało, czyli Kopciuszek w pięknej sukni tańczący na balu z księciem, w mojej mamie i babci wywoływało skrajne, zupełnie odmienne od moich emocje.
Mezalians...
To poznane wtedy słowo ciągnęło się za mną przez całe dzieciństwo. Oczywiście również w momencie, gdy oglądałam Piękną i Bestię czy kolejny raz Kopciuszka albo słuchałam z płyty winylowej Oślą Skórkę. Wszędzie był motyw tego cholernego mezaliansu, który szybko nauczyłam się bezbłędnie rozpoznawać.
- Na początku to wszystko tak dobrze wygląda - przekonywała mnie babcia. - A potem?
- Potem żyją długo i szczęśliwie - z uśmiechem dopowiedziałam za nią.
- Tego nie wiesz, bo bajka się kończy, zanim poznamy dalsze losy bohaterów - westchnęła. - A potem to już tylko nuda, stagnacja i zniecierpliwienie... - Zawiesiła głos. - Czasem żyją szczęśliwie, ale zbyt krótko, a czasem długo i nieszczęśliwie.
- To po co w ogóle takie bajki?
- No właśnie, Marianko. Lepiej się zająć czymś konstruktywnym, a nie bujać w obłokach.
Faktycznie bajki kończyły się zawsze w momencie ślubu. Jakby później człowiek nie mógł być szczęśliwy. Zatem trochę przestałam bujać w obłokach. Przecież babcia Helena z pewnością wiedziała, co dla mnie jest najlepsze.
***
Babcia zawsze była zajęta czymś konstruktywnym. Nigdy nie siedziała bezczynnie. Albo gotowała obiad, albo krzątała się po domu, a gdy już nawet widziałam, że usiadła w swoim fotelu, to z robótką w dłoni.
Chyba nie była szczęśliwa. Niby miała wszystko, a jednak wciąż jej czegoś brakowało. Wiecznie goniła za szczęściem. Czasem odnosiłam wrażenie, jakby dużo wcześniej ktoś jej coś zabrał i ona wciąż starała się to odzyskać.
Według mnie miała wiele. Miała nas, kochającą rodzinę, całkiem sporą emeryturę, cieszyła się dobrym zdrowiem.
Wtedy mieszkała w niewielkim mieszkanku w Rudzie Pabianickiej, ale bardzo często bywała u nas. My mieszkaliśmy w urokliwej zabytkowej kamienicy. Może jako dziecko nie doceniałam w pełni jej piękna. Później, kiedy byłam już nastolatką, wychodząc z domu, mijałam wycieczki z przewodnikiem, który albo po polsku, albo w jakimś zupełnie mi nieznanym języku opowiadał coś zaciekawionym zwiedzającym. Lubiłam brzmienie tego obcego języka. I lubiłam patrzyć na tych mężczyzn, którzy - jak wtedy mi się wydawało - w dziwnych nakryciach głowy i z jeszcze dziwniejszymi lokami przy uszach stali zasłuchani w to, co mówił przewodnik.
Po kilku sezonach potrafiłam wyrecytować niemalże z pamięci:
Oto przed nami urokliwa kamienica zbudowana w latach 1893-1894, zachowana w stylu eklektycznym. Spójrzcie na fasadę - tam, między parterem a pierwszym piętrem, widzicie napis? "Wilhelm Reicher". To właśnie nazwisko żydowskiego przedsiębiorcy, Wilhelma Wolfa Reichera, który był inwestorem tego budynku.
Za tym historycznym detalem kryje się fascynująca historia reklamy z tamtych czasów. Ten napis bowiem to nie tylko ozdoba, ale również świadectwo działalności firmy Reichera. Pozostaje nam tylko się zastanowić, ile historii skrywa ta kamienica, która przez lata była świadkiem przemian miasta.
Tu następowała przerwa w monologu przewodnika. Szedł kilka kroków i mówił dalej, z jeszcze większym zachwytem:
Proszę spojrzeć tutaj. Synagoga. Ta wyjątkowa budowla z początku XX wieku, powstała również z inicjatywy rodziny Reicherów, ma ogromną wartość artystyczną i historyczną. To nie tylko świątynia, ale także niezwykłe dziedzictwo, które kiedyś pulsowało życiem i świadczyło o bogactwie kultury tej społeczności. Może kiedyś doczekamy czasów, gdy zostanie wpisana na listę zabytków.
Kiedyś w szkole średniej pisałam wypracowanie o miejscu, w którym mieszkam. Nasza polonistka nie pozwalała na zbytnią dowolność, liczyły się fakty, więc niemalże słowo w słowo cytowałam przewodnika. Jednak gdy skończyłam, jeszcze długo myślałam o tym, jakie nasz dom może skrywać historie.
- Pewnie mnóstwo - powiedziała mama, którą o to zagadnęłam. - Od końca dziewiętnastego wieku musiało się tu narodzić wiele pokoleń. Dwie wojny, żydowski właściciel, niezbyt przychylne czasy dla ludzkości. - Zamyśliła się. - Musiałabyś prześledzić, kto tutaj kiedyś mieszkał.
- Czasem nie warto grzebać w przeszłości - mruknęła babcia. - Trzeba ją zostawić i dać spokój tym, którzy odeszli. Święty spokój - dodała po chwili.
- Kiedy nie znamy przeszłości, to chyba trudniej iść do przodu? - zapytałam.
- Tam zaraz trudniej. Zawsze trzeba odważnie patrzyć w przyszłość. - Babcia wzruszyła ramionami. - Wystarczy, że wiemy, jakie błędy popełnili nasi przodkowie, byśmy wiedzieli, czego unikać.
- Ty uniknęłaś? - zapytałam wprost.
- Oczywiście. I ja, i twoja mama.
- I jesteś szczęśliwa?
- A co to w ogóle za pytanie? - zdziwiła się.
- Chyba najważniejsze, jakie można zadać komuś, na kim nam zależy. - Uśmiechnęłam się.
- Nie można być zbyt szczęśliwym, by nie kusić losu. - Pokręciła głową. - Kiedy jest ci dobrze, powinnaś siedzieć cicho i nie mówić o tym światu, bo ki diabeł ci to szczęście zabierze.