Rozdział 1
Brunetti spał do późna. Około dziewiątej zwrócił głowę w prawo i otworzył jedno oko, zobaczył, która godzina, i je zamknął. Przez jakiś czas leżał bez ruchu, a gdy znowu otworzył oko, stwierdził, że jest wpół do dziesiątej. Wyciągnął lewą rękę z nadzieją, że znajdzie u swojego boku Paolę, ale znalazł tylko wgłębienie w materacu, od dawna wystygły ślad jej obecności.
Podźwignął się na bok, a potem usiadł, odpoczywał przez chwilę po tym osiągnięciu i otworzył oczy. Przyjrzał się uważnie sufitowi, zerknął w przeciwległy kąt sypialni i nad oknem, w miejscu, gdzie parę miesięcy wcześniej przeciekła woda, zobaczył brązowy wykwit, który wyglądem przypominał dość małą ośmiornicę. I jak ośmiornica plama ta pod wpływem światła zmieniała kolor, a czasem również kształt, chociaż ramion zawsze było tylko siedem.
Obiecał Paoli, że wejdzie na drabinę i zamaluje plamę, ale zawsze się gdzieś śpieszył lub był wieczór i nie chciał się wspinać na drabinę albo nie miał butów na nogach, a wolał nie ryzykować wspinaczki w samych skarpetkach. Tego rana widok plamy zdenerwował go i Brunetti postanowił poprosić człowieka, który wykonywał dla nich drobne prace, by przyszedł, zamalował zaciek i rozwiązał problem.
Lub też jego syn mógłby się oderwać od komputera bądź rozmowy z przyjaciółką przez telefon, by wziąć drabinę, zamalować zaciek i dla odmiany pomóc swoim rodzicom. Odkrywszy w swoich myślach wyraźną nutę rozgoryczenia i żalu nad sobą, Brunetti odsunął je od siebie i przeanalizował przebieg wczorajszej kolacji i część z jej składników, do których należały trzy kieliszki grappy będące najprawdopodobniej powodem jego obecnego stanu.
Zgodnie z dorocznym zwyczajem zeszłego wieczoru Brunetti i kilkoro jego kompanów i kompanek z liceo spotkali się na kolacji w restauracji na początku Riva del Vin, gdzie uprzejmy właściciel zawsze sadzał ich w tym samym kącie sali przy oknie wychodzącym na Canal Grande.
Z biegiem lat liczba biesiadników skurczyła się z ponad trzydzieściorga do zaledwie dziesięciorga ze zwykłych powodów: zmian miejsca zamieszkania, zatrudnienia i chorób. Niektórych znużyły niedogodności życia w mieście i wyprowadzili się z Wenecji; kolejni podjęli pracę w innych rejonach Włoch lub Europy, a dwóch zmarło.
Tego roku w kolacji uczestniczył zarówno Brunetti, jak i troje innych ludzi, którzy od samego początku organizowali spotkania. Pierwszym był Luca Ippodrino, który z ojcowskiej gospody zrobił znaną w świecie restaurację, stosując się do trzech prostych reguł: serwował takie same dania, jakie jego matka serwowała przez trzydzieści lat mężczyznom, którzy rozładowywali łodzie przy Rialto; teraz podawał je na porcelanowych talerzach i w mniejszych i subtelnie garnirowanych porcjach; ceny wyśrubowano w nieznośny niemal sposób. Lista oczekujących na stolik - zwłaszcza podczas Biennale i festiwalu filmowego - zaczynała się zapełniać z wielomiesięcznym wyprzedzeniem.
Drugi organizator, Franca Righi, pierwsza dziewczyna Brunettiego, wyjechała studiować fizykę w Rzymie i teraz wykładała na tym samym uniwersytecie, na którym kiedyś studiowała. To ona wyjaśniała Brunettiemu zawiłości biologii i fizyki, a teraz uwielbiała mówić mu za każdym razem, że jedno z praw fizyki, których się uczyli, okazało się fałszywe i trzeba je zastąpić nowym.
