Ukryte myśli - Roman Ciepliński

Kup ebooka

24.00 zł
19.20 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Chorobawyobraźni

Wszystkozaczęło się od PokusyŚwiętego Antoniego.Patrząc na cienkie, pajęcze nóżki słoni, zastanawiałem się, czym jestpokusa, jeśli nie rodzajem choroby autoimmunologicznej wyobraźni.Jeśli tak, to pokusa byłaby więc chorobą zaburzeń odporności,konsekwencją zbyt silnej reakcji samoobronnej przed potencjalnymzagrożeniem. Przykładem na to, że mysz może urodzić słonia.

Wyobraźnia,która jako taka jest pewnym nadużyciem umysłu, kiedy to przekracza ongranicę dzielącą teraźniejszość od przeszłości i przyszłości, kiedyto nie rejestruje i nie reaguje na to, co "jest", lecz nato, czego aktualnie "nie ma" i tworzy nierealnąrzeczywistość alternatywną, wytwarza - chcąc bronić się przednaporem rzeczywistości zmysłowej - przeciwciała pokus, czyli"apele o zachowanie cnoty" w zbyt dużej ilości, które toniszczą wyobraźnię, z natury niewinną i bezinteresowną. Niszczą,zamieniając ją w agresywne widmo, produkt chorobyautoimmunologicznej, fantom przedmiotu pożądania. Tak to po razkolejny sprawdza się stara prawda, że najbardziej na zepsucienarażeni są ci, którzy najbezwzględniej z nim walczą. Nic tak niecieszy demona jak nadmiar rygorów, fanatyczna walka z występkiem izłem. To idealne bowiem środowisko, by system immunologicznywyobraźni przekroczył swoje kompetencje i zamienił eden w ogródsadysty.

Jeśliwyobraźnia może zabić, to z pewnością o wiele szybciej zabić możepokusa, która jest wyobraźnią zaprzęgniętą przez Kusiciela. Pokusajest rodzajem wyobraźni skażonej mocą popędów i patologią woli:pożądaniem, żądzą władzy i rozkoszy, magnetyzmem grzechu.

Jestjeszcze jeden istotny szczegół: piękno tej choroby. Zabójcze piękno.Dialektyczne, bo dialektyczne, czyli wpisane w perspektywę, w którejwidać jego przeciwieństwo czy alternatywę, jest każde piękno, nawetto niewinne, a może właśnie to najbardziej. Ilekroć czytam Kwiatyzłaczuję się jak spowiednik w konfesjonale. Jednak nie jak ksiądzspowiednik, lecz jak spowiednik - esteta, etyk piękna. BiednyBaudelaire spowiada mi się - mówiąc o sprawach ohydnych -w przepiękny sposób z tego, że w plugastwie dostrzegł najwyższepiękno. Czyż można doświadczyć większej estetycznej perwersji?

Trudnojej się oprzeć nie tylko z powodu podniet ciała. Działa równieżtrucizna zabójczego piękna, które sączy się z miejsca "podrugiej stronie dobra". Gdyby Bóg był mniej mądry, zrównałbyzapewne dobro z pięknem i zło z brzydotą. Gdyby zbrodnia,cudzołóstwo, rabunek czy kłamstwo były tak ohydne, że człowiek odrazu w chwili pokusy dokonania tych występków odczuwałby coś wrodzaju obrzydzenia, Diabeł nie byłby potrzebny. Straciłby robotę,jak nasi stoczniowcy po upadku stoczni.

Kiedywięc patrzę na słonia na pajęczych nóżkach, który biegnie niczymmonstrualny owad, niosąc na swoim grzbiecie symbolizujący pokusycielesne burdel pełen pięknych nierządnic, zdaje się, że to tylkoirracjonalna fantasmagoria, którą rozwieje za chwilę wiatr. Słoniesię jednak zbliżają, widmo powiększa się, pokusa rośnie.

Jeśliczysta wyobraźnia jest produktem psychiki, osobowości, ducha, topokusa - jej córka z nieprawego łoża - służyć chcegłównie ciału. Tak jak w życiu walczą dusza z ciałem, tak w estetycei etyce wyobraźnia zmaga się z pokusą.

Wreszcieoderwałem wzrok od reprodukcji obrazu Salvadora Dalego. Byłemzmęczony. Od wpatrywania się w ekran komputera, który niczym sezamotworzył przede mną wstydliwe karty działalności TW "Emanuela",bolały mnie oczy. Kto na ścianie czytelni akt Służby Bezpieczeństwa wInstytucie Pamięci Narodowej powiesił te reprodukcje? Niezależnie odtego, kto to był, z pewnością nie było to dziełem przypadku. Tuż zaDalim wisiał Bosch i sceny z jego ogrodu ziemskich rozkoszy i ogrodupełnego koszmarnych okrucieństw. Słowem - piekło, wymarzonytemat dla wyobraźni, która osądza i wymyśla karę. Okrucieństwo; jakżeczęsto przejawia się w nim demoniczna kreatywność... Dalej był Goyaze swoimi demonami wojny, mroczny Caravaggio, a na samym końcu, niewiedzieć dlaczego, wisiał zupełnie nie pasujący do reszty reprodukcjiportret brodatego mężczyzny w rosyjskim grubym płaszczu. Mężczyznaów, pokazując swój lewy półprofil, patrzy gdzieś przed siebie zwyrazem twarzy mówiącym mniej więcej: wiem o tobie coś, czego niechciałbyś się dowiedzieć.

Wyszedłemz budynku IPN-u i, z powodów, które wydały mi się oczywiste,ruszyłem, nie spiesząc się, w stronę ulicy Judyma. Z Janickiego doJudyma droga jest długa. Pomyślałem, że idąc na skróty, poświęcićbędę musiał na ten spacer około godziny. W sam raz tyle, ilepotrzeba, by przemyśleć pewne sprawy.

Jeżelizło jest odwrotnością, przeciwieństwem dobra, to pokusą dla samegoDiabła mogłoby być tylko jedno. Zło mogłoby ulec tylko pokusiejakiegoś "dobra". A nawet dobra bez cudzysłowu. Po prostu- dobra. Powód wydaje się prosty i oczywisty. Mógłby ulec tejpokusie, bo uznaje on to dobro, stworzone przez Boga, za - zło.Czy zatem Diabeł odczuwa pokusę dobra? Najprawdopodobniej tak -myślałem, idąc w ten ciężki sierpniowy dzień zakurzoną, wypalonąsłońcem ulicą wzdłuż szpaleru starych lip rosnących za płotem dawnejsowieckiej jednostki wojskowej. Mogłaby więc skusić go -paradoksalnie - tylko miłość, którą on uważa za zło najwyższe.Taki ma bowiem "odwrotny" system wartości...

Naglezza rogu Mickiewicza i Okrzei wyłonił się jak widmo Janusz Janowski,który z niewiadomych powodów od szkolnych lat nazywany był po prostuPaskiem. Zatrzymaliśmy się koło kiosku. Pasek kupił papierosy izapalił. Wracał ze szpitala, gdzie leżała - jak się wyraził -jego ciotunia. Chciałem go zapytać, czy to ta sama ciotunia, która wlatach 90. prowadziła agencję towarzyską na Mierzynie, ale ugryzłemsię w język.

- Cośpoważnego?

- Narazie jest diagnozowana. Już jednak wiadomo, że do lekarza to onaraczej się nie spieszyła... - powiedział.

- Aktóż się spieszy do lekarza?

- Napewno nie ona. Nigdy nie miała czasu. A ty nad czym tak rozmyślasz? -zapytał, wydmuchując dym z papierosa prosto w moją twarz.

- Byłemw IPN-ie. A po wyjściu zastanawiam się nad problemem czystoteoretycznym, by nie powiedzieć teologicznym: czy Diabeł, skorouznaliśmy, że istnieje i ciągle robi tak wiele bałaganu, mógłby sięzakochać?

