MÓJ BŁĄD
Do domu weszłam tylko na chwilę. Spędziłam tam jakieś dziesięć minut, czyli dokładnie tyle, ile potrzebowałam, aby spakować do walizki najpotrzebniejsze rzeczy. W klubie znali mój adres, więc przeczuwałam, że to właśnie tutaj będą mnie szukać w pierwszej kolejności. Zostawiłam właścicielom notatkę, w której wyjaśniłam, że muszę wyjechać na kilka dni, później po cichu opuściłam budynek.
Nie bardzo wiedziałam, co robić dalej. Zamarzyłam o tym, żeby pójść do Michała i ukryć się w jego silnych ramionach, jednak nie chciałam narażać go na niebezpieczeństwo. Musiałabym wyznać mu prawdę, a to mogłoby okazać się fatalne w skutkach. Chłopak kazałby mi iść na policję, powiadomić rodziców i Bóg wie kogo jeszcze, mając oczywiście rację, bo sama poradziłabym identyczne rozwiązanie komuś w mojej sytuacji. Tyle że chodziło tu o moje życie, moją przyszłość, MÓJ pieprzony interes.
Lawirowałam na granicy postradania zmysłów. Bałam się jak jasny gwint, myśli galopowały mi w głowie, a ja kalkulowałam i szacowałam wybór najlepszej opcji. Jakimś cudem wierzyłam, że to wszystko dało się prosto wytłumaczyć. W moim świecie nie zabijało się ludzi z zimną krwią - rozmawiało się i rozwiązywało problemy. Skrycie liczyłam, że może jeśli zadzwonię do szefa, przeproszę za wścibstwo, po czym obiecam, że to się więcej nie powtórzy, puścimy to w niepamięć. Tylko z jakiegoś względu nie potrafiłam się zdobyć na wybranie jego numeru. Chyba podświadomie czułam, że to nie skończy się tak łatwo.
Ostatecznie uznałam, że najmądrzejszym rozwiązaniem będzie przeczekanie. Pojechałam na dworzec, żeby wsiąść w najbliższy pociąg do Przemyśla, mojego rodzinnego miasta.
Nie zamierzałam odwiedzać rodziców, bo to zrodziłoby pytania, na które na razie nie chciałam odpowiadać nawet przed samą sobą. Postanowiłam na kilka dni zatrzymać się w domu po babci. Był ruderą, w dodatku wystawioną na sprzedaż, ale wiedziałam, że nikt mnie tam nie znajdzie. W portfelu miałam maksymalnie parę stów, na koncie oszczędnościowym niewiele więcej, stąd nic mądrzejszego nie wymyśliłam.
Posiedzę trochę w odosobnieniu, wyśpię się, najem, potem rozważę, jak z tego wybrnąć.
Będzie dobrze.
Najbliższy pociąg odjeżdżał dopiero kwadrans po piątej rano. Do tego czasu dreptałam od peronu do peronu, nie chcąc zostać w jednym miejscu. Z duszą na ramieniu obserwowałam przechodzących obok mnie ludzi, w każdym z nich widziałam potencjalne zagrożenie, a włos jeżył mi się na karku, jak tylko ktoś stawał za blisko.
Krótka drzemka w trakcie jazdy odebrała mi resztki sił i nadziei na to, że wszystko jakoś się ułoży. Kiedy zamykałam oczy, pod powiekami pojawiał się obraz krwi, martwego mężczyzny z klubu, błagalnego wyrazu jego twarzy, gasnącego w nim życia. Wyrwałam się ze snu cała spocona, przerażona i rozdygotana. Ręce i nogi trzęsły mi się ze strachu, a sumienie zaczynało zżerać wnętrzności. Wariowałam.
Gdy po dziewiątej dotarłam do Przemyśla, nieco się uspokoiłam. Wciąż wstrząsał mną strach, jednak myśl o tym, że znajdowałam się prawie trzysta kilometrów od problemów, zadziałała orzeźwiająco. Zrobiłam zakupy, następnie złapałam taryfę i pojechałam do domu po babci. Budynek stał na uboczu, mieszkało tam może ze trzech sąsiadów, niemniej dla bezpieczeństwa poprosiłam kierowcę, aby mnie wysadził uliczkę wcześniej. Resztę trasy pokonałam pieszo, po czym weszłam do środka tylnymi drzwiami, nie chcąc zwracać na siebie uwagi.
Wewnątrz było pusto, chłodno i cicho. Pojedyncze meble pokrywała folia ochronna, prąd został wyłączony, a pomieszczeń nie ogrzewano pewnie od poprzedniej zimy. Mimo wszystko nie mogłam narzekać. Miałam bezpieczne schronienie, dach nad głową oraz czas, by przemyśleć swoją sytuację i jakoś z niej wybrnąć.
W kuchni znalazłam butlę gazową, więc zagotowałam wodę na herbatę i zrobiłam kanapki. Zdjęłam z siebie tylko szalik i rękawiczki, bo ciągnący od nieszczelnych okien wiatr sprawiał, że nie dałoby się tu wysiedzieć w samym swetrze. Wzięłam kęs, drugi, trzeci. Kiedy przełykałam czwarty, zatarabaniła moja komórka. Michał od rana próbował się ze mną skontaktować, miałam od niego pełno nieodebranych połączeń oraz kilka esemesów, ale wciąż je ignorowałam. Nie wiedziałam, co powinnam mu powiedzieć. Nie chciałam go w to wciągać, zanim sama nie wykombinuję, jak się z tego wyplątać.
Odsunęłam od siebie talerz z niedojedzonym posiłkiem, całkiem tracąc apetyt. Nie byłam jeszcze gotowa mierzyć się z własnymi myślami. Zamiast ślęczeć nad półmiskiem, postanowiłam wykorzystać to, że na zewnątrz świeciło słońce. Wstałam od stołu i poszłam pozwiedzać znajome wnętrza. Rodzice pozbyli się wszystkich należących do babci przedmiotów, zostało jedynie trochę mniej zużytych sprzętów czy szafek, lecz przypomniało mi się, jak mówili, że zanieśli na strych pudła z pamiątkami, żeby je stąd zabrać dopiero po sprzedaży domu.
Trzeszczącymi schodami weszłam na najwyższe piętro. Usiadłam na zakurzonej podłodze, przyciągnęłam do siebie jeden z kartonów i zaczęłam przeglądać jego zawartość. W powietrzu tańczyły drobne pyłki zmieszane z ciut zwietrzałym zapachem kwiatowych perfum. Uśmiechnęłam się, czując je wokół, potem wyjęłam metalową pozytywkę. Po nakręceniu zabawka wydała kojący dźwięk, choć zniszczona baletnica nie drgnęła ani o milimetr. Wsłuchałam się w klasyczną melodię i zabrałam za oglądanie reszty. Znalazłam zaśniedziałą biżuterię, jakiś stary medal wojskowy, obraz anioła stróża w pozłacanej ramie oraz inne tego typu drobiazgi.
W drugim pojemniku natknęłam się na pożółkłe dokumenty, rozliczenia podatkowe, świadectwa pracy, akt ślubu, dawne dyplomy, a także stos moich rysunków z dzieciństwa. To było dosyć dziwne, że uznano je za warte zachowania, mimo to zrobiło mi się ciepło na sercu. Kolejna paczka zawierała albumy z czarno-białymi zdjęciami jeszcze sprzed moich narodzin. Odłożyłam je na bok, bo nie znałam większości widniejących na nich osób, za to zapatrzyłam się dłużej w fotografię przedstawiającą całą naszą rodzinę podczas jakiegoś zjazdu. Dziadkowie uśmiechali się do obiektywu, mama z tatą wpatrywali się w siebie jak zakochani nastolatkowie, ciotki z wujkami siedzieli przy stole, pili szampana albo zajadali smakołyki, ktoś kroił tort, tymczasem ja bawiłam się na dywanie z kuzynostwem. Wszyscy wyglądaliśmy na tak szczęśliwych, że po policzkach mimowolnie spłynęły mi łzy.