Ostatnim z tego grona był świeżo rozwiedziony Matteo Lunghi, ginekolog, którego żona opuściła dla znacznie młodszego mężczyzny i którego przyjaciele musieli wspierać przez całą kolację.
Pozostałych sześcioro odnosiło sukcesy - lub było zadowolonych - w różnym stopniu, a przynajmniej zachowywało się w ten sposób w towarzystwie ludzi, którzy znali ich prawie od urodzenia. Brunetti sądził, że łatwość, z jaką się komunikowali, w znacznej mierze brała się z posiadania wspólnego zasobu odniesień kulturalnych i historycznych oraz niewypowiedzianych i nieprzemyślanych norm etycznych ich pokolenia.
Zanim Brunetti pozwolił sobie na refleksję, cóż to mogły być za normy, odsunął kołdrę i zszedł do łazienki wziąć prysznic.
Gorąca woda, podobnie jak czas, jaki spędził pod jej strumieniem - jego nieobecne dzieci nie mogły protestować przeciwko jej marnowaniu - poprawiły mu humor. Wrócił do sypialni, powiesił ręcznik na oparciu krzesła i zaczął się ubierać. Wyciągnął spodnie od garnituru, którego nie nosił od zakończenia zimy, z ciemnoszarej wełny z domieszką kaszmiru, kupionego niemal za bezcen, gdy dwa lata temu zamknięto sklep z męskimi ubraniami przy Campo San Luca. Dziwne, pomyślał, przepychając guzik przez dziurkę: gdy kupował garnitur, wydawało się, że lepiej na niego pasują. Być może skurczyły się jakoś w praniu chemicznym; z pewnością rozciągną się z biegiem dnia.
Usiadł na krześle, włożył ciemne skarpetki i czarne buty, które kupił lata temu w Mediolanie i które z czasem dopasowały się do jego stóp. Zawsze też wywoływały w nim dreszcz zmysłowej radości, gdy je wkładał.
Zanim sięgnął po marynarkę, rozważał możliwość włożenia kamizelki, ale pamiętając, jak ciepło było poprzedniego dnia, uznał, że nie jest to potrzebne: przez kolejną dobę można było liczyć na dobrą późnojesienną pogodę. W kuchni szukał na stole liściku od Paoli, ale nic nie znalazł. Był poniedziałek, więc spędzała czas w swoim gabinecie na uniwersytecie ponoć po to, by rozmawiać z doktorantami, których była promotorem, i do domu miała wrócić dopiero późnym popołudniem. Cieszył ją fakt, że rzadko przychodzili na te rozmowy, dzięki czemu mogła spokojnie siedzieć w gabinecie i przygotowywać zajęcia bądź czytać. Tak wygląda życie naukowca, pomyślał Brunetti.
Wyszedł z domu i ruszył do komendy, ale natychmiast wstąpił do Rizzardiniego na kawę z brioszką, a potem kolejną kawę i szklankę wody mineralnej. Wzmocniony zastrzykiem kofeiny i cukru skręcił w stronę Rialto i podjął wędrówkę przez centrum miasta o wpół do jedenastej rano, akurat wtedy, gdy ludzie, którzy zrobili zakupy spożywcze na targu, zaczynali ustępować miejsca turystom poszukującym pierwszego ombra lub prosecco, skłonnych doświadczyć tego, co - jak im powiedziano - jest prawdziwym weneckim doznaniem.
Dwadzieścia minut później skręcił na riva, które prowadziło do komendy, i patrząc na drugi brzeg kanału, ujrzał wyczyszczoną i odrestaurowaną fasadę kościoła San Lorenzo, który przestał być świątynią i stał się jakąś galerią poświęconą, jak słyszał, ocaleniu mórz. Liczący dziesiątki lat billboard z datą rozpoczęcia niekończących się prac został usunięty, podobnie jak drewniane lokum wzniesione przez tutejszych mieszkańców dla zbłąkanych kotów, które stało tam, odkąd Brunetti pamiętał.
Kiedy przybył do komendy, zobaczył u stóp schodów na drugim końcu holu swojego zwierzchnika, vice-questore Giuseppe Pattę. Odruchowo wyciągnął z kieszeni marynarki telefonino, pochylił nad nim głowę i kiwnął nią funkcjonariuszowi, który otworzył mu szklane drzwi, ale Brunetti nie wszedł do budynku. Zatrzymał się i przez chwilę dziobał gniewnie w klawiaturę telefonu, po czym odwrócił się do policjanta i nie próbując skrywać swojej irytacji, zapytał:
- Masz tutaj sygnał, Graziano?
Funkcjonariusz na warcie, świadom, że komisarz zjawia się w pracy z dwugodzinnym opóźnieniem i że zastępca komendanta nie patrzy nań życzliwym okiem, odparł:
- Pojawia się i znika przez całe rano, signore. Udało się panu połączyć tam? - Skinął w kierunku nabrzeża przed gmachem komendy.
Brunetti pokręcił głową.
- Tam wcale nie jest lepiej. Do szału mnie doprowadza to, że nie ma... - rzekł, ale przerwał, gdy zobaczył, że Patta zmierza w jego stronę. - Dzień dobry, vice-questore - powiedział, po czym dodał życzliwym głosem, podnosząc telefon: - Niech pan nawet nie próbuje wychodzić na zewnątrz, dottore. To beznadziejne. Nic nie działa.
To powiedziawszy, komisarz wsunął komórkę z powrotem do kieszeni i zupełnie niepotrzebnie wskazał na schody.
- Pójdę znowu sprawdzić telefon na moim biurku i zobaczę, czy już działa.
Patta, zupełnie zdezorientowany, zapytał:
- Co się stało, Brunetti? - Komisarz pomyślał, że jego ton jest niezwykle podobny do tonu, jakiego sam używał, gdy dzieci były młodsze i mówiły mu, że tego wieczoru nie mają zadania domowego do zrobienia.
Niczym prokurator podnoszący foliowy worek z poplamionym krwią nożem, żeby pokazać go gazetowemu fotografowi, ponownie wyciągnął telefon i pokazał go przełożonemu.
- Nie ma sygnału.
Kątem oka zobaczył, jak Graziano potakuje, zupełnie jakby przyglądał się bezskutecznym próbom uzyskania połączenia przez Brunettiego.
Patta odwrócił się od komisarza i zapytał policjanta:
- Gdzie jest Foa?
- Powinien być tutaj za trzy minuty, panie komendancie - zapewnił go Graziano, spoglądając na zegarek i nie wiedzieć czemu sprawiając wrażenie wyższego podczas rozmowy z ich zwierzchnikiem. Jakby przywołana pragnieniem vice-questore, policyjna motorówka skręciła w kanał, szybko przepłynęła przed kościołem oraz pod mostem i zwolniła, by się zatrzymać przy nabrzeżu tuż obok miejsca, w którym stało trzech policjantów.
Patta odwrócił się w milczeniu od swoich podwładnych i ruszył w stronę łodzi, której silnik perkotał na zwolnionych obrotach. Foa rzucił linę na najbliższy słupek i zeskoczył na chodnik, po czym zasalutował zastępcy komendanta, cofnął się i wyciągnął rękę, jakby chciał usunąć grupę uprzykrzonych reporterów z dzielącej ich przestrzeni. Patta uważał każdy ruch wykonany w promieniu metra od siebie za próbę udzielenia pomocy i położył dłoń na przedramieniu pilota, by się podeprzeć, wchodząc na pokład motorówki.
Foa uśmiechnął się do swoich kolegów, zrzucił cumę, przeskoczył nad górną krawędzią nadburcia i wylądował przed kołem sterowym. Silnik wydał z siebie ryk, Foa zawrócił łódź ciasnym łukiem i skierował ją z powrotem tam, skąd przypłynął.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki