Ukryte na widoku - Jeffrey Archer

Kup ebooka

33.90 zł
26.44 zł (15,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

14 KWIET­NIA 1986

Sie­dzieli we czwórkę przy stole wpa­trzeni w kosz upo­min­kowy.

- Dla kogo to jest? - zapy­tał komen­dant.

Wil­liam prze­czy­tał odręczną dedy­ka­cję na bile­ciku: "Dla pana komen­danta Hawksby'ego z powin­szo­wa­niami z oka­zji uro­dzin".

- Lepiej go roz­pa­kuj, detek­ty­wie kon­sta­blu War­wick - zachę­cił go Jastrząb, pro­stu­jąc się na krze­śle.

Wil­liam wstał, roz­piął dwa skó­rzane paski i uniósł wieko pokaź­nego wikli­no­wego kosza wypeł­nio­nego arty­ku­łami, które jego ojciec nazwałby fry­ka­sami.

- Naj­wy­raź­niej ktoś doce­nia naszą pracę - zauwa­żył detek­tyw główny inspek­tor Lamont, wyj­mu­jąc z kosza butelkę szkoc­kiej whi­sky, zachwy­cony, że to black label.

- Zna też nasze upodo­ba­nia - zauwa­żył komen­dant, się­ga­jąc do wnę­trza kosza po pudełko cygar Mon­te­cri­sto, które poło­żył na stole przed sobą. - Teraz ty, detek­tyw kon­stabl Roy­croft - dodał, obra­ca­jąc w pal­cach kubań­skie cygaro.

Jac­kie powoli odsu­nęła deko­ra­cyjne wiórki, spod któ­rych wyło­nił się sło­iczek z foie gras - rary­ta­sem zde­cy­do­wa­nie nie na jej kie­szeń.

- Twoja kolej, detek­ty­wie kon­sta­blu War­wick - dyry­go­wał komen­dant.

Wil­liam poszpe­rał w koszu i natra­fił na butelkę oliwy z Umbrii. Wie­dział, że Beth się na niej pozna. Już miał wró­cić na swoje miej­sce, gdy zauwa­żył nie­wielką kopertę zaadre­so­waną do komen­danta Hawksby'ego, kawa­lera Queen's Police Medal, z dopi­skiem "Do rąk wła­snych". Się­gnął po nią i oddał ją sze­fowi.

Hawksby otwo­rzył kopertę i wyjął kar­to­nik. Z jego kamien­nej twa­rzy trudno było cokol­wiek wyczy­tać, ale ano­ni­mowe życze­nia mówiły same za sie­bie: "Wię­cej szczę­ścia następ­nym razem, panie komen­dan­cie".

Kar­to­nik krą­żył z rąk do rąk. Uśmiech na twa­rzach obec­nych ustę­po­wał miej­sca ponu­rym minom, a przed chwilą wybrane pre­zenty w oka­mgnie­niu zna­la­zły się z powro­tem w koszu.

- Wie­cie, co jest w tym naj­gor­sze? - ode­zwał się komen­dant. - Że dziś naprawdę mam uro­dziny.

- Na tym nie koniec - włą­czył się Wil­liam, który opo­wie­dział o swo­jej roz­mo­wie z Mile­sem Faulk­ne­rem w Fit­zmo­lean Museum wkrótce po odsło­nię­ciu obrazu Rubensa Zdję­cie Chry­stusa z krzyża.

- Gdyby ten Rubens oka­zał się fał­szywy - powie­dział Lamont - to mogli­by­śmy aresz­to­wać Faulk­nera i ponow­nie skie­ro­wać jego sprawę do Old Bailey, a wtedy sędzia Nourse uchy­liłby zastrze­że­nie "w zawie­sze­niu" z wyroku, który wydał, i naj­bliż­sze cztery lata Faulk­ner spę­dziłby w wię­zie­niu.

- Naj­chęt­niej tak bym zro­bił - przy­znał Hawksby. - Ale gdyby się oka­zało, że to ory­gi­nał, to Faulk­ner po raz drugi zro­biłby z nas głup­ców i wysta­wił na publiczne pośmie­wi­sko.

Kolejne pyta­nie komen­danta zasko­czyło Wil­liama.

- Prze­strze­głeś swoją narze­czoną, że Rubens może być fal­sy­fi­ka­tem?

- Nie, sir. Posta­no­wi­łem nie mówić o tym Beth do czasu, aż pan zde­cy­duje o naszych dal­szych dzia­ła­niach.

- To dobrze. I niech tak zosta­nie. W ten spo­sób zyskamy tro­chę czasu na prze­my­śle­nie kolej­nego ruchu, ponie­waż jeśli mamy przy­skrzy­nić tego prze­klę­tego szu­brawca, musimy zacząć rozu­mo­wać jak on. A teraz niech mi to znik­nie z oczu - zażą­dał, wska­zu­jąc na kosz. - I dopil­nuj­cie, żeby wpi­sali go do reje­stru łapó­wek, ale dopiero po zba­da­niu odci­sków pal­ców. Nie spo­dzie­wam się jed­nak, żeby spe­cja­li­sta od dak­ty­lo­sko­pii oprócz naszych zna­lazł jesz­cze inne, chyba że Bogu ducha win­nego eks­pe­dienta z Har­rodsa.

Wil­liam zaniósł wikli­nowy kosz do sąsied­niego pokoju i popro­sił Angelę, sekre­tarkę komen­danta, o prze­ka­za­nie go do działu D705 w celu pobra­nia odci­sków pal­ców. Nie uszło jego uwagi, że była nieco roz­cza­ro­wana.

- Liczy­łam na sos żura­wi­nowy - przy­znała.

Po kilku minu­tach Wil­liam wró­cił do gabi­netu szefa i zdzi­wił się na widok pozo­sta­łych człon­ków zespołu bęb­nią­cych dłońmi w stół.

- Usiądź, detek­ty­wie sier­żan­cie War­wick - zwró­cił się do niego komen­dant.

- Teraz dla odmiany Chó­rzy­ście ode­brało mowę - sko­men­to­wał Lamont.

- Nie na długo - zapew­niła Jac­kie i wszy­scy się roze­śmiali.

- Chce­cie usły­szeć naj­pierw dobrą czy złą nowinę? - zapy­tał komen­dant, gdy się uspo­ko­ili.

- Naj­pierw dobrą - popro­sił Lamont. - Bo mój naj­śwież­szy raport o prze­myt­ni­kach dia­men­tów się wam nie spodoba.

- Niech zgadnę... - Hawksby zawie­sił głos. - Zorien­to­wali się, że nad­cho­dzisz, i wszy­scy ucie­kli?

- Nie­stety gorzej. Nawet się nie poja­wili, podob­nie jak prze­syłka z dia­men­tami, a ja spę­dzi­łem cały wie­czór z dwu­dzie­stoma uzbro­jo­nymi po zęby funk­cjo­na­riu­szami, wpa­tru­jąc się w morze. Więc przy­da­dzą mi się dobre wie­ści, sir.

- Z pew­no­ścią wie­cie, że detek­tyw kon­stabl War­wick zdał egza­min na sier­żanta, mimo że poczę­sto­wał kop­nia­kiem jed­nego z uczest­ni­ków pro­te­stu prze­ciwko broni jądro­wej w...

- Nic takiego nie zro­bi­łem - obru­szył się Wil­liam. - Ja go tylko uprzej­mie popro­si­łem, żeby się uspo­koił.

- Czego egza­mi­na­tor nie wziął pod uwagę ze względu na dobrą opi­nię, jaką się cie­szy Chó­rzy­sta.

- A złe wie­ści? - zapy­tał Wil­liam.

- Jako świeżo upie­czony detek­tyw sier­żant zosta­jesz prze­nie­siony do wydziału anty­nar­ko­ty­ko­wego.

- Lepiej, że ty, a nie ja - wtrą­cił Lamont z wes­tchnie­niem.

- Jed­nakże komi­sarz roz­trop­nie uznał, że zwy­cię­skiej dru­żyny nie powinno się roz­bi­jać - kon­ty­nu­ował komen­dant - a wobec tego od początku naj­bliż­szego mie­siąca obaj dołą­czy­cie do tego wydziału jako człon­ko­wie eli­tar­nej komórki anty­nar­ko­ty­ko­wej.

- Ja rezy­gnuję! - oznaj­mił Lamont, zry­wa­jąc się na równe nogi na znak nie­szcze­rego pro­te­stu.

- Nie­słusz­nie, Bruce. Zostało ci tylko osiem­na­ście mie­sięcy do eme­ry­tury, a jako szef nowej sek­cji otrzy­masz awans na detek­tywa nad­in­spek­tora.

Ta wia­do­mość wywo­łała drugą falę entu­zja­stycz­nego bęb­nie­nia w stół.

- Sek­cja ma funk­cjo­no­wać nie­za­leż­nie od ist­nie­ją­cych zespo­łów anty­nar­ko­ty­ko­wych. Jako samo­dzielna komórka będzie miała tylko jeden cel, do któ­rego przejdę za chwilę. Naj­pierw chcę ogło­sić, że do naszej ekipy dołą­czy nowy detek­tyw kon­stabl, który może nawet przy­ćmić naszego Chó­rzy­stę.

- Chcia­ła­bym to zoba­czyć! - oży­wiła się Jac­kie.

- Nie będziesz musiała długo cze­kać. Za kilka minut się tutaj zjawi. Ma godny podziwu życio­rys: stu­dio­wał prawo w Cam­bridge, gdzie jako czło­nek osady wio­ślar­skiej zdo­był nagrodę w zawo­dach nie­bie­skich óse­mek.

- Zwy­cię­skiej? - zapy­tał Wil­liam.

- Dwa lata z rzędu - odpo­wie­dział Jastrząb.

- W takim razie może powi­nien zacią­gnąć się do poli­cji rzecz­nej - pod­su­nął Wil­liam. - O ile dobrze pamię­tam, zawody nie­bie­skich roz­gry­wane są mię­dzy Put­ney a Mor­tlake, więc wró­ciłby do służby patro­lo­wej w tere­nie.

Jego słowa wywo­łały kolejną serię bęb­nie­nia w blat stołu.

- Z pew­no­ścią się prze­ko­nasz, że rów­nie dobrze radzi sobie na lądzie - oświad­czył komen­dant, gdy uci­chła owa­cja. - Ma na swoim kon­cie trzy lata służby w Regio­nal­nym Wydziale Kry­mi­nal­nym w Craw­ley. Ale jest jesz­cze coś, o czym powi­nie­nem był wspo­mnieć wcze­śniej...

Jastrzę­biowi prze­rwało ener­giczne puka­nie do drzwi.

- Pro­szę - powie­dział.

Drzwi się otwo­rzyły i do gabi­netu wszedł wysoki, przy­stojny, młody męż­czy­zna. Wyglą­dał, jakby przy­był pro­sto z planu popu­lar­nego serialu poli­cyj­nego, a nie z Regio­nal­nego Wydziału Kry­mi­nal­nego.

- Dzień dobry, sir - przy­wi­tał się. - Mel­duje się detek­tyw kon­stabl Paul Adaja. Powie­dziano mi, żebym się tu zgło­sił.

- Pro­szę usiąść, detek­ty­wie kon­sta­blu Adaja - zapro­sił go Jastrząb. - Przed­sta­wię cię człon­kom zespołu.

Wil­liam uważ­nie obser­wo­wał twarz Lamonta, na któ­rej nie było śladu uśmie­chu, gdy wymie­niał uścisk dłoni z Adają. W ramach swo­jej stra­te­gii Metro­po­li­talna Służba Poli­cyjna, Met, podej­mo­wała próby zwer­bo­wa­nia więk­szej liczby funk­cjo­na­riu­szy pocho­dzą­cych z mniej­szo­ści etnicz­nych, ale do tej pory rów­nie nie­sku­teczne jak próby aresz­to­wa­nia prze­myt­ni­ków dia­men­tów. Wil­liam się zasta­na­wiał, dla­czego ktoś taki jak Paul zde­cy­do­wał się wstą­pić do sił poli­cyj­nych i z jakiego powodu tak bar­dzo mu zależy, żeby jak naj­prę­dzej zna­leźć się w zespole.

- Spo­tka­nia wyż­szych rangą śled­czych naszego wydziału odby­wają się w każdy ponie­dzia­łek rano - wyja­śnił mu komen­dant. - Służą wymia­nie infor­ma­cji o postę­pach w docho­dze­niach w poważ­niej­szych spra­wach, które pro­wa­dzimy.

- Albo o ich braku - mruk­nął Lamont.

- Przejdźmy dalej - kon­ty­nu­ował Jastrząb, pozo­sta­wia­jąc tę uwagę bez komen­ta­rza. - Mamy nowe wia­do­mo­ści na temat Faulk­nera?

- Ponow­nie skon­tak­to­wała się ze mną jego żona Chri­stina - powie­dział Wil­liam. - Popro­siła o spo­tka­nie.

- Ach tak. Czyżby miała jakieś infor­ma­cje?

- Nie, sir. Nie mam poję­cia, czego chce, ale nie ukrywa, że tak jak my pra­gnie zoba­czyć swego męża za krat­kami. Nie sądzę jed­nak, żeby zapra­szała mnie na her­batę do Ritza tylko po to, żeby skosz­to­wać ich bułe­czek z maślaną śmie­taną.

- Pani Faulk­ner będzie dosko­nale poin­for­mo­wana o wszel­kich innych dzia­ła­niach prze­stęp­czych swego męża, o któ­rych warto by wie­dzieć zawczasu - powie­dział Lamont. - Nie­mniej nie ufał­bym tej kobie­cie ani tro­chę.

- Ja też nie - przy­znał Hawksby. - Ale gdy­bym miał wybie­rać mię­dzy Faulk­ne­rem a jego żoną, ją uznał­bym za mniej­sze zło. Choć tylko o krztynę.

- Zawsze mogę nie przy­jąć zapro­sze­nia

- O tym nie ma mowy - zapro­te­sto­wał Lamont. - Być może ni­gdy nie nada­rzy się nam lep­sza oka­zja do zamknię­cia Faulk­nera. Nie zapo­mi­najmy też, że z uwagi na wyrok w zawie­sze­niu trafi do wię­zie­nia na co naj­mniej cztery lata za każde, nawet naj­mniejsze wykro­cze­nie.

- To prawda - potwier­dził Jastrząb. - Ale detek­ty­wie sier­żan­cie War­wick, możesz być pewien, że Faulk­ner będzie nas obser­wo­wał z taką samą uwagą jak my jego. Co wię­cej, z całą pew­no­ścią zatrudni pry­wat­nego detek­tywa, który będzie pil­no­wał jego żony przez okrą­głą dobę, aż do osta­tecz­nego zakoń­cze­nia pro­ce­dury roz­wo­do­wej. A zatem her­bata u Ritza jest do zaak­cep­to­wa­nia, nato­miast obiad wyklu­czony. Czy wyra­zi­łem się jasno?

- Jak naj­bar­dziej, sir. Jestem pewien, że Beth byłaby takiego samego zda­nia.

- I ni­gdy nie zapo­mi­naj, że prze­ję­zy­cze­nia pani Faulk­ner są zawsze dobrze wyćwi­czone. W dodatku ona dosko­nale wie, że wszystko, co ci powie, słowo w słowo powtó­rzysz po powro­cie do Yardu.

- Praw­do­po­dob­nie jesz­cze zanim kie­rowca dowie­zie ją do apar­ta­mentu przy Eaton Squ­are - dodał Lamont.

- Dobrze. Wróćmy do bie­żą­cego tematu. Jest kilka spraw, które będziesz musiał prze­ka­zać następcy w wydziale do spraw dzieł sztuki i anty­ków, zanim zaj­miesz się nowymi zada­niami.

- Przed przyj­ściem detek­tywa kon­sta­bla Adai miał nam pan wyja­śnić, sir, czym się będzie róż­nić nowa sek­cja od już funk­cjo­nu­ją­cych zespo­łów do spraw prze­stęp­czo­ści nar­ko­ty­ko­wej.

- W tej chwili nie mogę powie­dzieć zbyt wiele, ale z całą pew­no­ścią zosta­nie wam wyzna­czony tylko jeden cel i nie będzie nim łapa­nie na ulicy pod­rzęd­nych dile­rów han­dlu­ją­cych mari­hu­aną.

Nagle wszyst­kich olśniło.

- Komi­sarz chce - kon­ty­nu­ował Jastrząb - żeby­śmy ziden­ty­fi­ko­wali prze­stępcę, któ­rego nazwi­ska nie znamy, zresztą miej­sca pobytu rów­nież nie, choć przy­pusz­czamy, że mieszka i pra­cuje na połu­dnie od rzeki, w rejo­nie Wiel­kiego Lon­dynu. Wiemy nato­miast, czym się zaj­muje na co dzień.

Jastrząb otwo­rzył teczkę opa­trzoną klau­zulą "Ści­śle tajne".

2

- Zda­łeś egza­min na sier­żanta czy już do końca życia będziesz detek­ty­wem kon­sta­blem? - zapy­tał ojciec Wil­liama.

Z miny Wil­liama niczego nie dało się wyczy­tać. Była nie­wzru­szona, jakby stał naprze­ciwko wybit­nego radcy kró­lew­skiego w miej­scu dla świadka.

- Pew­nego dnia pań­ski syn zosta­nie komi­sa­rzem - oznaj­miła Beth, uśmie­cha­jąc się cie­pło do przy­szłego teścia.

- Wciąż cze­kam na wyniki egza­minu - wes­tchnął Wil­liam i mru­gnął do narze­czo­nej.

- Jestem prze­ko­nana, że zda­łeś celu­jąco, mój drogi - włą­czyła się jego matka. - Ale gdyby do takiego egza­minu przy­stą­pił twój ojciec, to jego wyniku wcale nie była­bym pewna.

- Aku­rat z tym wszy­scy możemy się zgo­dzić - przy­znała Grace.

- Wer­dykt w tej spra­wie został wydany bez­pod­staw­nie. Nie przed­sta­wiono żad­nych dowo­dów ani fak­tów na jego uza­sad­nie­nie - oznaj­mił sir Julian. Wstał z krze­sła i zaczął krą­żyć po pokoju. - Powiedz mi, jaką formę ma ten egza­min - popro­sił, trzy­ma­jąc się za klapy mary­narki, jakby zwra­cał się do sędziów przy­się­głych, któ­rzy jesz­cze nie pod­jęli decy­zji.

- Składa się z trzech czę­ści. Spraw­ność fizyczna: trzeba prze­biec pięć mil w cza­sie nie­prze­kra­cza­ją­cym czter­dzie­stu minut.

- Szanse, że bym temu podo­łał, są nie­wiel­kie - oce­nił sir Julian, który wciąż się prze­cha­dzał po pokoju.

- Samo­obrona. W tej czę­ści led­wie sobie pora­dzi­łem.

- Ja też raczej nie miał­bym na co liczyć - pod­su­mo­wał sir Julian. - Chyba że przy­szłoby mi odpie­rać atak słowny, nie fizyczny.

- Na koniec trzeba prze­pły­nąć trzy dłu­go­ści basenu w mun­du­rze z pałką w ręce wysta­wioną nad wodę.

- Już na samą myśl o tym robi mi się słabo - powie­działa Grace.

- Jak dotąd twój ojciec zawiódł we wszyst­kich trzech kate­go­riach - zawy­ro­ko­wała matka. - A zatem z całą pew­no­ścią musiałby spę­dzić resztę życia w służ­bie patro­lo­wej w ran­dze kon­sta­bla.

- Czy w poli­cji inte­lekt wzbu­dza czy­je­kol­wiek zain­te­re­so­wa­nie? - zapy­tał sir Julian, zatrzy­mu­jąc się przed człon­kami rodziny. - Czy liczy się wyłącz­nie, kto wykona naj­wię­cej pom­pek?

Wil­liam nie zdra­dzał, że w rze­czy­wi­sto­ści żad­nego spraw­dzianu kon­dy­cji fizycz­nej nie było i tylko drażni się z ojcem. Posta­no­wił nie wyba­wiać star­szego pana z opre­sji.

- Potem trzeba zali­czyć testy prak­tyczne, tato. Jestem nie­zmier­nie cie­kaw, czy z nimi pora­dził­byś sobie lepiej.

- Jestem gotowy pod­dać się pró­bie - oznaj­mił sir Julian i ponow­nie ruszył na prze­chadzkę po pokoju.

- Musisz się sta­wić w trzech miej­scach popeł­nie­nia prze­stęp­stwa, żeby egza­mi­na­to­rzy mogli zaob­ser­wo­wać, jak zare­agu­jesz w róż­nych oko­licz­no­ściach. W pierw­szym teście wypa­dłem cał­kiem nie­źle. Trzeba było zmie­rzyć zawar­tość alko­holu w wydy­cha­nym powie­trzu u kie­rowcy, który przy­czy­nił się do nie­groź­nej koli­zji. Wynik testu był bursz­ty­nowy, nie czer­wony, co wska­zuje, że przed zda­rze­niem spo­ży­wał alko­hol, ale limit nie został prze­kro­czony.

- Zatrzy­ma­łeś go? - zapy­tała Grace.

- Nie, wypu­ści­łem, udzie­liw­szy poucze­nia.

- Dla­czego? - zapy­tał sir Julian.

- Dla­tego że wynik bada­nia mie­ścił się w dopusz­czal­nej nor­mie, a z danych w cen­tral­nym kom­pu­te­rze poli­cyj­nym wyni­kało, że kie­rowca ma czy­ste konto. Gdy­bym go zatrzy­mał, mógłby stra­cić pracę.

- Jesteś mię­cza­kiem - stwier­dził sir Julian. - Co dalej?

