Ulisses - James Joyce
49.90 zł
42.21 zł
(42,30 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Solennie napuszony, pulchny Goguś Mulligan zstąpił z progu u wylotu schodów, niosąc pełną piany do golenia miseczkę, na której leżały skrzyżowane lusterko i brzytwa. Lekki poranny wiaterek podtrzymywał poły żółtego rozpasanego szlafroka za jego plecami. Mulligan wysoko wzniósł miseczkę, po czym zaintonował:
- Introibo ad altare Dei.
Znieruchomiały, spojrzał w dół na ciemne, kręte schody, i krzyknął opryskliwie:
- Chodź tu, Kindż! No chodź, ty strachliwy jezuito.
Uroczyście ruszył naprzód i wszedł na okrągłą barbetę. Odwrócił się, po czym z powagą trzykrotnie pobłogosławił wieżę, najbliższą okolicę i budzące się wzgórza. Zauważywszy Stephena Dedalusa, pochylił się ku niemu i szybko zaczął kreślić w powietrzu znaki krzyża, gulgocząc przy tym gardłowo i kręcąc głową. Naburmuszony, zaspany Stephen oparł się rękami o najwyższy stopień schodów i zmierzył zimnym spojrzeniem rozedrgane, rozgulgotane, końsko pociągłe, błogosławiące go oblicze oraz nieprzystrzyżone i bynajmniej nieokalające tonsury złociste włosy w odcieniu jasnej słojowatej dębiny.
Mulligan zerknął na moment pod lusterko, po czym szybko zakrył nim znowu miseczkę.
- Rozejść się, rozkazał surowo.
I zaraz dodał kaznodziejskim tonem:
- Albowiem, o umiłowani moi, oto jest Krystka prawdziwa: ciało, dusza, krew i o rany boskie! Bardzo proszę o nastrojową muzykę. Panowie, zamknijcie oczy. Chwileczkę. Mamy tu mały problem z białymi ciałkami krwi. Bądźcie wszyscy cicho.
Spojrzał z ukosa w górę i przeciągle, delikatnie gwizdnął, jak gdyby dawał komuś sygnał, a następnie znieruchomiał na chwilę w pełnym zachwytu skupieniu. Jego równe białe zęby połyskiwały gdzieniegdzie złotymi koronkami. Chryzostom. W ciszy odpowiedziały mu dwa głośne przenikliwe gwizdnięcia.
- Dzięki, stary, zawołał raźno. To w zupełności wystarczy. Wyłącz prąd, dobra?
Zeskoczył z barbety i otulając nogi fałdami przypominającego sutannę szlafroka, spojrzał z powagą na swojego widza. Pulchna, wycieniowana, ponura, owalna twarz Mulligana przywodziła na myśl znanego dostojnika Kościoła, średniowiecznego mecenasa sztuk pięknych. Na jego ustach bezdźwięcznie wykwitł sympatyczny uśmiech.
- Przecież to farsa, odezwał się wesoło. Znaczy to twoje imię i absurdalne nazwisko starożytnego Greka.
Wskazał Stephena palcem w przyjacielskim, żartobliwym geście, i podszedł do parapetu, śmiejąc się sam do siebie. Dedalus niechętnie ruszył w jego stronę, zatrzymał się w pół drogi i przysiadł na skraju barbety, wciąż mu się przyglądając, a Mulligan oparł lusterko na parapecie wieży, zamoczył pędzel w miseczce, namydlił twarz i szyję, po czym ciągnął dalej rozbawionym głosem:
- Moje imię i nazwisko też brzmi absurdalnie: Malachi Mulligan, dwa daktyle. Ale słychać w nim helleńską nutę, nie? Jest gibkie i rozbrykane, jak nie przymierzając taki goguś i koziołek jak ja. Musimy pojechać do Aten. Pojedziesz, jeżeli uda mi się namówić ciotkę, żeby wysupłała dwadzieścia funciaków?
Odłożył pędzel i śmiejąc się z uciechy, zawołał:
- Czy Dedalus pojedzie? Nudny jezuskowaty jezuita.
Urwał i zaczął się starannie golić.
- Powiedz mi, odezwał się cicho Stephen.
- Co, mój ukochany?
- Jak długo Haines będzie mieszkał z nami w tej wieży?
Mulligan odwrócił się przez prawe ramię, eksponując ogolony policzek.
- Boże, on naprawdę jest koszmarny, stwierdził szczerze. Zakuta anglosaska pała. Jego zdaniem nie jesteś dżentelmenem. Boże, ci cholerni Angole. Są tacy nadęci, bo mają forsę i gazy. Bo on studiował w Oksfordzie. A wiesz, Dedalusie, że to właśnie ty masz maniery prawdziwego oksfordczyka? Haines nie potrafi cię rozgryźć. To ja nadałem ci najtrafniejsze miano: jesteś Kindż, ostry jak kindżał.
Ostrożnie ogolił podbródek.
- Przez całą noc bredził coś o jakiejś czarnej panterze, odezwał się Stephen. Gdzie trzyma futerał z bronią?
- Żałosny pomyleniec. Spietrałeś się?
- Owszem, odparł Stephen żywo i z narastającym strachem. Na tym odludziu, w ciemności, z obcym facetem, który majaczy i stęka, że zastrzeli czarną panterę. Ty ratowałeś tonących, ale ja nie jestem bohaterem. Jeżeli Haines zostanie, wyprowadzę się.
Mulligan zmarszczył brwi, spoglądając na pianę na ostrzu brzytwy. Zeskoczył ze swojej grzędy i zaczął pospiesznie szperać po kieszeniach spodni.
- Zasraństwo, zawołał chrapliwie i niedelikatnie.
Podszedł do barbety, wcisnął dłoń w kieszeń na piersi Stephena i poprosił:
- Udziel nam pożyczki w postaci twej nosościerki, iżbym mógł wytrzeć brzytew.
Stephen z bólem serca pozwolił mu wyciągnąć swoją brudną, wymiętoszoną chusteczkę do nosa i demonstracyjnie podnieść ją wysoko za róg. Mulligan wytarł brzytwę do czysta, a potem, przypatrując się chusteczce, powiedział:
- Nosościerka barda. Nowy kolor malarski dla irlandzkich poetów: zieleń smarkowa. Prawie czuje się jej smak, no nie?
Ponownie wszedł na parapet i wyjrzał na Zatokę Dublińską, a jego jasnodębinowe loki kołysały się lekko niczym kłosy.
- Jezu, powiedział cicho. Czy morze nie jest takie, jak powiada Algy, czyli że to nasza kochana siwa matka? Smarkozielone morze. Mosznykurczące morze. Epi oinopa ponton. Ach, ci Grecy, Dedalusie. Muszę cię w nich podszkolić. Musisz ich przeczytać w oryginale. Thalatta! Thalatta! Morze to nasza wielka, kochana macierz. Chodź tu, popatrz na nią.
Stephen wstał i podszedł do parapetu. Oparł się o niego, a potem spojrzał w dół na wodę i statek pocztowy, który wychodził właśnie z portu Kingstown.
- Nasza potężna matka, rzekł Mulligan.
W jednej chwili przeniósł badawcze spojrzenie swoich wielkich oczu z morza na twarz Stephena.
- Moja ciotka uważa, że to ty zabiłeś swoją matkę, powiedział. Dlatego nie pozwala mi się z tobą zadawać.
- Ktoś ją zabił, i owszem, odparł ponuro Stephen.
- Do diabła, Kindż, mogłeś uklęknąć, skoro prosiła cię o to umierająca. Czuję się tak samo hiperborejskim nadczłowiekiem jak ty. Ale pomyśleć tylko, że twoja mama, wydając ostatnie tchnienie, błagała, żebyś uklęknął i pomodlił się za nią, a ty jej odmówiłeś. Jest w tobie coś złowrogiego...
Umilkł, żeby raz jeszcze namydlić trochę drugi policzek. Wykrzywił wargi w pobłażliwym uśmiechu.
- Urodziwy komediant i tyle, mruknął do siebie. Kindż, najurodziwszy ze wszystkich komediantów.
Golił się dokładnie i starannie, w milczeniu, z powagą.
Wsparty łokciem na wyszczerbionym granicie Stephen przytknął dłoń do czoła i wbił wzrok w strzępiący się mankiet rękawa swojej czarnej wyświeconej marynarki. Serce przeszywał mu ból, nie był to jednak jeszcze ból miłości. Po śmierci przyszła do niego we śnie, bez słowa, jej wynędzniałe ciało w luźnym brunatnym gieźle zalatywało woskiem i drewnem różanym, a oddech wilgotnym popiołem, gdy pochyliła się nad synem w milczeniu i z wyrzutem. Wzdłuż brzegu wytartego mankietu ciągnęło się morze, które ten stojący obok dobrze odkarmiony facet wysławiał jako wielką kochaną matkę. Matowozieloną płynną masę okalał pierścień zatoki i horyzontu. Przy matczynym łożu śmierci biała porcelanowa miseczka z zielonkawą kleistą żółcią, którą matka wyrywała ze swojej gnijącej wątroby w głośnych, jękliwych atakach torsji.
Mulligan ponownie wytarł brzytwę.
- Ach, ty biedny bezdomny psie, odezwał się dobrodusznie. Muszę ci podarować koszulę i kilka nosościerek. Jak tam te twoje galoty z drugiej ręki?
- Całkiem dobrze leżą.
Mulligan zaatakował brzytwą dołeczek pod dolną wargą.
- Przecież to farsa, stwierdził z zadowoleniem, powinno się raczej mówić, że są z drugiej nogi. Ale jeden Bóg wie, czy nie pozbył się ich jakiś syfilityczny miglanc. Mam takie śliczne szare spodnie w cieniuteńkie paseczki. Będziesz w nich wyglądał jak malowanie. Nie żartuję, Kindż. Do licha, przyzwoicie ubrany prezentujesz się naprawdę morowo.
- Dzięki, odrzekł Stephen. Jeżeli są szare, to nie mogę ich nosić.
- Nie może ich nosić, Mulligan zwrócił się do własnej twarzy w lusterku. Ma swoje zasady. Morduje rodzoną matkę, ale nie włoży szarych spodni w żałobie.
Zręcznie złożył brzytwę i opuszkami palców przeciągnął po gładkiej już skórze.
Stephen odwrócił wzrok od morza i spojrzał na pulchne oblicze o rozbieganych dymnoniebieskich oczach.
- Ten facet, z którym byłem wczoraj wieczorem w tawernie Ship, powiedział Mulligan, twierdzi, że jako ekscentryk cierpisz na o.p.s. Pracuje w wariatkowie, w Richmond, z Conollym Normanem. Na ogólne porażenie szaleństwem.
Zakreślił w powietrzu półkole lusterkiem, aby za pomocą odbijającego się w nim słońca, które zaczęło połyskiwać na wodzie, wysłać tę wiadomość w szeroki świat. Faliste wargi odsłoniły w uśmiechu ogolonej twarzy czubki białych lśniących zębów. Silnym, mocno zbudowanym cielskiem Mulligana wstrząsnął śmiech.
- Przyjrzyj się sobie, ty potworny bardzie.
Stephen pochylił się naprzód, zerknął w rozszczepione krzywą rysą lusterko i włosy stanęły mu dęba. Jak widzi mnie on i inni. Kto wybrał mi tę facjatę? Pysk bezdomnego psa, którego należy uwolnić od pasożytów. Ona też mi zadaje to pytanie.
- Lusterko zwędziłem z pokoju posługaczki, oznajmił Mulligan. Oddaje jej sprawiedliwość. Ciotka zawsze zgadza nieciekawe służące dla Malachiego. Nie chce wodzić go na pokuszenie. A dziewczyna ma na imię Ursula.
Roześmiał się raz jeszcze, po czym odsunął lusterko sprzed spoglądających w nie oczu Stephena.
- Wściekłość Kalibana, który nie widzi swojej twarzy w zwierciadle, powiedział. Szkoda, że Wilde już nie żyje i nie może cię zobaczyć.
Stephen cofnął się, wyciągnął palec i stwierdził z goryczą:
- To symbol irlandzkiej sztuki. Pęknięte lusterko służącej.
Mulligan nagle wziął Stephena pod rękę i zaczął obchodzić z nim wieżę dookoła; brzytwa i lusterko klekotały mu w tej kieszeni, do której je sobie wcisnął.
- Nieładnie z mojej strony, że tak się z tobą droczę, co, Kindż? zagadnął dobrotliwie. Bóg wie, że masz w sobie więcej animuszu niż jakikolwiek inny irlandzki pisarz.
Znów odparował sztych. Boi się lancetu mojej literatury, tak jak ja jego. Zimnej stalówki.
- Pęknięte lusterko służącej. Powiedz to temu oksfordczykowi z dołu, temu wołu z pozłacanymi rogami, i naciągnij go na gwineę. Ma forsy jak lodu i nie uważa cię za dżentelmena. Jego stary zbił majątek, sprzedając jalapę Zulusom, albo na jakimś innym paskudnym szwindlu. Boże, Kindż, gdybyśmy tylko umieli współpracować, może udałoby się nam coś zrobić dla tej wyspy. Zhellenizować ją.
Ramię Cranly'ego. Ramię Mulligana.
- I pomyśleć tylko, że musisz żebrać u tych świń. Ja jeden wiem, jaki jesteś. Dlaczego nie chcesz mnie obdarzyć większym zaufaniem? Masz do mnie jakieś żale? Chodzi ci o Hainesa? Jeżeli będzie rozrabiał, sprowadzę tu Seymoura i pochlastamy mu łachy gorzej niż tamci wtedy Clive'owi Kempthorpe'owi.
Krzyki forsiastych młodzieńców w mieszkaniu Kempthorpe'a. Blade twarze, najeźdźcy: trzymają się pod boki ze śmiechu, obejmują jeden drugiego, O, niech ja skonam! Przekaż jej tę wiadomość delikatnie, Aubrey! Skonam ze śmiechu! Strzępy jego pociętej koszuli chłoszczą pustą przestrzeń, gdy w opuszczonych do kostek spodniach skacze i kuśtyka wokół stołu, ścigany przez Adesa z kolegium Magdalen, dzierżącego w ręku nożyce krawieckie. Pozłacany marmoladą pysk przerażonego cielca. Nie ściągajcie mi spodni! Zabraniam wam, nie wygłupiajcie się!
Krzyki przez otwarte okno płoszą wieczór na kwadratowym dziedzińcu. Głuchy ogrodnik w fartuchu i masce ochronnej, w której wygląda niczym Matthew Arnold, pcha kosiarkę na ponurym trawniku, kątem oka przyglądając się roztańczonym plamkom ściętych źdźbeł.
My sami, Sinn Féin... Nowy poganizm... Omphalos.
- Niech zostanie, powiedział Stephen. Jest w porządku, przeszkadza mi tylko w nocy.
- No to o co chodzi? spytał zniecierpliwiony Mulligan. Wykrztuś to wreszcie. Jestem z tobą całkowicie szczery. Co ty tam znowu masz do mnie?
Przystanęli, żeby popatrzeć w stronę obłego przylądka Bray Head spoczywającego na wodzie niczym pysk śpiącego wieloryba. Stephen w milczeniu uwolnił rękę z uścisku Mulligana.
- Chcesz, żebym ci powiedział?
- Tak. O co ci chodzi? Nie przypominam sobie, żeby coś się stało.
Spojrzał Stephenowi w oczy. Mulliganowe czoło owiał łagodny wietrzyk, delikatnie rozdmuchując mu nieuczesane jasne włosy i ożywiając srebrzyste ogniki niepokoju w jego oczach.
Przygnębiony własnym głosem Stephen zapytał:
- Pamiętasz dzień, kiedy odwiedziłem cię pierwszy raz po śmierci mojej matki?
Mulligan natychmiast zmarszczył brwi.
- Co? Gdzie? Nic nie pamiętam. Wyłącznie idee i wrażenia zmysłowe. A dlaczego? Co się wtedy stało, w imię boże?
- Parzyłeś akurat herbatę i poszedłeś po więcej gorącej wody. Wtedy z salonu wyszła twoja mama i jakiś jej gość. Zapytała, kto jest u ciebie w pokoju.
- Tak? I co odpowiedziałem? Nie pamiętam.
- Odpowiedziałeś: "Och, to tylko Dedalus, którego matka zdechła jak zwierzę".
Na policzek Mulligana wystąpił rumieniec, czyniący go młodszym i bardziej czarującym.
- Naprawdę? No to co? A cóż w tym złego?
Otrząsnął się nerwowo, by pozbyć się skrępowania.
- A co znaczy śmierć, zapytał, twojej matki, twoja albo moja? Ty widziałeś tylko swoją umierającą matkę, a ja codziennie widzę ludzi, którzy wyciągają kopyta w szpitalu Mater albo w Richmond i których sieka się potem w sali sekcyjnej jak flaki wołowe. Śmierć jest zwierzęca i tyle. Po prostu nieważna. Nie chciałeś uklęknąć, żeby się pomodlić za swoją mamę, kiedy cię o to prosiła na łożu śmierci. Dlaczego? Bo masz w sobie te przeklęte jezuickie skłonności, tylko że zaszczepiono ci je nie tam, gdzie trzeba. Dla mnie to wszystko jest zwierzęcą farsą. Płaty mózgowe pacjentki przestały funkcjonować. Na lekarza mówi "sir Peter Teazle" i próbuje zbierać jaskry z poszwy. Ustępuj jej, dopóki nie będzie po wszystkim. Ukrzyżowałeś ostatnie przedśmiertne życzenie konającej, a obrażasz się na mnie, bo nie skomlę jak wynajęty płaczek od Lalouette'a. To absurd! Być może faktycznie wyraziłem się w ten sposób, nie chciałem jednak znieważyć pamięci twojej matki.
W miarę jak mówił, nabierał większej śmiałości. Osłaniając rany, które słowa Mulligana zadały jego sercu, Stephen odpowiedział bardzo zimno:
- Nie chodzi mi o to, że znieważyłeś ją.
- Więc o co?
- Że znieważyłeś mnie.
Mulligan odwrócił się na pięcie.
- Och, ten facet jest nie do wytrzymania! zawołał.
Odszedł szybkim krokiem wzdłuż parapetu. Stephen pozostał na swoim posterunku, spoglądając ponad spokojnym morzem w stronę przylądka. I morze, i przylądek zrobiły się niewyraźne. Krew pulsowała Stephenowi w oczach, mącąc wzrok, poczuł, że pałają mu policzki.
Z wnętrza wieży zabrzmiał donośny głos:
- Jesteś tam, Mulligan?
- Już idę.
Po chwili Mulligan znów zwrócił się do Stephena i powiedział:
- Popatrz na morze. Co je obchodzą zniewagi? Daj sobie spokój z Loyolą, Kindż, i chodź na dół. Nasz anglosaski zdobywca, Sassenach, łaknie porannego boczku.
Jego głowa ponownie znieruchomiała na chwilę już na szczycie schodów, na wysokości dachu.
- Nie gryź się z tego powodu przez cały dzień, powiedział. Nieważne, co ja myślę. Odrzuć lękliwe smutki.
Głowa Mulligana zniknęła, ale ze schodów dobiegał teraz dudniący, basowy pomruk jego wędrującego coraz niżej głosu:
Nie myśl o smutkach, odrzuć lęk.
Pośród sekretów serca złóż
kochania piołunowy dziw.
Fergus to pan mosiężnych piast...
Z klatki schodowej w spokoju poranka bezszelestnie wypływał leśny mrok, kierując się w stronę morza, na które patrzył Stephen. Lustro wody w zatoce i poza nią ostro bielało, gdy przebiegały po nim lekkie stopy, obute jedynie w światło. Pan mglistobiałych wodnych grzyw. Biała pierś ciemnego morza. Akcenty splatają się po dwa. Struny harfy szarpie dłoń, która łączy splatające się akordy. Spienione, skoligacone słowa połyskują bielą na ciemnej fali przypływu.
Słońce zaczęła powoli zasłaniać chmura, ocieniając zatokę ciemniejszą zielenią. Leżała za jego plecami, czara wody goryczy. Pieśń Fergusa; wyśpiewywałem ją samotnie w domu, przeciągając długie mroczne akordy. Drzwi do pokoju matki były otwarte: chciała słuchać mojej muzyki. Podszedłem do niej oniemiały z przerażenia i żalu. Płakała w tym nieszczęsnym łóżku. Z powodu tych słów, Stephenie; nad kochania piołunowym dziwem.
Gdzie ona teraz jest?
Jej sekrety; stare wachlarze z piór zdobione frędzelkami, przypudrowane piżmem karnety balowe, bursztynowe paciorki błyszczącego różańca w zamkniętej na klucz szufladzie. Jak była mała, w słonecznym oknie jej domu wisiała ptasia klatka. Słyszała starego Royce'a w przedstawieniu o Turko Groźnym i śmiała się z innymi widzami, gdy śpiewał:
Jam jest ów młodzian,
co zostanie odzian
w niewidzialność.
Fantasmagoryczna radość, złożona i schowana; piżmoperfumowana.
Pośród sekretów serca złóż...
Złożona i schowana w pamięci natury razem ze swoimi zabawkami. Jego pogrążony w zadumie umysł osaczają wspomnienia. Szklanka wody z kranu po przyjęciu sakramentu. Wypestkowane jabłko pełne brązowego cukru, piekące się dla niej w kominku pewnego posępnego jesiennego wieczoru. Jej kształtne paznokcie czerwone od krwi rozgniecionych wszy z dziecięcych koszul.
Po śmierci przyszła do niego we śnie, bez słowa, wynędzniałe ciało w luźnym brunatnym gieźle pachniało woskiem i drewnem różanym, a oddech wilgotnym popiołem, gdy pochyliła się nad nim, bezgłośnie wypowiadając tajemnicze słowa.
Szkliste oczy, patrzące już zza grobu, by wstrząsnąć moją duszą i złamać ją. Tylko na mnie. Upiorna świeca, żeby oświetlała jej agonię. Upiorne światło na umęczonej twarzy. Chrapliwy głośny oddech, rzęziła z przerażenia, kiedy wszyscy modlili się na klęczkach. Patrzyła mi w oczy, żeby mnie powalić na kolana. Liliata rutilantium te confessorum turma circumdet: iubilantium te virginum chorus excipiat.
Ty demonie cmentarny! Trupojadzie!
Nie, mamo. Daj mi spokój, daj mi żyć.
- Ahoj, Kindż!
Z wnętrza wieży dobiegł śpiewny głos Mulligana. Rozległ się ponownie, zbliżał się. Stephen, wciąż rozedrgany od krzyku swojej duszy, usłyszał ciepłe, płynne światło słoneczne, a za plecami przyjazne słowa.
- Dedalus, ty ślamazaro, bądź tak miły i zejdź na dół. Śniadanie gotowe. Haines przeprasza, że nas wczoraj obudził. Już wszystko dobrze.
- Idę, odpowiedział Stephen, odwracając się.
- To chodź, na litość boską. Na moją litość i na litość nas wszystkich.
Głowa Mulligana zniknęła i pojawiła się znowu nad schodami.
- Powiedziałem mu o tym twoim symbolu sztuki irlandzkiej. Mówi, że to szalenie błyskotliwy koncept. Naciągnij go na tego funciaka, co? Znaczy na gwineę.
- Dziś rano dostaję pensję, odpowiedział Stephen.
- Szkolny łup? Ile? Cztery funciaki? Pożycz no jednego naszej osobie.
- Jak chcesz, odparł Stephen.
- Cztery błyszczące suwereny, zawołał z zachwytem Mulligan. Pójdziemy na wspaniały durch, żeby zadziwić druidycznych druidów. Cztery suwereny wszechmogące.
Wyrzucił ręce w górę i ciężkim krokiem zbiegł po kamiennych schodach, fałszując z cockneyowskim akcentem:
O, czy nie będzie nam wesoło
pić whiskey, piwo i wino w koło
w koronacji
w koronacji dzień?
O, czy nie będzie nam wesoło
w koronacji dzień?
Ciepłe słońce weseli się nad morzem. Na parapecie świeciła niklem zapomniana miseczka do golenia. Dlaczego miałbym ją znieść na dół? Może raczej niech zostanie tu na cały dzień, zapomniana przyjaźń?
