Ułamki - Juliusz Słowacki

Kup ebooka

34.90 zł
28.97 zł (28,62 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

WIERSZE

.

Wiersz w sztambuchu Ludwika Szpitznagla wyjeżdżającego do Egiptu 1827 r. 22 lutego

Ludwiku! jak dwie gwiazdy podobne na niebie

Wiecznie nieznana siła oddala od siebie,

Tak i my na tej świata rozległej przestrzeni,

Choć myślą, sercem bliscy - losem rozłączeni.

Wkrótce, gdy ci na morzu jutrzenka zaświeci,

Kiedy usłyszysz w żaglach lekkie wiatru tchnienie,

Pomyśl, że to ostatnie przyjaźni westchnienie,

Które na skrzydłach myśli aż za tobą leci.

Jeden, jeden nam tylko skarb teraz zostaje:

Myśl, która nie zna tamy i za sercem płynie:

Ona ciebie przeniesie w twe rodzinne kraje,

A mnie na brzegi Nilu w Afryki pustynie.

Pozwól więc, pozwól bujać swojej wyobraźni,

Poświęć chwilę wspomnieniom i szczerej przyjaźni!

Niestety, jak dwie gwiazdy podobne na niebie,

Wiecznie nas przeznaczenie oddali od siebie.

.

Paryż

Patrz! przy zachodzie, jak z Sekwany łona

Powstają gmachy połamanym składem,

Jak jedne drugim wchodzą na ramiona,

Gdzieniegdzie ulic poświecone śladem.

Gmachy skręconym wydają się gadem,

Zębatą dachów łuską się najeża.

A tam - czy żądło oślinione jadem?

Czy słońca promień? czy spisa rycerza?

Wysoko - strzela blaskiem ozłocona wieża.

Nowa Sodomo! pośród twych kamieni

Mnoży się zbrodnia bezwstydna widomie,

I kiedyś na cię spadnie deszcz płomieni

Lecz nie deszcz Boży, nie zamknięty w gromie,

Sto dział go poszle... A na każdym domie

Kula wyryje straszny wyrok Boga,

Kula te mury przepali, przełomie,

I wielka na cię spadnie kiedyś trwoga,

I większa jeszcze rozpacz - bo to kula wroga...

I już nad miastem wisi ta dział chmura,

Dlatego ludu zasępione tłumy,

Dlatego ciemność ulic tak ponura,

Przeczuciem nieszczęść zbłąkane rozumy;

Bez echa kona słowo próżnej dumy,

O wrogach ciągłe toczą się rozmowy...

A straż ich przednia, już północne dżumy

Obrońców ludu pozwiewały głowy,

I po ulicach ciągły brzmi dzwon pogrzebowy.

Czy wrócą czasy tych świętych tajemnic,

Kiedy tu ludzie zbytkiem życia wściekli,

Jedni pod katem, drudzy w głębi ciemnic,

Inni ponurzy, bladzi, krwią ociekli,

Co kiedy śmieli pomyśleć - wyrzekli.

Lud cały kona, katy i obrońce,

Dnia im nie stało, aby się wysiekli;

I przeczuwając krwawej zorzy końce,

Jak Jozue wołali: Dnia trzeba - stój, słońce!

I nie stanęło - pomarli - przedwcześnie,

Lecz zostawili pamiątki po sobie,

Kraj po rozlewie krwi tonący we śnie,

I lud, nie po nich, ubrany w żałobie,

Krwi trójcę w jednej wcieloną osobie[1].

Ten jak rodyjski posąg, świecznik trzyma,

I jedną nogę wsparł na martwych grobie,

Drugą na zamku królów... Gdzie oczyma

Sięgnął - tam wnet i ręką dostawał olbrzyma.

A kiedy posąg walił się z podstawy,

Tysiące ludu sławą się dzieliło,

Każdy się okrył łachmanem tej sławy,

Każdemu było dosyć - nadto było...

Marzą o dawnej sławie nad mogiłą,

I pod kolumną spiżu wszyscy posną[2];

Choć cięcie kata głowę z niej straciło,

Choć na niej może jak na gruzach, z wiosną

Chwasty i z lilijami Burbonów porosną.

Tu dzisiaj Polak błąka się wygnany,

W nędzy - i brat już nie pomaga bratu.

Wierzby płaczące na brzegach Sekwany,

Smutne są dla nas jak wierzby Eufratu.

I całej nędzy nie wyjawię światu...

Twarze z marmuru - serca marmurowe,

Drzewo nadziei bez liścia i kwiatu

Schnie, gdy wygnaniec złożył pod nim głowę,

Jak nad prorokiem Judy schło drzewo figowe.

????????????????????????????????????

Z dala od miasta szukajmy napisów,

Gdzie wielki cmentarz zalega na górze[3].

O! jak tu smutno, kędy wśród cyprysów

Pobladłe w cieniu chowają się róże.

A pod stopami - dalej - miasto w chmurze,

Topi się we mgłach gasnących opalu...

A dla żałobnych rodzin przy tym murze,

Przedają wianki z płótna lub z perkalu,

Aby dłużej świadczyły o kupionym żalu.

Patrz znów w mgłę miejską - oto wież ostatki,

Gotyckim kunsztem ukształcona ściana[4].

Rzekłbyś - że zmarła matka twojej matki,

W czarne brabanckie korónki ubrana,

Z chmur się wychyla jak duch Ossyjana...

Ludzi nie dojrzysz... Lecz nad mgłami fali,

Stoją posągi (gdzie płynie Sekwana[5]),

Jakby się w Styksu łodzi zatrzymali,

I przed piekła bramami we mgłach stoją biali...

Tam gmachy Luwru, gdzie tron Baltazara,

A na nim siedział wyrobnik umarły...[6]

Przez dnie lipcowe panowała mara,

U nóg jej ludzie snuli się jak karły;

Bo nad nią cienie śmierci rozpostarły

Wielkość olbrzymią - był to król narodu.

I aksamity krew mu z czoła starły,

Lecz jego dzieci umierały z głodu,

Zaczął dynastią trupów, był ostatnim z rodu.

.

Rozłączenie

Rozłączeni - lecz jedno o drugim pamięta;

Pomiędzy nami lata biały gołąb smutku

I nosi ciągłe wieści. - Wiem, kiedy w ogródku,

Wiem, kiedy płaczesz w cichej komnacie zamknięta.

Wiem, o jakiej godzinie wraca bólu fala,

Wiem, jaka ci rozmowa ludzi łzę wyciska.

Tyś mi widna jak gwiazda, co się tam zapala

I łzą różową leje, i skrą siną błyska.

A choć mi teraz ciebie oczyma nie dostać,

Znając twój dom - i drzewa ogrodu i kwiaty,

Wiem, gdzie malować myślą twe oczy i postać,

Między jakimi drzewy szukać białej szaty.

Ale ty próżno będziesz krajobrazy tworzyć,

Osrebrzać je księżycem - i promienić świtem.

Nie wiesz, że trzeba niebo zwalić, i położyć

Pod oknami, i nazwać jeziora błękitem.

Potem jezioro z niebem dzielić na połowę

W dzień zasłoną gór jasnych, w nocy skał szafirem;

Nie wiesz, jak włosem deszczu skałom wieńczyć głowę,

Jak je widzieć w księżycu odkreślone kirem.

Nie wiesz, nad jaką górą wschodzi ta perełka,

Którąm wybrał dla ciebie za gwiazdeczkę stróża.

Nie wiesz, że gdzieś daleko, aż u gór podnóża,

Za jeziorem - dojrzałem dwa z okien światełka.

Przywykłem do nich - kocham te gwiazdy jeziora,

Ciemne mgłą oddalenia, od gwiazd nieba krwawsze.

Dziś je widzę, widziałem zapalone wczora,

Zawsze mi świecą - smutno i blado - lecz zawsze...

A ty - wiecznie zagasłaś nad biednym tułaczem;

Lecz choć się - nigdy - nigdzie połączyć nie mamy,

Zamilkniemy na chwilę i znów się wołamy

Jak dwa smutne słowiki, co się wabią płaczem.

Nad jeziorem Leman, d. 20 lipca 1835 r.

.

Chmury

Do was, chmury,

Wzrok ponury

Skrą i łzami!

Sam na ziemi

Pod czarnemi

Chmur wiankami.

Jak duch trumny,

Smutkiem dumny,

Nad szmer domów,

Trzymam skronie

Tam - w koronie

Chmur i gromów.

Gdzie wam droga,

Chmury Boga!

Mnie weźmiecie.

Bo ja ciemny,

Mgłą tajemny,

Sam na świecie.

Tam! za wami,

Gdzie wichrami

Burza kręci,

Łzą do łzawic,

Do błyskawic

Skrą pamięci.

Lecę! błyskam!

Skrami ciskam,

Jutro zmarły.

Patrzcie na mnie,

Żyjcie za mnie,

Ludzie! karły!

Tu wam, ludzie,

Na ziem grudzie

Mogił grzędy:

Gdzie chmur droga

Z wichrem Boga,

Mnie tamtędy!

Veytoux, 21 lipca wieczór, 1835 r.

.

Rzym

Nagle mię trącił - płacz na pustym błoniu:

"Rzymie! nie jesteś ty już dawnym Rzymem".

Tak śpiewał pasterz trzód, siedząc na koniu.

Przede mną mroczne błękitnawym dymem

Sznury pałaców pod Apeninami,

Nad nimi kościół ten... co jest olbrzymem.

Za mną był morski brzeg, i nad falami

Okrętów tłum, jako łabędzie stado,

Które ogarnął sen pod ruinami.

I zdjął mię wielki płacz, gdy tą gromadą

Poranny zachwiał wiatr, i pędził dalej

Jakby girlandę dusz w błękitność bladą.

I zdjął mię wielki strach, gdy poznikali

Ci aniołowie fal - a ja zostałem

W pustyni sam - z Rzymem, co już się wali.

I nigdy w życiu takich łez nie lałem,

Jak wtenczas - gdy mnie spytało w pustyni

Słońce, szydzący Bóg - czy Rzym widziałem?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
?

Korowód myśli w czarnym welonie[1]

ADAM WIEDEMANN

W takiej sytuacji nawet Słowackiemu zabrakłoby rymów.

[Wiktor Woroszylski, "Cyryl, gdzie jesteś?"]

1.

Nie wyobrażamy sobie dziś poezji polskiej bez Juliusza Słowackiego, acz jeszcze dość długo po jego śmierci spokojnie ją sobie bez niego wyobrażano. Trudno się zresztą dziwić, skoro wydawane własnym sumptem książeczki poety rozchodziły się w ilości kilkudziesięciu egzemplarzy i mało kto wyrażał się o nich pochlebnie. Co więcej, nawet teraz zdecydowana większość ludzi na świecie wyobraża sobie poezję bez poezji Słowackiego, w ogóle wyobraża ją sobie bez poezji polskiej, a jeśli już nawet poezję polską uwzględnia, to na pewno nie reprezentuje jej Słowacki. Jest to jeden z naszych "poetów nieprzetłumaczalnych" - żaden tłumacz się za niego nie zabiera, bo i tak wiadomo, że poniesie porażkę. Sam bym takiego poety nie czytał, gdyby był poetą słoweńskim albo węgierskim, zresztą ich nawet czytałem i żaden z nich nie dorasta Słowackiemu do pięt, bo w ogóle mało który poeta dorasta Słowackiemu do pięt, zwłaszcza romantyczny. Słowacki był co prawda romantykiem całą gębą (spójrzmy na jego gębę, tzn. twarz z portretu Tytusa Byczkowskiego), ale pisał wiersze nowoczesne, dwudziestowieczne, jego Duch źle obrał sobie epokę. Poznałem też człowieka, który przetłumaczył "Beniowskiego" na niemiecki[2] i nawet dostał za to Nagrodę im. Dedeciusa, jest to wszak taka raczej "polska" nagroda, Niemcy nie bardzo się nią przejęli, mają w końcu swojego Goethego, który co prawda umarł, by Słowackiemu zrobić miejsce, ale szybko zajął je Heine i nic z całej akcji nie wynikło.

Wszystko, co będę pisał tutaj o Słowackim, nie ma najmniejszego znaczenia, napisano już o nim tyle, że w tym oceanie wszystko zginie. Napisano oczywiście po polsku, bo w jakim innym języku miano by pisać? Mimo najszczerszych wysiłków nie udało mi się ogarnąć tej magmy ani nawet przeczytać tekściku, który sprawił mu chyba największą w życiu przyjemność, była to recenzja (po francusku!) z jego pierwszego tomiku opublikowana w miesięczniku Revue Europeénne[3]. Nie było to pismo byle jakie: dotarło aż do Genewy, gdzie Słowackiego poinformowała o tym koleżanka pani Pattey, właścicielki pensjonatu, w którym mieszkał. Co to musiało być za wydarzenie! On sam pisze o tym oczywiście w tonie nieco buffo, acz cieszy się najzupełniej poważnie, zwłaszcza że dołączono do tekstu recenzji przekład całego "Araba", co wzbudziło w poecie natychmiastową nadzieję, że przetłumaczony zostanie również "Lambro", który jako romans może się podobać[4]. Nie spodobał się, koniec pieśni, acz wyobraźmy sobie, że teraz tomik jakiegokolwiek polskiego debiutanta recenzowany jest w jakiejkolwiek paryskiej Revue. Nawet za czasów Giedroycia było to najzupełniej niemożliwe, nie mówiąc o czasach dzisiejszych, gdy umarł już nawet Maciej Niemiec, ostatni polski poeta mieszkający w Paryżu. Słowacki odniósł więc sukces niebagatelny, acz bez dalszych konsekwencji. Jego drugim podobnym osiągnięciem było wystawienie "Mazepy" po niemiecku w Budapeszcie, ale o tym się ponoć nigdy nie dowiedział.

Ten nasz najwybitniejszy poeta liryczny nie wydał w ogóle w ciągu życia ani jednego zbioru wierszy: w swoich książkach umieszczał dramaty bądź powieści poetyckie. Wierszy opublikował (bądź mu opublikowano) dziewiętnaście, co dziś złożyłoby się na jakiś późny tomik Ewy Lipskiej, lecz wtedy zbiory wierszy wydawano sążniste (powinny były mieć co najmniej ze sto stron). Szkoda, że Słowacki się na to nie zdobył, przynajmniej wiedzielibyśmy, co cenił sobie bardziej, a co mniej, ale może i lepiej, że nie wiemy, niekoniecznie najlepsze jest to, co opublikowane. Policzono, że w chwili śmierci siedemdziesiąt pięć procent jego twórczości stanowiły inedita. W przypadku wierszy ten odsetek się powiększa, dochodzi do dziewięćdziesięciu. Można by dojść do wniosku, że nie traktował ich zbyt poważnie, i może nawet nie jest to wniosek aż tak całkiem niesłuszny. Słowacki chciał być Wodzem, Królem, Bogiem, a tego za pomocą wierszyków się nie osiąga. Z drugiej strony był mistrzem form ulotnych: wpisu sztambuchowego, listu poetyckiego, fragmentu. Całkiem możliwe, że sporej części tych utworów sam nawet nie pamiętał, nie miał ich w swoich zbiorach. Tu po raz pierwszy dochodzimy do meritum, czyli do pytania, o co chodzi w tej książeczce, którą dla Państwa opracowuję.

Najpierw jednak dygresja z dziedziny muzyki. Każdy z kompozytorów ma w swoim dorobku taki utwór lub utwory, które są, owszem, wspaniałe i cudowne, ale tak znane, że aż wstyd ich słuchać. W przypadku Bacha jest to Toccata i Fuga d-moll BWV 565, w przypadku Mozarta "Eine kleine Nachtmusik", w przypadku Beethovena Piąta Symfonia itd. Słuchamy ich z jakimś zażenowaniem, zawsze na granicy perwersji, bo jednak zdarzają się w życiu momenty, w których mamy ochotę ich posłuchać. Albo nawet musimy. Słowacki wiele takich utworów popełnił i są one w swojej doskonałości doskonałe, ale ja ich tu nie chcę, nie uwzględniam. Albo inaczej: niektórych nie, inne tak, bo jednak nie wyobrażam sobie tej książeczki bez nich. Choć przecież (wracam do początku) mógłby to być zbiór pusty - wszyscy by sobie dośpiewali.

2.

Ojcem poezji - jej bogiem - jej drwalem / Ten chory człowiek z drżącym kręgosłupem / Z twarzą tak sztywną jakby bicz ją przeciął / Lub cień / Mknącego po obłokach diabła[5]. Przepraszam za ten długi cytat, przerwałem tamten rozdział, bo nie chcę jeszcze opowiadać o swojej koncepcji, wolę tymczasem przez chwilę o czymś innym. Ten cytat jest z Grochowiaka i pewnie w zamyśle dotyczy jego samego, ale w zarodku (i moim zdaniem) dotyczy Słowackiego. Słowacki był zresztą Bogiem, czego dowodzi autorski przypis do "Genezis z Ducha", z którego zacytuję fragment: Bo ja, jeżeli równocześnie z Bogiem było, to człowiek Boga rówiennikiem[6] (autor ma tu na myśli "ja" w rozumieniu pokrewnym psychoanalizie, której oczywiście nie znał). Nie był "Bogiem poezji", był Bogiem w sensie: kawałkiem Boga, który rozprzestrzenia się poprzez Słowo. Słowo - Słowacki: to mu się kojarzyło, zresztą słusznie. Pośrednio jednak stał się "bogiem", to znaczy: przedmiotem ubóstwienia. Stało się to za sprawą poetów młodopolskich, którzy docenili co prawda również Norwida, ale Słowackiego przyjęli po prostu naturalnie, jako swojego pobratymca. Wtedy to właśnie został uznany za wieszcza, i to nawet wieszcza naczelnego, Mickiewicz był już bowiem wieszczem nieco przebrzmiałym, a Krasiński - wieszczem dodatkowym. Był to ten moment, w którym Ignacy Matuszewski uznał Słowackiego za najlepszego poetę romantycznego w ogóle[7], co - jak sądzę - nie jest aż taką nieprawdą, chyba nawet jest prawdą.

Tak czy owak, Słowacki zasilił cały początek XX wieku swoimi pomysłami, które uległy oczywiście takiemu udostępnieniu i eksploatacji, że na całe Dwudziestolecie został mu jeden Lechoń, który stał na warcie przy jego trumnie, gdy była sprowadzana do Polski, i napisał ten ładny wiersz o jego włosach. Ich los skądinąd pozostaje nieznany, nie wiemy bowiem czy zostały pochowane wraz z czaszką, piszczelą i skarpetką, czy też prof. Papillant podczas swoich badań (czyli napełniania czaszki piaskiem i następnie określania jej objętości) nie usunął ich i nie wyrzucił. Włosy miały dla Słowackiego-mistyka ogromne znaczenie, więc i mnie byłoby przykro, gdyby nie znalazły się wraz z nim w ostatecznej trumnie, w której teraz spoczywa. Los skarpetki też zresztą nie jest znany.

Tymczasem oddaliłem się jednak od czegoś, o czym chciałem napisać. Jedynym naturalnym pobratymcem Słowackiego był oczywiście Leśmian, który dopiero w Międzywojniu rozwinął się tak, że mógł iść ze swoim mistrzem w zawody. Poszedł w nie i jest to bardzo ciekawe, gdyż u niego nie mamy co prawda do czynienia z próbą stworzenia systemu metafizycznego, acz obecnie już próbujemy odtworzyć ten system, który okazuje się w wielu punktach zbieżny z systemem, który bezskutecznie usiłował stworzyć Słowacki. Są to systemy komplementarne. Zauważmy, że obaj odmawiają Bogu Boskiej mocy, lecz każdy na swój sposób. Słowacki kładąc nacisk na działalność Duchów, którym Bóg (sprowadzony do roli jakiegoś kosmicznego super-marketu) jedynie "użycza" tego czy owego, Leśmian - wykorzystując chętnie figurę Boga osobowego, który właśnie przez tę swoją osobowość pozbywa się wszechmocowych kompetencji i pozostawia swoich podopiecznych samym sobie. Słowacki był mistykiem (za takiego się uznał), Leśmian był "znawcą zaświatów", rozpoznania Leśmiana dotyczą tego, o czym Słowacki zaledwie napomykał. Jest to fascynujące, ale na tym poprzestańmy, idźmy dalej, dodając może, iż tym, co ich łączy, jest również absolutne mistrzostwo.

Leśmian nie pozostawił po sobie właściwie żadnych fragmentów, wszystko miał dokończone i wykończone. Co innego Słowacki: zwykle niczego nie kończył (w ostatniej dekadzie jego życia tak rzeczywiście było) i spojrzenia na tę kwestię mogą być bardzo różne. Po pierwsze: romantyczna "poetyka fragmentu", pozostawianie nowych dzieł w stanie "ruiny", gdyż (wtedy właśnie zaczęto interesować się ruinami) ruina jest poetyczniejsza od ukończonej budowli, przez swoje okaleczenie zyskuje dodatkowy walor. Po drugie: fragment jako "nasienie" pozostawione do rozwinięcia później (określenie Novalisa), niekoniecznie przez tego samego autora. Po trzecie (tu sobie uzurpuję wymyślenie tego wymysłu): fragment, gdyż wiersz się skończył zanim się skończył, to znaczy zanim jego struktura formalna uległa dopełnieniu - jest to zjawisko tzw. przedwczesnej puenty. Po czwarte: kwestie losowe, odejście od stolika (Słowacki pisał przy stoliku, nie przy biurku, tak twierdzą badacze), bo ktoś zadzwonił, przyszedł, skończyła się kawa.

Słowacki, aczkolwiek najbardziej znany ze swoich wykończonych "przebojów", jest poetą fragmentu, to właśnie najbardziej mnie w nim interesuje. A właściwie interesuje mnie kwestia znacznie potężniejsza: czy te fragmenty są rzeczywiście wierszami, czy on sam by je za takie uznał. Istnieje w nich niewątpliwy i wręcz ogromny ładunek, który potem ulegał wielokrotnemu wystrzeleniu, ale wciąż nurtuje mnie kwestia: czy fragmenty są dziełami sztuki.

Obecnie ta kwestia wydaje się może drugorzędna, dziełami sztuki bywają bowiem rzeczy znacznie gorsze, nawet nie fragmenty, ale jakieś myślątka, proste skojarzenia, lecz w czasach Słowackiego tak nie było. Z drugiej strony rzecz biorąc, te właśnie jego fragmenty wydają się dziś znacznie mocniej dziełami sztuki, gdyż przypominają dzisiejsze dzieła sztuki. To nie musiało być aż tak całkiem zamierzone, choć przecież mogło. Weźmy chociażby dwa różnorodne podejścia do mistycznego corpus: z jednej strony traktuje się to jako bałagan, coś uniemożliwiającego skutecznie własną publikację; z drugiej - jest to hipertekst, coś wspanialszego od każdej dopieszczonej struktury, coś uzasadniającego nowoczesne formy podawcze, które zresztą wciąż jeszcze nie są w stanie temu sprostać.

3.

Ciekawe, co by to było, gdyby Słowacki posiadał komputer. Nie posiadał właściwie niczego (w tej chwili jest to niewyobrażalne): nie miał łazienki, nie miał telewizora, nie miał lodówki i nie miał pralki, nie miał właściwie nic, co my mamy, nawet lampy, z luksusowych urządzeń posiadał zaledwie kawiarkę oraz fajkę wodną przywiezioną z Syrii. Mieszkał zwykle na piątym piętrze bez windy (w Paryżu takie mieszkania do dziś są najtańsze), po mieście poruszał się zazwyczaj pieszo, nie był bardzo biedny, ale nie był też bogaty. Żył z pieniędzy od matki, które w pewnym momencie zaczął pomnażać na giełdzie i nawet mu się to udawało, ale był to okres dosłownie kilku lat, wtedy nawet pozwalał sobie na jeżdżenie pociągiem na wakacje. Wcześniej jednak, gdy jechał do Szwajcarii, musiał ze wszystkimi wysiadać z dyliżansu i biec pod górkę, bo inaczej konie by go nie uciągnęły. Sytuacja egzystencjalna Słowackiego jest dla mnie piekłem, jak można jeszcze tworzyć wśród takich niewygód? Z drugiej strony, przez całe życie nie robił właściwie nic poza byciem poetą - wyjąwszy okres zarobkowania w Warszawie, nie zajął się już nigdy pracą dla pieniędzy, bo wiemy, że na swoich publikacjach nie zarabiał ani grosza (jedynym wyjątkiem miała być francuska powieść "Król Ladawy", której jednak nie skończył).

(...)

?

poeci2 - ("poeci do kwadratu") - seria poetycka PIW-u zapoczątkowana w 2017 roku, w ramach której wybitny współczesny twórca dokonuje autorskiego wyboru wierszy jednego ze swoich "mistrzów poetyckich". Autor wyboru poprzedza go esejem, tłumaczącym fascynację wskazanym poetą, związki z nim lub ewolucję stosunku do niego i jego twórczości. Tekst ten jest również wyjaśnieniem, jakim kluczem autor posługiwał się podczas doboru i rozmieszczenia utworów w tomie. Tytuł każdej kolejnej edycji jest cytatem - wersem lub jego fragmentem - który na użytek tych książek staje się myślą przewodnią lektury.

.

W serii ukazały się:

?

Beata Obertyńska,

TARTA RÓŻA

(wybór i wstęp)

ANNA PIWKOWSKA

(2017)

?????

Tadeusz Różewicz,

I ZNÓW ZACZYNA SIĘ PRZESZŁOŚĆ

(wybór i wstęp)

JAN POLKOWSKI

(2018)

??

Władysław Broniewski,

WIOSNO, WARSZAWO, CÓRECZKO

(wybór i wstęp)

JACEK PODSIADŁO

(2018)

??????

Kazimiera Iłłakowiczówna,

NA NITCE DESZCZU

(wybór i wstęp)

ANNA PIWKOWSKA

(2019)

???

Jan Lechoń,

KASANDRA SIĘ MYLI

(wybór i wstęp)

WOJCIECH WENCEL

(2018)

???????

Stanisław Grochowiak,

PERŁOPŁAW NA PIASKU

(wybór i wstęp)

DARIUSZ BRZÓSKA BRZÓSKIEWICZ

(2019)

????

Julia Hartwig,

INNA WYSPA

(wybór i wstęp)

ANNA NASIŁOWSKA

(2018)