- Musia­łem inter­we­nio­wać w związku z napa­dem na sklep jubi­ler­ski. Jeden z pra­cow­ni­ków krzy­czał, a kie­row­nik doznał wstrząsu. Uspo­ko­iłem ich obu, nim wezwa­łem pomoc przez radio, po czym ogro­dzi­łem miej­sce zda­rze­nia i cze­ka­łem na przy­by­cie wspar­cia.

- Moim zda­niem do tej pory dosko­nale sobie pora­dzi­łeś - oce­niła matka.

- Też mi się tak zda­wało, zanim sta­ną­łem na czele oddziału mło­dych poli­cjan­tów, któ­rzy zabez­pie­czali marsz pro­te­sta­cyjny zwo­len­ni­ków roz­bro­je­nia jądro­wego. W pew­nej chwili zaczął się wymy­kać spod kon­troli.

- Co się stało? - zain­te­re­so­wała się sio­stra Wil­liama.

- Wygląda na to, że nie zare­ago­wa­łem wystar­cza­jąco spo­koj­nie, kiedy uczest­nik pro­te­stu nazwał jed­nego z funk­cjo­na­riu­szy z mojej ekipy faszy­stow­skim dra­niem.

- Trudno mi sobie wyobra­zić, jak mnie by nazwał - sko­men­to­wał sir Julian.

- Albo jak byś zare­ago­wał - dodała Mar­jo­rie.

Wszy­scy się roze­śmiali, z wyjąt­kiem Beth, która chciała wie­dzieć, jak się zacho­wał Wil­liam.

- Kop­ną­łem go w jaja.

- Co zro­bi­łeś?! - krzyk­nęła matka.

- Wła­ści­wie tylko wycią­gną­łem pałkę, ale zeznał na komi­sa­ria­cie zupeł­nie co innego. Nie­stety w rapor­cie nie opi­sa­łem rze­czy­wi­stego prze­biegu zda­rze­nia.

- Nie mogę uda­wać, że wypadł­bym lepiej - powie­dział sir Julian i opadł na krze­sło.

- Spójrzmy praw­dzie w oczy, ojcze - zwró­cił się do niego Wil­liam, poda­jąc mu fili­żankę kawy. - Zamknął­byś w aresz­cie pija­nego kie­rowcę, kie­row­ni­kowi sklepu i jego asy­sten­towi powie­dział­byś, żeby prze­stali histe­ry­zo­wać, i bez wąt­pie­nia kop­nął­byś po raz drugi pro­te­stu­ją­cego w jaja. Za prze­pro­sze­niem, mamo.

- Powie­dzia­łeś, że egza­min skła­dał się z trzech czę­ści - przy­po­mniał sir Julian, sta­ra­jąc się dojść do sie­bie.

- Trze­cia część jest spraw­dzia­nem pisem­nym.

- W takim razie wciąż mam szansę.

- Musisz odpo­wie­dzieć na sześć­dzie­siąt pytań w ciągu dzie­więć­dzie­się­ciu minut. - Wil­liam, zanim zaczął prze­py­ty­wać ojca, wypił łyk kawy i roz­parł się na krze­śle. - Czy gdy­byś zerwał dzi­kie żon­kile w ogro­dzie sąsiada, a następ­nie poda­ro­wał je swo­jej żonie, to któ­reś z was dopu­ści­łoby się czynu nie­do­zwo­lo­nego?

- Z całą pew­no­ścią mąż jest winien kra­dzieży - stwier­dził sir Julian. - Żona wie­działa, że wziął żon­kile z ogrodu sąsiada?

- Tak, nawet przy tym była - odpo­wie­dział Wil­liam.

- W takim razie zawi­niła poprzez przy­ję­cie skra­dzio­nych dóbr. Sprawa oczy­wi­sta i zamknięta.

- Nie zga­dzam się, wysoki sądzie - wtrą­ciła się Grace, wsta­jąc z miej­sca. - Uwa­żam, że słowo "dzi­kie" ma w tym wypadku klu­czowe zna­cze­nie. Jeśli wszyst­kie zain­te­re­so­wane strony wie­działy, że były to kwiaty dziko rosnące, bo nie zostały posa­dzone przez sąsiada, mój klient miał prawo je zerwać.

- Takiej odpo­wie­dzi udzie­li­łem - powie­dział Wil­liam. - I oka­zuje się, że Grace i ja mamy rację.

- Daj mi jesz­cze jedną szansę - popro­sił sir Julian, uda­jąc, że popra­wia togę.

- W jakim wieku młoda osoba jest odpo­wie­dzialna za popeł­nie­nie prze­stęp­stwa? Ośmiu, dzie­się­ciu, czter­na­stu czy sie­dem­na­stu lat?

- Dzie­się­ciu - odpo­wie­działa Grace, zanim ich ojciec zdą­żył się ode­zwać.

- Kolejna wła­ściwa odpo­wiedź - pochwa­lił ją Wil­liam.

- Przy­znaję, że rzadko bro­nię nie­let­nich - rzekł sir Julian.

- Tylko dla­tego, że nie stać ich na wygó­ro­wane hono­ra­rium dla cie­bie - zauwa­żyła Grace.

- A tobie, Grace, zda­rzyło się bro­nić osoby nie­let­niej? - zapy­tała matka, zanim Wil­liam zdą­żył powró­cić do prze­py­ty­wa­nia sir Juliana.

- Tak, zupeł­nie nie­dawno. W zeszłym tygo­dniu repre­zen­to­wa­łam mało­let­niego sprawcę kra­dzieży w skle­pie w Bal­ham.

- Ani przez chwilę nie wąt­pię, że dzięki tobie unik­nął kary, bo oznaj­mi­łaś, że pocho­dzi z ubo­giej rodziny i że ojciec regu­lar­nie go bije.

