Ulica Herbowa
Herb. Zawsze miałem wrażenie, że słowo to ma intensywnycierpko-słodki zapach. Jak dzieciństwo. Bo też żadna pora naszegożycia nie przechowuje w pamięci tak mocnych zapachów jak ono. A mojedzieciństwo to właśnie ta ulica. Liliowa woń bzu, ciężki aromatjaśminu, aksamitna egzotyka płatków dzikiej róży.
Herb.Herbarz. Nie ma przypadku w podobieństwie słów. Mój pierwszy szkolnyzielnik, zeszyt pełen liści zeschłych prędko i pachnących snem,wypełniły zbiory właśnie tu, na tej drzewnej i krzewnej ulicygromadzone. Ulicy spływającej jak struga ku parkowi Kasprowicza, a odJasnych Błoni oddzielonej murem, tak dziwnym w tej zieleni, iszeregiem topoli wypełniających wiosenne powietrze anielskim puchem.Po drugiej stronie ulicy, tam gdzie później postawiono banalne bloki,rozciągały się"pola".Tak mówiliśmy my, dzieci, biegnąc do swych zabaw: idę na pola! Polapełne ziół: tasznika, babki, mlecza, koniczyny, dzikiego szczawiu...
Takabyła moja ulica ukryta na skraju Śródmieścia, z rzędem solidnychdomów, pełna zielonych podwórek - tak wspaniałych i własnychjak małe ojczyzny - u szczytu skarpy nad kamienną niebuszewskąniecką. Herbowa. Taki początek. Więc jeśli to nawet przypadek, zbiegokoliczności - jak nie uwierzyć, że okoliczności zbiegły się znią właśnie, splątały z jej imieniem, połączyły w węzeł nieodpartejmetafory?
Herb,symbol dziedzictwa. Od niemieckiego: Erbe - tarcza z godłem. Arównocześnie - łacińskie słowo herba, czyli zioło. Zatem:korzenie traw? W przeszłości zakorzenienie? Zapach pamięci? Bo takito jest właśnie splot dwóch pojęć. Z jednej strony rodowe herbarze,księgi herbów, czyli znaków wywodzących się od rysunków nachorągwiach i tarczach rycerskich. Z drugiej strony herbarze, czylizielniki, obrazy przyrody.
Pierwszyrodzimy zielnik"Herbarzpolski..."-dzieło"oprzyrodzeniu zioł y drzew rozmaitych" - napisany został wXVI wieku przez Marcina z Urzędowa. Stąd jeszcze jedno zderzenieznaczeń i zbieg okoliczności, bo tam Marcin z Urzędowa, a tu w dole,na początku ulicy - Urząd Miejski. Urząd miasta z herbowymgryfem - miasta będącego kiedyś stolicą książęcą, siedzibąwładców, którzy tym właśnie gryfem się pieczętowali, nie wiedząc, żeprzyda on ich rodowi imienia. Gryfici. To trochę tak, jakby oPiastach mówić: Orłowscy. Gryfici, po prostu... Po prostu, a przecieżtajemnica heraldyki wzmaga jeszcze tajemniczość początków.Pomorskich, szczecińskich, książęcych. Najstarszą pieczęć z gryfemzostawił po sobie Bogusław II - pochodzi ona z 1214 roku. Alegdzie tego pierwszego gryfa szukać? W legendzie?
Legenda,prawdę mówiąc, rozczarowuje. Nic w niej ze Sfinksa, któremu gryf taksię wydaje bliski. Rycerz Żelisław wraz z drużyną przez las książęcyjedzie. I widzi gniazdo w koronie dębu, a w nim stwory dziwne, leczprzyjazne: głowy u nich orle, ciała zaś lwie. Pana swego wzywa więcŻelisław, a książę - nadziwowawszy się im do woli i za dobrąwróżbę poczytawszy - obiera gryfy za godło. Dla siebie i swegorodu.
Naherb to wystarczy, lecz czy również na tajemnicę? Mitycznąwieloznaczność? Zagadkę dynastii? Gryf - istota na wpółskrzydlata, na wpół płowa i władcza - dlaczego jego właśniezwiązali ze swym losem Gryfici? Dziedzictwo, korzenie traw, herb,herba, Erbe... Mnich Angelus ze Stargardu miał z pewnością jaknajlepsze intencje, gdy w swej genealogii początków korzeni Barnima Iszukał w rodzie Attyli. I pewnie zadowolił swych protektorówstarożytną grozą tego imienia. Lecz czas pokazał, że pochlebstwowyszło mu liche, a wszelka analogia wątpliwa i gorzka. Nie bylibowiem Hunami słowiańscy książęta Pomorza. Nie dlatego nawet, żeszczególnie kochali sielanki, ale że ich sił starczało ledwie naobronę, podbój zaś im samym zagrażał i nieraz doń dochodziło. Takbyło aż do śmierci ostatniego Gryfity, Bogusława XIV, schorowanego ibezradnego świadka własnej klęski.
A owi Hunowie? Cóż, rzec by można, iż w genealogii stargardzkiegomnicha tkwi jakieś ziarno. Bo to Hunowie przecież, gdzieś w połowieIV wieku, ruszając ze swych azjatyckich komyszy popchnęli ludy Europydo gwałtownej migracji na zachód. Germanie - odepchnięci -sami na Rzym spadli. Czy to wtedy wlała się na Pomorze, aż poStrzałów (Stralsund) i Bardo, słowiańska fala?
Ale gryf starszy jest od tych wędrówek. To nic dziwnego, że przeżyłśmierć ostatniego Gryfity, pozostając w herbach pomorskiej,zjunkrzonej rychło szlachty, w godłach pomorskich miast, w tarczySzczecina. Ten gryf z tak daleka, że jak z baśni. Mityczny demonMezopotamii, potwór z asyryjskich reliefów, babilońskich pieczęci,egipskich malowideł. Grecki gryps poświęcony Apollinowi i Artemidzie,siła i czujność spojrzenia, w średniowieczu uświęcony jako symbolpodwójnej - bo ludzkiej i boskiej zarazem - naturyChrystusa. Gdyż orzeł był znakiem nieba, a lew po ziemi władczostąpał. Gryf - solarny symbol zmartwychwstania.
Zmartwychwstaniaw dziedzictwie? W sztafecie pokoleń? W wierności tradycji? Chłopiec,którym byłem na ulicy Herbowej, dostrzegał tylko głowę czerwonegoorła. Bo tyle z dwoistego gryfa zostawił Szczecinowi Barnim, herbmiastu nadając.
UlicaHerbowa na planie z 1919 roku nie miała jeszcze nazwy. Zabudowana,zyskała imię Gustawa Alberta Lortzinga - berlińskiegokompozytora oper z pierwszej połowy XIX wieku. Tworzył on sporo, żyłkrótko. Ale że tajemniczo czasem splatają się korzenie przeszłości,pozostawił Lortzing po sobie muzykę do dramatu "Der Pole undsein Kind" i wprowadzoną doń pieśń ze słowami:"ZuWarschau schwuren tausend auf dem Knien"... Zgadywano więcpotem, że autorem muzyki do słynnej pieśni listopadowego powstania:"Walecznychtysiąc opuszcza Warszawę"... był właśnie on...
Niemiałem o tym pojęcia, gdy moi plastikowi żołnierze w mundurachlistopadowych podchorążych powtarzali dla mnie, w pokoju przy ulicyHerbowej, rok 1830.
Ulica Gontyny
Tejulicy właściwie nie ma. Ot, zygzak na planie miasta. Łącznik międzyulicą Jana Matejki - sunącą tu szybko w dół, w kierunku naBolinko i Łęgi - a ulicą Emilii Sczanieckiej, będącą dlaodmiany wspinaczką, na której aż sapią przeciążone autobusy. Leczfakt ten akurat się zgadza z imieniem, bo pani Emilia, szlachcianka zPoznańskiego, czynami swymi poświadczyła, że wspinać się uparciewybraną drogą znaczy żyć właśnie. I tak też żyła ta społecznica -jak z kart pozytywistycznej powieści, piękna romantyczka opatrującapowstańcze rany w latach 1831, 1848, 1863.
Wracającjednakże do ulicy Gontyny: niełatwo rozpoznać ją zza szyb autobusu,zapamiętać po domach, sklepach... Choć kiedy spytać przechodniów,zawsze powiedzą: to gdzieś tu, w pobliżu. Nawet wtedy, gdy sami stojąna tym szerokim, w zieloną klamrę drzew ujętym zakręcie, ochrzczonymtak, że nie wiedzieć czyim imieniem.
UlicaGontyny: pamięć zastygła w słowie, chropawym i okrągłym zarazem. Nibyswojskim, lecz jednocześnie obcym - pewnie przez grymashistorii i ludzki błąd. Herbord, kronikarz Ottona z Bambergu, napisałw swej relacji:"contine".Mozolono się, by tę łacinę spolszczyć. By wydobyć z niej żywebrzmienie sprzed wieków. I wymyślono gontynę - od gontów.Dopiero później historycy językoznawcy orzekli, że to omyłka. Bo"contina" od kący, czyli kuczy, pochodzi. A więc odchaty, domostwa. Zatem: kącina. I już cieplej, bliżej, bo kąt, bowłasny. Lecz czyja była ta kącina, czyj dom w zapomnianym słowie?Tych, po których ślad mocniej jeszcze zatarty niż przebieg owej ulicy- pomorskich bogów.
Rok1124. Wolińskie statki wiozą bamberskiego biskupa - uzbrojonegow ewangelię, pastorał i pełnomocnictwo polskiego księcia. Trzy latawcześniej książę ów skąpał Pomorze we krwi. Nieskoro się więcszczecinianom targować z jego wysłannikiem. Spróbowali jednak i udałosię im uzyskać od Bolesława zmniejszenie daniny, jaką podbite miastomiało mu płacić. Taki rachunek wystawiono misji za detronizacjęTrygława.
Byćmoże topornie sobie poczynam, wpisując ów targ w duchowe dziejemiasta. Lecz czy nie ma pokusy, aby pisać o tym handlu, gdy się wie okupieckich namiętnościach Szczecina? Niechże zatem zostanie wdziejach i ten rachunek za chrzest. Rachunek finalny i ostateczny. Bośmierć Trygława, mimo późniejszych prób pogodzenia go z Chrystusem(przez jakiś czas w szczecińskiej kącinie stały wspólnie krzyż itrzygłowy posążek), zakończyła pewien rozdział, by rozpocząćnastępny. Słowiański panteon Swaroga,Swarożyca,Porwita, Jarowita, Rujewita, Świętowita (wersja Światowid - tobłąd, zachowany w nazwie księgarni przy alei Wyzwolenia, ale czytakiej ulicy mógł patronować Świętowit?), budowany ówcześnie zwielkim natężeniem, by dorównać chrześcijaństwu siłą kultu iorganizacji, musiał runąć. Tym prędzej, im prędzej wzrastał.
KącinęArkony na Rugii zdruzgotał - nieco później - wojowniczyduński biskup Absalom. Szczecińska kącina Trygława, usytuowana nazamkowym wzgórzu, ginęła pospoliciej. Można też rzec: w cywilizowanysposób. Bo był Otton rzeczywiście misjonarzem. I niewątpliwiezadziwił szczecinian, gdy przy rozbiórce ich bogatej świątyni niezechciał niczego dla siebie. Wziął tylko potrójne oblicze Trygława,odrąbując je od korpusu, by wysłać do Rzymu na znak zwycięstwa swejmisji.
Więculica Kąciny. Tyle jej właśnie, co i pamięci. Trochę jakbywstydliwej, zażenowanej - że pogański prymityw, magia, gusła.Trochę jakby do wtóru tej wzgardzie, która niemieckim historykom spódcienia swastyki dyktowała tezę, iż słowiański Olimp to tylko pusteecho germańskich mitów. I że nie byłoby Trygława, gdyby pomorskichkapłanów nie huknął w ciemię młot Thora.
Aprzecież Ebon i Herbord nic o tym wiedzieć nie chcą. A przecież wnajwiększej i najpiękniejszej ze szczecińskich kącin, w tej właśniegdzie mieszkał "trzygłowy bałwan", przybyłych szczecinianogarniały na widok "dziwnej sztuki i kunsztu" zdumienie ipodziw. Bo obrazy"ludzi,ptaków i zwierząt" wymalowane na ścianach zdawały się"oddychaći żyć". Jeszcze żyły, nim ogarnął je płomień. A sam Trygław, zustami i oczami za przesłoną ze złotej blachy, nie otworzył oczu aniust, gdy świątynne belki rąbano na rozpałkę. Brali je ponoć chętnienawet jego kapłani. Złote blachy, by nie skalać bóstwa niegodnymspojrzeniem? Czy też, na odwrót - by nie poraził patrzących nańjego wzrok, jego głos?
Nieporaził. Może mimo zasłony widział on więcej niż ci, którzy podnieślina niego topory? Na przykład to, że ulica Gontyny zwać się będzieprzez lata Kirchensteig - Kościelną Ścieżką. Bo tędy poprowadzidroga do kościoła pod wezwaniem św. Piotra i Pawła. Tego kościoła,który w średniowiecznym, dwujęzycznym Szczecinie przypisany byłludności słowiańskiej. Więc od kąciny do świątyni? Porządek dziejówczy tylko biegu ulic?
Azłote blachy, zasłony zdarte z Trygława? Odpowiem tak: przyskrzyżowaniu ulic Sczanieckiej i 1 Maja jest kąpielisko Gontynka. Ipewnie tu cię skierują przechodnie, gdy zapytasz o ulicę Gontyny.Gontynka jednakże - zdrobnienie śmieszne i bez sensu. Leczwłaśnie tu, w epoce licealnych westchnień, przychodziliśmy zdziewczętami, by pływać w chlorowanej wodzie i leżeć obok siebie natrawie. A one pozwalały nam smarować swe plecy, żeby się opalićpiękniej...
Dotykskóry, gorącej od słońca a nieznanej wcześniej - pierwszy dotyktajemnicy. Złote zasłony rozpływały się pod tym dotykiem. Zostawałodrżenie rąk i serca. Jak zawsze wtedy, gdy umiera tabu, arównocześnie rodzi się coś, co jeszcze lękamy się nazwać.
wserii piętnastkaukazały się:
HenrykBereza"Względy", "Zgłoski", "Zgrzyty"
KazimierzBrakoniecki"Dziennik berliński"
MaciejCisło"Błędnik"
JanDrzeżdżon"Łąka wiecznego istnienia"
AnnaFrajlich"Czesław Miłosz. Lekcje", "Laboratorium"
PawełGorszewski"Niecierpiące zwłoki"
TomaszHrynacz"Noc czerwi"
LechM. Jakób"Poradnik grafomana", "Poradnik złych manier","Rzeczy"
PawełJakubowski"Kopuła"
ZbigniewJasina"Drzewo oliwne"
JolantaJonaszko"Bez dziadka. Pamiętnik żałoby"
GabrielLeonard Kamiński"Pan Swen (albo wrocławska abrakadabra)"
BogusławKierc"Cię-mność"
ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Kronika powrotu", "UliceSzczecina", "Ulice Szczecina (ciąg bliższy)"
KrzysztofLisowski"Czarnenotesy (o niekonieczności)", "Motyl Wisławy. I innepodróże"
KrzysztofMaciejewski"Dziewięćdziesiąt dziewięć", "Osiem"
TomaszMajzel"Opowiadaniaw liczbie pojedynczej", "Treny Echa Tropy"
PiotrMichałowski"Cisza na planie"
MirosławMrozek"Odpowiedź retoryczna"
EwaElżbieta Nowakowska"Merton Linneusz Artaud"
HalszkaOlsińska"Bliskie spotkania", "Małostki", "Złotażyła"
PawełOrzeł"Cudzesłowa"
MirosławaPiaskowska-Majzel"(Po)między"
KarolSamsel"Jonestown", "Prawdziwie noc", "Więdnice"
BartoszSawicki"Krucha wieczność"
EugeniuszSobol"Killer"
EwaSonnenberg"Wiersze dla jednego człowieka"
WojciechStamm"Pieśni i dramaty patriotyczne i osobiste"
GrzegorzStrumyk"Re _ le rutki"
LeszekSzaruga"Kanibale lubią ludzi"
WiesławSzymański"Skrawki"
MichałTabaczyński"Legendy ludu polskiego. Eseje ojczyźniane"
PawełTański"Glinna", "Kreska"
MariaTowiańska-Michalska"Akrazja", "Engram", "Z Ameryką w tle"
AndrzejTurczyński"Źródła. Fragmenty, uwagi i komentarze"
MiłoszWaligórski"Długopis"
HenrykWaniek"Notatnik i modlitewnik drogowy (1984-1994)"
Leszek Żuliński "Suchełany"