Pasekzaśmiał się. Rzucił papierosa pod nogi, rozgniótł go pod butem ipowiedział:

- Tyto masz problemy...

Ibez pożegnania poszedł w stronę ulicy Juranda, gdzie mieścił siębodaj najbardziej znany w mieście gabinet psychiatryczny.

Ruszyłemdalej, przed ryneczkiem"Pogodno"skręciłem w Libelta. Przeszedłem koło domu byłego dyrektora teatruGrzegorza Józefowicza, człowieka zgorzkniałego i zatrutego wielomaniepowodzeniami, których osobiście doświadczył. Przypomniał mi siępewien letni dzień przed laty, kiedy gościłem u niego i siedzieliśmyw małym zacienionym ogrodzie przy werandzie i piliśmy dobrzeschłodzone piwo. Postać byłego dyrektora, choć wydawała mi się raczejniesympatyczna, skojarzyła mi się z bardzo miłym popołudniem, kiedysiedząc w wiklinowym fotelu w cieniu moreli i czereśni, odpoczywałemw upalne popołudnie, pijąc zimne napoje. Wreszcie skręciłem wBudzysza Wosia, w ulicę, która z racji małego ronda na końcuprzypomina igłę na którą można nawlec jakąś nić. Czy więcparadoksalnie, Diabła może skusić miłość, czy może się zakochać, czyteż - choć ma taką zdolność czy raczej słabość - niezrobi tego, bo chroni go jego najważniejsza cecha - odradzającasię ciągle na nowo - nienawiść? Otóż - myślałem, idącdalej w stronę Wojska Polskiego, już ulicą Ostrawicką - jestpewien problem z miłością, w przypadku Diabła wyjątkowo niefortunny.Nie ma miłości - jak pisali Kierkegaard i Scheler - bezofiary, bez poświęcenia, bez gotowości poświęcenia samego siebie wimię tej miłości do kobiety, mężczyzny, własnego dziecka. W miłościnie chodzi więc tylko o samą miłość, ale też i o śmierć. Czy ktośprzy zdrowych zmysłach ośmieliłby się wymagać od Diabła, by tenpoświęcił się dla swojej ukochanej lub choćby nawet dla Antychrysta,którego z pewnością koch... a jeśli nawet nie, to przynajmniej -lubi i akceptuje z powodu zła, które czyni?

Zahaczyłemo park Romana Łyczywka, przeszedłem z mieszanymi uczuciami kołoBianca Cafe, lodziarni, która powstała w miejscu, gdzie od latprzedwojennych zawsze działał miejski szalet i gdzie teraz zamiastpisuarów przy ścianach stoją okrągłe paryskie stoliki wykończonemosiądzem, po czym - przecinając szeroką aleję Wojska Polskiego- ruszyłem w stronę ulicy Wincentego Pola. Byłem już blisko;minąłem Ogród Botaniczny, gdzie omal nie rozjechał mnie jakiśrowerzysta, wszedłem w Serbską i byłem już przy Szpitalu Wojewódzkim.Przyszła mi wówczas do głowy myśl absurdalna, ale wyjątkowo natrętna;jednakowoż nie w formie stwierdzenia, lecz - co dziwne -pytania: gdyby w imię jeszcze większej nienawiści należało pokochać,czy Diabeł pokochałby, czy raczej niekoniecznie? Jeśli pokochałbynaprawdę, zaprzeczyłby samemu sobie, a to z kolei jest możliwe, bo wistocie rzeczy - jak twierdzą teolodzy - jest on tylkobłędem, odwrotnością doskonałości, niespełnioną ambicją, miłościąwłasną. Jest więc bardzo ludzki, wręcz godny współczucia. Podobniejak człowiek wie, że jego dni są policzone, że przegrał tu, na Ziemi,lecz również - w przeciwieństwie do człowieka - również iw niebie.

