Wolfgang teraz płaci alimenty na dwa tygodnie
przed ustalonym terminem. Tak dla pewności. Z coraz większą
frustracją. Jego była żona od kilku miesięcy sypia z jego (byłym)
najlepszym przyjacielem. Ale za mąż za niego nigdy nie wyjdzie.
Straciłaby wtedy alimenty...
Baby blues...
Marika "urodziła" - sama tak to nazywa -
dokładnie dwieście osiemdziesięcioro dziewięcioro dzieci,
z których jedno, ostatnie, to jej własne. Córeczka Leoni. Przyszła
na świat w sierpniu ubiegłego roku. Zupełnie naturalnie.
W zwyczajnej państwowej klinice w Hamburgu. Bez znieczulenia.
Około czwartej nad ranem, po trzech godzinach od pierwszych skurczów,
lekarz położył na jej piersiach lepkie od czerwonego śluzu
"stworzenie". Powinna je przytulić, objąć, powitać, poczuć wzruszenie,
popłakać się, spojrzeć w oczy, pogłaskać delikatnie po czarnych włoskach na główce i poczuć więź. Tak
bywało zazwyczaj przy innych "jej dzieciach". Ale przy jej własnym nic
takiego nie czuła. Tylko dotkliwy ból w podbrzuszu, ulgę, że poród
wreszcie się skończył, i ogromne zmęczenie. Oddała pospiesznie
Leoni w ręce położnej i chciała jak najszybciej zasnąć. Gdyby
lekarz nie musiał jej zszywać, zasnęłaby natychmiast.
Następnego dnia w południe pielęgniarka
przywiozła Leoni, aby matka ją nakarmiła. Wcześniej do karmienia
przywiozła zaraz po śniadaniu Nathalie. Córkę dziewczyny, która leżała
w łóżku obok i urodziła tej samej nocy. W wózku leżało
wrzeszczące niemowlę, obok pielęgniarki pchającej wózek kroczył ojciec
Nathalie przysłonięty bukietem róż, a za ojcem dreptała starsza
kobieta z drugim bukietem. Zanim głodna Nathalie przylgnęła do
piersi dziewczyny, zrobiono zdjęcia i sfilmowano to wydarzenie
kamerą. A potem dziewczyna karmiła i gdy było widać na jej
twarzy największe szczęście i gdy to właśnie wtedy wydarzało się
najważniejsze, nikt tego nie fotografował i nie filmował.
Gdy przywieziono jej Leoni, nie było róż inikt niczego nie fotografował. Nie było także ojca Leoni. Teoretycznie mógł być. Powiadomiła go otym, że jest wciąży, że to jego dziecko iże chce je urodzić. Już zaraz na początku, gdy tylko upewniła się ulekarza. Potem listy wysyłane do niego do Moguncji wracały zdopiskiem "adresat nieznany". Najpierw ją to bardzo bolało, potem się do tego przyzwyczaiła, aż wkońcu Leoni wjej brzuchu była już tylko jej.
Jej matka miała być przy niej podczas porodu
i teraz z nią, ale nie dostała wizy. Ponieważ "nie gwarantuje
spełnienia warunków terminowego opuszczenia Niemiec". Ukrainka, wdowa,
której jedyna córka pracuje w Niemczech, faktycznie nie gwarantuje
tego, czego oczekiwał urzędnik w niemieckim konsulacie
w Kijowie.
Gdy pielęgniarka podała jej Leoni, poczuła
przerażenie. Patrzyła na niemowlę i nieporadnie starała się
podsunąć swoją pierś. Płacz Leoni ją denerwował. Czuła rozdrażnienie.
Nie poczuła żadnej bliskości. Gdyby nie pielęgniarka, która stała obok,
najchętniej uciekłaby z pokoju. Karmienie było dla niej męczarnią.
Nie tylko tego pierwszego razu, ale także przez kolejne cztery dni
pobytu w szpitalu. Dziecko płakało, ona płakała,
a pielęgniarki dawały jej lekcje z macierzyństwa. Jej!
Położnej z dyplomem!
Marika przyjechała do Hamburga z chórem
akademickim pięć lat temu. Chór wrócił do Kijowa, a ona została.
Koleżanka z Rosji natychmiast znalazła jej pracę w szpitalu.
Niemieckie szpitale chętnie zatrudniają personel ze Wschodu. Jest
świetnie wykształcony, pracowity i nie narzeka na niskie pensje,
pracę na trzy zmiany lub na zawołanie. Potem skończyła trzyletni
oficjalny kurs i jako akuszerka zaczęła asystować przy porodach
w prywatnych domach. To ostatnio bardzo modne w Niemczech.
Przyjmowała porody samodzielnie. Tylko w dwóch skomplikowanych
przypadkach musiała przywołać lekarza. Wszystkie jej dzieci były jej
bliskie, w pewnym sensie ukochane. Z niektórymi ma do dzisiaj
kontakt. Tylko, paradoksalnie, jej własnej wyczekiwanej Leoni nie mogła
pokochać...
Jeszcze w szpitalu zgłosiła, że potrzebuje
pomocy. Przez cztery tygodnie przychodziła do niej położna wysyłana
przez szpital i opiekowała się Leoni. Marika w tym czasie
popadła w depresję. Czuła nie tylko bezgraniczny smutek,
bezradność i beznadziejność. Miała też ataki panicznego lęku, rano
nie mogła podnieść się z łóżka, krzyczała bez powodu. Czuła, że
brodzi w zastygającym betonie. Często miewała ataki konwulsji. Nie
mogła słuchać ani płaczu, ani śmiechu Leoni. Nie chciała jej oglądać,
dotykać, zbliżać się do niej, przyłapywała się na tym, że czuje do niej
nienawiść i obrzydzenie. Miała wtedy ogromne poczucie winy
i myślała wtedy o samobójstwie.