Podszedł bliżej, przez chwilę trzymał naczynie w dłoniach, dotykając jego chłodu i czując woń kleistej jak ślina piany, w której sterczał pędzel. W ten sam sposób niosłem kiedyś kadzielnicę w Clongowes. Jestem teraz inny, a przecież taki sam. Ministrant. Też sługa. Sługa służącego.
W pogrążonym w półmroku kopulastym salonie wieży wciąż okryty szlafrokiem Mulligan krzątał się żwawo wokół paleniska, na przemian odsłaniając i zasłaniając jego żółty blask. Przez wysokie otwory strzelnicze padały na kamienną posadzkę dwa snopy łagodnego światła, a w ich punkcie stycznym unosił się obłok węglowego dymu i wirujące opary smażonego tłuszczu.
- Udusimy się, powiedział Mulligan. Haines, otwórz drzwi, dobrze?
Stephen postawił miseczkę do golenia na szafce kuchennej. Z hamaka, w którym siedział, podniósł się wysoki mężczyzna, podszedł do drzwi i uchylił ich wewnętrzne skrzydła.
- Masz klucz? - spytał.
- Dedalus ma, odparł Mulligan. O jerum, duszę się.
Nie podnosząc wzroku znad ognia, ryknął:
- Kindż!
- Jest w zamku, odpowiedział Stephen, podchodząc bliżej.
Klucz obrócił się dwukrotnie z chrapliwym zgrzytem, a kiedy ciężkie odrzwia zostały otwarte na oścież, do wnętrza wtargnęły mile widziane światło i rześkie powietrze. Haines wyjrzał z progu na zewnątrz. Stephen przyciągnął swoją ustawioną zatrzaskami do góry walizkę bliżej stołu, usiadł na niej i czekał. Mulligan wrzucił smażeninę na półmisek, który miał pod ręką, zaniósł go wraz z dużym imbrykiem na stół, ciężko postawił naczynia i odetchnął z ulgą.
- Cieknie ze mnie, jak powiedziała świeca, kiedy... Ale sza. Ani słowa więcej na ten temat. Nie śpij, Kindż. Chleb, masło, miód. Wejdź, Haines. Żarcie gotowe. Pobłogosław nas, Panie, i te Twoje dary. Gdzie cukier? Rany koguta, nie ma mleka.
Stephen przyniósł z szafki bochenek chleba, słoik miodu i maselniczkę. Mulligan usiadł, nagle rozzłoszczony.
- Co to za burdel? powiedział. Kazałem jej przyjść po ósmej.
- Możemy wypić czarną, odrzekł Stephen. W szafce jest cytryna.
- Och, niech diabli porwą ciebie i te twoje paryskie fanaberie, rzucił Mulligan. Chcę mleka z Sandycove.
Haines wrócił od drzwi i powiedział cicho:
- Baba z mlekiem idzie już na górę.
- Niech ci Bóg błogosławi, zakrzyknął Mulligan, zrywając się z krzesła. Siadaj. Nalej no herbaty. Cukier jest w torebce. Macie tu, nie będę się dłużej pieprzyć z tymi jajkami.
Porozcinał usmażone jajka na półmisku i rozrzucił je na trzy talerze, mówiąc:
- In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti.
Haines usiadł, żeby nalać herbatę.
- Po dwie kostki na głowę, powiedział. Ależ ty parzysz mocną, Malachi, słowo daję.
Piłując chleb na grube pajdy, Mulligan odezwał się przymilnym głosem staruszki:
- Bo jak se robie herbate, to herbate, powiedziała stara Groganowa. A jak siki, to siki.
- Na Jowisza, to jest prawdziwa herbata, rzekł Haines.
Mulligan piłował dalej chleb i gadał przymilnym głosem.
- "Taka juże jezdem, pani Cahill", powiada Groganowa. "Na miły Bóg", pani Cahill na to, "tylko nie daj Boże, żeby i do sików, i do herbaty używała pani tego samego naczynia".
Gwałtownymi pchnięciami podsuwał kolejno współbiesiadnikom grube, wbite na czubek noża kromki chleba.
- Czysty folklor do twojej książki, Haines, stwierdził z wielkim przejęciem. Pięć linijek tekstu i dziesięć stron przypisów na temat mieszkańców Dundrum i jego rybich bóstw. Takie dzieło wydały siostry przeznaczeń w roku wielkiej wichury.
Zwrócił się do Stephena, podniósł brew i dostojnym, zaintrygowanym głosem zapytał:
- Pomnisz może, bracie, czy o naczyniu do sików i herbaty, będącym własnością starej Groganowej, wspomina się w Mabinogionie, czy jednak w Upaniszadach?
- Chyba się nie wspomina, odparł z powagą Stephen.
- Doprawdy? odpowiedział Mulligan takim samym tonem. A to z jakiego powodu, proszę ja ciebie?
- Wydaje mi się, zauważył Stephen z pełnymi ustami, że tego rodzaju naczynie nie występuje ani w Mabinogionie, ani poza nim. Można natomiast przypuszczać, że stara Groganowa była spokrewniona z Mary Ann.
Na twarzy Mulligana wykwitł pełen zachwytu uśmiech.
- Urocze, zauważył z przesadną słodyczą, odsłaniając białe zęby i sympatycznie przymrużając oczy. Tak uważasz? To absolutnie urocze.
Po chwili jego twarz nieoczekiwanie się zachmurzyła i Mulligan znowu energicznie piłując chleb, zaczął warczeć chrapliwie i skrzekliwie:
Bo zacna Mary Ann
wszystko w nosie ma
i kieckę swą podnosząc...
Napchał sobie do ust smażonych jajek na boczku i żując, buczał basowo.
W otwartych drzwiach pociemniało, kiedy ktoś wszedł do środka.
- Mliko, proszę pana.
- Niech pani wejdzie, powiedział Mulligan. Dawaj dzban, Kindż.
Staruszka podeszła bliżej i stanęła koło Stephena.
- Pienkny mamy ranek, szanowny panie, powiedziała. Chwała Bogu.
- Komu? zapytał, zerkając na nią Mulligan. No tak, jakże by inaczej.
Stephen sięgnął za siebie i wyjął z szafki dzbanek na mleko.
- Tubylczy wyspiarze, Mulligan zwrócił się beztrosko do Hainesa, często przywołują poborcę napletków.
- Ile, szanowny panie? spytała staruszka.
- Kwartę, odparł Stephen.
Patrzył, jak kobieta nalewa tłuste białe mleko do miarki, a potem do dzbanka, nie swoje. Stare zwiędłe sutki. Nalała kolejną miarkę, a po chwili dokładkę. Stara i tajemnicza, przybyła z porannego świata, może jest posłańcem. Nalewając mleko, chwaliła jego smak. Siada o świcie w kucki przy cierpliwej krowie na soczystej łące niczym czarownica na muchomorze, jej pomarszczone palce śmigają wokół tryskających wymion. Rosojedwabiste bydło ryczało wokół niej, albowiem ją znało. Najpiękniejszą z krów lub ubogą starowiną, tak nazywano Irlandię w dawnych czasach. Starucha tułaczka, skromniejsza postać istoty nieśmiertelnej, usługująca zarówno swojemu zdobywcy, jak i rozpustnikowi, który ją zdradził, obaj przyprawili jej rogi, została posłańcem tajemnego poranka. Nie wiedział, czy po to, żeby mu służyć, czy żeby go upomnieć, nie zniżyłby się jednak do tego, by błagać o jej przychylność.
- Rzeczywiście piękny, proszę pani, stwierdził Mulligan, nalewając wszystkim mleko do kubków.
- Skosztujcie, szanowny panie.
Napił się, spełniając jej prośbę.
- Gdybyśmy tylko mogli codziennie spożywać takie dobre jedzenie, zwrócił się dość głośno do staruszki, nasz kraj nie byłby pełen zepsutych zębów i przegniłych bebechów. Zamieszkujemy bagna i moczary, marnie się odżywiamy, a nasze ulice są pokryte piachem, końskim nawozem i plwocinami gruźlików.
- Uczy się pan na doktora, szanowny panie? spytała.
- Tak, proszę pani, odrzekł Mulligan.
Stephen słuchał w pełnym pogardy milczeniu. Pochyla starczą głowę na donośny głos swojego kostoprawa, szamana; mnie lekceważy. Na jego głos, bo to on rozgrzeszy i namaści przed złożeniem do grobu wszystko, co z niej zostanie, z wyjątkiem nieczystego łona kobiety, ofiary węża, z żebra mężczyzny stworzonej, nie na podobieństwo Boga. I pochyla głowę na drugi donośny głos, który teraz nakazuje jej milczeć i patrzeć pytającym, niespokojnym wzrokiem.
- Rozumie pani? zapytał Stephen.
- To po francusku, szanowny panie? staruszka zwróciła się do Hainesa.
Haines przemówił do niej ponownie, dłużej, z pewnością siebie.
- Po irlandzku, powiedział Mulligan. Gwarzycie po gaelicku?
- Cóś mi się widziało, że to irlandzki, tak na słuch. Pochodzi pan ze zachodu, szanowny panie?
- Jestem Anglikiem, odparł Haines.
- Ten pan jest Anglikiem, oświadczył Mulligan, i uważa, że w Irlandii powinniśmy mówić po irlandzku.
- Pewnie, że tak, odrzekła staruszka, i wstydno mi, że nie znam irlandzkiego. Ale te, co go znajom, mówiom, żeć to wspaniały jenzyk.
- Wspaniały to za mało powiedziane, stwierdził Mulligan. Jest cudowny, absolutnie. Dolej nam jeszcze herbaty, Kindż. Pani też się napije?
- Nie, dziękuję, proszę pana, odpowiedziała staruszka, wsuwając pałąk od bańki na ramię i zbierając się do wyjścia.
Odezwał się do niej Haines:
- Ma pani rachunek? Powinniśmy jej zapłacić, no nie, Mulligan?
Stephen nalewał herbatę do trzech kubków.
- Rachunek, szanowny panie? zapytała, zatrzymując się. No, to bendzie dwa pensy za pinte co rano przez siedem dni, znaczy sie siedem razy dwa, to bendzie szyling i dwa pensy, i tera kwarta co rano przez trzy dni po cztery pensy, to bendom trzy kwarty, znaczy się szyling. Dodać szylinga i dwa pensy, to bendom dwa szylingi i dwa pensy, szanowny panie.
Mulligan westchnął, wcisnął do ust piętkę chleba, grubo posmarowaną masłem z obu stron, wyciągnął nogi i zaczął przetrząsać kieszenie spodni.
- Płacz i płać, Haines zwrócił się do niego z uśmiechem.
Stephen napełnił trzeci kubek, łyżeczka herbaty nieznacznie zabarwiła tłuste, gęste mleko. Mulligan wyciągnął florena, obrócił go w palcach i zawołał:
- Cud!
Podsunął staruszce monetę, przesuwając ją po blacie ze słowami:
- O więcej nie proś, ma droga. Daję ci wszystko, co mogę.
Stephen położył florena na niechciwej kobiecej dłoni.
- Będziemy winni dwa pensy, powiedział.
- Nie pali się, szanowny panie, odparła starowina, biorąc monetę. Nie pali się. Do widzenia, szanowny panie.
Dygnęła i wyszła, ścigana uczuciowym śpiewem Mulligana:
Serce moje, gdybym miał coś więcej,
więcej rzuciłbym pod twoje nogi.
Mulligan odwrócił się do Stephena.
- Serio, Dedalusie. Jestem goły. Leć do tego swojego szkolnego burdla i przynieś nam trochę floty. Bardowie muszą popić i pohulać. Irlandia oczekuje, że każdy mężczyzna spełni dziś swoją powinność.
- Co mi przypomina, odezwał się Haines, wstając, że powinienem wstąpić do waszej biblioteki narodowej.
- Najpierw popływamy, oświadczył Mulligan.
Zwracając się do Stephena, spytał szyderczo:
- Czy dzisiaj jest już pora na twoją comiesięczną kąpiel, Kindż?
Następnie wyjaśnił Hainesowi:
- Nasz nieczysty bard upiera się myć tylko raz na miesiąc.
- Golfsztrom obmywa całą Irlandię, odpowiedział Stephen, pozwalając strużce miodu spłynąć z kromki chleba.
Haines, wprawnie zawiązujący sobie apaszkę pod luźnym kołnierzykiem koszulki tenisowej, odezwał się z kąta:
- Jeśli pozwolisz, będę kolekcjonować twoje powiedzonka.
Mówi do mnie. Myją się, kąpią i szorują. Sumnienia wyrzuty. Świadomość i sumienie. A jednak jeszcze jest plama.
- To o pękniętym lusterku służącej jako o symbolu sztuki irlandzkiej jest diablo dobre.
Mulligan kopnął Stephena pod stołem i ciepłym głosem powiedział:
- Zaczekaj, aż usłyszysz, co Dedalus opowiada o Hamlecie.
- Wiesz, mówię poważnie, ciągnął Haines, nadal zwracając się do Stephena. Dokładnie o tym myślałem, kiedy przyszła ta biedna starowina.
- Zarobiłbym coś na tym? spytał Stephen.
Haines roześmiał się, a zdejmując swój miękki szary kapelusz z haczyka, na którym zawieszony był hamak, odparł:
- Tego nie mogę wiedzieć.
Ruszył w stronę drzwi. Mulligan nachylił się do Stephena i z prostacką natarczywością stwierdził:
- Teraz to żeś naprawdę strzelił gafę. Po kiego to powiedziałeś?
- A bo co? odparł Stephen. Muszę zdobyć forsę. Od kogo? Albo od tej mleczarki, albo od Hainesa. Moim zdaniem nie mam innego wyboru.
- To ja go przekonuję, że powinien być dumny, że cię zna, a ty przychodzisz i miotasz tylko te swoje parszywe, złośliwe spojrzenia i ponure jezuickie szyderstwa.
- Nie pokładam jednak większych nadziei ani w niej, ani w nim.
Mulligan westchnął tragicznie i położył Stephenowi rękę na ramieniu.
- Pokładaj ją we mnie, Kindż.
Zmienionym nieoczekiwanie głosem dodał:
- Szczerze mówiąc, na Boga, chyba masz rację. Oni do niczego innego się nie nadają, niech to szlag trafi. Dlaczego nie miałbyś ich wykorzystywać, tak jak ja? Do diabła z nimi wszystkimi. Chodź, wyjdźmy z tego chlewa.
Wstał, rozpasał się z powagą, zrzucił szlafrok i wyrzekł z rezygnacją:
- Mulligan z szat obnażony.
Opróżnił kieszenie na stół.
- Oto twa nochościerka, powiedział.
A wkładając sztywny kołnierzyk tudzież niesforny krawat, przemawiał do nich i strofował je, podobnie jak i dyndającą dewizkę od zegarka. Dłonie Mulligana zanurzyły się w kufrze i przetrząsały go, a wołał przy tym o czystą chusteczkę do nosa. Sumnienia wyrzuty. Boże, po prostu będziemy musieli dać tej postaci kostium. Chcę ciemnoczerwone rękawiczki i zielone buty. Sprzeczność. Czyżbym zaprzeczał sam sobie? Więc dobrze, tak, zaprzeczam. Merkurowy Malachi. Z wymownych rąk Mulligana wyleciał jakiś czarny sflaczały pocisk.
- Masz tu ten swój kapelusz z Dzielnicy Łacińskiej.
Stephen podniósł i włożył nakrycie głowy. Haines krzyknął do nich z progu:
- No jak, idziecie, chłopaki?
- Ja jestem gotów, odparł Mulligan, ruszając w stronę drzwi. Chodź, Kindż. Pewnie zjadłeś wszystko, co po nas zostało. Zrezygnowany, z powagą przestąpił próg i odezwał się nieomalże smutno poważnymi słowy:
- Jak po maśle wyszedł na zewnątrz i gorzko zakrakał, spotkawszy Butterly'ego.
Stephen wziął swą jesionową laskę z jej oparciomiejsca, ruszył za nimi, a gdy tamci schodzili po zewnętrznych schodkach, przyciągnął ku sobie niemrawe, żelazne drzwi i zamknął je na wielkie kluczysko, które schował do wewnętrznej kieszeni.
U stóp schodków Mulligan zapytał:
- Wziąłeś klucz?
- Mam go, odpowiedział Stephen, wysforowując się naprzód.
Szedł dalej. Za plecami słyszał, jak Mulligan ciężkim ręcznikiem kąpielowym niczym pałką siecze najwyższe pędy paproci albo traw.
- Leżeć, mospanie. Jak śmiesz, mospanie?
Haines spytał:
- Płacicie czynsz za tę wieżę?
- Dwanaście funciaków, odparł Mulligan.
- Ministrowi wojny, dorzucił przez ramię Stephen.
Przystanęli, gdy Haines przyglądał się uważnie wieży i powiedział w końcu:
- W zimie jest tu pewnie dość ponuro. Nazywa się Martello?
- Te umocnienia kazał zbudować Billy Pitt, odpowiedział Mulligan, kiedy Francuzi wypłynęli na morze. Ale nasza wieża to omphalos.
- Więc jaka jest ta twoja interpretacja księcia Hamleta? zwrócił się Haines do Stephena.
- Nie, nie, zawołał z bólem w głosie Mulligan. Nie mam na razie siły na dyskusję o Tomaszu z Akwinu i jego pięćdziesięciu pięciu przyczynach, na których oparł swój wszechświat. Ale poczekajcie, niech no tylko wleję w siebie kilka szklanic piwa.
Odwrócił się do Stephena, starannie obciągając spiczaste końce swojej pierwiosnkowej kamizelki.
- Ty nie dałbyś rady poniżej trzech, co, Kindż?
- Moja interpretacja czeka już tyle czasu, odpowiedział obojętnie Stephen, że może poczekać dłużej.
- Budzicie moją ciekawość, uprzejmie stwierdził Haines. Chodzi o jakiś paradoks?
- E tam! odparł Mulligan. Wyrośliśmy już z Wilde'a i paradoksów. Sprawa jest całkiem prosta. Stephen odwołuje się do algebry, by dowieść, że wnuk Hamleta to dziadek Shakespeare'a, a on sam jest duchem własnego ojca.
- Co? zapytał Haines, wyciągając rękę, aby wskazać Stephena. Stephen?
Mulligan zarzucił sobie ręcznik na szyję niczym stułę i gnąc się wpół ze śmiechu, szepnął Stephenowi do ucha:
- Och, cieniu Kindża starszego! Przypomina mi się ta powieść o Jafecie w poszukiwaniu ojca!
- Nasza osoba ranną porą czuje się zawsze zmęczona, zwrócił się Stephen do Hainesa. A długo by opowiadać.
Mulligan, który znów ruszył naprzód, podniósł ręce.
- Język Dedalusowi rozwiązać może tylko święte piwo, stwierdził.
- Chciałem powiedzieć, wyjaśnił Haines Stephenowi, gdy podążyli już obaj za Mulliganem, że ta wieża i klify przypominają mi w pewien sposób Elsynor. "Który się stromo spuszcza w morską otchłań", mam rację?
Mulligan odwrócił się nagle na chwilę do Stephena, ale nic nie powiedział. W tej jasnej, cichej chwili Stephen zobaczył sam siebie w tandetnej nieciekawej żałobie pomiędzy ich kolorowymi strojami.
- To wspaniała historia, zauważył Haines, sprawiając, że ponownie przystanęli.
Oczy blade jak morze schłodzone wiatrem, bledsze, stanowcze i mądre. Spoglądał ku południowi niczym władca mórz, na zatokę, pustą, jeśli nie liczyć niezbyt wyraźnego pióropusza dymu z pocztowca na rozjaśnionym horyzoncie oraz żaglówki manewrującej w pobliżu mielizny Muglins.
- Czytałem gdzieś jej interpretację teologiczną, powiedział w zamyśleniu. Wykorzystuje koncepcję Ojca i Syna. Syna, który próbuje się zjednoczyć z Ojcem.
Mulligan natychmiast przybrał rozanielony wyraz twarzy i uśmiechnął się szeroko. Popatrzył na nich, jego kształtne usta rozchyliły się radośnie, a oczy, które pozbawił nagle całej przenikliwości, pomrugiwały z szalonego rozbawienia. Kręcił głową niczym kukiełka, a rondo jego panamy zadygotało, gdy zaczął nucić cichym, radosnym i głupkowatym głosem:
Nie masz nade mnie dziwniejszego chłopaka.
Matkę mam Żydówkę, a za ojca ptaka.
Z cieślą Józefem ciągle się wadzimy,
więc zdrowie apostołów oraz Kalwaryi.
Ostrzegawczo podniósł palec.
Nikomu, kto uważa, że nie jestem Bogiem,
nie dam się darmo napić, gdy wina narobię.
Będzie pić samą wodę z nadzieją, że czysta,
boć wino znów w wodę zmienię jak artysta.
Na pożegnanie szarpnął raptownie za jesionową laskę Stephena, podbiegł na skraj klifu, trzepocząc rękami po bokach, jak gdyby to były płetwy albo skrzydła, na których można wzbić się w powietrze, i podśpiewywał dalej:
Żegnajcie już, żegnajcie. Spiszcie, co powiedziałem,
i wszystkim powiadajcie, że z martwych powstałem.
Natura mnie nie zawiedzie, pofrunę pod nieba sklepienia,
a duje na Górze Oliwnej... Do widzenia tedy, do widzenia.
W podskokach zbiegł na ich oczach nad kąpielisko, machając ramionami-skrzydłami. Skakał zwinnie, kapelusik Merkurego trząsł się na świeżym wietrze, niosącym urywane ptasie okrzyki Mulligana.
Haines, który wcześniej śmiał się asekurancko, szedł dalej obok Stephena i powiedział:
- Chyba nie powinniśmy się śmiać. On w gruncie rzeczy bluźni. Chociaż ja też jestem niewierzący. Z drugiej strony jego poczucie humoru w pewien sposób sprawia, że bluźnierstwo staje się nieszkodliwe, nie? Jak zatytułował ten wierszyk? Józef Cieśla?
- Ballada o Jezusie zgrywusie.
- O, rzekł Haines. Słyszałeś ją już kiedyś?
- Wysłuchuję jej trzy razy dziennie po każdym posiłku, odparł oschle Stephen.
- Nie jesteś wierzący, prawda? Chodzi mi o to, że nie jesteś wierzący w wąskim znaczeniu tego słowa. Nie wierzysz w creatio ex nihilo, w cuda ani w osobowego Boga.
- Wydaje mi się, że słowo "wierzący" ma tylko jedno znaczenie.
Haines zatrzymał się, by wyjąć wypolerowaną srebrną papierośnicę z zielonym połyskliwym kamieniem na wieczku. Podważył je kciukiem, a kiedy odskoczyło, podsunął pudełko Stephenowi.
- Dziękuję, powiedział Stephen, biorąc papierosa.
Haines też się poczęstował i zatrzasnął pokrywkę. Schował papierośnicę z powrotem do bocznej kieszeni, z kieszonki kamizelki wyjął niklowane pudełeczko z hubką i krzesiwem, otworzył sprężynującą klapkę, zapalił papierosa i osłaniając ogieniek w muszli swoich dłoni, podsunął go Stephenowi.
- Tak, oczywiście, odezwał się, gdy znów zaczęli iść. Albo człowiek wierzy, albo nie, prawda? Osobiście nie mógłbym przełknąć idei osobowego Boga. Chyba nie jesteś jej zwolennikiem?
- Stoi przed tobą, odpowiedział Stephen z ponurym niezadowoleniem, przedstawiciel straszliwego wolnomyślicielstwa.
Szedł dalej, czekał, aż Haines się do niego odezwie, i ciągnął jesionową laskę u swojego boku. Okucie lekko przesuwało się po ścieżce, chrzęszcząc w okolicach jego pięt. Mój famulus za mną i woła Steeeeeeeeeephen. Zygzak wzdłuż ścieżki. Będą nią iść wieczorem, przyjdą tu w ciemności. On chce ten klucz. Jest mój, ja zapłaciłem czynsz. Teraz spożywam jego gorzki chleb. Oddać mu też klucz. Wszystko. Poprosi o to. Widziałem to w jego oczach.
- W każdym razie... zaczął Haines.
Stephen odwrócił się i zauważył, że zimne spojrzenie, które go zmierzyło, nie było całkowicie nieżyczliwe.
- W każdym razie wydaje mi się, że jesteś się w stanie wyzwolić. Moim zdaniem sam jesteś sobie panem.
- Jestem sługą dwóch panów, odpowiedział Stephen. Anglika i Włocha.
- Jakiego Włocha?
Obłąkana królowa, stara i zazdrosna. Uklęknij przede mną.
- I trzeciego, dodał Stephen, który chce mnie najmować do różnych prac dorywczych.
- Jakiego Włocha? powtórzył Haines. O kogo ci chodzi?
- O imperium brytyjskie, odrzekł, rumieniąc się Stephen, oraz o święty apostolski rzymski Kościół powszechny.
Haines odskubał spod swojej dolnej wargi kilka włókienek tytoniu, zanim odpowiedział.
- Dobrze to rozumiem, oświadczył spokojnie. Śmiem twierdzić, że Irlandczyk wręcz musi myśleć w ten sposób. My w Anglii uważamy, że potraktowaliśmy was nieco niesprawiedliwie. Wygląda na to, że winę ponosi historia.
Pyszne, potężne nazwy tytularne rozbrzmiały w pamięci Stephena triumfem swoich bezwstydnych spiżowych dzwonów: et unam sanctam catholicam et apostolicam ecclesiam; powolny rozrost oraz przemiana rytuałów i dogmatów, przypominająca przemianę jego własnych niekonwencjonalnych przemyśleń, alchemia. Skład apostolski we mszy dla papieża Marcelina II, głosy zlewają się, śpiewają donośnie jak jeden w samotnej afirmacji, a pod osłoną ich śpiewu czujny anioł wojującego Kościoła rozbroił herezjarchów i groził im. Sfora sekciarzy ucieka z przekrzywionymi mitrami; Focjusz i plemię szyderców, do którego należy też Mulligan, i Ariusz przez całe swoje długie życie walczący z doktryną o współistotności Syna i Ojca, jak również Walentyn ze wzgardą odrzucający ziemską powłokę Chrystusa oraz subtelny myśliciel, afrykański herezjarcha Sabeliusz, który utrzymywał, że Ojciec sam jest swoim własnym Synem. Słowa szyderstwa, które Mulligan wypowiedział przed chwilą do najeźdźcy. Daremne szyderstwo. Wszystkich, co tkają wiatr, z pewnością czeka otchłań; groźba kary, rozbrojenie i pogrom ze strony zbrojnych aniołów Kościoła. Michałowe zastępy zawsze bronią go włóczniami i tarczami w godzinie konfrontacji.
Brawo, brawo. Długie brawa. Zut! Nom de Dieu!
- Oczywiście jestem i czuję się Brytyjczykiem, odezwał się głos Hainesa. I nie chcę, żeby z kolei mój kraj wpadł w ręce niemieckich Żydów. W tej chwili to jest nasz narodowy problem, niestety.
Na skraju klifu stali i patrzyli w morze dwaj mężczyźni: przedsiębiorca i przewoźnik.
- Płynie do portu w Bullock.
Przewoźnik jakby ze wzgardą wskazał głową północną część zatoki.
- Tam będzie z pięć sążni, powiedział. Kiedy koło pierwszej przyjdzie przypływ, wyrzuci go tutaj. To już dziewiąty dzień.
Tego topielca. Żaglówka manewruje po pustej zatoce i czeka, aż opuchnięty kłębek wyskoczy na powierzchnię i odwróci się wzdętą, białą niczym sól twarzą do słońca. Oto jestem.
Zeszli krętą ścieżką nad zatoczkę. Mulligan stał na kamieniu w samej koszuli, odpięty krawat marszczył mu się wokół barku. Nieopodal jakiś młodzieniec, trzymający się skalnego występu, powoli przebierał zielonymi nogami jak żaba w głębokiej, galaretowatej wodzie.
- Twój brat jest tu z tobą, Malachi?
- W Westmeath. Z Bannonami.
- Tyle czasu? Dostałem pocztówkę od Bannona. Pisze, że znalazł sobie jakieś miłe młode stworzonko. Fotodziewczynę, tak ją nazywa.
- Pstryknął jej fotkę, co? Krótka ekspozycja.
Mulligan usiadł, by rozsznurować buty. W pobliżu kamiennego występu wystrzeliła na powierzchnię parskająca czerwona twarz jakiegoś starszego mężczyzny. Wdrapał się na skały. Na jego łysinie i okalającym ją tonsurowym wieńcu siwych włosów lśniła woda, która ściekała mu z piersi i brzuszyska i lała się strumieniami zza czarnej obwisłej przepaski biodrowej.
Mulligan odsunął się, żeby ksiądz mógł się przetelepać obok niego, po czym, zerkając na Hainesa i Stephena, pobożnie uczynił czubkiem kciuka znak krzyża na czole, ustach i piersiach.
- Seymour wrócił do miasta, odezwał się młodzieniec, ponownie chwytając się skały. Rzucił medycynę i chce iść do wojska.
- Ach, idź do Boga, powiedział Mulligan.
- Za tydzień jedzie w kamasze. Znasz tę rudą Lily, co lubiła chodzić na molo Carlisle?
- Tak.
- Obłapywała się tam z nim wczoraj wieczorem. Jej ojciec jest obrzydliwie bogaty.
- A czy ona nie jest obrzydliwie w ciąży?
- O to powinieneś zapytać Seymoura.
- Seymour oficerem, kurdeflak, powiedział Mulligan.
Kiwając głową jakby sam do siebie, ściągnął spodnie, wstał i rzucił stereotypowo:
- Wszystkie rude dziewuchy parzą się jak króliki.
Urwał z niepokojem, obmacując swój bok pod roztrzepotaną koszulą.
- Wyparowało gdzieś moje dwunaste żebro, zawołał. Jestem Übermensch. Dwaj nadludzie, bezzębny Kindż i ja.
Ściągnął koszulę i rzucił ją za siebie, gdzie leżała reszta jego ubrania.
- Wchodzisz, Malachi?
- Tak. Posuń się, bo mało jest miejsca w tym łóżku.
Młodzieniec położył się plecami na wodzie i wypłynął na środek zatoczki dwoma długimi, wprawnymi pociągnięciami ramion. Haines usiadł na kamieniu, paląc papierosa.
- Nie kąpiesz się? zapytał Mulligan.
- Później. Nie zaraz po śniadaniu.
Stephen się odwrócił.
- Ja idę, Mulligan.
- Zostaw naszej osobie klucz, Kindż. Żeby mi nie rozwiewało koszuli.
Stephen podał mu klucz, a Mulligan położył go na stosie swojej odzieży.
- I dwa pensy na piwo, dodał. Rzuć je tam.
Stephen rzucił dwa pensy na miękki kopczyk. Ubieranie, rozbieranie. Mulligan wyprostował się, splótł przed sobą dłonie i oznajmił z powagą:
- Pożycza samemu Panu, kto ubogich okrada. Tako rzecze Zaratustra.
Jego pulchna postać plusnęła do wody.
- To na razie, powiedział Haines. Odwrócił się i uśmiechnął do dzikiego Irlandczyka, kiedy Stephen ruszył ścieżką pod górę.
Strzeż się byczych rogów, końskiego kopyta i uśmiechu Anglosasa.
- Ship! zawołał Mulligan. O wpół do pierwszej.
- Dobrze, odpowiedział Stephen.
Szedł wijącą się pod górę ścieżką.
Liliata rutilantium.
Turma circumdet.
Iubilantium te virginum.
W skalnej kolibie siwa aureola księdza, który dyskretnie się tam ubierał. Nie będę nocował dziś w wieży. Nie mogę też wrócić do domu.
Od strony morza dobiegło go łagodne przeciągłe wołanie. Na zakręcie pomachał. Głos odezwał się znowu. Daleko na wodzie połyskliwy, krągły, brunatny łeb foki.
Uzurpator.
- No, Cochrane, jakie miasto po niego posłało?
- Tarentum, panie profesorze.
- Bardzo dobrze. I co?
- Doszło do bitwy, panie profesorze.
- Bardzo dobrze. Gdzie?
Obojętna twarz chłopca zadała to samo pytanie obojętnemu oknu.
Zmyślona przez córy pamięci. A przecież istnieje w jakiś inny sposób, nie jak skłamana przez pamięć. Stwierdzenie wynikające więc z niecierpliwości, łopot Blake'owskich skrzydeł nieumiarkowania. Słyszę, jak rozpada się cały świat, pęka szkło i rozsypują się mury, a czas staje się jednym wściekłym, ostatecznym płomieniem. Co wtedy nam pozostanie?
- Zapomniałem nazwy miasta, panie profesorze. Dwieście siedemdziesiąty dziewiąty rok przed naszą erą.
- Auskulum, powiedział Stephen, zerkając na nazwę i datę w poplamionej bliznami brudu książce.
- Tak, panie profesorze. I powiedział wtedy: "Jeszcze jedno takie zwycięstwo i jesteśmy zgubieni".
Świat zapamiętał to zdanie. Tępy spokój umysłu. Na wzgórzu ponad trupousianą równiną wsparty na włóczni generał przemawia do swoich oficerów. Wszystko jedno, jaki generał, wszystko jedno, do jakich oficerów. Nastawiają uszu.
- No, Armstrong, powiedział Stephen. A jak Pyrrus skończył?
- Jak skończył, panie profesorze?
- Ja wiem. Niech pan mnie zapyta, zgłosił się Comyn.
- Zaczekaj. Armstrong, no. Co wiesz o Pyrrusie z plemienia Molossów?
W zaciszu tornistra Armstronga spoczywała torebka kruchych rurek z nadzieniem figowym. Od czasu do czasu rolował ciastka w dłoniach i zjadał po kryjomu. Do naskórka warg przylepiały mu się okruszynki. Osłodzony nimi oddech chłopca. Zamożni ludzie, dumni, że ich najstarszy syn służy w marynarce. Vico Road, Dalkey.
- Z plemienia Molossów, panie profesorze? Molossowie wymyślili molo.
Klasa wybuchnęła śmiechem. Bezradosnym, piskliwym, złośliwym śmiechem. Armstrong rozglądał się po swoich kolegach, z profilu jego uśmieszek wyglądał głupkowato. Za chwilę zaśmieją się głośniej, bo wiedzą, że nie potrafię ich zdyscyplinować. I jak wysokie czesne płacą ich tatusiowie.
- W takim razie powiedz mi, rzekł Stephen, szturchając chłopca książką w ramię, co to jest molo.
- Molo, panie profesorze, odpowiedział Armstrong. To coś takiego na wodzie. Coś w rodzaju mostu. Jak molo w Kingstown, panie profesorze.
Niektórzy uczniowie znów się roześmiali, bezradośnie, lecz znacząco. Dwaj w ostatniej ławce zaczęli szeptać. Tak. Wiedzieli swoje, chociaż nie dostali jeszcze nauczki od życia i nie byli niewinni. Żaden z nich. Przypatrywał się ich twarzom z zazdrością. Edith, Ethel, Gerty, Lily. Im podobne; oddechy dziewczyn też były niczym posłodzone herbatą z konfiturami, a ich bransoletki jak gdyby chichotały, kiedy dochodziło do szamotaniny.
- Molo w Kingstown, powtórzył Stephen. Tak, molo to most zawiedziony.
Po tych słowach w spojrzeniach chłopców pojawił się niepokój.
- Jak to, panie profesorze? spytał Comyn. Mosty są nad rzekami.
Dla Hainesa, do jego zeszytu moich złotych myśli. Tutaj nikt ich nie słyszy. Wieczorem w trakcie szaleńczej pijatyki i gadaniny zręcznie przebić wypolerowaną kolczugę jego intelektu. Co z tego? Trefniś na pańskim dworze, traktowany pobłażliwie i bez szacunku, zasłuży na łaskawą pochwałę pana. Dlaczego oni wszyscy wybrali dla siebie tę rolę? Nie tylko dla gładkich pochlebstw. Tym chłopakom historia też przypomina każdą powtarzaną do znudzenia opowieść, a ich ojczyzna lombard.
Gdyby Pyrrus nie padł z ręki niewiasty w Argos albo gdyby nie zasztyletowano Juliusza Cezara. Nie wolno o nich nie myśleć. Czas napiętnował ich i spętał, złożono ich w izbie nieskończonej liczby możliwości, które odrzucili. Czy można jednak uznać je za możliwe, nawet jeśli nigdy nie zostały zrealizowane? Czy możliwe jest raczej tylko to, co się zdarzyło? Tkaj, tkaczu wiatru.
- Niech pan nam coś opowie, panie profesorze.
- Och tak, prosimy. Jakąś historię o duchach.
- W którym miejscu powinniśmy to zacząć? spytał Stephen, otwierając inną książkę.
- Od "Już nie płacz", odpowiedział Comyn.
- No to jazda, Talbot.
- A duchy, panie profesorze?
- Później, odpowiedział Stephen. Jazda, Talbot.
Śniady chłopak otworzył książkę i sprawnie wsunął ją pod przedpiersie tornistra. Recytował urywane fragmenty poematu, popatrując od czasu do czasu na tekst:
Już nie płacz, smutny pasterzu, nie płacz już,
bo Lycidas, smutku twojego przyczyna,
żyw jest, choć pochłonęły go głębiny mórz...
A zatem to musi być ruch, aktualizacja możności jako możliwości. Określenie Arystotelesa uformowało się pośród odklepywanych linijek wiersza i uleciało w pełną skupienia ciszę biblioteki Sainte-Genevi?ve, gdzie uczył się co wieczór, bezpieczny od grzechu Paryża. Obok drobny Syjamczyk wkuwał na pamięć podręcznik strategii wojskowej. Wokół mnie nażarte już, lecz nadal żerujące mózgownice; w blasku przezroczystych żarówek, przyszpilone, ich czułki drgają lekko, a w mrokach mojego umysłu chtoniczna gnuśność, niechętna, bojąca się jasności, przesuwa swoje pokryte smoczą łuską cielsko. Myśl jest myślą o myśli. Spokojna jasność. W pewnym sensie istnieje wyłącznie dusza; to forma form. Uspokojenie nagłe, ogromne, rozjarzone; forma form.
Talbot powtórzył:
Lubą mocą Tego, co po wodzie chodził,
lubą mocą...
- Odwróć kartkę, poprosił cicho Stephen. Nic nie rozumiem.
- Co, panie profesorze? spytał z obcesową prostotą Talbot, pochylając się naprzód.
Jego ręka przewróciła stronicę. Osunął się na oparcie krzesła i ciągnął dalej, bo właśnie wróciła mu pamięć. O tym, który chodził po wodzie. Na tych bojaźliwych sercach też kładzie się jego cień, tak jak na sercu oraz wargach szydercy, i na moim. Kładzie się na żarliwych twarzach tych, którzy pokazali mu monetę na podatek. Cesarzowi, co cesarskie, Bogu, co boskie. Powłóczyste spojrzenie ciemnych oczu, zagadkowe, będzie tkane bez końca na krosnach Kościoła. Tak.
Zgaduj-zgadula, jeden, dwa, trzy, cztery,
tata dał mi ziarno do zasiania w ziemi.
Talbot wsunał zamkniętą książkę do tornistra.
- Czy to już cały ten fragment? spytał Stephen.
- Tak, panie profesorze. O dziesiątej mamy hokej.
- Dziś tylko połowa lekcji. Czwartek.
- Kto rozwiąże zagadkę? spytał Stephen.
Upychali książki, grzechotały ołówki, szeleściły kartki. Napierając jeden na drugiego, uczniowie zapinali paski i sprzączki tornistrów, trajkocząc radośnie:
- Zagadkę, panie profesorze? Niech pan zapyta mnie.
- Och, mnie, panie profesorze.
- Tylko żeby była trudna.
- Oto moja zagadka, powiedział Stephen.
Zabrzmiało koguta pianie
aż pod błękitu otchłanie:
zabiły dzwony nieba
o jedenastej, jak trzeba.
Czas, by ta biedna dusza
poszła już do nieba.
- Co to znaczy?
- Co, panie profesorze?
- Panie profesorze, jeszcze raz. Nie dosłyszeliśmy.
Robili coraz większe oczy, kiedy powtarzał wierszyk. Po chwili odezwał się Cochrane:
- Co to znaczy, panie profesorze? Poddajemy się.
Stephen, którego zaczęło drapać w gardle, odpowiedział:
- Lis grzebie swoją babcię pod krzakiem ostrokrzewu.
Wstał i wybuchnął nerwowym śmiechem, na który odpowiedziało mu echo skonsternowanych okrzyków.
Ktoś uderzył kijem hokejowym w drzwi i głos na korytarzu zawołał:
- Hokej!
Poderwali się, wyślizgnęli z ławek i zaczęli przez nie przeskakiwać. Zniknęli błyskawicznie, a z kanciapy dobiegł zaraz stukot kijów, tupot i krzyki.
Sargent, jedyny uczeń, który się ociągał, podszedł powoli do Stephena, pokazując mu otwarty zeszyt. Zmierzwione włosy i cienka szyja podkreślały fajtłapowatość chłopca, a jego niedowidzące oczy patrzyły prosząco zza zaparowanych okularów. Matowy bezkrwisty policzek Sargenta znaczyła nieostra daktylokształtna plama atramentu, świeża i wilgotna niczym śluz ślimaka.
Chłopiec wyciągnął zeszyt. Na górze strony widniało słowo "rachunki", niżej pochyłe cyfry, a na samym dole koślawy podpis, czyli nieczytelne zawijasy i kleks. Cyril Sargent; jego nazwisko i pieczęć.
- Pan dyrektor Deasy kazał mi to wszystko przepisać, powiedział, i pokazać panu profesorowi.
Stephen dotknął krawędzi zeszytu. Próżny trud.
- Wiesz już, jak to zrobić? zapytał.
- Od zadania jedenastego do piętnastego, powiedział Sargent. Pan dyrektor kazał mi przepisać je z tablicy.
- Poradzisz sobie sam? spytał Stephen.
- Nie, panie profesorze.
Brzydki i niepotrzebny; cienka szyja, zmierzwione włosy i plama atramentu niczym ślimaczy śluz. A przecież ktoś go kochał, jakaś kobieta nosiła go na rękach i w sercu. Gdyby nie ona, rozpędzony świat rozdeptałby go, aż stałby się zmiażdżonym bezkostnym ślimakiem. Kochała jego rzadką wodnistą krew, którą wyssał z jej krwi. A zatem matczyna miłość jest prawdziwa? I nie ma innej prawdy w naszym życiu? Jego leżącą plackiem matkę ujeżdżał w świętym zapale ognisty Kolumban Starszy. Już nie istniała; drżący szkielet spalonej gałązki, woń drewna różanego i wilgotnych popiołów. Uratowała go, nie pozwoliła rozdeptać i odeszła, jakby jej nigdy nie było. Biedna dusza poszła już do nieba, a na wrzosowisku pod osłoną mrugających gwiazd lis o futrze śmierdzącym rudymi oparami grabieży i okrutnych roziskrzonych oczach drapał pazurami w ziemi, nasłuchiwał, darł piach, nasłuchiwał i znowu drapał i drapał.
Stephen usiadł przy chłopcu i rozwiązał zadanie. Dowodzi przy pomocy algebry, że duch Shakespeare'a jest dziadkiem Hamleta. Sargent zerkał na niego z ukosa przez przekrzywione szkła. W kanciapie grzechotały kije do hokeja na trawie; głuchy odgłos uderzenia piłki i nawoływania z boiska.
Znaki ciągnęły się przez całą stronę w uroczystym mauretańskim tańcu, w maskaradzie liter, noszących dziwne czapeczki drugiej i trzeciej potęgi. Podajcie sobie ręce, obrót, ukłoń się partnerce, o tak; skrzaty zrodzone z wyobraźni Maurów. Awerroes i Mojżesz Majmonides też zeszli już z tego padołu, ciemnowłosi mężowie o ciemnych obliczach i myślach, ukazujący w czarodziejskich szklanych kulach zagadkową duszę świata, lśniącą w jasności ciemność, której ta jasność nie potrafiła pojąć.
- Teraz już rozumiesz? Zrobisz drugie zadanie samodzielnie?
- Tak, panie profesorze.
Sargent przepisywał działania długimi, niepewnymi pociągnięciami pióra. Jego nieustannie wyczekująca pomocnego słowa dłoń wiernie prowadziła rozchwiane znaki, a pod matową skórą na twarzy chłopca migotał nikły cień wstydu. Amor matris: dwuznaczny dopełniacz zarówno podmiotowy, jak i przedmiotowy. Wykarmiła go swoją rozrzedzoną krwią i serwatkokwaśnym mlekiem i ukrywała jego powijaki przed wzrokiem obcych.
I ja byłem jak on, spadziste ramiona, brak wdzięku. Moje dzieciństwo garbi się obok mnie. Za daleko, żebym mógł położyć na nim dłoń, chociażby raz lub lekko. Moje jest daleko, a jego sekretne niczym nasze oczy. Senne, skamieniałe tajemnice spoczywają w mrocznych pałacach serc nas obu; tajemnice znużone własną tyranią; tyrani pragnący, by ich zdetronizować.
Zadanie zostało rozwiązane.
- To bardzo proste, stwierdził Stephen, wstając.
- Tak, panie profesorze. Dziękuję, odrzekł Sargent.
Osuszył stronicę cienką bibułą i zaniósł zeszyt z powrotem na swoją ławkę.
- A teraz bierz kij i leć do chłopaków, powiedział Stephen, ruszając za niezgrabnym uczniem do drzwi.
- Tak, panie profesorze.
Na korytarzu zabrzmiało nazwisko chłopca; ktoś wołał go z boiska.
- Sargent!
- Zmykaj, powiedział Stephen. Dyrektor Deasy cię woła.
Stanął na ganku i obserwował marudera, biegnącego na prymitywne, kipiące agresją boisko, gdzie ścierały się ze sobą ostre głosy. Chłopcy byli podzieleni na drużyny, a dyrektor zmierzał w kierunku szkoły, przestępując kępki traw. Na nogach miał gamasze. Gdy dotarł przed budynek, zawołały go kłócące się znów głosy. Pan Deasy zwrócił ku nim swój groźny siwy wąs.
- Co tam znowu? krzyczał raz po raz, nie słuchając chłopców.
- Cochrane i Halliday grają w jednej drużynie, panie dyrektorze, odkrzyknął Stephen.
- Niech pan zaczeka na mnie chwilę w moim gabinecie, a ja tymczasem przywrócę tu porządek.
Poirytowany Deasy ruszył w przeciwną stronę przez boisko, ponownie wołając surowym starczym głosem:
- Co się dzieje? Co tam znowu?
Ostre głosy uczniów otaczały go ze wszystkich stron; krąg licznych postaci zamknął się wokół dyrektora, a jaskrawe słońce rozjaśniało miodowy blond jego nierównomiernie ufarbowanych włosów.
W gabinecie stało stęchłe powietrze przesycone dymem i zapachem matowej, jasnobrązowej, wytartej skóry krzeseł. Jak pierwszego dnia, kiedy się tu ze mną targował. Jak było na początku, teraz. Na kredensie taca z monetami Jakuba II Stuarta, fałszywy skarb torfowiska, jakim jest Irlandia; i zawsze. I dwunastu apostołów wygrawerowanych na rączkach łyżek, wtulonych w purpurowy wyblakły plusz pudełka, którzy skończyli już nauczać wszystkich pogan; i na wieki wieków.
Pospieszne kroki na kamiennym ganku i w korytarzu. Rozdmuchując swój niegęsty wąs, dyrektor przystanął przy stole.
- Po pierwsze, nasze rozliczonko, powiedział.
Wyciągnął z kieszeni surduta przewiązany rzemykiem pugilares, który otworzył się z klapnięciem. Wyjął dwa banknoty, jeden rozdarty na pół, ale sklejony, i starannie ułożył je na stole.
- Dwa, powiedział, obwiązując rzemykiem pugilares i chowając go z powrotem.
A teraz jego trezor na złoto. Dłoń Stephena z zakłopotaniem przesuwała się po muszlach spiętrzonych w zimnym, kamiennym moździerzu; trąbiki, monetki, porcelanki, muszle leopardzie; i ta świdrowata niczym turban emira, i tamta, koncha świętego Jakuba. Majątek starego pielgrzyma, martwy skarb, puste skorupy.
Na miękki aksamit serwety spadł lśniący nowy suweren.
- Trzy, odezwał się dyrektor, obracając w dłoni kasetkę na monety. Praktyczna rzecz. Proszę spojrzeć. Tu wkłada się suwereny. Tutaj szylingi, sześciopensówki, półkorony. A tu koronówki. Niech pan patrzy.
Pan Deasy wycisnął z kasetki dwie korony i dwa szylingi.
- Trzy funty, dwanaście szylingów, powiedział. Chyba się zgadza.
- Dziękuję, panie dyrektorze, odpowiedział Stephen, zgarniając pieniądze ze wstydliwym pośpiechem i chowając je do kieszeni spodni.
- Ależ nie ma za co, zapewnił go Deasy. Zapracował pan na nie.
Dłoń Stephena, znów wolna, wróciła do pustych muszli. Także symboli piękna i władzy. Kupa floty w kieszeni. Symbole zbrukane chciwością i skąpstwem.
- Niech pan ich tak nie nosi, odezwał się dyrektor. Wyciągnie je pan gdzieś i zgubi. Trzeba po prostu kupić taką maszynkę. Przekona się pan, jaka jest praktyczna.
Odpowiedz coś.
- Moja byłaby często pusta, stwierdził Stephen.
Ten sam pokój i pora dnia, ta sama mądrość; i ja taki sam. Już trzeci raz. Trzy pętle tu wokół mnie. No cóż. Mogę je rozerwać nawet i w tej chwili, jeśli zechcę.
- Bo pan nie oszczędza, zauważył Deasy, celując palcem w Stephena. Nie wie pan jeszcze, co to jest pieniądz. Pieniądz to władza, potęga, każdy, kto przeżył tyle lat co ja, dobrze o tym wie. Wiem, wiem. Szkoda, że nie wie młodość. Jak to powiada Shakespeare? "Naładuj tylko kiesę".
- Jago, mruknął Stephen.
Podniósł wzrok znad bezużytecznych muszli na nieruchome oczy starca.
- Shakespeare wiedział, co znaczą pieniądze, powiedział dyrektor. Bogacił się. Poeta, ale i Anglik. Wie pan, co jest dumą Anglików? Wie pan, jak brzmią najdumniejsze słowa, które można usłyszeć z ust Anglika?
Władca mórz. Jego morskozimne oczy patrzyły na pustą zatokę; winę ponosi historia; za mnie i moje słowa, beznienawistne.
- Że nad jego imperium, odpowiedział Stephen, nigdy nie zachodzi słońce.
- Hola! zawołał Deasy. To nie są słowa Anglika. Wypowiedział je pewien francuski Celt.
Postukał kasetką o paznokieć kciuka.
- Powiem panu, oświadczył uroczyście, jak brzmi najdumniejsza angielska przechwałka. "Żyłem na własny rachunek".
Uczciwy człowiek, uczciwy człowiek.
- "Żyłem na własny rachunek. Nie pożyczyłem od nikogo ani szylinga". Pojmuje pan, o co chodzi? Nikomu nie jestem nic winien. Pojmuje pan to?
Mulligan dziewięć funtów, trzy pary skarpetek, para broganów, krawaty. Curran dziesięć gwinei. McCann jedna. Fred Ryan dwa szylingi. Temple dwa obiady. Russell jedna gwinea, Cousins dziesięć szylingów, Bob Reynolds pół gwinei, Köhler trzy gwinee, pani McKernan wyżywienie i mieszkanie za pięć tygodni. Moja kupa floty zda się psu na buty.
- Na razie nie, odrzekł Stephen.
Dyrektor roześmiał się z ironiczną rozkoszą, chowając kasetkę z powrotem.
- Wiedziałem, stwierdził radośnie. Ale pewnego dnia na pewno pan to zrozumie. Jesteśmy wielkodusznym narodem, musimy jednak być także sprawiedliwi.
- Boję się wielkich słów, które tak nas unieszczęśliwiają.
Deasy przez kilka chwil patrzył surowym wzrokiem na kształtnego, masywnego mężczyznę w szkockiej spódnicy, sportretowanego na obrazie wiszącym nad kominkiem: Albert Edward, książę Walii.
- Uważa mnie pan za starego piernika i torysa, odezwał się w zamyśleniu. Widziałem trzy pokolenia od czasów O'Connella. Pamiętam głód w czterdziestym szóstym. Wie pan, że loże oranżystów agitowały za zerwaniem unii już na dwadzieścia lat przed O'Connellem, jeszcze zanim prałaci pańskiego Kościoła potępili go jako demagoga? Są sprawy, o których wy, fenianie, zapominacie.
Cześć nieśmiertelnej pamięci wspaniałego i pobożnego króla. Brylantowa Loża w prześwietnym Armagh poobwieszana trupami papistów. Zamaskowani uzbrojeni osadnicy o ochrypłych głosach, którzy ślubowali wierność Koronie. Czerń fanatyzmu Północy i błękit opartego na Biblii fundamentalizmu. Ogolone buntownicze łby, uspokójcie się.
Stephen zaimprowizował krótki gest.
- W moich żyłach też krąży krew buntowników, oświadczył pan Deasy. Po kądzieli. Jestem jednak potomkiem sir Johna Blackwooda, który głosował za unią. Wszyscy jesteśmy Irlandczykami, wszyscy synami królów.
- Niestety, odrzekł Stephen.
- Dewizą sir Johna, ciągnął twardo dyrektor, było per vias rectas. Zagłosował za unią i włożył buty do konnej jazdy, żeby z Ards of Down pojechać do Dublina i oddać tam swój głos.
La la la, dyna dyna,
kamienista droga do Dublina.
Gburowaty szlachcic w lśniących butach z cholewami, konno. Dzień dobry, choć mokry, sir Johnie. Dzień dobry, choć mokry, panie sędzio... Dzień... Dzień... Para butów z cholewami podryguje tanecznie w drodze do Dublina. La la la, dyna dyna, la la la, dyna dyna.
- To mi coś przypomina, mówił dalej Deasy. Dzięki niektórym pańskim znajomym, ludziom pióra, może mi pan oddać pewną przysługę, panie Dedalus. Mam tutaj list do prasy. Niech pan usiądzie na chwilę. Muszę jeszcze tylko przepisać zakończenie.
Podszedł do stojącego pod oknem biurka, dwoma szurnięciami przysunął się do niego wraz z krzesłem i odczytał kilka słów z kartki nawiniętej na wałek maszyny do pisania.
- Proszę siadać. Przepraszam, rzucił przez ramię, "... jak podpowiada zdrowy rozsądek...". Chwileczkę.
Zerknął spod krzaczastych brwi na leżący z boku rękopis i pomrukując pod nosem, zaczął powoli stukać w oporne klawisze, prychając od czasu do czasu, kiedy podkręcał wałek, aby zamazać błąd.
Stephen zasiadł bezszelestnie na wprost książęcego majestatu. Dookoła na ścianach jakby w swoistym hołdzie wisiały oprawione podobizny nieżyjących już koni, których potulne łby zastygły w bezruchu: Wstręt lorda Hastingsa, klacz Przestrzelenie księcia Westminsteru, Cejlon księcia Beauforta, zwycięzca Prix de Paris z 1866 roku. Dosiadali ich drobni niczym elfy, czujni dżokeje, czekający na sygnał. Ujrzał ich w pędzie, broniących barw królewskich, i krzyczał do wtóru krzyków przeminionej publiczności.
- Kropka, Deasy zwrócił się do klawiszy maszyny. "Lecz pilne uregulowanie tej ważnej kwestii..."
Tam zaprowadził mnie Cranly, żeby się szybko wzbogacić, polując na zwycięzców między błotozbryzganymi powozami, w odorze bufetu i pośród nawoływań bukmacherów na podwyższeniach, i tam w pstrokatym błocku stoi Piękny Buntownik! Piękny Buntownik! Dziesięć do jednego przeciwko faworytowi. Mijaliśmy graczy w kości i kanciarzy od gry w trzy karty, biegając za końmi, za współzawodniczącymi ze sobą czapeczkami i kurtkami, i przemknęliśmy obok mięsistomordej żony rzeźnika, która łapczywie wciskała nochal w ząbek pomarańczy.
Na boisku zabrzmiały dźwięczne, przeraźliwe wrzaski i warkliwy gwizdek.
Kolejny gol. Cel. Jestem wśród nich, w kotłowaninie walczących, w potyczce życia. Chodzi ci o tego koślawonogiego maminsynka, który wygląda, jakby miał lekkiego kaca? Potyczki. Uderzenia amortyzowane przez czas, jedno za drugim. Potyczki, błoto, zgiełk bitewny, zakrzepłe śmierciorzygi pomordowanych i krzyk grotów włóczni, zwieńczonych skrwawionymi ludzkimi bebechami niczym na przynętę.
- A więc tak, powiedział, wstając, dyrektor.
Podszedł do stołu, spinając kartki. Stephen też się podniósł.
- Wyłożyłem sprawę w pigułce, stwierdził Deasy. Idzie o pryszczycę. Niech pan to tylko przejrzy. Ta kwestia nie podlega dyskusji.
Czy mógłbym wejść na Państwa cenne łamy. Doktryna laissez faire, która tak często w historii naszego kraju. Nasz handel bydłem. Funkcjonowanie całej naszej przestarzałej gospodarki. Sitwa z Liverpoolu, która podstępnie pokrzyżowała irlandzkie plany wobec portu w Galway. Na wypadek pożogi wojennej w Europie. Dostawy zboża i nasion przez wody wąskiego kanału. Absolutna niewzruszoność Ministerstwa Rolnictwa. Wybaczyć aluzję do klasyki. Kasandra. Z powodu kobiety, która nie była warta swojej reputacji. Żeby przejść do sedna.
- Niczego nie owijam w bawełnę, co? zapytał Deasy, a Stephen czytał dalej.
Pryszczyca. Szczepionka znana jako preparat Kocha. Serum i wirus. Odsetek koni, którym podano tę tak zwaną słoną szczepionkę. Księgosusz. Cesarskie konie w Mürzstegu, w dolnej Austrii. Weterynarze chirurdzy. Pan Henry Blackwood Price. Grzeczna propozycja, sprawiedliwy osąd. Jak podpowiada zdrowy rozsądek. Wyjątkowo ważna sprawa. Chwycić byka za rogi w każdym znaczeniu tego określenia. Z podziękowaniem za gościnność na Waszych łamach.
- Chciałbym, żeby to zostało wydrukowane i miało czytelników, powiedział dyrektor. Zobaczy pan, że przy następnym wybuchu zarazy nałożą embargo na irlandzkie bydło. A pryszczycę można leczyć. Już się to robi. Mój kuzyn, Blackwood Price, pisze mi, że w Austrii weterynarze z powodzeniem pielęgnują i leczą chore na pryszczycę zwierzęta. Zaproponowali, że przyjadą do nas. Staram się wywrzeć presję na ministerstwo. A teraz spróbuję nadać sprawie rozgłos. Otaczają mnie trudności... intrygi... zakulisowe naciski... i...
Wyciągnął palec wskazujący, którym zaczął wymachiwać w starczym geście, jeszcze zanim zabrzmiał jego głos.
- Proszę zapamiętać moje słowa, panie Dedalus. Anglia jest w rękach Żydów. To oni zajmują wszystkie najważniejsze stanowiska, są w angielskich finansach, w prasie. A Żydzi to oznaka upadku narodu. Wysysają siły witalne z każdego kraju, w którym się osiedlą. Od lat przewidywałem, że tak będzie. Kupcy żydowscy podjęli już swoją niszczycielską robotę, to równie pewne jak to, że tu stoimy. Dawna Anglia umiera.
Cofnął się gwałtownie, a jego oczy ożywiły się błękitem w przelotnym spojrzeniu na szeroki snop słonecznego światła. Zrobił w tył zwrot i natychmiast odwrócił się z powrotem.
- Umiera, o ile już nie umarła.
Całun kochanej Anglii ladacznice
tkają krzykiem, mknącym przez ulice.
Szeroko otwarte w objawieniu oczy dyrektora przecinały surowym spojrzeniem ten snop światła, w którym się zatrzymał.
- Kupiec, zauważył Stephen, to ktoś taki, kto kupuje tanio i sprzedaje drogo, wszystko jedno, czy jest Żydem czy gojem, prawda?
- Zgrzeszyli przeciwko światłości, odrzekł z powagą pan Deasy. I widać mrok w ich oczach. Dlatego pozostają tułaczami po dziś dzień.
Złocistolicy mężczyźni na migi podający upierścienionymi palcami ceny na parkiecie giełdy paryskiej. Gęganie gęsi. Ich hałaśliwy grubiański rój w świątyni, głowy w przekrzywionych cylindrach obmyślają skomplikowane szalbierstwa. Te stroje, mowa, gesty; nienaturalne. Okrągłe powolne oczy zadawały kłam słowom, gesty ożywione i nieobraźliwe, wiedzieli jednak, ile wrogości piętrzy się wokół nich i że ich zapał jest próżny. Próżna cierpliwość zbierania i przechowywania skarbów. Czas wszystko z pewnością rozproszy. Skarb uskładany przy drodze; złupiony i zmieniający właściciela. Oczy tych ludzi, cierpliwe, były świadome długich lat tułaczki i upokorzeń, jakim musiały poddawać się ich ciała.
- A kto jest bez winy? powiedział Stephen.
- Co pan ma na myśli? zapytał dyrektor Deasy.
Podszedł o krok i stanął przy stole. Niepewnie otworzył usta, jego dolna szczęka przesunęła się w bok. Czy to stara mądrość? Czeka, żeby coś ode mnie usłyszeć.
- Historia, odparł Stephen, jest koszmarem, z którego usiłuję się obudzić.
Chłopcy na boisku wznieśli okrzyk. Warkotliwy gwizdek: gol. A co, jeżeli ten koszmar da ci kopa w tyłek?
- Stworzyciel nie działa jak człowiek, oświadczył Deasy. Cała historia ludzkości zmierza ku jednemu wielkiemu celowi: do Boga.
Stephen gwałtownie wyciągnął kciuk w stronę okna, mówiąc:
- To jest Bóg.
Hurra! Tak! Hurruaa!
- Czyli co? zapytał dyrektor.
- Wołanie na ulicy, odrzekł Stephen, wzruszając ramionami.
Pan Deasy spuścił oczy i przez chwilę ściskał palcami skrzydełka swoich nozdrzy. Uwolnił je po chwili, kiedy podniósł wzrok.
- Ja jestem szczęśliwszy niż pan, powiedział. Popełniliśmy liczne błędy i grzechy. Kobieta sprowadziła grzech na świat. To z powodu kobiety, która nie była warta swojej reputacji, z powodu Heleny, zbiegłej żony Menelaosa, Grecy wojowali z Troją przez dziesięć lat. To niewierna żona jako pierwsza sprowadziła na nasze brzegi obcych, żona MacMurrougha i jej kochaś O'Rourke, książę Breffni. I to kobieta przywiodła Parnella do upadku. Wiele było błędów, wiele niepowodzeń, lecz nie grzech przeciw Światłości. Teraz, u kresu moich dni, stałem się człowiekiem walczącym. A w słusznej sprawie będę walczył do końca.
Bo Ulster rozpocznie tę akcję
i Ulster będzie mieć rację.
Stephen podniósł kartki, które trzymał w dłoni.
- A zatem, panie dyrektorze... zaczął.
- Coś mi się wydaje, powiedział Deasy, że nie popracuje pan u nas zbyt długo. Myślę, że nie jest pan nauczycielem z powołania. Chociaż może się mylę.
- Jestem raczej uczniem, odpowiedział Stephen.
A tutaj czego jeszcze się nauczysz?
Dyrektor pokręcił głową.
- Jest pan tego pewien? Żeby się uczyć, człowiek musi być pokorny. Ale życie jest wielkim nauczycielem.
Stephen znowu zaszeleścił kartkami.
- Natomiast co do tego... zaczął.
- Tak. Ma pan tekst w dwóch egzemplarzach. Jeśli pan może, proszę go jak najszybciej dać do publikacji.
"Telegraph". "Irish Homestead".
- Spróbuję i jutro pana zawiadomię. Znam trochę dwóch redaktorów.
- To wystarczy, odrzekł raźno Deasy. Wczoraj wieczorem napisałem do pana posła Fielda. W hotelu City Arms ma się dziś odbyć spotkanie stowarzyszenia handlarzy bydłem. Poprosiłem pana posła, żeby przedstawił im mój list. A pan niech się zorientuje, czy uda się go umieścić w tych pańskich dwóch gazetach. Jakie to tytuły?
- "The Evening Telegraph"...
- To mi wystarczy. Nie ma czasu do stracenia. A teraz muszę odpisać na list od kuzyna.
- Do widzenia, panie dyrektorze, odpowiedział Stephen, wsuwając kartki do kieszeni. Dziękuję.
- Nie ma za co, odparł Deasy, szukając czegoś między papierami na biurku. Jestem już stary, ale w dyskusjach z panem lubię kruszyć kopie.
- Do widzenia, panie dyrektorze, powtórzył Stephen, składając ukłon jego zgarbionym plecom.
Wyszedł na otwarty ganek i ruszył żwirowaną ścieżką pod drzewami, nasłuchując dobiegających z boiska krzyków i postukiwania kijów hokejowych. Przechodząc przez bramę, minął pogrążone w drzemce lwy na kolumienkach; bezzębne potwory. Pomimo wszystko pomogę mu w tej walce. Mulligan nada mi nowy przydomek: bard bykolubny.
- Panie Dedalus!
Biegnie za mną. Mam nadzieję, że żadnych więcej listów.
- Jedną chwileczkę.
- Tak, panie dyrektorze, rzekł Stephen, odwracając się za bramą.
Dyrektor Deasy przystanął, oddychał ciężko i płytko.
- Chciałem tylko jeszcze coś powiedzieć, powiedział. Powiadają, że Irlandia ma honor być jedynym krajem, który nigdy nie prześladował Żydów. Wiedział pan o tym? Nie. A wie pan dlaczego?
Zmarszczył ostro brwi, ponieważ raziło go słońce.
- Dlaczego, panie dyrektorze? spytał Stephen, zaczynając się uśmiechać.
- Dlatego że ich nigdy nie wpuściła, odparł z powagą Deasy.
Z gardzieli dyrektora wyskoczył piorun kulisty kaszlu i śmiechu, ciągnący za sobą charkotliwy łańcuszek flegmy. Pan Deasy odwrócił się szybko, kasłał, śmiał się i wymachiwał uniesionymi rękami.
- Nigdy ich nie wpuściła, zawołał jeszcze raz, krztusząc się ze śmiechu i ciężko stąpając po kamienistej ścieżce skrytymi w gamaszach nogami. Dlatego.
Przeświecające przez kratownicę liści słońce obsypało jego kark, na którym dźwigał swą mądrość, świecidełkami, przypominającymi roztańczone monety.
Nieunikniona modalność tego, co widzialne; przynajmniej tyle, jeśli nie więcej, myśl zapośredniczona przez mój wzrok. Po to, by czytać sygnatury wszystkich rzeczy tu jestem, morską ikrę i morzorosty, nadchodzący przypływ, tamten rdzawy zniszczony but. Zieleń smarkowa, srebrny błękit, rdza: znaki barwne. Granice przejrzystości. Dodaje jednak: w przedmiotach. Czyli najpierw postrzegał przedmioty, a potem, że są barwne. Jak? Tłukąc w nie łbem, na pewno. Uważaj. Bogaczem był i łysolem, maestro di color che sanno. Granica przejrzystości w. Dlaczego w? Przejrzystość, nieprzejrzystość. Jeżeli możesz wsunąć w nią swoje pięć palców, to będzie brama, a jak nie, to drzwi. Zamknij oczy i popatrz.
Zamknął oczy, usłyszał, jak miażdży pod butami chrzęszczące wodorosty i muszelki. Jednakośjak przez to idziesz. Idę, krok za krokiem. Bardzo krótka przestrzeń czasu przez bardzo krótkie chwile przestrzeni. Pięć, sześć; nacheinander. Dokładnie; i to jest nieunikniona modalność słyszalnego. Otwórz oczy. Nie. Jezu! Gdybym spadł z tego klifu, który się stromo spuszcza w morską otchłań, nieuchronnie spadłbym nebeneinander. Nienajgorzej mi się idzie w ciemności. U mego boku jesionowy miecz. Rozpoznawaj nim teren; tak robią niewidomi. Moje stopy w butach Mulligana są jak gdyby zwieńczeniem jego nóg, nebeneinander. Mocny, sądząc po odgłosie; drewnianym młotem wykuł go Los Demiurgos. Czy idąc brzegiem morza w Sandymount, wkraczam do wieczności? Chrzęst, chrup, trzask, trzask. Monety burzliwych mórz. Belfer Deasy zna je syćkie.
Nie przyjechałabyś do Sandymount,
Magdaleno Lemeeeaire?
Widzisz, zaczyna się rytm. Słyszę. I katalektyczny tetrametr maszerujących jambów... Nie, one galopują: leno Lemeeeaire.
Otwórz już oczy. Otworzę. Zaraz. Czy od tamtej chwili wszystko zniknęło? A jak otworzę i już na zawsze pozostanę w czarnej nieprzejrzystości? Basta! Zobaczę, czy widzę.
No i widzisz. A tam wszechczas bez ciebie; i na wieki wieków.
Zeszły ostrożnie po schodach z Leahy's Terrace, Frauenzimmer; i niemrawo w dół brzegiem, ich płaskostope nogi zapadały się w śliski mułowaty piasek. Jak ja, jak Algy, schodzą ku naszej potężnej matce. Numer jeden ciężko kołysała torbą akuszerki, duży pękaty parasol drugiej dźgał plażę. Z ubogiego osiedla Liberties spędzić dzień na powietrzu. Pani Florence MacCabe, pozostałość po serdecznie opłakanym świętej pamięci Patku MacCabie z Bride Street. Członkini ich siostrzanej wspólnoty wywlokła kiedyś kwilącego mnie w życie. Stworzenie z niczego. Co ona ma w tej torbie? Poroniony płód z ciągnącym się za nim sznurem pępowiny, ukojony w rumianym kawałku wełny. Pępowiny wszystkich ludzi łączą się w przeszłości, splotoplatająca lina wszystkiego, co cielesne. Dlatego mistyczni mnisi. Chcecie być jako bogowie? Kontempluj swój omfalos. Halo. Tu Kindż. Proszę mnie połączyć z Edenville. Alef, alfa; zero, zero, jeden.
Żona i pomagierka Adama Kadmona: Chewa, naga Ewa. Ona nie miała pępka. Kontempluj. Brzuch bez skazy, nabrzmiewa potężnie, pancerz z naprężonego welinu, nie, jasnopszeniczny stos zboża, orientalnego i nieśmiertelnego od wieczności po wieczność. Łono grzechu.
W grzesznej ciemności łonie tkwiłem także ja, uczyniony, nie zrodzony. Przez nich, mężczyznę o moim głosie i oczach i kobietę-widmo, której tchnienie zalatuje popiołem. Zespolili się i rozłączyli, czyniąc wolę kuplera. Bóg zapragnął mnie już przed wiekami i nie może pragnąć się mnie pozbyć teraz ani nigdy. Otacza Go lex eterna. Czy to jest zatem owa boska substancja, w której Ojciec i Syn są z sobą konsubstancjalni? Gdzie biedny kochany Ariusz, już gotów zachować się wbrew rozumowi? Przez całe życie wojował z kontransmagnifikatżydobumtancjacją. Herezjarcha spod nieszczęśliwej gwiazdy. Ostatnie tchnienie wydał w greckim waterklozecie; eutanazja. W inkrustowanej mitrze i z pastorałem, usadowiony na tronie, wdowiec po osieroconym biskupstwie, sterczy mu omoforion, siedzenie ma zafajdane.
Wokół wiał ostry wiatr, przejmujące zimno, bardzo szczypiące powietrze. Zbliżają się, fale. Białogrzywe konie morza, gryzą wędzidła, w porywistowietrznych uzdach, rumaki Mananaana.
Nie wolno mi zapomnieć o liście Deasy'ego do prasy. A potem? Tawerna Ship, wpół do pierwszej. Nawiasem mówiąc, oszczędzaj te pieniądze jak każdy przyzwoity młody cymbał. Tak, powinienem oszczędzać.
Zwolnił kroku. Tutaj. Iść do ciotki Sary czy nie? Głos mojego konsubstancjalnego ojca. Widziałyście może gdzieś ostatnio swojego brata, Stephena, tego artystę? Nie? Chyba nie siedzi w Strasbourg Terrace u ciotki Sally? Mógłby pewnie wzbić się trochę wyżej, co? A a a a powiedz nam, Stephenie, jak tam stryj Si? O Jezu frasobliwy, w co ja się wplątałam przez to małżeństwo. Chłopacy na stryszku ze sianem. Mały zapijaczony buchalter i jego brat kornecista. Wielce szanowni panowie gondolierzy. A zezowaty Walter ni mniej, ni więcej, tylko panuje swojemu ojcu. Panie ojcze. Tak, panie ojcze. Nie, panie ojcze. Jezus zapłakał; i nie ma się co dziwić, na Chrystusa Pana.
Pociągam za sznur dychawicznego dzwonka ich domku o zamkniętych okiennicach; czekam. Biorą mnie za natrętnego wierzyciela, wyglądają na ulicę jak jaskółki u blank się gnieżdżące.
- To Stephen, panie ojcze.
- Wpuść go. Wpuść Stephena.
Odsuwa się zasuwa i wita mnie Walter.
- Myśleliśmy, że to ktoś inny.
Obłożony w szerokim łóżku poduszkami i kocami wujaszek Richie wyciąga krzepkie przedramię ponad wzgórkiem kolan. Czyste pierś i sumienie. Umył górną połowę swojego ciała.
- Dzieńdoberek, siostrzeńcze. Usiądź sobie, jak żeś jeszcze nie siedział.
Odkłada przenośny pulpit, na którym przygotowuje kosztorysy do wglądu dla durnowatego pana Goffa i panicza Shaplanda Tandy'ego, wypisuje zezwolenia, nakazy przeszukania i wezwanie opatrzone adnotacją Duces Tecum. Nad jego łysą głową ramka z drewna dębu torfowego: Requiescat Wilde'a. Basowy, dwuznaczny gwizd sprowadza Waltera z powrotem.
- Tak, panie ojcze?
- Słodowa dla Richiego i Stephena, powiedz matce.
- Kąpie Crissie, panie ojcze.
Mała łóżkowa towarzyszka tatusia. Kochana kluseczka.
- Nie, wujku Richie...
- Mów mi Richie. Do diabła z twoją wodą źródlaną. Jest upokarzająca. Łychy!
- Doprawdy, wujku...
- Siadaj, bo jak bonie dydy dam ci w łeb.
Walter daremnie rozgląda się spod przymrużonych powiek w poszukiwaniu krzesła.
- Panie ojcze, Stephen nie ma na czym usiąść.
- Bo nie ma gdzie posadzić tyłka, gamoniu. Przynieś chippendale'a. Chciałbyś coś przekąsić? Tylko bez tych twoich pretensjonalnych komeraży, do cholery. Śledzia smażonego w tłustym plastrze boczku? Na pewno? To tym lepiej. Bo w domu nie ma nic, tylko tabletki przeciwbólowe na kręgosłup.
All'erta!
Stryj monotonnie gwiżdże kilka taktów aria di sortita Ferranda. To najwpanialszy numer z tej całej opery, Stephenie. Posłuchaj.
I jego melodyjny gwizd rozbrzmiewa znowu, pięknie wycieniowany, słychać pęd powietrza, mocnopięściamibije w opatulone kolana.
Ten wiatr jest przyjemniejszy.
Domy chylące się ku upadkowi, mój, jego i w ogóle. Ziemianom z Clongowes mówiłeś, że masz jednego wuja, który jest sędzią, i drugiego, generała. Porzuć ich, Stephenie. Tam nie ma piękna. Ani w spokojnej zatoce biblioteki Marsha, gdzie czytałeś blaknące coraz bardziej proroctwa ojca Joachima. Dla kogo? Dla stugłowej hołoty na katedralnym dziedzińcu. Wróg swojego gatunku, uciekł od nich w las obłędu, grzywa jego włosów pieniła się w świetle księżyca, gałki oczne jak gwiazdy. Koniochrapy Houyhnhnmów. Pociągłe końskie oblicza, Temple, Goguś Mulligan, Campbell zwany Chytruskiem. I Łyskającą Szczeną. Ojciec Abbas i srogi dziekan, jakiż to kamień obrazy rozpłomienił ich umysły? Paff! Descende, calve, ut ne nimium decalveris. Girlanda siwizny na jego zagrożonej anatemą głowie, patrzcie, jak on, jak ja gramolę się na pierwszy stopień ołtarza (descende), bazyliszkooki, ściskając monstrancję. Złaź stamtąd, łysa pało! Prezbiterium odpowiada groźbą i echem, służba liturgiczna pomaga przy rogach ołtarza, księża będący księżmi tylko z nazwy krzątają się krzepko w swoich albach, wytonsurowani, namaszczeni olejkami i wykastrowani, tłuści tłustością najczystszej pszenicy.
I w tej samej chwili monstrancję podnosi może ksiądz za rogiem ulicy. Dzyńdzyń! A inny dwie ulice dalej zamyka ją w cyborium. Dzyniadzyń! A w kaplicy mariackiej jeszcze inny sam bierze hostię do buzi. Dzyńdzyń! W dół, w górę, naprzód, w tył. Zastanawiał się nad tym Dan Ockham, doctor invincibilis. Chochlik hipostazy cieszył jego umysł o mglistym angielskim poranku. Sprowadzając hostię coraz niżej i klękając, usłyszał splatający się z drugim dzwonkiem dźwięk pierwszego w nawie poprzecznej (podnosi swoją), a wstając, usłyszał (teraz ja podnoszę swoją) ich dwa dzwonki (klęka) dźwięczące dyftongiem.
Kuzynie Stephenie, nigdy nie zostaniesz świętym. Wyspa świętych. Byłeś strasznie świątobliwy, prawda? Modliłeś się do Najświętszej Marii Panny, żeby nie mieć czerwonego nochala. Modliłeś się do diabła na Serpentine Avenue, żeby ta pękata wdowa przed tobą zadarła suknię jeszcze trochę wyżej znad mokrego chodnika. O si, certo! Sprzedaj za to duszę, opinające baby farbowane łachy. Więcej mi mów, jeszcze więcej! Samotny na górnym pokładzie tramwaju do Howth krzyczałeś w deszcz: "Nagie kobiety!". I co ty na to, co?
Co ja na co? A niby po co je wymyślono poza tym?
Każdego wieczoru czytałeś po dwie strony z siedmiu różnych książek, co? Młody byłem. Kłaniałeś się w lustrze sam sobie, z przejęciem podchodząc bliżej w rytm owacji, frapujące oblicze. Wiwat przeklęty idiota! Wwt! Nikt nie widział; nikomu nie mów. Książki, które planowałeś napisać, a których tytułami miały być litery alfabetu. Czytałeś jego K? I owszem, chociaż R też jest dobre. No, ale W to cudo. O tak, W. Pamiętasz swoje epifanie na zaokrąglonych zielonych kartkach, głęboko głębokie, których kopie miały zostać rozesłane po twojej śmierci do wszystkich największych bibliotek świata, w tym do Aleksandryjskiej? Ktoś miał je tam przeczytać po kilku tysiącach lat, po mahamanwantarze. Byłeś podobny do Pica della Mirandoli. Bardzo podobny do wieloryba. Kiedy człowiek czyta te obce stronice napisane przez dawno zmarłego autora, to czuje, że jednak jest jednością z jednym takim, co jednego razu...
Sypki piasek zniknął spod nóg Stephena. Znów deptał po mokrej, chrzęszczącej bukwi plaży, po muszlach nożeńców, skrzypiących kamykach, po fali bijącej o piaski, której głuchy ryk nie może tutaj sięgnąć, po deskach podziurawionych jak sito przez świdraki, zaginiona Armada. Ohydne piaszczyste równiny odpływowe, czekające, aby wessać w siebie podeszwy jego butów, tchnęły w górę rynsztokowym oddechem, gniazdo wodorostów żarzących się w fosforescencji morza pod śmietniskiem ludzkich popiołów. Obszedł je ostrożnie. Z kleistego piaskowego ciasta wystawała zanurzona w nim do połowy butelka po porterze. Strażniczka; wyspa straszliwego pragnienia. Połamane obręcze na brzegu; na suchym lądzie labirynt ciemnych, chytrych sieci; dalej zabazgrane kredą tylne drzwi domów, a na leżącej jeszcze wyżej plaży sznur do bielizny z dwiema ukrzyżowanymi koszulami. Ringsend; chatynki ogorzałych sterników i zawołanych żeglarzy. Muszle ludzi.
Przystanął. Minąłem już drogę do domu cioci Sary. Nie iść tam? Chyba nie. Ani żywej duszy. Zwrócił się na północny wschód i ruszył po twardszym piasku w stronę starego fortu zwanego Pigeonhouse, rzeczywiście przypominającego gołębnik.
- Qui vous a mis dans cette fichue position?
- C'est le pigeon, Joseph.
Patrice, w domu na urlopie z woja, chłeptał ze mną gorące mleko w barze MacMahona. Syn wiatru w polu, znaczy uchodźcy, Kevina Egana z Paryża. Mój ojciec jest jak wiatr, jak dzika gęś, jak ptak, chłeptał słodkie lait chaud świeżym różowym językiem, mordka niczym u tłuściutkiego króliczka. Chlap, lapin. Chce wygrać gros lots na loterii. O naturze kobiet czytał u Micheleta. Ale musi mi przesłać La Vie de Jesus monsieura Léona Taxila. Pożyczył je znajomemu.
- C'est tordant, vous savez. Moi je suis socialiste. Je ne crois pas en l'existence de Dieu. Faut pas le dire a mon p?re.
- Il croit?
- Mon p?re, oui.
- Schluss.
Chłepcze.
Mój kapelusz z Dzielnicy Łacińskiej. Boże, po prostu musimy dać kostium tej postaci. Chcę ciemnoczerwone rękawiczki. Byłeś studentem, nie? Czego, po dwakroć do diaska? Peceenu. Rozumiesz, P.C.N.: physiques, chimiques et naturelles. Aha. Żywisz się mou en civet za grosze jak Izraelici mięsem w Egipcie, czkający dorożkarze poszturchują cię łokciami. Po prostu mów możliwie najzwyklejszym tonem: kiedy byłem w Paryżu, na boul' Mich', to zwykle. Tak, zwykle nosiłeś przy sobie przedziurkowane bilety, żeby mieć alibi, gdyby cię aresztowano za morderstwo. Sprawiedliwość. Wieczorem 17 lutego 1904 roku więźnia widziało dwóch świadków. To ten drugi to zrobił; drugi ja. Kapelusz, krawat, palto, nos. Lui, c'est moi. Wygląda na to, że dobrze się bawiłeś.
Chodzisz dumnym krokiem. Kogo chciałeś w ten sposób naśladować? Zapomnij; wysiedleniec. Z przekazem pieniężnym od matki, osiem szylingów, woźny zatrzasnął ci drzwi poczty bum przed nosem. Głód, ból zęba. Encore deux minutes. Zobacz godzina. Muszę zrealizować. Fermé. Najemny pies! Rozerwać go na krwawe strzępy strzałem bumbum z dubeltówki, rozbryzgi ludzkich szczątków na ścianach i tylko mosiężne guziki. Wszystkie szczątki prrrlask na miejsce plask z powrotem. Nic panu nie stało? O, nie ma o czym mówić. Podajmy sobie ręce. Rozumie pan, o co mi chodziło, tak? O, nie ma o czym mówić. Podajmy, ręce podajmy. O, nie ma tylko o czym mówić.
Chciałeś czynić cuda, jakie? Misjonarz w Europie, następca ognistego Kolumbana. Fiakriusz i Duns Szkot na trójnożnych stołkach pokutnych, chlapią z kufli, się śmieją łacinogłośno: Euge! Euge! Udawałeś, że mówisz łamaną angielszczyzną, taszczyłeś walizę, bo tragarz trzy pensy, po śliskim molo w Newhaven. Comment? Trofea przywiozłeś bogate; "Le Tutu", pięć wyświechtanych numerów "Pantalon Blanc et Culotte Rouge", francuski niebieski telegram, kuriozalny, jak by komuś pokazać:
- Natka umiera wracaj do domu ojciec.
Ciotka Mulligana myśli, że zabiłeś swoją matkę. Dlatego nie chce.
No to zdrowie ciotki Mulligana
i powiem wam dlaczego.
Bo zawsze dbała o przyzwoitość
Hanniganów z osobna i każdego.
Nogi Stephena zaczęły maszerować nagle w dumnym rytmie nad piaskowymi bruzdami, poniżej głazów południowego wału. Wpatrywał się w nie z dumą, stos kamiennych mamucich czaszek. Złociste słońce na morzu, piasku, głazach. Jest słońce, są smukłe drzewa, cytrynowe domy.
Paryż budzi się bezceremonialnie, brutalne światło słońca na jego cytrynowych ulicach. Wilgotna moc miękiszu pieczywa, żabiozielony absynt, poranne kadzidło paryskie zalotnie unosi się w powietrzu. Belluomo, przystojniak, wstaje z łóżka żony kochanka swojej żony, gospodyni w chustce na głowie trzyma w rękach spodeczek z esencją octową. Yvonne i Madeleine u Rodota odświeżają sobie zmierzwioną urodę, miażdżąc złotymi zębami chaussons z ciasta francuskiego, ich usta żółte od pus wypływającego z flan breton. Nieopodal przemykają twarze paryskich mężczyzn, wielce zadowolonych zadowalaczy-bokobrodaczy, kędzierzawych konkwistadorów-bawidamków.
Południe drzemie. Kevin Egan skręca papierosy z prochu strzelniczego palcami poplamionymi farbą drukarską, popija zieloną wróżkę, a Patrice białą. Wokół nas obżartuchy wpychają sobie do gardeł widelcami fasolkę na ostro. Un demi setier! Strumień kawowej pary z kotła wypolerowanego ekspresu. Kelnerka obsługuje mnie na jego skinienie. Il est irlandais. Hollandais? Non fromage. Deux irlandais, nous, Irlande, vous savez? Ah oui! Myślała, że chciałeś ser hollandais. Poposiłkowy, słyszała pani takie określenie? Poposiłkowy. Znałem kiedyś jednego faceta w Barcelonie, dziwny gość, mówił, że to jego poposiłkowy alkohol. No to slainte, na zdrowie! Wokół kamiennych blatów plątanina pachnących winem oddechów i gardłowych pomruków. Jego tchnienie wisi nad naszymi sososplamionymi talerzami, kieł zielonej wróżki wystaje mu spomiędzy warg. O Irlandii, o plemieniu Dalkassianów, o nadziejach, o spiskach, a teraz o Arthurze Grifficie, o AE, o Poimandresie, o dobrym pasterzu ludzkości. Ujarzmić mnie jako towarzysza w jego jarzmie, nasze występki naszą wspólną sprawą. Skóra zdarta z ojca. Znam ten głos. Barchanowa, krwistokwiecista koszula, jaką noszą matadorzy, potrząsa pomponikami, gdy słyszy jego sekrety. Monsieur Drumont, ten sławny dziennikarz, Drumont, wiesz, jak nazwał królową Wiktorię? Starą wiedźmą o pożółkłych zębach. Vieille ogresse z dents jaunes. Maud Gonne, piękna kobieta, "La Patrie", monsieur Millevoye, Félix Faure, wiesz, na co on umarł? Lubieżnicy. Froeken, bonne a tout faire, zawsze panna, która masuje męską nagość w upsalskiej łaźni. Moi faire, powiedziała. Tous les messieurs. Nie tego monsieura, odparłem. Wyjątkowo lubieżny obyczaj. Kąpiel najintymniejsza czynność. Nie pozwoliłbym swojemu bratu, nawet rodzonemu, wyjątkowo lubieżna czynność. Zielone oczy, widzę was. Kieł czuję. Lubieżnicy.
Błękitny lont pali się w dłoniach śmiercionośnie i jasno. Luźne ścinki tytoniu zajmują się ogniem; płomyk i gryzący dym rozświetlają nasz kąt. Wystające kości policzkowe pod czapką protestanckiego bojówkarza, który o brzasku napada katolickich chłopów. Jak uciekł naczelnik fenianowców, wersja prawdziwa. Przebrał się za pannę młodą, człowieku, welon, kwiaty pomarańczy, i odjechał drogą do Malahide. A jak, słowo daję. O straconych przywódcach, zdradzonych, szalonych ucieczkach. Przebrania, próbowali capnąć, uciekł, nie ma go.
Wzgardzony kochanek. Byłem wtedy przystojnym młodzieniaszkiem, powiadam ci, pewnego dnia pokażę ci swój portret. Tak wyglądałem, słowo. Kochanka, dla jej miłości grasował z pułkownikiem Richardem Burkiem, zastępcą naczelnika swojego klanu pod murami Clerkenwell, i usiadłszy w kucki, ujrzał, jak impet płomienia pomsty wyrzuca ich wysoko we mgle. Rozbite szyby i walące się mury. W wesołym Pari się ukrywa, Egan z Paryża, i nie szuka go nikt, tylko ja. Obchodzi stacje swojej drogi krzyżowej, brudna kaszta drukarska, trzy knajpy, nora na Montmartrze, gdzie krótko sypia nocami, rue de la Goutte-d'Or, zdobiona jak adamaszek obsiadłymi przez muchy twarzami tych, których już nie ma. Nie ma miłości, nie ma ojczyzny, nie ma żony. Milutko, wygodniutko mieszka sobie bez swojego banity, madame, na rue Gît-le-Coeur, kanarek i dwaj sublokatorzy, jurni dandysi. Brzoskwiniowa cera, pasiasta spódnica, kokieteryjna jak u młodej dziewczyny. Wzgardzony i nie rozpacza. Powiedz Patowi, że mnie widziałeś, dobrze? Kiedyś chciałem załatwić biednemu Patowi robotę. Mon fils, żołnierzowi Francji. Nauczyłem go śpiewać. Chłopcy z Kilkenny to dzielne, krzepkie zabijaki. Znasz tę starą pieśń? Nauczyłem jej Patrice'a. Kochane Kilkenny: święty Kanizjusz, zamek Strongbowa nad rzeką Nore. Idzie to tak. O, o. Bierze mnie, jest jak Napper Tandy, za rękę.
O, o chłopcy
z Kilkenny...
Słaba, więdnąca dłoń na mojej dłoni. To oni zapomnieli Kevina Egana, a nie on ich. Wspominamy ciebie, o Syjonie.
Szedł teraz bliżej brzegu i jego buty chlastał mokry piasek. Powitało Stephena świeże powietrze, grając na jego rozdygotanych nerwach jak na harfie, powiew rozdygotanego powietrza pełnego nasionek jasności. Oho, chyba nie idę w stronę tego latarniowca, co cumuje przy ławicy Kish? Zatrzymał się nagle, jego nogi zaczęły się z wolna pogrążać w lotnej ziemi. Zawróć.
Odwracając się, przepatrywał południowy brzeg, a nogi znowu powoli zapadały mu się w nowe wgłębienia. Zimny kopulasty pokój w wieży czeka. Przez otwory strzelnicze wiecznie suną strzały światła, wiecznie powoli, tak jak zapadają się moje nogi, i pełzną w stronę zmierzchu po zegarowej tarczy posadzki. Błękitny zmierzch, nadchodzi noc, ciemnobłękitna. Czekają w ciemności pod kopułą, ich odsunięte krzesła, moja walizka jak obelisk, przy stole, na którym porzucone nakrycia. Kto uprzątnie? Ma klucz. Nie będę tam dziś nocował. Zamknięte drzwi milczącej wieży jak grób kryjący ich niewidome ciała, sahiba od pantery i jego psa myśliwskiego. Wołanie; bez odpowiedzi. Stephen wyciągnął nogi z grzęzawiska i zawrócił pod kamiennym falochronem. Weźcie wszystko, zatrzymajcie wszystko. Moja dusza kroczy przy mnie, forma form. Tak samo przechadzam się ścieżką nad skałami w czas księżycowej warty, czarną, posrebrzaną, nasłuchując kuszących fal przypływu wokół Elsynoru.
Ścigają mnie. Mogę stąd obserwować, jak przelewają się mimo. No to wróć drogą do Poolbegu na tamtejsze nadbrzeże. Wspiął się po kępach turzycy i węgorzowatych brunatnicach i usiadł na kamiennym stolcu, wsparłszy jesionową laskę w skalnej rysie.
Na łodygach morszczynu leżały bezceremonialnie rozwalone wzdęte zwłoki psa. Przed Stephenem okrężnica łodzi zapadniętej w piasek. Un coche ensablé, tak Louis Veuillot określił prozę Gautiera. Te ciężkie piaski to język, który naniosły tutaj pływy i wiatr. A tam kamienne usypiska martwych budowniczych, norki szczurów wodnych. Ukryj w nich złoto. Spróbuj. Masz trochę. Piaski i kamienie. Przeszłością ciężki. Zabawki pana Louta, wielkoluda. Uważaj, żebyś nie dostał jednym bum w ucho. Jam jest gigant, do cholery, co turla wszystkie te głazy, do cholery, przejdę przez morze po kościach jak po kamieniach. Hihoha. Wiehtrzę khrew Ihrlandczyka.
Punkcik, żywy pies, urósł w oczach, biegnąc przez piaszczystą łachę. Boże, rzuci się na mnie? Szanuj jego wolność. Nie będziesz niczyim panem ani niewolnikiem. Mam laskę. Nie ruszaj się. Tam dalej idą, ku brzegowi przez grzebienie fal, osoby dwie. Dwie Marie. Ukryły go bezpiecznie w sitowiu. A kuku. Mam cię, baba Jaga strzela z łuku. Nie, to tylko pies. Biegnie z powrotem do nich. Kogo?
W poszukiwaniu łupu lądowały na tej plaży langskipy Lochlannów, "mieszkańców jezior", ich krwawodziobe łodzie sunęły nisko na falach koloru roztopionej cyny. Duńscy wikingowie, na piersiach błyszczały im splecione ostrza ozdobnych toporów, a król Malachi nosił naszyjnik ze złota. Stado tęgoskórych wielorybów wyrzuconych na brzeg w upalne południe, tryskają wodą, kołyszą się na płyciźnie. Potem z głodującej klatki miasta horda odzianych w kaftany karłów, mój lud, z nożami rzeźniczymi biegną, obdzierają ze skóry, ćwiartują zielonkawe, pulchne, tłuste jak tran wielorybie mięso. Głód, zaraza i rzezie. Płynie we mnie ich krew, ich żądze to moje morze. Krążyłem między nimi po zamarzniętej Liffey, tamten ja, odmieniec, w trzasku żywicznych ognisk. Nie zagadywałem do nikogo; nikt nie odzywał się do mnie.
Dobiegło go szczekanie psa, zatrzymało się, odbiegło. Pies mojej nieprzyjaciółki. Ja tylko stałem pobladły, milczący, osaczony, obszczekiwany. Terribilia meditans. Pierwiosnkowy kaftan, łotr Fortuny, uśmiechnął się, widząc mój strach. Za tym tęsknisz, za ich szczekliwym aplauzem? Pretendenci, oszuści; żyją swoim życiem. Brat Roberta Bruce'a, Thomas Fitzgerald, zwany "jedwabnym rycerzem", Perkin Warbeck, rzekomy potomek księcia Yorku, nosił jedwabne portki barwy białoróżowej kości słoniowej i cieszył się jednodniową sławą, oraz Lambert Simnel, za którym ciągnęły pokojówki i markietanki, koronowany podkuchenny. Wszyscy synami królów. Wtedy i dziś raj dla pretendentów i oszustów. Mulligan ratował tonących, a ty się trzęsiesz na ujadanie byle kundla. Ale dworacy, którzy szydzili z Gwidona w Or San Michele, byli u siebie w domu. W domu... Nie chcemy twojego średniowiecznego mętniactwa. Zachowałbyś się jak on? W pobliżu byłaby jakaś łódź, koło ratunkowe. Natürlich, ktoś by ci je podsunął. Zachowałbyś się czy nie? Ten człowiek, który utonął dziewięć dni temu koło Maiden's Rock. Czekają teraz na niego. Prawda, wykrztuś ją z siebie. Chciałbym się tak zachować. Spróbowałbym. Nie pływam zbyt dobrze. Woda zimna miła w dotyku. Moczyłem w niej twarz w miednicy w Clongowes. Nic nie widzę! Kto za mną stoi? Wynurz ją szybko, szybko! Widzisz nadchodzący szybko ze wszystkich stron przypływ, szybko zalewający niskie piaski koloru kakaoowocu? Gdybym miał ziemię pod stopami. Chcę, żeby jego życie wciąż było jego życiem, a moje moim. Tonący człowiek. Ludzkie oczy krzyczą do mnie przeraźliwie z otchłani strachu przed śmiercią. Ja... Na dno razem z nim... Nie mogłem jej uratować. Wody goryczy; śmierć w męczarniach; zgubiona.
Kobieta i mężczyzna. Widzę jej spódniczki. Zakład, że podkasane.
Ich pies kłusował na kurczącej się ławicy piasku, truchtał, węszył wszędzie. Szukał czegoś, co stracił w poprzednim wcieleniu. Niespodziewanie czmychnął, sadząc susami jak zając, uszy powiewały mu w pędzie, gonił cień przelatującej niziuteńko mewy. Przeraźliwe gwizdnięcie mężczyzny wpadło mu w obwisłe uszy. Zawrócił, rzucił się z powrotem, był coraz bliżej, biegł truchtem, jego łapy migotały. Płowy koziołek w biegu na pomarańczowym polu, bezrogi. Przy koronkowym rąbku fali przystanął, prostując przednie nogi i nastawiając uszu w stronę morza. Uniósł pysk, zaszczekał, słysząc faloszum, widząc stada morsów. Fale wpełzały mu pod nogi jak węże, wijąc się, rozwijając swoje mnogie grzebienie, co dziewiąta się rozbija, pluszczą z daleka, z jeszcze większej dali, ciągle fale i fale.
Zbieracze małży. Wchodzili na płyciznę przy brzegu, pochylali się, zanurzali saki, podnosili je i wychodzili z wody. Pies ujadał, biegnąc ku nim, stawał na tylnych łapach i skakał mężczyźnie i kobiecie na piersi, opadał na cztery łapy, po czym znowu rzucał się na nich, łasząc się jak niedźwiedź, niemo. Zlekceważony, trzymał się właścicieli, gdy zbliżali się do suchszych piasków, z pyska zwieszał mu się przypominający gałganek i dyszący czerwienią wilczy ozór. Łaciaty, kłusował przed nimi, a potem puścił się cielęcym galopem. Na jego drodze leżała padlina. Zatrzymał się, pociągnął nosem, zaczął się skradać wokoło, brat, węszył coraz bliżej, obszedł truchło dookoła, już teraz raptownie obwąchując jak pies poszarpaną psią sierść martwego psa. Psiłeb, psiniuch, ślepia w ziemię, zmierza do jednego wielkiego celu. Ach, pysk biednego bezdomnego psa. Tutaj spoczywa biedny bezdomny psitruposz.
- Strzępek! Zostaw to, ty kundlu.
Wołanie sprowadziło go przypłaszczonego do pana, a bezceremonialny kopniak nieobutej nogi posłał Strzępka bez szwanku przez mierzeję, skulonego w ucieczce. Zawrócił chyłkiem po łuku. Nie widzi mnie. Dalej na skraju falochronu dreptał nonszalancko, pokręcił się w kółko, obwąchał i obsikał jakiś kamień, podniósłszy tylną łapę. Pobiegł dalej i ponownie podnosząc tylną łapę, siknął szybko i krótko na kamień nieobwąchany. Proste przyjemności nędzarzy. Jego tylne łapy zaczęły rozrzucać piasek; potem przednie dłubały w nim i kopały. Pogrzebał tam coś, swoją babcię. Rył w piasku, dłubał, kopał i zamarł, by posłuchać wiatru, po czym znów jął z furią rozdrapywać pazurami piach, przestał zaraz, leopard, pantera, zwierzę zrodzone z cudzołożnej krzyżówki, rozszarpujące trupy niczym sęp.
Kiedy Haines obudził mnie wczoraj w nocy, czy to przypadkiem nie był ten sam sen? Czekaj. Otwarty korytarz. Ulica ladacznic. Przypomnij sobie. Harun-al-Raszyd. Już prawiem. Prowadził mnie jakiś facet, mówił coś. Nie bałem się. Miał melon i podsunął mi go pod nos. Uśmiechnął się; śmietankowo-owocowy zapach. Powiedział, że taki jest zwyczaj. Do środka. Wejdź. Rozłożony czerwony kobierzec. Zobaczysz kto.
Wlekli się z tobołami na plecach, czerwonoskórzy Egipcjanie: Cyganie. Zsiniałe stopy mężczyzny wystające spod podwiniętych nogawek chlastały o zimny i wilgotny piasek, dusił go matowy ceglasty szalik na nieogolonej szyi. Ona szła kobiecym krokiem za nim; bandzior i jego wędrująca maniura. Łupy niosła na grzbiecie. Jej bose stopy oblepiała skorupka ziaren piasku i muszlookruchów. Wokół wiatroogorzałej twarzy powiewały włosy. Pomocnica za swoim panem, hulają do Romogrodu, zwanego inaczej Londynem. Gdy noc maskuje jej defekty fizyczne, otulona brązowym szalem wabi klientów w podcieniach, gdzie załatwiają się psy. Jej kochaś i alfons podejmuje dwóch królewskich fizylierów dublińskich u O'Loughlina na Blackpitts. Cmoknij ją, obłapiaj do blatnej muzyki grypsery, żeby Och, moja fajna słodka dziewko. Białość diablicy pod śmierdzącymi łachami. Tamtej nocy na Fumbally's Lane; odór garbarni.
Witki białe, szamka róż,
rzecha z ciebie smakowita,
więc się ze mną kimać złóż,
nocą pieść mnie i dotykaj.
Brzuchaty Akwinata, frate porcospino, nazywa to ponurą uciechą. Adam spółkował jeszcze przed upadkiem, ale nie lubieżnie. Niech sobie ryczy, a co tam: "rzecha z ciebie smakowita". Język ani trochę nie gorszy niż jego. Mnichosłowa, mariopaciorki różańca szwargoczą im na biodrach, a hultajskie słowa w kieszeniach, bo twarde grudki postukują w nich, jakby gadały gwarą.
Właśnie mnie mijają.
Kątem oka na mój hamletowski kapelusz. A gdyby nagle się okazało, że jestem nagi? Nie jestem. Przez piaski całego świata, ścigana ognistym mieczem słońca, na zachód, wędruje do krain wieczoru. Włóczy, taska, wlecze, taszczy, targa swoje brzemię. Księżyc ciągnie przypływ na zachód, jej śladem. W niej fale nieprzeliczonych wysp, krew nie moja, oinopa ponton, winnociemne morze. Spójrz na służebnicę Księżyca. Mokry sygnał we śnie wyznacza jej godzinę, każe wstać. Łoże ślubne, łoże porodowe, łoże śmierci, upiorne świece wokoło. Omnis caro ad te veniet. Nadciąga zmiennokształtny blady wampir, przebija wzrokiem burzę, żagle jego łodzi jak skrzydła nietoperza krwawo barwią wodę, usta odpowiadają na pocałunek jej ust.
Tak jest. Wykorzystasz gościa później, nie? Muszę to sobie zapisać. Usta odpowiadają na pocałunek. Nie. Musi być para ust. Złącz je mocno. Usta odpowiadają na pocałunek jej ust.
Wargi Stephena wartko ucałowały i wchłonęły bezcielesne wargi powietrza; usta odpowiadają na pocałunek jej uona. Uono, wszechogarniające jak grób. Jego usta ukształtowały wydobywające się z nich tchnienie, bezgłośnie; uuiiaa; kataraktowy huk spadających planet, kulistych jak gałka oczna, płonących, huczących dalekodalekodalekodalekodalekodal. Papier. To banknoty, niech je szlag trafi. List tego cholernego Deasy'ego. Właśnie. Z podziękowaniem za gościnność, oderwij ten niezapisany kawałek. Odwrócił się tyłem do słońca, pochylił głęboko nad skalnym stołem i skreślił kilka słów. Już drugi raz zapomniałem zabrać fiszki ze stołu w bibliotece.
Jego cień położył się na skałach, gdy garbiąc się, kończył. Dlaczego nie nieskończony aż po najdalszą z gwiazd? Ciemne są tam dalej za tym światłem, światłość w ciemności, gwiazda delta w Kasjopei, światy. Moje ja siedzi tam w pożyczonych sandałach ze swoją laską augura, za dnia, nad sinym morzem, niepostrzeżone, a wędruje fioletową nocą, gdy królują nad nim dzikie gwiazdy. Odrzucam precz od siebie ten skończony cień, nieunikniony ludzki kształt, i przywołuję z powrotem. Nieskończona, czy byłaby moja, forma mojej formy? Kto mnie tu obserwuje? Czy ktoś kiedyś gdzieś przeczyta napisane tu słowa? Znaki na białym polu. Gdzieś komuś swoim najbardziej melodyjnym głosem. Zacny biskup Cloyne wyciągnął zasłonę świątyni z anglikańskiego kapelusza; zasłona przestrzeni z wyszrafirowanymi na jej polu barwnymi emblematami. Czekaj no. Barwnymi na płaszczyźnie; tak, właśnie. Widzę płaskie powierzchnie, potem myślę odległość, blisko, daleko, widzę płaskie powierzchnie, wschód, z powrotem. Ach, spójrz teraz. Cofa się nagle, nieruchoma jak w stereoskopie. Pstryk i gotowy trik. Moje słowa wydają się wam ciemne. A nie sądzicie, że ciemność jest w naszych duszach? Melodyjniej. Nasze dusze, hańboporanione grzechami, przywierają do nas jeszcze mocniej, jak kobieta do kochanka, coraz mocniej i mocniej.
Ufa mi, jej dłoń łagodna, długorzęse oczy. I dokąd, do ciężkiej cholery, przenoszę ją za tę zasłonę? W nieuniknioną modalność nieuniknionej widzialności. Ona, ona, ona. Jaka ona? Poniedziałek, dziewica przed wystawą księgarni Hodgesa i Figgisa szuka którejś z tych twoich alfabetycznych książek, które miałeś pisać. Posłałeś jej przenikliwe spojrzenie. Przegub w plecionym uchwycie parasolki. Mieszka w Leeson Park ze swoim smutkiem i bibelotami, pisarka. Nie mydl mi uszu, Stevie; to dziwka. Założę się, że nosi takie napiętnowane boską klątwą fiszbinowe gorsety z podwiązkami i żółte pończochy, zacerowane puchatą wełną. Powiedz piuttosto, czy ładną parę jabłek dostała od Ewy. Gdzieś ty podział rozum?
Dotknij mnie. Łagodne spojrzenie. Łagodna, łagodna, łagodna dłoń. Jestem tu samotny. Och, dotknij mnie zaraz, teraz. Jak brzmi to słowo znane wszystkim ludziom? Jestem ciałkiem samotnym cicho tu całkiem. I smutnym. Dotknij mnie, dotknij.
Wyciągnął się na ostrych skałach jak długi, wepchnął notatkę i ołówek do kieszeni, zsunął kapelusz na oczy. Zrobiłem taki ruch głową jak Kevin Egan szykujący się do drzemki, szabatowego snu. Et vidit Deus. Et erant valde bona. Alo! Bonjour, miło cię widzieć niczym kwiaty w maju. Przez pawiomigotliwe rzęsy obserwował spod listowia dochodzące do zenitu słońce. Jestem uwięziony w tej palącej wizji. Godzina Pana, popołudnie fauna. Pośród ciężkich od soku wężownic, mlekodajnych owoców, gdzie na brązowych wodach spoczywają szeroko rozrzucone liście. Ból jest daleko.
Nie myśl o smutkach, odrzuć lęk.
Pośród sekretów serca złóż...
Jego pełne smutku spojrzenie spoczęło na szerokonosych butach, których pozbył się goguś, nebeneinander. Policzył fałdy pomarszczonej skóry, przytulnie kryjącej kiedyś ciepło i cudzą stopę. Stopę, wybijającą o ziemię rytm tripudium, stopę, której nie kocham. Byłeś jednak zachwycony, kiedy wszedł ci na nogę pantofel Esther Osvalt; znałem taką dziewczynę w Paryżu. Tiens, quel petit pied! Niezłomny przyjaciel, bratnia dusza; Wilde'owska miłość, która nie śmie wymówić swojego imienia. Ramię Mulligana; ramię Cranly'ego. Teraz mnie opuści. A kto poniesie winę? Jestem taki. Jaki jestem. Wszystko albo nic zgoła.
Wezbrana woda wypływała długimi pętlami z Cock Lake i jego kutasa, wypełniając zielonozłociste piaskowe laguny, wznosząc się, rozlewając. Zabierze moją laskę. Zaczekam. Nie, posuną się dalej, miną niskie skały, ocierając się o nie, wirując, płynąc. Lepiej uporać się z tą misją jak najszybciej. Słuchaj: czwórsłowna mowa fal: siisuu, hrss, rssiiis, uuus. Gwałtowne tchnienie wody pośród morskich węży, stających dęba koników morskich, skał. Chlupie w skalnych czaszach: plusk, chlup, chlap; zamknięta w beczkach. Męczy się tam, jej mowa w nich ustaje. Płynie szemrząc, szeroko płynie, pienisty, płynący staw, rozwija się niby kwiat.
Spostrzegł, jak pod przybierającymi falami wężowe wodorosty unoszą się ospale i niechętnie kołyszą ramionami, podnosząc swoje kiecki, w rozszeptanych wodach się kołyszą i odwracają do góry nogami nieśmiałe srebrzyste liście. Dzień po dniu; noc po nocy; unosi je, zalewa i ciągnie na dno. Boże, jakie są zmęczone; a kiedy się do nich szepcze, to wzdychają. Takie rzeczy słyszał święty Ambroży, westchnienia liści i fal, oczekujących pełni swego wzrostu, diebus ac noctibus iniurias patiens ingemiscit. Nagromadzone bez celu; potem oswobodzone na próżno, przed się płynące, powracają; krosna Księżyca. Także zmęczonego w oczach kochanków i lubieżników niczym naga kobieta, co świeci na swoim dworze i mozolnie wlecze ciężar wód.
Morskie fale. Ojca morskie tulą fale. Powiedział o pierwszej. Znaleziono topielca. Wysoka woda na dublińskiej łasze. Niesie przed sobą kamyki i okruchy skał, wachlarze rybich ławic, śmieszne muszelki. Podwodny prąd wynosi zbielałego od soli trupa, który podskakuje na falach ku brzegowi, po troszeczku, po troszeczku jak morświn. Jest. Zahacz szybko bosakiem. Choć pochłonęły go głębiny mórz. Mamy go. Tylko ostrożnie.
Wór trupogazów zamarynowany w ohydnej solance. Roztrzepotane rybki, utuczone gąbczastym smakołykiem, śmigają przez szpary pozapinanego na guziki rozporka. Bóg staje się człowiekiem, rybą, berniklą, piernatową górą. Ja, żywy, oddycham martwym tchnieniem, chodzę po martwym piasku, pożeram moczowe podroby wszystkich umarłych. Sztywniak wciągnięty przez burtę wypuszcza w górę smród swojego zielonego grobu, z trędowatej jamy nosowej wydobywa się ku słońcu chrapanie.
Oto oceanu dziwna siła, oczy z kasztanowych w słononiebieskie. Morska śmierć, najlżejsza ze wszystkich znanych człowiekowi. Dobry Ojciec Ocean. Prix de Paris: prosimy uważać na podróbki. Niech państwo osądzą uczciwie. Znakomicie się bawiliśmy.
Chodź. Chce mi się pić. Chmurzy się. Ale czarnych chmur nigdzie, co? Burza. Spada wszechjasny, dumna błyskawica rozumu, Lucifer, dico, qui nescit occasum. Nie. Mój płaszcz pielgrzymi, kij, sandały, twójże to jest strój? Dokąd? Do krain wieczoru. Wieczór znajdzie sam siebie.
Ujął rączkę jesionowej laski, łagodnie nią wymachiwał, wciąż się ociągając. Tak, wieczór znajdzie sam siebie we mnie, beze mnie. Każdy dzień kiedyś się kończy. Nawiasem mówiąc, następny kiedy jest? Wtorek będzie najdłuższy. Z całego wesołego nowego roku, mamo, szabadabada. Tennyson Ziemny, dżentelmeński poeta. Gia. Dla tej starej wiedźmy o pożółkłych zębach. I monsieur Drumont, dżentelmeński dziennikarz. Gia. Mam strasznie popsute zęby. Zastanawiam się dlaczego? Dotknij. Ten też już jest stracony. Muszle. Czy nie powinienem pójść za te pieniądze do dentysty? Kindż, bezzębny nadczłowiek. Zastanawiam się, dlaczego tak jest; a może to coś znaczy?
Moja chusteczka. Odrzucił ją. Pamiętam. Czyżbym jej nie podniósł?
Dłoń Stephena bezskutecznie przeszukiwała kieszenie. Nie, nie podniosłem. Trzeba by kupić.
Starannie odłożył na skalną półkę suchego gila, którego wydłubał z nosa. Reszty niech szuka, kto chce.
Za mną. Może ktoś jest.
Odwrócił się przez ramię, rere regardant. W dali niczym trzy krzyże sunęły trzy wysokie maszty szkunera, żagle zwinięte na poprzeczkach rej, do domu, pod prąd, milcząco sunął milczący statek.
Mąż i ojciec Leopold Bloom z lubością spożywał wnętrzności ssaków i ptaków. Lubił gęstą zupę na dróbkach, żołądki drobiowe w smaku nieco przypominające orzechy, nadziewane i pieczone serca, plastry wątróbki smażone w tartej bułce i smażoną ikrę dorszową. Jego ulubionym daniem były jednak pieczone na ruszcie baranie cynaderki, po których na podniebieniu pozostawał delikatny posmak leciutkiego aromatu moczu.
Myślał o cynadrach, krzątając się cicho w kuchni i porządkując na garbatej tacy wszystko, co potrzebne żonie na śniadanie. Kuchnię wypełniały lodowate światło i zimno, na zewnątrz był jednak łagodny letni poranek. To z jego powodu odczuwał lekką oskomę.
Węgle czerwieniały.
Jeszcze jedna kromka chleba z masłem; trzecia, czwarta; tak jest. Nie lubi pełnego talerza. Tak jest. Odwrócił się od tacy, ze schowka w kominku wziął czajnik i postawił go bokiem na ogniu. Stał tam tak sobie, krępy i matowy, ze sterczącym dzióbkiem. Zaraz herbata. Dobrze. Sucho w ustach. Kotka na sztywnych łapkach i z wysoko podniesionym ogonem obeszła nogę od stołu.
- Mhgiau!
- A, jesteś, powiedział pan Bloom, odwracając się od ognia.
Zamiauczała w odpowiedzi i na sztywnych łapkach znów okrążyła majestatycznie nogę od stołu, miaucząc bez ustanku. Takim samym majestatycznym krokiem chodzi po moim biurku. Phrr. Podrap mnie po łebku. Phrr.
Przyglądał się jej giętkiej czarnej postaci ciekawie i dobrotliwie. Czysta przyjemność dla oczu: połyskliwa gładka sierść, biała łatka pod ogonkiem, migotliwe zielone oczy. Pochylił się nad nią, opierając ręce na kolanach.
- Mleko dla kiciuni, powiedział.
- Mrhgiau! wrzasnęła kotka.
Podobno są głupie. Rozumieją nasz język lepiej niż my ich. Moja rozumie wszystko, co tylko chce. I jest mściwa. Ciekawe, jak ja wyglądam z jej perspektywy. Wysoki jak wieża? Nie, potrafi mi wskoczyć na ręce.
- I boi się kurczaków, powiedział kpiąco. Kurczaczków się boi. Takiej durnej kiciuni jak moja to jeszcze nie widziałem.
Okrutna. Jej natura. Zastanawiające, że żadna mysz ani piśnie. Jakby sprawiało im to przyjemność.
- Mrhgriau! miauknęła głośno kotka.
Zamrugała pożądliwymi, przymykającymi się wstydliwie oczkami, miauczała płaczliwie, przeciągle i odsłaniała mlecznobiałe zęby. Patrzył, jak ciemne szparki jej oczu zwężają się z łakomstwa i zaczynają w końcu przypominać zielone kamyczki. Podszedł do kuchennego kredensu, wziął dzbanek, który wcześniej tego ranka napełnił mu mleczarz od Hanlona, nalał bąbelkujące ciepłymi pęcherzykami mleko na spodeczek i powoli postawił go na podłodze.
- Ghrrr! wrzasnęła znowu, podbiegając, by pić.
Przyglądał się jej wąsom, lśniącym w słabym świetle niczym druciki, kiedy trzykrotnie przechyliła łebek i delikatnie zaczęła lizać mleko. Ciekawe, czy to prawda, że jak je przyciąć, to nie mogą potem polować na myszy. Dlaczego? Może lśnią w ciemności, znaczy koniuszki wąsów. A może to coś w rodzaju czułków do orientacji po ciemku.
Nasłuchiwał lizania i chłeptania. Jajka na szynce, nie. W czasie takiej suszy jajka nie. Chcę świeżej czystej wody. Czwartek; na baranią nerkę od Buckleya też niedobry dzień. Smażona na maśle, szczypta pieprzu. Lepiej wieprzową od Dlugacza. Woda zagotuje się w tym czasie. Kotka chłeptała wolniej, potem wylizała spodeczek do czysta. Coś ty kotku miał? Dlaczego mają takie szorstkie języczki? Żeby lepiej lizać, wcisnąć się w każdą porowatą powierzchnię. Nie ściągnie nic do jedzenia? Rozejrzał się wokoło. Nie.
W cicho skrzypiących butach wszedł po schodach na korytarz, przystanął pod drzwiami sypialni. Może ma ochotę na jakiś przysmak. Rano lubi cienko krojony chleb z masłem. Do chleba rano wstawać trzeba. Ale pomimo to; raz na jakiś czas.
- Wyskoczę tylko na róg. Zaraz wracam, odezwał się cicho wśród nagich ścian korytarza. A usłyszawszy swój głos, dodał: Nie chcesz nic na śniadanie?
Odpowiedział mu senny, cichy pomruk:
- Mn...
Nie. Niczego nie chce. Potem usłyszał ciepłe, ciężkie westchnienie, jeszcze cichsze, gdy przewracała się na bok i zabrzęczały obluzowane mosiężne pierścienie ramy łóżka. Muszę je koniecznie umocować. Szkoda. Taki kawał drogi z Gibraltaru. Kompletnie zapomniała hiszpańskiego, choć i tak słabo go znała. Ciekawe, ile jej ojciec za nie dał. Staromodne. Ach tak, oczywiście. Kupił je na aukcji u gubernatora. Jedno stuknięcie młotka i było po wszystkim. W interesach stary Tweedy twardy jak skała. Tak, panie dzieju. Było to pod Plewną. Awansowałem, panie dzieju, i jestem z tego dumny. Miał jednak dość rozumu, żeby wykupić wszystkie egzemplarze tego rzadkiego znaczka, a potem je odsprzedawać. To naprawdę było przewidujące.
Dłoń pana Blooma zdjęła z wieszaka kapelusz wiszący nad przyozdobionym jego inicjałami ciężkim paltem oraz kupionym kiedyś w biurze rzeczy znalezionych płaszczem przeciwdeszczowym. Znaczki: obrazki z klejem na odwrocie. Śmiem twierdzić, że wielu oficerów wspólnie macza w tym palce. Murowane, że tak. Przepocona metka jego kapelusza powiedziała bezgłośnie: Plasto, najwyższej jakości kapelu. Zerknął szybko za pas skórzanego potnika. Biały kartonik. Dobrze ukryty.
Na progu zaczął szperać w bocznej kieszeni, szukając klucza. Nie ma. W tamtych spodniach. Muszę go znaleźć. Za to mam kartofel. Skrzypiąca szafa. Nie trzeba przeszkadzać Molly. Była jeszcze zaspana, kiedy przewracała się na drugi bok. Cichutko pociągnął do siebie korytarzowe drzwi, bliżej, aż dolna część skrzydła delikatnie wsunęła się nad próg niczym bezwładnie zwisająca pokrywa. Wyglądały na zamknięte. W każdym razie mogą tak zostać, aż wrócę.
Przeszedł na nasłonecznioną stronę ulicy, omijając obluzowaną klapę nad wejściem do piwnicy pod siedemdziesiątym piątym. Słońce zbliżało się ku wieży kościoła Świętego Jerzego. Zdaje mi się, że dzisiaj będzie ciepło. Poczuję je lepiej zwłaszcza w tym czarnym ubraniu. Czerń przewodzi, odbija (czy może jednak załamuje?) ciepło. Ale w tym jasnym garniturze pójść nie mogę. Jak na piknik. Szedł w rozkosznym cieple, powieki opadały mu co chwila bezszelestnie. Wóz z piekarni Bolanda rozwozi tace naszego powszedniego, ale ona woli wczorajszy, nadziewane rożki z chrupiącą skórką gorące. To odmładza. Gdzieś na wschodzie; wczesnym rankiem; wyruszyć o brzasku, odbyć podróż dookoła, wyprzedzając słońce, i znaleźć się o ukradziony dzień wędrówki przed nim. Rób tak zawsze, a teoretycznie nigdy, przenigdy nie postarzejesz się już ani o jeden dzień. Idź morza krajem, kraina obca, dochodzisz do bram miasta, tam strażnik, też stary żołnierz, co został oficerem, sumiaste wąsiska jak u starego Tweedy'ego, wsparty na czymś w rodzaju długiej włóczni. Włóczysz się po ulicach ocienionych markizami. Mijają cię głowy w turbanach. Ciemne jaskinie sklepów z dywanami, potężny mężczyzna, Turko Groźny, siedzi po turecku i pali fajkę wodną. Krzyki przekupniów na ulicach. Pijesz wodę aromatyzowaną koprem, szerbet. Przechadzasz się tak leniwie przez cały dzień. Może spotkasz złodzieja. No to się spotkacie. Zbliża się zmierzch. Cienie meczetów wzdłuż kolumnady; kapłan ze zwiniętym pergaminem. Drżenie drzew, sygnał, wieczorny wiatr. Idę dalej. Blaknące złociste niebo. Matka trzyma straż w progu. Woła dzieci do domu w ich tajemniczym języku. Wysoki mur; ktoś po tamtej stronie brzdąka w struny. Księżyc wieczornego nieba, fioletowy, w kolorze nowych podwiązek Molly. Struny. Posłuchaj. Jakaś dziewczyna gra na takim instrumencie, jak on się nazywa; dulcimer. Idę dalej.
Pewnie wcale by tak nie było. Takie rzeczy tylko w książkach; podróż tropem słońca. Promieniste słońce na stronie tytułowej. Uśmiechnął się zadowolony z siebie. Co powiedział Arthur Griffith o winiecie nad czołówką z "Freeman's Journal": słońce autonomii wschodzi na północnym zachodzie, w zaułku, na tyłach gmachu Banku Irlandii. Uśmiech zadowolenia nie znikał z twarzy Blooma. Kapitalna uwaga w żydowskim stylu: syn, nie, słońce autonomii wstaje na północnym zachodzie.
Był już blisko baru Larry'ego O'Rourke'a. Nad piwniczną kratownicą unosiły się ciężkie niczym nasienie opary porteru. Z otwartych drzwi tryskały zapachy imbiru, pyłu herbacianego, papkowatego ciasta na herbatniki. Ale to dobry pub; na granicy ruchliwej części miasta. Ten M'Auleya tam dalej, na przykład, kiepska lokalizacja. Oczywiście gdyby poprowadzili linię tramwajową po North Circular Road od targowiska bydła na nadbrzeże, wartość natychmiast poszłaby w górę jak bomba.
Łysa głowa nad roletą. Cwany stary kutwa. Nie ma sensu namawiać go na ogłoszenie. Sam wie najlepiej, jak prowadzić swój interes. Oto i on, bez marynarki, a jakże, mój wyłysiały Larry, opiera się o wór z cukrem, patrzy, jak jego bufetowy z wiadrem i szczotką w ręku szoruje podłogę. Simon Dedalus świetnie go parodiuje, kiedy tak mruży oczy. Wiesz pan, co panu powiem? No co, panie O'Rourke? Wiesz pan co? Japońce zjedzą ruskich na śniadanie, że mucha nie siada.
Zatrzymaj się i zagadaj; może o pogrzebie. Przykra historia z tym naszym biednym Dignamem, panie O'Rourke.
Skręcając w Dorset Street, pozdrowił go raźno sprzed progu:
- Dzień dobry, panie O'Rourke.
- Dzień dobry panu.
- Piękna pogoda, szanowny panie.
- Bez dwóch zdań.
Skąd oni biorą pieniądze? Przyjeżdżają jako rudzi bufetowi z hrabstwa Leitrim, z początku płuczą puste szklanki i spijają resztki po klientach. A potem, patrzcie, patrzcie, wyrastają na takich jak Adam Findlaters albo Dan Tallons. A pomyśleć tylko o konkurencji. Powszechne pragnienie. Przejść cały Dublin tak, żeby nie natknąć się po drodze na ani jeden pub, to by dopiero była sztuka. Nie umieją oszczędzać. Chyba że na pijakach. Napisać trzy, policzyć pięć. No i co wielkiego? Szyling tu, szyling tam, ziarnko do ziarnka. Może na zamówieniach hurtowych. Kantują w zmowie z komiwojażerami. Rozlicz się z szefem, a zysk podzielimy między siebie, rozumiesz?
Ile by to wychodziło miesięcznie na porterze? Powiedzmy dziesięć beczek. Powiedzmy, że miałby z tego dziesięć procent. Albo więcej. Dziesięć. Piętnaście. Minął Saint Joseph's, szkołę publiczną. Smarkateria hałasuje. Otwarte okna. Świeże powietrze wspomaga pamięć. Rytmiczne przyśpiewki też. Abecede eefgieha ijotka elemenope eresteu vous. To chłopcy, nie? Tak. Inishturk. Inishark. Inishboffin. Nad swoją gegrą. Moją. Masyw Slieve Bloom.
Przystanął przed wystawą Dlugacza, wpatrując się w pęta kiełbas polonies, czarno-białych w przekroju, częściowo z gotowanej wieprzowiny. Piętnaście pomnożyć przez. Liczby w jego myślach blakły bezwynikowo; niezadowolony, pozwolił im się rozpłynąć. Lśniące pęta nadziane rozdrobnionym mięsem karmiły jego spojrzenie i Bloom spokojnie wdychał letnie opary gotowanej świńskiej krwi z przyprawami.
Z nerki leżącej na malowanym w gałązki wierzby półmisku sączyła się krew: ostatnia. Stanął przy ladzie za służącą sąsiadów. Może weźmie też nerkę, skoro wyczytuje kolejne artykuły z listy zakupów, którą trzyma w dłoni. Spierzchnięta; soda do prania. I półtora funta kiełbasek od Denny'ego. Zmierzył wzrokiem jej krzepkie biodra. Woods, tak ten sąsiad ma na nazwisko. Ciekawe, czym się zajmuje. Żona już leciwa. Świeża krew. Adoratorom wstęp wzbroniony. Silne ma ramiona. Trzepie dywan na sznurze do bielizny. Trzepie go aż miło, rany Julek. Jej przekrzywiona spódnica z każdym kolejnym trzepnięciem rozwiewa się tak ładnie.
Fretkooki rzeźnik układał kiełbaski, które przed chwilą poodrywał poplamionymi, różowymi jak one palcami. Dobre mięso, jak od jałówki karmionej z paśnika.
Pan Bloom wziął jedną stronicę ze stosu pociętych gazet. Modelowa farma w Kinneret nad Jeziorem Tyberiadzkim. Może stać się doskonałym sanatorium zimowym. Moses Montefiore. Myślałem, że Dlugacz jest. Dom w gospodarstwie, dookoła mur, niewyraźne sylwetki pasących się krów. Odsunął stronicę od oczu; interesujące; przybliżył i przeczytał, sylwetki pasących się krów niewyraźne, szelest stronicy. Młoda biała jałówka. Tamte poranki na targu bydlęcym, zwierzęta ryczą w zagrodach, piętnowane owce, plusk i plask łajna o ziemię, hodowcy w podbijanych ćwiekami butach brną w podściółce i nieczystościach, poklepują utuczone zady, ta jest najwyższej jakości, w rękach mają nieokorowane witki. Cierpliwie trzymał stronicę gazety na skos, zapanował nad zmysłami i wolą, jego łagodne, uległe spojrzenie znieruchomiało. Przekrzywiona spódnica, łup, rozwiewa się, łup, z każdym trzepnięciem, łup.
Rzeźnik chwycił dwie stronice ze stosu, owinął w nie najwyższej jakości kiełbaski i wykrzywił twarz w krwiożerczym grymasie.
- Gotowe, panienko, powiedział.
Uśmiechając się śmiało, podsunęła mu monetę, wyciągając mięsistą w przegubie rękę.
- Dziękuję panience. Szyling i trzy pensy reszty. Słucham, co dla pana?
Bloom szybko wskazał nerkę. Dogonić służącą sąsiadów i iść za nią, jeżeli szłaby powoli, za jej rozkołysanymi pośladkami jak szynki. Miło popatrzeć na coś takiego z samego rana. Pospiesz się, do diabła. Kuj żelazo, póki gorące. Dziewczyna przystanęła w słońcu przed sklepem i leniwie, powolnym krokiem ruszyła w prawo. Westchnął nosowo; nigdy nie rozumieją. Ręce spierzchnięte od sody. I zagrzybione paznokcie u stóp. Wystrzępione brązowe szkaplerze, chroniące ją z przodu i z tyłu. Żądło lekceważenia rozjarzyło się w jego piersi, dostarczając mu niejakiej przyjemności. Dla innego; jakiś policjant po służbie obściskiwał ją na Eccles Lane. Lubią dużych. Kiełbaska najwyższej jakości. Panie władzo, błagam, zgubiłam drogę w tym lesie.
- Należą się trzy pensy.
Dłoń pana Blooma przyjęła wilgotny, delikatny gruczoł i wsunęła go do bocznej kieszeni. Potem z innej kieszeni wydobyła trzy monety i położyła je na kłujących wypustkach gumowej podkładki. Leżały tak przez chwilę, nominały zostały szybko rozpoznane, a metalowe krążki jeden po drugim wrzucone do przegródki w kasie.
- Podziękowanie dla szanownego pana. Do miłego zobaczenia.
Podziękowała mu iskierka skwapliwego ognia w lisookim spojrzeniu. Po chwili odwrócił wzrok. Nie; lepiej nie; następnym razem.
- Do widzenia, powiedział Bloom, wychodząc.
- Do widzenia panu.
Ani śladu. Zniknęła. No to co?
Wracał Dorset Street, z poważną miną oddając się lekturze. Agendath Netaim: związek plantatorów. Odkupić wielkie piaszczyste nieużytki od Turków i posadzić tam eukaliptusy. Doskonałe, dają cień, paliwo i budulec. Gaje pomarańczowe i olbrzymie plantacje melonów na północ od Jaffy. Płacisz osiemdziesiąt marek, a oni obsadzają dla ciebie dunam ziemi drzewami oliwnymi, pomarańczowymi, migdałowymi albo cytrusowymi. Oliwne tańsze; pomarańcze wymagają sztucznego nawodnienia. Co roku przysyłają ci część plonów. Twoje nazwisko jako dożywotniego właściciela zostaje wpisane do związkowej księgi. Można zapłacić dziesięć marek z góry, resztę w rocznych ratach. Bleibtreustrasse 34, Berlin, W. 15.
Nic z tego nie będzie. Ale to jakiś pomysł.
Przyjrzał się bydłu, niewyraźne sylwetki w srebrzystym upale. Posrebrzane drzewa oliwne. Spokojne długie dni; przycinanie, dojrzewanie. Oliwki pakuje się do słoików, nie? Zostało mi jeszcze kilka od Andrewsa. Molly je wypluwa. Już wie, jak smakują. Pomarańcze w bibułkach pakowane w skrzynki. Cytrony też. Ciekawe, czy biedny Citron z St. Kevin's Parade jeszcze żyje. I ten Mastiansky, co miał starą cytrę. Miło spędzaliśmy wieczory w tamtych czasach. Molly na wiklinowym fotelu Citrona. Przyjemny w dotyku chłodny owoc o jak gdyby woskowanej skórce, weź go do ręki, podnieś do nosa i powąchaj, jak aromatycznie pachnie. Właśnie tak, ciężki, słodki, oszałamiający zapach. Zawsze taki sam, każdego roku. Moisel mi mówił, że osiągają wysokie ceny. Arbutus Place; Pleasants Street; miłe dawne lata. Twierdził, że muszą być bez skazy. Przebywają bardzo długą drogę: Hiszpania i Gibraltar, Morze Śródziemne, Lewant. Szeregi skrzynek na nadbrzeżu w Jaffie, jakiś facet zaznacza każdą w księdze rachunkowej, przenoszą je robociarze w umorusanych kombinezonach. Ten, jak onsiętamnazywa, wychodzi z. Dzień do. Nie widzi. Facet, którego zna się tylko na tyle, żeby się z nim przywitać, trochę nudziarz. Lekko garbaty, jak ten norweski kapitan. Ciekawe, czy go dziś spotkam. Polewaczka. Żeby ściągnąć deszcz. Jako w niebie, tak i na ziemi.
Syna, nie, słońce zaczęła zakrywać chmura, niespiesznie, zupełnie. Szara. Daleko.
Nie, nie tak. Nieurodzajna ziemia, nieuprawna pustynia. Wulkaniczne jezioro, Morze Martwe; wciśnięte głęboko w ziemię, nie ma ryb, wodorostów. Żaden wiatr nie podniesie na nim fal, szarometaliczna, trująca, mętna woda. Podobno spadł deszcz siarki; miasta na równinie: Sodoma, Gomora, Edom. Wszystko to martwe nazwy. Martwe morze na martwej ziemi, szarej i starej. Już starej. Zrodziła i nosiła najstarszą, pierwszą rasę. Od Cassidy'ego wyszła zgarbiona wiedźma, ściskając ćwiartkę za szyjkę. Najstarszy lud. Tułali się daleko stąd, po całej ziemi, z jednej niewoli w drugą, rozmnażali się, umierali, rodzili się tu i tam. A ona teraz leży. Nie może już więcej rodzić ani nosić. Martwa; pizda staruchy; szara, zapadnięta pizda świata.
Pustkowie.
Przeszyło go atawistyczne przerażenie. Wsunął złożoną stronicę gazety do kieszeni i skręcił w Eccles Street, zmierzając spiesznie do domu. W jego żyłach pełznął zimny olej, mrożąc krew; czas pokrywał go skorupą soli. No cóż, w tej chwili jestem tutaj. Cuchnący poranny oddech, nieprzyjemne wizje. Wstałem lewą nogą. Muszę znów zacząć te ćwiczenia Sandowa. Podpieramy się na rękach. Brudne brunatne budynki z cegły. Numer osiemdziesiąt ciągle niewynajęty. A to dlaczego? Wyceniony tylko na dwadzieścia osiem. Towers, Battersby, North, MacArthur; okna salonów pozaklejane ogłoszeniami. Jak opatrunki na chorym oku. Poczuć delikatną woń parującej herbaty, zapach z patelni, skwierczące masło. Znaleźć się w pobliżu jej obfitych, rozgrzanych w łóżku kształtów. Tak, tak.
Jaśniejącym chodnikiem od strony Berkeley Road nadbiegł prędki, ciepły promień słońca, szybko, w zgrabnych sandałach. Biegnie, biegnie mi na spotkanie, dziewczyna o złotych, rozwianych na wietrze włosach.
Na podłodze w korytarzu leżały dwa listy i pocztówka. Przystanął, podniósł je. Pani Marion, nie pani Leopold Bloom. Jego szybko bijące serce natychmiast zwolniło. Charakter pisma znamionował zuchwałość. Pani Marion.
- Poldy!
Wszedł do sypialni, zmrużył oczy i przebijając ciepły, żółtawy półmrok skierował się ku rozczochranej żonie.
- Do kogo są te listy?
Przypatrzył się im. Mullingar. Milly.
- Jeden do mnie od Milly, odpowiedział z namysłem, a do ciebie pocztówka. I drugi list też do ciebie.
Położył kartkę i list na twillowej kapie niemal na wysokości jej ugiętych kolan.
- Odsłonić okno?
Delikatnie podciągając żaluzję do połowy wysokości szyby, okiem wyobraźni niczym Malbecco zobaczył, jak Molly zerka na list i wsuwa go pod poduszkę.
- Wystarczy? zapytał, odwracając się.
Wsparta na łokciu czytała kartkę pocztową.
- Dostała naszą przesyłkę.
Odczekał, aż odłoży pocztówkę i z rozkosznym westchnieniem znowu zwinie się powoli w kłębek.
- Pospiesz się z tą herbatą. Usycham z pragnienia.
- Woda już się gotuje, odparł.
Odczekał jednak jeszcze chwilę, by zabrać z krzesła jej rzeczy, pasiastą halkę i porozrzucaną brudną bieliznę, które zgarnął i przeniósł w nogi łóżka.
Schodził już po kuchennych schodach, gdy zawołała:
- Poldy!
- Co?
- Wyparz imbryczek.
Pewnie, że się gotuje; z dzióbka kłęby pary. Wyparzył i wypłukał naczynie, po czym wsypał do niego cztery kopiaste łyżeczki herbaty i przechylił czajnik, nalewając wrzątek. Odstawił herbatę, żeby naciągnęła, zdjął czajnik z ognia, z trzaskiem postawił patelnię na rozżarzonych węglach i patrzył, jak ślizga się na niej i rozpuszcza masło. Kiedy rozpakowywał cynaderkę, kotka miauczała pożądliwie, ocierając się o jego nogi. Jak będzie dostawać za dużo mięsa, przestanie polować na myszy. Podobno koty nie jedzą wieprzowiny. Koszerne. Masz. Upuścił zakrwawioną gazetę dla kotki i wrzucił nerkę na skwierczące, rozpuszczone masło. Pieprz. Sypał go palcami, koliście, zaczerpnąwszy z wyszczerbionego kieliszka na jajka.
Następnie rozciął list i przebiegł kartkę wzrokiem z obu stron. Dzięki; nowy szkocki beret; pan Coghlan; piknik nad jeziorem Owel; młody student; nadmorskie dziewczyny Biesa Boylana.
Herbata naciągnęła. Z uśmiechem napełnił swoją filiżankę, wyposażoną w specjalny ochraniacz na wąsy; imitacja porcelany Crown Derby. Prezent urodzinowy od córki-bzdurki. Miała wtedy tylko pięć lat. Nie, zaraz; cztery. Dałem jej taki bursztynowy naszyjnik, który rozerwała. Wrzucałem dla niej do skrzynki na listy kawałki złożonego brązowego papieru. Nalewał herbatę i uśmiechał się.
Och, Milly Bloom, moje kochanie,
moje zwierciadło od wieczora po ranek,
wolę ciebie skazaną na biedowanie
niż Katey Keogh, jej ogródek i zadek.
Stary profesor Goodwin, biedaczysko. Okropna historia. Mimo wszystko szarmancki był z niego staruszek. Jak Molly schodziła z estrady, kłaniał się jej na pożegnanie w taki staroświecki sposób. I nosił lusterko w cylindrze. Pewnego wieczoru Milly je przyniosła do salonu. O, patrzcie, co znalazłam w cylindrze profesora Goodwina! Wszyscy się śmialiśmy. Kobiecość zaczynała kiełkować już wtedy. Nadobne z niej było stworzonko.
Wbił widelec w nerkę i plask, przewrócił ją na drugą stronę; potem postawił imbryczek na tacy. Jej garb, stuk-puk, kiedy ją podniósł. Wszystko jest? Chleb z masłem, cztery kromki, cukier, łyżeczka, śmietanka. Tak. Zaniósł tacę na górę, wsunąwszy kciuk w ucho imbryczka niczym haczyk.
Trącił kolanem uchylone drzwi, żeby je szerzej otworzyć, wszedł z tacą w rękach i postawił ją na krześle u wezgłowia łóżka.
- Ależ cię długo nie było, powiedziała Molly.
Brzęknęły mosiężne pierścienie, kiedy podniosła się raźno i oparła łokciem na poduszce. Przypatrywał się spokojnie kształtom żony, zaglądając pomiędzy jej duże miękkie dydki, zwieszające się pod koszulą nocną niczym kozie wymiona. Ciepło ciała wyciągniętej na łóżku pani Bloom wzbiło się wyżej i zmieszało z aromatem herbaty, którą zaczęła nalewać.
Spod zmiętej poduszki wystawał strzęp rozdartej koperty. Bloom już wychodził, przystanął jednak, aby wyrównać kapę.
- Od kogo ten list? zapytał.
Charakter pisma znamionował zuchwałość. Marion.
- Ach, to od Boylana. Ma mi przynieść program.
- Co zaśpiewasz?
- La ci darem z J.C. Doylem, odparła, i Odwieczną słodką pieśń miłości.
Popijała herbatę, uśmiechnęła się pełnymi wargami. Po tym kadzidle rano zostaje coś jakby stęchlizna. Jak skisła woda po kwiatach.
- Chcesz, żebym otworzył okno?
Złożyła kromkę na pół, wsunęła ją do ust i spytała:
- O której masz ten pogrzeb?
- Chyba o jedenastej. Nie zaglądałem jeszcze do gazety.
Wskazała coś palcem, a on wziął do ręki jej leżące na łóżku brudne reformy. Nie to? Podniósł skręconą, szarą podwiązkę, owiniętą wokół pończochy; stopa wymięta, wyświecona.
- Nie. Książka.
Druga pończocha. I halka.
- Widocznie spadła, powiedziała Molly.
Szukał po omacku tu i tam. Voglio e non vorrei. Ciekawe, czy ona poprawnie to wymawia: voglio. Nie ma na łóżku. Pewnie się zsunęła. Schylił się i podniósł frędzle kapy. Upadła książka leżała rozłożona, wsparta na wypukłości nocnika z pomarańczową obwódką niczym na greckiej wazie.
- Daj ją tu, powiedziała. Coś sobie w niej zaznaczyłam. Jest tam takie słowo, o które cię chciałam zapytać.
Upiła łyk herbaty z filiżanki, nie trzymając jej za ucho, energicznie wytarła palce w kołdrę i zaczęła przeszukiwać tekst za pomocą szpilki do włosów, aż znalazła wyraz, o który jej chodziło.
- Miecie psy co? zapytał.
- Tutaj. Co to znaczy?
Pochylił się i przeczytał słowo, widniejące tuż nad jej polakierowanym paznokciem.
- Metempsychoza?
- Tak. Co to za jedna? Jak na nią wołają w domu?
- Metempsychoza, powiedział, marszcząc brwi. To jest greckie słowo; czyli wywodzi się z greki. A oznacza transmigrację dusz.
- Pieprzenie! zawołała. Wytłumacz naszej osobie jak najprościej.
Uśmiechnął się, popatrując z ukosa w jej drwiące oczy. Te same młode oczy. Pierwszego wieczoru po zabawie w szarady mimiczne. Dolphin's Barn. Przewracał poplamione stronice. Ruby, chluba areny. Oho. Ilustracja. Groźny Włoch z dorożkarskim batem. A golaska na ziemi to pewnie Ruby, chluba tej areny. Wielkodusznie okryta prześcieradłem. Maffei, istny potwór, przestał bić swoją ofiarę i odepchnął ją z przekleństwem na ustach. Kryje się za tym wszystkim okrucieństwo. Zwierzęta odurzane narkotykami. Trapez w cyrku Henglera. Nie mogłem patrzeć. Motłoch się gapił. Ty sobie skręć kark, a my będziemy skręcać się ze śmiechu. Całymi rodzinami. Przyuczać je od małego do metempsychozy. Że żyjemy po śmierci. Nasze dusze. Że dusza po śmierci człowieka. Dusza Dignama...
- Skończyłaś to już?
- Tak, odparła. W tej książce nie ma nic nieprzyzwoitego. Czy ona ciągle kocha się w swoim pierwszym?
- Ja tego nie czytałem. Wypożyczyć ci nową?
- Tak. Przynieś mi coś jeszcze Paula de Kocka. Ma takie ładne nazwisko, Kock znaczy przecież kutas.
Nalała więcej herbaty do filiżanki, patrzyła, jak się rozpływa.
Muszę przedłużyć wypożyczenie tej książki z biblioteki przy Capel Street, bo inaczej napiszą do Kearneya, mojego poręczyciela. Reinkarnacja; oto właściwe słowo.
- Niektórzy ludzie wierzą, powiedział, że po śmierci żyjemy dalej w nowym wcieleniu i że kiedyś żyliśmy już wcześniej. Nazywają to reinkarnacją. Że wszyscy już przed tysiącami lat żyliśmy na Ziemi albo na jakiejś innej planecie, tylko rzekomo tego nie pamiętamy. Chociaż są i tacy, co twierdzą, że pamiętają swoje poprzednie wcielenia.
Niemrawa śmietanka kreśliła warzącą się spiralę w herbacie Molly. Lepiej przypomnieć jej to słowo jeszcze raz: metempsychoza. Przykład byłby lepszy. Przykład.
Nimfa w kąpieli nad łóżkiem. Rozdawali takie zdjęcia z wielkanocnym numerem "Photo Bits"; wspaniałe arcydzieło utrzymane w artystycznej kolorystyce. Kolor herbaty, zanim wlać do niej mleko. Trochę podobna do Molly z rozpuszczonymi włosami; szczuplejsza. Za ramkę dałem trzy szylingi i sześć pensów. Molly mówiła, że będzie ładnie wyglądać nad łóżkiem. Nagie nimfy; Grecja; i przykładowo wszyscy, którzy żyli w tamtych czasach.
Przekartkował książkę od końca do początku.
- Starożytni Grecy, powiedział, nazywali to metempsychozą. Wierzyli, że ludzie mogą się wcielać w zwierzęta, czy, przykładowo, w drzewa. Albo na przykład w istoty, które nazywali nimfami.
Jej łyżeczka przestała mieszać cukier. Molly patrzyła wprost przed siebie, wciągając powietrze rozdętymi nozdrzami.
- Czuć spaleniznę. Zostawiłeś coś na ogniu?
- Nerka! zakrzyknął nagle.
Wcisnął książkę naprędce do wewnętrznej kieszeni, uderzył się palcami u nogi o pękniętą komodę, pospieszył do źródła swądu i szybko zszedł po schodach niczym spłoszony bocian. Z boku patelni buchał gniewnym strumieniem gryzący dym. Pan Bloom wepchnął ząb widelca pod nerkę, poderwał ją od spodu i przewrócił na grzbiet niczym żółwia. Tylko trochę przypalona. Strząsnął nerkę z patelni na talerz i polał strużką rzadkiego, brązowego sosu.
Teraz herbata. Usiadł, ukroił chleb i posmarował masłem. Spaleniznę odciął i rzucił kotce. Wsunął do ust nabity na widelec kawałek cynaderki i z miną konesera zaczął zajadać smakowite jędrne mięso. Idealnie wysmażona. Łyk herbaty. Pociął chleb w kostkę, umoczył jedną w sosie i włożył do ust. Co ona tam pisze o studencie i pikniku? Wygładził list leżący obok na blacie i czytał powoli, jedząc; umoczył kolejny kawałek chleba w sosie i podniósł go do ust.
Najdroższy Papciu,
Naprawdę strasznie ci dziękuję za prześliczny prezent urodzinowy. Jest mi w nim bardzo do twarzy. Wszyscy mówią, że w tym nowym szkockim berecie wyglądam jak prawdziwa piękność. Od mamy dostałam przepyszną bombonierkę nadziewanych czekoladek i piszę. Są przepyszne. Powoli się wybijam w środowisku fotograficznym. Pan Coghlan zrobił mi zdjęcie, a jego żona prześle, jak wywołają. Zarobiliśmy wczoraj mnóstwo floty. Był ładny dzień i poprzychodziły same tuczne krówska. W poniedziałek jedziemy z paroma znajomymi nad jezioro Owel na taki szybki piknik. Pozdrów mamę, całusy dla ciebie i dzięki. Słyszę ludzi przy pianinie na dole. W sobotę będzie koncert w hotelu Greville Arms. Jest tu taki jeden młody student przychodzi czasem wieczorem nazywa się Bannon jego kuzyni czy ktoś tam to ważniacy, a on śpiewa tę piosenkę Boylana (o mały włos nie napisałam, że "Biesa" Boylana) o nadmorskich dziewczynach. Przekaż mu, że twoja córka-bzdurka bierze i zasyła dla niego wyrazy najwyższego szacunku. Muszę już kończyć, kocham bardzo.
Twoja kochająca córka MILLY.
PS. Przepraszam, że tak bazgrolę, spieszę się. Pa-pa.
M.
Skończyła wczoraj piętnaście. Ciekawe, bo piętnastego. Jej pierwsze urodziny poza domem. Rozłąka. Pamiętam letni poranek, kiedy się urodziła, pobiegłem wtedy zapłodnić, znaczy zbudzić, panią Thornton na Denzille Street. Wspaniała staruszka. Pomogła przyjść na świat na pewno wielu dzieciom. Od razu wiedziała, że biedny mały Rudy nie wyżyje. No tak, Pan Bóg jest dobry, szanowny panie. Od razu wiedziała. Dzisiaj miałby jedenaście lat.
Z nieruchomą twarzą pobłażliwie wpatrywał się w postscriptum. Przepraszam, że tak bazgrolę. Pośpiech. Pianino na dole. Milly wychodzi na świat jak z muszelki. Awantura o tę bransoletkę w XL Café. Nie chciała jeść ciastek, odzywać się ani obejrzeć. Wiecznie nie w sosie. Maczał pozostałe kostki chleba w sosie, konsumując cynadrę kawałek po kawałku. Dwanaście szylingów i sześć pensów tygodniowo. Niewiele. Ale mogło być gorzej. Estrada kabaretowa. Student. Wypił łyk wystygłej już herbaty, żeby spłukać posiłek. Potem znów przeczytał list; dwukrotnie.
No dobrze; wie, jak się pilnować. A jeżeli nie? Nie, do niczego nie doszło. Chociaż oczywiście mogłoby. Tak czy inaczej zaczekaj, aż dojdzie. Nieprawdopodobna ślicznotka. Jej smukłe nogi, kiedy wbiega na schody. Przeznaczenie. Dojrzewa już. Próżna; bardzo.
Z niespokojną czułością uśmiechnął się do kuchennego okna. Dzień, w którym przyłapałem ją na ulicy, kiedy szczypała się w policzki, żeby je zarumienić. Lekka anemia. Za długo karmiona piersią. Tamtego dnia na statku wycieczkowym "Erin's King" wokół latarniowca przy ławicy Kish. Ciągle rzucało tą cholerną łajbą. W ogóle nie miała pietra. Jej jasnoniebieski szal powiewał na wietrze, i włosy.
Kręte loczki, usta jak maliny,
aż się oglądasz za nimi.
Nadmorskie dziewczyny. Koperta już rozerwana. Ręce w kieszeniach spodni, woźnicy dał wolny dzień, podśpiewuje. Przyjaciel rodziny. Wymawia "niemi", nie "nimi". Latarnie na molo, letni wieczór, orkiestra,
Dziewczyny, dziewczyny,
śliczne nadmorskie dziewczyny.
Milly też. Pocałunki młodych; pierwszy. To już dawno temu. Pani Marion. Czyta teraz na leżąco, liczy pasemka swoich włosów, uśmiecha się, splata je.
Wzdłuż kręgosłupa przebiegł go łagodny dreszcz niespokojnego żalu, narastał. W końcu dojdzie, tak. Nie pozwolić. Nic z tego; nie może się stąd ruszyć. Słodkie, delikatne dziewczęce usta. A właśnie, że dojdzie. Poczuł, jak fala niepokoju ogarnia go całego. Już teraz nic nie poradzisz. Usta całowane, całujące całowane. Pełne kleiste kobiece usta.
Lepiej jej tam, gdzie jest teraz; daleko. Znajdź jej jakieś zajęcie. Chciała psa, żeby jakoś wypełnić sobie czas. Może się tam wybiorę. W to sierpniowe święto, bilet tam i z powrotem tylko dwa szylingi i sześć pensów. Ale to dopiero za półtora miesiąca. Może na delegację dziennikarską mógłbym. Albo załatwić bilet przez M'Coya.
Kotka wylizała już całe futerko, wróciła do poplamionego krwią papieru, obwąchała go i z godnością podeszła do drzwi. Obejrzała się na Blooma, miaucząc. Chce wyjść. Czeka pod drzwiami, kiedyś się otworzą. Niech sobie czeka. Denerwuje się. Sierść naelektryzowana. Burza w powietrzu. Czyściła też łapką uszko, siedziała tyłem do ognia.
Poczuł się ciężki, pełen; po chwili łagodny rozkurcz kiszek. Wstał i rozpiął spodnie. Kotka miauknęła do niego.
- Miau! rzucił w odpowiedzi. Zaczekaj, aż skończę.
Ociężałość; zapowiada się upalny dzień. Włazić po schodach na piętro, za dużo fatygi.
Gazeta. Lubił czytać w trakcie wypróżnienia. Mam nadzieję, że żadna małpa nie zapuka, jak będę się wypróżniał.
W stołowej szufladzie znalazł stary egzemplarz "Titbits". Wsunął go pod ramię, podszedł do drzwi, otworzył. Kotka pobiegła cichymi susami na górę. Ach, chce wejść do sypialni, zwinąć się w kłębek na łóżku.
Nastawił uszu i usłyszał głos Molly:
- Chodź, chodź, kiciu. Chodź.
Wyszedł tylnymi drzwiami do ogrodu; przystanął, żeby posłuchać, czy u sąsiadów w ogrodzie nikogo nie ma. Cisza. Może sieją mak. Siała baba mak, nie wiedziała jak. Piękny poranek.
Schylił się, żeby popatrzeć na wąską grządkę rosnącej pod murem mięty. Zbudować tu altankę. Szkarłatna fasola ozdobna. Dzikie wino. Chcę dać tu wszędzie nawóz, ziemia sparszywiała. Skorupa związków siarki. Bez obornika każda ziemia taka. Pomyje. Ił, co takiego jest to? Kury w ogrodzie obok; ich odchody to pierwszorzędny nawóz powierzchniowy. Ale najlepsze bydlęce, zwłaszcza jak bydło karmione tymi makuchami. Obornik. Najlepszy do czyszczenia damskich rękawiczek z koźlej skórki. Brud czyści. I popiół. Obsiać cały ogród. W tym kącie zasadzić groszek. Sałatę. Wtedy zawsze będą świeże warzywa. Ogrody mają też jednak swoje minusy. Na przykład tamta pszczoła czy giez w Zielone Świątki.
Poszedł dalej. A swoją drogą, gdzie podział się mój kapelusz? Powiesiłem pewnie na wieszaku. Albo na podłogę. Dziwne, nie pamiętam. Za dużo rzeczy na wieszaku w przedpokoju. Cztery parasole, peleryna Molly. Podnosiłem listy. Dzwonek w zakładzie fryzjerskim Drago. Dziwne, że pomyślałem o tym właśnie w tym momencie. Kasztanowe, wybrylantynowane włosy nad kołnierzykiem. Dopiero co się umył i uczesał. Ciekawe, czy będę miał dziś rano czas na kąpiel. Na Tara Street. Podobno ten kasjer z łaźni dopomógł w ucieczce Jamesowi Stephensowi. O'Brien.
Ależ ten cały Dlugacz ma niski głos. Agenda że jak? Proszę, panienko. Zelant.
Otworzył kopniakiem wypaczone drzwi wygódki. Lepiej uważać, żeby nie zabrudzić spodni na pogrzeb. Wszedł, pochylając głowę pod niskim nadprożem. Drzwi zostawił uchylone, odpiął szelki otoczony zaduchem spleśniałego tynku i nieświeżych pajęczyn. Zerknął przez szparę na okno w domu sąsiadów, zanim usiadł. A dziad wiedział, nie powiedział. Nikogo.
Rozkraczył się na desce jak na krześle tortur, rozłożył tygodnik i przewracał stronice na obnażonych kolanach. Coś nowego i łatwego w odbiorze. Nie pali się. Wstrzymaj trochę. Nasz nagrodzony rodzynek: Mistrzowskie posunięcie Matchama. Napisał pan Philip Beaufoy, Playgoer's Club, Londyn. Autorowi wypłacono honorarium w wysokości jednej gwinei za szpaltę. Trzy i pół. Trzy funty i trzy szylingi. Trzy funty, trzynaście szylingów i sześć pensów.
Powstrzymując parcie, przeczytał po cichu pierwszą szpaltę, po czym już się poddając, ale nadal opóźniając defekację, zaczął drugą. Doszedłszy do jej środka, poddał się ostatecznie, pozwolił kiszkom opróżnić się też po cichu w trakcie lektury i czytał cierpliwie dalej, stwierdzając, że wczorajsze lekkie zatwardzenie całkiem już minęło. Oby nie okazała się na tyle duża, żeby znowu wywołać hemoroidy. Nie, w sam raz. No właśnie. Ach! Przeciw obstrukcji zażyć jedną tabletkę cascara sagrada. Życie mogłoby być takie... Opowiadanie nie poruszyło go ani nie wzruszyło, czytało się jednak szybko i było sprawnie napisane. Publikują dzisiaj byle co. Głupie czasy. Czytał dalej, siedząc spokojnie nad bijącym w górę własnym smrodem. Sprawnie napisane, niewątpliwie. Matcham często wspomina swoje mistrzowskie posunięcie, gdyż dzięki niemu zdobył tę roześmianą czarownicę, z którą teraz. Zaczyna się i kończy przyzwoicie. Trzymają się za ręce. Inteligentne. Przejrzał przeczytany fragment i czując, jak cichaczem oddaje mocz, dobrodusznie zazdrościł panu Beaufoyowi, który napisał to opowiadanie i otrzymał za nie wynagrodzenie w wysokości trzech funtów, trzynastu szylingów oraz sześciu pensów.
Może udałoby się machnąć konspekt. Napisali L. i M. Bloomowie. Wymyślić opowiadanie ilustrujące przysłowie, tylko które? Próbowałem kiedyś zapisywać na mankietach, co mówiła, jak się ubieraliśmy. Nie lubię, jak się razem ubieramy. Zaciąłem się przy goleniu. Zapinała haftki spódnicy, przygryzając dolną wargę. Mierzyłem jej czas. 9.15. Czy Roberts już ci zapłacił? 9.20. Jak była ubrana Greta Conroy? 9.23. Co mnie napadło, żeby kupić ten grzebień? 9.24. Wzdęło mnie po kapuście. Pyłek kurzu na lakierowanej skórze jej buta.
Szybko przecierała zagniecenia o swoją obciągniętą pończochą łydkę. Rano po tańcach na balu dobroczynnym, kiedy orkiestra Maya grała Taniec godzin Ponchielliego. Przedstawiał godziny poranne, południowe, nadejście wieczoru, potem godziny nocne. Myła zęby. To był pierwszy wieczór. Jej głowa w tańcu. Klekoczące drewienka wachlarza. Ten Boylan jest bogaty? Ma pieniądze. A dlaczego pytasz? Zauważyłam w tańcu, że ładnie mu pachnie z ust. Więc nie powinien nucić z zamkniętymi ustami. Zrobić do tego aluzję. Dziwna ta muzyka wczoraj wieczorem. Lusterko było zamglone. Energicznie przetarła je o wełniany stanik sukni na swoim pełnym, rozhuśtanym biuście. Przejrzała się. Żyłki w oczach. Jakoś nic z tego nie wyszło.
Godziny wieczorne, dziewczęta w szarej mgiełce zwiewnego jedwabiu. Potem godziny nocne, czarne, maski na oczach i sztylety. Poetycki pomysł, różowe, potem złociste, szare i czarne. Ale to przecież zgodne z rzeczywistością. Dzień, później noc.
Gwałtownie oderwał połowę nagrodzonego opowiadania i podtarł się nim. Podciągnął spodnie, zapiął szelki i guziki. Pchnął rozdygotane, rozedrgane drzwi wychodka i wyszedł z półmroku na powietrze.
W jasnym świetle, lżejszy i odświeżony, przyjrzał się uważnie swoim czarnym spodniom, nogawkom na końcach i na wysokości kolan, z przodu i z tyłu. O której ten pogrzeb? Trzeba sprawdzić w gazecie.
Skrzypnięcie i ponury szmer wysoko w górze. Dzwony u Świętego Jerzego. Wybijały godzinę; ponure donośne żelaziwo.
Hej ho! Hej ho!
Hej ho! Hej ho!
Hej ho! Hej ho!
Za kwadrans. I znowu; alikwot ciągnie się w powietrzu. Tercja.
Biedny Dignam!
Dźwigi portowe przy Sir Rogerson's Quay, następnie zaś Windmill Lane, tłocznię oleju lnianego firmy H.M. Leask & Co. oraz urząd pocztowo-telegraficzny Bloom minął krokiem spokojnym. Mogłem podać i adres poczty. Minął też przytułek dla marynarzy. Odwróciwszy się od porannych hałasów na nadbrzeżu, ruszył przed siebie Lime Street. Pod czynszówkami Brady'ego siedział w zblazowanej pozie chłopak żyjący z tego, co znalazł na śmietniku, kopcił zmiętego peta, jego kubeł miał łańcuch zamiast rączki. Chłopcu przyglądała się mniejsza od niego dziewczynka z bliznami egzemy na czole, apatycznie ściskając poobijaną obręcz od beczki niczym hula-hop. Powiedz mu, że jak będzie palił, to nie urośnie. A, niech pali. Jego życie raczej nie jest usłane różami! Czeka pod jednym albo drugim pubem, żeby odprowadzić tatusia do domu. Chodź do domu, do mamusi, tatusiu. Leniwa pora; nie będzie ich tam wielu. Przeszedł na drugą stronę Townsend Street, mijając jakby marsowe oblicze siedziby Armii Zbawienia, Bethelu. El, no tak; dom Boga; alef, beth. Minął też zakład pogrzebowy Nicholsa. Pogrzeb o jedenastej. Zdążę. Corny Kelleher zgarnął pewnie tę fuchę dla O'Neilla. Jak śpiewa, przymyka oczy. Corny. Spotykam ją raz, w parku czegoś szuka. Ciemno już i serce mi w piersi puka. Niezła z niej sztuka. Policyjna wtyka. Jak się nazywa i gdzie mieszka, powiedziała, a ja pamparampam pamparampam pam. Tak, murowane, że tę fuchę zgarnął Kelleher. Pochowają go tanio w bylejakiejtam. A ja pamparampam pamparampam pamparampam pamparampam.
Przystanął na Westland Row przed witryną sklepową Belfast and Oriental Tea Company i zaczął czytać napisy na cynfoliowych opakowaniach: mieszanka wyborowa, pierwszy gatunek, herbata dla całej rodziny. Całkiem ciepło. Herbata. Muszę kupić trochę u Toma Kernana. Ale nie zamówię jej przecież na pogrzebie. Jego oczy czytały wciąż bez emocji, zdjął kapelusz, spokojnie wdychał woń własnej brylantyny i z leniwą gracją przesunął prawą ręką po czole i włosach. Bardzo ciepły poranek. Skryte pod opuszczonymi powiekami spojrzenie Blooma dostrzegło maleńki łuk potnika jego najwyższej jakości kapelu. O tam. Prawa ręka wsunęła się do kapeluszowego wnętrza. Palce od razu znalazły wizytówkę za skórzanym paskiem i przetransportowały ją do kieszonki kamizelki.
Ale ciepło. Jego prawa dłoń ponownie, tylko wolniej, przesunęła się po czole i włosach. Po chwili z ulgą włożył kapelusz i przeczytał raz jeszcze: mieszanka wyborowa najlepszych odmian cejlońskich. Daleki Wschód. To musi być piękne miejsce: ogród świata, wielkie ospałe liście, na których można pływać, kaktusy, ukwiecone łąki i liany wężowe, jak je nazywają. Ciekawe, czy tak tam jest. Syngalezi polegują na słońcu, oddają się swojemu dolce far niente. Nie kiwną palcem w bucie przez cały dzień. Przesypiają sześć miesięcy w roku. Za duży upał na swary. Efekt klimatu. Apatia. Kwiaty nieróbstwa. Większość żywi się powietrzem. Azotes. Cieplarnia w ogrodzie botanicznym. Mimozy. Lilie wodne. Płatki zbyt zmęczone, żeby. Śpiączka w powietrzu. Chodzą po płatkach róż. Wyobraź sobie, jak próbują jeść flaki i giczki cielęce. Gdzie był ten facet, którego widziałem na zdjęciu? Ach, w Morzu Martwym, leżał na wodzie na wznak i czytał książkę pod otwartym parasolem. Człowiek nie utopi się tam, nawet gdyby chciał; woda aż gęsta od soli. Ponieważ ciężar wody, nie, ciężar ciała zanurzonego w wodzie równa się ciężarowi. Czy raczej objętość równa się ciężarowi? Jest jakieś prawo czy coś. Jak Vance prowadził lekcje, prostował palce u rąk, aż mu trzeszczały w stawach. Kurs przygotowawczy na studia. Dobrze przygotowany kurs przygotowawczy. Mówimy ciężar, ale co to tak naprawdę jest? Trzydzieści dwie stopy na sekundę do kwadratu. Prawo swobodnego spadania ciał; na sekundę do kwadratu. Wszystkie spadają na ziemię. Na Ziemię. Siła przyciągania ziemskiego to jest ciężar.
Odwrócił się i niespiesznie przeszedł przez ulicę. Jak to ona szła z tymi kiełbaskami? Jakoś tak. Wyciągnął z bocznej kieszeni złożonego "Freemana", rozłożył go, zwinął w rulonik wzdłuż i z każdym kolejnym niespiesznym krokiem uderzał się nim po nodze. Obojętna mina; wpadnę tylko zobaczyć. Na sekundę do kwadratu. Na sekundę w każdej sekundzie, znaczy się. Z trotuaru rzucił przenikliwe spojrzenie na drzwi poczty. Skrzynka dla spóźnialskich. Wrzucać tu. Nikogo. Wejdź.
Wsunął wizytówkę przez mosiężną kratkę.
- Są dla mnie jakieś listy? spytał.
Poczmistrzyni przeszukiwała przegródkę, a on wpatrywał się w plakat zachęcający młodych mężczyzn do wstąpienia do wojska i przedstawiający żołnierzy różnych formacji na defiladzie; koniuszek zwiniętej gazety przysunął do nosa, wdychając woń świeżo zadrukowanego papieru wyprodukowanego ze szmat. Pewnie nie ma odpowiedzi. Ostatnio przesadziłem.
Poczmistrzyni zwróciła mu przez kratkę wizytówkę i wręczyła list. Podziękował i szybko zerknął na zaadresowaną na maszynie kopertę.
Wielmożny Pan Henry Flower
poste restante, Urząd Pocztowy przy Westland Row,
City
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej