Raj mojego dzieciństwa
Krystyna Budnicka: - Powiem wszystko jak na spowiedzi. Nie mam wyjścia. No dobrze, mam, ma pan rację. Ale nie, nie, ja chcę opowiedzieć.
Niech pan najpierw spojrzy przez okno. Widzi pan? Tam, daleko, czerwony budynek. To kościół Świętego Wojciecha na Woli. Pod jego murami pożegnałam się z panem Budnickim, który zapewnił mi jedną z kryjówek, ostatnią, w jakiej byłam. I którego nazwisko wpisałam później do dokumentów, bo urodziłam się jako Hena Kuczer.
Tam była selekcja podczas powstania warszawskiego. To dla mnie ważne, bo wtedy przestałam się ukrywać. To nie był jeszcze koniec wojny, ale dla mnie wszystko się zmieniło.
To pod tym kościołem decydowali: mężczyźni osobno, kobiety osobno. Niektórzy do Pruszkowa, do obozu przejściowego, inni do obozów zagłady. Ja do domu dziecka.
Byłam wtedy bardzo słaba, w ogóle byłam słaba jeszcze przez wiele lat po wojnie. Miałam trudności, szczególnie na wychowaniu fizycznym w szkole. Żadnej sprawności. Nie miałam mięśni, ale w końcu przeleżałam tyle miesięcy bez ruchu i głodna.
Po latach, była końcówka 1983 roku, znalazłam opis tego rozstania z panem Budnickim. Byłam akurat w Zakopanem. Pomyślałam, że może bym coś poczytała, więc poszłam do kiosku i kupiłam "Więź". Pewna zakonnica, siostra Stanisława Misztal, opisywała wojnę i okupację. Ja znam ją, pomyślałam sobie wtedy, znam tę siostrę Misztal.
Mam ten numer "Więzi" na regale, chce pan zobaczyć? O, proszę. Niech pan czyta. No, niech pan czyta na głos.
"Tam właśnie podszedł do nas mężczyzna z dziewczynką, mogła mieć jakieś dziesięć lat. Poprosił, żebyśmy przyjęły to dziecko pod opiekę. Mówimy mu, że nie będziemy wiedziały, gdzie go szukać, ani on nas łatwo nie odnajdzie. Powiedział nam wówczas, że nie jest ojcem dziecka. Obawia się, że Niemcy i tak ich rozdzielą, więc lepiej będzie dla dziewczynki, jeśli znajdzie się w naszej gromadce. I tam właśnie, pod murem tego kościoła, przybyło nam jedno dziecko. Była to miła i inteligentna dziewczynka, i - powiedziała mi to w największej tajemnicy - Żydóweczka. Po wojnie nie była już pod naszą opieką, gdyż musiałyśmy sierociniec pozostawić poza Warszawą. Skończyła uniwersytet - podobno - z bardzo dobrym wynikiem"1.
Wie pan, dlaczego ja panu o tym wszystkim mówię? Bo to dla mnie był jeden z dowodów, że nie wyssałam sobie mojej historii z palca. To dokument. Ktoś to zapisał. A ja, zupełnie przypadkowo, na niego trafiłam.
Ale dobrze już, może lepiej, żebyśmy zaczęli od początku. Proszę, niech pan siada przy stole, pigwa zdążyła ostygnąć.
Pan chciał rozmawiać o ukryciu? To powiem panu, że wygląd mieliśmy typowo semicki, to ważne w tym kontekście. Cała rodzina Kuczerów: mama (Cyrla), tata (Józef), bracia (najstarszy Izaak, Boruch, Szaja, Ruben, Chaim i Jehuda), siostra Perla i ja, najmłodsza, mała Hena Kuczer, urodzona w 1932 roku. Od razu wiadomo, że Żydzi.
Mieszkaliśmy na parterze w kamienicy przy placu Muranowskim w Warszawie. Ojciec prowadził warsztat stolarski. Zajmował się przede wszystkim stolarką budowlaną, dlatego gdy wybuchła wojna i powstało getto, nie miał pracy.
Sprawność manualna i doświadczenie taty i braci przydały się nieco później do czego innego. Ale jeszcze nie wtedy, jeszcze było dzieciństwo. Dopiero jakiś czas później na strzępy rozerwały je pierwsze bomby, które spadły na miasto.
Rodzice mnie rozpieszczali, bracia łapali za nogi i kołysali. Albo sadzali na kolanie i w górę, i w dół. Byłam wtedy najszczęśliwszą dziewczynką w Warszawie.
Tata robił mi zabawki z drewna. Cały zestaw dziecięcych mebelków, nawet kołyskę. Moja siostra kupiła gdzieś główkę do lalki, a całą resztę jej ciała uszyła sama. I ja tę lalkę bujałam właśnie w kołysce. Robiłyśmy jej różne ubranka, zmieniałyśmy te lalki. Brzuszki wypychałyśmy trocinami, w domu stolarza było ich pod dostatkiem.
Kochałam te lalki. Ale marzyłam o takiej śpiącej, żeby móc ją w tej kołysce kłaść i żeby ona zamykała oczka. Nigdy takiej nie dostałam.
Pewnego dnia przechodziłam z koleżanką koło witryny sklepowej, na której wystawiono całą masę różnych zabawek, w tym te mrugające lalki. Mówiłam jej, że na mnie to nie robi wrażenia, mam tyle samo zabawek w domu. Kłamałam oczywiście. Ja bardzo chciałam je wszystkie mieć.
Nie mieliśmy żadnego majątku. Z zakładu stolarskiego trzeba było utrzymać całą rodzinę. Jedyną cenną i przy tym bardzo przydatną rzeczą, jaką mieliśmy, był telefon. Wydaje się, że nikt inny w kamienicy nie miał, a my tak. Bo gdyby były inne telefony, to czy mecenas schodziłby z góry do nas, żeby zadzwonić?
Jakub Guterman: - Mieliśmy olbrzymi sad. To był raj mojego dzieciństwa. Czarodziejski ogród: grusze, jabłonie, śliwy. I koza, i pies.
Bardzo dobrze pamiętam tatę, Symchę Gutermana. Był genialnym człowiekiem, zawsze myślę, że tylko przez głupi przypadek nie urodził się w renesansie. Bardzo uzdolniony technicznie. W międzywojniu założył własny zakład trykotarski, produkował tkaninę. To właściwie był biznes rodzinny, taki mały kibuc. Pomagały mu siostry, inni krewni, dzielili się zarobkami. Kasa była otwarta, kto potrzebował, ten brał. Wszyscy się wspierali.
Pisał też sztuki teatralne, wiersze, pięknie malował. W naszym domu wisiały jego obrazy. Mieszkanie było przestronne, jasne, duże. Ale kuchnia - malutka i ciemna, bez okna. Ojciec zmajstrował więc taki mechanizm, że jak mama otwierała drzwi do kuchni, to światło samo się zapalało.
Pewnej nocy ktoś chciał się włamać do naszego domu. Wtedy ojciec skonstruował alarm: kiedy tylko ktoś otwierał okno, zaczynała wyć syrena.
Zbudował też radio. A dla mnie duży statek ze sklejki. Chodziliśmy nad staw pod Płockiem, żeby go puszczać na wodzie. Ten statek do mnie wracał! Byłem dumny, że mam taką zabawkę, i byłem dumny, że mam takiego ojca.
Po wojnie, kiedy płocczanie w Izraelu spotykali się co roku, zawsze czułem się zawstydzony. Ludzie pytali się mnie jako młodego chłopaka: To ty jesteś synem Symchy Gutermana? Zdziwieni. Tak jakby chcieli powiedzieć: Ojciec był geniuszem, a syn niezupełnie. Tak się w każdym razie czułem.
Mama, z zawodu krawcowa, zajmowała się domem i pracowała. Byłem jej oczkiem w głowie.
W naszym domu było dużo zabawek. Pamiętam każdą z osobna: samochody z blachy, pięknie malowane, dużego, kolorowego bąka. Kiedy się go naciskało, tańczył po całym pokoju.
Chava Nissimov: - Nie mam wspomnień z dzieciństwa bez wojny. Ale mam takie, które są dobre. Pamiętam kalejdoskop. Czy pan wie, co to były kalejdoskopy? Teraz już takich nie ma.
Powiedzieli mi, że na kolorowych obrazkach, które widziałam w tym kalejdoskopie, jest Ameryka. Dobre, spokojne miejsce. Uwierzyłam im i chciałam się do tej Ameryki dostać. Rozmontowałam więc mój kalejdoskop. Ale wtedy kolorowe szkiełka rozsypały się na wszystkie strony i skaleczyły mi rączkę.
Z Ameryki została krew na dziecięcym paluszku. A dookoła co zostało? Wojna.
Jakub Guterman: - Oprócz zabawek miałem mnóstwo książek. Rodzice czytali mi Tuwima. "Stoi na stacji lokomotywa". Byłem oczarowany pięknem języka, jego brzmienia, rytmu. Po latach zrozumiałem, że rodzice wtedy, jakby kroplówką, wlewali mi miłość do literatury. I nie wiedziałem jeszcze oczywiście, że będę uczyć literatury przez całe życie. Pozostała we mnie ta miłość do poezji, i to w różnych językach, we wszystkich, jakie znam.
Krystyna Budnicka: - Mówiliśmy jidysz. Ale ja po polsku też potrafiłam. Podobno bez akcentu, twierdzili ci, którzy mieli okazję posłuchać. Więc w czasie okupacji przynajmniej głos mnie nie zdradzał.
Znałam dobrze polski, bo oprócz zabawek w dzieciństwie ważne były dla mnie też książki. Właściwie bardzo wcześnie zaczęłam czytać, pierwszą książkę dostałam na piąte urodziny, wyjątkowe, obchodzone w łóżku ze złamaną nogą.
To było Serce Edmunda de Amicisa. Bardzo modna wtedy książka.
Aleksander Bober: - Urodziłem się w marcu 1933 roku na warszawskiej Pradze. Cała rodzina, z obu stron, ze strony ojca i matki, jest z Pragi. Byliśmy od zawsze bardzo zasymilowanymi Żydami, żadna część rodziny nigdy nie była religijna. Właściwie w ogóle nie miałem żadnego kontaktu z religią w dzieciństwie. Z żadną religią. U nas w domu nie było dewocjonaliów, nic z tych rzeczy. Nie obchodziliśmy też żadnych świąt.
Nawet imiona mieliśmy typowo polskie: mama była Basia, tata był Marek. Mój brat urodził się tuż przed wojną, nazywał się Józef Gabriel. Wołaliśmy na niego Józio.
Mieszkałem z rodzicami i bratem w kamienicy przy ulicy 11 Listopada 6. Niedaleko mieszkała babcia i dziadek ze strony ojca, na Wileńskiej. Babcia ze strony mamy - na Brzeskiej.
Moja mama pochodziła z dużej, ale niezbyt zamożnej rodziny. Dziadek zajmował się handlem końmi. W pewnym momencie porzucił babkę z ośmiorgiem dzieci i uciekł. Została bez niczego, a mimo to tak wychowała dzieci, że wszystkie skończyły szkołę. Bracia mojej mamy uczyli się praktycznych zawodów: ślusarz, dekarz. Siostry powychodziły za mąż, niektóre miały już dzieci.
Ojciec pochodził z bardziej zamożnej rodziny. Moja mama nie pracowała i myślę, że mogła sobie na to pozwolić ze względu na pieniądze dziadka ze strony ojca. Dziadek był kiedyś nauczycielem, ale potem odszedł na emeryturę i zajął się wynajmowaniem mieszkań. Miał w Warszawie sześć czteropiętrowych kamienic. Mieszkaliśmy w jednej z nich.
Budynek zaprojektował i wybudował mój ojciec. Projekt opracował sam, dał go tylko inżynierowi z uprawnieniami do weryfikacji i podpisu, bo nie miał uprawnień. Uczył się kiedyś architektury, ale nie skończył studiów. Został w każdym razie przedsiębiorcą budowlanym. W tym fachu było wtedy bardzo mało Żydów, w pracy miał kontakty właściwie wyłącznie z Polakami, z chrześcijanami, co było zresztą bardzo ważne, jak się okazało później, podczas wojny. Dzięki temu miał wielu znajomych po aryjskiej stronie.
Nasze mieszkanie znajdowało się na pierwszym piętrze. Normalne mieszkanie, takie samo jak wszystkie inne w tej kamienicy, ale trzeba podkreślić, że to była nowa kamienica, więc i mieszkanie było nowe, ładne. Pamiętam, że miało dwa pokoje z kuchnią i łazienką. I pamiętam kolorowe kafle w łazience.
Byłem pierwszym dzieckiem moich rodziców, więc bardzo mnie rozpieszczali. Dużo chorowałem w dzieciństwie. Tak na mnie chuchali i dmuchali, że kiedyś lekarz powiedział, że potrzebuję mieć brata, żeby rodzice mniej się na mnie skupiali.
No i ten brat się pojawił, rok przed wojną. Nie, nie wiem, czy dziś żyje. Nie wiem, co się z nim stało po wojnie. Nigdy go nie odnalazłem.
Lea Balint: - Co pamiętam z dzieciństwa? Tylko czerwony tapczan i moje małe pantofelki, które przy nim stoją. Nic więcej. To było już w getcie.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
1 I. Stopierzyńska, Miłosierdzie zorganizowane. Wspomnienia siostry Stanisławy Misztal, "Więź", 1983, nr 11-12, s. 133-134.