1
Najpiękniejszą baśnią jest samo życie.
Hans Christian Andersen
Whitestone Manor, nadmorski kurort Hove, 1903
Nie zdecydowałam, czy powiem całą prawdę, czy nie, gdy się tu zjawią. Peter by powiedział, bo to Peter. Ja natomiast nigdy nie pozwalam, żeby fakty ograniczały moc dobrej opowieści. Płynie ona bowiem wartko jak woda, niewinnie i niepostrzeżenie, drążąc koryto w skałach, wzgórzach i w darni, i nim ktokolwiek się połapie, co się dzieje, rzeźbi ziemię w śmiały, nowy pejzaż. O ile Peter wybierał milczenie, cierpliwość i nieskończoną dobroć, najlepszą bronią w moim kołczanie była bezpośrednia prawda niesiona strzałą dobrze opowiedzianej historii.
W każdym razie prawda ma wiele obliczy.
Podobnie, na przykład, jak to miejsce. Siedziałam wygodnie na wiejskiej sofie z francuskiej prowincji, popijałam herbatę z kwiatów pomarańczy i z uznaniem przyglądałam się detalom przyzwoicie urządzonego salonu. Nie epatował przepychem. Panowała w nim aura subtelnej zamożności, z każdego blatu zwisały sople koronek, tu i ówdzie na lampach i kotarach połyskiwały kryształowe akcenty. Meble z litego mahoniu z wcześniejszego okresu panowania królowej Wiktorii sprawiały wrażenie nieco zniszczonych, ale jednocześnie wygodnych. Na gramofonie trzeszczała płyta z muzyką Mozarta, a mnie ogrzewał gruby koc, którym przykryłam kolana, oraz trzaskający w kominku ogień.
Jednak z zewnątrz budynek wyglądał jak siedem nieszczęść. Na wpół opuszczona stara wiejska rezydencja sypała się bardziej niż ciąg myśli ciotki Agaty w zimowy wieczór. Przekrzywione wieżyczki ledwo się trzymały, z murów odpadał tynk, fasada się kruszyła, a zamiast schodów pozostała sterta cegieł. W nieużywanych skrzydłach domu brakowało całych połaci dachu.
Och, jedna wielka mistyfikacja. Takie jednak jest życie - co innego mówimy sobie, co innego prezentujemy widzom. Zwykle jedno nie pokrywa się z drugim. Wszyscy łączymy w sobie romans, komedię i tragedię, pokazujemy światu różne oblicza.
Osobiście preferowałam opowieści przygodowe. Od czasu do czasu tolerowałam romans.
Kolejny łyk, cytrusowe aromaty otuliły zmysły. I nagle skrzypnęły drzwi - wrócili. Mocniej ścisnęłam uszko filiżanki.
Nadszedł czas.
Rozkojarzone myśli znów powróciły do Petera, do jego opanowanego, czujnego spojrzenia, które przenikało bujność i przepych moich opowieści, potrafiło przejrzeć głupie nieścisłości, natychmiast dostrzegając prawdę. Zadygotałam pod wilgotnym ubraniem. Obecne zamknięcie działało poniekąd na jego korzyść, nie mógł bowiem przerwać mi opowieści ani jej skorygować.
Tak czy owak, to wszystko dla niego. Dla nieszczęsnego, nieroztropnego, zbyt pryncypialnego i absolutnie niezastąpionego Petera Driscolla. Nie żeby tak w pełni na to zasługiwał, na tę próbę ratunku - co to, to nie. Ten człowiek mógł mieć na sumieniu bardzo wiele grzeszków - bywał utrapieniem, naruszał zasady i tak dalej. Jednak zabicie mnie do nich nie należało.
Usłyszałam szelest zdejmowania odzieży przeciwdeszczowej, pomrukiwania i ciężkie męskie kroki w korytarzu. Wypiłam łyk herbaty. Czekałam. Aż z hukiem otworzyły się drzwi salonu i zjawił się w nich najbardziej ubłocony mundur, jaki kiedykolwiek widziałam, noszony przez mężczyznę olbrzyma, który wydawał się kipieć ze złości.
- Co to... co... kim pani jest?
Wrzuciłam do herbaty jeszcze jedną kostkę cukru i porządnie zamieszałam.
- Jestem Lily Temple, panie Mutton, i przyszłam tu po to, żeby panu pomóc.
Wybałuszył oczy, stojąc w progu z głupią miną. Deszcz i błoto kapały z niego na przetarty dywan.
- Ale weszła pani do mojego domu!
- To najbardziej logiczne miejsce, żeby pana zastać.
Kolejną zaskakującą rzeczą był fakt, że ta okazała, stara i pełna sprzeczności posiadłość w istocie pełniła funkcję więzienia. Tymczasowego miejsca zatrzymania dla przestępców z okolic Brighton i Hove, oczekujących na przewiezienie do Old Bailey w Londynie i niesprawiedliwy wyrok sądowy.
Mój Peter był jednym z nich.
- Nie przepadam za ściganiem kogoś przez pola i pastwiska, zwłaszcza podczas ulewy. - Wyprostowałam się na sofie wypełnionej końskim włosiem, odrzuciłam koc z kolan i wsunęłam pod nią obute stopy, zakotwiczając się. - Przyszłam porozmawiać z panem o pewnym więźniu, jeśli byłby pan łaskaw poświęcić mi chwilę. Albo dwie lub trzy, jako że aura i tak zatrzyma pana pod dachem. Proszę wejść i usiąść, napaliłam w kominku.
Nadal stał i ociekał.
- Jak, u diaska, pani tu weszła?
- Drzwiami. - Przerwałam, żeby wypić kolejny łyk, który rozgrzał mnie od środka. - Inaczej musiałabym stłuc szybę, a nie uśmiechało mi się postrzępienie nowej sukienki, gdybym zahaczyła o odłamki szkła.
Skierował spojrzenie na okno, jakby chciał się upewnić, że deszcz rzeczywiście bębni w grube szyby, a potem znów przeniósł je na mnie.
- Drzwi były zamknięte na klucz.
- W rzeczy samej. Och, ależ jestem nieokrzesana - pozwoli pan, że przyniosę panu herbatę. Ma pan jeszcze jedną filiżankę? - Zerwałam się z miejsca i podeszłam do serwantki, gdzie znalazłam stołową porcelanę. - Słodzi pan?
Zrobił cztery kroki w moją stronę, a deski zaskrzypiały pod ciężkimi butami. Zmrużył oczy. Patrzyłam na jego pobrużdżoną twarz. W uszach zadudnił mi jego zgrzytliwy głos.
- Wynoś się, ty głupia kobieto. I to już.
Zamknęłam filiżankę w dłoniach, milcząc przez chwilę i głęboko wdychając zatęchłe powietrze.
- Wyjdę po tym, jak mnie pan wysłucha.
Nie zamierzał się na to godzić. Widziałam to po jego minie.
Jeszcze tego pożałuje. Lily Temple miała kilka asów w rękawie.
Wyrwał mi z rąk pustą filiżankę i cisnąwszy ją na podłogę, odmaszerował sztywnym krokiem.
- Co się pani, do diaska, wydaje? Że kim pani jest?
- Już mówiłam. Lily Temple. A wysłuchanie mnie leży w pańskim najlepszym interesie.
Wytrzeszczył oczy. Moje imię i nazwisko dopiero teraz do niego dotarło.
- Jest pani... jest pani...
- Uparta? - Chwyciłam swoją herbatę, po czym dziarsko do niego podeszłam, a stukot moich butów niósł się po pustej przestrzeni. - W stu procentach. I jest coś, czego musi się pan dowiedzieć o Peterze Driscollu. Jest niewinny, a przetrzymywanie go tutaj w taki sposób to zwykła nikczemność.
Patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, pobladły, po czym szybko się opanował.
- Nic mnie nie przekona, słyszy pani? Dobrze mi płacą za trzymanie ich pod kluczem i nie zamierzam zrujnować sobie kariery, wypuszczając ich na wolność. Choćby jednego. Niebezpieczna z nich zgraja, z tych więźniów.
Parsknęłam śmiechem. Nie mogłam się pohamować. Może dlatego, że gra toczyła się o wszystko, może z powodu napiętych nerwów... albo na myśl, że Petera Driscolla można nazwać "niebezpiecznym".
- Czym panu płacą? Dachem nad głową? - Rozejrzałam się po starej, zakurzonej rezydencji zamienionej w więzienie.
Spojrzał na mnie spode łba.
- Driscoll zabił kobietę - wiedziała pani o tym?
- Zabił? Czyżby?
Spuścił wzrok, potem znów go na mnie podniósł, wyraźnie zbity z tropu. Usiłował zrozumieć. Albo zastanawiał się, czy ma wierzyć, że podałam prawdziwe nazwisko.
- Zeznało tak dokładnie szesnaścioro różnych świadków. W dodatku skradł jej bezcenny klejnot. Ni mniej, ni więcej, tylko Łzę Briarwood. Nie daruje mu tego żaden londyński sędzia. Chyba że umrze, zanim trafi na szubienicę, strzeż, Boże, jego biednej duszy. Wspomni pani moje słowa, ten człowiek za to zawiśnie.
Wypuściłam filiżankę z rąk. Roztrzaskała się na podłodze.
Za drzwiami zadudniły buty.
- Co to? - Następnie pokrzykiwania odbijające się od ścian pustych komnat. - Tutaj. Stąd było słychać.
Publiczność! Doskonale.
Mutton pchnął mnie w kierunku drzwi.
- Precz, precz, precz! Nie dam się wciągnąć w utarczki z jakąś smarkulą, jeszcze tego by brakowało. Idź sobie stąd.
- A moja opowieść? Jeszcze jej pan nie wysłuchał. A jest naprawdę dobra.
Rzucił się na mnie z gniewnym pomrukiem, chcąc mnie złapać. Zamiast tego stłukł prawie metrowy wazon.
Traaach.
Zamarłam. On też. Wysoko na wieżach bez dachu zatrzepotały skrzydła. Gdzieś w oddali kapała woda.
Głosy... a potem tupot nóg. Do środka wparowało sześciu bądź siedmiu mężczyzn, łącznie z czerwonym na twarzy posterunkowym Willisem w łopoczącym płaszczu.
- Co się tu dzieje, Mutton? - Górujący nad pozostałymi brodaty olbrzym zmierzył mnie wzrokiem z góry na dół. - Żadnych kobiet, taka była umowa. To pańskie ostatnie ostrzeżenie.
Zaraz, zaraz - a któż to stał za nim? Jakiś dżentelmen o arystokratycznej aparycji, z dobrze znajomym złotym herbem na piersi. Zapewne jeden z niesławnego kręgu bywalców Marlborough House, hulaszczego towarzystwa ni mniej, ni więcej jak samego króla Edwarda. Króla! Poczułam mrowienie aż po koniuszki palców.
To dopiero widownia! Idealnie się składa.
Biedny Mutton wciąż się kajał za moimi plecami.
- Ona nie... ona... właśnie wychodzi. - Pchnął mnie w kierunku korytarza, brutalnie dociskając ręce do moich łopatek. Zaparłam się obcasami i potknęłam.
Jakby można było powstrzymać zwykłą siłą fizyczną taki rozpędzony parowóz, jakim były moje plany. Zrobiłam unik i wykręciłam głowę do mężczyzn.
- Przeszukajcie jego kieszenie.
Mocniej mnie popchnął.
- Precz, głupia...
- Chwileczkę. Co takiego pani powiedziała? - Posterunkowy do mnie podszedł, uciszając Muttona gestem dłoni.
- Powiedziałam: przeszukajcie mu kieszenie. - Stałam prosto jak trzcina, z założonymi na piersi ramionami.
Oblicze strażnika pociemniało bardziej niż burzowe niebo za oknem. Z groźnym warknięciem, od którego włosy stanęły mi dęba, utkwił we mnie wzrok i sięgnął najpierw do prawej, potem do lewej kieszeni spodni. Wywinął podszewkę.
- Tamta kieszeń. - Wskazałam jego pierś.
Wepchnął rękę do kieszonki wystrzępionej kamizelki i wyciągnął z niej długi łańcuszek naszyjnika. Widząc, co trzyma w dłoni, odrzucił go jak gorący kartofel i zatoczył się w tył, zderzając się z innymi mężczyznami.