Przyciągnęłam kolana do klatki piersiowej i przez kilka minut tkwiłam w bezruchu, później otarłam twarz rękawem, nie chcąc dalej się nad sobą użalać. Pochowałam pamiątki z powrotem, zepchnęłam pudła pod ścianę, po czym wróciłam na dół zabrać walizkę. Aby jakoś odciągnąć uwagę od snucia przerażających wizji przyszłości, wzięłam się za szykowanie miejsca do spania. Nadal było wcześnie, zegar wskazywał dopiero piętnastą, ale o tej porze roku szybko robiło się ciemno, natomiast wolałam nie włączać bezpieczników, by przypadkiem nikogo nie zaalarmować. Poszłam na piętro, rozstawiłam świece w sypialni, wyjęłam koce z szafy i pościeliłam wysłużoną wersalkę, na której kiedyś nocowałam, gdy odwiedzałam babcię.
Zmierzch nastał prędzej, niż się spodziewałam, a wraz z nim nasilił się mój lęk. Długo nie mogłam zasnąć, nawiedzana przez niechciane urywki wspomnień, aż wreszcie odpłynęłam z wycieńczenia. Miałam nadzieję, że odpoczynek przyniesie mi odrobinę upragnionej ulgi.
Nocą nawiedzały mnie koszmary. Budziłam się parę razy, cała mokra i rozdygotana, marząc o nadejściu świtu. Nowy dzień zaczęłam od przejrzenia krakowskich serwisów informacyjnych w komórce. Internet mobilny miał tu bardzo słaby zasięg, ale nigdzie mi się nie spieszyło. Z jakiegoś powodu spodziewałam się znaleźć wzmiankę na temat brutalnego zabójstwa w centrum miasta, niestety żaden z portali nie napisał o tym nawet zdania, co dało jasny przekaz, że szef musiał skrzętnie zatrzeć wszelkie ślady. Przeraziło mnie, kiedy sobie pomyślałam, że być może nie robił tego pierwszy raz, skoro tak łatwo mu poszło.
Kurwa, w co ja się wpakowałam?!
Po dziewiątej Michał znów nagrał mi serię wiadomości głosowych, których nie odsłuchałam, oraz napisał esemesy, które akurat odważyłam się odczytać. Jego początkowa troska szybko przeszła w pełne wściekłości wyrzuty, gdy najwyraźniej przestał martwić się o mój los i przeszedł do oskarżeń o brak szacunku. Domagał się wyjaśnień, rozumiałam go, mimo to nadal nie miałam siły z nim porozmawiać.
Do południa nadeszło więcej nieodebranych połączeń, w tym także od znajomych z pracy, co nasiliło mój niepokój. W domu panowała taka głusza, że każdy głośniejszy dźwięk brzmiał niczym wynaturzenie, odbierając mi całą samokontrolę, dlatego w końcu wyciszyłam telefon i schowałam go do walizki, żeby od niego odpocząć. Dreptałam po salonie, kuchni, pokojach, potem na chwilę wyszłam do ogródu zaczerpnąć świeżego powietrza, ale niewiele to pomogło. Nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić. Bałam się, że niebawem postradam zmysły.
Zjadłam prowizoryczny obiad, zdrzemnęłam się, wzięłam prysznic w zimnej wodzie, znowu poszłam spać, wypiłam gorącą herbatę, a komórka wciąż cicho wibrowała pod stertą ubrań w bagażu. Kiedy już nie mogłam jej znieść i postanowiłam ją wyłączyć, nim się rozładuje, zastygłam na widok komunikatu na wyświetlaczu: Numer nieznany.
Mógł dzwonić ktokolwiek, jednak natrętny głos z tyłu głowy podpowiadał raptem jedną osobę. Strach kazał nie reagować, odwaga wyparowała, gardło zaschło, za to rozsądek wręcz krzyczał, bym przestała tchórzyć. Jeśli istniała minimalna szansa na wypracowanie jakiegoś kompromisu, musiałam z niej skorzystać.
Wzięłam głęboki wdech i drżącą ręką odebrałam połączenie.
- Słucham. - Odchrząknęłam. Za wszelką cenę próbowałam utrzymać zimną krew.
- Witaj, Kornelio. - W odpowiedzi usłyszałam męski głos. Szef był spokojny i opanowany, choć nie dało się nie wyczuć ostrzeżenia w tych wypowiedzianych przez niego dwóch słowach. Tyle wystarczyło, aby mój puls przyspieszył, dudniąc w uszach na alarm. - Zapewne już się domyśliłaś, że nie jest dobrze, inaczej zostałabyś w Krakowie. Chciałbym udawać, że błędnie zinterpretowałaś to, co widziałaś...
- Niczego nie widziałam - przerwałam mu. - Nie zamierzam też wracać. Nigdy. Proszę o mnie zapomnieć.
Szef gorzko się zaśmiał, aż poczułam ukłucie w żołądku.
- Niestety nie mogę - kontynuował teraz już praktycznie wyprutym z emocji tonem. - Zaimponowałaś mi szybkością, z jaką opuściłaś miasto, to prawda, ale wiem, że nie zdołasz ukrywać się w nieskończoność. W końcu będziesz chciała odzyskać życie, a wtedy podejmiesz kroki, które oboje nas wpędzą w kłopoty. Przyjedź, zanim sam cię znajdę, bo że znajdę, to wyłącznie kwestia czasu. Zrób to dla własnego dobra.
- Nie znajdzie mnie pan, obiecuję - przekonywałam. - Wyjadę daleko, za granicę, na inny kontynent...
- Zamknij się. To nie są negocjacje - wysyczał, zdradzając bezwzględną naturę, którą widziałam w nim od dawna. - Jeśli sama do mnie przyjdziesz, potraktuję cię... Łagodnie. Jeśli namierzą cię moi ludzie, nie ręczę za nich. Radzę ci, Kornelio, dobrze to przemyśl - zakończył. Ostatni wyraz wrył mi się w umysł niczym wiertło.
Kiedy po drugiej stronie zapadła cisza, z hukiem odłożyłam telefon na bok, jakby dłuższe ściskanie go w palcach mogło mnie poparzyć. Pochyliłam głowę i ukryłam twarz w dłoniach, gorączkowo zastanawiając się, czy był to jedynie zbieg okoliczności, że użył dokładnie tego wyrażenia, czy może okrutna gra słów, która miała mi uświadomić, że mężczyzna doskonale wie, gdzie się ukryłam.
Postawiłam na to pierwsze. Nie mogłam popadać w nonsens. Nikt w klubie nie posiadał informacji o tym, że moja rodzina jest właścicielem starego domu na szarym końcu Polski. Mieli natomiast świadomość, że właśnie stąd pochodzę, bo podawałam im takie dane, gdy przyjmowali mnie do pracy. Idąc tym tropem - jeśli będą pytać i drążyć - zdołają się tego dowiedzieć.
Kurwa!
Starałam się zachować zdrowy rozsądek. Choć w pierwszej chwili chciałam się spakować i uciec, zdałam sobie sprawę, że taka może być ich strategia. Wykurzą mnie z kryjówki, po czym znajdą bez problemu, jak tylko zacznę w panice biegać po mieście. Postanowiłam zostać, ponieważ byłam tu bezpieczna. Nie miałam co do tego wątpliwości. Jedyne logiczne rozwiązanie to siedzieć na dupie i nie dać się zagonić w pułapkę.
Kolejny dzień był koszmarny. Pusty dom, samotność oraz niewiedza doprowadziły mnie do lekkiej paranoi, przez co podskakiwałam niespokojnie za każdym razem, jak tylko usłyszałam głośniejszy szelest. Czułam, że jeśli nie osiwieję, niebawem z nerwów powyrywam sobie wszystkie włosy z głowy, dlatego późnym popołudniem udałam się na spacer po okolicy.
Na dworze robiło się coraz chłodniej, mżyło, a powiewy wiatru nieprzyjemnie chłostały szyję. Po krótkiej przechadzce parkową alejką wstąpiłam do miejscowej kawiarni. Usiadłam z kubkiem latte w najbardziej oddalonym od szyby kącie, gdzie mogłam jednocześnie podładować baterię w telefonie, następnie przewertowałam jedno z dostępnych dla klientów czasopism, dumając nad dalszym życiem.
Wyglądało na to, że powrót do Krakowa definitywnie odpadał, wizyta u rodziców też brzmiała ryzykownie, musiałam więc opracować inne rozwiązanie. Dłuższe ukrywanie się w tym miejscu wpakuje mnie wyłącznie w większe kłopoty, gdy ktoś z biura nieruchomości postanowi wpaść z wizytą i odkryje dzikiego lokatora. Niestety problem polegał na tym, że aktualny stan konta nie dawał mi zbyt wielkich możliwości.
W połowie picia kawy doszłam do wniosku, że moja sytuacja nie była wcale aż taka beznadziejna. Zawsze mogłam wziąć szybki kredyt studencki - banki na pewno miały coś w ofercie - potem kupić bilet na samolot lub zaoszczędzić i spróbować wyjechać z kraju autostopem, co wbrew pozorom wydawało się nawet bezpieczniejsze, bo nie wymagało okazywania dokumentów. Kiedy już przekroczę granicę i odetchnę z ulgą, znajdę jakąś pracę, która pozwoli mi przetrwać, aż nie wymyślę czegoś lepszego.
Do domu dotarłam z całkiem pozytywnym nastawieniem, lecz jak tylko zapadł zmrok, wątpliwości znowu dały o sobie znać. Za dnia mogłam udawać, że w miarę utrzymywałam kontrolę, ale nocą wszystko zaczynało mi przypominać o podłym koszmarze. Leżałam w kurtce, nakryta przesiąkniętą kurzem narzutą, tępo wpatrywałam się w sufit i w kółko analizowałam przebieg rozmowy telefonicznej z szefem. Przemyśl, przemyśl, przemyśl bez przerwy huczało mi w głowie niczym jakaś pieprzona mantra.
Jeśli chciał tym sprawić, że oszaleję, naprawdę działało.
Osiągnęło też inny skutek - zaczęłam się zastanawiać, czy ktoś z klubu znał mnie na tyle dobrze, że mógłby wiedzieć o tej lokalizacji. Nie przyjaźniłam się z nikim ze współpracowników, za to czasem wychodziliśmy na drinka albo po prostu gadaliśmy, aby czas płynął znośniej. Raczej nigdy im nie wspominałam o rozpadającej się ruinie na zadupiu Polski, jednak nie byłam w stanie wykluczyć, że ktoś zdoła odkryć takie informacje. Większość kolegów znała mojego faceta, zawsze zamieniali z nim kilka zdań, gdy chłopak czekał, aż zbiorę się do wyjścia. To naciągana teoria, ale wcale nie taka nierealna, jak mogłoby się wydawać. Szef przerażał praktycznie każdego w knajpie. Odrobina perswazji potrafiłaby zachęcić kogoś do zyskania w jego oczach.
Zdarłam z siebie koc i po namyśle wybrałam numer Michała. I tak już wystarczająco z tym zwlekałam.
- No nareszcie! - Usłyszałam w słuchawce jego gniewny głos. - Czy ty masz pojęcie, jaki jestem na ciebie wściekły? Wyjechałaś z miasta? Tak bez słowa? - warczał. - Chyba należą mi się jakieś wyjaśnienia, nie sądzisz?
Zaklęłam wewnętrznie.
- Tak, to prawda, i wszystko ci opowiem, obiecuję, ale najpierw muszę coś wiedzieć. - Przełknęłam ślinę. - Rozmawiałeś z kimś na mój temat? Albo ktoś z klubu próbował się z tobą kontaktować?
- Właśnie dlatego dzwonisz? Żeby sobie urządzać przesłuchanie? - syknął. - Jesteś niewiarygodna.
- Wiem, masz prawo się złościć, rozumiem cię i zaraz o tym pogadamy, tylko proszę, na razie się skup - jęknęłam. - Ktoś o mnie pytał? To ważne.
Chłopak stęknął, po czym głośno czymś trzasnął. Wyobraziłam sobie, że pewnie robi teraz jedną ze swoich wkurzonych min. Uwielbiał mnie nimi torturować podczas naszych sprzeczek, gdy poruszana kwestia ewidentnie była dla niego niewygodna.
Niestety tym razem nie zamierzałam mu odpuszczać.
- Michał, błagam! - ponagliłam z walącym sercem. - Pytał czy nie?
- W sumie to tak - przyznał po chwili namysłu. - Ta twoja chuda koleżanka z różowymi włosami szukała cię pod twoim domem. Wpadłem tam na nią wczoraj rano, kiedy zajrzałem sprawdzić, czy wróciłaś, ale niczego jej nie powiedziałem, bo przecież sam nie wiem, gdzie jesteś - dodał oskarżycielskim tonem. - Oświecisz mnie teraz, dlaczego zniknęłaś w tajemnicy? - naciskał zniecierpliwiony.
Poczułam napływającą falę gorąca. To Anka.
- O czym rozmawialiście? Co chciała wiedzieć? - drążyłam, ignorując jego dociekliwość. Wytłumaczę mu wszystko, jednak najpierw muszę przeżyć! - O przemyskim domu mojej babci wspominałeś?
Powiedz, że nie, powiedz, że nie, powiedz, że nie...
- Cholera, Nelka, nie wiem! - zawołał ze złością. - To trwało z pół minuty. Może i mówiłem, nie pamiętam. Byłem zbyt rozkojarzony twoją nagłą ucieczką - przypomniał. - Masz pięć sekund, by zacząć mnie wtajemniczać w swój idiotyczny wyskok, inaczej to koniec.
- Koniec? - powtórzyłam zmieszana. - Koniec, tak? Koniec? Chcesz ze mną zerwać?
Zaśmiał się kpiąco do słuchawki.
- A jak to sobie wyobrażasz? Spakowałaś manatki i zwiałaś w środku nocy, nie rozumiem po co, z kim ani dokąd, z kolei ty migasz się od odpowiedzi. Zamierzasz w ogóle wrócić? Jeżeli tak, czekam na wyjaśnienia, jeżeli nie, chyba nie ma sensu tego ciągnąć, co? - Westchnął. - Nie kręci mnie związek na odległość.
Przygryzłam wargę. Nie mogłam uwierzyć, że tak łatwo przekreślał wszystko, co nas łączyło. Byliśmy parą od prawie dwóch lat, snuliśmy wspólne plany, chcieliśmy razem zamieszkać, a wystarczył mały zgrzyt, by on już się poddał. Z drugiej strony faktycznie nie przewidywałam powrotu do Krakowa, ani ogólnie zostania w kraju, więc może powinnam pozwolić mu odejść? W ten sposób mogłabym go przynajmniej ochronić. Mieliśmy swoje problemy, ostatnio nie układało nam się za dobrze, ale mi na nim zależało.
Boże, czym sobie na to zasłużyłam?!
- Dobrze, rozstańmy się, skoro tego właśnie chcesz - wydukałam z trudem.
- Nie powiedziałem, że tego chcę! - wrzasnął. - Po prostu... Masz kogoś, tak? - rzucił nagle. - To dlatego wyjechałaś? Żeby z nim być? Mów prawdę!
Zaniemówiłam na moment, aby zdusić łzy.
- Tak - skłamałam. Lepiej niech powtarza ludziom, że go zdradziłam, wtedy przestaną o mnie wypytywać. Wolałam uchodzić za sukę, za to żywą. - Przepraszam, ja... Przepraszam.
Rozłączyłam się. Dalsza dyskusja była bez sensu. Miałam ochotę krzyczeć, by pozbyć się nagromadzonych emocji, lecz zamiast tego po cichu zapłakałam. Strach mieszał się z bezsilnością, ból w klatce piersiowej odbierał oddech, żołądek skręcał się w supeł. Nie wiedziałam, co zrobić jako pierwsze: zwymiotować czy stąd znikać?
Przełknęłam gulę w gardle i wystukałam esemesa do Anki.
Dlaczego rozmawiałaś z moim chłopakiem? Ktoś w klubie o mnie pytał?
W oczekiwaniu na jej odpowiedź zaczęłam prędko zbierać po pokoju swoje rzeczy i ponownie wrzucać je do walizki. Nie było tego dużo, zdążyłam wypakować raptem kosmetyczkę oraz kilka cieplejszych ubrań, które zamierzałam na siebie założyć, gdyby noc okazała się zimniejsza, niż przypuszczałam. W tej chwili straciło to jednak na ważności, bo mój pobyt w tym miejscu właśnie dobiegał końca.
Postawiłam bagaż w korytarzu. Rozejrzałam się wokół, by sprawdzić, czy czegoś nie zostawiłam, wówczas nadeszła wiadomość. Bałam się tego, co zawierała, lecz jednocześnie musiałam wiedzieć.
Tak, przykro mi. Nie mam pojęcia, gdzie jesteś, ale szef wpadł w szał, więc popytałam i przekazałam mu, czego zdołałam się dowiedzieć. Pewnie niebawem cię namierzą.
Ledwie skończyłam czytać, gdy dostałam kolejną.
Albo wiesz co? Nie, nie jest mi przykro. Zachciało ci się zadzierać z pieprzonymi bandziorami, to teraz radź sobie sama. Ja nie zamierzam ponosić kary za twoją głupotę. Żegnaj.
Nie potrzebowałam niczego więcej. Wsunęłam telefon do kieszeni spodni, zapięłam kurtkę, owinęłam szyję szalikiem, potem zgarnęłam walizkę i migiem zbiegłam po schodach. Nie miałam pojęcia, w jaki sposób mogłam pracować z tymi ludźmi przez kilka miesięcy, nie domyślając się, że byli brutalnymi przestępcami. Zawsze mili, elegancko ubrani, kulturalni oraz pomocni skutecznie mnie oszukali.
Albo może od początku podejrzewałam ich o wątpliwe interesy, ale zwyczajnie udawałam, że to nieprawda, bo to by oznaczało, że nie jestem lepsza od nich. Wolałam odwracać wzrok, kiedy działo się coś szemranego, ponieważ bardziej przejmowałam się tym, czy moja tygodniówka zostanie wypłacona w terminie. Taka właśnie byłam - zaślepiona sowitymi napiwkami, łatwowierna i skupiona na byle jakiej karierze.
Teraz gorzko tego żałowałam.
Na parterze panowała ciemność, musiałam więc iść bardzo ostrożnie, żeby nie narobić hałasu. Znałam ten budynek, pamiętałam rozkład pomieszczeń, lecz od czasu śmierci babci wiele się w nim zmieniło. Szczególnie w nocy wydawał się zupełnie obcym miejscem, jakby utracił duszę wraz z właścicielką.
Mój puls przyspieszył, a serce zamarło na parę uderzeń, gdy niespodziewanie dosłyszałam jakiś szmer za oknem. Nikogo nie dostrzegłam, niemniej mogłabym przysiąc, że zarejestrowałam czyjś głośniejszy szept. Czym prędzej pognałam do tylnych drzwi, aby wyskoczyć na zewnątrz, po czym od razu zamarzyłam wrócić do środka.
Wpadłam prosto w zasadzkę.
Przegrałam.