Rozdział 2
Nazajutrz Dorothea wyszła z domu wcześnie rano i poprosiła Chalmersa, by zawiózł ją do Lincoln's Inn, gdzie pewien znany jej dżentelmen miał kancelarię adwokacką. Pan William Goodland był bratem jej przyjaciółki Emily i mniej więcej od roku wpadał na Russell Square na podwieczorek w niedzielne popołudnia. Pytał o pracę Dorothei i o zdrowie jej ojca, rzucał kilka uwag na temat pogody, a Dorothea z trudem starała się z nim prowadzić coś w rodzaju rozmowy, dopóki w końcu nie wychodził po niespełna godzinie, życząc jej miłego dnia.
Lucy żartowała za jego plecami z jego krzaczastych bokobrodów i sztywnego sposobu bycia, całkiem udatnie naśladując jego mozolne wypowiedzi:
- Te babeczki wydają się doskonałym połączeniem lekkości i słodyczy. Od dawna nie spotkałem się z tak wybornymi wypiekami. Muszą panie pochwalić kucharza za te wyborne umiejętności.
- Lucy, nie bądź okrutna - beształa ją Dorothea, nie mogąc jednak powstrzymać uśmiechu. - Nie każdy jest tak wytrawnym rozmówcą jak ty.
Dorothea nie była pewna celu tych regularnych wizyt pana Good-landa. Czyżby dwie kobiety mieszkające pod dachem ojca tracącego bystrość umysłu budziły w nim jakieś odruchy opiekuńcze? A może uważał się za potencjalnego kandydata do ręki którejś z nich? Jeśli tak, nigdy nie wyjawił swoich zamiarów. Mimo to postanowiła zasięgnąć jego fachowej opinii na temat planów małżeńskich Lucy.
- Moja siostra skończy osiemnaście lat dopiero za dwa tygodnie - wyjaśniła mu - a ja moim zdaniem występuję in loco parentis. Czy mogę cokolwiek zrobić?
Pan Goodland zacisnął usta.
- Panno Gray, obawiam się, że jeśli pani ojciec wyraził zgodę, po ukończeniu osiemnastego roku życia pani siostra może legalnie wyjść za mąż, chyba że istnieją przesłanki, żeby się temu sprzeciwić, na przykład wcześniejsze zobowiązania którejś ze stron. Jakie wrażenie wywarł na pani ten młody mężczyzna?
Dorothea zmarszczyła brwi.
- Wydaje się bardzo uprzejmy, ale Lucy jest młoda i niepokoi mnie tempo podjęcia tej decyzji.
- Co pani wiadomo na temat jego rodziny?
- Zupełnie nic. Zdaje się, że rodzice mieszkają w Dean Hall w Northampton, ale jeszcze nam ich nie przedstawiono.
- Być może warto byłoby do nich napisać, żeby się przedstawić i poznać ich zdanie na temat tych, jeśli mogę tak powiedzieć, nagłych starań o rękę pani siostry. Jeśli kapitan Harvington jest na ich utrzymaniu, być może mogliby na niego wywrzeć jakiś nacisk natury finansowej, by zachowywał się mniej impulsywnie.
- Tak, to chyba rozsądny pomysł. - Dorothea ucieszyła się z tej rady, uznając, że coś takiego rzeczywiście mogłoby pomóc.
- Jeśli zaś chodzi o wyruszenie na wojnę, to nie wyobrażam sobie, by armia była skłonna pozwolić tak młodej kobiecie podróżować razem z żołnierzami. Być może kapitan Harvington jeszcze nie powiedział swoim dowódcom, w jak delikatnym wieku jest pani siostra. Jeśli mogę coś zasugerować, radziłbym napisać do jego kompanii, to Ósmy Pułk Huzarów, prawda? I zgłosić swoje zastrzeżenia.
Dorothea się zawahała.
- Nie chcę, by Lucy miała mi za złe, że się wtrącam. Jest bardzo uczuciowa i wszystko tak mocno przeżywa... Czy nie mogłabym pana prosić, by napisał pan do nich dyskretnie jako przyjaciel rodziny?
Wyprostował się i wyprężył pierś.
- Ależ oczywiście, byłbym zaszczycony, mogąc pani służyć, panno Gray. Proszę się tak bardzo nie przejmować. Jestem pewny, że zdrowy rozsądek zwycięży.
Tego wieczoru Dorothea napisała do rodziców Charliego, dzieląc się z nimi obawami o siostrę związanymi z jej ewentualnym wyruszeniem na wojnę i prosząc, by rozważyli, czy nie warto nieco powściągnąć zamiarów syna. Być może, zasugerowała, obie rodziny powinny się spotkać i porozmawiać o tym, co należy zrobić w sprawie upartej pary.
Dała list Hendersonowi, by natychmiast go wysłał. Nie było czasu do stracenia. Przy odrobinie szczęścia Lucy nigdy się nie dowie, kto pokrzyżował jej zaręczynowe plany - jednak nawet w przeciwnym razie Dorothea nie miała wątpliwości, że kieruje się słusznymi pobudkami.
G
Trzy dni później przyszła odpowiedź od pana Harvingtona z Dean Hall, wywołując wielki niepokój w sercu Dorothei.
"Umywamy ręce od naszego niegdysiejszego syna Charlesa - napisano w liście - i szczerze Pani radzimy, by zapobiegła Pani jego ślubowi z Pani siostrą. To kundel bez zasad moralnych, darmozjad, który nigdy nie będzie wystarczająco odpowiedzialny, by zapewnić żonie byt, a nade wszystko człowiek niegodny zaufania". Pan Harvington dodał, że choć zapłacili za nominację oficerską Charliego, nie powinien liczyć na dalsze wsparcie ze strony rodziny i jest zdany wyłącznie na własne siły, o co może mieć pretensje tylko do siebie.
Dorothea kilkakrotnie przeczytała list, zastanawiając się rozpaczliwie, co robić. W końcu uznała, że nie ma innego wyjścia, jak tylko pokazać go Lucy. Zapukała do pokoju siostry, a gdy weszła do środka, Lucy siedziała przed toaletką, zajęta szczotkowaniem sięgających do pasa włosów. Pokój był przytulny, w oknach wisiały grube zasłony, a w kominku płonął ogień. Na szafce nocnej i na toaletce migotały świece, zmuszając do tańca cienie na ścianach.
- Uznałam, że skoro niebawem staniemy się spowinowaceni, powinnam napisać do rodziny kapitana Harvingtona - wyznała Dorothea po chwili wahania. - Niedawno przyszła odpowiedź.
Lucy chwyciła list, a gdy wodziła po nim wzrokiem, zarumieniły jej się policzki. Doczytawszy do końca, zgniotła kartkę w kulkę i rzuciła ją przez cały pokój.
- Nie miałaś prawa się z nimi kontaktować! - syknęła. - Sama bym ci powiedziała, że rodzina go nienawidzi! Wszystko mi wyjaśnił. Wydziedziczyli go z powodu jakiejś głupiej kłótni pięć lat temu, w której nie było ani krzty jego winy, i ta sprawa przysparza mu wielu zmartwień. Jak śmiałaś do nich pisać za moimi plecami!
Właśnie takiej reakcji obawiała się Dorothea. Próbowała jednak zachować spokój i rozsądny ton.
- Oczywiście, że miałam do tego prawo. Brak poparcia ze strony rodziny to nie przelewki. Dziwię się, że ojciec nie spytał Charliego o widoki na przyszłość. Jesteś za młoda, by wiedzieć, co to znaczy wyjść z miłości za mężczyznę pozbawionego stałego dochodu. Po sześciu miesiącach szczęścia czekałoby cię całe życie zmartwień i małostkowych wyrzutów.
Lucy była nieprzejednana.
- Charlie będzie zarabiał sam. Major Dodds przepowiada mu wspaniałą karierę w armii, a w pułku Charlie cieszy się ogromną sympatią. Ogromną. - Ze złością strąciła szczotkę do włosów z toaletki. Wyglądało na to, że jej gniew rośnie z każdą chwilą.
- Bez pieniędzy rodziny nie będzie mógł dalej awansować. Wiesz o tym, Lucy-lu. - Dorothea użyła pieszczotliwego zdrobnienia z dzieciństwa i wyciągnęła rękę, by pojednawczo dotknąć ramienia siostry, ale Lucy odtrąciła jej dłoń.
- Mam jedyną szansę na szczęście i nie pozwolę, żebyś ją popsuła. Jesteś zazdrosna i zgorzkniała, nienawidzę cię! - Do oczu Lucy napłynęły łzy. - Szkoda, że nie ma tu mamy. Pokochałaby Charliego tak bardzo jak ja i cieszyłaby się moim szczęściem. - Lucy odwróciła się, ale Dorothea i tak zauważyła, że siostra płacze.
Zawahała się. Ich matka była bardzo podobna do Lucy - pełna życia, towarzyska, lecz zarazem potwornie niepraktyczna. Bez wątpienia przyjęłaby wieść o zaręczynach z wielkim podekscytowaniem i od razu zaczęłaby planować przymiarkę sukien i zakup kwiatów. Nie oznaczało to jednak, że postępowałaby słusznie.
Dorothea spróbowała innej taktyki.
- Myślałaś o niebezpieczeństwie, jakie groziłoby ci za granicą, gdzie na każdym kroku mierzono by do was z rosyjskich dział? Nie ma tam wygód, do jakich przywykłaś. Wyobraź sobie brak bieżącej wody, czystych, wyprasowanych ubrań, posiłków serwowanych przy stole i służby, która je podaje. Lucy, czy ty w ogóle wiesz, gdzie leżą tureckie ziemie? To dwa i pół tysiąca kilometrów stąd, za wzburzonym morzem. Na każdym kroku czai się tam niebezpieczeństwo: opary, które unoszą się nad glebą i wywołują śmiertelne choroby, węże i skorpiony uśmiercające jednym ukąszeniem, że nie wspomnę o horrorach bitewnych. To nie są żołnierskie igraszki. - Zamilkła, chcąc pocieszyć płaczącą Lucy, lecz postawa siostry nie zachęcała do czułości.
- Nie sądzisz, że to przemyślałam? - wykrztusiła Lucy przez łzy. - Odtąd będę pod opieką Charliego. Przez całe życie traktowałaś mnie z góry i mam tego dość.
Dorothea podjęła kolejną próbę.
- Nie mówię, że w ogóle nie powinnaś wychodzić za kapitana Harvingtona. Po prostu uważam, że lepiej zaczekać, aż skończy się wojna...
- Nie rozumiesz, że nawet przez chwilę nie potrafię być bez niego szczęśliwa?
Dorothea westchnęła.
- Wiesz, że powinnam pokazać ten list ojcu, prawda? Gdy pozna niepewną sytuację kapitana Harvingtona, będzie zmuszony ponownie przemyśleć swoją decyzję.
- Widzę, że postanowiłaś zniszczyć moje szczęście. W takim razie wynoś się. Zostaw mnie w spokoju! - Lucy krzyczała, zupełnie tracąc panowanie nad sobą.
Dorothea zatrzymała się w drzwiach, lecz nie potrafiła wymyślić nic więcej, toteż tylko cicho je za sobą zamknęła. Mogła jedynie mieć nadzieję, że ojciec odzyska rozum, a jeśli nie, że list pana Goodlanda wywrze pożądany skutek i major Dodds przemówi Charliemu do rozumu. Wyglądało bowiem na to, że Lucy nie przyjmie żadnego punktu widzenia, który nie jest identyczny z jej własnym.
G
Następnego dnia po południu Dorothea wróciła z pracy w szpitalu w Pimlico i zobaczyła, że pod drzwiami czeka poruszony Henderson.