- Ją - popra­wiła Grace. - Ojciec tej dziew­czynki wypro­wa­dził się z rodzin­nego dom wkrótce po jej naro­dzi­nach, pozo­sta­wia­jąc wycho­wy­wa­nie trójki dzieci na bar­kach żony, która musiała pra­co­wać w dwóch miej­scach.

- Taka sprawa ni­gdy nie powinna tra­fić do sądu - powie­działa matka Wil­liama.

- Masz rację, mamo. I nie tra­fi­łaby, gdyby dziew­czynka nie została przy­ła­pana w lokal­nym super­mar­ke­cie na kra­dzieży naj­lep­szych kawał­ków mięsa, które scho­wała w tor­bie wyło­żo­nej folią alu­mi­niową, żeby bez wzbu­dza­nia czuj­nika anty­kra­dzie­żo­wego się stam­tąd wymknąć. Następ­nie odda­liła się o mniej wię­cej sto metrów od sklepu i sprze­dała mięso pozba­wio­nemu skru­pu­łów miej­sco­wemu rzeź­ni­kowi.

- Jaką decy­zję pod­jął sąd? - zapy­tała Mar­jo­rie.

- Rzeź­nika uka­rał wysoką grzywną, a dziecko otrzy­mało opiekę. Ale trzeba wziąć pod uwagę, że tej doświad­czo­nej przez los dziew­czynki nie wycho­wy­wali kocha­jący rodzice z klasy śred­niej w wygod­nym, wiej­skim domu w Kent i że ni­gdy nie odda­liła się od wła­snych drzwi na wię­cej niż milę. Nie wie­działa nawet, że przez mia­sto, w któ­rym się uro­dziła, prze­pływa rzeka.

- Wysoki sądzie, czy powi­nie­nem zostać uznany za win­nego, tylko dla­tego że pró­bo­wa­łem zapew­nić moim dzie­ciom przy­zwo­ity start w życiu? - zapy­tał sir Julian. - Czy mam jesz­cze jedną szansę, zanim egza­mi­na­to­rzy odpra­wią mnie z kwit­kiem?

- Pozwól mu na pocie­sze­nie jesz­cze raz spró­bo­wać - wsta­wiła się za mężem Mar­jo­rie.

- Wła­ści­ciel pubu wie, że nie­któ­rzy klienci palą mari­hu­anę w piw­nym ogródku - powie­dział Wil­liam. - Czy bie­rze udział w prze­stęp­stwie?

- Z całą pew­no­ścią tak - powie­dział sir Julian. - Ponie­waż zezwala na wyko­rzy­sty­wa­nie swo­ich pomiesz­czeń do kon­sump­cji sub­stan­cji nie­do­zwo­lo­nych.

- A jeśli jeden z klien­tów palą­cych mari­hu­anę poczę­stuje skrę­tem zna­jo­mego, który tylko raz się zacią­gnie, to także jest winny prze­stęp­stwa?

- Oczy­wi­ście. Ów klient jest winny zarówno posia­da­nia, jak i udo­stęp­nia­nia nie­do­zwo­lo­nego nar­ko­tyku i powi­nien usły­szeć odpo­wied­nie zarzuty.

- Istne sza­leń­stwo - stwier­dziła Grace.

- Zga­dzam się - powie­dział Wil­liam. - Zwłasz­cza że siły poli­cyjne nie mają środ­ków, by ści­gać każde drobne wykro­cze­nie.

- Wcale nie takie drobne - sprze­ci­wił się sir Julian. - W grun­cie rze­czy jest to pierw­szy krok do sto­cze­nia się po równi pochy­łej.

- A jeśli wła­ści­ciel lub klient nie wie­dzieli, że dopusz­czają się czynu nie­do­zwo­lo­nego? - zapy­tała Beth.

- Nie­zna­jo­mość prawa nie jest uspra­wie­dli­wie­niem - wyja­śnił sir Julian. - Gdyby było ina­czej, każdy mógłby pozba­wić życia kogoś, kto mu się aku­rat nasu­nął na myśl, i twier­dzić, że nie wie­dział, że to czyn zaka­zany.

- Uwa­żam, że byłoby to dobre roz­wią­za­nie - oży­wiła się Mar­jo­rie. - Dawno temu mogła­bym się wytłu­ma­czyć bra­kiem zna­jo­mo­ści prawa i unik­nąć kary za zamor­do­wa­nie męża. Wła­ści­wie przed popeł­nie­niem zbrodni powstrzy­my­wała mnie tylko świa­do­mość, że będę go potrze­bo­wała do obrony, gdy sprawa trafi do sądu.

Wszy­scy się gło­śno roze­śmiali.

- Zapew­niam cię, mamo, że połowa Rady Adwo­kac­kiej chęt­nie by się tego pod­jęła, a druga połowa wystą­pi­łaby w cha­rak­te­rze świad­ków obrony - powie­działa Grace.

- Nie­mniej jed­nak - wtrą­cił się sir Julian, prze­su­wa­jąc dło­nią po zmarsz­czo­nym czole - chcę wie­dzieć, czy tym razem mia­łem rację.

- Tak, ojcze. Ale nie zdziw się, jeśli mari­hu­ana zosta­nie zale­ga­li­zo­wana za mojego życia.

- Mam tylko nadzieję, że nie za mojego - powie­dział poru­szony sir Julian.

- Przy­pusz­czam, że cho­ciaż twój ojciec byłby bez szans i oblałby egza­min, ty go zda­łeś - powie­działa Mar­jo­rie.

- Mimo kop­nię­cia pro­te­stu­ją­cego w jaja - dodał sir Julian.

- Nie, nic z tych rze­czy - zaprze­czył Wil­liam.

- Nie zda­łeś czy nie kop­ną­łeś go w jaja? - zapy­tał ojciec.

Znów roz­legł się gromki śmiech.

- Masz rację, Mar­jo­rie - powie­działa Beth, przy­cho­dząc na ratu­nek narze­czo­nemu. - Od przy­szłego ponie­działku Wil­liam będzie detek­ty­wem sier­żan­tem War­wic­kiem.

Sir Julian jako pierw­szy wstał i uniósł kie­li­szek.

- Gra­tu­la­cje, mój chłop­cze - powie­dział. - Pierw­szy szcze­bel na wyso­kiej dra­bi­nie kariery poko­nany.

- Pierw­szy szcze­bel poko­nany - powtó­rzyli pozo­stali człon­ko­wie rodziny i na sto­jąco wznie­śli toast.

- Ile szcze­bli bra­kuje ci do inspek­tora? - zapy­tał sir Julian, zanim usiadł.

- Daj spo­kój, ojcze - ode­zwała się Grace. - Bo powiem wszyst­kim, jak się o tobie wyra­ził sędzia, pod­su­mo­wu­jąc twoją ostat­nią sprawę.

- Zgorzk­niały, pod­sta­rzały ramol.

- Tra­fił swój... - zare­ago­wali chó­rem wszy­scy czworo.

- Jaki następny krok masz przed sobą, mój chłop­cze? - zapy­tał sir Julian, sta­ra­jąc się opa­no­wać.

- Jastrząb zamie­rza wywo­łać trzę­sie­nie ziemi w naszym wydziale. Poli­tycy w końcu przy­jęli do wia­do­mo­ści, że kraj stoi w obli­czu poważ­nego pro­blemu nar­ko­ty­ko­wego.

- Na ile jest poważny? - zapy­tała Mar­jo­rie.

- Ponad dwa miliony ludzi w Wiel­kiej Bry­ta­nii regu­lar­nie pali mari­hu­anę. Kolejne czte­ry­sta tysięcy wciąga koka­inę. Wśród nich znaj­dują się nawet nie­któ­rzy nasi zna­jomi, na przy­kład sędzia, cho­ciaż on robi to tylko w week­endy. Co gor­sza, mamy zare­je­stro­wa­nych ponad ćwierć miliona osób uza­leż­nio­nych od hero­iny, które obec­nie w znacz­nej mie­rze przy­czy­niają się do ogrom­nego prze­cią­że­nia publicz­nej służby zdro­wia.

- Jeśli rze­czy­wi­ście taka jest sytu­acja - powie­dział sir Julian - to zna­czy, że jacyś dra­nie zbi­jają for­tunę kosz­tem uza­leż­nio­nych.

- Nie­któ­rzy z czo­ło­wych baro­nów nar­ko­ty­ko­wych dosłow­nie miliony, a mło­dzi dile­rzy - część z nich to jesz­cze ucznio­wie - wycią­gają nawet sto fun­tów dzien­nie, czyli wię­cej niż mój komen­dant. O sobie, skrom­nym detek­ty­wie sier­żan­cie, nie wspo­mnę.

- Przy takich kwo­tach twoi mniej solidni kole­dzy mogliby ulec poku­sie i sko­rzy­stać z oka­zji - zauwa­żył sir Julian.

- Nie. Komen­dant Hawksby ma na ten temat swoje zda­nie. W jego mnie­ma­niu nie­uczciwy gli­niarz jest bar­dziej zde­mo­ra­li­zo­wany niż prze­stępca.

- I ma rację - przy­znał sir Julian.

- Jak w takim razie zamie­rza roz­wią­zać pro­ble­mem nar­ko­ty­ków? - zapy­tała Grace.

- Komi­sarz powie­rzył mu zada­nie powo­ła­nia eli­tar­nej sek­cji, któ­rej jedy­nym celem będzie wytro­pie­nie i uniesz­ko­dli­wie­nie pew­nego kon­kret­nego barona nar­ko­ty­ko­wego. Rejo­nowe służby do walki z prze­stęp­czo­ścią nar­ko­ty­kową będą się kon­cen­tro­wać na łań­cu­chu dostaw, nato­miast ulicz­nymi han­dla­rzami i użyt­kow­ni­kami - któ­rzy popeł­niają inne prze­stęp­stwa, na przy­kład dopusz­czają się roz­boju czy kra­dzieży w celu zdo­by­cia środ­ków na nar­ko­tyki - będą się zaj­mo­wać lokalne jed­nostki poli­cji.

- Ostat­nio bro­ni­łam kilku takich - powie­działa Grace. - Zde­spe­ro­wane, żało­sne istoty, któ­rych jedy­nym celem w życiu jest zdo­by­cie kolej­nej działki. Jak długo trzeba jesz­cze cze­kać, aż wła­dze zro­zu­mieją, że dla wielu takich osób jest to pro­blem natury medycz­nej i nie wszy­scy uza­leż­nieni powinni być trak­to­wani jak prze­stępcy?

- Ale prze­cież to są prze­stępcy - zapro­te­sto­wał jej ojciec. - Trzeba ich zamy­kać, a nie się z nimi pie­ścić. Pocze­kaj, aż wła­mią ci się do domu, wtedy zmie­nisz zda­nie.

- Już dwu­krot­nie mia­ły­śmy wła­ma­nie - powie­działa Grace.

- Praw­do­po­dob­nie zro­bił to ktoś, kto nie może utrzy­mać się w pracy. Uza­leż­nieni zaczy­nają od okra­da­nia wła­snych rodzi­ców, potem przy­ja­ciół, a potem każ­dego, kto zostawi otwarte okno - włą­czył się Wil­liam. - Kie­dyś pod­czas służby w tere­nie aresz­to­wa­łem mło­do­cia­nego, który miał w miesz­ka­niu tuzin tele­wi­zo­rów, dzie­siątki róż­nych urzą­dzeń elek­trycz­nych, obrazy, zegarki, a nawet tiarę. Trzeba też pamię­tać o pase­rach, któ­rzy zbi­jają nie­złą for­tunę. Otwie­rają tak zwane lom­bardy dla klien­tów, któ­rzy ni­gdy nie wrócą po zasta­wiony tam przed­miot.

- Rze­czy­wi­ście ich zamy­ka­cie? - zapy­tała Beth.

- Robimy to, ale są jak kara­lu­chy. Zła­piesz jed­nego, a z zaka­mar­ków wyłazi kilka następ­nych. Branża nar­ko­ty­kowa ma obec­nie zasięg mię­dzy­na­ro­dowy, na taką skalę jak prze­mysł naf­towy, meta­lur­giczny czy ban­ko­wość. Gdyby nie­które z naj­więk­szych kar­teli miały obo­wią­zek ujaw­niać swoje roczne zyski, nie tylko zna­la­złyby się w pierw­szej setce spółek gieł­do­wych, ale do pań­stwo­wej kasy mogłyby dodat­kowo popły­nąć miliar­dowe podatki.

- Być może nad­szedł czas roz­wa­żyć lega­li­za­cję nie­któ­rych nar­ko­ty­ków - powie­działa Grace.

- Po moim tru­pie! - obu­rzył się sir Julian.

- Oba­wiam się, że będzie o wiele wię­cej tru­pów, jeśli tego nie zro­bimy - dodał Wil­liam.

Sir Julian mil­czał przez chwilę, co wyko­rzy­stała Mar­jo­rie.

- Dzięki Bogu, że miesz­kamy w Sho­re­ham - powie­działa.

- Zapew­niam cię, mamo, że w Sho­re­ham jest wię­cej han­dla­rzy nar­ko­ty­ków niż poli­cjan­tów dro­gówki.

- Jaki plan na roz­wią­za­nie tego pro­blemu ma Jastrząb? - docie­kał sir Julian.

- Odciąć głowę potwo­rowi, który ma kon­trolę nad połową dile­rów w Lon­dy­nie.

- Dla­czego w takim razie go po pro­stu nie aresz­tu­je­cie?

- Pod jakim zarzu­tem? Ponadto nawet nie wiemy, jak on wygląda. Nie znamy jego praw­dzi­wego imie­nia i nazwi­ska ani miej­sca zamiesz­ka­nia. W swoim śro­do­wi­sku jest znany jako Żmija, ale jesz­cze się nam nie udało zlo­ka­li­zo­wać jego nory, a co dopiero mówić o...

- Jak tam wasze plany ślubne, Beth? - zapy­tała Mar­jo­rie, żeby zmie­nić temat. - Usta­li­li­ście w końcu datę?

- Nie­stety nie - odpo­wie­dział Wil­liam.

- Tak, już uzgod­ni­li­śmy ter­min - oznaj­miła Beth.

- Dosko­nale, że mnie o tym poin­for­mo­wa­łaś - mruk­nął Wil­liam. - Miejmy nadzieję, że tego dnia nie jestem na służ­bie albo, co gor­sza, nie wystę­puję w sądzie w cha­rak­te­rze świadka, pró­bu­jąc dopro­wa­dzić do wyroku ska­zu­ją­cego dla zatwar­dzia­łego prze­stępcy, któ­rego broni mój zbyt wysoko opła­cany ojciec.

- W takim razie roz­prawa zakoń­czy się przed obia­dem - zapew­nił sir Julian - i obaj zdą­żymy na czas.

- Chcia­ła­bym pro­sić was o przy­sługę - zwró­ciła się Beth do Mar­jo­rie, igno­ru­jąc ich obu.

- Oczy­wi­ście z przy­jem­no­ścią pomo­żemy - pod­chwy­ciła Mar­jo­rie.

- Ponie­waż mój ojciec spę­dził kilka lat w wię­zie­niu, a my...

- Pomyłka sądowa, która została słusz­nie uchy­lona - wtrą­ciła Grace.

- ...dopiero nie­dawno zna­leź­li­śmy miej­sce, w któ­rym chcemy zamiesz­kać - cią­gnęła Beth - zasta­na­wia­łam się, czy mogli­by­śmy się pobrać w waszym, to zna­czy tutej­szym kościele?

- Gdzie Mar­jo­rie i ja bra­li­śmy ślub - dodał sir Julian. - Nie przy­cho­dzi mi na myśl nic, co mogłoby mi spra­wić więk­szą przy­jem­ność.

- Doprawdy? A co powiesz na to, żeby Miles Faulk­ner tra­fił do wię­zie­nia na cztery lata - pod­su­nął Wil­liam - a jed­no­cze­śnie Booth Wat­son, radca kró­lew­ski, został usu­nięty z Rady Adwo­kac­kiej?

Sir Julian przez jakiś czas mil­czał.

- Będę musiał popro­sić sędziego o prze­rwę i praw­do­po­dob­nie roz­wa­żyć zmianę zarzutu.

- A co ty na to, Grace? - zapy­tał Wil­liam.

- Chcia­ła­bym móc poślu­bić moją part­nerkę w tutej­szym kościele.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki