1
14 KWIETNIA 1986
Siedzieli we czwórkę przy stole wpatrzeni w kosz upominkowy.
- Dla kogo to jest? - zapytał komendant.
William przeczytał odręczną dedykację na bileciku: "Dla pana komendanta
Hawksby'ego z powinszowaniami z okazji urodzin".
- Lepiej go rozpakuj, detektywie konstablu Warwick - zachęcił go
Jastrząb, prostując się na krześle.
William wstał, rozpiął dwa skórzane paski i uniósł wieko pokaźnego
wiklinowego kosza wypełnionego artykułami, które jego ojciec nazwałby
frykasami.
- Najwyraźniej ktoś docenia naszą pracę - zauważył detektyw główny
inspektor Lamont, wyjmując z kosza butelkę szkockiej whisky, zachwycony,
że to black label.
- Zna też nasze upodobania - zauważył komendant, sięgając do wnętrza
kosza po pudełko cygar Montecristo, które położył na stole przed sobą. -
Teraz ty, detektyw konstabl Roycroft - dodał, obracając w palcach
kubańskie cygaro.
Jackie powoli odsunęła dekoracyjne wiórki, spod których wyłonił się
słoiczek z foie gras - rarytasem zdecydowanie nie na jej kieszeń.
- Twoja kolej, detektywie konstablu Warwick - dyrygował komendant.
William poszperał w koszu i natrafił na butelkę oliwy z Umbrii.
Wiedział, że Beth się na niej pozna. Już miał wrócić na swoje miejsce,
gdy zauważył niewielką kopertę zaadresowaną do komendanta Hawksby'ego,
kawalera Queen's Police Medal, z dopiskiem "Do rąk własnych". Sięgnął po
nią i oddał ją szefowi.
Hawksby otworzył kopertę i wyjął kartonik. Z jego kamiennej twarzy
trudno było cokolwiek wyczytać, ale anonimowe życzenia mówiły same za
siebie: "Więcej szczęścia następnym razem, panie komendancie".
Kartonik krążył z rąk do rąk. Uśmiech na twarzach obecnych ustępował
miejsca ponurym minom, a przed chwilą wybrane prezenty w okamgnieniu
znalazły się z powrotem w koszu.
- Wiecie, co jest w tym najgorsze? - odezwał się komendant. - Że dziś
naprawdę mam urodziny.
- Na tym nie koniec - włączył się William, który opowiedział o swojej
rozmowie z Milesem Faulknerem w Fitzmolean Museum wkrótce po odsłonięciu
obrazu Rubensa Zdjęcie Chrystusa z krzyża.
- Gdyby ten Rubens okazał się fałszywy - powiedział Lamont - to
moglibyśmy aresztować Faulknera i ponownie skierować jego sprawę do Old
Bailey, a wtedy sędzia Nourse uchyliłby zastrzeżenie "w zawieszeniu" z wyroku, który wydał, i najbliższe cztery lata Faulkner spędziłby w więzieniu.
- Najchętniej tak bym zrobił - przyznał Hawksby. - Ale gdyby się
okazało, że to oryginał, to Faulkner po raz drugi zrobiłby z nas głupców
i wystawił na publiczne pośmiewisko.
Kolejne pytanie komendanta zaskoczyło Williama.
- Przestrzegłeś swoją narzeczoną, że Rubens może być falsyfikatem?
- Nie, sir. Postanowiłem nie mówić o tym Beth do czasu, aż pan zdecyduje
o naszych dalszych działaniach.
- To dobrze. I niech tak zostanie. W ten sposób zyskamy trochę czasu na
przemyślenie kolejnego ruchu, ponieważ jeśli mamy przyskrzynić tego
przeklętego szubrawca, musimy zacząć rozumować jak on. A teraz niech mi
to zniknie z oczu - zażądał, wskazując na kosz. - I dopilnujcie, żeby
wpisali go do rejestru łapówek, ale dopiero po zbadaniu odcisków palców.
Nie spodziewam się jednak, żeby specjalista od daktyloskopii oprócz
naszych znalazł jeszcze inne, chyba że Bogu ducha winnego ekspedienta z Harrodsa.
William zaniósł wiklinowy kosz do sąsiedniego pokoju i poprosił Angelę,
sekretarkę komendanta, o przekazanie go do działu D705 w celu pobrania
odcisków palców. Nie uszło jego uwagi, że była nieco rozczarowana.
- Liczyłam na sos żurawinowy - przyznała.
Po kilku minutach William wrócił do gabinetu szefa i zdziwił się na
widok pozostałych członków zespołu bębniących dłońmi w stół.
- Usiądź, detektywie sierżancie Warwick - zwrócił się do niego
komendant.
- Teraz dla odmiany Chórzyście odebrało mowę - skomentował Lamont.
- Nie na długo - zapewniła Jackie i wszyscy się roześmiali.
- Chcecie usłyszeć najpierw dobrą czy złą nowinę? - zapytał komendant,
gdy się uspokoili.
- Najpierw dobrą - poprosił Lamont. - Bo mój najświeższy raport o przemytnikach diamentów się wam nie spodoba.
- Niech zgadnę... - Hawksby zawiesił głos. - Zorientowali się, że
nadchodzisz, i wszyscy uciekli?
- Niestety gorzej. Nawet się nie pojawili, podobnie jak przesyłka z diamentami, a ja spędziłem cały wieczór z dwudziestoma uzbrojonymi po
zęby funkcjonariuszami, wpatrując się w morze. Więc przydadzą mi się
dobre wieści, sir.
- Z pewnością wiecie, że detektyw konstabl Warwick zdał egzamin na
sierżanta, mimo że poczęstował kopniakiem jednego z uczestników protestu
przeciwko broni jądrowej w...
- Nic takiego nie zrobiłem - obruszył się William. - Ja go tylko
uprzejmie poprosiłem, żeby się uspokoił.
- Czego egzaminator nie wziął pod uwagę ze względu na dobrą opinię, jaką
się cieszy Chórzysta.
- A złe wieści? - zapytał William.
- Jako świeżo upieczony detektyw sierżant zostajesz przeniesiony do
wydziału antynarkotykowego.
- Lepiej, że ty, a nie ja - wtrącił Lamont z westchnieniem.
- Jednakże komisarz roztropnie uznał, że zwycięskiej drużyny nie powinno
się rozbijać - kontynuował komendant - a wobec tego od początku
najbliższego miesiąca obaj dołączycie do tego wydziału jako członkowie
elitarnej komórki antynarkotykowej.
- Ja rezygnuję! - oznajmił Lamont, zrywając się na równe nogi na znak
nieszczerego protestu.
- Niesłusznie, Bruce. Zostało ci tylko osiemnaście miesięcy do
emerytury, a jako szef nowej sekcji otrzymasz awans na detektywa
nadinspektora.
Ta wiadomość wywołała drugą falę entuzjastycznego bębnienia w stół.
- Sekcja ma funkcjonować niezależnie od istniejących zespołów
antynarkotykowych. Jako samodzielna komórka będzie miała tylko jeden
cel, do którego przejdę za chwilę. Najpierw chcę ogłosić, że do naszej
ekipy dołączy nowy detektyw konstabl, który może nawet przyćmić naszego
Chórzystę.
- Chciałabym to zobaczyć! - ożywiła się Jackie.
- Nie będziesz musiała długo czekać. Za kilka minut się tutaj zjawi. Ma
godny podziwu życiorys: studiował prawo w Cambridge, gdzie jako członek
osady wioślarskiej zdobył nagrodę w zawodach niebieskich ósemek.
- Zwycięskiej? - zapytał William.
- Dwa lata z rzędu - odpowiedział Jastrząb.
- W takim razie może powinien zaciągnąć się do policji rzecznej -
podsunął William. - O ile dobrze pamiętam, zawody niebieskich rozgrywane
są między Putney a Mortlake, więc wróciłby do służby patrolowej w terenie.
Jego słowa wywołały kolejną serię bębnienia w blat stołu.
- Z pewnością się przekonasz, że równie dobrze radzi sobie na lądzie -
oświadczył komendant, gdy ucichła owacja. - Ma na swoim koncie trzy lata
służby w Regionalnym Wydziale Kryminalnym w Crawley. Ale jest jeszcze
coś, o czym powinienem był wspomnieć wcześniej...
Jastrzębiowi przerwało energiczne pukanie do drzwi.
- Proszę - powiedział.
Drzwi się otworzyły i do gabinetu wszedł wysoki, przystojny, młody
mężczyzna. Wyglądał, jakby przybył prosto z planu popularnego serialu
policyjnego, a nie z Regionalnego Wydziału Kryminalnego.
- Dzień dobry, sir - przywitał się. - Melduje się detektyw konstabl Paul
Adaja. Powiedziano mi, żebym się tu zgłosił.
- Proszę usiąść, detektywie konstablu Adaja - zaprosił go Jastrząb. -
Przedstawię cię członkom zespołu.
William uważnie obserwował twarz Lamonta, na której nie było śladu
uśmiechu, gdy wymieniał uścisk dłoni z Adają. W ramach swojej strategii
Metropolitalna Służba Policyjna, Met, podejmowała próby zwerbowania
większej liczby funkcjonariuszy pochodzących z mniejszości etnicznych,
ale do tej pory równie nieskuteczne jak próby aresztowania przemytników
diamentów. William się zastanawiał, dlaczego ktoś taki jak Paul
zdecydował się wstąpić do sił policyjnych i z jakiego powodu tak bardzo
mu zależy, żeby jak najprędzej znaleźć się w zespole.
- Spotkania wyższych rangą śledczych naszego wydziału odbywają się w każdy poniedziałek rano - wyjaśnił mu komendant. - Służą wymianie
informacji o postępach w dochodzeniach w poważniejszych sprawach, które
prowadzimy.
- Albo o ich braku - mruknął Lamont.
- Przejdźmy dalej - kontynuował Jastrząb, pozostawiając tę uwagę bez
komentarza. - Mamy nowe wiadomości na temat Faulknera?
- Ponownie skontaktowała się ze mną jego żona Christina - powiedział
William. - Poprosiła o spotkanie.
- Ach tak. Czyżby miała jakieś informacje?
- Nie, sir. Nie mam pojęcia, czego chce, ale nie ukrywa, że tak jak my
pragnie zobaczyć swego męża za kratkami. Nie sądzę jednak, żeby
zapraszała mnie na herbatę do Ritza tylko po to, żeby skosztować ich
bułeczek z maślaną śmietaną.
- Pani Faulkner będzie doskonale poinformowana o wszelkich innych
działaniach przestępczych swego męża, o których warto by wiedzieć
zawczasu - powiedział Lamont. - Niemniej nie ufałbym tej kobiecie ani
trochę.
- Ja też nie - przyznał Hawksby. - Ale gdybym miał wybierać między
Faulknerem a jego żoną, ją uznałbym za mniejsze zło. Choć tylko o krztynę.
- Zawsze mogę nie przyjąć zaproszenia
- O tym nie ma mowy - zaprotestował Lamont. - Być może nigdy nie nadarzy
się nam lepsza okazja do zamknięcia Faulknera. Nie zapominajmy też, że z uwagi na wyrok w zawieszeniu trafi do więzienia na co najmniej cztery
lata za każde, nawet najmniejsze wykroczenie.
- To prawda - potwierdził Jastrząb. - Ale detektywie sierżancie Warwick,
możesz być pewien, że Faulkner będzie nas obserwował z taką samą uwagą
jak my jego. Co więcej, z całą pewnością zatrudni prywatnego detektywa,
który będzie pilnował jego żony przez okrągłą dobę, aż do ostatecznego
zakończenia procedury rozwodowej. A zatem herbata u Ritza jest do
zaakceptowania, natomiast obiad wykluczony. Czy wyraziłem się jasno?
- Jak najbardziej, sir. Jestem pewien, że Beth byłaby takiego samego
zdania.
- I nigdy nie zapominaj, że przejęzyczenia pani Faulkner są zawsze
dobrze wyćwiczone. W dodatku ona doskonale wie, że wszystko, co ci
powie, słowo w słowo powtórzysz po powrocie do Yardu.
- Prawdopodobnie jeszcze zanim kierowca dowiezie ją do apartamentu przy
Eaton Square - dodał Lamont.
- Dobrze. Wróćmy do bieżącego tematu. Jest kilka spraw, które będziesz
musiał przekazać następcy w wydziale do spraw dzieł sztuki i antyków,
zanim zajmiesz się nowymi zadaniami.
- Przed przyjściem detektywa konstabla Adai miał nam pan wyjaśnić, sir,
czym się będzie różnić nowa sekcja od już funkcjonujących zespołów do
spraw przestępczości narkotykowej.
- W tej chwili nie mogę powiedzieć zbyt wiele, ale z całą pewnością
zostanie wam wyznaczony tylko jeden cel i nie będzie nim łapanie na
ulicy podrzędnych dilerów handlujących marihuaną.
Nagle wszystkich olśniło.
- Komisarz chce - kontynuował Jastrząb - żebyśmy zidentyfikowali
przestępcę, którego nazwiska nie znamy, zresztą miejsca pobytu również
nie, choć przypuszczamy, że mieszka i pracuje na południe od rzeki, w rejonie Wielkiego Londynu. Wiemy natomiast, czym się zajmuje na co
dzień.
Jastrząb otworzył teczkę opatrzoną klauzulą "Ściśle tajne".
2
- Zdałeś egzamin na sierżanta czy już do końca życia będziesz detektywem
konstablem? - zapytał ojciec Williama.
Z miny Williama niczego nie dało się wyczytać. Była niewzruszona, jakby
stał naprzeciwko wybitnego radcy królewskiego w miejscu dla świadka.
- Pewnego dnia pański syn zostanie komisarzem - oznajmiła Beth,
uśmiechając się ciepło do przyszłego teścia.
- Wciąż czekam na wyniki egzaminu - westchnął William i mrugnął do
narzeczonej.
- Jestem przekonana, że zdałeś celująco, mój drogi - włączyła się jego
matka. - Ale gdyby do takiego egzaminu przystąpił twój ojciec, to jego
wyniku wcale nie byłabym pewna.
- Akurat z tym wszyscy możemy się zgodzić - przyznała Grace.
- Werdykt w tej sprawie został wydany bezpodstawnie. Nie przedstawiono
żadnych dowodów ani faktów na jego uzasadnienie - oznajmił sir Julian.
Wstał z krzesła i zaczął krążyć po pokoju. - Powiedz mi, jaką formę ma
ten egzamin - poprosił, trzymając się za klapy marynarki, jakby zwracał
się do sędziów przysięgłych, którzy jeszcze nie podjęli decyzji.
- Składa się z trzech części. Sprawność fizyczna: trzeba przebiec pięć
mil w czasie nieprzekraczającym czterdziestu minut.
- Szanse, że bym temu podołał, są niewielkie - ocenił sir Julian, który
wciąż się przechadzał po pokoju.
- Samoobrona. W tej części ledwie sobie poradziłem.
- Ja też raczej nie miałbym na co liczyć - podsumował sir Julian. -
Chyba że przyszłoby mi odpierać atak słowny, nie fizyczny.
- Na koniec trzeba przepłynąć trzy długości basenu w mundurze z pałką w ręce wystawioną nad wodę.
- Już na samą myśl o tym robi mi się słabo - powiedziała Grace.
- Jak dotąd twój ojciec zawiódł we wszystkich trzech kategoriach -
zawyrokowała matka. - A zatem z całą pewnością musiałby spędzić resztę
życia w służbie patrolowej w randze konstabla.
- Czy w policji intelekt wzbudza czyjekolwiek zainteresowanie? - zapytał
sir Julian, zatrzymując się przed członkami rodziny. - Czy liczy się
wyłącznie, kto wykona najwięcej pompek?
William nie zdradzał, że w rzeczywistości żadnego sprawdzianu kondycji
fizycznej nie było i tylko drażni się z ojcem. Postanowił nie wybawiać
starszego pana z opresji.
- Potem trzeba zaliczyć testy praktyczne, tato. Jestem niezmiernie
ciekaw, czy z nimi poradziłbyś sobie lepiej.
- Jestem gotowy poddać się próbie - oznajmił sir Julian i ponownie
ruszył na przechadzkę po pokoju.
- Musisz się stawić w trzech miejscach popełnienia przestępstwa, żeby
egzaminatorzy mogli zaobserwować, jak zareagujesz w różnych
okolicznościach. W pierwszym teście wypadłem całkiem nieźle. Trzeba było
zmierzyć zawartość alkoholu w wydychanym powietrzu u kierowcy, który
przyczynił się do niegroźnej kolizji. Wynik testu był bursztynowy, nie
czerwony, co wskazuje, że przed zdarzeniem spożywał alkohol, ale limit
nie został przekroczony.
- Zatrzymałeś go? - zapytała Grace.
- Nie, wypuściłem, udzieliwszy pouczenia.
- Dlaczego? - zapytał sir Julian.
- Dlatego że wynik badania mieścił się w dopuszczalnej normie, a z danych w centralnym komputerze policyjnym wynikało, że kierowca ma
czyste konto. Gdybym go zatrzymał, mógłby stracić pracę.
- Jesteś mięczakiem - stwierdził sir Julian. - Co dalej?
- Musiałem interweniować w związku z napadem na sklep jubilerski. Jeden
z pracowników krzyczał, a kierownik doznał wstrząsu. Uspokoiłem ich obu,
nim wezwałem pomoc przez radio, po czym ogrodziłem miejsce zdarzenia i czekałem na przybycie wsparcia.
- Moim zdaniem do tej pory doskonale sobie poradziłeś - oceniła matka.
- Też mi się tak zdawało, zanim stanąłem na czele oddziału młodych
policjantów, którzy zabezpieczali marsz protestacyjny zwolenników
rozbrojenia jądrowego. W pewnej chwili zaczął się wymykać spod kontroli.
- Co się stało? - zainteresowała się siostra Williama.
- Wygląda na to, że nie zareagowałem wystarczająco spokojnie, kiedy
uczestnik protestu nazwał jednego z funkcjonariuszy z mojej ekipy
faszystowskim draniem.
- Trudno mi sobie wyobrazić, jak mnie by nazwał - skomentował sir
Julian.
- Albo jak byś zareagował - dodała Marjorie.
Wszyscy się roześmiali, z wyjątkiem Beth, która chciała wiedzieć, jak
się zachował William.
- Kopnąłem go w jaja.
- Co zrobiłeś?! - krzyknęła matka.
- Właściwie tylko wyciągnąłem pałkę, ale zeznał na komisariacie zupełnie
co innego. Niestety w raporcie nie opisałem rzeczywistego przebiegu
zdarzenia.
- Nie mogę udawać, że wypadłbym lepiej - powiedział sir Julian i opadł
na krzesło.
- Spójrzmy prawdzie w oczy, ojcze - zwrócił się do niego William,
podając mu filiżankę kawy. - Zamknąłbyś w areszcie pijanego kierowcę,
kierownikowi sklepu i jego asystentowi powiedziałbyś, żeby przestali
histeryzować, i bez wątpienia kopnąłbyś po raz drugi protestującego w jaja. Za przeproszeniem, mamo.
- Powiedziałeś, że egzamin składał się z trzech części - przypomniał sir
Julian, starając się dojść do siebie.
- Trzecia część jest sprawdzianem pisemnym.
- W takim razie wciąż mam szansę.
- Musisz odpowiedzieć na sześćdziesiąt pytań w ciągu dziewięćdziesięciu
minut. - William, zanim zaczął przepytywać ojca, wypił łyk kawy i rozparł się na krześle. - Czy gdybyś zerwał dzikie żonkile w ogrodzie
sąsiada, a następnie podarował je swojej żonie, to któreś z was
dopuściłoby się czynu niedozwolonego?
- Z całą pewnością mąż jest winien kradzieży - stwierdził sir Julian. -
Żona wiedziała, że wziął żonkile z ogrodu sąsiada?
- Tak, nawet przy tym była - odpowiedział William.
- W takim razie zawiniła poprzez przyjęcie skradzionych dóbr. Sprawa
oczywista i zamknięta.
- Nie zgadzam się, wysoki sądzie - wtrąciła się Grace, wstając z miejsca. - Uważam, że słowo "dzikie" ma w tym wypadku kluczowe
znaczenie. Jeśli wszystkie zainteresowane strony wiedziały, że były to
kwiaty dziko rosnące, bo nie zostały posadzone przez sąsiada, mój klient
miał prawo je zerwać.
- Takiej odpowiedzi udzieliłem - powiedział William. - I okazuje się, że
Grace i ja mamy rację.
- Daj mi jeszcze jedną szansę - poprosił sir Julian, udając, że poprawia
togę.
- W jakim wieku młoda osoba jest odpowiedzialna za popełnienie
przestępstwa? Ośmiu, dziesięciu, czternastu czy siedemnastu lat?
- Dziesięciu - odpowiedziała Grace, zanim ich ojciec zdążył się odezwać.
- Kolejna właściwa odpowiedź - pochwalił ją William.
- Przyznaję, że rzadko bronię nieletnich - rzekł sir Julian.
- Tylko dlatego, że nie stać ich na wygórowane honorarium dla ciebie -
zauważyła Grace.
- A tobie, Grace, zdarzyło się bronić osoby nieletniej? - zapytała
matka, zanim William zdążył powrócić do przepytywania sir Juliana.
- Tak, zupełnie niedawno. W zeszłym tygodniu reprezentowałam
małoletniego sprawcę kradzieży w sklepie w Balham.
- Ani przez chwilę nie wątpię, że dzięki tobie uniknął kary, bo
oznajmiłaś, że pochodzi z ubogiej rodziny i że ojciec regularnie go
bije.
- Ją - poprawiła Grace. - Ojciec tej dziewczynki wyprowadził się z rodzinnego dom wkrótce po jej narodzinach, pozostawiając wychowywanie
trójki dzieci na barkach żony, która musiała pracować w dwóch miejscach.
- Taka sprawa nigdy nie powinna trafić do sądu - powiedziała matka
Williama.
- Masz rację, mamo. I nie trafiłaby, gdyby dziewczynka nie została
przyłapana w lokalnym supermarkecie na kradzieży najlepszych kawałków
mięsa, które schowała w torbie wyłożonej folią aluminiową, żeby bez
wzbudzania czujnika antykradzieżowego się stamtąd wymknąć. Następnie
oddaliła się o mniej więcej sto metrów od sklepu i sprzedała mięso
pozbawionemu skrupułów miejscowemu rzeźnikowi.
- Jaką decyzję podjął sąd? - zapytała Marjorie.
- Rzeźnika ukarał wysoką grzywną, a dziecko otrzymało opiekę. Ale trzeba
wziąć pod uwagę, że tej doświadczonej przez los dziewczynki nie
wychowywali kochający rodzice z klasy średniej w wygodnym, wiejskim domu
w Kent i że nigdy nie oddaliła się od własnych drzwi na więcej niż milę.
Nie wiedziała nawet, że przez miasto, w którym się urodziła, przepływa
rzeka.
- Wysoki sądzie, czy powinienem zostać uznany za winnego, tylko dlatego
że próbowałem zapewnić moim dzieciom przyzwoity start w życiu? - zapytał
sir Julian. - Czy mam jeszcze jedną szansę, zanim egzaminatorzy odprawią
mnie z kwitkiem?
- Pozwól mu na pocieszenie jeszcze raz spróbować - wstawiła się za mężem
Marjorie.
- Właściciel pubu wie, że niektórzy klienci palą marihuanę w piwnym
ogródku - powiedział William. - Czy bierze udział w przestępstwie?
- Z całą pewnością tak - powiedział sir Julian. - Ponieważ zezwala na
wykorzystywanie swoich pomieszczeń do konsumpcji substancji
niedozwolonych.
- A jeśli jeden z klientów palących marihuanę poczęstuje skrętem
znajomego, który tylko raz się zaciągnie, to także jest winny
przestępstwa?
- Oczywiście. Ów klient jest winny zarówno posiadania, jak i udostępniania niedozwolonego narkotyku i powinien usłyszeć odpowiednie
zarzuty.
- Istne szaleństwo - stwierdziła Grace.
- Zgadzam się - powiedział William. - Zwłaszcza że siły policyjne nie
mają środków, by ścigać każde drobne wykroczenie.
- Wcale nie takie drobne - sprzeciwił się sir Julian. - W gruncie rzeczy
jest to pierwszy krok do stoczenia się po równi pochyłej.
- A jeśli właściciel lub klient nie wiedzieli, że dopuszczają się czynu
niedozwolonego? - zapytała Beth.
- Nieznajomość prawa nie jest usprawiedliwieniem - wyjaśnił sir Julian.
- Gdyby było inaczej, każdy mógłby pozbawić życia kogoś, kto mu się
akurat nasunął na myśl, i twierdzić, że nie wiedział, że to czyn
zakazany.
- Uważam, że byłoby to dobre rozwiązanie - ożywiła się Marjorie. - Dawno
temu mogłabym się wytłumaczyć brakiem znajomości prawa i uniknąć kary za
zamordowanie męża. Właściwie przed popełnieniem zbrodni powstrzymywała
mnie tylko świadomość, że będę go potrzebowała do obrony, gdy sprawa
trafi do sądu.
Wszyscy się głośno roześmiali.
- Zapewniam cię, mamo, że połowa Rady Adwokackiej chętnie by się tego
podjęła, a druga połowa wystąpiłaby w charakterze świadków obrony -
powiedziała Grace.
- Niemniej jednak - wtrącił się sir Julian, przesuwając dłonią po
zmarszczonym czole - chcę wiedzieć, czy tym razem miałem rację.
- Tak, ojcze. Ale nie zdziw się, jeśli marihuana zostanie zalegalizowana
za mojego życia.
- Mam tylko nadzieję, że nie za mojego - powiedział poruszony sir
Julian.
- Przypuszczam, że chociaż twój ojciec byłby bez szans i oblałby
egzamin, ty go zdałeś - powiedziała Marjorie.
- Mimo kopnięcia protestującego w jaja - dodał sir Julian.
- Nie, nic z tych rzeczy - zaprzeczył William.
- Nie zdałeś czy nie kopnąłeś go w jaja? - zapytał ojciec.
Znów rozległ się gromki śmiech.
- Masz rację, Marjorie - powiedziała Beth, przychodząc na ratunek
narzeczonemu. - Od przyszłego poniedziałku William będzie detektywem
sierżantem Warwickiem.
Sir Julian jako pierwszy wstał i uniósł kieliszek.
- Gratulacje, mój chłopcze - powiedział. - Pierwszy szczebel na wysokiej
drabinie kariery pokonany.
- Pierwszy szczebel pokonany - powtórzyli pozostali członkowie rodziny i na stojąco wznieśli toast.
- Ile szczebli brakuje ci do inspektora? - zapytał sir Julian, zanim
usiadł.
- Daj spokój, ojcze - odezwała się Grace. - Bo powiem wszystkim, jak się
o tobie wyraził sędzia, podsumowując twoją ostatnią sprawę.
- Zgorzkniały, podstarzały ramol.
- Trafił swój... - zareagowali chórem wszyscy czworo.
- Jaki następny krok masz przed sobą, mój chłopcze? - zapytał sir
Julian, starając się opanować.
- Jastrząb zamierza wywołać trzęsienie ziemi w naszym wydziale. Politycy
w końcu przyjęli do wiadomości, że kraj stoi w obliczu poważnego
problemu narkotykowego.
- Na ile jest poważny? - zapytała Marjorie.
- Ponad dwa miliony ludzi w Wielkiej Brytanii regularnie pali marihuanę.
Kolejne czterysta tysięcy wciąga kokainę. Wśród nich znajdują się nawet
niektórzy nasi znajomi, na przykład sędzia, chociaż on robi to tylko w weekendy. Co gorsza, mamy zarejestrowanych ponad ćwierć miliona osób
uzależnionych od heroiny, które obecnie w znacznej mierze przyczyniają
się do ogromnego przeciążenia publicznej służby zdrowia.
- Jeśli rzeczywiście taka jest sytuacja - powiedział sir Julian - to
znaczy, że jacyś dranie zbijają fortunę kosztem uzależnionych.
- Niektórzy z czołowych baronów narkotykowych dosłownie miliony, a młodzi dilerzy - część z nich to jeszcze uczniowie - wyciągają nawet sto
funtów dziennie, czyli więcej niż mój komendant. O sobie, skromnym
detektywie sierżancie, nie wspomnę.
- Przy takich kwotach twoi mniej solidni koledzy mogliby ulec pokusie i skorzystać z okazji - zauważył sir Julian.
- Nie. Komendant Hawksby ma na ten temat swoje zdanie. W jego mniemaniu
nieuczciwy gliniarz jest bardziej zdemoralizowany niż przestępca.
- I ma rację - przyznał sir Julian.
- Jak w takim razie zamierza rozwiązać problemem narkotyków? - zapytała
Grace.
- Komisarz powierzył mu zadanie powołania elitarnej sekcji, której
jedynym celem będzie wytropienie i unieszkodliwienie pewnego konkretnego
barona narkotykowego. Rejonowe służby do walki z przestępczością
narkotykową będą się koncentrować na łańcuchu dostaw, natomiast
ulicznymi handlarzami i użytkownikami - którzy popełniają inne
przestępstwa, na przykład dopuszczają się rozboju czy kradzieży w celu
zdobycia środków na narkotyki - będą się zajmować lokalne jednostki
policji.
- Ostatnio broniłam kilku takich - powiedziała Grace. - Zdesperowane,
żałosne istoty, których jedynym celem w życiu jest zdobycie kolejnej
działki. Jak długo trzeba jeszcze czekać, aż władze zrozumieją, że dla
wielu takich osób jest to problem natury medycznej i nie wszyscy
uzależnieni powinni być traktowani jak przestępcy?
- Ale przecież to są przestępcy - zaprotestował jej ojciec. - Trzeba ich
zamykać, a nie się z nimi pieścić. Poczekaj, aż włamią ci się do domu,
wtedy zmienisz zdanie.
- Już dwukrotnie miałyśmy włamanie - powiedziała Grace.
- Prawdopodobnie zrobił to ktoś, kto nie może utrzymać się w pracy.
Uzależnieni zaczynają od okradania własnych rodziców, potem przyjaciół,
a potem każdego, kto zostawi otwarte okno - włączył się William. -
Kiedyś podczas służby w terenie aresztowałem młodocianego, który miał w mieszkaniu tuzin telewizorów, dziesiątki różnych urządzeń elektrycznych,
obrazy, zegarki, a nawet tiarę. Trzeba też pamiętać o paserach, którzy
zbijają niezłą fortunę. Otwierają tak zwane lombardy dla klientów,
którzy nigdy nie wrócą po zastawiony tam przedmiot.
- Rzeczywiście ich zamykacie? - zapytała Beth.
- Robimy to, ale są jak karaluchy. Złapiesz jednego, a z zakamarków
wyłazi kilka następnych. Branża narkotykowa ma obecnie zasięg
międzynarodowy, na taką skalę jak przemysł naftowy, metalurgiczny czy
bankowość. Gdyby niektóre z największych karteli miały obowiązek
ujawniać swoje roczne zyski, nie tylko znalazłyby się w pierwszej setce
spółek giełdowych, ale do państwowej kasy mogłyby dodatkowo popłynąć
miliardowe podatki.
- Być może nadszedł czas rozważyć legalizację niektórych narkotyków -
powiedziała Grace.
- Po moim trupie! - oburzył się sir Julian.
- Obawiam się, że będzie o wiele więcej trupów, jeśli tego nie zrobimy -
dodał William.
Sir Julian milczał przez chwilę, co wykorzystała Marjorie.
- Dzięki Bogu, że mieszkamy w Shoreham - powiedziała.
- Zapewniam cię, mamo, że w Shoreham jest więcej handlarzy narkotyków
niż policjantów drogówki.
- Jaki plan na rozwiązanie tego problemu ma Jastrząb? - dociekał sir
Julian.
- Odciąć głowę potworowi, który ma kontrolę nad połową dilerów w Londynie.
- Dlaczego w takim razie go po prostu nie aresztujecie?
- Pod jakim zarzutem? Ponadto nawet nie wiemy, jak on wygląda. Nie znamy
jego prawdziwego imienia i nazwiska ani miejsca zamieszkania. W swoim
środowisku jest znany jako Żmija, ale jeszcze się nam nie udało
zlokalizować jego nory, a co dopiero mówić o...
- Jak tam wasze plany ślubne, Beth? - zapytała Marjorie, żeby zmienić
temat. - Ustaliliście w końcu datę?
- Niestety nie - odpowiedział William.
- Tak, już uzgodniliśmy termin - oznajmiła Beth.
- Doskonale, że mnie o tym poinformowałaś - mruknął William. - Miejmy
nadzieję, że tego dnia nie jestem na służbie albo, co gorsza, nie
występuję w sądzie w charakterze świadka, próbując doprowadzić do wyroku
skazującego dla zatwardziałego przestępcy, którego broni mój zbyt wysoko
opłacany ojciec.
- W takim razie rozprawa zakończy się przed obiadem - zapewnił sir
Julian - i obaj zdążymy na czas.
- Chciałabym prosić was o przysługę - zwróciła się Beth do Marjorie,
ignorując ich obu.
- Oczywiście z przyjemnością pomożemy - podchwyciła Marjorie.
- Ponieważ mój ojciec spędził kilka lat w więzieniu, a my...
- Pomyłka sądowa, która została słusznie uchylona - wtrąciła Grace.
- ...dopiero niedawno znaleźliśmy miejsce, w którym chcemy zamieszkać -
ciągnęła Beth - zastanawiałam się, czy moglibyśmy się pobrać w waszym,
to znaczy tutejszym kościele?
- Gdzie Marjorie i ja braliśmy ślub - dodał sir Julian. - Nie przychodzi
mi na myśl nic, co mogłoby mi sprawić większą przyjemność.
- Doprawdy? A co powiesz na to, żeby Miles Faulkner trafił do więzienia
na cztery lata - podsunął William - a jednocześnie Booth Watson, radca
królewski, został usunięty z Rady Adwokackiej?
Sir Julian przez jakiś czas milczał.
- Będę musiał poprosić sędziego o przerwę i prawdopodobnie rozważyć
zmianę zarzutu.
- A co ty na to, Grace? - zapytał William.
- Chciałabym móc poślubić moją partnerkę w tutejszym kościele.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki