Rozdział 1
Dzień, w którym Sloan Cooper zmarła, zaczął się przed świtem, a skończył
tuż przed północą. Jako kapral w policji Departamentu Zasobów
Naturalnych pomogła aresztować trzech facetów, którzy nękali, okradali i napadali amatorów pieszych wędrówek na szlakach górskich zachodniego
Marylandu.
Trzej mężczyźni -?dwaj bracia i ich ojciec -?jako "suwerenni" obywatele,
uważali tereny publiczne za swoją własność, a wszystkich, którzy
przekraczali ich granice, za intruzów.
Teraz, po trzydniowej akcji, podczas której osobiście rozbroiła
wspomnianego ojca, niejakiego Johna, alias Red Bowson, wszyscy trzej
przebywali w areszcie. Sloan przypuszczała, że czeka ich długi i miły
pobyt w więzieniu federalnym, gdzie będą mogli przemyśleć swoje błędy.
Niezwykle satysfakcjonujące.
Nie wspominając już o tym, że chciała mieć ten trzeci szewron,
oznaczający rangę sierżanta, a ostatnia akcja mogła się do tego
przyczynić.
Ponieważ losowanie wypadło na jej korzyść, prowadziła wóz w drodze
powrotnej do wydziału operacji specjalnych, podczas gdy jej partner
kontaktował się z żoną.
Joel Warren, chudy jak tyczka mężczyzna o śniadej skórze i krótkich
lokach pod służbowym kapeluszem, odznaczał się zwodniczo leniwym
sposobem bycia, który maskował przenikliwy umysł i energię zdolną
oświetlić całe miasto.
Przeszli razem szkolenie i oboje zgłosili się do Biura Śledczego do
spraw Kryminalnych. Joel, urodzony w Waszyngtonie, i Sloan, z małego
miasteczka w tych zachodnich górach, szybko znaleźli wspólny rytm.
Choć różnili się pod względem osobowości -?i może właśnie dlatego -?ich
blisko pięcioletnie partnerstwo funkcjonowało jak należy. On: na luzie,
odwalić robotę i pojechać do domu. Ona: poważna, ambitna i sumienna.
Prowadząc, słuchała jednym uchem, kiedy mówił swojej ukochanej Sari, że
już wracają do domu.
Bagatelizował to, co wydarzyło się w ciągu trzech pełnych brutalności
dni, nie wspominając, że do nich strzelano ani o podbitym oku Sloan,
która oberwała w trakcie aresztowania zbirów.
Nie dlatego, by zaoszczędzić Sari drastycznych szczegółów, o czym Sloan
doskonale wiedziała. Było, minęło. Ważne jest to, co teraz.
Podziwiała siłą rzeczy tę jego zdolność kategoryzacji.
Skończył rozmawiać i zmienił ułożenie długich nóg.
-?Miałem ci jeszcze nie mówić...
-?Czego? Gadaj, skoro i tak zamierzałeś.
-?Powiedziałem mamie, a Sari powiedziała swoim rodzicom. Chciałem
zaczekać jakieś dwa, trzy tygodnie, ale...
Była wyszkolonym funkcjonariuszem dochodzeniowym i znała Joela jak
brata, którego nigdy nie miała.
-?Żartujesz! Sari jest w ciąży?
Jego piwne oczy błysnęły, kiedy na nią spojrzał.
-?Widzisz, nic ci nie powiedziałem, a ty sama na to wpadłaś, i to
bezbłędnie, siostrzyczko. Spisałem się. Jakieś dziewięć tygodni temu.
-?Ja pieprzę, Joel! -?Wyrzuciła z radości pięści w górę, a potem walnęła
go w ramię. -?Będziesz tatą.
-?Już się nim czuję. Dziwne, owszem, ale już się czuję. Mama mówi, że
będzie dziewczynka, a wiesz, że ona nigdy się nie myli.
-?Fakt. Mama Dee zawsze ma rację. Ale będzie w porządku, jeśli się
okaże, że to chłopak?
-?Pewnie.
-?Jak się Sari czuje?
-?Rzygała rano przez miesiąc, ale już jej przeszło. Bogu dzięki, bez
dwóch zdań. Mówi, że nie może się już doczekać, kiedy przytyje. Będzie
za co dziękować w Dzień Indyka. To już za dwa tygodnie. -?Spojrzał na
nią z szerokim uśmiechem. -?Zostaniesz ciocią, siostrzyczko.
-?Na ciocię Sloan możesz zawsze liczyć. Tak się cieszę, Joel. Boże,
cieszę się z waszego szczęścia. Będziesz wspaniałym ojcem.
-?A ty i Matias? Myślałaś kiedykolwiek o kolejnym kroku?
-?Żeby zamieszkać razem?
Nie przyszło jej do głowy kontaktować się z mężczyzną, z którym
spotykała się prawie od roku, tak jak robił to Joel z Sari. Z drugiej
strony Matias wcale tego nie oczekiwał -?i z pewnością nie doceniłby
tego teraz, po dziesiątej wieczorem.
-?Nie jestem pewna -?przyznała w końcu. -?Raczej nie, ale pewna nie
jestem. I wiem, co myślisz. -?Zerknęła na niego. -?"Nie jestem pewna"
oznacza po prostu "nie". Ale tak naprawdę oznacza "nie jestem pewna" i "jeszcze nie". Dobrze nam tak, jak jest.
-?Mhm.
Przewróciła oczami, bo znała to mruknięcie. W jego przekonaniu
oznaczało, że oszukuje samą siebie.
Może, ale odpowiadało jej takie życie.
-?Potrzebuję Dr. Peppera -?oznajmił tylko.
-?Zawsze go potrzebujesz.
-?Daje mi kopa.
-?Tak twierdzisz, ale niech będzie. I tak muszę iść do toalety. Przy
okazji możemy zatankować.
Kawałek drogi w tę, czy w tamtą stronę zmieniłby wszystko, ale ona
zjechała na prawy pas i skręciła w najbliższy zjazd.
Pokonała półtora kilometra pustkowi i zatrzymała się na krótki postój,
podjeżdżając pod dystrybutory.
-?Zatankuj, a ja kupię przyszłemu tacie jego ulubiony napój. Tacie -
powtórzyła. -?Jasna cholera, Joel!
Wysiadła z wozu, atletycznie zbudowana kobieta z blond włosami
związanymi w kok pod kapeluszem. Oczy (lewe podbite) duże, w kształcie
migdałów i intensywnie zielone, dominowały w twarzy o silnie
zaznaczonych kościach policzkowych, szczupłym nosie i wąskich
wyrazistych ustach.
Podobnie jak w przypadku swobodnego sposobu bycia Joela, ludzie często
brali te duże i przywodzące na myśl wróżkę oczy za oznakę miękkości.
Potrafiła wyciskać na ławce siedemdziesiąt pięć kilo -?piętnaście ponad
jej wagę -?sprawić, że worek treningowy śpiewał pod jej ciosami, i przebiec półtora kilometra dokładnie w sześć minut.
Przez całe dzieciństwo przemierzała szlaki w Alleghenach, pływała latem
w jeziorze albo żeglowała, zimą zaś jeździła na nartach i wędrowała w rakietach śnieżnych. Ta aktywność na świeżym powietrzu kształtowała jej
sylwetkę i mentalność, które służyły doskonale jej ambicjom i karierze,
na jaką się zdecydowała.
Weszła do niewielkiego marketu, myśląc o tym, by opróżnić pęcherz, a potem pokonać drugą połowę drogi do domu, wziąć długi gorący prysznic i zasnąć we własnym łóżku.
Gdy tylko drzwi się za nią zamknęły, zorientowała się, że coś jest nie
tak.
Postawa mężczyzny obróconego do niej plecami -?białego, o kasztanowych
włosach, wzroście ponad metr osiemdziesiąt i wadze osiemdziesięciu
kilogramów -?a także szeroko otwarte i pełne przerażenia oczy sprzedawcy
za ladą kazały jej położyć dłoń na kolbie broni.
Wszystko potoczyło się szybko.
Wszystko trwało wieczność.
Mężczyzna obrócił się na pięcie, a broń, którą trzymał już w dłoni,
wypaliła.
Pierwszy pocisk drasnął ją w czoło -?ostre, przyprawiające o szok żądło;
zdążyła się cofnąć.
Ale drugi pocisk trafił ją w klatkę piersiową, odrzucił do tyłu i powalił na podłogę, sprawiając nieopisany ból.
Dostrzegła przebiegającego obok mężczyznę -?po trzydziestce, piwne oczy,
niewielka blizna na prawym policzku -?podczas gdy oddychała
spazmatycznie, a ból rozlewał się po niej coraz większą falą.
Próbowała unieść broń, ale świat pogrążał się nieubłaganie w szarości;
starała się krzyknąć ostrzegawczo do Joela, ale nie mogła złapać tchu.
Strzelec -?czarne adidasy, szary trencz, dżinsy postrzępione u dołu -
zaczął znikać z jej umysłu.
Jak przez mgłę usłyszała jeszcze jeden strzał, potem następny.
A potem Joel był przy niej, naciskając na jej klatkę piersiową i przyprawiając o wrzask bólu, który rozsadzał jej głowę.
-?Sloan! Sloan! Spójrz na mnie. Kurwa, zostań ze mną. Postrzelony
funkcjonariusz. Postrzelony funkcjonariusz. Pomoc medyczna, natychmiast!
Wpatrywała się w jego twarz -?znała tę twarz -?a jego słowa cichły,
zanikając gdzieś w próżni.
A potem jego twarz znalazła się blisko, tak blisko, że przysłoniła
wszystko inne, a jego oczy, ciemne niczym dwa księżyce w nowiu, miały w sobie zawziętość.
-?Zostań ze mną. Pomoc w drodze. Jestem tutaj, jestem przy tobie.
-?Boli.
-?Wiem, siostrzyczko, wiem. Wykorzystaj to, wykorzystaj ten ból i zostań
ze mną. Jestem przy tobie. Nie waż się dokądkolwiek odejść. Zostań tu,
zostań ze mną.
Ból przyćmiewał czas i przestrzeń. Tonęła w nim, zanurzała się pod
powierzchnię. Kiedy znów wypływała, ból powracał wraz z nią. Przenikliwy
jak wycie syren. Nieznajome twarze wyrzucały z siebie słowa, których nie
rozumiała.
Zimno, okrywało ją przenikliwe zimno, ale nie przytępiało dzikiego,
bezlitosnego bólu.
Słyszała jednak Joela -?gdzieś, podczas gdy świat przemykał w pędzie
obok.
-?Jesteś silna. Jesteś kurewsko twarda i będziesz walczyć. Słyszysz
mnie? Słyszysz mnie, Sloan?
Wszystko było białe. Wszyscy krzyczeli, ale te głosy odbijały się od jej
uszu i ulatywały. Światła, zbyt wiele świateł raniło jej oczy, więc je
zamknęła.
Potem znów pojawił się Joel; trzymał ją za rękę, wzrok miał zawzięty.
-?Jestem tutaj. I będę. Walcz, do diabła, Sloan. Nie poddawaj się.
A potem wszystko zniknęło. Ból, światła, głosy. Wszystko przemieniło się
w czerń.
Gdy światło powróciło, było miękkie, przezroczyste. Czuła się wolna,
unosząc się w nim i patrząc na kobietę, która leżała na stole
operacyjnym. Tak bladą, tak nieruchomą. Tyle krwi.
Ci wszyscy ludzie wokół niej. Rozcięli biedaczkę, pomyślała, nim sobie
uświadomiła z łagodnym zainteresowaniem, że to ona jest tą biedaczką.
To ja, tam w dole.
Ktoś krzyknął: "Odsunąć się!", a jej ciało podskoczyło gwałtownie.
Westchnęła. Tak bardzo się starali, a ona -?"Ja" -?sprawiała wrażenie
zmęczonej tym wszystkim. Bardzo zmęczonej.
Pozwólcie jej odejść, pomyślała. Pozwólcie mi odejść.
Łyżki defibrylatora znowu uderzyły, a ona je zignorowała.
Widziała tak dużo z miejsca, w którym się unosiła. Joel, chodzący tam i z powrotem, z telefonem przy uchu. Słyszała go nawet.
-?Wciąż jest na sali operacyjnej. Jej rodzina już jedzie. Zadzwonię,
kiedy skończą.
Przyglądała się, jak ociera łzy, i to ją wzruszyło. Pragnęła mu
powiedzieć, że nic jej nie jest, że czuje się błogo w tym miękkim i ładnym świetle. Ale miał krew na koszuli, a w jego oczach malowała się
rozpacz.
-?Nie stracimy jej, Sari. Wykluczone. Będzie walczyć. Nie podda się.
Jeszcze nie dała za wygraną. Nie poddaje się, Sari.
W porządku, w porządku, do diabła.
Ponownie spojrzała na samą siebie. Pomyślała o Joelu i dziecku, które ma
się urodzić. Pomyślała o swoich rodzicach, o swojej siostrze.
Łyżki defibrylatora uderzyły ją kolejny raz, wtedy pozwoliła, by czerń
znów ją pochłonęła.
*
Kiedy się obudziła, ból wciąż trwał, ale przytępiony, jakby ktoś
przykrył go ciepłym kocem. Powietrze miało w sobie coś gryzącego, od
razu skojarzyła to ze szpitalem, jeszcze nim dotarło do niej
popiskiwanie maszynerii.
Światło, przyćmione, ale ostre, napierało na jej powieki; pragnęła, by
choć przez chwilę było miękkie i przezroczyste.
-?Budzi się, Joel. Sloan? Kochanie, to ja, mama. Otwórz oczy, maleńka.
Sloan, dziecinko, otwórz oczy.
Zamrugała. Wymagało to niebywałego wysiłku, a ponieważ wszystko się
rozmazało, uznała, że nie warto się było starać. Znów zaczęła przymykać
powieki.
-?No dalej. Ściśnij mi rękę i otwórz oczy. No, wspaniale.
Poczuła, jak matczyne usta przywierają do wierzchu jej dłoni, do palców.
-?Dobra dziewczyna.
-?Szpital -?zdołała wymówić.
Miała wrażenie, że po jej gardle przejechano papierem ściernym, a język
jest gruby i suchy jak deska.
-?Tak, a z tobą będzie wszystko dobrze. Po prostu dobrze.
Wtedy to powróciło. Niewielki market, mężczyzna przy ladzie. Eksplozja
bólu.
-?Strzelił do mnie! -?Próbowała się dźwignąć, ledwie mogła poruszać
głową. -?Joel.
-?Jestem tu, siostrzyczko.
Widziała ich teraz, gdy jej wzrok się wyostrzył. Matkę, bladą jak
ściana, niebieskie oczy zamglone i podkrążone, i swojego partnera, który
wydawał się śmiertelnie znużony.
-?Bardzo źle?
-?Nie aż tak, żeby cię załatwić na dobre. -?Ścisnął jej dłoń, pochylając
się jednocześnie i całując jej matkę w czubek głowy. -?Zawołam doktora.
-?Wszystko będzie dobrze. -?Elsie Cooper znów przywarła ustami do jej
dłoni. Łzy, dwie ciepłe krople, rozlały się na kłykciach Sloan. -?Tata i Drea są obok. Siedzieliśmy przy tobie na zmianę.
-?Jak długo? Jak długo?
-?Trochę przespałaś, dochodząc do siebie. To trzeci dzień. Wprowadzili
cię najpierw w śpiączkę, żebyś mogła po prostu spać. A teraz się
budzisz. Dziecinko? Wyczuwasz ten guzik? -?Nakierowała dłoń córki. -
Jeśli będzie bolało, możesz go nacisnąć i dostaniesz lek.
-?Okej. Czuję się... rozmiękła.
Elsie uśmiechnęła się, a po jej policzku spłynęła łza.
-?Nic dziwnego. O, jest pielęgniarka. Była dla ciebie bardzo dobra. Dla
nas wszystkich.
-?Cieszę się, że się obudziłaś.
Pielęgniarka miała czarne włosy z siwymi pasemkami upięte w kok, a jej
bladoniebieski fartuch zdobiły czerwone kwiatki. Sloan oceniła ją na
jakieś czterdzieści lat i poczuła ulgę, widząc, że piwne oczy kobiety
uśmiechają się wraz z jej ustami.
-?Zaraz przyjdzie doktor Vincenti. Elsie, Joel, zostawicie nas na kilka
chwil, żebym mogła zająć się Sloan?
-?Będziemy tuż obok -?zapewniła Elsie córkę.
-?Jak poważnie? -?spytała Sloan, gdy tylko drzwi się zamknęły. -?Jak
poważnie jestem ranna?
Angie sprawdziła kroplówkę, zerknęła na monitory, zbadała jej puls.
-?Joel powiedział, że chcesz wiedzieć, więc powiem, że było kiepsko.
Jest już znacznie lepiej. Odzyskasz w pełni siły, ale nie wolno ci się z tym spieszyć. A jeśli chodzi o doktora Vincenti i zespół chirurgiczny?
Nie mogłaś trafić lepiej.
-?Umarłam.
-?Jesteś teraz żywa, i to bardzo. -?Angie przysunęła do jej warg kubek
ze słomką. -?Napij się trochę wody.
Sloan, dręczona pragnieniem, usłuchała.
-?Umarłam na stole operacyjnym. Musieli sprowadzić mnie z powrotem.
Angie odstawiła kubek, potem ujęła dłoń Sloan.
-?Doświadczyłaś śmierci?
-?Czy doświadczyłam? Defibrylowali mnie, prawda? Moje serce się
zatrzymało, więc mnie defibrylowali. Chyba trzy razy.
-?Kula minęła serce, ale powiedzmy, że operacja była skomplikowana.
Vincenti to świetny chirurg. Jesteś młoda, zdrowa i silna. Pomijając to
wszystko, nie nadszedł jeszcze twój czas.
-?Trzy razy.
-?Tak. A teraz tu jesteś, żywa, obudzona i świadoma. Najważniejsze
funkcje w porządku. Jesteś stabilna. I jeśli potrafię ocenić, a potrafię, to w ciągu dwudziestu czterech godzin twój stan poprawi się
jeszcze bardziej. No dobrze, jeśli nie czujesz się szczególnie zmęczona,
choć jeśli się czujesz, to też okej, reszta krewnych chce się z tobą
zobaczyć.
-?Tak, proszę.
-?Rodzina też jest ważna. -?Angie pomogła Sloan usiąść i obróciła
poduszkę na drugą, chłodniejszą stronę. -?Ludzie, którzy cię kochają, są
ważni. A ty jesteś kochana. Daj znać, jeśli będziesz mnie potrzebowała.
Doktor Vincenti zajrzy tu niedługo.
Do pokoju weszli jej ojciec i siostra. Ojciec -?w jego kasztanowych
włosach i przystrzyżonej bródce zaczęły pojawiać się już srebrzyste
pasemka, a zielone oczy błyszczały od łez -?pochylił się i przywarł
szorstkim i nieogolonym policzkiem do jej twarzy.
Poczuła, jak drży; odetchnął głęboko, by zapanować nad płaczem.
-?Wszystko dobrze, tato. Powiedzieli, że wszystko dobrze.
-?Przeraziłaś mnie śmiertelnie, Sloan. Daj mi chwilę.
Czekając, spojrzała ponad ojcowskim ramieniem na siostrę. Miała twarz
wilgotną od łez, a jej olśniewające zwykle kasztanowe włosy były
pozbawione blasku i zebrane w niechlujny warkocz. Otarła oczy niebieskie
jak u matki. Wzięła Sloan za rękę i uśmiechnęła się.
-?O rany -?westchnęła.
-?Nic dodać, nic ująć.
Dean Cooper uniósł głowę, potem ujął twarz Sloan w dłonie, szorstkie jak
zarost na twarzy.
-?Spróbuj więcej tego nie robić.
-?Dobrze, tato.
Jak to mieli w zwyczaju, ucałował jej czoło, policzki, usta.
-?Wiem, że jesteś zmęczona i że najbardziej potrzebujesz odpoczynku. Ale
pamiętaj, że tu jesteśmy.
-?Wiem. -?Starała się usilnie przegnać chmury spowijające jej umysł. -
Kto pilnuje interesu?
-?Zajęliśmy się tym. Nie martw się.
-?Mnóstwo ludzi w Heron's Rest ci kibicowało -?dodała Drea. -?Wielu się
zgłosiło, żeby pomagać.
-?A Joel? -?wtrącił ojciec. -?To nasz bohater. Oboje jesteście naszymi
bohaterami.
Poczuła, że odpływa, i walczyła, by zachować przytomność.
-?Dorwali go? Facet po trzydziestce, śniady i brązowe... Dorwali go?
W tym momencie straciła świadomość i nie usłyszała odpowiedzi.
*
Kiedy ból znowu ją obudził, siedział przy niej Joel, czytając To
Stephena Kinga. Zawsze miał ten podniszczony egzemplarz w swojej torbie.
Sloan przypomniała sobie, jak go pytała, dlaczego nie rozstaje się
akurat z tą konkretną książką. Powiedział, że gdy jest daleko od domu,
przypomina mu, że z czymkolwiek przyjdzie im się zmierzyć, nic nie
będzie tak straszne jak Pennywise. By przekonać się o słuszności tej
teorii, też przeczytała tę powieść, i mogła się jedynie zgodzić.
-?Niewiele tym razem brakowało -?wymamrotała.
Podniósł wzrok i odłożył książkę.
-?Cześć.
-?Dorwaliśmy go?
-?Wezwij kogoś. Boli cię.
Pokręciła głową i zdziwiła się, że ten odruch wywołuje jeszcze więcej
bólu.
-?Chcę być przytomna. Ten facet...
-?Usłyszałem strzały. Dwa. Wybiegł, wywalił do mnie. Chybił.
Odpowiedziałem ogniem i trafiłem go w ramię. Zapamiętałem numer
rejestracyjny, markę i model gruchota, do którego wskoczył, ale nie
mogłem go ścigać. Leżałaś na podłodze w kałuży krwi.
-?Coś mi się wydało podejrzane... sprzedawca był przerażony. Trzymałam
dłoń na broni, ale tamten odwrócił się błyskawicznie i strzelił.
Dwukrotnie?
-?Tak.
-?Nie zdążyłam nawet wyciągnąć spluwy.
-?Owszem, wyciągnęłaś, siostrzyczko. Miałaś ją w dłoni, kiedy do ciebie
dotarłem. Wezwałem pomoc i przekazałem numer rejestracyjny, rodzaj
pojazdu i opis podejrzanego. Złapali go, zanim znalazłaś się w karetce.
Wciśnij guzik, a opowiem ci resztę.
Zrobiła to, a ból nieco zelżał.
-?Okej, świadkowie zauważyli samochód, jechał zygzakiem, nic dziwnego,
skoro trafiłem kierowcę tuż pod pachą. Stracił kontrolę nad tym swoim
gruchotem, uderzył bokiem w drzewo. Grat nie wytrzymał. I ten tępy
gnojek zaczął strzelać. Zginął na miejscu.
-?Ktoś jeszcze oberwał?
-?Nie.
-?A ten cywil, sprzedawca...
-?Cały i zdrowy. Był tak roztrzęsiony, że chyba zlał się w gacie. Ale
chwycił podkoszulek z wieszaka, żebym mógł zatamować ci krew.
-?Tamten strzelił dwa razy. Nie pamiętam dokładnie, ale... -
Zdezorientowana uniosła dłoń do prawej strony czoła i wyczuła bandaż.
-?Tak, tylko draśnięcie. Masz tam z dziesięć szwów.
Postrzał w głowę, pomyślała. Jak użądlenia tysiąca wściekłych os.
-?Mogło być gorzej.
-?Mogło.
-?Mama, tata, Drea... Byli tu, prawda?
-?Tak.
-?Pamiętam to jak przez mgłę.
-?Może się tak zdarzać przez jakiś czas. Nie martw się tym. Byli tu przy
tobie. Namawiałem ich, żeby pojechali do domu, bo mieli tylko to, co na
sobie. Wrócą rano.
-?Kiedy będę mogła stąd wyjść? Nie powinnam porozmawiać z lekarzem?
-?Rozmawiałaś z nim.
-?Kiedy?
-?Dziś po południu. Odpływałaś co chwila. Przeprowadzili mnóstwo badań,
okazało się, że twój stan się poprawia. Pewnie pozwolą ci jutro wstać i trochę pochodzić.
-?Kiedy mnie stąd wypuszczą? -?Miała ochotę wyć i z trudem się
powstrzymywała. -?Cuchnie tu chorymi ludźmi.
Ponieważ powiedziała dokładnie to samo ostatnim razem, kiedy
oprzytomniała, uśmiechnął się tylko.
-?Jesteś chora, siostrzyczko. Muszą sprawdzać, czy nie ma infekcji albo
jakiegoś innego świństwa. No i muszą podnieść cię z tego łóżka i postawić na nogi. Posłuchaj, kula otarła się o... daj mi chwilę. -?Zamknął
oczy. -?Rękojeść mostka. Tak, właśnie, i żebro. Usunęli fragmenty kości.
Masz strzaskane żebro i dziurę w klatce piersiowej. Nie wspominając o ranie na twojej twardej głowie. Usiądź wygodnie i zrelaksuj się. To
potrwa jeszcze kilka dni.
-?Naprawdę chcę porozmawiać z doktorem. Możesz go zawołać?
-?Sloan, jest druga w nocy. Daj mu odetchnąć.
-?Druga? W nocy? Co ty tu robisz, u diabła? Idź do domu. -?Poruszona
zdołała dźwignąć się odrobinę, potem znów osunęła się na poduszkę. -
Sari jest w ciąży. Jest w ciąży, prawda? Nie przyśniło mi się?
-?Jest w ciąży, bez dwóch zdań, ciociu Sloan. Zajrzała do ciebie
wczoraj. Wszyscy z wydziału dochodzeniowego przyszli. I każdy oddał
krew. Straciłaś jej mnóstwo. -?By zapanować nad drżeniem dłoni, potarł
się nimi po udach. -?Wszyscy już tu byli. Miałaś dziadków, jednych i drugich, wuja, kuzynów, kapitana Hamma, i cały wydział.
-?Nic z tego nie pamiętam. Wszystko się cholernie miesza i jest
niewyraźne. Prócz tego, że... umarłam na stole. Na stole operacyjnym.
-?Przywrócili cię do życia.
-?Tak. Trzy razy musieli mnie defibrylować. Unosiłam się. -?Ale jeśli
wszystko inne wydawało się rozmazane, to jedno pozostawało wyraźne
niczym wypolerowane szkło. -?Obserwowałam ich. -?Mówiła wolno,
przypominając sobie każdy szczegół. -?Widziałam cię, krążyłeś po
korytarzu z krwią na koszuli. Z moją krwią. Po jakimś korytarzu,
rozmawiałeś przez telefon. Popłakiwałeś. Powiedziałeś, że przyjeżdża
moja rodzina i że zadzwonisz, kiedy operacja się skończy. Leżałam na
chirurgii, a ty miałeś zadzwonić, kiedy mnie stamtąd zabiorą.
Potarł jej dłoń.
-?Nabierasz mnie?
-?To jest takie wyraźne, Joel. Jakim cudem jest takie, a wszystko inne
nie? Chciałam odpuścić. Czułam się taka lekka, byłoby łatwo dać sobie
spokój. Ale ty płakałeś i przypomniałam sobie, jak mi mówiłeś, żebym
walczyła. Nie poddawała się, tylko walczyła. Więc tak zrobiłam.
Wstał i podszedł do okna. Odchylił nieznacznie zasłony i wlepił wzrok w ciemność.
-?Rozmawiałem z Sari. Była przerażona, płakała, chciała tu przyjechać.
Kocha cię.
-?Wiem. Ja też ją kocham.
Po chwili znów usiadł obok niej.
-?Doznałaś cudu, siostrzyczko.
-?Nie czuję się tak. Wystaje ze mnie jakaś rurka.
-?Sączek. Tak powiedzieli. Wyjmą go z ciebie niedługo.
-?Podłączyli mnie do tego wszystkiego... do tej maszynerii.
-?Kroplówka z płynami, cewnik na mocz.
-?Nie do przyjęcia -?oceniła. -?Poza tym cholernie mnie boli. Wszędzie.
Dlaczego się uśmiechasz?
-?Poprawia ci się. Zrzędzisz.
-?Super. Pomóż mi stąd zwiać. No dalej, zabierz mnie stąd. Umieram z głodu.
Wyprostował się.
-?Chce ci się jeść?
-?Jakby tak było, to poprosiłabym o paczkę chipsów. Powiedziałam, że
umieram z głodu.
-?Coś ci przyniosę.
Kiedy wyszedł pospiesznie, poddała się i znów nacisnęła guzik.
Odpłynęła, ale tuż pod powierzchnię. Oprzytomniała ponownie, gdy pojawił
się Joel z małą plastikową miseczką i łyżką.
-?Powiedzieli, żebyś zaczęła od tego.
-?Co to jest?
-?Rosół wołowy.
-?Nie brzmi zachęcająco. -?Kobiecie, która zaledwie kilka dni wcześniej
wyciskała na ławce sztangę o wadze siedemdziesięciu pięciu kilogramów,
jedna łyżka rosołu jawiła się jak pięciokilowy ciężar. -?Paskudztwo -
oznajmiła i zjadła jeszcze trochę. Zdołała przełknąć cztery małe łyki,
nim całkiem opadła z sił. -?Przepraszam, więcej nie dam rady.
Czuła, że znów zanurza się pod powierzchnię.
-?Jedź do domu, Joel -?poprosiła.
Ale on odstawił tylko miseczkę, potem przesunął kostkami dłoni po jej
policzku i znowu usiadł. Wziął do ręki książkę, rozprostował nogi i zaczął czytać.
*
Gdy się obudziła, przez odsłonięte okno wpadało światło słoneczne. Obok
siedziała jej siostra, rozwiązując krzyżówkę na tablecie. Luźne
błyszczące włosy spływały jej na ramiona.
-?O kurczę.
Drea podniosła wzrok i uśmiechnęła się promiennie.
-?Ciebie też dobrze widzieć.
-?Na jak długo odpłynęłam tym razem?
-?Jest po dziewiątej w ten słoneczny listopadowy poranek. Wykopałam
Joela, co nie było łatwe. Mama i tata zjawią się po południu. Chcesz
śniadanie?
-?Może. Ale chcę przede wszystkim stąd wyjść, Drea.
-?A kto by nie chciał? O ile wiem, podejmujesz już pierwsze kroki w tym
celu, i to dosłownie, dzisiaj. Dowiem się, co z jedzeniem dla ciebie.
Kiedy jej siostra wyszła, Sloan zdołała odszukać pilota i podniosła o kilka centymetrów wezgłowie łóżka. Potem po raz pierwszy rozejrzała się
wokół.
Wszędzie kwiaty - za które była wdzięczna. Cieszyłaby się jeszcze
bardziej, gdyby znalazła się razem z nimi w swoim mieszkaniu, ale i tak
było jej przyjemnie.
Pokój miał beżowe ściany, jak to w szpitalu, zauważyła też mnóstwo
urządzeń, dwa krzesła, drzwi, zapewne od łazienki. Przez okno widziała
kilka budynków, drzewa, parking.
Po raz pierwszy uświadomiła sobie, że nie wie, gdzie się znajduje.
-?Gdzie, u diabła, jestem? -?spytała, gdy Drea wróciła do pokoju.
-?W Hagerstown. To był najbliższy szpital, a personel spisał się
wspaniale. Angie przyniesie ci śniadanie, no i mam dla ciebie wiadomość!
Zjawi się lekarz, żeby wyjąć ci cewnik. I pospacerujesz.
-?Na zewnątrz?
-?Nie. -?Drea ciągnęła profesjonalnie pogodnym tonem, jakim zwracała się
do klientów: -?Możemy zaproponować różnorodne zajęcia w pomieszczeniach
zamkniętych z myślą o pani dobrym samopoczuciu.
-?Pocałuj mnie gdzieś.
Nie zwracając na te słowa uwagi, Drea kontynuowała:
-?Fizjoterapia! Rany! Badanie krwi, badanie moczu. Co za frajda! I mamy
też mnóstwo krzyżówek, wyłącznie dla ciebie.
-?To ty jesteś od nich uzależniona.
Drea na swój uczynny sposób podniosła delikatnie Sloan, potem wygładziła
i poklepała poduszkę.
-?Zapewniają mnie, że to świetne ćwiczenie dla twojego umysłu. No i jest
też mój zapasowy tablet. Możesz oglądać filmy, telewizję, co tylko
chcesz.
W rozbudzoną przed chwilą nadzieję wdarła się rzeczywistość i towarzyszące jej przerażenie.
-?Jezu, Drea, jak długo będę tu tkwiła?
-?Jeszcze kilka dni, ale spytaj doktora. Jest uroczy, tak na marginesie.
-?Chcesz się dobrać do mojego lekarza?
-?Dobrałabym się, ale nosi obrączkę.
Odwróciła się, kiedy do pokoju weszła Angie z tacą.
-?Jak się dziś czujesz?
-?Lepiej. Jakby nadeszła pora, by wrócić do domu.
-?Sprawdźmy, jak pójdzie ci śniadanie.
-?Tylko nie rosół wołowy.
-?Nie. Jajecznica, mus jabłkowy, jogurt.
-?Kawa?
-?Chwilowo smoothie. Spytamy o kawę doktora. Robi właśnie obchód, więc
niedługo tu będzie.
-?Mówiłaś o tym wcześniej, jak mi się wydaje, Joel też powiedział, że z nim rozmawiałam, to znaczy z doktorem. Nie pamiętam tego.
-?Bierzesz silne środki. Jak już porozmawiasz z lekarzem, podniesiemy
cię. Powinnaś sobie pospacerować kilka razy dziennie. Później przyjdzie
terapeuta i pokaże ci parę ćwiczeń oddechowych.
-?Mogę wziąć prysznic?
-?Wkrótce. Nie damy ci odpocząć do końca pobytu. Potraktuj to jako
motywację. Szybciej stąd wyjdziesz. Jedzenie pomaga.
Poklepała Sloan po dłoni i wyszła.
Sloan zdołała przełknąć trochę jajecznicy, potem oparła się o poduszkę.
-?Wydaje mi się, że umieram z głodu, więc zaczynam jeść. To
wyczerpujące. Nic nie smakuje jak trzeba.
-?Spróbuj smoothie -?poradziła Drea, przysuwając słomkę do ust siostry.
Sloan skosztowała i pokręciła głową.
-?Chce mi się cholernej kawy, chcę, żeby mi to wyjęli i żebym mogła
wysikać się jak normalny człowiek. Chcę, kurwa, opuścić to miejsce i chcę... -?urwała, przycisnęła dłonie do twarzy i, zażenowana, poczuła w oczach łzy. -?Jezu Chryste, co ja wygaduję! Zachowuję się jak
rozwydrzona dziesięciolatka. Żyję, choć mogłam, może powinnam, być
martwa, tymczasem tylko narzekam. Przepraszam, przepraszam, czuję się po
prostu zrzędliwie.
-?Hej, jakiś sukinsyn postrzelił moją siostrę. Ja też czuję się
cholernie zrzędliwie.
Oddychając już spokojniej, Sloan opuściła dłonie.
-?Ja jestem super zrzędą. Możesz mi w tym co najwyżej asystować.
-?Kapuję. Twoja asystentka mówi, żebyś spróbowała zjeść trochę więcej.
-?Okej.
Skosztowała odrobiny jajek, łyknęła jogurtu.
-?Przepraszam, kochana, więcej nie dam rady.
Skinąwszy głową, Drea zabrała tacę.
-?Cholera, Matias wie?
Odwrócona plecami do siostry Drea układała kwiaty.
-?Przyszedł cię odwiedzić dzień po twojej operacji.
-?Gdzie jest mój telefon? Powinnam do niego zadzwonić albo przynajmniej
wysłać esemesa.
Drea obróciła się na pięcie, oczy jej płonęły.
-?Wpuścili go do ciebie. Tata i mama na to nalegali. Został jakieś trzy
minuty, albo i mniej. Od tamtej pory się nie pokazał.
-?Och. -?Sloan starała się to przetrawić. -?W porządku.
-?Naprawdę? W porządku?
-?Nie, oczywiście, że nie. W najmniejszym stopniu. Poradzę sobie z tym.
-?Jeśli nie kopniesz tego samolubnego gnoja w tyłek, to przysięgam,
zaczekam, aż odzyskasz sprawność... nie, jesteś ode mnie silniejsza i wredniejsza. Zaczekam, aż staniesz na nogi i sama skopię ci tyłek.
W obliczu siostrzanej furii Sloan straciła trochę ze swej wredności.
-?Nawet wtedy nie dałabyś mi rady. Nie będę musiała go rzucać, Drea. Sam
odszedł. I albo jestem zbyt zmęczona, by się przejmować, albo się po
prostu nie przejmuję. Będziesz tak dobra i zabierzesz stąd to jedzenie?
Nawet zapach jest paskudny.
-?Jasne.
Kiedy Drea sięgnęła po tacę, Sloan ujęła jej dłoń.
-?Kocham cię, nawet jeśli uważasz się za tę ładniejszą.
-?Ja też cię kocham. Wierz mi, w tej chwili jestem niezaprzeczalnie tą
ładniejszą.
-?Aż tak źle?
-?Unikaj luster przez kilka następnych dni. Zaraz wrócę.
Kiedy Drea wyszła, Sloan zerknęła w stronę łazienki. Teraz musiała za
wszelką cenę spojrzeć w lustro, ale nie wiedziała, jak ma to zrobić.
Gdy się nad tym zastanawiała, do pokoju wpadł doktor Vincenti.
Drea miała rację. Był uroczy.
Rozdział 2
Vincenti odznaczał się swobodnym sposobem bycia i urokiem osobistym.
Starała się nie myśleć o tym, jak jego urocze -?niewątpliwie sprawne -
dłonie zagłębiały się w jej klatce piersiowej.
Sprawdził jej kartę, potem obejrzał rany.
Miał czarne włosy, zaczesane perfekcyjnie do tyłu, intensywnie piwne
oczy o ciężkich powiekach, twarz opaloną na złoty brąz i głos, który
wydał jej się miękki i jednocześnie liryczny.
-?Dziękuję za ocalenie życia.
-?To zasługa twojego partnera. Wykorzystał w pełni pięć złotych minut,
tamował krew, mówił do ciebie, żebyś nie odpłynęła.
-?Musiał mnie pan reanimować.
-?Zgadza się i oto jesteś tutaj. Wszystko się dobrze goi. Wyjmę cewnik,
a Angie wybierze się z tobą na krótki spacer. Nie możesz jeszcze wstawać
z łóżka o własnych siłach. -?Wskazał na nią. -?Widzę w twoich oczach to,
co powiedzieli mi twoi bliscy. Więc będę szczery. Jakikolwiek upadek
wstrzyma proces leczenia i spowoduje komplikacje. Wykaż się rozsądkiem i dzwoń po pielęgniarkę, jeśli zechcesz wstać albo uznasz, że musisz.
-?Kiedy będę mogła wrócić do domu?
Uśmiech tylko dodał mu uroku.
-?Nikt nie chce zostać w naszym wspaniałym ośrodku. To rani moje
uczucia.
-?Może dlatego, że jest tu pełno chorych ludzi?
-?A my staramy się, by wydobrzeli i mogli stąd wyjść. Sprawdzimy za
dwadzieścia cztery godziny, na czym stoimy. Doznałaś poważnego urazu i przeszłaś poważną operację.
Też starała się uśmiechnąć.
-?Ale jest pan niezwykle sprawnym chirurgiem, a ja jestem młoda, silna i zdrowa.
-?Owszem, jestem sprawny, a ty jesteś młoda, silna i zdrowa. Ale nie
odzyskasz pełnej sprawności w ciągu kilku dni. Uda ci się to za sprawą
czasu, wysiłku, cierpliwości i uporu.
-?Mam wrażenie, że przykucie do łóżka męczy mnie i jeszcze bardziej
osłabia.
-?Podniesiesz się dzisiaj i trochę poruszasz. Kilka razy. Zaczniesz
fizjoterapię, zmniejszymy też dawki leków przeciwbólowych. Półpłynne
posiłki przez dzień czy dwa, a potem zobaczymy.
Osobiście zmienił jej opatrunek, a kiedy przystąpił do wyjmowania
cewnika, wpatrywała się uparcie w sufit.
Uśmiechnął się na dźwięk odgłosu, który wyrwał jej się z ust.
-?Ulga, prawda?
-?Ogromna. Musiałam... musiałam iść do toalety. Kupić Dr. Peppera dla
Joela, a on miał zatankować samochód. Dlatego weszłam do tamtego
minimarketu. Teraz sobie przypominam.
-?Możesz mieć chwilowe luki w pamięci. Nie należy się tym przejmować.
Uniosła dłoń do czoła.
-?Mogło być gorzej.
Tym razem się nie uśmiechnął.
-?I często tak bywa. Zajrzę do ciebie później.
-?Podniesiemy cię powoli -?oznajmiła Angie. -?Poczujesz lekkie zawroty
głowy i poczekasz, aż miną. Twoja koszula rozchyla się z przodu, więc
tyłek masz zakryty.
-?Dobrze wiedzieć.
Nie wyobrażała sobie, że aby stanąć w pozycji wyprostowanej, będzie
potrzebowała aż tyle czasu, i miała wrażenie, że jej stopy oderwane są
od nóg przypominających rozgotowane spaghetti.
Zdołała jednak dotrzeć do drzwi, ciągnąc za sobą stojak z kroplówką,
potem zrobiła kilka kroków na korytarzu, gdzie już czekała Drea z wózkiem inwalidzkim.
-?Wsparcie.
Zrzędliwość znowu się odezwała.
-?Nie chcę tego. Nie potrzebuję.
Ostatecznie jednak potrzebowała i mogła tylko tłumić gniew, który w niej
wzbierał.
-?Jesteś sfrustrowana, ale niepotrzebnie -?zauważyła Angie. -?Chodziłaś
przez ponad dwie minuty. Po południu znowu się przejdziesz. I wieczorem.
-?Może jesteś super zrzędą -?oznajmiła Drea, pchając wózek. -?Ale nie
poddajesz się łatwo.
Święte słowa. Tak więc przez następne trzy niekończące się dni chodziła.
Przez dwie minuty, przez trzy, potem przez pięć, i to nieprzerwanie.
Wykonywała zalecone ćwiczenia oddechowe co godzina w ciągu dnia i w nocy, ilekroć się budziła.
Nie wspominała nikomu o koszmarach, które wyrywały ją ze snu. Były jej
osobistą sprawą, ona zaś żywiła przekonanie, że z czasem przeminą.
Przeżywanie na nowo chwili, kiedy napastnik odwrócił się i strzelił do
niej, uważała za rzecz normalną.
Była pewna, że to przetrwa. Miała określony cel -?wyjść ze szpitala.
Gdy ten dzień wreszcie nadszedł, wywołał najpierw radość, potem szok i lekki gniew.
Siedziała na jednym z krzeseł -?ulga i postęp. Vincenti siedział na
drugim.
-?Powrót do zdrowia przebiega prawidłowo. Gorzej z apetytem.
-?Z powodu szpitalnego jedzenia?
-?Myślisz, że nie wiem, co ci przynoszono? Rosół drobiowy twojej babki,
bardzo smaczny, nawiasem mówiąc, cheeseburgera i frytki z McDonalda,
szarpaną wieprzowinę i pieczone ziemniaki, które przyrządziła twoja
matka. Przesłała przepis mojej żonie, i to na moją prośbę. Beznadziejny
ze mnie kucharz.
-?Nic panu nie umknie, doktorze.
-?Także to, że ledwie to tknęłaś. Straciłaś na wadze ponad pięć kilo od
chwili przyjęcia do szpitala. Nic nadzwyczajnego, ale należy to
skorygować.
-?Popracuję nad tym.
-?Kiedy zjawisz się za dwa tygodnie na badaniach kontrolnych, chciałbym
zanotować przyrost wagi o co najmniej półtora kilograma.
-?Za dwa tygodnie? Ale...
-?Badania kontrolne -?przerwał jej. -?Wychodzisz rano. -?Podniósł dłoń.
-?Ale pod określonymi warunkami.
-?Spełnię je.
-?Nie możesz przebywać teraz sama. Ocenimy to za dwa tygodnie. Twoje
mieszkanie jest na drugim piętrze, w budynku bez windy. Na razie się nie
nadaje. Twoi rodzice zapewnili mnie, że możesz się u nich zatrzymać,
dopóki nie wyzdrowiejesz.
-?Mieszkam w Stevensville, a moja rodzina w Heron's Rest. To prawie
cztery godziny jazdy samochodem.
-?Pozostajesz na zwolnieniu lekarskim, Sloan. Potrzebujesz kolejnych
trzydziestu dni. I nie wolno ci prowadzić samochodu, dopóki znów się ze
mną nie zobaczysz. Ważne są ćwiczenia oddechowe. Kontynuuj je. Kontynuuj
chodzenie. Żadnych wyczerpujących zajęć, żadnego podnoszenia ciężarów
ponad dwa i pół kilograma. Angie pokaże ci jeszcze raz, jak zmieniać
opatrunki, będziesz też sprawdzać regularnie, czy na twojej klatce
piersiowej nie pojawiło się zaczerwienienie albo opuchlizna. Przy
najmniejszym objawie, Sloan, masz się ze mną natychmiast skontaktować. -
Dostrzegając wyraz jej twarzy, rozsiadł się wygodnie. -?Takie są warunki
i musisz ich dotrzymać.
-?Świetnie.
Tylko dwa tygodnie, pomyślała. I nie tutaj. Dwa tygodnie z rodziną, w rodzinnym domu. Jak mogłaby narzekać?
-?A teraz poważna sugestia. Miewasz koszmary senne.
Już otworzyła usta, by zaprzeczyć, ale zawsze ceniła prawdomówność, więc
tylko wzruszyła ramionami.
-?To nic niezwykłego. Czytałam o tym.
-?Jeśli tak, to dowiedziałaś się pewnie, że trzeba powiedzieć o tym
swojemu lekarzowi, czego nie zrobiłaś. Machnijmy na to ręką.
Dowiedziałaś się też bez wątpienia, że są dostępne terapie.
-?Nie potrzebuję psychiatry.
Wpatrywał się w nią swoimi nieskończenie cierpliwymi oczami.
-?Tak mówi na ogół każdy, komu przydałaby się jakaś terapia. Postrzelono
cię i byłaś przez dwie minuty w stanie śmierci klinicznej. Doznałaś
fizycznej, emocjonalnej i mentalnej traumy. Odnoszę wrażenie, że choć
jesteś dostatecznie uparta, by odrzucać wszelką pomoc, to jednocześnie
jesteś dostatecznie inteligentna, by wiedzieć, że jej potrzebujesz. Więc
pomyśl o tym.
-?W porządku, pomyślę. Chcę wrócić do dawnego życia. Chcę wrócić do
pracy. Nie umarłam, więc chcę żyć.
-?Słuszna postawa. Spełnij warunki, rozważ moją sugestię. Żyj. Odwalam
dobrą robotę, więc jej nie schrzań.
Przekonywała samą siebie, że nie jest to ostatecznie takie złe, gdy
zjawił się kapitan -?jej szef -?i wszystko popsuł.
Kiedy wyszedł, siedziała zamyślona, dopóki nie zjawił się Joel. Od razu
popatrzył na nią ze współczuciem.
-?Kapitan postawił sprawę jasno?
-?Nie tylko miesiąc zwolnienia lekarskiego. Kolejne dwa przy biurku.
Potem ma mnie zbadać lekarz i psychiatra w naszym wydziale. Kurwa, Joel.
-?Przykro mi, siostrzyczko, ale nie mogę się z tym wszystkim nie
zgodzić. To, że stąd wychodzisz, to po prostu kolejny krok. Potem musisz
zrobić następny, i jeszcze następny.
-?Nie mogę nawet wrócić do siebie. Jak byś się czuł, gdybyś musiał
zamieszkać w swojej dziecięcej sypialni?
-?Dopóki Sari byłaby ze mną, nie miałbym nic przeciwko temu. Moja mama
jest cholernie dobrą kucharką. A propos, przysłała ci kurczaka i kluseczki. Osłodzą ci wszystko.
Ludzie się przejmowali, przypomniała sobie. To pomagało.
Dąsy, narzekanie, użalanie się nad sobą -?wręcz przeciwnie.
-?Jestem wdzięczna.
-?Słuchaj, siostrzyczko, musisz się lepiej odżywiać. Wiesz o tym.
-?Wiem, słowo daję. Ale... wiedzieć o czymś i robić to... nie zawsze idzie w parze. Dopada mnie głód, a kiedy tylko zaczynam jeść, natychmiast mi się
odechciewa. Może byłoby inaczej, gdybym znowu mogła się ruszać. Tak na
całego. Muszę czymś zająć myśli. Potrzebuję pracy, a rozwiązuję
krzyżówki i oglądam Netflixa.
-?Można tam zobaczyć niezłe rzeczy.
Przesunęła dłonią po włosach, próbując nie pamiętać, że nie umyłaby ich
bez pomocy.
-?Jestem sobą zmęczona, Joel, nie ma co ukrywać. Zmęczona tkwieniem we
własnej głowie. Zmęczona tym, że nie potrafię chodzić przez dziesięć
minut, nie mając wrażenia, że przebiegłam trzy kilometry. Zmęczona
nakłuwaniem i opukiwaniem. Jestem cholernie poirytowana sama sobą.
-?Dobrze, że jestem bardziej tolerancyjny. -?Usiadł, potem wyjął zdjęcie
z kieszeni. -?Chcesz zobaczyć moją córeczkę?
-?Co? Jezu, dawaj! -?Wyrwała mu z dłoni zdjęcie z USG, popatrzyła na
nie, po czym je obróciła. -?Gdzie ona jest?
-?Też musieli mi pokazać, ale teraz się orientuję.
Nachylił się i przesunął palcem po zarysie.
-?Okej, jeszcze raz. -?Potem skinęła głową, uśmiechając się szeroko. Nie
udawała radości. -?Widzę ją! Rany. Jest piękna. -?Zwróciła mu zdjęcie. -
Kupię jej żółtego pluszaka. Będę wiedziała jakiego, kiedy go zobaczę.
Dzięki, że podzieliłeś się ze mną jakimś szczęściem.
-?Tym najlepiej się dzielić.
-?Już ktoś to zrobił. Matias przysłał mi wiadomość z informacją o naszym
rozstaniu.
-?Skurwiel.
-?Nie, raczej słaby tchórz. Nie, czekaj. Słaby, tchórzliwy skurwiel. Dał
mi zasadniczo do zrozumienia, że nie może sobie z tym poradzić. Widząc
mnie w takim stanie w szpitalu, uświadomił sobie, że nie było nam
pisane. Potem poprosił, żebym odesłała mu jego rzeczy, które u mnie
zostały. I że wysyła moje na adres rodziców, bo nie wie, kiedy wrócę. Na
koniec życzył mi wszystkiego najlepszego.
-?Gdzie tu szczęście?
-?Zamierzałam się z nim spotkać, jak już stąd wyjdę, powiedzieć mu, że z nami koniec, bo okazał się samolubnym dupkiem, skoro spędził ze mną w szpitalu niespełna dwie minuty, kiedy byłam ranna. Oszczędził mi
kłopotu.
-?Daj mi tę listę jego rzeczy, siostrzyczko.
-?Poradzę sobie, Joel.
-?Nie. Daj mi listę rzeczy tego dupka, a ja mu je dostarczę. Pojadę do
twojego mieszkania z twoją siostrą czy kimś, kto będzie wiedział, co
trzeba ci spakować na tych kilka tygodni w Heron's Rest.
-?Mogę to sama załatwić. Nikt nie musi...
-?Nie możesz prowadzić, zgadza się?
Znowu poirytowana na samą siebie, westchnęła z wysiłkiem.
-?Nie.
-?Więc po co ktoś ma cię tam wieźć, poświęcać czas, żebyś zabrała
potrzebne rzeczy, i marnować choćby pięć minut na tego palanta, skoro
możesz wyjść stąd i pojechać do rodziny? Czasem trzeba pozwolić, by
ludzie się tobą zajęli.
-?Wszyscy się zajmują i klnę się na Boga, że to doceniam.
-?Będziesz musiała to doceniać jeszcze przez jakiś czas. Daj mi tę
listę.
-?Nie ma tego tak dużo. Trochę ubrań w garderobie w sypialni i w lewej
górnej szufladzie komody. W lodówce kwarta mleka owsianego i trochę
tofu. Mleko już pewnie zdążyło skwaśnieć. Nie zastanawiałam się nad tym
wcześniej.
-?Więc je wywalę. Co jeszcze?
Kiedy przebiegała wzrokiem listę, uświadomiła sobie, jak starannie i całkowicie oddzielał swoje rzeczy -?cokolwiek to było -?od jej. Dlaczego
nie zauważyła tego wcześniej?
Teraz to już bez znaczenia, zdecydowała. Rozdział zamknięty.
-?A co z rzeczami, których potrzebujesz? Mogę je przekazać twoim
rodzicom.
-?To dłuższa lista.
-?Nigdzie mi się nie spieszy.
Kiedy się z tym uporała, odprowadziła Joela do windy, potem zrobiła
obchód piętra. Może i poruszała się wolno, ale była dumna, że to robi, i to bez szczególnego bólu.
Dyskomfort, zmęczenie -?mogła sobie z tym poradzić. I postanowiła, że
sobie poradzi. No i kolejna obietnica.
Koniec z narzekaniem.
*
Dręczona przez koszmary, spała kiepsko ostatniej nocy w szpitalu.
Szła od dystrybutorów do minimarketu, wiatr hulał i zawodził. Liście
zerwane z drzew pędziły i szorowały po ziemi. Światła sklepu jarzyły
się, niemal piekąc ją w oczy. Nie widziała przez witrynę nic prócz tej
bezlitosnej iluminacji.
Otworzyła drzwi, zawiasy zaskrzypiały przeraźliwie, a powietrze wewnątrz
zgęstniało i zrobiło się gorące.
Kiedy tylko zobaczyła w tym twardym i okrutnym świetle mężczyznę
stojącego do niej plecami, zaczęło jej walić serce, przyprawiając o ból
w klatce piersiowej. Oddech, płytki i słaby, dobywał się ze świstem z jej krtani, gdy kładła dłoń na kolbie broni.
Jej umysł krzyczał: Uciekaj!
On się jednak obrócił. Nie miał twarzy, tylko maskę z trupią czaszką
wewnątrz czarnego kaptura. Wziął zamach i uderzył ją trzymaną w rękach
kosą w pierś. Usiadła gwałtownie na łóżku, dysząc spazmatycznie.
Przycisnęła dłonie do galopującego serca i poczuła krew przeciekającą
przez palce.
Gdy jednak spuściła wzrok, ogarnięta paniką, okazało się, że ma suche
ręce. Drżące, ale suche.
Starając się zapanować nad oddechem, położyła się. Przez chwilę widziała
siebie unoszącą się w górze, jak wtedy, kiedy przestało bić jej serce.
W głowie rozbrzmiewał jej własny głos.
Czasem umieranie jest łatwiejsze niż życie.
Może, pomyślała. Może. Postanowiła, że będzie żyć. Koszmary przeminą, a ona będzie żyć.
*
Rodzina zjawiła się w południe, a grupie przewodził ojciec.
-?Jesteś wypisana, twoje rzeczy są w samochodzie. Gotowa opuścić tę
spelunę?
-?Bardziej niż gotowa.
Jej siostra podjechała wózkiem.
-?Mogę iść. Chcą, żebym chodziła.
-?Tak trzeba. Regulamin szpitala.
Koniec z narzekaniem, przypomniała sobie. I usadowiła się na wózku.
Zatrzymali się przy pokoju pielęgniarek, żeby się pożegnać i podziękować.
-?Przebyłaś długą drogę w krótkim czasie -?oznajmiła Angie. -?Cecha
charakterystyczna dobrego pacjenta.
Sloan parsknęła śmiechem.
-?Dobry pacjent? Ja?
-?Tak, właściwie bardzo dobry. Słuchałaś poleceń, nawet kiedy nie miałaś
na to ochoty. Tylko tak dalej.
-?Dopilnujemy tego -?zapewniła matka. -?Nigdy nie zdołamy wam się
odwdzięczyć za tak wspaniałą opiekę nad naszą dziewczyną.
-?To nasza praca. Masz bardzo miłą rodzinę, Sloan. Pomoże ci wrócić do
formy.
Drea wprowadziła wózek do windy. Tym razem jednak nie chodziło o kolejne
prześwietlenie czy badanie, tylko powrót do domu.
Na zewnątrz Sloan wciągnęła w płuca chłodne powietrze, które
przypominało perfumy.
-?Ani śladu szpitalnej woni! Tylko powietrze, zimne jesienne powietrze.
Stając na własnych nogach, odstawiła w głowie pełen szczęścia taniec.
Drea odprowadziła wózek, podczas gdy ojciec poszedł po samochód. Matka
obejmowała ją ramieniem.
-?Dam radę iść -?zapewniła Sloan.
-?Jest zimno, dziecinko. Pofolguj nam trochę tego pierwszego dnia. Wiem,
że będziesz upierać się przy swoim, a ja obiecuję, że nie pozwolimy ci
się obijać. Ale my też czekaliśmy wszyscy na tę chwilę. Wracasz do domu.
-?Jeśli obiecam, że nie będę robiła niczego ponad siły, to czy ty
obiecasz, że nie będziecie zaniedbywać swoich obowiązków, martwić się i skakać nade mną?
-?Nie ma na świecie rodzica, który obiecałby, że nie będzie się martwił,
i dotrzymał słowa. Ale naprawdę się postaramy i nie będziemy nad tobą
skakać.
-?Zgoda.
Kiedy pojawiła się Drea, podjechał samochód.
-?Siadasz z przodu.
-?Nie ma mowy. Nie naruszymy tradycji. Rodzice z przodu, dzieci z tyłu.
-?Zgoda -?oznajmiła matka, całując Sloan w policzek.
-?Wszyscy zajęli swoje miejsca? -?Dean zatarł ręce. -?No to jazda.
Roześmiała się, rozbawiona przywołaniem kolejnej tradycji. Ojciec mówił
tak za każdym razem, gdy wybierali się w podróż.
Ruszyli z włączonym radiem, przy dźwiękach ulubionego ojcowskiego
klasycznego rocka.
-?Jak interes z jesiennym wynajmem? -?spytała na początek Sloan.
-?Brak wolnych miejsc. -?Matka spojrzała przez ramię. -?Bensonowie
przyjeżdżają we wtorek na tydzień z okazji Święta Dziękczynienia.
Doczekali się w tym roku dwojga wnucząt, więc wynajęli dwa domki. Chcą
pojeździć na nartach, ale kilkoro starszych dzieciaków ma zamiar
wypróbować rakiety śnieżne. Też mają rezerwację.
Pamiętała Bensonów, ponieważ przyjeżdżali do Rest od czasów jej
dzieciństwa. Wynajmowali którąś chatkę jesienią, a potem znowu latem.
Najpierw narty i piesze wędrówki, a w sezonie wakacyjnym wypożyczanie
łodzi.
Rodzinny interes, All the Rest -?w trzecim pokoleniu, z udziałem Drei -
polegał na utrzymywaniu i wynajmie domków letniskowych i łodzi -
motorowych, żaglowych, kajaków, canoe, desek do pływania z wiosłem.
Organizowali spływy górskie, wynajmowali kwatery amatorom narciarstwa i snowboardingu, a także pieszych wycieczek z przewodnikiem.
Heron's Rest, usadowione głęboko w górach i położone wokół jeziora
Mirror, nie przyciągało turystów jak Deep Creek czy modne kurorty, ale
cieszyło się powodzeniem u tych, którzy cenili sobie spokojniejszą,
bardziej intymną atmosferę.
I oferowało wszystko, czego ludzie pragnęli podczas czterech pór roku.
Wszystkich czterech, z ich indywidualnym pięknem i urokiem, pomyślała
Sloan.
Nie mogła jeszcze przez jakiś czas wrócić do swojego mieszkania, mogła
za to, i zamierzała, wybierać się na krótkie wędrówki po znajomych
szlakach i długie spacery nad jeziorem. By odzyskać siły i sprawność.
Droga na północ i zachód też była znajoma. Ciągnąca się bez końca
autostrada, która biegła długimi zakrętami przez góry, te zaś z każdym
kolejnym kilometrem robiły coraz większe wrażenie.
Opuścili szpital o zimnym, ale suchym poranku, teraz jednak, im dłużej
jechali, pojawiało się więcej śniegu na zboczach i polach. Pokrywał
wierzchołki gór, spływał dolinami. Przywierał do sosnowych gałęzi;
wszystko przypominało staromodną kartkę bożonarodzeniową.
Uwielbiała patrzeć na to wszystko, chłonąć atmosferę, czuć zapach, kiedy
wędrowała po tych głębokich lasach. Ten urok stanowił jeden z powodów,
dla których zdecydowała się na taki, a nie inny zawód.
Znała piękno natury -?jej niebezpieczeństwa, jej kapryśność. I odczuwała
jak zawsze silną potrzebę ochraniania jej i zachowania.
Zdrzemnęła się, potem ocknęła, poirytowana sobą. Jak dziecko, pomyślała,
albo starsza dama, niezdolna zachować przytomność przez kilka godzin w samochodzie.
Żadnego narzekania, upomniała się. Dzięki drzemce podróż upłynęła
szybciej.
Poza tym byli już blisko domu.
Samochód zjechał z autostrady, a droga wiła się i wspinała, biegła
zakosami i opadała. Wokół dominowały gęste lasy skąpane w zieleni i bieli, oblodzone skały, głębokie morza śniegu, wzniesienia Alleghenów.
Jakby nowoczesne trasy nigdy nie istniały.
Zerknęła na siostrę, która wpatrywała się w swój telefon.
-?Jakiś problem?
-?Hm? Nie, nic takiego. Dlaczego na tym kilometrowym odcinku nigdy nie
ma zasięgu?
-?Jestem pewna, że ktokolwiek jest po drugiej stronie, zaczeka trzy albo
cztery minuty, dopóki nie wyjedziemy z tej dziury.
-?Może zaczekać dłużej. -?Drea ze zmarszczonym czołem wciąż wpatrywała
się w telefon. -?Wszystko w porządku. Nienawidzę po prostu, kiedy nie
daję rady się połączyć. Wiem, że to trochę chore. Może lubię być trochę
chora.
-?A może powinnaś przykleić sobie komórkę do dłoni.
-?Rozważałam to. Muszę być na bieżąco z pracą -?tak jak ty.
-?Mam nadzieję, że jeszcze pamiętam, jak się pracuje.
-?Nie żartuj. -?Drea położyła komórkę na udzie, ekranem do dołu. -?Jakie
buty nosi tata?
-?Wysokie, za kostkę. Timberlandy, ciemnobrązowe. Łatwizna.
-?Nie patrz w dół i powiedz, jakie buty ja noszę.
-?Czarne, za kostkę, czarno-białe sznurowadła w kratkę. -?Sloan
zacisnęła powieki. -?Marki UGG. Ładne, wyglądają na nowe.
-?Są ładne i nowe. Nie pożyczę ci ich. Nawet o tym nie myśl.
Typowe, przyszło Sloan do głowy.
-?Mogę sobie załatwić własne.
-?Powinnaś. Są niesamowite. Widzisz, chłoniesz, zapamiętujesz.
Chciałabym być w połowie tak bystra jak ty.
Boże, ależ była zmęczona. Niewiarygodnie zmęczona; zmagała się ze sobą,
by zachować przytomność, świadomość.
-?Kwestia spostrzegawczości.
-?Nie, nie tylko -?zastrzegła Drea.
Tak czy inaczej, Sloan zamierzała wykorzystywać tę szczególną
umiejętność, wyostrzać ją. Wyostrzać umysł.
Powiązania. Ćwiczyła kiedyś jogę z instruktorem, który mówił (trochę za
dużo) o połączeniu umysłu, ciała i ducha.
Postanowiła, że wykorzysta to teraz i popracuje nad tym triem.
Dostrzegła przelotnie jezioro, tylko błysk, gdy światło słoneczne
dotknęło wody. Następny zakręt, potem jeszcze jeden, i oto się pojawiło,
nieskończenie błękitne jak niebo, z odbijającymi się w jego powierzchni
górami, ich pofałdowaniami i wierzchołkami, z brązem, bielą i sosnową
zielenią jesieni.
Od razu poprawił jej się nastrój.
Obserwowała rodzinę łabędzi -?mama, tata i sześć niemal dorosłych
dzieci, płynących razem. Niebawem odlecą, a potem wrócą, przynajmniej
rodzice, by znów połączyć się w parę i sunąć po jeziorze z pisklętami.
Pomyślała, że jeszcze kilka tygodni i jezioro zamarznie, jeśli pogoda
się utrzyma; będzie można jeździć na łyżwach i łowić ryby w przerębli.
Zbocza gór poprzecinane były szlakami, narciarze, maleńcy w dali,
śmigali po zboczach.
Dojrzała smugi dymu dobywające się z kominów chat wtulonych w brązy i zielenie i uroczych domków nad wodą.
I w blasku słońca błysk okien domu jej dzieciństwa nad jeziorem.
Zaskoczyło ją przepełnione sentymentem nagłe drgnienie serca.
Przyjeżdżała tu przynajmniej raz w miesiącu, zatrzymywała się czasem na
weekend, gdy pozwalała jej na to praca.
Uświadomiła sobie jednak, że tym razem jest inaczej. Ten powrót miał
odmienny charakter.
Stwierdziła, że działa kojąco na jej umysł i ducha.
Aż do tej chwili nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo pragnęła tu
przyjechać.
Chciała usiąść opatulona przy palenisku na dworze i obserwować
odbijający się w wodzie zachód słońca. Chciała usłyszeć głos nurów,
śledzić lot czapli, napawać się widokiem majestatycznego bielika.
Z okna swego mieszkania w Annapolis mogła dojrzeć przelotnie zatokę.
Lecz nie, pomyślała, to nie było to samo.
Na razie, przynajmniej na razie, jak zrozumiała wreszcie, potrzebuje
właśnie tego.
Potrzebowała starego dwukondygnacyjnego domu z okiennicami, rozległymi
tarasami, wielką kuchnią, frontowym gankiem, na którym można spędzić
trochę czasu.
Była spragniona widoku drzew wspinających się po zboczach gór za oknem
jej sypialni. Była spragniona wygody i spokoju, tak samo jak tego, by
znów poczuć się dawną Sloan.
Ojciec wprowadził wóz do garażu, zgasił silnik i obrócił się do niej z uśmiechem.
-?Witaj w domu.
Rozdział 3
Nie było to jej własne lokum, ale był to dom rodzinny, a jego swojskość
przynosiła pociechę.
Wielki kudłaty pies, Mop -?jak nazwali go jej rodzice -?przyczłapał, by
ją powitać.
-?Cześć, stary. Znowu tarzałeś się w śniegu.
-?Niczego tak nie uwielbia, pomijając kąpiel w jeziorze -?oznajmiła
Drea. -?Pobiegnę do siebie, muszę sprawdzić parę rzeczy. Zejdę na dół
trochę później.
Ruszyła po schodach przylegających do ściany garażu, które prowadziły do
jej mieszkania na piętrze.
Sloan weszła z rodzicami do domu; pies biegł przodem.
Stary kamienny kominek z grubym drewnianym gzymsem, obudowany półkami na
książki, dominował nad częścią mieszkalną, która niegdyś -?za czasów jej
dziadka ze strony ojca, nim się ożenił -?była chatą z jedną sypialnią.
To właśnie Ezra Cooper zapoczątkował rodzinny biznes, rozwijając go
stopniowo, a potem, kiedy już założył rodzinę, powiększył domostwo.
Dobudował piętro, wielką wiejską kuchnię i jadalnię, przeznaczoną niemal
wyłącznie do spożywania świątecznych posiłków i przyjmowania gości.
Wraz z dwoma synami uzupełnił domostwo o tarasy i garaż, zainstalował
większe okna. I jednocześnie inwestował w pozostałe chaty, łodzie i sprzęt, aż wreszcie All the Rest zapewniało wynajem, sprzedaż,
przewodników i jeszcze więcej turystom, którzy przyjeżdżali nad jezioro.
Starszy brat Deana porzucił rodzinny interes i kontynuował swoją
edukację. Profesor historii na Uniwersytecie Wirginii Zachodniej osiadł
z żoną w Morgantown.
Chociaż to Dean i Elsie prowadzili biznes od chwili przejścia ich
rodziców na emeryturę, Archer służył pomocą, jeśli zachodziła taka
konieczność. Jego najstarszy syn, Jonah, mieszkał o rzut kamieniem ze
swoją rodziną i był prawą ręką Deana, a także pilotem spływów górskich -
i wszystkim, czego firma potrzebowała.
W sytuacji, gdy Drea zajmowała się marketingiem, komunikacją społeczną i sprzedażą, a matka czuwała nad wystrojem wnętrz, zaopatrzeniem i inwentaryzacją, interes kwitł dzięki trzem pokoleniom.
Podobnie jak jej wuj, Sloan poszła własną drogą. Nie umniejszyło to
jednak jej dumy z osiągnięć rodzinnej firmy.
Dom, wzniesiony i przebudowywany latami przez jej dziadka i jego synów,
powitał ją, jakby powstał zaledwie wczoraj.
-?Umieściliśmy twoje rzeczy w twoim pokoju. -?Gdy Sloan zdjęła czapkę,
Elsie przesunęła dłonią po jej włosach. -?Lekarz powiedział, że jedna
kondygnacja schodów jest w porządku, ale jeśli uważasz, że nie dasz
rady, możemy cię urządzić w gabinecie.
-?Nie, nie trzeba. Muszę się ruszać. -?I zrobiła to teraz, podchodząc do
dużego frontowego okna, które wychodziło na jezioro i odbite w nim jak w zwierciadle zwieńczone śniegiem góry. -?Ten widok nigdy się nie
starzeje.
-?Święte słowa. Może zrobić ci kanapkę?
-?Mamo, nie musisz mnie obsługiwać.
-?Tylko dzisiaj. -?Elsie objęła córkę wpół i nachyliła ku niej głowę. -
Pozwól mi się trochę nad tobą porozczulać. Tak dobrze mieć cię przez
chwilę w domu i widzieć, że znów przypominasz dawną siebie.
-?Nie czuję się taka.
-?Ale poczujesz -?wtrącił Dean, który zdjął płaszcz, powiesił go w szafie (jedna z rodzinnych zasad), a potem przyklęknął przy kominku,
żeby zająć się podpałką, podczas gdy pies usadowił się od razu obok. -?A teraz zasadnicze pytanie bez niewłaściwej odpowiedzi. -?Podniósł się
płynnym i zdradzającym siłę ruchem. -?Święto Dziękczynienia. Jeśli nie
pasuje ci dom pełen krewnych, to powiedz. Wszyscy zrozumieją.
-?Nie, nie, dobrze będzie wszystkich zobaczyć. Mówię szczerze.
Potrzebuję czegoś normalnego, a dom pełen bliskich w świąteczny dzień to
właśnie coś normalnego.
Odwróciła się do nich i pomyślała jak zawsze: zwarty oddział. Byli ze
sobą nierozerwalnie związani, jak mało kto.
A ona stanowiła ich hybrydę -?tak jak Drea. Odziedziczyła karnację po
matce, a Drea -?po ojcu. Z kolorem oczu było na odwrót.
Rodzice powołali ją do życia i nie tylko trzymali się razem, ale też
stali za nią murem.
-?Chcecie się zamartwiać, a ja to rozumiem. To wszystko, cała ta
historia musiała wystraszyć was bardziej niż mnie. Byłam zbyt
nieprzytomna, żeby się bać. I dobrze być w domu. Naprawdę dobrze. Ale
jeśli znów mam się czuć sobą, to muszę robić rzeczy, które mi w tym
pomogą.
-?A więc pełna chata. -?Elsie podeszła do córki i ją objęła. -?Nie
wystraszyliśmy się. Byliśmy przerażeni. Ale to już za nami. Przygotuję
ci coś do jedzenia.
-?Nie musicie oboje zarabiać na życie?
-?Drea jest u siebie i właśnie to robi. Jonah zajmuje się innymi
sprawami. Jutro wrócimy do roboty. -?Dean poklepał ją po ramieniu. -
Dzisiaj mamy wolne.
Elsie skusiła ją domową zupą i świeżym chlebem, a Sloan robiła, co
mogła, by coś przełknąć. Wciąż nie miała apetytu.
W przeciwieństwie do potrzeby ruchu.
-?Pójdę na spacer. Krótki -?obiecała. -?Dobrze jest pobyć na świeżym
powietrzu. Poczuć się sobą -?dodała.
-?Jedna prośba, tylko dzisiaj -?zwróciła się do niej Elsie. -?Nie
będziesz się oddalała od domu?
-?Tak zawsze mówiłaś, kiedy miałam osiem lat. -?Sloan roześmiała się
mimo wszystko. -?Umowa stoi. Zupa była pyszna, mamo. Jak zawsze.
-?Mop zechce się z tobą wybrać.
-?Mop jest zawsze mile widziany.
Gdy tylko włożyła płaszcz, pies podniósł się ze swojego miejsca,
przeciągnął i zamerdał ogonem.
Ponieważ była spragniona widoku jeziora, wyszła od frontu. Mop od razu
pognał przed siebie, brnąc przez śnieg niczym czworonożny pług.
Powietrze szczypało, ale sprawiało jednocześnie ogromną przyjemność,
kiedy tchnęło swym oddechem w jej twarz. Chłonęła zapach jeziora, sosen,
śniegu; to wszystko też jawiło się jako dom. Postanowiła, że będzie
wychodzić codziennie, tyle razy, ile tylko zdoła. Wybierać się nad
jezioro albo penetrować zaśnieżone lasy, kiedy jej matka nie będzie się
już tak bardzo niepokoić.
A za dwa tygodnie, podczas badania kontrolnego, doktor Vincenti da jej
zielone światło. Przyrzekła sobie, że do świąt Bożego Narodzenia w pełni
odzyska siły.
Zeszła na pomost, gdzie przez cały sezon cumowała żaglówka, i postanowiła, że zrobi sobie tego lata prawdziwe wakacje, tu, w domu.
Będzie spędzała czas na żeglowaniu, wędrówkach, pływaniu kajakiem i to
doceni.
Może musiała umierać przez kilka minut, by uświadomić sobie, że zbyt
wiele ją omijało. Czas na kolejne przyrzeczenie, zdecydowała. Nie
zamierzała wpaść ponownie w pułapkę. Praca przynosiła satysfakcję. Bóg
jeden wie, jak bardzo ją kochała, ale przez kilka ostatnich lat szala
wagi przechyliła się niebezpiecznie w jedną stronę.
Kiedy podążała ścieżką wzdłuż jeziora, pies biegł przodem, zawracał,
znowu biegł przodem. I przypominał, że ona porusza się jak inwalidka.
-?Przepraszam, Mop, nie jestem w pełni sprawna.
Musiała przyznać, że nie przebyła nawet dwustu metrów, a już opadała z sił.
Jej słuch wciąż działał prawidłowo, więc obróciła się na dźwięk kroków.
I czekała, dając sercu okazję do ochłonięcia, gdy zobaczyła, że zbliża
się do niej Drea.
-?Nie zamierzam zrzędzić -?uprzedziła Sloan.
-?Cholera. Liczyłam na to. Przypomniałabym ci, że zaledwie tydzień temu
ledwie mogłaś chodzić po szpitalnym korytarzu przez dwie minuty.
-?Sama to sobie przypomniałam, co tłumaczy, dlaczego nie zrzędzę. Ale...
-?No, zaczyna się!
-?Nie zrzędzenie, tylko fakt. Wciąż czuję, że coś jest ze mną nie tak.
Cholernie nie tak.
-?Podam ci więcej faktów. -?Wpatrując się niebieskimi oczami w zielone
oczy Sloan, Drea wzięła ją za rękę. -?Wyglądasz na zmęczoną i jesteś
blada, więc chwilowo wystarczy. Wróć do domu, wykonaj ćwiczenia
oddechowe i się zdrzemnij. Potem wstań i zrób to ponownie.
-?Widać, która z nas dwóch nosi spodnie.
-?Z dumą i wrodzonym stylem. Chodź.
Drea wzięła siostrę pod rękę, nie pozostawiając jej na dobrą sprawę
wyboru.
-?Wyświadczysz mi przysługę? -?spytała Sloan.
-?Może.
Ta odpowiedź wydała się zabawna.
-?Przekonuj ich w miarę możliwości, żeby się o mnie nie martwili. To
istne brzemię. A ja nie chcę im tego powiedzieć. Martwią się coraz
bardziej i starają się tego nie okazywać.
-?Kiedy zobaczą, że przestrzegasz zaleceń lekarza, będą się mniej
martwić. A ja będę ich przekonywać w miarę możliwości, ponieważ
zamierzasz przestrzegać zaleceń lekarza.
-?To nie przysługa, tylko umowa.
-?Tak czy nie?
-?Tak. -?Kiedy dotarły do domu, Sloan przystanęła. -?Zacznę od teraz. -
Otworzyła drzwi i przykleiła uśmiech do twarzy. -?Było świetnie! Trochę
się zmęczyłam, i to też jest dobre. Idę na górę, poćwiczę oddech, może
zdrzemnę się na chwilę.
-?Jeśli czegoś potrzebujesz... -?zaczęła Elsie.
-?Mam wszystko. -?Sloan z udawaną starannością powiesiła płaszcz w szafie, a szalik, czapkę, rękawiczki włożyła do koszyka. -?Zamierzam
zaskoczyć lekarza podczas badania kontrolnego.
Schody przypominały zbocze wysokiej góry, ale dała radę. Na korytarzu
skierowała się do łazienki i spryskała twarz chłodną wodą.
W jej dziecięcej sypialni, naprzeciwko, stało łóżko z czterema
rzeźbionymi słupkami, przykryte śnieżnobiałą kołdrą i ciemnoniebieską
narzutą w nogach. Krzesło, z drugą narzutą przerzuconą przez oparcie,
stało zachęcająco w kącie.
Ściany, w kojącym odcieniu mglistego błękitu, zdobiły lokalne dzieła
sztuki kolekcjonowane przez rodziców. Obrazy tutejszej wiosny i jesieni,
jeziora, gór, kwiatów polnych rozsianych po lasach.
Ponieważ zawarła z siostrą umowę, wykonała kilka ćwiczeń oddechowych,
kaszląc zgodnie z zaleceniem po długim wydechu.
To także ją zmęczyło i była zadowolona, że matka postawiła na stoliku
nocnym przykryty dzbanek z wodą i szklankę.
Kwiaty -?chryzantemy w rdzawych i złotych odcieniach -?stały na jej
starej komodzie i nasycały powietrze korzenną wonią.
Krótka drzemka, pomyślała, i położyła się na kołdrze, potem naciągnęła
na siebie narzutę. Dwadzieścia minut, żeby naładować baterie.
Spała przez dziewięćdziesiąt i nie obudziła się, dopóki koszmar nie
wyrwał jej ze snu.
*
Nazajutrz ustaliła rutynę na najbliższy czas. Wzięła prysznic, zmieniła
opatrunek na piersi -?upewniła się, że rana goi się prawidłowo.
Przyglądała się ciału, próbując nie poddawać się emocjom.
Dzień pierwszy, pomyślała. Godzina zero. Tak, wyglądała kiepsko. Tak,
straciła na wadze i napięcie w mięśniach. Mogła jednak stać i chodzić i choć pewne czynności wywoływały ból, nie cierpiała zbytnio.
Podobnie jak rana na piersi, ta na czole pozostawi po sobie bliznę. Ale
jedna i druga będą jej przypominać, że przeżyła.
Miała ogromne szczęście.
Ubrała się, po czym zaczęła się zastanawiać nad makijażem. Doszła do
wniosku, że róż, tusz do rzęs i cała reszta i tak nikogo by nie zwiodły.
Kiedy zeszła na dół, ojciec i matka siedzieli nad kawą przy kuchennym
stole. Oboje obrzucili ją uważnym spojrzeniem, a ona poczuła się
prześwietlana do szpiku kości.
Rodzicielski rentgen.
-?Pomyśleliśmy, że może pośpisz dłużej. -?Elsie zaczęła się podnosić. -
Zjesz śniadanie?
-?Mamo, usiądź. Mówię poważnie. Wezmę kubek z kawą i przejdę się -
zalecenia lekarza. Nie musicie zająć się pracą?
-?Zamierzałem właśnie wyjść -?oznajmił ojciec. -?Dobrze spałaś?
-?Jak kamień.
-?Pomyślałam, żeby zostać dzisiaj w domu -?zaczęła Elsie. -?Trzeba
przygotować mnóstwo rzeczy na najbliższy czwartek. Mogłabym się dzisiaj
do tego zabrać.
-?Chcę, żebyś poszła do pracy. Chcę, żebyś zrobiła to, co powinnaś dziś
zrobić. Wiem, że będziesz musiała zerwać się rano we środę, żeby
przygotować ciasta i tak dalej, ale musisz iść do pracy. Chcę móc
spędzić dzień o własnych siłach. Wiem, że nie jestem w pełni sprawna.
Daleko mi do tego. Znam swoje ograniczenia. Zapewniam cię, że ciało nie
pozwoli mi o tym zapomnieć.
Elsie przesunęła spojrzenie na męża.
-?Już słyszę, jak myślisz: a nie mówiłem? Odpuść sobie.
Uśmiechnął się tylko i wzruszył ramionami.
-?Weźmiesz telefon?
-?Tak, mamo.
-?I zadzwonisz albo prześlesz wiadomość, jeśli będziesz czegoś
potrzebowała?
-?Tak, mamo.
Elsie skrzywiła się nieznacznie, słysząc ton córki.
-?I zjesz coś. No, jeszcze jeden kęs.
Sloan nie mogła powstrzymać śmiechu, słysząc tę zgraną śpiewkę z czasów
dzieciństwa. I tak jak wtedy, przewróciła oczami.
-?Tak, mamo.
Dean podniósł się i zaniósł puste kubki do zlewu.
-?Mop zostaje i pójdzie z tobą. Taka jest umowa.
-?W porządku. A teraz już idźcie, żeby zapewnić mi większy spadek.
Koniec końców wyszła z nimi na dwór, z Mopem przy boku. Pożegnała się z rodzicami, potem położyła dłoń na psiej głowie.
-?Ruszajmy.
Mimo słońca powietrze kłuło zimnem, wyostrzone przez porywisty wiatr,
który marszczył taflę jeziora i przenikał konary drzew. Patrzyła, jak
czapla szybuje, jak pływają łabędzie. Skupiając na nich uwagę, dotarła
do miejsca, w którym poprzedniego dnia przerwała wędrówkę. Dysząc z wysiłku, zatrzymała się, by uspokoić organizm. Mop opuścił ją na chwilę,
zaczął skakać i tarzać się w śniegu.
Jeszcze dziesięć kroków, powiedziała sobie, i słowa dotrzymała.
Nie przesadzać, pomyślała. Bez pośpiechu, stopniowo.
-?To wszystko, na co mnie stać -?poinformowała psa. -?Zrobimy to jeszcze
raz później. I ponownie. Dziesięć kroków więcej.
Pomimo zimna czuła na plecach strużki potu, kiedy wracała do domu. Nogi
drżały jej trochę, gdy wchodziła do środka, a w głowie kręciło się na
tyle, że musiała na chwilę usiąść, zanim zdjęła płaszcz.
-?Potrzebuję drewna.
Dorzuciła go trochę do kominka w salonie, potem schowała kurtkę do
szafy.
W kuchni przyrządziła sobie miseczkę owsianki, dodała połówkę banana i garść borówek.
Zdołała pochłonąć połowę, nim wyczerpała ją sama myśl, że je. Wzięła
oddech i zjadła jeszcze trochę.
-?Tylko mnie nie wydaj, Mop.
Postawiła miseczkę na podłodze, a potem przyglądała się, jak pies
wylizuje jej zawartość.
Zmusiła się, by wstać, i napełniła butelkę wodą.
-?Następny punkt planu dziennego: fizjoterapia.
Najwyraźniej zadowolony z towarzystwa Mop udał się z nią do siłowni jej
rodziców. Może wybór kilogramowych odważników zamiast dziesięciokrotnie
cięższych ranił jej dumę, ale... no cóż, dzień pierwszy.
Usiadła na ławce i zaczęła wzmacniać rytmicznie mięśnie ramion, aż
poczuła w rękach palący ból. Potem wycisnęła ciężary jeszcze dwa razy.
Po kilku innych ćwiczeniach spróbowała zrobić parę wykopów.
Odpoczęła, napiła się wody, znowu zaczęła ćwiczyć.
-?Na więcej mnie nie stać.
Zanotowała wszystko. Jak długo spacerowała, ile wycisnęła i tak dalej.
Doszła do wniosku, że prowadzenie rejestru wzmacnia motywację.
Mop położył łeb na jej kolanach, a ona go pogłaskała.
-?Jutro spróbujemy jogi, powoli i bez wysiłku. Ale teraz chyba się
wyciągnę na chwilę.
Rozpaliła ogień w kominku i zamknęła oczy.
Pomyślała, że może rozwiąże jedną ze słynnych krzyżówek siostry w ramach
ćwiczenia umysłu. Zastanawiając się nad tym, zasnęła.
Kiedy się obudziła, pies siedział grzecznie obok, patrząc na nią.
-?Chcesz znowu wyjść? -?Lekko zamroczona sięgnęła po komórkę, którą
wcześniej położyła na stole. -?Och, Boże. Spałam ponad godzinę.
Podnosząc się, dokonała przeglądu osiągnięć. Wiedziała, że sobie
poradzi.
-?Daj mi chwilę. I tak najwyższy czas pospacerować.
Wiatr wciąż wiał nieustępliwie i zaganiał chmury przysłaniające słońce.
Spadnie więcej śniegu, pomyślała. Widziała ludzi -?jasne ubrania na tle
bieli -?zjeżdżających na sankach po wschodnim zboczu. Z kominów dobywał
się dym. Pomimo zimna po przeciwległej stronie jeziora wodę pruły dwa
kajaki. Ktoś ulepił okazałego bałwana przed jednym z wakacyjnych domków
nad brzegiem.
Dotarła do swego pierwszego przystanku, musiała odpocząć, odetchnąć,
potem zrobiła dziesięć kroków do następnego. Chciała zrobić jeszcze
dziesięć, ale przystanęła po pięciu.
-?Znaj i szanuj swoje ograniczenia, Sloan.
Choć musiała zatrzymać się dwukrotnie w drodze powrotnej, pokonała ją.
Już w domu usiadła, odzyskała siły i choć nie miała na to ochoty,
podgrzała trochę zupy. I odrobinę zjadła.
Potem popatrzyła na psa.
-?Co teraz? Jest dopiero pierwsza po południu. Jeśli się położę, to
zasnę. Jeśli wezmę jakąś książkę albo spróbuję obejrzeć film, to też
skończy się tym, że padnę. I nie wmawiaj mi, że sen jest najlepszym
lekarstwem. Naprawdę zostały mi tylko krzyżówki?
Poszła na górę, zniosła na dół laptopa. Zrobiła arkusz kalkulacyjny
swoich aktywności i postępów. Dobrze było zobaczyć to wszystko czarno na
białym. Może nawet zacznie zapisywać godziny.
I choć było to trochę wkurzające, uwzględniła także czas poświęcony na
sen. W tym przypadku mniej znaczyło więcej. Przynajmniej według jej
własnej miary.
Po skończonej pracy poczuła się zorganizowana i spełniona.
I śmiertelnie znudzona.
Zdesperowana wyświetliła krzyżówkę na laptopie. Potem zaczęła krążyć po
domu, żeby po prostu nie zasnąć. Natknęła się na koszyk, z którego jej
matka korzystała, gdy była akurat w nastroju do szydełkowania i robienia
na drutach.
Zainspirowana Sloan zaniosła koszyk do salonu i postawiła obok kominka,
po czym znalazła na YouTubie filmik o podstawach robótek ręcznych.
Kiedy jej mózg spowiła mgiełka, przewinęła wideo i obejrzała je od
początku. Musiała się skupić, skoncentrować; posługując się szydełkiem i włóczką, wyczarowała bardzo precyzyjny łańcuszek.
Ponieważ musiała jednocześnie słuchać, obserwować i liczyć, angażowała
umysł. Po wyczerpującej godzinie miała zaczątki szalika w bożonarodzeniowej czerwieni.
Przyznała sobie nagrodę w postaci pepsi.
-?Okej, Mop, potrafię to robić. Nie wiem, czy chcę w gruncie rzeczy, ale
potrafię. Może potraktuję to jako terapię zajęciową. Teraz znów się
przejdziemy, a potem kolejna runda z podnoszeniem ciężarów. Zmuszę się
do zjedzenia jakichś owoców albo sera, a później zabiorę się do robótek.
Nim rodzice wrócili wieczorem do domu, musiała się jeszcze raz
zdrzemnąć, ale zrekompensowała to sobie, bo wykonała więcej kroków i więcej ćwiczeń, a także wydziergała w dwudziestu pięciu procentach -
według jej obliczeń -?czerwony szalik.
Elsie popatrzyła na koszyk z robótkami, oceniła długość szalika -?teraz
to była jedna trzecia -?i spojrzała na córkę.
-?Kiedy się nauczyłaś szydełkować?
-?Dziś po południu.
Elsie wzięła do ręki nieukończone dzieło, przyjrzała mu się od końca do
końca.
-?Bardzo ładne wykonanie. Ile razy próbowałam cię nauczyć?
-?Zawsze rezygnowałaś, ponieważ według ciebie nie potrafiłam wysiedzieć
przy tym dostatecznie długo.
Usłyszała warkot odśnieżarki, co oznaczało, że ojciec będzie odśnieżał
ścieżki.
A Mop zaatakuje radośnie chmury białego pyłu.
-?Wiem, że teraz muszę. Terapia zajęciowa. Trzeba rozruszać szare
komórki.
-?Pasuje ci to? Szalik?
-?Tak, a kiedy skończę, będziesz musiała go nosić. Cienie macierzyństwa.
-?Raczej blaski. Może napijesz się gorącej czekolady i opowiesz mi przy
okazji, jak ci dzisiaj poszło?
-?A może wino? I zrelacjonujemy sobie nawzajem miniony dzień?
-?Doskonale. -?Elsie położyła dłoń na jej policzku. -?Wyglądasz lepiej.
-?Naprawdę?
-?Tak. Znowu widzę blask w tych twoich magicznych oczach.
Sloan poczuła w nich łzy, ponieważ wiedziała, że matka nie kłamie.
-?To był dzień pierwszy. Sporządziłam arkusz kalkulacyjny.
-?Ma się rozumieć. Wielka szkoda, że nie dołączyłaś do rodzinnego
biznesu, panno Zorganizowana.
-?Taka już jestem -?powiedziała, kiedy weszły do kuchni. -?Ale to dobrze
śledzić swoje postępy. I zaraz do tego dojdziemy. Zacznijmy od ciebie,
bo tata też będzie chciał wiedzieć, co dziś robiłam, jak się zjawi.
-?Napadało kolejne siedem centymetrów, więc uparł się, żeby to odśnieżyć
zanim przez noc dosypie jeszcze więcej. Może być wino czerwone? Wciąż
zostało mi mnóstwo zamrożonego sosu po sezonie na pomidory. Na kolację
będzie makaron.
-?Czerwone jest w sam raz.
-?No dobrze. Wypożyczyliśmy turystom z tuzin sań i toboganów, kilka
sprzedaliśmy. Mam kolejne zamówienia. Na pewno chcesz tego wszystkiego
słuchać?
Sloan usadowiła się przy blacie.
-?Tak.
-?Na grudzień i styczeń mamy komplet. Luty też już prawie pełny.
Kampania reklamowa Drei, "Zimowe Cuda", okazała się skuteczna.
Długoterminowe prognozy przewidują, że jezioro zamarznie do połowy
stycznia, więc w pierwszym tygodniu lutego zorganizujemy zawody w wędkarstwie podlodowym. Tu też mamy połowę miejsc już zarezerwowanych. -
Elsie łyknęła wina i przyjrzała się kieliszkowi. -?To był niezły pomysł.
-?Wciąż przychodzą mi do głowy.
-?Och, mam też nowiny z Heron's Rest. Pamiętasz dom starego Parkera?
Sloan sięgnęła do przegródek w pamięci.
-?Wielki walący się piętrowy budynek w połowie drogi do miasta, z szerokim zapadniętym gankiem. Jeśli szło się tamtędy w wietrzny dzień,
to można było usłyszeć wiatr świszczący w oknach. I jeszcze ten
rozpadający się garaż połączony z warsztatem. Wszystko w głębi lasu z długim wąskim podjazdem, zawsze pełnym dziur.
-?Sama bym tego lepiej nie opisała. Brady Parker machnął na domostwo
ręką, kiedy zmarł jego ojciec, chyba z dziesięć lat temu, a i wtedy nie
prezentowało się najlepiej. No cóż, sprzedał je dwa miesiące temu.
-?Ktoś kupił tę ruinę? Z myślą o ziemi? Nie jest może pierwszej klasy, a sam dom wymaga porządnego remontu, ale szkoda byłoby go zburzyć. Ma
charakter.
-?Chodzi o coś innego. Nabył go pewien Nowojorczyk, i jak się
dowiedziałam, zamierza go wyremontować.
Sloan zmarszczyła czoło nad swoim kieliszkiem.
-?Naprawdę?
-?Tak. Podobno chce tu zamieszkać, otworzyć własny biznes. Majster od
wszystkiego. Złota rączka. Jeśli jest w tym dobry, to wspaniale. Kolejna
wiadomość. Maggie Wells namówiła wreszcie Barry'ego na przeprowadzkę na
Florydę. Polegaliśmy na Barrym przy wszelkich naprawach i przeróbkach
przekraczających możliwości taty i Jonaha.
-?Maggie i Barry... jak sobie bez nich poradzicie?
-?Przekonamy się. Wyjeżdżają pierwszego grudnia. Muszę mieć nadzieję, że
ten przyjezdny z Nowego Jorku okaże się dobrym fachowcem. Biorąc pod
uwagę wynajem, sklepy -?i niech Bóg ma nas w swojej opiece, twój tata ma
na oku tę małą chatę, która powinna pojawić się na rynku w nowym roku -
trudno będzie funkcjonować bez kogoś tak dobrego i solidnego jak nasz
Barry.
Elsie wyjęła z kieszeni spinkę i zebrała złociste włosy na karku, potem
przełożyła do garnka zawartość torby z zamrożonym sosem.
-?O jakiej części Nowego Jorku mówimy?
-?O samym centrum. Zajmował się chyba finansami albo inwestycjami. Wall
Street. Ale nie wiem, czy jest to wiarygodna informacja, bo słyszałam
też o nieruchomościach. Ktoś inny wspomniał, że to deweloper i tak
dalej.
Sloan pomyślała o starym domu Parkera, o jego wielkości, historii,
charakterze. Znowu zmarszczyła czoło.
-?Jakoś nie wygląda mi na wielkiego fachowca.
-?Rzeczywiście, ale mam nadzieję, że jednak nim jest i że nie będzie
żądał za pracę stawki nowojorskiej. -?Podniosła z westchnieniem
kieliszek. -?No cóż, zmiany są nieuniknione, czy jest się na nie
gotowym, czy nie.
-?Nie sposób zaprzeczyć.
Elsie ujęła dłoń córki.
-?Muszę cię spytać i oczekuję pochwały za to, że zwlekałam z tym tak
długo. Jadłaś dzisiaj?
-?Prawie całą miseczkę płatków z owocami, poza tym miskę twojej zupy. To
też zapisuję. Jutro zamierzam zrobić to samo. Kiedy nie będę tu
siedzieć, obierając jabłka i patrosząc dynie na placek.
-?Wrócę przed pierwszą i się tym zajmę.
-?Ja tu będę.
-?Dobrze wiedzieć.
Obie usłyszały, jak Dean wchodzi do przedsionka i łaje psa.
-?Nie, nic z tego, stary. Posiedzisz tu, dopóki nie przestaniesz
przypominać bałwana.
-?No, teraz możesz mi powiedzieć o swoim dniu -?zwróciła się Elsie do
córki.
-?Nie był zbyt ekscytujący. Właściwie nudziłam się. Kierat.
-?Chcemy o tym usłyszeć. Dean? Popijam wino ze Sloan. Masz ochotę na
kieliszek?
-?Nalej. Daj mi jeszcze minutę. Kto wpadł na pomysł, żeby sprawić sobie
psa, który lubi zagrzebywać się w śniegu?
-?Ty -?odpowiedziały zgodnie matka i córka.
-?No tak.
*
To był dobry dzień pierwszy, pogratulowała sobie w myślach Sloan,
szykując się do snu. Zjadła trzy posiłki, potrenowała siłowo, pokonała
łącznie z półtora kilometra. I wydziergała prawie połowę szalika.
Jeszcze trzynaście dni, a potem dostanie zielone światło.
Spała głęboko, wolna od koszmarów, aż na wschodnim niebie pojawił się
świt.
Wstała, witając dzień drugi.
Rozdział 4
Popijając pierwszą kawę, Nash Littlefield patrzył, jak słońce płonie
czerwienią nad jeziorem, czy raczej obserwował to przez sosny i przypominające szkielety pnie drzew.
Podobał mu się olśniewający dramatyzm tego widoku, jego kontrast z niemal nadprzyrodzonym spokojem.
Z miejsca, gdzie stał, słyszał tylko trzaskanie ognia w kominku, szept
wiatru przenikającego przez resztki wiekowych okien, które zamierzał
wymienić.
Nawet jego porządne mieszkanie nie tłumiło odgłosów miasta, w którym i z którym żył całe życie.
A teraz żył w ciszy i z ciszą.
Przy tym oddaleniu i zamkniętych wiekowych oknach nie słyszał kwakania
czy głosów ptactwa wodnego. Gdyby tego pragnął, mógłby pozbierać się i wybrać na krótki spacer.
Nie zawędrowałby do restauracji, baru czy sklepu, ale do jeziora, które
zawdzięczało swą nazwę zwierciadlanemu odbiciu gór i nieba.
Stać go było na jeden z tych nadbrzeżnych domów z lepszym widokiem i dostępem do jeziora, z nowoczesnym wyposażeniem i udogodnieniami.
Miał jednak, być może pierwszy raz w życiu, dokładnie to, czego pragnął.
Wyzwaniem było to stare domostwo z solidnym szkieletem, proszące się o to, by przywrócić je do życia. Zapewniało samotność, ale też wygodny
dojazd do miasta, gdyby tego potrzebował.
Miał niebywałą możliwość robienia czegoś, co kochał, a nie tego, czego
po nim oczekiwano.
Uznał, że zacznie od starego warsztatu, od doprowadzenia go do porządku,
zorganizowania narzędzi -?tych, które otrzymał wraz z domem, i tych,
które już posiadał, a przede wszystkim tych, które nabył z myślą o swoim
nowym zajęciu.
Był dobry w swoim fachu -?w inwestycjach, zarządzaniu rachunkami,
pomnażaniu pieniędzy, zgłębianiu rynku. Lubił to nawet. Ale nie był
szczęśliwy ani w swoim narożnym gabinecie, ani też w wyszukanym,
eleganckim mieszkaniu ze wspaniałym widokiem na miasto.
Miał kobietę, na której mu zależało i której zależało na nim. Ale nie na
tyle, by w przypadku obojga okazało się to trwałe.
Zwłaszcza w sytuacji, kiedy postanowił zmienić swoje życie.
Gdyby został, mogłoby to trwać jeszcze przez kilka lat. Nie byłby jednak
szczęśliwy. Gdyby założyli rodzinę, związek okazałby się trwały w jego
przypadku; nie miał co do tego wątpliwości.
Wiedział, jak to jest być dzieckiem ludzi, którym nie wyszło.
Lecz stojąc tutaj, w tym wielkim i pełnym przeciągów podupadającym domu,
wiedział, że znalazł swoje miejsce.
I gdy się tu budził, stąpał po skrzypiących podłogach, dokładał drewna
do ognia, by stłumić chłód, wiedział, że jest szczęśliwy.
Tak jak wiedział to wtedy, gdy złożył w pracy rezygnację, sprzedał
mieszkanie, zdobył uprawnienia budowlane.
Teraz zamierzał stworzyć sobie tu dom i zarabiać na życie własnymi
rękami. Coś, czego zawsze pragnął.
I czuł się nie tylko szczęśliwy. Czuł się -?tak, po raz pierwszy -
wolny.
Koniec z garniturami szytymi na miarę, starannie zawiązanymi krawatami,
cotygodniowym przycinaniem niesfornych włosów. A teraz, gdyby nie miał
ochoty się ogolić? I co z tego?
Stał więc z tymi swoimi kasztanowymi włosami, które falowały przy
kołnierzu białej ocieplanej koszuli, z dwudniowym zarostem na twarzy,
skupiając spojrzenie piwnych oczu na niezwykłości narodzin nowego dnia,
i odczuwał pełną satysfakcję.
Usłyszał skrzypienie podłogi i rozejrzał się, gdy jego niespodziewany -
i mile widziany -?gość pojawił się u szczytu schodów.
Jego brat Theo miał zaspane oczy o barwie złotego brązu, czuprynę
rozczochranych od snu włosów i bokserki z emblematem Gwiezdnych Wojen.
-?Lodowato tu.
-?Jeśli zamierzasz chodzić prawie nago, to zawsze będzie ci zimno.
-?Racja. Daj mi chwilę.
Gdy Theo się odwrócił, Nash ruszył na tyły domu długim korytarzem, przez
drzwi w ścianie, którą zamierzał całkowicie wyburzyć, i wszedł do
kuchni. Domyślał się, że nie była odnawiana przez ostatnie pół wieku.
Wszystko to miało się niebawem zmienić.
Na poplamionym blacie z laminatu stała lśniąca stalowa maszyna, o którą
Nash walczyłby w razie potrzeby na śmierć i życie.
Zaparzył kawę dla siebie i młodszego brata.
Usłyszał skrzypienie schodów i podłogi w korytarzu. Nie był pewien, czy
chce to wszystko naprawiać. Tęskniłby za tym staromodnym dźwiękiem.
Na dresowych spodniach Theo widniała plejada postaci z komiksów Marvela.
Do tego włożył bluzę Uniwersytetu Columbia.
-?Masz bajgle?
Nash wskazał szufladę.
-?Człowieku, ale tu cicho. Przerażająco cicho. Jak w horrorze, gdzie
jesteś tylko ty i facet w masce hokejowej. Trwało wieczność, zanim
zasnąłem, a potem spałem jak nieżywy. -?Przekroił bajgla i wsunął go do
lśniącego srebrnego tostera. -?Nie mogłem uwierzyć, że kupiłeś ten dom.
-?Wyszukał w starej lodówce serek śmietankowy. -?A rano zobaczyłem ten
widok za oknem. To cały ty.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki