JEGO PODSTĘP
Jarałem szluga za szlugiem, wypiłem dwie butelki wina i półprzytomny dowlokłem się do rozpieprzonego salonu. Nie chciałem myśleć. W tym stanie niczego mądrego bym nie zaplanował, co najwyżej pogrążyłbym nas znacznie bardziej. Wolałem dać sobie na wstrzymanie.
Noc spędziłem na kanapie, by pozwolić Neli ochłonąć. Wiedziałem, że będzie zła, ale gdy wczoraj spojrzała na mnie jak na obcego człowieka, zrozumiałem swój błąd. Miałem ją chronić, a wyrządziłem krzywdę, w dodatku sam ściągnąłem na nią niebezpieczeństwo. Byłem idiotą, sądząc, że zwykłe przeprosiny cokolwiek tutaj zmienią.
Niszczyłem nas. Rujnowałem, kurwa, jedyną dobrą rzecz w swoim życiu.
Kiedy wstałem, Kornelia jeszcze spała. Wziąłem prysznic i znów zajrzałem do sypialni, wówczas zastałem dziewczynę pochyloną nad walizką - wrzucała do niej ciuch za ciuchem, ledwie rejestrując moją obecność. Miała zaczerwienioną twarz, więc domyśliłem się, że płakała. To ścisnęło mnie za jaja.
- Co robisz? - Wszedłem głębiej do pokoju. - Nie polecisz ze mną do Polski.
Nie odpowiedziała. W milczeniu sięgnęła do szafy po kolejne ubrania.
- Słyszałaś, co powiedziałem? - wycedziłem. Wciąż nie zareagowała i dalej upychała rzeczy w bagażu. - Nela, przestań na moment. - Podszedłem bliżej. - Nela! - Wyrwałem wieszaki z jej dłoni i rzuciłem je na łóżko, dopiero wtedy na mnie spojrzała. Nie umiałem określić, co teraz czuła. Zdawała się jednocześnie rozwścieczona, przerażona i zawiedziona. Przytuliłbym ją, gdybym się nie bał, że mi ucieknie.
- Mogę lecieć z tobą albo wsiąść do następnego samolotu, bez różnicy. Na pewno tu nie zostanę.
- Zostaniesz - oświadczyłem twardo. - Sam zajmę się sprawą z Bernardem, a ty nigdzie się stąd nie ruszysz. Możesz znienawidzić mnie za to jeszcze bardziej, ale i tak cię ze sobą nie zabiorę, bo nie pozwolę ci ryzykować. Potem do ciebie wrócę i jakoś wszystko naprawię. Obiecuję.
Podejrzewałem, że tymi słowami zapewne niewiele zdziałam, jednak nie wiedziałem, co innego mógłbym powiedzieć. Była dla mnie najważniejsza, mimo to ją zdradziłem i sprawiłem ból. Zachowałem się jak skurwiel, który dba wyłącznie o siebie. Nie miałem prawa niczego przed nią zatajać, zdawałem sobie z tego sprawę, dlatego teraz pozostało mi jedynie zmierzyć się z konsekwencjami własnych wyborów.
- Nie nienawidzę cię. - Westchnęła. - Mam żal do samej siebie, bo chociaż powinnam, nie potrafię nawet być na ciebie zła. Wiedziałam, jaki jesteś, kiedy się z tobą związałam, więc oczekiwanie, że się zmienisz, to jak wiara w cuda. Po prostu myślałam, że ci wystarczam, niestety ty nie umiesz żyć normalnie. Potrzebujesz ryzyka, adrenaliny i całego tego szajsu, a ja... - Przełknęła ślinę. - Ja potrzebuję tylko ciebie - szepnęła.
Jej wypowiedź zabolała bardziej niż posypanie solą świeżych ran. Zasłużyłem.
- To nieprawda. - Przyciągnąłem Nelę do siebie, a gdy wtuliła się w moją klatkę piersiową, odetchnąłem z ulgą. Nie miałem pojęcia, co bym zrobił, gdyby się odsunęła. - Byłaś taka smutna. Sądziłem, że jeśli zachowam wszystko w tajemnicy i po cichu rozprawię się z bajzlem, jaki zostawiliśmy po sobie w Krakowie, któregoś dnia zabiorę cię z powrotem do domu. - Pogładziłem ją po włosach. - Nie przewidziałem, że ściągnę nam przez to na głowę większe bagno. Uwierz, nic nie jest dla mnie ważniejsze od ciebie. Nic.
Kornelia odrobinę się cofnęła, aby popatrzeć mi w oczy. Dostrzegłem bezsilność w jej spojrzeniu.
- Niech cię szlag, Alan - wysyczała, lekko uderzając pięścią w moją pierś. Zacisnęła palce na koszulce, po czym za nią pociągnęła, a kiedy się pochyliłem, przycisnęła nasze usta do siebie. Pocałunek był krótki, bo szybko go przerwała i znów popatrzyła na mnie z tą trudną do rozszyfrowania miną. Mimo to wiedziałem, że jeszcze nas nie skreśliła.
- Czyli zostaniesz na wyspie? - Spróbowałem wybadać, czy zmieniła zdanie.
Zagryzła wargi. Podeszła do łóżka i wróciła do pakowania walizki.
- Już mówiłam. Polecimy razem albo osobno, twój wybór. Na pewno tu nie zostanę i nie będę bezczynnie czekać na to, co się wydarzy. Nadal traktujesz mnie jak tamtą dziewczynę z lasu, która bała się własnego cienia, ale już od dawna nią nie jestem. Przykro mi, że tego nie widzisz.
- Widzę, naprawdę. - Ponownie do niej podszedłem. - Wiem o tym i...
- Więc dlaczego wciąż coś przede mną ukrywasz?! - wrzasnęła wściekle, a ja pojąłem, że wcześniej tylko udawała spokojną. Wcale nie było między nami w porządku. - Kocham cię tak bardzo, aż czasem myślę, że nikt nie powinien czuć czegoś tak silnego do drugiej osoby. Przez to ciągle przymykam oko na wiele spraw, bo wątpię, czy umiałabym bez ciebie żyć, ale z tobą już chyba też nie potrafię. Nie wiem, kim w ogóle jesteś!
- Nie mów tak - wydusiłem. - Nikt nie zna mnie lepiej niż ty.
- Przestań. - Wyrwała się, gdy spróbowałem złapać jej dłoń. - Tym razem to nie wystarczy.
Patrzyłem na nią, przerażony tym, dokąd to zmierzało. Nawet nie chciałem sobie wyobrażać, co bym zrobił, gdybym ją stracił. To prawda, zataiłem przed Nelą mnóstwo rzeczy, zwłaszcza z przeszłości, lecz wyłącznie dla jej bezpieczeństwa. A przynajmniej tak sądziłem. Teraz zaczynało do mnie docierać, że być może ona postrzegała to zupełnie inaczej. Jakbym stał się niedostępny, ponieważ mi na nas nie zależało.
Jestem pieprzonym egoistą...
Kornelia usiadła na łóżku. Ścisnęła nasadę nosa i wzięła głęboki wdech.
- To nie pora na tę rozmowę - powiedziała wzburzonym tonem. - Muszę się spakować. Daj mi znać, kiedy zarezerwujesz bilety na samolot. Pomożemy Bernardowi, potem się zastanowię, czy to wszystko ma jeszcze jakiś sens. - Odwróciła wzrok. - Wyjdź. Chcę zostać sama.
Gdy obudziłem się dzisiaj rano, ułożyłem plan. Zamierzałem wrócić do kraju, wyciągnąć Romana z aresztu albo dogadać się z Rosjanami w inny sposób. Pozamykać resztę szemranych interesów, aby raz na zawsze odciąć się od toksycznego środowiska, a później udowodnić Kornelii, że możemy żyć inaczej. Normalniej. Lepiej.
Niestety to już nie wchodziło w grę. Nie mogłem jej tu zostawić, bo nigdy by mi tego nie wybaczyła. Choć wolałbym zostać i powiedzieć coś więcej, postanowiłem w to nie brnąć. I tak niczego bym teraz nie naprawił.
Nasz samolot odlatywał dopiero następnego dnia. Do tego czasu zdążyłem pogadać z Marią, Igorem oraz Tamarą, a także ustalić z pracownikami zastępstwo i zakres prac do wykonania, by wszystko działało, dopóki nie wrócimy. Znalazłem też chwilę na przemyślenie, co zrobię w pierwszej kolejności po wylądowaniu w Polsce.
Jeszcze zanim wzbiliśmy się w powietrze, Nela wsunęła słuchawki do uszu, przymknęła powieki i oparła głowę o szybę. Myślałem, że uda mi się z nią porozmawiać podczas lotu, lecz ona najwyraźniej miała odmienne zdanie na ten temat. Postanowiłem na razie do niczego jej nie zmuszać. Czekała nas wielogodzinna podróż, więc wiedziałem, że prędzej czy później zmięknie i sama się do mnie odezwie.
Skupiłem się na układaniu poszczególnych etapów planu. Wyrwanie Romana na wolność będzie nie tyle trudne, co kurewsko nierealne. Chociaż poczyniłem już w tym kierunku pewne kroki, a kolejne niebawem wcielę w życie, wolałbym nie doprowadzać tego do końca. Nie po to tak cholernie się umęczyłem przy pakowaniu drania za kratki, żeby teraz własnoręcznie go stamtąd wyciągnąć. Ni chuja.
Na pewno istniało coś, co zdołam zaoferować Rosjanom zamiast niego, musiałem tylko dobrze poszukać. Z pewnością znajdzie się jakiś inny człowiek, którego potrzebują, urzędnik, którego chcą przekupić, albo biznes, który od dawna pragną przejąć. Cokolwiek. Jeśli nie, wrócę do pierwotnej strategii, ale najpierw rozważę każdą z alternatywnych opcji. Wbrew pozorom miałem im sporo do zaproponowania.
Przez pierwszą godzinę lotu Kornelia nawet na mnie nie zerknęła. W czasie drugiej wyłącznie raz poczułem na sobie jej przelotne spojrzenie. Kiedy mijała trzecia, a ona wciąż uparcie słuchała muzyki, nie wytrzymałem i lekko szturchnąłem ją palcem w ramię. Wariowałem, nie mogąc się do niej przytulić ani pocałować. Miałem dość tych tortur. Już wystarczy. Załapałem. Jestem palantem. Dotarło!
Dziewczyna wyjęła z ucha słuchawkę i zmrużyła oczy.
- Czego? - burknęła ozięble, nadal wściekle obrażona.
Łatwo nie będzie...
- Zadaj mi jakieś pytanie.
- Jakie?
- Nie wiem. Jakiekolwiek. - Odchrząknąłem. - Mówiłaś, że mnie nie znasz, więc pytaj. Poznaj mnie.
Zmarszczyła brwi. Rozejrzała się dookoła, jakby szacowała, na ile uda nam się w miarę dyskretnie pogadać w obecności tłumu pasażerów, następnie wyłączyła odtwarzacz w telefonie, rozpięła pas bezpieczeństwa i usiadła wygodniej, podciągając jedną nogę do klatki piersiowej. Ciekawość wygrała. Albo chęć udowodnienia, jak wiele faktycznie przed nią ukrywałem, bo minę miała iście przebiegłą.
- Dobra, ale musisz obiecać, że powiesz wszystko. Nawet coś, co wiesz, że może mi się nie spodobać.
Zawahałem się na moment. To mogło się źle skończyć... Nie, poprawka, niektóre odpowiedzi zdecydowanie jeszcze bardziej mnie pogrążą, jednak nie mogłem się teraz wycofać. Zwłaszcza że przykułem uwagę Neli i po raz pierwszy od jakiejś doby nie przyglądała mi się z żądzą mordu.
- W porządku, obiecuję - zaryzykowałem.
Świeć Panie nad mą duszą.
- Okej. - Zatarła ręce. - Dlaczego nigdy mi nie powiedziałeś, że należysz do pieprzonej rosyjskiej mafii? - przy ostatnich trzech słowach ściszyła głos.
- Bo właściwie nie należę. Nie naprawdę.
- Rozwiniesz to jakoś?
- Hm. Kiedy Roman i ja zaczęliśmy się rozkręcać, szukaliśmy czegoś, co wzmocni naszą pozycję na rynku. Współpraca z Rosjanami wydawała się wręcz do tego stworzona, niestety oni nie lubili robić interesów z obcymi. - Opowiedziałem jej o tym, jak konkurencja ze śmiechem zgarniała nam najlepsze okazje sprzed nosa i jak łatwo można było nami manipulować, a my nie chcieliśmy dłużej uchodzić za frajerów. W końcu uznaliśmy, że któryś z nas przyjmie propozycję bratwy i zawrze z nimi sojusz. - Wybrali mnie, bo miałem rosyjskie korzenie po babci, z kolei Roman nie wzbudzał ogólnego zaufania. Spędziłem na wschodzie jakieś pół roku, dopóki nie stwierdzili, że jestem lojalny. To wszystko.
- Więc dlaczego ten facet mówił, że masz u nich dług?
- Grisza, a właściwie Grigorij, to jeden z najwyżej postawionych ludzi w bratwie. Podlegałem mu w czasie pobytu w Rosji. Nigdy nie wstąpiłem do ich organizacji, ale się z nimi zbratałem i przysięgałem pilnować naszych wspólnych interesów. Uważają, że powinienem wziąć odpowiedzialność za Romana. Że to mój obowiązek.
- Pakhan? - rzuciła.
- Jeden z tytułów. Coś w stylu nazwy roli, którą pełni. Mają tego trochę.
- A Anatolij? Kim jest?
- Kieruje bratwą. To taki ich... Ojciec chrzestny - wyjaśniłem. - Ostro popieprzony gość. Przebywałem w jego pobliżu przez kilka tygodni i uwierz, gdy powiem, że nie chcesz go poznać. Ma nieźle nasrane we łbie.
Nela zamilkła na dłuższą chwilę. Chyba przetrawiała wszystkie nowe informacje. Myślałem, że skończyły jej się pytania, wtedy objęła się ramionami i spojrzała na mnie z żalem.
- Kiedy pozbyliśmy się Romana, odczekałeś chociaż dzień, zanim zająłeś jego miejsce? Czy cała ta nasza ucieczka i zaczynanie od zera to największe twoje kłamstwo? Nigdy nie planowałeś tego zostawić, prawda?
Westchnąłem. Wiedziałem, że odpowiedź ją zaboli, a ja zdecydowanie nie poprawię swojej sytuacji.
- Próbowałem wszystko wysprzątać tuż przed naszą przeprowadzką na wyspę, ale okazało się, że nie będzie to ani proste, ani szybkie, bo ludzie nie chcieli rezygnować z kasy, jaka płynęła z przekrętów. Musiałem to zrobić inaczej, więc poprosiłem o pomoc starego kumpla. Dzwonił do mnie kilka razy w miesiącu. Przekazywałem mu wytyczne, a on zajmował się resztą. Nie mogłem się tak po prostu odciąć i tego nie dokończyć. Zrozum.
Zacisnęła wargi. Zapadła między nami cisza przerywana szumem silników, odgłosami rozmów pasażerów oraz krótkimi komunikatami stewardess. Podejrzewałem, że gdybyśmy byli teraz sami, Nela powiedziałaby parę niecenzuralnych słów, jednak nie chciała kłócić się ze mną przy świadkach.
- Co zrobimy z Romanem? - zapytała zamiast tego.
- Mam trochę pomysłów, ale jeszcze nad nimi pracuję. Coś wymyślę. - Sięgnąłem po jej dłoń. Podniosłem ją do ust i pocałowałem, następnie przyłożyłem sobie do policzka. Musnęła go opuszkami. To dobry znak. - Dziś rano gadałem z Wiktorem. Zajął się przygotowaniem dla nas mojego domu pod Krakowem, żebyśmy nie musieli nocować po hotelach. Powinien ci się spodobać.
- Zatrzymam się u rodziców - oznajmiła ledwie słyszalnie. - Tak będzie lepiej.
Kurwa.
- Nie, nie będzie - syknąłem i mocniej ścisnąłem jej rękę, kiedy spróbowała ją wyrwać. - Wiem, że jesteś zła, ale to żadne rozwiązanie. Zostaniesz ze mną. Możesz się wściekać, wrzeszczeć, rzucać, czym popadnie. Mam to gdzieś. Nigdzie nie uciekniesz, bo to tylko bardziej wszystko skomplikuje.
Popatrzyłem na nią uparcie. Wytrzymała moje spojrzenie, potem zabrała dłoń i wyprostowała się w fotelu.
- Jeszcze zobaczymy. - Odwróciła się do okna.
Nie odzywała się do mnie przez jakąś godzinę. Później obsługa przyniosła nam jedzenie i znów zaczęliśmy rozmawiać. O różnych rzeczach: mojej przeszłości, naszych początkach, tęsknocie za prostym życiem w lesie, a także innych zwyczajnych sprawach. Gdy zbliżaliśmy się do lądowania, atmosfera między nami nadal była nieco napięta, ale nie aż tak mocno jak wcześniej.
Po opuszczeniu pokładu poszliśmy za tłumem prosto do terminala, gdzie czekała nas kontrola dokumentów. Choć mieliśmy czyste papiery, widziałem, że Nela zerkała nerwowo na każdego umundurowanego pracownika, jakiego mijaliśmy po drodze. Idąc w kolejce do właściwego stanowiska, wyłączyłem tryb samolotowy w telefonie i pomału zacząłem nadrabiać nadchodzące wiadomości.
Kiedy staliśmy już przy punkcie odbioru bagażu, moją uwagę przykuł esemes od jednego ze znajomych, z którym skontaktowałem się przed odlotem. Poprosiłem go o przysługę, a on mi ją wyświadczył, niestety w bardzo nietypowy i cholernie radykalny sposób. Mogłem przewidzieć, że wpadnie na coś równie głupiego.
Zakląłem, rozglądając się wokół. Miałem jakieś kilkanaście sekund na reakcję.
- Nela, posłuchaj mnie. - Złapałem dziewczynę za ramię, żeby odejść z nią kawałek dalej. Mój ton sprawił, że przyjrzała mi się z niepokojem. - Za chwilę coś się wydarzy. Nie panikuj. Zadzwoń do Tamary i opowiedz jej o wszystkim. Będzie wiedziała, co robić.
- To znaczy? - Zamrugała. - Co się wydarzy?
Nie odpowiedziałem, bo kątem oka dostrzegłem już podchodzących do nas policjantów. Nie chciałem robić scen ani pogarszać sytuacji, dlatego odsunąłem się na bok i uniosłem ręce.
- Dzwoń do Tami - powtórzyłem tylko, zanim czterech funkcjonariuszy otoczyło mnie z każdej strony.
Akcja potoczyła się błyskawicznie. Potwierdziłem swoją tożsamość, pozwoliłem zakuć się w kajdanki oraz wyprowadzić z lotniska. Nie stawiałem się. Przed opuszczeniem budynku obserwowałem, jak Kornelia podąża za nami wzrokiem, próbując uruchomić komórkę drżącymi dłońmi.
Poradzi sobie z tym. Wierzyłem w nią.
W końcu to moja dziewczyna.