Ulotna doskonałość - Gianrico Carofiglio

-
Proszę czekać

5

Klien­ta­mi For­nel­le­go byli męż­czy­zna i ko­bie­ta. Mąż i żona, kil­ka­na­ście lat star­si ode mnie, po­my­śla­łem, kie­dy ich zo­ba­czy­łem. Parę dni póź­niej z pro­to­ko­łów za­wie­ra­ją­cych ich dane do­wie­dzia­łem się, że prak­tycz­nie by­li­śmy ró­wie­śni­ka­mi.

Ude­rzył mnie wy­gląd męża. Miał pu­sty wzrok, zwie­szo­ne ra­mio­na, ubra­nia za duże na sie­bie. Kie­dy uści­sną­łem mu dłoń, mia­łem wra­że­nie, że trzy­mam w ręku ma­łe­go, nie­szczę­śli­we­go bez­krę­gow­ca.

Żona spra­wia­ła lep­sze wra­że­nie. Była ubra­na z pew­ną dozą ele­gan­cji, ale w jej oczach też tkwi­ło coś cho­re­go, echo ja­kiejś rany w ser­cu. Kie­dy we­szli do ga­bi­ne­tu, po­czu­łem po­wiew zim­ne­go i wil­got­ne­go wia­tru.

Przy­wi­ta­niu to­wa­rzy­szy­ło pew­ne skrę­po­wa­nie, któ­re nie znik­nę­ło do koń­ca spo­tka­nia.

- Pań­stwo Fer­ra­ro są mo­imi klien­ta­mi od wie­lu lat. To­ni­no, zna­czy An­to­nio - ski­nął gło­wą w kie­run­ku męża, jak­by się oba­wiał, że mogę po­my­śleć, że to żona ma na imię To­ni­no - po­sia­da kil­ka skle­pów z wy­po­sa­że­niem kuch­ni w Bari i oko­li­cach. Ro­sa­ria była na­uczy­ciel­ką wy­cho­wa­nia fi­zycz­ne­go, ale parę lat temu ode­szła ze szko­ły i te­raz pra­cu­je z mę­żem, po­ma­ga­jąc mu w ad­mi­ni­stra­cji. Mają dwój­kę dzie­ci.

Prze­rwał i za­milkł na chwi­lę. Spoj­rza­łem naj­pierw na nie­go, po­tem na An­to­nia zwa­ne­go To­ni­nem, a po­tem na Ro­sa­rię. Wró­ci­łem wzro­kiem do For­nel­le­go z py­ta­ją­cym uśmie­chem, któ­ry zmie­nił się na mo­jej twa­rzy w coś w ro­dza­ju gry­ma­su. Z uli­cy do­szedł nas ha­łas, jak­by od­głos ude­rza­nych blach, i po­my­śla­łem, że pew­nie stuk­nę­ły się dwa sa­mo­cho­dy. For­nel­li kon­ty­nu­ował.

- Cór­kę, star­szą, i szes­na­sto­let­nie­go syna. Ni­co­la cho­dzi do li­ceum. Cór­ka, Ma­nu­ela, ma dwa­dzie­ścia dwa lata i stu­diu­je w Rzy­mie, na uni­wer­sy­te­cie LU­ISS.

Prze­rwał, jak­by mu­siał wziąć głę­bo­ki od­dech albo ze­brać siły.

- Ma­nu­ela znik­nę­ła sześć mie­się­cy temu.

Nie wiem dla­cze­go na te sło­wa za­mkną­łem oczy, ale mu­sia­łem je za­raz otwo­rzyć, bo w ciem­no­ści pod po­wie­ka­mi zo­ba­czy­łem ośle­pia­ją­ce kule świa­tła.

- Znik­nę­ła? W ja­kim sen­sie?

Do­praw­dy in­te­li­gent­ne py­ta­nie, po­my­śla­łem se­kun­dę póź­niej. W ja­kim sen­sie znik­nę­ła? Na pew­no cho­dzi­ło im o to, że za­pa­dła się pod zie­mię pod­czas po­ka­zu ma­gii. Gu­er­rie­ri, ale ty dzi­siaj je­steś bły­sko­tli­wy.

Oj­ciec spoj­rzał na mnie z nie­okre­ślo­nym wy­ra­zem twa­rzy. Wy­glą­dał, jak­by chciał się ode­zwać, ale w koń­cu nie po­wie­dział ani sło­wa. Mia­łem wra­że­nie, że zwy­czaj­nie nie był w sta­nie. Kie­dy mu się przy­glą­da­łem, przy­szły mi do gło­wy sło­wa pio­sen­ki Fran­ce­sca De Gre­go­rie­go: Co­no­sce­te per caso una ra­gaz­za di Roma, la cui fac­cia ri­cor­da il crol­lo di una diga? Twarz pana Fer­ra­ry, sprze­daw­cy me­bli ku­chen­nych, przy­po­mi­na­ła wła­śnie gru­zo­wi­sko fa­lo­chro­nu.

Od­po­wie­dzia­ła żona.

- Ma­nu­ela znik­nę­ła we wrze­śniu. Po­je­cha­ła na week­end do zna­jo­mych, któ­rzy mają trul­li1 mię­dzy Ci­ster­ni­no a Ostu­ni. W nie­dzie­lę po po­łu­dniu ko­le­żan­ka pod­wio­zła ją na sta­cję ko­le­jo­wą w Ostu­ni. Od tego mo­men­tu wszel­ki ślad po niej za­gi­nął.

Przy­tak­ną­łem, nie wie­dząc, co po­wie­dzieć. Chcia­łem wy­ra­zić zro­zu­mie­nie, bli­skość, ale co moż­na po­wie­dzieć ro­dzi­com roz­pa­cza­ją­cym po za­gi­nię­ciu cór­ki? Ach, przy­kro mi, ale nie przej­muj­cie się, ta­kie rze­czy się zda­rza­ją. Zo­ba­czy­cie, nie­dłu­go się od­naj­dzie, ży­cie wró­ci do nor­my i to wszyst­ko bę­dzie się tyl­ko wy­da­wać złym snem.

Złym snem? Po­my­śla­łem, że je­że­li do­ro­sła oso­ba zni­ka na dłuż­szy czas - a sześć mie­się­cy to bar­dzo dłu­gi czas - to albo przy­da­rzy­ło się jej coś złe­go, albo po­sta­no­wi­ła ce­lo­wo znik­nąć. Oczy­wi­ście, ist­nie­je za­wsze moż­li­wość, że stra­ci­ła pa­mięć, że gdzieś się błą­ka i wcze­śniej czy póź­niej zo­sta­nie od­na­le­zio­na. Cza­sa­mi tak się zda­rza ze star­szy­mi oso­ba­mi. Ale Ma­nu­ela nie jest sta­rusz­ką. A tak w ogó­le, po co im ad­wo­kat? Cze­go mo­gli ode mnie chcieć? Dla­cze­go przy­szli do mnie? Za­sta­na­wia­łem się, kie­dy mogę za­dać te py­ta­nia, nie wy­cho­dząc na bez­dusz­ne­go.

- Oczy­wi­ście ko­le­żan­kę prze­słu­cha­ła po­li­cja albo ka­ra­bi­nie­rzy?

- Oczy­wi­ście. Śledz­two zo­sta­ło prze­pro­wa­dzo­ne przez ka­ra­bi­nie­rów. Mamy ko­pie wszyst­kich akt, po­tem przy­nio­sę ci je do kan­ce­la­rii - po­wie­dział For­nel­li.

Dla­cze­go miał­by mi je przy­no­sić? Krę­ci­łem się na krze­śle, jak za­wsze, kie­dy nie wiem, co się dzie­je, i czu­ję się nie­swo­jo.

- W każ­dym ra­zie po­wiem ci już te­raz w skró­cie. Ma­nu­ela nie mia­ła sa­mo­cho­du, po­je­cha­ła ze zna­jo­my­mi. Mu­sia­ła zja­wić się w domu w nie­dzie­lę po po­łu­dniu, ale nie zna­la­zła ni­ko­go, kto by ją za­brał do Bari, więc po­pro­si­ła o pod­wie­zie­nie na sta­cję w Ostu­ni, żeby wró­cić po­cią­giem.

- Czy na pew­no do nie­go wsia­dła?

- Wy­da­je się, że tak, cho­ciaż nie wie­my tego z pew­no­ścią. Na pew­no ku­pi­ła bi­let.

- Dla­cze­go mó­wisz, że na pew­no ku­pi­ła bi­let?

- Ka­ra­bi­nie­rzy prze­słu­cha­li ka­sje­ra. Po­ka­za­li mu zdję­cia i on pa­mię­tał Ma­nu­elę.

To dość nie­zwy­kłe, po­my­śla­łem. Ka­sje­rzy, tak jak przed­sta­wi­cie­le in­nych za­wo­dów, któ­rzy mają do czy­nie­nia z dużą licz­bą lu­dzi, pra­wie nie pa­trzą na swo­ich klien­tów. Prak­tycz­nie ich nie wi­dzą, a je­śli już, to za­raz za­po­mi­na­ją. To nor­mal­ne, prze­wi­ja­ją się przed nimi ty­sią­ce twa­rzy, nie mogą wszyst­kich za­pa­mię­tać, chy­ba że jest ja­kiś spe­cjal­ny po­wód. For­nel­li od­gadł moje my­śli i od­po­wie­dział na py­ta­nie, któ­re­go nie za­da­łem.

- Ma­nu­ela jest bar­dzo ład­ną dziew­czy­ną, my­ślę, że z tego po­wo­du ka­sjer zwró­cił na nią uwa­gę.

- I mó­wisz, że nie dało się usta­lić, czy wsia­dła do po­cią­gu?

- Nie moż­na tego stwier­dzić z pew­no­ścią. Ka­ra­bi­nie­rzy prze­słu­cha­li kon­tro­le­rów ze wszyst­kich po­po­łu­dnio­wych po­cią­gów. Tyl­ko jed­ne­mu wy­da­wa­ło się, że wi­dział dziew­czy­nę po­dob­ną do Ma­nu­eli, ale był dużo mniej pe­wien od ka­sje­ra. Po­wiedz­my, że moż­li­we, iż wsia­dła do po­cią­gu, po­tem zo­ba­czysz pro­to­ko­ły, ale nie mo­że­my być tego pew­ni.

- Kie­dy zda­li so­bie spra­wę z za­gi­nię­cia cór­ki?

- To­ni­no i Ro­sa­ria mają wil­lę w Ca­stel­la­ne­ta Ma­ri­na. Byli tam z Ni­co­lą. Ma­nu­ela po kil­ku dniach wy­je­cha­ła. Mó­wi­ła, że spę­dzi week­end w trul­lo zna­jo­mych. Za­dzwo­ni­ła stam­tąd, że wró­ci do Rzy­mu w nie­dzie­lę wie­czo­rem, po­cią­giem albo sa­mo­cho­dem, je­że­li ktoś ją pod­wie­zie. W na­stęp­nym ty­go­dniu mia­ła się po­ja­wić na uni­wer­sy­te­cie, chy­ba żeby spo­tkać się z któ­rymś z wy­kła­dow­ców albo za­ła­twić coś w dzie­ka­na­cie.

- Mia­ła się spo­tkać z pro­fe­so­rem - po­wie­dzia­ła mat­ka.

- O, wła­śnie. W każ­dym ra­zie zda­li so­bie spra­wę z za­gi­nię­cia w po­nie­dzia­łek. To­ni­no i Ro­sa­ria wró­ci­li do domu, do Bari, w nie­dzie­lę w nocy. Ma­nu­ela nie za­dzwo­ni­ła na­stęp­ne­go dnia rano, ale to było dość nor­mal­ne. Ro­sa­ria pró­bo­wa­ła się z nią skon­tak­to­wać po po­łu­dniu, ale nu­mer był nie­osią­gal­ny.

Mat­ka zno­wu się włą­czy­ła, pod­czas gdy oj­ciec sie­dział w mil­cze­niu.

- Pró­bo­wa­łam się do niej do­dzwo­nić ze dwa albo trzy razy, ale była poza za­się­giem. Po­tem wy­sła­łam jej wia­do­mość, żeby się do mnie ode­zwa­ła, ale tego nie zro­bi­ła. Wte­dy za­czę­łam się nie­po­ko­ić. Pró­bo­wa­łam całe po­po­łu­dnie, ale mia­ła wciąż wy­łą­czo­ną ko­mór­kę. W koń­cu za­dzwo­ni­łam do Ni­co­let­ty, jej współ­lo­ka­tor­ki w Rzy­mie. Po­wie­dzia­ła, że Ma­nu­ela nie wró­ci­ła do domu.

- A czy wy­glą­da na to, że za­trzy­ma­ła się po dro­dze w domu w Bari?

Od­po­wie­dział mi For­nel­li, bo Ro­sa­ria od­dy­cha­ła cięż­ko, jak­by wspię­ła się kil­ka pię­ter po scho­dach.

- Por­tier­ka miesz­ka w tym sa­mym bu­dyn­ku i jest tam na­wet w nie­dzie­le, ale jej nie wi­dzia­ła. A w domu nie było żad­ne­go śla­du jej obec­no­ści. Po roz­mo­wie z Ni­co­let­tą za­dzwo­ni­li do in­nych zna­jo­mych Ma­nu­eli, ale nikt nic nie wie­dział. Tyl­ko tyle, że była w trul­lo i że wy­je­cha­ła w nie­dzie­lę po po­łu­dniu. Wte­dy za­dzwo­ni­li do ka­ra­bi­nie­rów, już za­pa­dła noc, ale ci od­po­wie­dzie­li, że nie mogą nic zro­bić. W spra­wie oso­by nie­let­niej mo­gli­by wsz­cząć po­szu­ki­wa­nia, ale cho­dzi­ło o do­ro­słą oso­bę, któ­ra mo­gła iść, do­kąd ze­chce, wy­łą­czyć te­le­fon i tak da­lej.

- I po­ra­dzi­li im, żeby przy­szli na­stęp­ne­go dnia rano, żeby zło­żyć za­wia­do­mie­nie.

- Tak jest. Więc pró­bo­wa­li za­dzwo­nić na po­li­cję, ale od­po­wiedź była mniej wię­cej taka sama. Wte­dy skon­tak­to­wa­li się ze mną. To­ni­no chciał wsia­dać w sa­mo­chód i je­chać do Rzy­mu, ale mu od­ra­dzi­łem. Co mógł zro­bić w Rzy­mie? Do­kąd pójść? Już roz­ma­wia­li z ko­le­żan­ką Ma­nu­eli, któ­ra po­wie­dzia­ła, że ta nie wró­ci­ła do domu. Zresz­tą nie było żad­nej pew­no­ści, że rze­czy­wi­ście wy­je­cha­ła do Rzy­mu. Wręcz prze­ciw­nie. Spę­dzi­li­śmy noc, dzwo­niąc do wszyst­kich zna­jo­mych Ma­nu­eli, któ­rych nu­me­ry te­le­fo­nów uda­ło nam się zna­leźć, ale bez re­zul­ta­tów.

Przez chwi­lę mia­łem do­kład­nie to samo dła­wią­ce, nie­zno­śne uczu­cie udrę­ki, ja­kim mu­sia­ła być prze­sy­co­na tam­ta noc, wśród go­rącz­ko­wych te­le­fo­nów i przy­cza­jo­nych, nie­na­zwa­nych lę­ków. Mia­łem ocho­tę, tak bez­sen­sow­ną jak nie­prze­moż­ną, żeby wstać i wy­biec z mo­jej wła­snej kan­ce­la­rii, żeby uciec przed tym stra­chem. I fak­tycz­nie, na kil­ka chwil ucie­kłem. By­łem przez mo­ment nie­obec­ny, jak­bym dał się za­ssać w ja­kieś inne miej­sce, bar­dziej bez­piecz­ne i mniej przy­tła­cza­ją­ce. Je­stem o tym prze­ko­na­ny, bo z pew­no­ścią umknę­ła mi część opo­wie­ści For­nel­le­go. Przy­po­mi­nam so­bie jego głos, prze­bi­ja­ją­cy się przez mgłę tego za­mro­cze­nia, w po­ło­wie roz­po­czę­te­go już zda­nia.

- ...i wte­dy zda­li so­bie spra­wę, że pro­blem jest po­waż­ny, i wsz­czę­li śledz­two. Prze­słu­cha­li masę lu­dzi, wy­cią­gnę­li bil­lin­gi roz­mów z ko­mór­ki Ma­nu­eli, spraw­dzi­li, czy nie ko­rzy­sta­no z jej kar­ty de­be­to­wej, prze­szu­ka­li jej kom­pu­ter. Byli bar­dzo do­kład­ni, ale przez te wszyst­kie mie­sią­ce nie zna­leź­li nic przy­dat­ne­go i dzi­siaj wie­my nie­wie­le wię­cej od tego, co wie­dzie­li­śmy pierw­sze­go dnia.

Dla­cze­go mi to wszyst­ko mó­wi­li? Może nad­szedł mo­ment na za­da­nie tego py­ta­nia.

- Bar­dzo mi przy­kro. Czy ja mogę pań­stwu w ja­kiś spo­sób po­móc?

Ko­bie­ta spoj­rza­ła na mo­je­go ko­le­gę. Na­wet jej mąż po­wo­li od­wró­cił się w jego kie­run­ku, jego twarz wy­glą­da­ła tak, jak­by w każ­dej chwi­li mia­ła się roz­sy­pać na ka­wał­ki. For­nel­li pa­trzył na nich przez mo­ment i po­tem zwró­cił się do mnie.

- Kil­ka dni temu roz­ma­wia­łem z za­stęp­cą pro­ku­ra­to­ra, któ­ry pro­wa­dzi spra­wę.

- Kto to jest?

- Nie­ja­ki Ca­rel­la, po­dob­no nie­daw­no prze­nie­sio­ny.

- Tak, do­pie­ro co przy­je­chał. Chy­ba z Sy­cy­lii.

- Co o nim my­ślisz?

- Jesz­cze go do­brze nie znam, ale po­wie­dział­bym, że jest po­rząd­ny. Może tro­chę po­wol­ny, ale wy­glą­da na ko­goś, kto pra­cu­je na swo­ją pen­sję.

For­nel­li skrzy­wił się pra­wie nie­zau­wa­żal­nie i za­pew­ne mi­mo­wol­nie.

- Kie­dy po­sze­dłem się z nim zo­ba­czyć, żeby spraw­dzić, czy są ja­kieś po­stę­py, po­in­for­mo­wał mnie, że przy­go­to­wu­je wnio­sek o za­mknię­cie spra­wy. Po­wie­dział, że upły­nę­ło już sześć mie­się­cy, a on nie ma żad­nych prze­sła­nek, któ­re by uza­sad­nia­ły prze­dłu­że­nie śledz­twa.

- Co ty na to?

- Pró­bo­wa­łem mu wy­tłu­ma­czyć, że nie moż­na tego tak zo­sta­wić. Od­po­wie­dział, że je­śli mam do­dat­ko­we su­ge­stie, on chęt­nie weź­mie je pod uwa­gę. W prze­ciw­nym wy­pad­ku zło­ży wnio­sek o odło­że­nie akt do ar­chi­wum. Pod­kre­ślił, że to oczy­wi­ście nie ozna­cza, iż nie bę­dzie moż­na po­now­nie otwo­rzyć spra­wy, je­śli po­ja­wią się nowe wąt­ki.

- Więc... - po­wie­dzia­łem, za­czy­na­jąc się do­my­ślać, dla­cze­go przy­szli do mnie.

- Za moją su­ge­stią To­ni­no i Ro­sa­ria chcie­li­by ci po­wie­rzyć przej­rze­nie akt i zna­le­zie­nie in­nych moż­li­wych kie­run­ków śledz­twa, któ­re mo­gli­by­śmy przed­sta­wić pro­ku­ra­to­ro­wi, za­nim za­mknie spra­wę.

- Je­stem wdzięcz­ny za za­ufa­nie, ale to jest za­da­nie dla de­tek­ty­wa, nie dla ad­wo­ka­ta.

- Nie chce­my zwra­cać się bez­po­śred­nio do pry­wat­ne­go de­tek­ty­wa. Ty je­steś ad­wo­ka­tem od pra­wa kar­ne­go, i to do­brym. Wi­dzia­łeś wie­le akt, wiesz, jak prze­bie­ga śledz­two. Nie mu­szę ci mó­wić, że pie­nią­dze są naj­mniej­szym pro­ble­mem. Po­wie­dział­bym na­wet, że nie są pro­ble­mem w ogó­le. Za­pła­ci­my ile trze­ba to­bie i de­tek­ty­wo­wi, je­że­li uznasz, że po­trze­bu­jesz jego po­mo­cy.

Tyle że nie wie­dzia­łem, jak miał­bym ich roz­li­czyć za taką usłu­gę. Mój cen­nik nie prze­wi­du­je "kon­sul­ta­cji de­tek­ty­wi­stycz­nej w po­szu­ki­wa­niach osób za­gi­nio­nych". Ta nie­sto­sow­na myśl po­ja­wi­ła się bez­wied­nie w mo­jej gło­wie i tro­chę mnie zmie­sza­ła. Ro­zej­rza­łem się po ga­bi­ne­cie i kie­dy na­po­tka­łem wzrok ojca, do­my­śli­łem się, że brał leki. Psy­cho­tro­po­we. Może dla­te­go wy­glą­dał na nie­obec­ne­go. Moje za­kło­po­ta­nie wzro­sło. Po­my­śla­łem, że po­wi­nie­nem grzecz­nie od­mó­wić, i tyle. Że nie w po­rząd­ku było ro­bić im złu­dze­nia i brać od nich pie­nią­dze. Ale nie wie­dzia­łem, jak to po­wie­dzieć.

Czu­łem się jak pod­ra­bia­ny bo­ha­ter ta­nich kry­mi­na­łów. Je­den z tych wy­mię­tych de­tek­ty­wów, któ­rzy mó­wią klien­to­wi, że nie mogą za­jąć się ich spra­wą, tyl­ko po to, aby nadać rytm opo­wia­da­niu, wpro­wa­dzić su­spens. A po­tem zmie­nia­ją zda­nie i rzu­ca­ją się w wir śledz­twa. I oczy­wi­ście roz­wią­zu­ją za­gad­kę.

Ale w tej hi­sto­rii nie było nic do roz­wią­zy­wa­nia. Może już nig­dy nie usły­szą nic o cór­ce, może cze­goś się jed­nak do­wie­dzą, ale ja z pew­no­ścią nie by­łem oso­bą, któ­ra mo­gła­by udzie­lić im in­for­ma­cji, ja­kich ocze­ki­wa­li.

Od­po­wie­dzia­łem, nie­mal nie zda­jąc so­bie spra­wy z tego, co mó­wię, nie kon­tro­lu­jąc w peł­ni swo­ich słów. I tak jak czę­sto mi się zda­rza, po­wie­dzia­łem coś zu­peł­nie in­ne­go od tego, co my­śla­łem.

- Nie chcę, żeby się pań­stwo łu­dzi­li. Praw­do­po­dob­nie, bar­dzo praw­do­po­dob­nie, pro­ku­ra­tu­ra i ka­ra­bi­nie­rzy zro­bi­li wszyst­ko, co w ich mocy. Je­śli oka­że się, że wy­stą­pi­ły ja­kieś ka­ry­god­ne nie­do­cią­gnię­cia, mo­że­my po­my­śleć o dal­szym śledz­twie i zło­że­niu wnio­sku o przed­sta­wie­nie do­dat­ko­wych do­wo­dów, ale po­wta­rzam: pro­szę so­bie nie ro­bić du­żych na­dziei. Mó­wi­łeś, że masz ko­pię akt?

- Tak, ju­tro ci je przy­nio­sę.

- Do­brze, ale nie mu­sisz sam przy­cho­dzić, przy­ślij ko­goś z kan­ce­la­rii.

For­nel­li wy­jął z kie­sze­ni ko­per­tę i po­dał mi ją tro­chę nie­zręcz­nym ge­stem.

- Gu­ido, dzię­ku­ję ci. To jest za­licz­ka na wy­dat­ki. To­ni­no i Ro­sa­ria na­le­ga­ją, że­byś ją przy­jął. Je­ste­śmy pew­ni, że uda ci się coś dla nas zro­bić. Dzię­ku­ję.

Ja­sne, po­my­śla­łem. Roz­wią­żę za­gad­kę mię­dzy bu­tel­ką whi­sky a po­rząd­ną bój­ką. Po­czu­łem się jak Nick Be­la­ne, gro­te­sko­wy pry­wat­ny de­tek­tyw z po­wie­ści Char­le­sa Bu­kow­skie­go, i wca­le nie było mi do śmie­chu.

Od­pro­wa­dzi­łem ich do drzwi i wró­ci­łem do ga­bi­ne­tu, prze­cho­dząc przez ciem­ną i opu­sto­sza­łą kan­ce­la­rię. Przez chwi­lę od­czu­wa­łem nie­po­kój, strach po­wra­ca­ją­cy z mo­je­go dzie­ciń­stwa. Usia­dłem przy biur­ku i spoj­rza­łem na ko­per­tę, któ­ra le­ża­ła tam, gdzie po­ło­żył ją For­nel­li. Otwo­rzy­łem ją i wy­cią­gną­łem czek wy­sta­wio­ny na nie­przy­zwo­icie wy­so­ką kwo­tę. Moja próż­ność zo­sta­ła mile po­łech­ta­na, ale za­raz ustą­pi­ła miej­sca za­że­no­wa­niu.

Po­my­śla­łem, że będę mu­siał zwró­cić im czek, ale po­tem zro­zu­mia­łem, że dla pań­stwa Fer­ra­ro - a może i dla For­nel­le­go - za­pła­ce­nie mi było spo­so­bem na uśmie­rze­nie nie­po­ko­ju. Da­wa­ło im ilu­zję, że po za­pła­cie nie­uchron­nie na­stą­pi ja­kieś kon­kret­ne i sku­tecz­ne dzia­ła­nie. Gdy­bym od­dał im czek, upew­nił­bym ich tyl­ko, że rze­czy­wi­ście nie moż­na już nic zro­bić, i za­brał­bym im tę odro­bi­nę tym­cza­so­wej na­dziei.

Nie mo­głem tego zro­bić. Jesz­cze nie.

Prze­śla­do­wa­ła mnie twarz pana An­to­nia Fer­ra­ro, zwa­ne­go To­ni­nem. Naj­wy­raź­niej osza­la­łe­go z bólu po stra­cie pier­wo­rod­nej cór­ki.

Wsze­dłem na YouTu­be i po­szu­ka­łem tej sta­rej pio­sen­ki. Opar­łem nogi na biur­ku i przy­mkną­łem oczy, słu­cha­jąc pierw­szych tak­tów na­gra­nia na żywo.

Lui ades­so vive ad Atlan­ti­de con un ca­pel­lo pie­no di ri­cor­di.

Ha la fac­cia di uno che ha ca­pi­to.2

Do­kład­nie tak.

1

Wszyst­ko za­czę­ło się od nie­win­nej roz­mo­wy te­le­fo­nicz­nej z daw­nym przy­ja­cie­lem z uni­wer­sy­te­tu.

Sa­bi­no For­nel­li jest ad­wo­ka­tem spe­cja­li­zu­ją­cym się w pra­wie cy­wil­nym. Kie­dy któ­ryś z jego klien­tów ma pro­ble­my kar­ne, Sa­bi­no dzwo­ni do mnie, prze­ka­zu­je mi spra­wę i nie chce o ni­czym wię­cej sły­szeć. Jak wie­lu in­nych cy­wi­li­stów uwa­ża, że in­sty­tu­cje pra­wa kar­ne­go są nie­bez­piecz­ny­mi i po­dej­rza­ny­mi miej­sca­mi, i woli trzy­mać się od nich z da­le­ka.

Za­dzwo­nił do mnie pew­ne­go mar­co­we­go po­po­łu­dnia, kie­dy by­łem za­ję­ty spraw­dza­niem skar­gi ka­sa­cyj­nej, któ­rą mia­łem zło­żyć na­stęp­ne­go dnia. Nie sły­sze­li­śmy się od paru mie­się­cy.

- Gu­er­rie­ri, cześć, co u cie­bie sły­chać?

- Wszyst­ko w po­rząd­ku. A u cie­bie?

- Nic no­we­go. Mój syn po­je­chał na trzy mie­sią­ce do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, na sty­pen­dium.

- Faj­nie. Świet­ny po­mysł, bę­dzie miał co wspo­mi­nać.

- Ja też będę miał co wspo­mi­nać. Od kie­dy wy­je­chał, moja żona do­pro­wa­dza mnie do sza­łu. Strasz­nie się o nie­go mar­twi.

Jesz­cze przez ja­kiś czas roz­ma­wia­li­śmy o wszyst­kim i o ni­czym, za­nim do­szli­śmy do sed­na spra­wy. Miał dwo­je klien­tów, któ­rzy chcie­li ze mną po­roz­ma­wiać w bar­dzo de­li­kat­nej i pil­nej spra­wie. Przy sło­wach "de­li­kat­nej i pil­nej" Sa­bi­no ści­szył głos, co wy­da­ło mi się tro­chę śmiesz­ne. Naj­bar­dziej po­waż­ną spra­wą, jaką do tej pory prze­ka­zał mi For­nel­li, był pe­wien dra­ma­tycz­ny przy­pa­dek, któ­ry do­ty­czył znie­wag, ob­ra­żeń cia­ła i na­ru­sze­nia miru do­mo­we­go.

Z uwa­gi na wcze­śniej­sze do­świad­cze­nia nie do koń­ca bra­łem na se­rio, kie­dy Sa­bi­no For­nel­li okre­ślał ja­kąś swo­ją spra­wę jako "de­li­kat­ną i pil­ną".

- Ju­tro jadę do Rzy­mu i nie wiem, o któ­rej wró­cę. Po­ju­trze jest so­bo­ta, więc przy­ślij ich - rzu­ci­łem okiem na ka­len­darz - w po­nie­dzia­łek wie­czo­rem, po ósmej. O co w ogó­le cho­dzi?

Za­pa­dła krót­ka ci­sza.

- Może być po ósmej. Przyj­dę z nimi, ra­zem ci wy­tłu­ma­czy­my. Tak bę­dzie le­piej.

Te­raz to ja za­mil­kłem na chwi­lę. Nig­dy wcze­śniej For­nel­li nie to­wa­rzy­szył klien­tom, któ­rych kie­ro­wał do mo­jej kan­ce­la­rii. Chcia­łem za­py­tać, dla­cze­go tym ra­zem zmie­nił za­sa­dy i cze­mu nie może mi nic po­wie­dzieć przez te­le­fon, ale coś mnie po­wstrzy­ma­ło. Więc się zgo­dzi­łem, w po­rząd­ku, zo­ba­czy­my się u mnie, w po­nie­dzia­łek o ósmej trzy­dzie­ści, i skoń­czy­li­śmy roz­mo­wę.

Przez chwi­lę za­sta­na­wia­łem się, jaka to może być spra­wa. Ni­cze­go nie wy­my­śli­łem, więc w koń­cu wró­ci­łem do swo­jej ka­sa­cji.

4

Po po­wro­cie do domu za­dzwo­ni­łem do klien­ta i pró­bo­wa­łem zi­gno­ro­wać gę­stą ci­szę, któ­ra za­pa­dła mię­dzy nami, kie­dy prze­ka­za­łem mu in­for­ma­cję. Sta­ra­łem się nie my­śleć o ży­ciu, któ­re w tej ci­szy roz­pa­da­ło się na ka­wał­ki, i kie­dy odło­ży­łem słu­chaw­kę, po­my­śla­łem, że je­stem za sta­ry do tej ro­bo­ty.

Po­tem pró­bo­wa­łem przy­go­to­wać ko­la­cję z tego, co zna­la­złem w lo­dów­ce, ale w koń­cu tyl­ko wy­pi­łem całą bu­tel­kę moc­ne­go czer­wo­ne­go pri­mi­ti­vo. Spa­łem krót­ko i nie­spo­koj­nie, a cały week­end był po­wol­ną, mę­czą­cą prze­pra­wą przez sza­rość. W so­bo­tę po­sze­dłem do kina, ale wy­bra­łem zły film, a po wyj­ściu cze­kał na mnie drob­ny nie­usta­ją­cy deszcz. Pa­da­ło przez całą nie­dzie­lę, któ­rą spę­dzi­łem w domu na czy­ta­niu, ale książ­ki też wy­bra­łem złe, i naj­lep­szą rze­czą w ca­łym dniu oka­za­ły się sta­re od­cin­ki Hap­py Days, któ­re le­cia­ły na ka­na­le sa­te­li­tar­nym.

Kie­dy wsta­łem w po­nie­dzia­łek rano, wyj­rza­łem za okno, zo­ba­czy­łem, że spo­za po­zo­sta­ło­ści chmur wy­zie­ra tro­chę słoń­ca, i by­łem szczę­śli­wy, że ten week­end już się skoń­czył.

Spę­dzi­łem cały dzień w są­dzie, mię­dzy bła­hy­mi roz­pra­wa­mi a wi­zy­ta­mi w urzę­dach są­do­wych.

Po po­łu­dniu po­sze­dłem do mo­jej kan­ce­la­rii. Mo­jej no­wej kan­ce­la­rii. Prze­pro­wa­dzi­łem się po­nad czte­ry mie­sią­ce temu, ale za każ­dym ra­zem, kie­dy pcha­łem cięż­kie drzwi pan­cer­ne, któ­re ar­chi­tekt uparł się za­in­sta­lo­wać, czu­łem się za­gu­bio­ny. I za każ­dym ra­zem za­da­wa­łem so­bie tę samą li­stę py­tań. Gdzie, u dia­ska, je­stem? A przede wszyst­kim - kto ka­zał mi się wy­pro­wa­dzić z mo­jej sta­rej, ma­łej i wy­god­nej kan­ce­la­rii i prze­nieść w to obce miej­sce, sztucz­nie pach­ną­ce pla­sti­kiem, drew­nem i skó­rą?

Tak na­praw­dę zna­la­zło­by się kil­ka świet­nych po­wo­dów tej prze­pro­wadz­ki. Przede wszyst­kim Ma­ria Te­re­sa w koń­cu skoń­czy­ła stu­dia praw­ni­cze i za­py­ta­ła, czy może zo­stać w kan­ce­la­rii, ale jako apli­kant­ka, nie se­kre­tar­ka. Więc mu­sia­łem zna­leźć ko­goś in­ne­go, kto za­jął­by się se­kre­ta­ria­tem. Za­trud­ni­łem sześć­dzie­się­cio­let­nie­go dżen­tel­me­na na­zwi­skiem Pa­squ­ale Ma­ci­na, któ­ry przez wie­le lat pra­co­wał dla mo­je­go star­sze­go ko­le­gi i zo­stał bez pra­cy, kie­dy tam­ten zmarł.

Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie zna­jo­my pro­fe­sor uni­wer­sy­tec­ki po­pro­sił mnie, że­bym przy­jął do kan­ce­la­rii jego cór­kę, któ­ra chcia­ła zo­stać kar­nist­ką. Zda­ła już eg­za­mi­ny ad­wo­kac­kie, ale w kan­ce­la­rii ojca za­wsze się zaj­mo­wa­ła spra­wa­mi cy­wil­ny­mi i zda­ła so­bie spra­wę, że zu­peł­nie jej to nie od­po­wia­da.

Con­su­elo zo­sta­ła ad­op­to­wa­na. Po­cho­dzi z Peru. Ma ciem­ną cerę i okrą­głą twarz o po­licz­kach, przez któ­re na pierw­szy rzut oka wy­glą­da tro­chę śmiesz­nie, jak cho­mik. Ale cza­sa­mi, kie­dy na­po­ty­kasz jej wzrok, zda­jesz so­bie spra­wę z tego, że "śmiesz­nie" nie jest sło­wem naj­bar­dziej dla niej od­po­wied­nim. Czar­ne oczy Con­su­elo, kie­dy prze­sta­ją się uśmie­chać, mają bar­dzo pro­ste prze­sła­nie: wal­czę aż do śmier­ci.

Przy­ją­łem ją i w ten spo­sób, w cią­gu kil­ku mie­się­cy, licz­ba per­so­ne­lu w mo­jej dość ma­łej kan­ce­la­rii zwięk­szy­ła się z dwóch do czte­rech. Sy­tu­acja sta­ła się nie­zno­śna.

Mu­sia­łem po­szu­kać cze­goś no­we­go. Zna­la­złem lo­kal na sta­rym mie­ście, bar­dzo ład­ny, ale wy­ma­ga­ją­cy grun­tow­ne­go re­mon­tu. Do re­mon­tów mam po­dob­ny sto­su­nek jak do he­mo­ro­idów. Zna­la­złem ar­chi­tek­ta, któ­ry uwa­żał się za ar­ty­stę i nie ży­czył so­bie, żeby za­wra­ca­no mu gło­wę ta­ki­mi rze­cza­mi jak opi­nia klien­ta albo ba­nal­ny­mi kwe­stia­mi ceny ma­te­ria­łów czy me­bli oraz wy­so­ko­ści jego ho­no­ra­rium.

Ro­bo­ty za­koń­czy­ły się po trzech mie­sią­cach kosz­ma­ru. Po­wi­nie­nem być za­do­wo­lo­ny, ale nie mo­głem się przy­zwy­cza­ić do no­wej sy­tu­acji. Nie wi­dzia­łem sie­bie w roli wła­ści­cie­la ta­kie­go lo­ka­lu. Za­nim do­ro­bi­łem się no­wej kan­ce­la­rii, kie­dy wcho­dzi­łem do kan­ce­la­rii ta­kiej jak moja obec­na, my­śla­łem so­bie za­wsze, że wła­ści­ciel musi być dup­kiem. Te­raz tym dup­kiem zo­sta­łem ja i trud­no mi było do tej my­śli się przy­zwy­cza­ić.

 

Za­mkną­łem za sobą drzwi pan­cer­ne, przy­wi­ta­łem się z Pa­squ­alem, przy­wi­ta­łem się z Ma­rią Te­re­są, przy­wi­ta­łem się z Con­su­elo i ucie­kłem do mo­je­go ga­bi­ne­tu. Włą­czy­łem kom­pu­ter i nie­dłu­go po­tem na ekra­nie po­ja­wił się ka­len­darz z roz­kła­dem spo­tkań za­pla­no­wa­nych na to po­po­łu­dnie. Trzy. Pierw­sze z ar­chi­tek­tem miej­skim, któ­ry miał zwy­czaj do­ma­ga­nia się ko­rzy­ści ma­jąt­ko­wych w za­mian za nie­utrud­nia­nie spraw, któ­ry­mi się zaj­mo­wał. W ję­zy­ku praw­ni­czym na­zy­wa się to wy­mu­sze­niem ła­pów­ki i sta­no­wi dość po­waż­ne prze­stęp­stwo. Po­li­cja fi­nan­so­wa do­ko­na­ła prze­szu­ka­nia w jego biu­rze i te­raz ar­chi­tekt pa­ni­ko­wał, nie­zu­peł­nie bez­pod­staw­nie prze­ko­na­ny, że w każ­dej chwi­li mogą go za­mknąć. Dru­gie spo­tka­nie było z żoną jed­ne­go z mo­ich sta­łych klien­tów, za­wo­do­we­go wła­my­wa­cza, któ­re­go aresz­to­wa­no po raz ko­lej­ny. W koń­cu, tuż przed za­mknię­ciem, miał przyjść Sa­bi­no For­nel­li ze swo­imi klien­ta­mi w tej spra­wie, o któ­rej nie mógł mi nic po­wie­dzieć przez te­le­fon.

Przy­ją­łem ar­chi­tek­ta, a po­tem żonę zło­dzie­ja ra­zem z Con­su­elo. Kie­dy ją przed­sta­wiam, klien­ci za­wsze ro­bią nie­co za­sko­czo­ną minę.

- Pani Fa­via współ­pra­cu­je ze mną, wraz ze mną bada pań­ską spra­wę.

Współ­pra­cu­je?

To py­ta­nie, w mniej lub bar­dziej wi­docz­ny spo­sób, po­ja­wia się we wzro­ku klien­tów. Wte­dy pre­cy­zu­ję.

- Me­ce­nas Con­su­elo Fa­via pra­cu­je ze mną od kil­ku mie­się­cy. Wspól­nie zaj­mie­my się pań­ską spra­wą.

Za­sko­cze­nie jest ra­czej uza­sad­nio­ne i z re­gu­ły nie ma nic wspól­ne­go z ra­si­zmem. Po pro­stu nikt w Bari, a wła­ści­wie w ca­łych Wło­szech, nie spo­dzie­wa się jesz­cze, że ciem­no­skó­ra dziew­czy­na o an­dyj­skich ry­sach może być praw­ni­kiem.

Ar­chi­tekt miał ze­ga­rek, na któ­ry nig­dy nie mógł­by so­bie po­zwo­lić ze swo­jej pen­sji, był ubra­ny w gra­fi­to­wy gar­ni­tur i czar­ny pod­ko­szu­lek w sty­lu pod­sta­rza­łe­go play­boya i zna­lazł się na skra­ju za­ła­ma­nia ner­wo­we­go. Mó­wił, że nie zro­bił nic złe­go, że naj­wy­żej przy­jął ja­kieś na­piw­ki albo pre­zen­ty. Do­bro­wol­ne, spre­cy­zo­wał. Ale kto nie przyj­mu­je pre­zen­tów, do dia­ska? Mogą go za­aresz­to­wać? No chy­ba nie mogą go za­aresz­to­wać, praw­da?

Mu­szę po­wie­dzieć, że nie zno­szę ta­kich prze­stęp­ców jak ar­chi­tekt. Bro­nię ich, bo dzię­ki nim mam za co żyć, ale szcze­rze mó­wiąc, miał­bym ocho­tę wrzu­cić całą tę zgra­ję do nie­wy­god­nej celi, do któ­rej na­tych­miast bez­pow­rot­nie zgu­bił­bym klu­cze. Dla­te­go też da­łem mu się wy­ga­dać przez dwa­dzie­ścia mi­nut i stłu­mi­łem po­ku­sę pod­sy­ca­nia, za­miast ga­sze­nia, jego obaw. Oznaj­mi­łem, że aby wy­dać bar­dziej jed­no­znacz­ną opi­nię, mu­si­my zo­ba­czyć na­kaz prze­szu­ka­nia oraz od­no­śne pro­to­ko­ły za­ję­cia mie­nia i ewen­tu­al­nie za­skar­żyć je przed są­dem orze­ka­ją­cym karę po­zba­wie­nia wol­no­ści. Po­tem za­sta­no­wi­li­by­śmy się nad ce­lo­wo­ścią roz­mo­wy z pro­ku­ra­to­rem. Po­ra­dzi­łem mu, żeby uni­kał kom­pro­mi­tu­ją­cych roz­mów przez te­le­fon lub w miej­scach, w któ­rych po­li­cja fi­nan­so­wa prze­pro­wa­dzi­ła prze­szu­ka­nie albo w któ­rych mo­gła umie­ścić ja­kiś ro­dzaj pod­słu­chu. Con­su­elo na ko­niec uprze­dzi­ła go chłod­no, że za­dzwo­ni­my do nie­go za kil­ka dni, a tym­cza­sem może się udać do se­kre­ta­ria­tu w celu ure­gu­lo­wa­nia ra­chun­ku.

Uwiel­biam ją, kie­dy uwal­nia mnie od przy­krej ko­niecz­no­ści roz­ma­wia­nia z klien­ta­mi o pie­nią­dzach.

Żona wła­my­wa­cza, pani Car­lo­ne, była zde­cy­do­wa­nie mniej ner­wo­wa. Wi­zy­ta u ad­wo­ka­ta w związ­ku z mę­żow­ski­mi kło­po­ta­mi z pra­wem nie była dla niej no­wym do­świad­cze­niem, cho­ciaż tym ra­zem spra­wa wy­glą­da­ła na zde­cy­do­wa­nie po­waż­niej­szą niż za­zwy­czaj. Od­dział spe­cjal­ny po­li­cji prze­pro­wa­dził dłu­gie śledz­two w związ­ku z nie­po­ko­ją­cą se­rią kra­dzie­ży, za­ło­żył pod­słu­chy, śle­dził po­dej­rza­nych, ze­brał od­ci­ski pal­ców z ob­ra­bo­wa­nych miesz­kań i w koń­cu aresz­to­wał pana Car­lo­ne wraz z pię­cio­ma wspól­ni­ka­mi pod za­rzu­tem kra­dzie­ży zu­chwa­łej i człon­ko­stwa w związ­ku prze­stęp­czym. Akta pana Car­lo­ne w kar­to­te­ce kry­mi­nal­nej były wy­jąt­ko­wo ob­szer­ne (cho­ciaż sta­no­wi­ły dość mo­no­ton­ną lek­tu­rę, jako że przez całe swo­je ży­cie zaj­mo­wał się on tyl­ko i wy­łącz­nie kra­dzie­ża­mi), więc kie­dy jego mał­żon­ka za­py­ta­ła nas o je­dy­ną rzecz, któ­ra ją tak na­praw­dę in­te­re­so­wa­ła - czy­li kie­dy jej mąż wyj­dzie na wol­ność - od­po­wie­dzie­li­śmy, że na pew­no nie­pręd­ko. Na ra­zie za­skar­ży­my przed są­dem po­sta­no­wie­nie o tym­cza­so­wym aresz­to­wa­niu, uprze­dzi­łem pa­nią Car­lo­ne, ale le­piej nie ro­bić so­bie du­żych na­dziei, je­śli choć­by po­ło­wa z tego, co tra­fi­ło do po­sta­no­wie­nia, znaj­dzie swo­je uza­sad­nie­nie w ak­tach śledz­twa.

Po jej wyj­ściu po­pro­si­łem Con­su­elo, żeby prze­stu­dio­wa­ła do­ku­men­ty, któ­re przy­nie­śli nam ar­chi­tekt oraz żona wła­my­wa­cza, i przy­go­to­wa­ła pro­jek­ty dwóch od­wo­łań.

- Gu­ido, mogę coś po­wie­dzieć?

Con­su­elo w ten spo­sób roz­po­czy­na roz­mo­wę na te­mat, o któ­rym wie albo po­dej­rze­wa, że wzbu­dzi pew­ną po­le­mi­kę. Nie jest to proś­ba o przy­zwo­le­nie, ale ma­nie­ra, jej spo­sób na uprze­dze­nie mnie, że ma do po­wie­dze­nia coś nie­ko­niecz­nie mi­łe­go.

- Mo­żesz.

- Nie po­do­ba­ją mi się klien­ci tacy jak ten...

- Jak ten ar­chi­tekt. Wiem. Mnie też nie­szcze­gól­nie.

- Więc dla­cze­go przyj­mu­je­my ich spra­wy?

- Dla­te­go że spe­cja­li­zu­je­my się w pra­wie kar­nym. A ra­czej to ja spe­cja­li­zu­ję się w pra­wie kar­nym, ty mo­żesz zre­zy­gno­wać, za­nim na­wet zdą­żysz za­cząć, je­śli bę­dziesz so­bie za­da­wa­ła ta­kie py­ta­nia.

- Je­ste­śmy zo­bo­wią­za­ni do przyj­mo­wa­nia wszyst­kich klien­tów, któ­rzy do nas przy­cho­dzą?

- Nie, nie je­ste­śmy. Nie bro­ni­my pe­do­fi­lów, gwał­ci­cie­li i ma­fio­sów. Ale je­że­li wy­eli­mi­nu­je­my też tych paru po­rząd­nych urzęd­ni­ków pań­stwo­wych, któ­rzy przyj­mu­ją ko­per­ty albo szan­ta­żu­ją oby­wa­te­li, rów­nie do­brze mo­że­my się ogra­ni­czyć do od­wo­łań od man­da­tów za zła­ma­nie za­ka­zu par­ko­wa­nia.

Chcia­łem być odro­bi­nę sar­ka­stycz­ny, ale zda­łem so­bie spra­wę z nuty lek­kie­go roz­draż­nie­nia w moim gło­sie. By­łem zły, bo cho­ciaż się z nią zga­dza­łem, w na­szej roz­mo­wie mu­sia­łem od­gry­wać rolę, któ­ra mniej mi pa­so­wa­ła.

- W każ­dym ra­zie je­że­li nie chcesz tego zro­bić, czy­li przy­go­to­wać pro­jek­tu pi­sma w spra­wie tego pa­ja­ca z ro­lek­sem, to ja się tym zaj­mę.

Po­trzą­snę­ła gło­wą, wzię­ła pa­pie­ry i po­ka­za­ła mi ję­zyk. Za­nim zdą­ży­łem za­re­ago­wać, ob­ró­ci­ła się na pię­cie i wy­szła. Wzru­szy­ła mnie ta sce­na, w spo­sób nad­spo­dzie­wa­ny. Mia­łem po­czu­cie ro­dzin­nej po­ufa­ło­ści, do­mo­we­go cie­pła, za­do­wo­le­nia zmie­sza­ne­go z okru­cha­mi no­stal­gii. Lu­dzie, któ­rzy pra­co­wa­li ze mną w kan­ce­la­rii, byli na­miast­ką ro­dzi­ny, któ­rej nie mia­łem. Przez kil­ka se­kund ba­lan­so­wa­łem na gra­ni­cy łez, po­tem otar­łem oczy, cho­ciaż nie były na­wet wil­got­ne, i po­wie­dzia­łem so­bie, że mu­szę spró­bo­wać ra­mo­leć stop­nio­wo, a nie za pierw­szym po­dej­ściem. Na ra­zie po­wi­nie­nem tro­chę po­pra­co­wać.

O ósmej trzy­dzie­ści, kie­dy Ma­ria Te­re­sa, Pa­squ­ale i Con­su­elo już wy­cho­dzi­li, zja­wił się Sa­bi­no For­nel­li ze swo­imi klien­ta­mi i ich ta­jem­ni­czą spra­wą.

2

Lu­bię ka­sa­cje. Sę­dzio­wie są pra­wie za­wsze przy­go­to­wa­ni, rzad­ko się zda­rza, żeby ktoś za­snął na roz­pra­wie, prze­wod­ni­czą­cy, poza drob­ny­mi wy­jąt­ka­mi, z re­gu­ły by­wa­ją dość uprzej­mi, na­wet kie­dy każą ci mó­wić krót­ko i nie tra­cić cza­su.

W od­róż­nie­niu od tego, co się dzie­je w są­dach kry­mi­nal­nych, a zwłasz­cza w są­dzie ape­la­cyj­nym, pod­czas ka­sa­cji ma się wra­że­nie, że świat jest upo­rząd­ko­wa­ny, a apa­rat spra­wie­dli­wo­ści sku­tecz­ny. To tyl­ko wra­że­nie, bo świat nie jest upo­rząd­ko­wa­ny, a apa­rat spra­wie­dli­wo­ści nie jest sku­tecz­ny. Ale to miłe wra­że­nie. Dla­te­go mam za­zwy­czaj do­bry hu­mor, kie­dy mu­szę się sta­wić na pro­ce­sie ka­sa­cyj­nym, na­wet je­śli ozna­cza to wcze­sną po­bud­kę.

Dzień był ład­ny, zim­ny i sło­necz­ny. Sa­mo­lot, na prze­kór ogól­nym prze­wi­dy­wa­niom, wy­le­ciał i do­le­ciał punk­tu­al­nie.

W tak­sów­ce mię­dzy lot­ni­skiem a są­dem przy­da­rzy­ło mi się coś wy­jąt­ko­we­go. Kie­dy tyl­ko sa­mo­chód ru­szył, za­uwa­ży­łem, że na przed­nim sie­dze­niu leży kil­ka­na­ście ksią­żek. Cie­ka­wość bie­rze nade mną górę za każ­dym ra­zem, kie­dy wi­dzę książ­ki u ko­goś w domu. A co do­pie­ro, kie­dy za­uwa­żam je w tak­sów­ce, nie­ko­niecz­nie ty­po­wym miej­scu, w któ­rym moż­na by je zna­leźć. Spoj­rza­łem na okład­ki. Było tam kil­ka ta­nich kry­mi­na­łów, ale tak­że Czer­wo­ne świa­tła Si­me­no­na, Pew­na pry­wat­na spra­wa Bep­pe Fe­no­glia i na­wet zbiór wier­szy Gar­cíi Lor­ki.

- Po co panu te wszyst­kie książ­ki?

- Czy­tam mię­dzy kur­sa­mi.

Ja­sne. Krót­ka od­po­wiedź na idio­tycz­ne py­ta­nie. Co się robi z książ­ka­mi? Czy­ta.

- Wie pan, za­py­ta­łem, bo nie­czę­sto mi się zda­rza zo­ba­czyć ich tyle w tak­sów­ce.

- To wca­le nie jest praw­da. Wie­lu mo­ich ko­le­gów lubi czy­tać.

Mó­wił nie­mal bez re­gio­nal­ne­go ak­cen­tu i zda­wa­ło się, że bar­dzo sta­ran­nie do­bie­ra sło­wa. Po­słu­gi­wał się nimi, jak­by były de­li­kat­ny­mi i odro­bi­nę nie­bez­piecz­ny­mi przed­mio­ta­mi. Ostry­mi jak brzy­twa.

- Z pew­no­ścią. Ale pan ma tu pra­wie całą bi­blio­te­kę.

- Lu­bię czy­tać kil­ka ksią­żek na­raz. Za­le­ży od na­stro­ju. Więc wożę ich ze sobą kil­ka, po­tem nie­któ­re koń­czę, ale za­po­mi­nam za­brać je z po­wro­tem do domu, i tak się tu­taj zbie­ra­ją.

- Ja też lu­bię mieć pod ręką kil­ka ksią­żek na­raz. Co pan te­raz czy­ta?

- Po­wieść Si­me­no­na. Po­do­ba mi się, bo ak­cja czę­ścio­wo to­czy się w sa­mo­cho­dzie, a ja je­stem głów­nie w sa­mo­cho­dzie. Wy­da­je mi się, że przez to le­piej ją ro­zu­miem. Poza tym wier­sze Gar­cíi Lor­ki. Lu­bię po­ezję, cho­ciaż wy­ma­ga wię­cej sku­pie­nia. A kie­dy je­stem zmę­czo­ny, czy­tam tam­te. - Wska­zał na je­den z po­pu­lar­nych kry­mi­na­łów. Nie wspo­mniał ani au­to­ra, ani ty­tu­łu, co wy­da­ło mi się słusz­ne. Mia­łem wra­że­nie, że w spo­so­bie, w ja­kim mó­wił o swo­ich lek­tu­rach i o ich nie­do­po­wie­dzia­nej hie­rar­chii, wy­czu­wal­na jest pew­na es­te­ty­ka, pre­cy­zyj­na, bez­względ­na i przej­rzy­sta. Spodo­ba­ło mi się to. Pró­bo­wa­łem zo­ba­czyć jego twarz, czę­ścio­wo prze­lot­nie z pro­fi­lu, czę­ścio­wo w od­bi­ciu w tyl­nym lu­ster­ku. Wy­glą­dał na trzy­dzie­ści pięć lat, był bla­dy i miał cień nie­śmia­ło­ści w oczach.

- Skąd u pana taka pa­sja?

- Nie uwie­rzy mi pan.

- Pro­szę spró­bo­wać.

- Za­nim skoń­czy­łem dwa­dzie­ścia osiem lat, nie trzy­ma­łem w ręku ani jed­nej książ­ki, z wy­jąt­kiem szkol­nych pod­ręcz­ni­ków. Ale mia­łem też wadę. Ją­ka­łem się. Bar­dzo. Coś ta­kie­go może czło­wie­ko­wi zruj­no­wać ży­cie, wie pan?

Ski­ną­łem gło­wą. Po­tem zda­łem so­bie spra­wę, że mnie nie wi­dzi.

- Tak, chy­ba mogę so­bie to wy­obra­zić. Ale pan mówi bar­dzo ład­nie - do­da­łem. Po­wie­dziaw­szy to, przy­po­mnia­łem so­bie jed­nak ostroż­ny, uważ­ny spo­sób, w jaki ob­cho­dził się ze sło­wa­mi.

- W pew­nym mo­men­cie mia­łem tego do­syć. Po­sze­dłem do lo­go­pe­dy i za­pi­sa­łem się na te­ra­pię ją­ka­nia. No i na tych za­ję­ciach ka­za­li nam czy­tać książ­ki, na głos.

- I tak to się za­czę­ło?

- Tak. Od­kry­łem książ­ki. Za­ję­cia się skoń­czy­ły, ale ja nie prze­sta­łem czy­tać. Mó­wią, że w ży­ciu nic się nie dzie­je przy­pad­kiem. Być może się ją­ka­łem, bo mia­łem od­kryć książ­ki. Nie wiem. Ale moje ży­cie kom­plet­nie się zmie­ni­ło. Nie pa­mię­tam na­wet, co wcze­śniej ro­bi­łem ca­ły­mi dnia­mi.

- Cie­ka­wa hi­sto­ria. Chciał­bym, żeby mnie się coś po­dob­ne­go przy­da­rzy­ło.

- To zna­czy? Nie lubi pan czy­tać?

- Nie, nie, lu­bię, i to bar­dzo. To chy­ba moje ulu­bio­ne za­ję­cie. Mia­łem na my­śli, że ma­rzy mi się cu­dow­na prze­mia­na, taka, jaka przy­da­rzy­ła się panu.

- Ach, ro­zu­miem - po­wie­dział. Po­tem sie­dzie­li­śmy w mil­cze­niu, pod­czas gdy sa­mo­chód mknął po wy­dzie­lo­nym pa­sie na via Ostien­se.

Do­je­cha­li­śmy do piaz­za Ca­vo­ur, nie na­po­ty­ka­jąc na ani je­den ko­rek. Mój za­przy­jaź­nio­ny tak­sów­karz czy­tel­nik za­trzy­mał się, wy­łą­czył sil­nik i od­wró­cił się do mnie. My­śla­łem, że usły­szę, ile je­stem mu wi­nien, i się­gną­łem po port­fel.

- Jest taki afo­ryzm Pau­la Va­léry'ego...

- Tak?

- Brzmi mniej wię­cej tak: aby sny sta­ły się rze­czy­wi­sto­ścią, trze­ba się obu­dzić.

Przez mo­ment pa­trzy­li­śmy na sie­bie. W oczach tak­sów­ka­rza było coś bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne­go niż nie­śmia­łość. Jak­by oswo­je­nie ze stra­chem, spo­sób na opa­no­wa­nie go, zmie­sza­ne z wie­dzą, że był i za­wsze tam bę­dzie, przy­cza­jo­ny. W mo­ich oczach ma­lo­wa­ło się pew­nie zdzi­wie­nie. Za­sta­na­wia­łem się, czy kie­dy­kol­wiek prze­czy­ta­łem co­kol­wiek Va­léry'ego. Nie pa­mię­ta­łem.

- My­śla­łem o tym, co pan po­wie­dział wcze­śniej. O zmia­nie. Przy­szło mi do gło­wy, że ten cy­tat może pana za­in­spi­ro­wać. Nie wiem, czy inni też tak mają, ale ja lu­bię się dzie­lić tym, co prze­czy­ta­łem. Kie­dy po­wta­rzam ja­kieś zda­nie albo myśl czy wiersz, czu­ję się tro­chę, jak­bym był ich au­to­rem. Lu­bię to uczu­cie.

Ostat­nie sło­wa po­wie­dział nie­mal prze­pra­sza­ją­cym to­nem. Jak­by wła­śnie zdał so­bie spra­wę, że może się na­rzu­cać. Od­po­wie­dzia­łem mu szyb­ko:

- Dzię­ku­ję. Ja też za­wsze tak ro­bię. Ale nie po­tra­fi­łem nig­dy tego tak do­brze wy­tłu­ma­czyć.

Za­nim wy­sia­dłem, uści­sną­łem mu rękę na po­że­gna­nie. Od­cho­dząc do swo­ich za­jęć, po­my­śla­łem, że o wie­le bar­dziej wo­lał­bym tu zo­stać, roz­ma­wiać o książ­kach i o in­nych rze­czach.

 

Mia­łem pra­wie go­dzi­nę do roz­pra­wy. Zna­łem spra­wę i nie mu­sia­łem po­now­nie prze­glą­dać do­ku­men­tów, więc po­sta­no­wi­łem pójść na spa­cer. Prze­sze­dłem na dru­gą stro­nę Ty­bru przez Pon­te Ca­vo­ur. Woda mia­ła żół­to­zie­lo­ny ko­lor, jak rtęć po­bły­ski­wa­ła we­so­ło. Na uli­cach nie było zbyt wie­lu prze­chod­niów, dało się sły­szeć tyl­ko przy­tłu­mio­ne spo­ra­dycz­ne od­gło­sy sa­mo­cho­dów w tle. Mia­łem sil­ne i cu­dow­nie ir­ra­cjo­nal­ne wra­że­nie, że ta wspa­nia­ła ci­sza zo­sta­ła przy­go­to­wa­na spe­cjal­nie dla mnie. Ktoś po­wie­dział, że chwi­le szczę­ścia nas za­ska­ku­ją i że cza­sa­mi - czę­sto - na­wet ich nie za­uwa­ża­my. Do­pie­ro póź­niej od­kry­wa­my, że by­li­śmy szczę­śli­wi, co jest dość głu­pie. Kie­dy sze­dłem w kie­run­ku Ara Pa­cis, wró­ci­ło do mnie wspo­mnie­nie sprzed wie­lu lat.

Do ostat­nich eg­za­mi­nów przed obro­ną pra­cy ma­gi­ster­skiej przy­go­to­wy­wa­łem się z dwo­ma przy­ja­ciół­mi. Za­przy­jaź­ni­li­śmy się wła­śnie dla­te­go, że ra­zem się uczy­li­śmy, pi­sa­li­śmy ma­gi­ster­kę w tym sa­mym cza­sie i od­bie­ra­li­śmy dy­plo­my na tej sa­mej se­sji. Ta­kie rze­czy łą­czą lu­dzi, przy­najm­niej na ja­kiś czas. W rze­czy­wi­sto­ści bar­dzo się róż­ni­li­śmy i nie mie­li­śmy ze sobą zbyt wie­le wspól­ne­go. Za­czy­na­jąc od pla­nów na przy­szłość. W tym sen­sie, że oni mie­li pla­ny, a ja nie. Oni stu­dio­wa­li pra­wo, bo chcie­li zo­stać praw­ni­ka­mi, bez cie­nia wąt­pli­wo­ści, z peł­nym prze­ko­na­niem. Ja stu­dio­wa­łem pra­wo, bo nie wie­dzia­łem, co in­ne­go mógł­bym ro­bić.

Mia­łem mie­sza­ne uczu­cia co do tego ich prze­ko­na­nia. Z jed­nej stro­ny pa­trzy­łem na nich z góry. Wy­da­wa­ło mi się, że moi przy­ja­cie­le mie­li ogra­ni­czo­ne per­spek­ty­wy i ba­nal­ne ma­rze­nia. Z dru­giej stro­ny za­zdro­ści­łem im tych ja­snych pla­nów, tej pre­cy­zyj­nej wi­zji po­żą­da­nej przy­szło­ści. Było to coś, cze­go nie ro­zu­mia­łem do koń­ca, co mi umy­ka­ło, ale zda­wa­ło się do­da­wać im otu­chy. Sta­no­wi­ło an­ti­do­tum na przy­cza­jo­ny nie­po­kój, któ­ry to­wa­rzy­szył mo­jej nie­okre­ślo­nej wi­zji świa­ta.

Za­raz po skoń­cze­niu stu­diów, re­zy­gnu­jąc z wa­ka­cji, oni za­czę­li się za­wzię­cie uczyć do eg­za­mi­nów na apli­ka­cje. Ja za­czą­łem się za­wzię­cie obi­jać. Pra­co­wa­łem w kan­ce­la­rii cy­wil­nej, z ze­ro­wą ko­rzy­ścią dla mnie. Fan­ta­zjo­wa­łem o za­pi­sa­niu się na bli­żej nie­okre­ślo­ne za­ję­cia na za­gra­nicz­nych uni­wer­sy­te­tach. Roz­wa­ża­łem roz­po­czę­cie stu­diów na wy­dzia­le fi­lo­lo­gicz­nym. Chcia­łem po­świę­cić się pi­sa­niu po­wie­ści, któ­ra zmie­ni­ła­by ży­cie moje oraz jej licz­nych czy­tel­ni­ków i któ­rej, na szczę­ście, na­wet nie za­czą­łem. Krót­ko mó­wiąc, by­łem kon­kret­nym czło­wie­kiem o spre­cy­zo­wa­nych pla­nach.

Wła­śnie przez te spre­cy­zo­wa­ne pla­ny, kie­dy ogło­szo­no eg­za­min na apli­ka­cję, na­gle po­sta­no­wi­łem też zda­wać. Po­wie­dzia­łem o tym An­drei i Ser­gio­wi, wpra­wia­jąc ich w dziw­ne, lek­kie za­kło­po­ta­nie. Za­py­ta­li, co mia­łem na my­śli, bio­rąc pod uwa­gę to, że od chwi­li skoń­cze­nia stu­diów na­wet nie otwo­rzy­łem książ­ki, o czym oni do­sko­na­le wie­dzie­li. Od­po­wie­dzia­łem, że do eg­za­mi­nów pi­sem­nych zo­sta­ły mi jesz­cze trzy mie­sią­ce na na­ukę i że spró­bu­ję. Może ucząc się do tego eg­za­mi­nu, wy­my­ślę, co chcę zro­bić ze swo­im ży­ciem.

Na­praw­dę pró­bo­wa­łem się uczyć przez te kil­ka mie­się­cy, po ci­chu łu­dząc się na­dzie­ją na łut szczę­ścia, fart, ma­gicz­ny re­zul­tat. Ma­rze­nia obi­bo­ka.

Po­tem, pew­ne­go lu­to­we­go po­ran­ka, w po­ło­wie bez­myśl­nych lat osiem­dzie­sią­tych, An­drea Co­la­ian­ni, Ser­gio Ca­ro­fi­glio i Gu­ido Gu­er­rie­ri wy­ru­szy­li sta­rą alfą ro­meo ojca An­drei w po­dróż do Rzy­mu, na eg­za­min pi­sem­ny na apli­ka­cję.

Z tej po­dró­ży za­pa­mię­ta­łem tyl­ko kil­ka ob­ra­zów: sta­cje ben­zy­no­we, kawa, pa­pie­ros, siu­siu, pół go­dzi­ny sza­le­ją­cej ule­wy w sa­mym środ­ku Ape­nin, ale pa­mię­tam ogól­ne uczu­cie lek­ko­ści i bra­ku od­po­wie­dzial­no­ści. Uczy­łem się, tro­chę, ale nie an­ga­żo­wa­łem się ca­łym sobą w tę im­pre­zę, jak moi przy­ja­cie­le. Nie mia­łem nic do stra­ce­nia i gdy­by mi się nie uda­ło, co było bar­dzo praw­do­po­dob­ne, nikt nie mógł­by mi po­wie­dzieć, że po­nio­słem klę­skę.

- A ty po co tam je­dziesz, Gu­er­rie­ri? - An­drea w pew­nym mo­men­cie po­no­wił py­ta­nie, ści­sza­jąc mu­zy­kę. Słu­cha­li­śmy ka­se­ty, któ­rą na­gra­łem na po­dróż. Były na niej Have You Ever Seen the Rain, I Don't Wan­na Talk Abo­ut It, Love Let­ters in the Sand, Like a Rol­ling Sto­ne, Time Pas­sa­ges. Wy­da­je mi się, że kie­dy An­drea za­da­wał mi to py­ta­nie, le­ciał Pia­no Man Bil­ly'ego Jo­ela.

- Nie wiem. Chcę zo­ba­czyć, spró­bo­wać, czy ja wiem. Na­wet gdy­by mi do­brze po­szło, ra­czej nie my­ślał­bym o pra­cy w są­dow­nic­twie jak o ja­kiejś mi­sji. Nie mam wa­szych am­bi­cji.

Ten tekst za­wsze de­ner­wo­wał An­dreę, dla­te­go wła­śnie, że tra­fiał w sed­no.

- Co za pier­do­ły wy­ga­du­jesz? Ja­kie am­bi­cje? Co ma z tym wspól­ne­go mi­sja? Chcę to ro­bić, po­cią­ga mnie ta pra­ca, my­ślę, że będę ją lu­bił. Bym ją lu­bił - na­tych­miast się po­pra­wił, żeby nie za­pe­szyć - i mógł­bym zro­bić coś uży­tecz­ne­go - po­wie­dział An­drea.

- Ja też. Wie­rzę w to, że świat, spo­łe­czeń­stwo moż­na zmie­nić, dzia­ła­jąc od­dol­nie. Wie­rzę w to, że je­że­li ktoś jest praw­ni­kiem, do­brym praw­ni­kiem, oczy­wi­ście, może zmie­nić świat. Oczy­ścić go z ko­rup­cji, prze­stęp­czo­ści, de­pra­wa­cji - do­dał Ser­gio.

Do­sko­na­le pa­mię­tam jego sło­wa i na ich wspo­mnie­nie ogar­nia­ją mnie mie­sza­ne uczu­cia, coś mię­dzy roz­rzew­nie­niem a za­kło­po­ta­niem tym, jak te na­iw­ne aspi­ra­cje zo­sta­ły póź­niej po­chło­nię­te przez mor­der­cze roz­pa­dli­ny ży­cia.

Chcia­łem coś od­po­wie­dzieć, ale po­tem nie­ja­sno po­my­śla­łem, że nie mia­łem pra­wa. W pe­wien spo­sób by­łem in­tru­zem w ich ma­rze­niach. Wzru­szy­łem więc ra­mio­na­mi i pod­krę­ci­łem dźwięk w ma­gne­to­fo­nie. Głos Bil­ly'ego Jo­ela wła­śnie ucichł i Cre­eden­ce Cle­ar­wa­ter Re­vi­val za­czy­na­li gi­ta­rą Have You Ever Seen the Rain. Na ze­wnątrz wła­śnie skoń­czy­ła się bu­rza.

Eg­za­min pi­sem­ny skła­dał się z trzech czę­ści: z pra­wa cy­wil­ne­go, kar­ne­go i ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go, któ­rych ko­lej­ność za każ­dym ra­zem usta­la­no lo­so­wo.

Za­czę­li­śmy od pra­wa ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go - te­ma­tu, o któ­rym kom­plet­nie nic nie wie­dzia­łem, więc po trzech go­dzi­nach się pod­da­łem, re­zy­gnu­jąc z mo­ich ukry­tych i głu­pich na­dziei. Prze­su­wa­ne drzwi pro­wa­dzą­ce do świa­ta do­ro­słych mia­ły jesz­cze po­zo­stać przede mną za­mknię­te, tkwi­łem za­tem w po­cze­kal­ni. Mia­łem w niej zo­stać przez ja­kiś czas.

Cza­sa­mi, w la­tach, któ­re póź­niej na­de­szły, za­sta­na­wia­łem się, jak po­to­czy­ło­by się moje ży­cie, gdy­by dzię­ki ja­kie­muś nie­spo­dzie­wa­ne­mu łu­to­wi szczę­ścia uda­ło mi się zdać ten eg­za­min.

Wy­je­chał­bym z Bari, zmie­nił­bym się i może nig­dy nie wró­cił. Tak jak to się sta­ło z An­dreą Co­la­ian­nim. Zdał i prze­pro­wa­dził się da­le­ko, żeby pra­co­wać jako pro­ku­ra­tor, ale mu­siał zre­wi­do­wać swo­je wy­obra­że­nie na te­mat tego, że rze­czy­wi­ście może zmie­nić świat sam, w po­je­dyn­kę.

Ser­gio Ca­ro­fi­glio nie zdał. Pra­gnął tego jesz­cze bar­dziej niż Co­la­ian­ni, je­śli to w ogó­le moż­li­we, ale nie prze­szedł przez eg­za­mi­ny pi­sem­ne. Spró­bo­wał jesz­cze raz i jesz­cze raz, aż wy­czer­pał trzy po­dej­ścia, do­pusz­czal­ne przez pra­wo. Nie by­li­śmy już w kon­tak­cie, kie­dy do­wie­dzia­łem się, że ob­lał eg­za­min po raz trze­ci i ostat­ni, ale wy­obra­zi­łem so­bie tra­gicz­ne po­czu­cie klę­ski, ja­kie mu­sia­ło być jego udzia­łem. Po­tem po­znał cór­kę biz­nes­me­na z oko­lic We­ne­cji, oże­nił się z nią i prze­pro­wa­dził gdzieś pod Ro­vi­gio, żeby pra­co­wać u te­ścia i uto­nąć we mgle wła­sne­go zgorzk­nie­nia i roz­wia­nych na­dziei. Ale może to tyl­ko ja so­bie tak my­ślę, a tym­cza­sem on jest za­do­wo­lo­ny i bo­ga­ty, a ob­la­nie tego eg­za­mi­nu było naj­lep­szą rze­czą, jaka mu się przy­da­rzy­ła.

Po wy­co­fa­niu się z eg­za­mi­nów zo­sta­łem w Rzy­mie. Po­kój w pen­sjo­na­cie był już i tak opła­co­ny na trzy dni, czy­li na cały czas ich trwa­nia. Kie­dy więc moi przy­ja­cie­le mie­rzy­li się z pra­wem kar­nym i cy­wil­nym, ja spę­dza­łem, nie­spo­dzie­wa­ne, naj­pięk­niej­sze rzym­skie wa­ka­cje w ży­ciu. Nie mia­łem nic do ro­bo­ty, więc cho­dzi­łem na dłu­gie spa­ce­ry, ku­po­wa­łem książ­ki za pół ceny, wy­le­gi­wa­łem się na ław­kach w Vil­la Bor­ghe­se, czy­ta­łem i pi­sa­łem. W efek­cie po­wsta­ło kil­ka okrop­nych wier­szy, któ­re na szczę­ście gdzieś za­gi­nę­ły. Na Scho­dach Hisz­pań­skich po­zna­łem dwie oty­łe Ame­ry­kan­ki. Po­szli­śmy ra­zem na piz­zę, ale od­rzu­ci­łem za­pro­sze­nie kon­ty­nu­owa­nia wie­czo­ru w ich miesz­ka­niu, po­nie­waż wy­da­wa­ło mi się, że spoj­rza­ły na sie­bie zna­czą­co, a bio­rąc pod uwa­gę fakt, że każ­da z nich mo­gła wa­żyć z osiem­dzie­siąt albo i dzie­więć­dzie­siąt kilo, uzna­łem, że są pew­ne gra­ni­ce za­ufa­nia.

Świat tęt­nił nie­skoń­czo­ny­mi moż­li­wo­ścia­mi w te cie­płe i nie­spo­dzia­ne lu­to­we wa­ka­cje w Rzy­mie, kie­dy ba­lan­so­wa­łem mię­dzy mło­do­ścią a do­ro­sło­ścią. To był krót­ki, pro­mien­ny i ulot­ny mo­ment w moim ży­ciu. Cie­szy­łem się każ­dą jego se­kun­dą. Tyl­ko to, co ulot­ne, jest do­sko­na­łe.

 

Te wspo­mnie­nia wró­ci­ły do mnie w trak­cie go­dzi­ny, któ­ra dzię­ki dziw­nej ma­gii wy­da­ła mi się tak samo za­wie­szo­na w cza­sie i ra­do­sna jak tam­te trzy dni przed dwu­dzie­stu laty. Mia­łem sza­lo­ne, eks­cy­tu­ją­ce wra­że­nie, że pły­ta wra­ca do po­cząt­ku i że wszyst­ko ma się dla mnie zno­wu za­cząć. Po­czu­łem, jak prze­cho­dzą mnie ciar­ki, wi­bra­cje. Było wspa­nia­le.

Po­tem za­uwa­ży­łem, że zro­bi­ła się dzie­sią­ta, prze­stra­szy­łem się, że je­stem spóź­nio­ny, i szyb­ko wró­ci­łem na piaz­za Ca­vo­ur.

3

Przed wej­ściem na salę roz­praw w są­dzie ka­sa­cyj­nym naj­pierw trze­ba przejść przez po­kój z to­ga­mi.

Togi trze­ba obo­wiąz­ko­wo za­kła­dać na każ­dej roz­pra­wie są­do­wej, ale z wy­jąt­kiem rzym­skich ad­wo­ka­tów pra­wie nikt nie przy­no­si wła­snej. Wy­po­ży­cza się je więc, jak­by to były ko­stiu­my te­atral­ne albo prze­bra­nia kar­na­wa­ło­we.

Przed po­ko­jem tog jak za­wsze sta­ła krót­ka ko­lej­ka. Ro­zej­rza­łem się w po­szu­ki­wa­niu ja­kiejś zna­jo­mej twa­rzy, ale ni­ko­go nie roz­po­zna­łem. Za to tuż przede mną stał fa­cet, któ­ry wy­glą­dał jak koń­co­wy re­zul­tat wie­lo­krot­nych, za­wzię­tych ko­pu­la­cji mię­dzy krew­ny­mi. Miał czar­ne, bar­dzo gę­ste brwi, wło­sy w nie­po­ko­ją­cym od­cie­niu blond z ru­dy­mi pa­sma­mi, wy­raź­ny pro­gna­tyzm i był ubra­ny w zie­lo­ną ma­ry­nar­kę o qu­asi-ty­rol­skim kro­ju. Wy­obra­zi­łem so­bie jego zdję­cie w ga­ze­cie pod na­głów­kiem "Ban­da pe­do­fil­ska roz­bi­ta" albo na pla­ka­cie wy­bor­czym w są­siedz­twie ja­kie­goś ra­si­stow­skie­go slo­ga­nu.

Wzią­łem wy­po­ży­czo­ną togę i po­wstrzy­ma­łem się od jej po­wą­cha­nia, co skoń­czy­ło­by się dla mnie uczu­ciem lek­kie­go obrzy­dze­nia przez cały po­ra­nek. Jak za­wsze przez chwi­lę za­sta­no­wi­łem się nad tym, ilu praw­ni­ków mia­ło ją na so­bie i ile ludz­kich hi­sto­rii prze­szło przez ich ręce. Po­tem, jak za­wsze, skar­ci­łem się za ba­nal­ność tej my­śli i po­sze­dłem do sali prze­słu­chań.

Mój pro­ces był jed­nym z pierw­szych i moja ko­lej na­de­szła pół go­dzi­ny po roz­po­czę­ciu po­sie­dze­nia.

Sę­dzia spra­woz­daw­ca stre­ścił hi­sto­rię spra­wy, przed­sta­wił po­wo­dy, dla któ­rych mój klient zo­stał ska­za­ny, oraz uza­sad­nie­nie mo­jej skar­gi.

Oskar­żo­ny był młod­szym sy­nem zna­ne­go biz­nes­me­na z Bari. W mo­men­cie aresz­to­wa­nia, czy­li oko­ło ośmiu lat wcze­śniej, miał dwa­dzie­ścia je­den lat i uczęsz­czał na wy­dział pra­wa, z bar­dzo mier­ny­mi wy­ni­ka­mi. Dużo le­piej wy­cho­dził mu han­del ko­ka­iną. Do­brze zna­no go w pew­nych krę­gach, któ­re cza­sa­mi chcia­ły albo po­trze­bo­wa­ły ko­ka­iny lub in­nych sub­stan­cji. W in­te­re­sach był do­kład­ny, punk­tu­al­ny i nie­za­wod­ny. Za­pew­niał do­sta­wę do domu, więc jego bo­ga­ci klien­ci nie mu­sie­li się zni­żać do cze­goś w tak złym gu­ście jak kon­tak­ty z ulicz­ny­mi di­le­ra­mi.

W pew­nym mo­men­cie, jako że wszy­scy go zna­li i wie­dzie­li, co robi, wpadł też w oko ka­ra­bi­nie­rom. Za­ło­ży­li mu pod­słuch na ko­mór­kę i śle­dzi­li przez kil­ka ty­go­dni, a po­tem, w od­po­wied­nim mo­men­cie, prze­szu­ka­li miesz­ka­nie i ga­raż. Zna­leź­li pra­wie pół ki­lo­gra­ma świet­nej we­ne­zu­el­skiej ko­ka­iny. Naj­pierw pró­bo­wał się bro­nić, twier­dząc, że ko­ka­ina nie na­le­ży do nie­go, że do ga­ra­żu mie­li do­stęp tak­że inni miesz­kań­cy i że mo­gła na­le­żeć do każ­de­go. Po­tem skon­fron­to­wa­no go z na­gra­nia­mi roz­mów te­le­fo­nicz­nych i wte­dy on, za radą swo­je­go ad­wo­ka­ta - moją - po­sta­no­wił sko­rzy­stać z pra­wa do od­mo­wy ze­znań. To ty­po­wy przy­pa­dek, kie­dy ja­kie­kol­wiek dal­sze wy­ja­śnie­nia mo­gły zo­stać uży­te prze­ciw­ko nie­mu.

Po kil­ku mie­sią­cach po­by­tu w wię­zie­niu przy­zna­no mu areszt do­mo­wy, a po oko­ło roku wy­pusz­czo­no go, na­kła­da­jąc do­zór po­li­cyj­ny. Pro­ces się opóź­niał, a li­nia obro­ny, po­mi­ja­jąc resz­tę pa­pla­ni­ny, opie­ra­ła się głów­nie na za­rzu­cie nie­do­pusz­czal­no­ści pod­słu­chu. Gdy­by za­rzut zo­stał uzna­ny, oskar­że­nie zna­la­zło­by się na dużo słab­szej po­zy­cji.

Pod­nio­słem kwe­stię nie­do­pusz­czal­no­ści pod­słu­chu przed są­dem. Od­rzu­ci­li za­rzut i ska­za­li mo­je­go klien­ta na dzie­sięć lat wię­zie­nia i nie­do­rzecz­nie wy­so­ką karę grzyw­ny. Pod­nio­słem kwe­stię nie­do­pusz­czal­no­ści pod­słu­chu przed są­dem od­wo­ław­czym. Ten też od­rzu­cił za­rzut, ale przy­najm­niej ob­ni­żył wy­rok.

Pod­nio­słem za­rzut nie­do­pusz­czal­no­ści pod­słu­chu przed są­dem ka­sa­cyj­nym i tego ran­ka po raz ostat­ni po­dej­mo­wa­łem pró­bę ura­to­wa­nia mo­je­go klien­ta - któ­ry w mię­dzy­cza­sie zna­lazł uczci­wą pra­cę, miał part­ner­kę i ma­łe­go syn­ka - przed dłu­gi­mi la­ta­mi wię­zie­nia, któ­re go cze­ka­ły, na­wet bio­rąc pod uwa­gę moż­li­we zła­go­dze­nie kary, zwol­nie­nia wa­run­ko­we i tym po­dob­ne. Na po­sie­dze­nie ka­sa­cyj­ne za­zwy­czaj nie wpusz­cza się pu­blicz­no­ści i na sa­lach roz­praw pa­nu­je pew­na abs­trak­cyj­na pod­nio­słość, a przede wszyst­kim po­ru­sza­ne są w nich wy­łącz­nie kwe­stie praw­ne. Bru­tal­na rze­czy­wi­stość fak­tów, roz­trzą­sa­na w pro­ce­sach kry­mi­nal­nych, po­zo­sta­je za drzwia­mi wy­ci­szo­nych sal są­dów wyż­szej in­stan­cji.

In­ny­mi sło­wy, po­win­ny tu pa­no­wać ide­al­ne wa­run­ki, żeby wy­rok i całą sy­tu­ację po­zba­wić ła­dun­ku emo­cjo­nal­ne­go, jaki to­wa­rzy­szy stan­dar­do­wym spra­wom kar­nym.

Tak nie jest z jed­ne­go pro­ste­go po­wo­du.

Kie­dy przy­cho­dzi czas na ka­sa­cję, zbli­ża się ko­niec pro­ce­su są­do­we­go. Jed­nym z moż­li­wych re­zul­ta­tów po­sie­dze­nia jest od­rzu­ce­nie skar­gi. A w ta­kim przy­pad­ku bar­dzo moż­li­we, że ko­lej­nym kro­kiem dla klien­ta sta­je się wię­zie­nie i od­by­cie kary.

Dla­te­go to, co dzie­je się na roz­pra­wie ka­sa­cyj­nej, jest mało abs­trak­cyj­ne. Wy­ra­fi­no­wa­nie sal roz­praw zmie­nia się w dra­ma­tycz­ną za­po­wiedź rze­czy, któ­re są mało wy­ra­fi­no­wa­ne, a czę­sto strasz­li­we.

Pro­ku­ra­tor ge­ne­ral­ny wniósł o od­rzu­ce­nie mo­jej skar­gi. Mó­wił krót­ko, ale naj­wy­raź­niej prze­stu­dio­wał akta, co nie za­wsze jest ta­kie oczy­wi­ste. Sku­tecz­nie pod­wa­żył za­sad­ność mo­ich ar­gu­men­tów i po­my­śla­łem, że gdy­bym był na miej­scu sę­dziów, dał­bym mu się prze­ko­nać i przy­znał ra­cję jemu, a nie ape­lu­ją­ce­mu.

Po­tem prze­wod­ni­czą­cy zwró­cił się do mnie.

- Me­ce­na­sie, ko­le­gium za­zna­jo­mi­ło się ze skar­gą oraz ak­ta­mi. Pań­ski punkt wi­dze­nia jest ja­sno wy­ło­żo­ny. W uza­sad­nie­niu pro­szę się ogra­ni­czyć do pod­sta­wo­wych aspek­tów lub kwe­stii, któ­re nie zo­sta­ły po­ru­szo­ne w skar­dze lub ak­tach.

Bar­dzo uprzej­mie i bar­dzo ja­sno. Po­spiesz się, z ła­ski swo­jej, i nie po­wta­rzaj tego, co już wie­my, a przede wszyst­kim nie mar­nuj na­sze­go cza­su.

- Dzię­ku­ję, pa­nie prze­wod­ni­czą­cy, po­sta­ram się nie prze­dłu­żać.

Moja mowa fak­tycz­nie była krót­ka. Przy­po­mnia­łem po­wo­dy, dla któ­rych - w moim mnie­ma­niu - pod­słu­chy po­win­ny zo­stać uzna­ne za nie­do­pusz­czal­ne, a wy­rok anu­lo­wa­ny, i skoń­czy­łem po nie­ca­łych pię­ciu mi­nu­tach. Prze­wod­ni­czą­cy po­dzię­ko­wał mi za do­trzy­ma­nie sło­wa i nie­prze­dłu­ża­nie, uprzej­mie mnie zwol­nił i wy­wo­łał na­stęp­ną spra­wę. Po­sta­no­wie­nie otrzy­mam po po­łu­dniu. W przy­pad­ku roz­praw ka­sa­cyj­nych pro­ce­du­ra jest na­stę­pu­ją­ca - naj­pierw są przed­sta­wia­ne wszyst­kie skar­gi, a do­pie­ro po­tem sę­dzio­wie uda­ją się na na­ra­dę. Wy­cho­dzą, cza­sa­mi póź­nym po­po­łu­dniem, i od­czy­tu­ją wszyst­kie po­sta­no­wie­nia, jed­no po dru­gim. Za­zwy­czaj przy pu­stej sali, bo nikt nie ma ocho­ty cze­kać ca­ły­mi go­dzi­na­mi na są­do­wych ko­ry­ta­rzach, wśród zło­wiesz­czych mar­mu­rów i przy od­gło­sie za­błą­ka­nych kro­ków. Ad­wo­ka­ci, zwłasz­cza przy­jeż­dża­ją­cy spo­za Rzy­mu, za­ła­twia­ją spra­wę in­a­czej. Trze­ba się zwró­cić do urzęd­ni­ka są­do­we­go z proś­bą o uzy­ska­nie in­for­ma­cji na te­mat spra­wy i dać mu zło­żo­ną kart­kę z nu­me­rem te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go oraz bank­no­tem o war­to­ści dwu­dzie­stu euro.

Po­tem wy­cho­dzi­my z bu­dyn­ku sądu i od tego mo­men­tu pod­ska­ku­je­my za każ­dym ra­zem, kie­dy dzwo­ni te­le­fon, cze­ka­jąc na głos urzęd­ni­ka, któ­ry biu­ro­kra­tycz­nym to­nem prze­ka­że nam re­zul­tat.

Te­le­fon za­dzwo­nił, kie­dy by­łem na lot­ni­sku, tuż przed wej­ściem na po­kład. Już chcia­łem go wy­łą­czyć.

- Me­ce­nas Gu­er­rie­ri?

- Tak, słu­cham?

- Wy­nik pań­skiej spra­wy. Sąd od­rzu­cił skar­gę i ob­cią­żył oskar­żo­ne­go kosz­ta­mi po­stę­po­wa­nia. Do wi­dze­nia.

"Do wi­dze­nia" od­po­wie­dzia­łem w pust­kę, bo mój roz­mów­ca roz­łą­czył się na­tych­miast i już dzwo­nił do ko­goś in­ne­go, żeby prze­ka­zać mu oso­bi­sty wy­rok za (nie­wiel­ką) opła­tą.

 

W sa­mo­lo­cie pró­bo­wa­łem czy­tać, ale nie zdo­ła­łem. My­śla­łem o tym, jak po­wiem mo­je­mu klien­to­wi, że za kil­ka dni pój­dzie do wię­zie­nia na dłu­gie lata. Ta per­spek­ty­wa na­pa­wa­ła mnie nie­przy­jem­nym smut­kiem po­łą­czo­nym z czymś w ro­dza­ju upo­ko­rze­nia.

Wiem, wiem. Był di­le­rem, prze­stęp­cą i gdy­by go nie przy­ła­pa­no, może nadal by han­dlo­wał nar­ko­ty­ka­mi i za­ra­biał w ten spo­sób. Ale w la­tach, któ­re upły­nę­ły mię­dzy aresz­to­wa­niem a roz­pra­wą ka­sa­cyj­ną, stał się kimś in­nym. Nie mo­głem prze­cier­pieć tego, że prze­szłość, w po­sta­ci su­che­go i nie­ubła­ga­ne­go wy­ro­ku ka­sa­cyj­ne­go, na­gle go do­pa­dła i wszyst­ko zruj­no­wa­ła.

Po tylu la­tach wy­da­ło mi się to po pro­stu okrut­ne. Tym bar­dziej bez­sen­sow­ne, że nikt nie po­no­sił za to winy.

Z tymi my­śla­mi za­pa­dłem w płyt­ki i nie­spo­koj­ny sen. Kie­dy otwo­rzy­łem oczy, świa­tła mia­sta były już bar­dzo bli­sko.

6

Na dwo­rze pa­no­wał chłód, głów­nie z po­wo­du wie­ją­ce­go mi­stra­lu.

Nie chcia­łem wra­cać do domu, nie chcia­łem za­gnieź­dzić się w mo­jej sa­mot­no­ści, któ­ra chwi­la­mi za bar­dzo się pa­no­szy­ła po po­ko­jach mo­je­go miesz­ka­nia. Przed snem mu­sia­łem po­zbyć się de­pre­sji, jaką czu­łem po wcze­śniej­szym spo­tka­niu. A poza tym mu­sia­łem zjeść coś na wzmoc­nie­nie i wy­pić coś na po­pra­wę hu­mo­ru. Po­sta­no­wi­łem więc pójść do Chel­sea Ho­tel.

Nie do słyn­ne­go ho­te­lu z czer­wo­nej ce­gły na Dwu­dzie­stej Trze­ciej, w Chel­sea na Man­hat­ta­nie, ale do knaj­py w dziel­ni­cy San Gi­ro­la­mo w Bari, któ­rą od­kry­łem kil­ka ty­go­dni wcze­śniej i któ­ra sta­ła się moim ulu­bio­nym miej­scem w wie­czo­ry, ja­kich nie chcia­łem spę­dzać w domu.

Od kie­dy prze­pro­wa­dzi­łem się do no­wej kan­ce­la­rii, na­bra­łem zwy­cza­ju wy­cho­dze­nia na dłu­gie noc­ne spa­ce­ry po nie­zna­nych mi czę­ściach mia­sta. Wy­cho­dzi­łem, tak jak tego wie­czo­ra, po dzie­sią­tej, zja­da­łem gdzieś szyb­ką ka­nap­kę, ka­wa­łek piz­zy albo su­shi i ru­sza­łem, kro­kiem ko­goś, kto się do­kądś wy­bie­ra i nie ma cza­su do stra­ce­nia. W rze­czy­wi­sto­ści do­ni­kąd się nie wy­bie­ra­łem, cho­ciaż bar­dzo praw­do­po­dob­nie cze­goś szu­ka­łem.

Spa­ce­ry za­stę­po­wa­ły mi tre­ning bok­ser­ski, kie­dy na­praw­dę nie mia­łem na nie­go ocho­ty, ale przede wszyst­kim były wy­pra­wą w głąb mia­sta i mo­jej sa­mot­no­ści. Co ja­kiś czas za­trzy­my­wa­łem się i za­sta­na­wia­łem, jak ską­pe sta­ło się moje ży­cie to­wa­rzy­skie od wy­jaz­du Mar­ghe­ri­ty. Od kie­dy po­in­for­mo­wa­ła mnie, że nie wra­ca, było jesz­cze go­rzej.

Tę­sk­ni­łem za moim po­przed­nim ży­ciem, a wła­ści­wie za mo­imi po­przed­ni­mi ży­cia­mi. Tymi mniej wię­cej nor­mal­ny­mi. Z cza­sów mo­je­go mał­żeń­stwa z Sarą albo wła­śnie z cza­sów Mar­ghe­ri­ty. Ale to była lek­ka tę­sk­no­ta, po­zba­wio­na bólu. Albo ra­czej z bó­lem, któ­ry da­wa­ło się wy­trzy­mać.

Cza­sa­mi my­śla­łem, że chciał­bym spo­tkać ko­goś, kogo lu­bił­bym tak, jak kie­dyś je lu­bi­łem, ale ro­zu­mia­łem, że to nie były re­ali­stycz­ne ocze­ki­wa­nia. Ta myśl na­pa­wa­ła mnie odro­bi­ną smut­ku, ale on też był za­zwy­czaj zno­śny. A kie­dy, chwi­la­mi, ten smu­tek się zwięk­szał i nie­bez­piecz­nie zbli­ża­łem się do roz­czu­la­nia się nad sobą, mó­wi­łem so­bie, że nie mogę na­rze­kać. Mia­łem pra­cę, sport, jeź­dzi­łem na wa­ka­cje. Wi­dy­wa­łem się, cza­sa­mi, z mi­ły­mi i nie­zbyt bli­ski­mi zna­jo­my­mi. No i mia­łem książ­ki, rzecz ja­sna. Oczy­wi­ście, że cze­goś bra­ko­wa­ło. Ale na­le­ża­łem do tych, któ­rzy od dzie­ciń­stwa bra­li so­bie do ser­ca to, że nie po­win­ni się skar­żyć i mu­szą pa­mię­tać o gło­du­ją­cych dzie­ciach w Afry­ce.

 

Kil­ka ty­go­dni wcze­śniej wy­sze­dłem z kan­ce­la­rii oko­ło dzie­sią­tej wie­czo­rem, po ca­łym dniu nie­prze­rwa­nej ule­wy. Ku­pi­łem jo­gurt o sma­ku zie­lo­nej her­ba­ty w skle­pi­ku et­nicz­nym, któ­ry jest otwar­ty do póź­na, i ru­szy­łem na pół­noc.

Bar­dzo lu­bię jeść na uli­cy. W od­po­wied­nich wa­run­kach - jak na tych noc­nych spa­ce­rach - przy­wo­łu­je to wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa. Czy­ste, nie­na­ru­szo­ne i po­zba­wio­ne smut­ku. Cza­sa­mi wzbu­dza we mnie wręcz ro­dzaj eu­fo­rii, jak­by na­stę­po­wa­ło krót­kie spię­cie cza­so­prze­strze­ni i jak­bym był tym sa­mym chłop­cem co wte­dy, z całą masą pierw­szych ra­zów przede mną. To tyl­ko ilu­zja, ale wca­le nie taka zła.

Sze­dłem wzdłuż nie­koń­czą­ce­go się ogro­dze­nia por­tu, po ścież­ce ro­we­ro­wej na via­le Vit­to­rio Ve­ne­to. Mia­sto po desz­czu wy­glą­da­ło jak­by po­kry­te czar­nym lśnią­cym la­kie­rem. Żad­nych ro­we­rów, żad­nych pie­szych, nie­wie­le sa­mo­cho­dów. Jak sce­no­gra­fia z Łow­cy an­dro­idów. To wra­że­nie umoc­ni­ło się jesz­cze bar­dziej, kie­dy skrę­ci­łem w pu­ste i mrocz­ne uli­ce, któ­re roz­cią­ga­ją się mię­dzy bu­dyn­ka­mi Fie­ra del Le­van­te, gi­gan­tycz­ne­go kom­plek­su prze­my­sło­we­go, opu­sto­sza­łe­go de­ka­dy temu, a byłą rzeź­nią miej­ską, w któ­rej te­raz mie­ści się bi­blio­te­ka na­ro­do­wa o po­dwó­rzach jak z ob­ra­zów De Chi­ri­co. W tej oko­li­cy nie ma ani jed­nej re­stau­ra­cji, baru ani skle­pu. Tyl­ko biu­ra, skła­dy, opu­sto­sza­łe ma­ga­zy­ny, warsz­ta­ty sa­mo­cho­do­we, wy­ga­słe ko­mi­ny, za­mknię­te od dzie­się­cio­le­ci pla­ce fa­brycz­ne, peł­ne chwa­stów, dzi­kich psów, sów i nie­uchwyt­nych miej­skich li­sów.

Nie­po­kój, któ­rym ema­nu­ją te miej­sca, ma na mnie dziw­nie do­bro­czyn­ny wpływ. Jak­by oczysz­czał mnie z mo­je­go oso­bi­ste­go nie­po­ko­ju, za­sy­sa­jąc go w swój czar­ny wir. Jak­by nie­okre­ślo­na oba­wa przed ze­wnętrz­nym nie­bez­pie­czeń­stwem uwal­nia­ła mnie od stra­chu, gor­sze­go i trud­niej­sze­go do opa­no­wa­nia, przed nie­bez­pie­czeń­stwem po­cho­dzą­cym z we­wnątrz. Po spa­ce­rach w tych miej­scach opusz­czo­nych i wid­mo­wych za­sy­piam jak dziec­ko i za­zwy­czaj na­wet się bu­dzę w do­brym na­stro­ju.

By­łem w sa­mym środ­ku tej zie­mi ni­czy­jej, mię­dzy dziel­ni­ca­mi Li­ber­ta a San Gi­ro­la­mo, kie­dy w bocz­nej ulicz­ce, wśród mo­kre­go i plu­ga­we­go mro­ku doj­rza­łem świe­cą­cy czer­wo­no-nie­bie­ski szyld przy­po­mi­na­ją­cy sta­re neo­ny z lat pięć­dzie­sią­tych.

To był bar. Wy­glą­dał, jak­by zo­stał prze­nie­sio­ny tam, mię­dzy hale fa­brycz­ne, warsz­ta­ty i ciem­ność, z ja­kie­goś od­le­głe­go miej­sca i cza­su.

Na szyl­dzie wid­nia­ła na­zwa "Chel­sea Ho­tel No. 2", do­kład­nie jak w ty­tu­le jed­nej z mo­ich ulu­bio­nych pio­se­nek, a z wnę­trza są­czy­ło się przy­tłu­mio­ne zie­lon­ka­we świa­tło zza gru­bych, ma­to­wych i zie­lo­nych szyb.

Wsze­dłem do środ­ka i ro­zej­rza­łem się do­oko­ła. Pach­nia­ło je­dze­niem, czy­sto­ścią i odro­bi­nę przy­pra­wa­mi. Ten za­pach przy­po­mi­nał mi dom, cie­pły, su­chy i przy­tul­ny.

Lo­kal ude­ko­ro­wa­no me­bla­mi w sty­lu ame­ry­kań­skie­go mo­der­ni­zmu, z okre­su od­po­wia­da­ją­ce­go neo­no­we­mu szyl­do­wi, usta­wio­ny­mi w po­zor­nie przy­pad­ko­wy spo­sób. W rze­czy­wi­sto­ści, po­my­śla­łem, roz­glą­da­jąc się wo­kół, w tym miej­scu nic nie było przy­pad­ko­we. Mu­siał się tym za­jąć ktoś, kto wie­dział, co robi, i lu­bił to. Ścia­ny ob­wie­szo­no pla­ka­ta­mi fil­mo­wy­mi. Nie­któ­re ze star­szych wy­glą­da­ły na dość cen­ne ory­gi­na­ły.

Mu­zy­ka była przy­ci­szo­na - nie zno­szę gło­śnej mu­zy­ki, z wy­jąt­kiem pew­nych rzad­kich przy­pad­ków - i jak na tę porę było tam spo­ro osób. Za­uwa­ży­łem jesz­cze coś, co roz­szy­fro­wa­łem, do­pie­ro sia­da­jąc przy ba­rze, na wy­so­kim stoł­ku z drew­na i skó­ry.

Chel­sea Ho­tel No. 2 był ba­rem ge­jow­skim. W tym mo­men­cie ob­ja­wie­nia przy­po­mnia­łem so­bie, jak wie­le lat temu ktoś mi mó­wił, że dziel­ni­cą o naj­bar­dziej oży­wio­nej kul­tu­rze ge­jow­skiej w No­wym Jor­ku było wła­śnie Chel­sea. A więc - po­wie­dzia­łem so­bie szep­tem w my­ślach - na­zwa tego baru, tak osten­ta­cyj­nie ame­ry­kań­skie­go, nie była przy­pad­ko­wa i nie wzię­ła się (je­dy­nie) z za­mi­ło­wa­nia do twór­czo­ści Le­onar­da Co­he­na.

Przy jed­nym ze sto­li­ków dwie dziew­czy­ny trzy­ma­ły się za rękę i tyl­ko co ja­kiś czas prze­ry­wa­ły roz­mo­wę, żeby się po­ca­ło­wać. Przy­po­mnia­ły mi dwie Gio­van­ny, przy­ja­ciół­ki Mar­ghe­ri­ty, spe­cja­list­ki sztuk wal­ki i spa­do­chro­niar­stwa. Przez mo­ment za­sta­na­wia­łem się na­wet, czy to nie one, za­nim uprzy­tom­ni­łem so­bie, że dwie Gio­van­ny z całą pew­no­ścią nie były je­dy­ny­mi les­bij­ka­mi w mie­ście.

Resz­tę sto­li­ków zaj­mo­wa­li w więk­szo­ści, a wła­ści­wie nie­mal wy­łącz­nie, męż­czyź­ni.

Na­gle mia­łem wra­że­nie, jak­bym się zna­lazł w środ­ku słyn­nej sce­ny z fil­mu Aka­de­mia po­li­cyj­na. Tej, w któ­rej dwóch głu­pich re­kru­tów za­pę­dza się do ge­jow­skie­go baru sado-maso i tań­czy wol­ny ka­wa­łek w ra­mio­nach ma­nia­ków z wą­sa­mi, gło­wa­mi ogo­lo­ny­mi na zero i wy­stro­jo­nych w ko­stiu­my z czar­nej skó­ry. Za­sta­no­wi­łem się, ilu z nich uda­ło­by mi się po­wa­lić na zie­mię, za­nim bym zo­stał nie­uchron­nie obez­wład­nio­ny i pod­dał się swo­je­mu lo­so­wi.

No do­bra, prze­sa­dzi­łem. W rze­czy­wi­sto­ści oto­cze­nie wy­glą­da­ło na nor­mal­ne, pod­kła­du mu­zycz­ne­go nie do­star­cza­li Vil­la­ge Pe­ople (kie­dy tak roz­my­śla­łem, w tle są­czy­ło się, bar­dzo po­wścią­gli­wie, Dan­ce Me to the End of Love) i nikt nie no­sił ubrań w sty­lu na­wet przy­po­mi­na­ją­cym sado-maso.

Mimo tego wszyst­kie­go znaj­do­wa­łem się w nie­co dwu­znacz­nej sy­tu­acji. Wy­obra­zi­łem so­bie, że spo­ty­kam ko­goś zna­jo­me­go - in­ne­go praw­ni­ka albo ja­kie­goś urzęd­ni­ka - i mu­szę wy­ja­śnić, że tra­fi­łem tu­taj tyl­ko przez moje upodo­ba­nie do dłu­gich noc­nych spa­ce­rów po za­pusz­czo­nych dziel­ni­cach mia­sta.

Pró­bo­wa­łem so­bie przy­po­mnieć, ilu ge­jów zna­łem wśród ad­wo­ka­tów i sę­dziów. Przy­szło mi do gło­wy je­dy­nie pię­ciu i z wy­raź­ną ulgą stwier­dzi­łem, że żad­ne­go z nich nie wi­dzę w tym lo­ka­lu.

Gdy tyl­ko skoń­czy­łem tę idio­tycz­ną kon­tro­lę, po­my­śla­łem so­bie, że mu­sia­łem lek­ko skre­ty­nieć. Wpraw­dzie sy­tu­acja była, jak by to po­wie­dzieć, dość nie­ty­po­wa, ale też nie było nor­mal­ne to, że roz­glą­da­łem się do­oko­ła z nie­po­ko­jem i nie­co skry­cie, jak­by na szyl­dzie wid­niał na­pis "Zrze­sze­nie Ho­mo­sek­su­al­nych Praw­ni­ków" albo coś w tym ro­dza­ju.

Kie­dy tak ob­my­śla­łem ele­ganc­ką stra­te­gię uciecz­ki - z tego miej­sca i je­śli to moż­li­we, od mo­je­go ogłu­pie­nia - Le­onard Co­hen zo­stał za­głu­szo­ny przez inny głos, na za­wsze ruj­nu­ją­cy moż­li­wość, że moja wi­zy­ta w Chel­sea Ho­tel No. 2 przej­dzie nie­zau­wa­żo­na.

- Me­ce­nas Gu­er­rie­ri!

Od­wró­ci­łem się w pra­wo, czer­wie­niąc się i za­sta­na­wia­jąc, jak wy­tłu­ma­czę swo­ją obec­ność tu­taj wła­ści­ciel­ce gło­su, kim­kol­wiek ona była.

Nad­ia. Na­zwi­ska nie pa­mię­ta­łem.

Moja klient­ka sprzed ja­kichś czte­rech czy pię­ciu lat.

Eks-mo­del­ka, eks-ak­tor­ka w fil­mach por­no, eks-luk­su­so­wa dama do to­wa­rzy­stwa. Zo­sta­ła za­trzy­ma­na pod za­rzu­tem za­ło­że­nia i pro­wa­dze­nia agen­cji to­wa­rzy­skiej za­trud­nia­ją­cej bar­dzo pięk­ne i bar­dzo dro­gie ko­bie­ty. Uda­ło mi się do­pro­wa­dzić do jej unie­win­nie­nia w nie­ocze­ki­wa­ny spo­sób, dzię­ki temu, co la­icy na­zy­wa­ją krucz­kiem praw­nym. W rze­czy­wi­sto­ści zna­la­złem uchy­bie­nie for­mal­ne w pod­słu­chach i oskar­że­nie roz­sy­pa­ło się jak do­mek z kart.

Do­sko­na­le pa­mię­ta­łem Nad­ię z dnia pro­ce­su. Była ubra­na w ciem­no­po­pie­la­ty ko­stium i bia­łą bluz­kę, mia­ła de­li­kat­ny ma­ki­jaż i wy­glą­da­ła jak kto­kol­wiek, tyl­ko nie pro­sty­tut­ka. Zresz­tą to, że zu­peł­nie nie od­po­wia­da­ła ste­reo­ty­po­wi swo­jej pro­fe­sji, stwier­dza­łem przy każ­dym spo­tka­niu. Naj­pierw w wię­zie­niu, za­raz po aresz­to­wa­niu, po­tem w mo­jej kan­ce­la­rii i w koń­cu wła­śnie w są­dzie.

Tego wie­czo­ra mia­ła na so­bie spra­ne dżin­sy i bia­ły ob­ci­sły pod­ko­szu­lek. Wy­glą­da­ła - nie wiem, jak to okre­ślić - jed­no­cze­śnie na star­szą i młod­szą i po­mi­mo nie­for­mal­ne­go stro­ju rów­nie ele­ganc­ko, jak pod­czas na­sze­go ostat­nie­go spo­tka­nia. Pró­bo­wa­łem so­bie przy­po­mnieć, czy za­uwa­ży­łem jej uro­dę, kie­dy była moją klient­ką.

- Hej... zna­czy, do­bry wie­czór. Wy­mknę­ło mi się... z za­sko­cze­nia.

- Też je­stem za­sko­czo­na two­im wi­do­kiem tu­taj. Wi­taj w moim klu­bie.

- Pani klu­bie? To miej­sce na­le­ży do pani?

- Jak dla mnie mo­że­my zo­stać na ty.

- Ja­sne, pew­nie, jak dla mnie też.

- Skąd się tu­taj wzią­łeś? - za­py­ta­ła z uśmie­chem i jak mi się zda­wa­ło, odro­bi­ną roz­ba­wio­nej zło­śli­wo­ści. Praw­dzi­we py­ta­nie, nie­zbyt ukry­te. - A więc je­steś ge­jem? Te­raz ro­zu­miem, dla­cze­go za­cho­wy­wa­łeś się tak po­rząd­nie i nig­dy nie pró­bo­wa­łeś wy­ko­rzy­stać sy­tu­acji, kie­dy by­łam two­ją klient­ką.

Nie. Nie je­stem ge­jem. Zna­la­złem się tu­taj przez przy­pa­dek, bo wie­czo­ra­mi ro­bię so­bie dłu­gie spa­ce­ry po pe­ry­fe­riach mia­sta, bo lu­bię cho­dzić po pu­stych uli­cach i nie, nie przy­sze­dłem tu­taj na pod­ryw, i tak, wiem, że trud­no w to uwie­rzyć, ale za­pew­niam cie­bie, że tyl­ko spa­ce­ro­wa­łem bez celu, zo­ba­czy­łem świa­tło w ciem­no­ściach, więc wsze­dłem, ale nie wie­dzia­łem, że to jest lo­kal dla... to zna­czy, taki typ lo­ka­lu, nie że­bym miał ja­kieś uprze­dze­nia, żeby nie było nie­po­ro­zu­mień, je­stem czło­wie­kiem le­wi­cy, je­stem otwar­ty i mam wie­lu zna­jo­mych ho­mo­sek­su­ali­stów.

No do­bra, może nie wie­lu, ale na pew­no kil­ku. W każ­dym ra­zie, po­wta­rzam, nie je­stem ge­jem.

Nic ta­kie­go nie po­wie­dzia­łem. Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi i chy­ba zro­bi­łem minę, któ­ra mo­gła ozna­czać wszyst­ko. Minę nic nie­zna­czą­cą. Minę ade­kwat­ną do sy­tu­acji.

- A tak so­bie. Spa­ce­ro­wa­łem, zo­ba­czy­łem szyld, wsze­dłem z cie­ka­wo­ści, żeby się ro­zej­rzeć. Bar­dzo tu przy­jem­nie.

Uśmiech­nę­ła się.

- Je­steś ge­jem? Ja­koś nie od­nio­słam ta­kie­go wra­że­nia, kie­dy by­łam two­ją klient­ką.

Ucie­szy­ło mnie to py­ta­nie. Uprasz­cza­ło spra­wę. Od­po­wie­dzia­łem, że nie, nie je­stem ge­jem, i opo­wie­dzia­łem o mo­ich noc­nych spa­ce­rach, któ­re ona uzna­ła za zu­peł­nie nor­mal­ne, za co by­łem jej wdzięcz­ny. Po­tem na­la­ła mi kie­li­szek wy­śmie­ni­te­go rumu, któ­re­go na­zwy nig­dy wcze­śniej nie sły­sza­łem. Po­tem na­la­ła mi ko­lej­ny i kie­dy spoj­rza­łem na ze­ga­rek, za­uwa­ży­łem, że zro­bi­ło się na­praw­dę póź­no, i wsta­łem. Po­wie­dzia­ła, że mu­szę obie­cać, że wró­cę, na­wet je­śli nie je­stem ge­jem. Przy­cho­dzi­li tam też klien­ci he­te­ro, cho­ciaż ra­czej rzad­ko, do­da­ła. To było spo­koj­ne miej­sce, je­dze­nie ser­wo­wa­no do­bre, czę­sto gra­ła mu­zy­ka na żywo, no i przede wszyst­kim zro­bił­bym jej tym ogrom­ną przy­jem­ność. Po­wie­dzia­ła to, pa­trząc mi w oczy, ze swo­bo­dą, któ­ra bar­dzo mi się spodo­ba­ła, więc da­łem jej sło­wo, wie­dząc, że go do­trzy­mam.

Od tego cza­su za­czą­łem re­gu­lar­nie by­wać w Chel­sea Ho­tel. Lu­bię to, że mogę sie­dzieć sam, nie czu­jąc się sa­mot­nie. Jest mi tam do­brze, pa­nu­je ra­do­sna i za­ży­ła at­mos­fe­ra, któ­ra przy­wo­dzi mi na myśl coś, cze­go do koń­ca nie mogę zro­zu­mieć.

Pew­ne­go razu, na po­cząt­ku, cze­ka­łem, aż przy­nio­są mi je­dze­nie, i sie­dzia­łem sam przy sto­li­ku, kie­dy za­trzy­mał się przede mną ja­kiś chło­pak i za­py­tał, czy może się przy­siąść.

Za­cho­wuj się, po­wie­dzia­łem so­bie, ge­stem od­po­wia­da­jąc, że ja­sne, oczy­wi­ście, może się przy­siąść. Po­dał mi rękę - miał po­rząd­ny, mę­ski uścisk - i po­wie­dział, że ma na imię Oli­vie­ro. Po krót­kiej wy­mia­nie ba­na­łów Oli­vie­ro, pa­trząc mi głę­bo­ko w oczy, zwie­rzył się, że woli doj­rza­łych męż­czyzn. Po­my­śla­łem, że doj­rza­ła to może być jego mat­ka, ale uda­ło mi się tego nie po­wie­dzieć na głos i za­sta­na­wia­łem się, jak ła­god­nie wy­tłu­ma­czyć mu, że cza­sa­mi po­zo­ry mylą, kie­dy zja­wi­ła się Nad­ia z moim za­mó­wie­niem.

- Oli­vie­ro, Gu­ido nie jest ge­jem.

Oli­vie­ro zmie­rzył ją wzro­kiem. Po­tem spoj­rzał na mnie z roz­cza­ro­wa­niem.

- Jaka szko­da. Ale nig­dy nic nie wia­do­mo. Mia­łem chło­pa­ka, na pew­no star­sze­go od cie­bie, któ­ry od­krył, że jest ge­jem, w wie­ku czter­dzie­stu czte­rech lat. Ile ty masz lat?

- Czter­dzie­ści pięć - po­wie­dzia­łem z prze­sad­nym en­tu­zja­zmem. A po­tem uści­śli­łem, że w naj­bliż­szej przy­szło­ści nie prze­wi­dy­wa­łem zmia­ny pre­fe­ren­cji sek­su­al­nych. To wy­ja­śniw­szy, do­da­łem, że by­ło­by mi miło, gdy­by Oli­vie­ro wy­pił ze mną kie­li­szek wina.

Oli­vie­ro był abs­ty­nen­tem. Chwi­lę póź­niej od­szedł ze zmie­sza­ną miną i to był je­dy­ny przy­pa­dek, kie­dy ja­kiś męż­czy­zna pró­bo­wał mnie po­de­rwać w Chel­sea.

Przy­jeż­dża­łem ro­we­rem, słu­cha­łem mu­zy­ki i cza­sa­mi od­kry­wa­łem coś, cze­go nig­dy wcze­śniej nie sły­sza­łem, ja­dłem, roz­ma­wia­łem z Nad­ią, wy­pi­ja­łem kie­li­szek cze­goś do­bre­go i wra­ca­łem do domu w lep­szym hu­mo­rze. Co w cięż­kich cza­sach nie jest ta­kie złe.

 

Tam­te­go wie­czo­ra, kie­dy wy­sze­dłem z kan­ce­la­rii po roz­mo­wie z pań­stwem Fer­ra­ro, po­my­śla­łem, że do­brze by mi zro­bi­ła wi­zy­ta u Nad­ii. Wsia­dłem więc na ro­wer i po kwa­dran­sie do­tar­łem na miej­sce. Do­pie­ro wte­dy, na wi­dok wy­ga­szo­ne­go szyl­du i za­kra­to­wa­nych drzwi, przy­po­mnia­łem so­bie, że to po­nie­dzia­łek i bar był za­mknię­ty.

Nie­do­bry wie­czór, po­wie­dzia­łem so­bie, od­jeż­dża­jąc w kie­run­ku cen­trum oraz domu i prze­wi­du­jąc, że sen szyb­ko nie na­dej­dzie.