Ulica koneserów - Lotte Kaa Andersen

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Line

Line szu­kała cze­goś, co mo­głaby zro­bić. Chcia­łaby sku­pić na so­bie uwagę męża, od­dać mu cześć, oszo­ło­mić, tak aby wy­czuł w tym szcze­rość in­ten­cji. In­dian sum­mer - tak to na­zwała na za­pro­sze­niach. Te słowa mają w so­bie po­wiew lata, mimo że uro­dziny męża przy­pa­dają w po­ło­wie wrze­śnia. W gło­wie Line prze­wija się mnó­stwo ob­ra­zów, wie do­kład­nie, jak wszystko po­winno wy­glą­dać. Poda pro­ste za­ką­ski, go­towe do chwy­ce­nia w palce i zje­dze­nia bez zbęd­nych ce­re­gieli, bez trzech kom­ple­tów sztuć­ców i cięż­ko­straw­nych mię­snych dań na wiel­kich obia­do­wych ta­ler­zach - tu­taj, w swoim ogro­dzie. Wszystko musi być lek­kie. Wy­obraża so­bie oży­wione roz­mowy pro­wa­dzone po­nad dłu­gimi bia­łymi sto­łami, wy­szu­kane drinki. Póź­niej­szą porą go­ście mogą za­ini­cjo­wać tańce na ta­ra­sie, naj­le­piej, żeby się to od­było w spon­ta­niczny spo­sób. Wśród obec­nych będą mło­dzi, sta­rzy i po­je­dyn­cze dzieci, a Kri­stian ucie­szy się na ich wi­dok. Za­pa­mięta, że on i Line wła­śnie tacy są w swoim naj­lep­szym wy­da­niu - parą, która wy­pra­wia przy­ję­cia, gdzie piękno i lek­kość sta­no­wią za­sadę prze­wod­nią. Że wła­śnie na tym po­lega ich moc: są parą, która prze­dłuża lato dla ro­dziny i przy­ja­ciół. Do­kła­dają po­nad­prze­cięt­nych sta­rań, gro­ma­dzą wo­kół sie­bie lu­dzi, na­kry­wają do stołu w ogro­dzie, po zmroku za­pa­lają po­chod­nie, na drze­wach wie­szają lam­piony, po­dają nocne prze­ką­ski, ja­kich go­ście ni­gdy wcze­śniej nie po­sma­ko­wali, i tak da­lej. Duży biały ban­kie­towy na­miot zaj­muje więk­szą część ogrodu. Line po­usta­wiała pa­ra­sole grzew­cze i za­ku­piła pięć­dzie­siąt iden­tycz­nych ko­ców z po­laru na eks­klu­zyw­nej wy­prze­daży w Rung­sted Havn. Do­brze jest mieć coś ta­kiego w za­pa­sie przy tego typu oka­zjach. Chłopcy roz­palą ogni­sko na ty­łach domu, cho­ciaż nie wia­domo, czy nie są już na to zbyt duzi, na wszelki wy­pa­dek za­opa­trzyła się w pianki, cia­sto do opie­ka­nia na pa­tyku oraz kieł­ba­ski. Po­ście­liła także łóżka w po­ko­jach w su­te­re­nie, gdyby ja­cyś go­ście po­trze­bo­wali noc­legu. Upie­kła bułki i ro­ga­liki z ma­kiem, które bę­dzie można ła­two pod­grzać na śnia­da­nie. Po­ukła­dała je w za­mra­żal­niku w prze­źro­czy­stych wo­recz­kach ozna­czo­nych datą, w każ­dym po osiem sztuk. W ten dzień, który Kri­stian za­pa­mięta na za­wsze, musi pa­no­wać ab­so­lut­nie wy­jąt­kowa, ale bez­pre­ten­sjo­nalna at­mos­fera - ni­czym mu­su­jący ró­żowy płyn w wy­so­kich smu­kłych kie­lisz­kach. W jed­nym kie­liszku do­brego szam­pana jest mi­lion bą­bel­ków - Line to wie, bo prze­czy­tała o tym kie­dyś w ma­ga­zy­nie ku­li­nar­nym "Do­bry Smak". Pe­wien fran­cu­ski che­mik spę­dził w la­bo­ra­to­rium dwa lata, żeby do­kład­nie to po­li­czyć. Dzi­siej­szego wie­czoru Line poda swoim go­ściom mi­liony bą­bel­ków, po­płyną wart­kim stru­mie­niem, a w ogro­dzie za­pa­nują fry­wolna ra­dość i at­mos­fera re­laksu. Line wy­prawi przy­ję­cie, ja­kiego jej go­ście ni­gdy nie za­po­mną. Wy­ra­fi­nuje ten for­mat do gra­nic moż­li­wo­ści, uczyni go swoją spe­cjal­no­ścią, wy­łoży dziś na pół­mi­sek wszystko, co do­bre i piękne, a na­stęp­nie poda swo­jemu mę­żowi - i go olśni, ni mniej, ni wię­cej. Taki wła­śnie bę­dzie ten dzień. Dzień, który mówi wszystko. To przy­ję­cie jest de­kla­ra­cją. Wy­zna­niem mi­ło­ści. Ma wpra­wiać we wspa­niały na­strój i osza­ła­miać. Line otwo­rzy dla go­ści swój ogród, poda je­dze­nie i mu­su­jące wina, które wy­wo­łują ra­dość i jed­no­czą. Wy­pełni dom świa­tłem i kwia­tami, a so­bie po­zwoli mieć na­dzieję. Line chce od­zy­skać swoje ży­cie i swo­jego męża.

***

Na po­czątku nie pla­no­wała ni­czego wy­du­ma­nego, co naj­wy­żej spo­tka­nie to­wa­rzy­skie w mi­łym gro­nie. Po­tem jak zwy­kle za­sko­czyło ją, że po­mysł ewo­lu­ował do tak skom­pli­ko­wa­nej po­staci, gdy przy­szło do opra­co­wy­wa­nia li­sty go­ści, wy­sy­ła­nia za­pro­szeń, ro­bie­nia za­ku­pów, przy­go­to­wy­wa­nia po­traw, wy­boru kwia­tów, wy­po­ży­cza­nia sto­łów i krze­seł, naj­mo­wa­nia per­so­nelu do ob­sługi. Wy­brała ko­lor, który ma być mo­ty­wem prze­wod­nim ca­łego przy­ję­cia. Line chce po­dać go­ściom gril­lo­wane kre­wetki ty­gry­sie w czosnku i słod­kim chili na pa­tycz­kach do szasz­ły­ków, bliny z ja­snym ka­wio­rem oraz ma­ciu­peń­kie ka­napki z ło­so­siem ude­ko­ro­wane ka­pa­rami i list­kami try­buli, a do tego ró­żowy fran­cu­ski szam­pan. Wła­ści­ciel sklepu z wi­nami, w któ­rym Line zwy­kle się za­opa­truje, do­po­mógł jej z wy­bo­rem. W bia­łym na­mio­cie znajdą się także małe tarty ma­li­nowe, fran­cu­skie ma­ka­ro­niki w ko­lo­rze je­żyn, czer­wone owoce na­dziane na pa­tyczki i cze­ko­la­dowa fon­tanna. Więk­szość je­dze­nia przy­go­to­wała wła­sno­ręcz­nie. Na sto­łach staną wa­zony z ró­żo­wymi ró­żami z ogrodu. Na­wet Molly, ich stara suczka rasy gol­den re­trie­ver, otrzyma ró­żową wstążkę na szyi, So­fie obie­cała, że o to za­dba. Kri­stian za­wsze uwiel­biał za­peł­niać go­śćmi dom i ogród. Line zmo­bi­li­zuje wszyst­kie siły, żeby po­da­ro­wać mu ró­żowy dzień jak ze snu. Pla­no­wała to przy­ję­cie kilka mie­sięcy. Na po­czątku nie wie­działa, czy się od­waży. Po­tem za­częła spo­rzą­dzać li­sty rze­czy do zro­bie­nia, jeź­dzić na za­kupy, piec ko­lejne spe­cjały. Wczo­raj o pią­tej trzy­dzie­ści rano sta­wiła się na au­kcji wa­rzyw­nej w Valby ra­mię w ra­mię ze sprze­daw­cami kwia­tów i re­stau­ra­to­rami, aby zdo­być naj­lep­sze pro­dukty na swoje przy­ję­cie. Nie zdo­łała za­pa­no­wać je­dy­nie nad jed­nym klu­czo­wym ele­men­tem: w ak­cie de­spe­rac­kiej od­wagi i zu­chwa­łej na­dziei po­sta­wiła wszystko na jedną kartę - sło­neczną po­godę. Musi po­le­gać na swoim szczę­ściu i pro­gno­zach z ostat­nich dni. Kiedy wstaje z łóżka i roz­suwa za­słony, niebo jest bez­chmurne. Wręcz nie­sa­mo­wi­cie, osza­ła­mia­jąco błę­kitne z nutką je­sien­nego zimna w po­wie­trzu. Wy­cho­dzi na bal­kon i do oczu na­pły­wają jej łzy - czyli szczę­ście zu­peł­nie jej nie opu­ściło. Wkłada szla­frok i wy­cho­dzi do ogrodu. Prze­stronna biała przed­wo­jenna willa po­kryta czarną gla­zu­ro­waną da­chówką ja­śnieje na tle błę­kitu nieba. Kla­syczny i przy­ja­zny dom przy­po­mina za­dbaną do­brze zbu­do­waną ko­bietę, któ­rej wieku nie spo­sób od­gad­nąć. Wy­gląda, jakby się uśmie­chał. Jest prze­piękny. Sta­nowi zu­peł­nie osobną ka­te­go­rię, z któ­rej nic zdoła go usu­nąć. To ża­ło­sne, ale do oczu znów na­bie­gają jej łzy. Ma­te­riały bu­dow­lane wy­so­kiej ja­ko­ści, naj­lepsi fa­chowcy, grun­towne prace re­no­wa­cyjne. Gdy pa­trzy się na bu­dy­nek, wi­dać, że ktoś do­brze się nim zaj­mo­wał. Praca, którą weń wkła­dała przez wiele lat, była tego warta - nie można się do ni­czego przy­cze­pić. Ich wspólna hi­sto­ria jest po­wią­zana z tym miej­scem. Spę­dzili tu naj­lep­sze lata, Kri­stian ma tego świa­do­mość. Nie­moż­liwe, by dało się za­po­mnieć o mi­nio­nych chwi­lach. Wszyst­kie wspólne tra­dy­cje, to, co ra­zem zbu­do­wali, cen­trum ich ży­cia znaj­duje się wła­śnie tu­taj. Tu byli szczę­śliwi. Line i Kri­stian znają różne osoby, które na ja­kiś czas prze­pro­wa­dzają się za gra­nicę. Od­de­le­go­wują ich tam z pracy albo sami po­sta­na­wiają, że prze­niosą się ra­zem z ro­dzi­nami i całą dzia­łal­no­ścią za­wo­dową do Lon­dynu, Du­baju, No­wego Jorku, Mo­nako, Luk­sem­burga, aby spró­bo­wać cze­goś no­wego. Na­zy­wają to "no­wymi wy­zwa­niami". Wy­jeż­dżają znę­ceni ko­rzyst­niej­szym kli­ma­tem po­dat­ko­wym, urzą­dzają się tam jako pro­fe­so­ro­wie na uczel­niach albo two­rzą prze­myślne kon­struk­cje spółek biz­ne­so­wych i po kilku la­tach wra­cają do domu jesz­cze ma­jęt­niejsi, z od­set­kami od od­se­tek na kon­tach, roz­ta­cza­jąc wo­kół sie­bie aurę za­gra­nicy. Line ich nie ro­zu­mie. Lubi po­dró­żo­wać, ale za­wsze tę­skni za Da­nią. Dom jest dla niej wszyst­kim, ma­rzy tylko o tym, żeby być ze swoją ro­dziną wła­śnie tu­taj, w tej willi, którą do­piesz­czała przez ostat­nie osiem­na­ście lat, zu­peł­nie jakby była jej czwar­tym dziec­kiem. Line kie­ro­wała dwiema re­no­wa­cjami i jedną prze­bu­dową i za każ­dym ra­zem oka­zy­wała się skru­pu­latną kie­row­niczką, sie­dzącą na końcu stołu pod­czas każ­dego spo­tka­nia do­ty­czą­cego re­ali­zo­wa­nych prac, głę­boko za­an­ga­żo­waną we wszyst­kie fazy i szcze­góły. Kilka lat temu wśród lo­kal­nej spo­łecz­no­ści ich willa zo­stała wy­brana Do­mem Roku. Jest go­ścinna i prze­stronna. Pa­nuje w niej szcze­gólna at­mos­fera: wszy­scy lu­bią tu prze­by­wać. Swo­bod­niej się tu­taj od­dy­cha i każdy na­tych­miast czuje się w tych wnę­trzach jak w domu. Pod tym ad­re­sem ro­dziny z klas uprzy­wi­le­jo­wa­nych miesz­kały od po­nad stu lat - lu­dzie, któ­rzy dbali o swoje rze­czy i do­ce­niali piękno oto­cze­nia. Line ad­mi­ni­stro­wała tą spu­ści­zną po ro­dzi­nie męża w spo­sób do­sko­nały. Willa stoi ni­czym po­mnik pie­czo­ło­wi­to­ści i po­rządku, sztuki stwa­rza­nia ogni­ska do­mo­wego, w któ­rym kształ­tują się i roz­wi­jają ko­lejne jed­nostki. Po­mnik nie­złom­no­ści i cięż­kiej pracy. Kri­stian do­ra­stał w tym domu i wró­cił do niego, gdy sam za­ło­żył ro­dzinę. Bo jest to miej­sce, do któ­rego się po­wraca. Dom, który do­maga się sza­cunku i tre­ści. Sta­nowi do­sko­nałe ramy dla przy­jęć i dni upły­wa­ją­cych na bez­tro­sce, a także dla sta­bil­nego i szczę­śli­wego ży­cia ro­dzin­nego. Line znów do oczu na­pły­wają łzy.

***

O dzie­sią­tej, do­kład­nie tak jak za­pla­no­wała, ogród tętni przy­go­to­wa­niami do przy­ję­cia. Line za­trud­niła pra­cow­ni­ków do po­mocy, jej na­sto­let­nie dzieci także biorą w tym udział. Se­ba­stian i Jo­han roz­sta­wiają stoły, po­tem na­kry­wają je ob­ru­sami, So­fie ścina róże o tej sa­mej dłu­go­ści i wkłada je do ma­łych wa­zo­nów, do każ­dego po jed­nej, żeby unik­nąć zbęd­nej prze­sady. Go­ście zja­wią się o szes­na­stej. Ekipa ku­cha­rzy, z któ­rych usług Line za­zwy­czaj ko­rzy­sta, wła­śnie do­kań­cza ostat­nie rze­czy, ale tylko pani domu ma cał­ko­wity ogląd sy­tu­acji. Kri­stian raz na ja­kiś czas za­gląda do ogrodu i nieco roz­tar­gniony pyta, czy może w czymś po­móc. Przez całe przed­po­łu­dnie wszy­scy człon­ko­wie ro­dziny wbie­gają do domu i z niego wy­bie­gają, każdy po­chło­nięty in­nymi obo­wiąz­kami. W pew­nym mo­men­cie cała piątka przy­pad­kowo spo­tyka się na ta­ra­sie. Line wzru­sza wi­dok Kri­stiana i dzieci, tak za­ab­sor­bo­wa­nych do­kań­cza­niem jej dzieła. Pra­gnie uwiecz­nić tę chwilę. Przy­pro­wa­dza jedną z po­moc­nic ku­chen­nych i prosi, żeby zro­biła im zdję­cie przed do­mem. Na fo­to­gra­fii wi­dać pięć uro­dzi­wych osób sto­ją­cych przed otyn­ko­waną na biało willą w dziel­nicy Hel­le­rup. Pię­cioro człon­ków ro­dziny obej­mu­ją­cych się ra­mie­niem i uśmie­cha­ją­cych do ka­mery. "Praw­dziwa ze mnie szczę­ściara" - my­śli Line, przy­glą­da­jąc się zdję­ciu. Można ży­czyć so­bie cze­goś wię­cej? Praw­dziwa ro­dzina - ich mała wspól­nota ze­spo­jona sil­nymi wię­zami. Na tym zdję­ciu łą­czy się ze sobą wiele róż­nych ma­rzeń i aspi­ra­cji. Po pra­wej stoi męż­czy­zna w kwie­cie wieku, obok niego troje roz­pro­mie­nio­nych na­sto­lat­ków, a po pra­wej ko­bieta z dumą obej­mu­jąca wzro­kiem gro­madkę swo­ich dzieci. Gdyby po­pro­sić ja­kie­goś po­stron­nego ob­ser­wa­tora, żeby po­wie­dział, ja­kie sko­ja­rze­nia na­su­wają mu się z po­sta­ciami na zdję­ciu, pa­dłyby słowa ta­kie jak ro­dzina, nad­miar, suk­ces, do­bro­byt, do­bre ży­cie, so­li­dar­ność, ra­dość, wspól­nota, mi­łość. Wła­śnie taki sy­gnał ro­dzina Hvid­tów wy­syła ca­łemu światu, gdy w to so­bot­nie po­po­łu­dnie w po­ło­wie wrze­śnia otwiera po­dwoje swo­jego domu i ogrodu przy Ham­bros Allé 13 dla około osiem­dzie­się­ciorga go­ści. Kiedy za­pra­szają Line i Kri­stian, każdy przy­bywa z ra­do­ścią i czuje się za­szczy­cony, że zna­lazł się w gro­nie wy­bra­nych. Przy­ję­cia u Hvid­tów są do­pra­co­wane w każ­dym calu, wszystko jest tam prze­my­ślane i na ni­czym się nie oszczę­dza. Być go­ściem w domu pod trzy­nastką to jak tra­fić na kilka go­dzin do raju.

Ask

Sie­dzi w kucki i pró­buje ma­lo­wać dłu­gimi rów­nymi po­cią­gnię­ciami pędzla. Nie­wy­god­nie mu w tej po­zy­cji, bę­dzie mu­siał po­pra­wić prze­świty do­dat­kową war­stwą, ale i tak nie ma szans, żeby na ko­niec ład­nie wy­szło. Kiedy chce się ina­czej usta­wić, nie­chcący prze­wraca wia­derko z farbą. Na chod­niku roz­lewa się biała plama. Cały on. Roz­gląda się, żeby spraw­dzić, czy ktoś to wdział. Przy tej du­żej bia­łej willi stoi mnó­stwo sa­mo­cho­dów i od­święt­nie ubra­nych lu­dzi, lecz wszy­scy są za­jęci wi­ta­niem się, wno­sze­niem kwia­tów i pre­zen­tów, nikt nie zwraca uwagi na niego - złotą rączkę od sied­miu bo­le­ści. Ask bie­gnie do kuchni, skąd przy­nosi dwa wia­dra z go­rącą wodą i szczotkę. Po­lewa białą plamę wodą i za­czyna ją szo­ro­wać szyb­kimi ru­chami, ale tylko wszystko tym po­gar­sza. Ask zo­stał wła­ści­cie­lem domu. Przez lata cze­kał na oka­zję na rynku nie­ru­cho­mo­ści. Te­raz w końcu się wpro­wa­dzili. Miesz­kają tu za­le­d­wie dwa mie­siące, a on już zdą­żył znisz­czyć chod­nik przed do­mem. Gmina na pewno za­żąda od­szko­do­wa­nia za za­ma­lo­wane płyty. Ask za­wsze ma­rzył o za­miesz­ka­niu w do­brej dziel­nicy, w willi z bia­łym ogro­dze­niem. Nie pa­mięta, kiedy ten po­mysł za­świ­tał mu w gło­wie - zu­peł­nie jakby za­wsze tam był: piękny dom po­kryty gla­zu­ro­waną da­chówką, biały płot, może na­wet maszt w ogro­dzie z po­wie­wa­jącą na nim duń­ską flagą. Wła­śnie tak chciał miesz­kać. Te­raz ma ogro­dze­nie, o któ­rym ma­rzył, trzeba je tylko po­ma­lo­wać.

***

Do nie­dawna on i Cille zaj­mo­wali miesz­ka­nie w ka­mie­nicy na czwar­tym pię­trze, pod­czas gdy ceny nie­ru­cho­mo­ści upar­cie ro­sły. Przez lata wy­słu­chi­wał prze­chwa­łek ko­le­gów z pracy o tym, jak dużo za­ro­bili na wzro­ście re­al­nej war­to­ści swo­ich do­mów wy­łącz­nie dla­tego, że ku­pili je we wła­ści­wym mo­men­cie. On także chciał do­stą­pić tej ziemi obie­ca­nej. Nie od­po­wia­dała mu sta­gna­cja wią­żąca się z by­ciem na­jemcą - cia­sne miesz­ka­nie na Fre­de­riks­bergu nie było jego na­tu­ral­nym miej­scem. Nie mógł znieść po­zo­sta­wa­nia w tyle za in­nymi. Sta­nie na ubo­czu i bierne ob­ser­wo­wa­nie wy­da­wało mu się kosz­ma­rem. Byli młodą ro­dziną, po­brali się nie­dawno i za­le­żało im na tym, żeby ich ży­cie wy­glą­dało do­kład­nie tak, jak to so­bie wy­ma­rzyli. Ask chciał wy­pro­wa­dzić się z cen­trum na przed­mie­ścia, gdzie jest wię­cej świa­tła i zie­leni, za­miesz­kać wśród do­mów z ce­gły na­le­żą­cych do mi­lio­ne­rów, wśród ży­wo­pło­tów i po­ma­lo­wa­nych na biało ogro­dzeń. Kie­ro­wał nim in­stynkt. On także chciał za­ra­biać na swo­jej nie­ru­cho­mo­ści, co wie­czór kłaść się spać we wła­snych ce­gla­nych czte­rech ścia­nach. Chciał być taki jak inni, ale wy­cze­ki­wana przez niego ide­alna kom­bi­na­cja ceny, lo­ka­li­za­cji na przed­mie­ściach i me­trażu długo nie chciała się po­ja­wić. Cille i Ask oglą­dali te same domy co wszyst­kie inne młode pary. Nie­dziela za nie­dzielą jeź­dzili na au­kcje nie­ru­cho­mo­ści do Tr?r?d, Ved­b?k, Or­drup, Vi­rum, Lyngby, Char­lot­ten­lund. Pary prze­li­cy­to­wy­wały się na­wza­jem pod­czas taj­nych rund au­kcyj­nych, zgła­sza­jąc swoje oferty w za­pie­czę­to­wa­nych ko­per­tach, pod­czas gdy domy sta­wały się co­raz droż­sze. Każdy chciał wy­szar­pać coś dla sie­bie. Ol­brzymi po­pyt i walka wszyst­kich ze wszyst­kimi spra­wiły, że ry­nek za­czął prę­żyć mu­skuły. Cille i Ask mieli dwoje ma­łych dzieci, któ­rym chcieli dać moż­li­wość wyj­ścia na świeże po­wie­trze, ubru­dze­nia się zie­mią i trawą, ba­wie­nia się w bez­piecz­nym oto­cze­niu wśród po­zo­sta­łych dzie­cia­ków z przed­mie­ścia. Ma­rzyli o wła­snym domu, o by­ciu u sie­bie. Ask mu­siał mieć to wszystko w jed­nym. Trudno im było się zde­cy­do­wać, zna­leźć wła­ściwe miej­sce. Cille wo­la­łaby zo­stać na Fre­de­riks­bergu, zna­leźć tam ja­kiś mniej­szy dom, naj­le­piej z choćby mi­kro­sko­pij­nym ogród­kiem. Ask naj­bar­dziej chciał za­miesz­kać w Ved­b?k, Rung­sted albo Gen­to­fte, wpro­wa­dzić się do prze­stron­nych po­miesz­czeń z ko­min­kiem, kuch­nią łą­czoną z sa­lo­nem, ma­rzył o mie­dzia­nych ryn­nach i wy­sy­pa­nych żwi­rem ścież­kach w ogro­dzie. Dla­czego mie­liby tylko się czymś za­do­wa­lać, a nie dą­żyć do tego, co naj­lep­sze? Dużo świa­tła, dużo prze­strzeni, za­dbane oto­cze­nie. In­te­re­su­jący są­sie­dzi, od­po­wiedni po­ziom.

- Przed­szkola, gdzie dzieci ba­wią się wśród zie­leni! Do­bre szkoły! Gen­to­fte jest znane ze swo­ich szkół - wy­li­czał, na co Cille spoj­rzała na niego uważ­niej.

Przez krótki czas była także mowa o Holte, ale Cille szybko ucięła dal­sze spe­ku­la­cje.

- Holte jest zbyt na­dęte - stwier­dziła.

- By­łaś tam w ogóle?

- Prze­jeż­dża­łam tam­tędy. Nie mo­gła­bym tam od­dy­chać.

Za­tem wy­brali miej­sce pod wzglę­dem men­tal­nym i geo­gra­ficz­nym pla­su­jące się mniej wię­cej w po­ło­wie drogi mię­dzy Fre­de­riks­ber­giem i Holte. Cille je za­pro­po­no­wała.

- Czy Hel­le­rup nie bę­dzie do­brym kom­pro­mi­sem? Może nie jest tam aż tak sno­bi­stycz­nie, jak mó­wią.

Gdy wresz­cie udało im się dojść do po­ro­zu­mie­nia, sprawy po­to­czyły się tak, jak za­wsze w przy­padku Aska: prze­sa­dził i ku­pił dom w naj­lep­szej lo­ka­li­za­cji z moż­li­wych. Spóź­nił się przy tym zde­cy­do­wa­nie w sto­sunku do sy­tu­acji ryn­ko­wej i go­spo­dar­czej. Ku­pili dom w sa­mym szczy­cie, nie da się tego ina­czej ująć. Gdyby ceny nie­ru­cho­mo­ści przy­rów­nać do łań­cu­cha gór­skiego, Ask i Cille do­ko­nali za­kupu na wierz­chołku Mo­unt Eve­re­stu. Za to nikt, po pro­stu nikt, nie mógł się przy­cze­pić do lo­ka­li­za­cji.