Na wydeptanym dywanie leżała oprawa legendarnej Łzy Briarwood. Sześciu mężczyzn otoczyło półkolem tę starą złotą biżuterię z jakże dobrze rozpoznawalnymi motywami wijących się gałązek i liści. W oczy rzucał się jedynie brak dużego niebieskiego kamienia.
- Ale... gdzie jest szafir?
Wodzili spojrzeniem od delikatnego złotego łańcuszka do mężczyzny, który go upuścił. Biżuteria roztaczała swoisty urok. Po niebie przetoczył się odległy grzmot, deszcz siekł stare mury. Tykanie zegara odmierzało niezręczną ciszę. Kto wykona pierwszy ruch?
Po trzynastu tyknięciach uznałam, że muszę to być ja.
Zawsze kobieta bierze sprawy w swoje ręce, prawda?
- Sądzę, że chcieliby panowie wysłuchać tej historii, jako że przybyliście tu w celu wywiezienia stąd człowieka, który rzekomo mnie zamordował i ukradł naszyjnik.
- To pani? - wypalił posterunkowy Willis, a potem zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. - Pani. Pani jest...
Podeszłam bliżej, czując przypływ mocy. Ściszyłam głos, ponieważ teraz nie musiał już być donośny.
I tak zostanie usłyszany.
- Drogi są w tej chwili prawie nieprzejezdne, zwłaszcza dla więziennego powozu. Jestem zaskoczona, że konie dowiozły panów aż tutaj. Sądzę, że dzięki interesującej opowieści czas nie będzie się panom dłużył. Jeśli pan Mutton zechciałby poświęcić kilka chwil na jej wysłuchanie.
Cisza. A następnie posterunkowy zaprosił mnie do salonu szorstkim ruchem głowy.
Minęłam mężczyzn, wyjęłam filiżanki z narożnego kredensu, nogą odsunęłam na bok kawałki stłuczonej porcelany i nalałam herbaty.
Mężczyźni powoli wchodzili, w milczeniu odcinając drogę rezydującemu tu strażnikowi, który był teraz wplątany w historię z klejnotem.
Biedak piorunował mnie wzrokiem. Warczał, wykrzywiał twarz.
- Wiem, do czego pani zmierza, i nie dam się zmanipulować. Nie wierzę, że jest pani Lily Temple, i nie wypuszczę więźnia. - Przestąpił z nogi na nogę, a skórzana kabura zaskrzypiała. - Byli świadkowie. Wielu świadków. Miał broń. Oraz motyw. I dostęp. Wiedział, jak zdobyć naszyjnik. A pani nie wygląda ani trochę jak Lily Temple.
- Każda historia ma kilka warstw. Dobrze by było, gdyby pan o tym pamiętał. Cukier? - Wrzuciłam dwie kostki, nim zdążył odpowiedzieć, i podałam mu filiżankę.
Wziął ją ode mnie, ja zaś przycupnęłam na skraju zapadniętego starego fotela, z całej siły chwytając się poręczy. Byłam aktorką, profesjonalną bajarką, moją scenę stanowiła teraz cela oskarżonego człowieka, a jedyną broń opowieść. Oraz, miejmy nadzieję, spryt pozwalający zrobić z niej dobry użytek.
Dżentelmen o arystokratycznym wyglądzie wypił duszkiem herbatę niczym człowiek znający się na rzeczy, a potem pochylił się nad stołem, opierając łokciami o blat.
- A zatem, panno...
- Temple.
- Panno Temple. Racja. - Lustrował moją twarz, jakby chciał potwierdzić moją tożsamość albo jej zaprzeczyć. Przymrużone oczy wskazywały, że raczej skłaniał się ku zwątpieniu. Chyba nie wyglądałam aż tak inaczej bez warstwy makijażu i kostiumów?
W każdym razie nie wykonał żadnego gestu w kierunku uwolnienia Petera od zarzutów zabójstwa. Nie zamierzał też zadać żadnych pytań rzekomej ofierze mordercy.
- Jestem ciekaw, co ma pani do powiedzenia na temat szafiru, który każdy człowiek na świecie chciałby dostać w swoje ręce. Kamienia z tego naszyjnika. - Szybkim ruchem głowy wskazał sąsiednie pomieszczenie. - Gdzie on jest?
- No cóż... Odpowiadając na to pytanie, zdradziłabym zakończenie. - Dolałam mu herbaty i podsunęłam cukier. - Posłuchamy?
Mutton osunął się na wiekowe krzesło.
- Nie będziecie chyba słuchać jakiejś głupiej kobiety? Przy szesnaściorgu świadkach...
- A to? - Wyjęłam z torebki duży niebieski kamień i na jego widok wszyscy zaniemówili.
- Czy to jest...? - zaczął sędzia, ale pytanie zawisło w powietrzu.
Spoglądali po sobie, jakby się zastanawiali, czy aby nie wymachuję im przed nosem bezwartościowym świecidełkiem. Kamień połyskiwał i skrzył się w świetle głębokim lazurem, jakby rzeczywiście zerwano go z nieba, jak głoszą legendy.
Uśmiechnęłam się do porywczego mężczyzny.
- Ten, kto zna wszystkie odpowiedzi, nigdy nie pyta. - Trzymałam kamień w dwóch palcach. - A kto nie zadaje pytań, pozbawia się bogactwa wiedzy. - Nakryłam go drugą dłonią, szybko poruszyłam nadgarstkiem i klejnot zniknął. Wyciągnęłam przed siebie puste ręce. - Ponieważ zwodzą was nawet oczy, a prawda rzadko bywa oczywista. Za to opowieści... - Pochyliłam się z uśmiechem i wyjęłam szafir z kołnierza Muttona, pokazując go zebranym. - Mówią prawdę, która umyka naszym oczom.
- Urządziła pani piękne widowisko, panno Temple - rzekł spokojnie mężczyzna o wyglądzie księcia, ten z herbem na piersi. Wziął do ręki niebieski kamień i krytycznie mu się przyglądał. - Ale potrzebujemy więcej dowodów.
- Proszę go zatrzymać. - Energicznym ruchem głowy wskazałam kamień. - Doskonała imitacja, nie uważa pan? Wystarczy, by przykuć na chwilę uwagę. Warta ze dwa funty. Mimo wszystko zabiorę więźnia, ponieważ, jak widać, nikt mnie nie zamordował.
- To niemożliwe, panno Temple. Zwyczajnie nie jesteśmy upoważnieni do uchylenia nakazu aresztowania. Będzie pani musiała przedstawić dowody odpowiednim władzom i pozostawić decyzję wymiarowi sprawiedliwości.
- Ale...
- Nic, co pani powie, nie przekona nas do złamania prawa i uwolnienia w tej chwili tego człowieka, do narażania reputacji i ryzykowania utraty posady, nie warto zatem marnować czasu.
- Niech pan nie będzie taki pewien. Jeszcze panowie nie wysłuchali mojej opowieści. - Usadowiłam się wygodnie, spoglądając na ich pełne powątpiewania miny. - A więc... Obawiam się, że błoto zatrzyma nas tutaj na dłużej, a przecież jesteście panowie zaciekawieni, chociaż się do tego nie przyznajecie. Mogę zaczynać, jak sądzę.
Wzięłam ich milczenie za zgodę. Zaczerpnęłam powietrza, poprawiłam się w fotelu i przystąpiłam do odkrywania przed nimi wspomnień.
- Zaczęło się wiosną, kiedy George Smith wypuszczał balony napełnione gorącym powietrzem w St. Anne's Well Gardens i kiedy odbywały się tam wieczory muzyczne, a Peter Driscoll natknął się tam na mnie przez przypadek. Tak przynajmniej sądziłam.
Łatwo mi było podjąć opowieść o nim - o nas. Poniekąd całe moje życie zależało od tamtej chwili, podobnie jak wszystko, co się wtedy wydarzyło. Nawet jeśli już nie ujrzę twarzy Petera Driscolla, jeśli nigdy go nie wypuszczą - i Boże broń, zginie w Newgate - to już nigdy nie będę tą samą kobietą, którą byłam tamtego wieczoru w ogrodach ze źródłem.