Zbliżałemsię do ulicy Judyma wciśniętej między kompleksy starychdziewiętnastowiecznych budynków dawnego sanatorium, ośrodka opiekispołecznej"Samaritaine"i domu starców "Obfite Żniwo", który mieścił się wpięknym, lecz zrujnowanym pałacu z dwiema wieżami na narożnikach. Taczęść rejonu szpitala ukryta była w cieniu starych drzew.

Polekturze fragmentów teczki opatrzonej kryptonimem "OperacjaLacrimosa" postanowiłem osobiście przekonać się, jak wyglądawnętrze kościoła, gdzie tuż po wojnie miało dojść do incydentuzwiązanego z jednym z obrazów i jak wygląda ten słynny - jeślimożna tak powiedzieć - konfesjonał, który okazał się narzędziemsłużby bezpieczeństwa.

?? ?

Stałempod konfesjonałem i zastanawiałem się nad sensem moich poszukiwań wIPN-ie. Czy poznam prawdę o Albercie, a jeśli ją poznam, czy mnie onaw jakiś sposób "wyzwoli"? Nagle usłyszałem głuchy odgłoschrobotania i po chwili z konfesjonału wyszedł ksiądz. W ręku trzymałbrewiarz, który pewnie czytał z braku chętnych do spowiedzi.

- Pando spowiedzi może? - zapytał.

- Nie,proszę księdza. Jestem rozwodnikiem.

- Nieszkodzi. Każdy się może wyspowiadać, ale nie każdy musi otrzymaćrozgrzeszenie - powiedział i, widząc moje wahanie, uśmiechnąłsię, jakby zrozumiał i poszedł w stronę zakrystii.

Konfesjonałbył już mocno zużyty; w klęczniku wierni wyżłobili kolanami dwie dośćgłębokie doliny, irytowały - jakby nie było, w tym pięknymstarym meblu - porysowane, pewnie przez dzieci komunijne,boczne skrzydła, tak zwane parawany. Drewniana krata, co tu dużomówić, była z pewnością siedliskiem bakterii i wirusów, no ioczywiście źródłem niezbyt ciekawego zapachu. Tak, konfesjonały mająprzedziwny zapach. Nie powiem, że przyjemny. Zawsze kojarzył mi się ztajemnicą. Wygodne też nie są. Nie może być komfortowy i pachnący jakświecka, a nawet, w pewnym sensie, bluźniercza - kozetkapsychoanalityka.

Mogłotak być jeszcze przez wiele lat, zgrzebnie i tradycyjnie, gdyby nieten fatalny w skutkach incydent, który wydarzył się w połowie lat 80.W Wielki Piątek do spowiedzi przystąpił dziwny młody człowiek. Byłdużego wzrostu. W trakcie spowiedzi bardzo się zdenerwował i takwalił głową w kratę, że ją połamał. Spowiedź przerwano, wandalawyprowadzono ze świątyni.

Kilkadni później ksiądz Włodzimierz Nowak znalazł wreszcie na stronachogłoszeniowych numer telefonu do stolarza i zadzwonił. Spodziewał sięjednego, ale przyjechało aż dwóch. Proboszcz pomyślał wówczas, że niewyglądali na stolarzy. Byli ubrani w nowe kombinezony i conajdziwniejsze zupełnie trzeźwi, nawet nie"wczorajsi".Stolarze wzięli wymiary, ustalili zakres prac i cenę, o którą się nietargowali, co też wydało się dziwne i pojechali. Już rano następnegodnia konfesjonał był naprawiony. Dopiero cztery lata później zzakratownicy w trakcie czyszczenia parawanów i okienek wypadłminiaturowy mikrofon i dwa cieniutkie kabelki.

?? ?

Później,kiedy wyszły na jaw kolejne fakty, które z pozoru niepowiązane zesobą wątki łączyły w jedną całość, doszedłem do wniosku, że muszęwrócić myślami nie tylko do samego Alberta, człowieka o dwóchtwarzach, ale również do czasów dość odległych, kiedy wszedłem wśrodowisko - jak mogłoby się wydawać - zupełnie obcetematyce współpracy ze służbami w czasie komuny. Chodzi o punków.

Dodziś Paryż kojarzy mi się z głodem. W gruncie rzeczy byłem na siebiewściekły, że dałem się namówić na ten eksperyment. Byłem po prostunieziemsko głodny. A kolejne próby oswojenia tego stanu okazywały sięnieudane. W ciągu miesiąca zrzuciłem 10 kilo. Spodnie na mniewisiały. Jeszcze chwilę i byłbym tak chudy jak Ann, która zdaje siębyła anorektyczką.

Przezlata wydawało mi się, że - nie licząc motywu czysto poznawczego- była to rutynowa wycieczka, typowe odreagowanie porozczarowaniu. Może i terapia. Wzgardzone uczucie ma moc silnikaodrzutowego. Nie ma chyba większej manifestacji zranionych uczuć niżpodróż po rozstaniu, z dziewczyną, która miała zaleczyć ranę poswojej poprzedniczce. Oczywiście miasto lśniło w ciemnościach iściągało ćmy z całego świata, miało swoją własną siłę przyciągania,destrukcyjną moc jak płomień w ciemności. To był zresztą inny Paryżniż ten obecnie. W czasach drugiej Wiosny Ludów, dużo większej niżpierwsza przed 150 laty, która akurat wówczas przeciągnęła się odczerwca w Polsce do późnej jesieni w NRD i Czechach, miasto nadSekwaną wydawało mi się krainą szczęśliwości.

Pracowałemwtedy w redakcji Polskiego Radia. W wieżowcu na ostatnim piętrze byłabiblioteka, uznawana powszechnie za podniebne, choć nieco zakurzone,królestwo Henryka Banasiewicza, poety apokaliptycznego. Henryk miałmały ciepły etacik. Rzucono go tam pewnie, bo był poetą, osobą -jak by nie było - niedostosowaną do życia. Dyrekcja radiapowieliła więc pomysł Platona, by ludzi oderwanych zanadto odrealnego życia wypchnąć niejako poza margines społeczeństwa, w którymjakoby każdy powinien znać swoje miejsce. Zanudzać swoimikatastroficznymi wizjami świata i końca cywilizacji nie miał kogo.Było to więc jakieś rozwiązanie. Pożyczyłem kiedyś w tej biblioteceksiążkę pewnego brytyjskiego antropologa, który badał małąspołeczność w Afryce Środkowej. Żył wśród niej prawie trzy lata. Tobyła społeczność żyjąca na skraju nędzy. Starych ludzi, a więc wtamtejszym mniemaniu niepotrzebnych, gdy przychodził czas, wsadzanona taczki i wywożono za wieś na wysypisko. Starzy spadali na kupęśmieci i tam powoli - jeśli można tak powiedzieć - wspokoju umierali. Zwalniali miejsce młodym... Gdy położyłem książkęna biurku, Henryk ucieszył się:

- Tojedna z najbardziej ponurych książek antropologicznych, jakiepowstały. Antropologiczny portret człowieka, który się z niej wyłaniato po prostu katastrofa, zwłaszcza dla antropologów entuzjastów,którzy w homo sapiens widzą duchową, altruistyczną istotę. Jak dlamnie - rewelacja. Serdecznie polecam - powiedział niemalw zachwycie.

Wydawałomi się, że potrzebowałem takiej książki, zwłaszcza wtedy. O Izie niepotrafiłem przestać myśleć. Wyglądała jak Madonna z dzieciątkiemRafaela. Snułem się po mieście jak zbity pies. Pocieszała mnie jednakta ponura wizja człowieka pozbawionego wszelkiego współczucia,niezdolnego do miłości. Jeśli człowiek niezdolny jest do miłości, tocierpienie z tego powodu, że ktoś jest przez kogoś odrzucony jestczystym nonsensem. Myślałem, że będzie mi lżej, ale nie było. Swojądrogą ciekawe jest, że człowiek przygnębiony odnajduje częstopocieszenie w tym, co ludzi szczęśliwych dołuje... Iść miałem przezżycie jako człowiek wolny, pozbawiony balastu. Spodobała mi sięwówczas myśl pewnego buddysty: uwolnić się od dyktatury wiedzy. Niewiedzieć oznaczało też nie cierpieć.

Napoczątku transformacji ustrojowej wszystko wydawało mi się miałkie,tandetne i nędzne. I wtedy właśnie spotkałem Jurka. Spotkaliśmy siękoło tak zwanych kogutów. Był to rząd baraków gastronomicznych, wmiejscu gdzie kiedyś, tuż przed alianckim nalotem, stały secesyjnekamienice, słowem w szczerbie zabudowy, która jak niezabliźniona ranatkwiła w samym sercu miasta. Rozmowa była krótka. Zapytał:"jedziesz?".Nie miałem nic do stracenia. Podanie o urlop bezpłatny zostawiłem wsekretariacie i nie czekając na podpis prezesa, wyszedłem. Jakby co,uratują mnie związki zawodowe, pomyślałem naiwnie. Spakowałem się ikilka godzin później byłem w autobusie do Francji.

Rodziceuznali mój wyskok za szczyt nieodpowiedzialności.

?? ?

Zmoim wyjazdem - na który patrzę dziś z dużym dystansem -wiąże się cały długi ciąg skojarzeń, choćby takich, które po latachprzywołują do życia stare czasy. Nie dalej niż zeszłej zimy, naprzykład, na wernisażu Romualda Macieja spotkałem pana Gawryluka.Uraczył mnie taką oto historią:

- Powielu latach, kiedy od dawna byłem już przewodnikiem po Hiszpanii,trafiłem do Barcelony. Wiecie, kim byli polscy turyści w staniewojennym? (Dlaczego zwracał się do mnie w liczbie mnogiej? Formy tejpewnie często używał, przemawiając do wycieczek). Wiecie; alboturystami jednorazowego użytku, którzy wyjeżdżali z Polski tylko raz,albo tajnymi współpracownikami, którzy inwigilowali tych, którzyzostawali. Miałem popłynąć statkiem na jednodniową wycieczkę wzdłużwybrzeża Morza Śródziemnego. Ale mój przyjaciel, pewien Rosjanin,także przewodnik, poprosił mnie, byśmy się zamienili trasami. Któryśraz już miał oprowadzać wycieczkę między innymi po północnejKatalonii. Ale jej uczestnicy już tam byli, chcieli zobaczyć cośinnego. Zgodziłem się. Oni popłynęli małym wycieczkowym statkiem, amy autobusem pojechaliśmy na wschód Katalonii. Na trasie była teżmiejscowość Figueres, gdzie urodził się Salvador Dali. Zresztą naCosta Brava znajdują się trzy muzea związane z tym artystą. Razemtworzą coś w rodzaju Trójkąta Dalego, tak są zresztą dzisiajnazywane. Turyści entuzjastycznie przyjęli moją propozycję, byśmy tampojechali. W Figueres artysta zbudował swoje muzeum na ruinach teatrumiejskiego zniszczonego podczas wojny domowej. Pstrokaty budynekzwieńczony jajami. Na wejściu wita nas patio ze słynną taksówką -czarnym cadillakiem, zwanym również deszczowym, ponieważ po wrzuceniumonety zaczyna padać deszcz, tyle że w środku auta. Późniejpojechaliśmy do Port Lligat; to małe miasteczko rybackie znajdującesię w pobliżu Cadaqués, gdzie Salvador kupił dom rybaków.Obejrzeliśmy hacjendę Dalego i pojechaliśmy do restauracji. Coś mniejednak podkusiło, by wrócić do posiadłości mistrza. Gdy uczestnicywycieczki jedli obiad, wymknąłem się z lokalu. Sam dobrze niewiedziałem, po co to robię. Stanąłem przed solidną bramą i wcisnąłemprzycisk dzwonka. Długi czas nic się nie działo po drugiej stronieogrodzenia. W końcu przez zakratowany otwór w bramie zobaczyłem, jakpowoli drzwi domu otwierają się i jak wychodzi na zewnątrz rosłymężczyzna w czarnym garniturze. Zza jego pleców, ku memu zdziwieniu,wyłonił się malutki chudziutki człowieczek z wielkimi wąsami. Własnymoczom nie wierzyłem. Czy był to przypadek, a może wyszedł, byrozprostować kości albo wypić kawę na tarasie, czy też postanowiłmnie osobiście powitać? Było to raczej mało prawdopodobne. Tymczasemobaj mężczyźni podeszli do bramy i zaglądali mi nieufnie w oczy. Pochwili facet w czarnym garniturze otworzył bramę i powiedział:"proszę". Wszedłem do środka i od razu ruszyłem doSalvadora Dalego, który stał jak posąg pośrodku dziedzińca. Niewielemyśląc, upadłem do nóg artysty i klęcząc przed nim powiedziałem:

- Mistrzu,pobłogosław, proszę, młodego adepta sztuki.

- Spierdalaj,kutasie... - odpowiedział maestro soczystą katalońską gwarą.

Takpo prostu. Nierozgarnięty jest ten, kto nie rozumie, że aby byćmistrzem, trzeba iść własną drogą i że lepiej się buntować niżpozwolić sobie na"terminowanie".Bez zlepiania się w grupy, związki czy nawet"duopole",jak w moim i Alberta przypadku. Czy Albert przykleił się do mnie jakskorupiak do burty "Titanica" i płynie na spotkanie zeswoim losem?

wserii kwadratukazały się:

"2008","2011", "2014", "2017" -antologie współczesnych polskich opowiadań

MarcinBałczewski"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"

WaldemarBawołek"To co obok"

KostiaBerezin (Paweł Laufer)"Buty Mesjasza"

JacekBielawa "Kościelec"

JarosławBłahy "Rzeźnikz Niebuszewa"

DariuszBitner"Książka"

RomanCiepliński"Diabelski młyn" , "Ukryte myśli"

TomaszDalasiński"Nieopowiadania"

JerzyFranczak"Święto odległości"

KrzysztofGedroyć"Przygody K"

AndrzejGrodecki"Iluzje"

BrygidaHelbig"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inneludzie"

LechM. Jakób"Ciemna materia"

BogusławKierc"Bazgroły dla składacza modeli latających"

WojciechKlęczar"Wielopole"

BogusławaLatawiec"Ciemnia"

RyszardLenc"Chimera"

ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz","Skerco", "Spowiadania i wypowieści"

MiłkaO. Malzahn"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"

AgnieszkaMasłowiecka"Pyszne ciało", "Splątanie"

JarosławMaślanek"Ferma ciał"

DariuszMuszer"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolnośćpachnie wanilią"

KrzysztofNiewrzęda"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości","Second life", "Wariant do sprawdzenia","Zamęt"

EwaElżbieta Nowakowska"Apero na moście"

Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski"Błogosławieni"

PawełOrzeł"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic","Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"

PawełPrzywara"Ricochette","Zgrzewka Pandory"

KrystynaSakowicz"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"

AlanSasinowski"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczeryfacet"

GrzegorzStrumyk"Kra", "Nierozpoznani"

ŁukaszSuskiewicz"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"

LeszekSzaruga"Dane elementarne", "Podróż mego życia","Zdjęcie"

IzabelaSzolc"Śmierć w hotelu Haffner"

ŁukaszSzopa"Kawa w samo południe"

AndrzejTurczyński"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncertmuzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"

AnatolUlman"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"

EmiliaWalczak"Hey,Jude!"

MiłoszWaligórski"Ktoto widział"

Henryk Waniek "Miastoniebieskich tramwajów"

MaciejWasilewski"Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodejPolski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"

BartoszWójcik"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"

GrzegorzWróblewski"Nowa Kolonia"

MaciejWróblewski"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"

Tadeusz Zubiński "Rzymskawojna"