To nie był żaden przemijający poporodowy, jak to nazywają, baby blues,
który dotyka wiele kobiet. To była głęboka kliniczna depresja. Jej
szpital wstawił się w konsulacie w Kijowie za jej matką. Gdy
przyjechała w grudniu i objęły się po raz pierwszy od
długiego czasu, znowu mogła płakać. Wiedziała, że teraz, przy babci,
Leoni jest bezpieczna. Zajęła się sobą. Łykała regularnie przepisany
przez psychiatrę prozac, szpital wysyłał do niej co drugi dzień
psychoterapeutkę. Po trzech miesiącach sama chodziła na terapię
grupową, spotykała się z innymi matkami, które także dotknęła
depresja. Potem zaczęła powoli zbliżać się do Leoni. Wpatrywała się
w nią, przygotowywała butelki z mlekiem, dotykała jej
ubranek. Którejś nocy Leoni zapłakała. Zatrzymała swoją matkę
w drodze do pokoju dziecka. Sama poszła do dziewczynki, wzięła ją
na ręce, mocno przytuliła i zaczęła całować...
Ukrwienie
Tak naprawdę to postawiłam jej tylko jedenwarunek, chyba najgorszy z możliwych - mówi cichym, spokojnymgłosem, w którym nie pobrzmiewa ani nuta żalu, ani tym bardziejrezygnacji. - Powiedziałam, że chcę przynależeć do tego związku.W pełni. Należę do Konstantego, więc chcę należeć także do niej.Byłam całkowicie zagubiona w tym, co czułam w trakcie tegospotkania, ale dwie rzeczy wiedziałam na pewno. Nie czuję - zupełnietego nie pojmując - zazdrości, a także nigdy nie zgodzę się nabanalną i żałosną rolę zdradzonej żony. Nie będę robić żadnychscen i nie będę również "z pazurami walczyć o swoje", bożaden człowiek nigdy nie jest częścią "swojego". Kto myśli inaczej,musi być niespełna rozumu lub dał się zaślepić nienawiści. Wiedziałam,że ona musi być nie mniej pogubiona niż ja, a tym, copowiedziałam, wprawiłam ją w osłupienie...
Sarah ma trzydzieści osiem lat, jest szczupłą, atrakcyjną brunetką, matką dwóch synów. Patryk ma dziesięć lat, aSven pięć. Od czternastu lat zna Konstantego, aod dwunastu lat są małżeństwem. Konstanty jest pisarzem iscenarzystą. Pisze także słuchowiska dla radia, które czasami sam czyta. Któregoś wieczoru, około roku temu, wrócił ze studia ipowiedział, że Julia, aktorka, zktórą pracuje iktóra przy drugim mikrofonie czyta razem znim ostatni tekst, "zakochała się wnim".
Wyobrazi sobie to pan?! Ot tak. Tak po prostuwrócił do domu, usiadł sobie przy stole w kuchni i gdy ja,stojąc odwrócona do niego plecami, kroiłam ser do kanapek dla chłopców,tak mi powiedział. A potem dodał, że Julia przeważnie płacze, gdyo tym rozmawiają, ponieważ ona wie, iż "on przecież należy tylkodo mnie i że mnie kocha, i że nigdy mnie nie opuści".A potem powoli stawał się inny. Taki zbyt dobry, zbyt czuły, zbytdelikatny, zbyt zabiegający o moją uwagę i moją bliskość. Nowie pan... nie tak normalnie jak mąż po dwunastu latach małżeństwa.Powinnam się tym przecież cieszyć, prawda? Konstanty to moja pierwszai jedyna miłość. Żaden inny mężczyzna nie miał znaczeniaw moim życiu. Tylko on. Powinnam. Ale nie mogłam. Łączyłam jegodobroć z istnieniem tej drugiej kobiety. Kiedyś wprost zapytałamgo o to. Wyznał, że potrzebuje obecności Julii, że bez niej niemoże być szczęśliwy. Ani beze mnie i chłopców. Julia pojawiła sięw jego życiu i nie wyobraża sobie życia ani beze mnie, anibez chłopców, ani bez Julii. Konstanty zawsze urzekał mnie swojąotwartością i szczerością do bólu. Nie potrafił kłamać, udawać,mataczyć ani grać jakichś ról. O nic mnie wtedy nie poprosił. Anio wybaczenie, ani o czas do namysłu. Przydarzyła mu się drugamiłość, ale nie chce, aby skończyła się pierwsza. Chce przeżywać obie.Inaczej obumiera. Jak nieukrwiona kończyna. Tylko wtedy może byćszczęśliwy. Długo i o dziwo spokojnie rozmawialiśmyo tym. Z Konstantym trudno rozmawiać bez pewnego podziwu. On,prawdopodobnie dlatego że jest pisarzem, zawsze potrafi bardzo pięknieoddać sedno rzeczy. Pamiętam z tej rozmowy najważniejszą myśl.Pamiętam, jak w pewnej chwili powiedział: "To jest dziecinne,założyć, że wszystkie moje tęsknoty i pragnienia w ciągucałego życia może zaspokoić jeden tylko człowiek, to jest wynalazekz dziewiętnastego wieku, z którym powinniśmy się pożegnać".Szczerze mówiąc, gdy teraz to panu mówię i sama słyszę swojesłowa, to Konstanty może się panu wydać bezgranicznym egocentrykiem,jeśli nie wstrętnym bezdusznym łajdakiem. Ale tak nie jest. Proszę miwierzyć. Ja go znam bardzo długo...