Line
Line szukała czegoś, co mogłaby zrobić. Chciałaby skupić na sobie uwagę męża, oddać mu cześć, oszołomić, tak aby wyczuł w tym szczerość intencji. Indian summer - tak to nazwała na zaproszeniach. Te słowa mają w sobie powiew lata, mimo że urodziny męża przypadają w połowie września. W głowie Line przewija się mnóstwo obrazów, wie dokładnie, jak wszystko powinno wyglądać. Poda proste zakąski, gotowe do chwycenia w palce i zjedzenia bez zbędnych ceregieli, bez trzech kompletów sztućców i ciężkostrawnych mięsnych dań na wielkich obiadowych talerzach - tutaj, w swoim ogrodzie. Wszystko musi być lekkie. Wyobraża sobie ożywione rozmowy prowadzone ponad długimi białymi stołami, wyszukane drinki. Późniejszą porą goście mogą zainicjować tańce na tarasie, najlepiej, żeby się to odbyło w spontaniczny sposób. Wśród obecnych będą młodzi, starzy i pojedyncze dzieci, a Kristian ucieszy się na ich widok. Zapamięta, że on i Line właśnie tacy są w swoim najlepszym wydaniu - parą, która wyprawia przyjęcia, gdzie piękno i lekkość stanowią zasadę przewodnią. Że właśnie na tym polega ich moc: są parą, która przedłuża lato dla rodziny i przyjaciół. Dokładają ponadprzeciętnych starań, gromadzą wokół siebie ludzi, nakrywają do stołu w ogrodzie, po zmroku zapalają pochodnie, na drzewach wieszają lampiony, podają nocne przekąski, jakich goście nigdy wcześniej nie posmakowali, i tak dalej. Duży biały bankietowy namiot zajmuje większą część ogrodu. Line poustawiała parasole grzewcze i zakupiła pięćdziesiąt identycznych koców z polaru na ekskluzywnej wyprzedaży w Rungsted Havn. Dobrze jest mieć coś takiego w zapasie przy tego typu okazjach. Chłopcy rozpalą ognisko na tyłach domu, chociaż nie wiadomo, czy nie są już na to zbyt duzi, na wszelki wypadek zaopatrzyła się w pianki, ciasto do opiekania na patyku oraz kiełbaski. Pościeliła także łóżka w pokojach w suterenie, gdyby jacyś goście potrzebowali noclegu. Upiekła bułki i rogaliki z makiem, które będzie można łatwo podgrzać na śniadanie. Poukładała je w zamrażalniku w przeźroczystych woreczkach oznaczonych datą, w każdym po osiem sztuk. W ten dzień, który Kristian zapamięta na zawsze, musi panować absolutnie wyjątkowa, ale bezpretensjonalna atmosfera - niczym musujący różowy płyn w wysokich smukłych kieliszkach. W jednym kieliszku dobrego szampana jest milion bąbelków - Line to wie, bo przeczytała o tym kiedyś w magazynie kulinarnym "Dobry Smak". Pewien francuski chemik spędził w laboratorium dwa lata, żeby dokładnie to policzyć. Dzisiejszego wieczoru Line poda swoim gościom miliony bąbelków, popłyną wartkim strumieniem, a w ogrodzie zapanują frywolna radość i atmosfera relaksu. Line wyprawi przyjęcie, jakiego jej goście nigdy nie zapomną. Wyrafinuje ten format do granic możliwości, uczyni go swoją specjalnością, wyłoży dziś na półmisek wszystko, co dobre i piękne, a następnie poda swojemu mężowi - i go olśni, ni mniej, ni więcej. Taki właśnie będzie ten dzień. Dzień, który mówi wszystko. To przyjęcie jest deklaracją. Wyznaniem miłości. Ma wprawiać we wspaniały nastrój i oszałamiać. Line otworzy dla gości swój ogród, poda jedzenie i musujące wina, które wywołują radość i jednoczą. Wypełni dom światłem i kwiatami, a sobie pozwoli mieć nadzieję. Line chce odzyskać swoje życie i swojego męża.
***
Na początku nie planowała niczego wydumanego, co najwyżej spotkanie towarzyskie w miłym gronie. Potem jak zwykle zaskoczyło ją, że pomysł ewoluował do tak skomplikowanej postaci, gdy przyszło do opracowywania listy gości, wysyłania zaproszeń, robienia zakupów, przygotowywania potraw, wyboru kwiatów, wypożyczania stołów i krzeseł, najmowania personelu do obsługi. Wybrała kolor, który ma być motywem przewodnim całego przyjęcia. Line chce podać gościom grillowane krewetki tygrysie w czosnku i słodkim chili na patyczkach do szaszłyków, bliny z jasnym kawiorem oraz maciupeńkie kanapki z łososiem udekorowane kaparami i listkami trybuli, a do tego różowy francuski szampan. Właściciel sklepu z winami, w którym Line zwykle się zaopatruje, dopomógł jej z wyborem. W białym namiocie znajdą się także małe tarty malinowe, francuskie makaroniki w kolorze jeżyn, czerwone owoce nadziane na patyczki i czekoladowa fontanna. Większość jedzenia przygotowała własnoręcznie. Na stołach staną wazony z różowymi różami z ogrodu. Nawet Molly, ich stara suczka rasy golden retriever, otrzyma różową wstążkę na szyi, Sofie obiecała, że o to zadba. Kristian zawsze uwielbiał zapełniać gośćmi dom i ogród. Line zmobilizuje wszystkie siły, żeby podarować mu różowy dzień jak ze snu. Planowała to przyjęcie kilka miesięcy. Na początku nie wiedziała, czy się odważy. Potem zaczęła sporządzać listy rzeczy do zrobienia, jeździć na zakupy, piec kolejne specjały. Wczoraj o piątej trzydzieści rano stawiła się na aukcji warzywnej w Valby ramię w ramię ze sprzedawcami kwiatów i restauratorami, aby zdobyć najlepsze produkty na swoje przyjęcie. Nie zdołała zapanować jedynie nad jednym kluczowym elementem: w akcie desperackiej odwagi i zuchwałej nadziei postawiła wszystko na jedną kartę - słoneczną pogodę. Musi polegać na swoim szczęściu i prognozach z ostatnich dni. Kiedy wstaje z łóżka i rozsuwa zasłony, niebo jest bezchmurne. Wręcz niesamowicie, oszałamiająco błękitne z nutką jesiennego zimna w powietrzu. Wychodzi na balkon i do oczu napływają jej łzy - czyli szczęście zupełnie jej nie opuściło. Wkłada szlafrok i wychodzi do ogrodu. Przestronna biała przedwojenna willa pokryta czarną glazurowaną dachówką jaśnieje na tle błękitu nieba. Klasyczny i przyjazny dom przypomina zadbaną dobrze zbudowaną kobietę, której wieku nie sposób odgadnąć. Wygląda, jakby się uśmiechał. Jest przepiękny. Stanowi zupełnie osobną kategorię, z której nic zdoła go usunąć. To żałosne, ale do oczu znów nabiegają jej łzy. Materiały budowlane wysokiej jakości, najlepsi fachowcy, gruntowne prace renowacyjne. Gdy patrzy się na budynek, widać, że ktoś dobrze się nim zajmował. Praca, którą weń wkładała przez wiele lat, była tego warta - nie można się do niczego przyczepić. Ich wspólna historia jest powiązana z tym miejscem. Spędzili tu najlepsze lata, Kristian ma tego świadomość. Niemożliwe, by dało się zapomnieć o minionych chwilach. Wszystkie wspólne tradycje, to, co razem zbudowali, centrum ich życia znajduje się właśnie tutaj. Tu byli szczęśliwi. Line i Kristian znają różne osoby, które na jakiś czas przeprowadzają się za granicę. Oddelegowują ich tam z pracy albo sami postanawiają, że przeniosą się razem z rodzinami i całą działalnością zawodową do Londynu, Dubaju, Nowego Jorku, Monako, Luksemburga, aby spróbować czegoś nowego. Nazywają to "nowymi wyzwaniami". Wyjeżdżają znęceni korzystniejszym klimatem podatkowym, urządzają się tam jako profesorowie na uczelniach albo tworzą przemyślne konstrukcje spółek biznesowych i po kilku latach wracają do domu jeszcze majętniejsi, z odsetkami od odsetek na kontach, roztaczając wokół siebie aurę zagranicy. Line ich nie rozumie. Lubi podróżować, ale zawsze tęskni za Danią. Dom jest dla niej wszystkim, marzy tylko o tym, żeby być ze swoją rodziną właśnie tutaj, w tej willi, którą dopieszczała przez ostatnie osiemnaście lat, zupełnie jakby była jej czwartym dzieckiem. Line kierowała dwiema renowacjami i jedną przebudową i za każdym razem okazywała się skrupulatną kierowniczką, siedzącą na końcu stołu podczas każdego spotkania dotyczącego realizowanych prac, głęboko zaangażowaną we wszystkie fazy i szczegóły. Kilka lat temu wśród lokalnej społeczności ich willa została wybrana Domem Roku. Jest gościnna i przestronna. Panuje w niej szczególna atmosfera: wszyscy lubią tu przebywać. Swobodniej się tutaj oddycha i każdy natychmiast czuje się w tych wnętrzach jak w domu. Pod tym adresem rodziny z klas uprzywilejowanych mieszkały od ponad stu lat - ludzie, którzy dbali o swoje rzeczy i doceniali piękno otoczenia. Line administrowała tą spuścizną po rodzinie męża w sposób doskonały. Willa stoi niczym pomnik pieczołowitości i porządku, sztuki stwarzania ogniska domowego, w którym kształtują się i rozwijają kolejne jednostki. Pomnik niezłomności i ciężkiej pracy. Kristian dorastał w tym domu i wrócił do niego, gdy sam założył rodzinę. Bo jest to miejsce, do którego się powraca. Dom, który domaga się szacunku i treści. Stanowi doskonałe ramy dla przyjęć i dni upływających na beztrosce, a także dla stabilnego i szczęśliwego życia rodzinnego. Line znów do oczu napływają łzy.
***
O dziesiątej, dokładnie tak jak zaplanowała, ogród tętni przygotowaniami do przyjęcia. Line zatrudniła pracowników do pomocy, jej nastoletnie dzieci także biorą w tym udział. Sebastian i Johan rozstawiają stoły, potem nakrywają je obrusami, Sofie ścina róże o tej samej długości i wkłada je do małych wazonów, do każdego po jednej, żeby uniknąć zbędnej przesady. Goście zjawią się o szesnastej. Ekipa kucharzy, z których usług Line zazwyczaj korzysta, właśnie dokańcza ostatnie rzeczy, ale tylko pani domu ma całkowity ogląd sytuacji. Kristian raz na jakiś czas zagląda do ogrodu i nieco roztargniony pyta, czy może w czymś pomóc. Przez całe przedpołudnie wszyscy członkowie rodziny wbiegają do domu i z niego wybiegają, każdy pochłonięty innymi obowiązkami. W pewnym momencie cała piątka przypadkowo spotyka się na tarasie. Line wzrusza widok Kristiana i dzieci, tak zaabsorbowanych dokańczaniem jej dzieła. Pragnie uwiecznić tę chwilę. Przyprowadza jedną z pomocnic kuchennych i prosi, żeby zrobiła im zdjęcie przed domem. Na fotografii widać pięć urodziwych osób stojących przed otynkowaną na biało willą w dzielnicy Hellerup. Pięcioro członków rodziny obejmujących się ramieniem i uśmiechających do kamery. "Prawdziwa ze mnie szczęściara" - myśli Line, przyglądając się zdjęciu. Można życzyć sobie czegoś więcej? Prawdziwa rodzina - ich mała wspólnota zespojona silnymi więzami. Na tym zdjęciu łączy się ze sobą wiele różnych marzeń i aspiracji. Po prawej stoi mężczyzna w kwiecie wieku, obok niego troje rozpromienionych nastolatków, a po prawej kobieta z dumą obejmująca wzrokiem gromadkę swoich dzieci. Gdyby poprosić jakiegoś postronnego obserwatora, żeby powiedział, jakie skojarzenia nasuwają mu się z postaciami na zdjęciu, padłyby słowa takie jak rodzina, nadmiar, sukces, dobrobyt, dobre życie, solidarność, radość, wspólnota, miłość. Właśnie taki sygnał rodzina Hvidtów wysyła całemu światu, gdy w to sobotnie popołudnie w połowie września otwiera podwoje swojego domu i ogrodu przy Hambros Allé 13 dla około osiemdziesięciorga gości. Kiedy zapraszają Line i Kristian, każdy przybywa z radością i czuje się zaszczycony, że znalazł się w gronie wybranych. Przyjęcia u Hvidtów są dopracowane w każdym calu, wszystko jest tam przemyślane i na niczym się nie oszczędza. Być gościem w domu pod trzynastką to jak trafić na kilka godzin do raju.