- Proszę mi wybaczyć, panno Dorotheo, ale nie wiedziałem, jak się z panią skontaktować. Kapitan Harvington zjawił się koło południa powozem zaprzęgniętym w cztery konie i panna Lucy poprosiła, żebym zniósł po schodach jej kufer, a potem pomógł woźnicy go załadować. Pani ojciec chyba nie zdawał sobie sprawy z powagi... - Zamilkł, próbując dokończyć zdanie w taktowny sposób.
- Chcesz powiedzieć, że ojciec nie próbował ich zatrzymać. Zostawiła list?
Henderson podał jej kopertę. Dorothea pospieszyła do salonu, padła na fotel i otworzyła ją. Charakter pisma Lucy, zazwyczaj ładny, zmienił się w bazgroły pokrywające całą stronę, a z każdej linijki biła wściekłość. "Nigdy Ci nie wybaczę, że próbowałaś zapobiec mojemu małżeństwu - napisała. - Nigdy. Zamierzam zostać u Charliego, a skoro odmawiasz nam błogosławieństwa, pobierzemy się bez twojego udziału, gdy tylko skończę osiemnaście lat. Przykro mi, że zazdrość skłoniła cię do podjęcia próby zniszczenia naszego szczęścia, ale darzymy się tak silnym uczuciem, że Twoje działania od początku były skazane na porażkę". Na koniec Lucy zostawiła słowa przesycone największą nienawiścią: "Nie chcę mieć z Tobą nic wspólnego. Teraz moją rodziną jest Charlie".
Dorothea ukryła twarz w dłoniach i aż się skuliła z rozpaczy.
- O Boże, nie! Co ja narobiłam.
Chciało jej się płakać, ale z ust wydobył się jedynie żałosny dźwięk. Jak to możliwe, że wszystko przybrało tak fatalny obrót? Próbowała zapobiec temu małżeństwu tylko dlatego, że kochała Lucy bardziej niż jakakolwiek inna istota na ziemi. A przez nią jej siostra uciekła, narażając się na Bóg jeden wie jakie zagrożenie. Teraz mogło się zdarzyć wszystko. Lucy mogła splamić swoje dobre imię, nawet zginąć. Pozostawało jedynie mieć nadzieję, że uda się uniknąć wojny albo że major Dodds zabroni dziewczynie podróżowania razem z żołnierzami. Pod nieobecność Charliego Lucy z pewnością wróciłaby do domu i Dorothea miałaby szansę naprawić to, co zniszczyła. Och, tak bardzo tego pragnęła.
G
Dramatyczne cztery tygodnie później pan Woodland otrzymał lakoniczną odpowiedź od majora Doddsa i wieczorem zjawił się z nią u Dorothei. Major informował, że Lucy i Charlie wzięli ślub 20 lutego w Warwickshire i że miał zaszczyt być świadkiem Charliego. Pułk wciąż czekał na decyzję w sprawie wyruszenia na turec-kie ziemie - wszystko zależało od polityków - ale gdyby ją podjęto, major z radością pozwoli pani Lucy Harvington towarzyszyć mężowi.
- Pani siostra to niemądra dziewczyna - zaczął pan Woodland. - Odpiszę majorowi Doddsowi w surowym tonie, nalegając, by...
- Nie, niech pan tego nie robi. - Dorothea wstała, czując nagle, że dłużej nie zniesie tego napuszonego człowieka. Cokolwiek napisał do majora Doddsa, najwyraźniej tylko pogorszył sprawę. Gdyby wykazał w liście więcej taktu, odpowiedź z pewnością nie byłaby tak ostra i nieprzychylna. - Musi mi pan wybaczyć, ale jestem tym wszystkim zupełnie przytłoczona. Chciałabym zostać sama. Może... - Dorothea czuła, że zaraz się rozpłacze, i nie była w stanie dokończyć zdania. Odwróciła się i uciekła z pokoju.
- Oczywiście - powiedział pan Woodland. - Sam trafię do wyjścia.
Tylko że nikt go już nie słyszał.