Ukrainka - Barbara Kosmowska

-
Proszę czekać

Pociąg relacji Lwów-Warszawa

W prze­dzia­le ruch. Ale już inny. Oswo­jo­ny. Gła­ska­nie ba­ga­ży, za­pi­na­nie to­reb, po­wścią­gli­we usu­wa­nie sie­bie z miejsc. Cho­wa­nie ka­na­pek, ga­zet. I co tam jesz­cze mia­łam? Sza­lik? Czap­kę?

- Bo ostat­nio to wszyst­ko zo­sta­ło. Na­wet rę­ka­wicz­ki, mi­ten­ki. Naj­lep­sze! Zło­tów­kę po­li­czysz, w uchu po­dłu­biesz, a zdej­mo­wać nie trze­ba! Pre­zent od wnu­sia My­chaj­ły­ka. Nie upil­no­wa­łam, na zmar­no­wa­nie po­szły - skar­żą się usta han­dlar­ki. Ale w oczach nie ma już żalu po stra­cie. Trze­ba od nowa. Za­jąć miej­sce w zgieł­ku. Naj­le­piej przy drzwiach. Tam nie­wi­dzial­na li­nia star­tu, po­czą­tek ma­ra­to­nu. Wy­ska­ki­wa­nie, prze­py­cha­nie, ba­ga­ży wy­rzu­ce­nie. Po­ciąg do­stoj­nie zwal­nia. Ko­le­bie bo­ka­mi i zgrzy­ta jak me­cha­nicz­na klacz. Po­trzą­sa, jak­by chciał zrzu­cić z sio­dła wszyst­kich nie­wy­god­nych jeźdź­ców. - Da­lej już nie ze swo­imi po­je­dziesz, anioł­ku zło­ty, có­ruch­no pięk­na, bie­da­kom życz­li­wa... - Sta­rusz­ka do­pi­na na­pu­szo­ny płaszcz. - Da­lej już sama. Z ob­cy­mi.

Mówi jesz­cze o bo­gach i dia­błach. Prze­strze­ga, kre­śli w za­tę­chłym po­wie­trzu krzyż. Zo­sta­wia po so­bie li­ta­nię ży­czeń. I trud­no po­wie­dzieć, czy wszyst­kie one dla Iwan­ki, czy to mo­dły po­dróż­ne, han­dlo­we tar­gi ze świę­ty­mi od kup­na i sprze­da­ży.

I na­gle ci­sza.

Iwan­ka bie­rze głę­bo­ki od­dech. To do­bra chwi­la, aby po­my­śleć o mat­ce. Jesz­cze sza­ro, więc pew­nie te­raz uda­je, że śpi. Po­tem bę­dzie uda­wa­ła, że woła Iwan­kę na mlecz­ną zupę. Bo trze­ba jeść mlecz­ną zupę. Dla zdro­wia i cery. Na­wet kie­dy Iwan­ka mija gra­ni­cę, mlecz­na zupa bę­dzie dla niej sta­ła i sty­gła. W cia­snej kuch­ni, w któ­rej do­brze czu­je się tyl­ko pa­proć za­sła­nia­ją­ca pół okna. W miesz­ka­niu, gdzie do­nicz­ko­we kwia­ty za­wsze były waż­niej­sze od męż­czy­zny. Na przed­mie­ściach Dro­ho­by­cza. Za dwie go­dzi­ny mat­ka przy­nie­sie za­ku­py. Sta­ran­nie je po­roz­dzie­la. Mię­so, ryby, wa­rzy­wa. Trzy świa­ty, któ­re trze­ba ra­to­wać przed ze­psu­ciem. A w po­łu­dnie zo­ba­czy sie­bie w ko­ry­ta­rzo­wym lu­strze. Nie żeby lu­bi­ła się prze­glą­dać. Prze­ciw­nie. To przy­kry obo­wią­zek. Od­naj­dzie w lu­strze oso­bę so­bie sa­mej nie­przy­ja­zną. Zro­bi więc wszyst­ko, by wy­do­być z niej odro­bi­nę cie­pła. Bę­dzie dłu­go otu­la­ła się je­dwab­nym sza­lem i upi­na­ła wło­sy pod czap­ką. A kie­dy efekt zo­sta­nie osią­gnię­ty, usta z ni­kłym śla­dem szmin­ki zło­żą się w wą­ski uśmiech.

W szko­le, gdzie ma jesz­cze kil­ka go­dzin mu­zy­ki, zna­ją tyl­ko taką Annę Ma­twi­jen­ko. Za­kon­spi­ro­wa­ną. Prze­bra­ną za samą sie­bie. Sztyw­ną i za­sad­ni­czą Annę Ma­twi­jen­ko. Ni­ko­go to nie razi, choć płaszcz daw­no opu­ścił wa­cia­ne ra­mio­na i wy­szedł z mody.

Pro­fe­sjo­na­lizm mat­ki spra­wi, że na tych kil­ka lek­cji śpie­wu Iwan­ka znaj­dzie się poza jej pa­mię­cią. Bo nikt tak pre­cy­zyj­nie jak Anna Ma­twi­jen­ko nie po­tra­fi roz­dzie­lić ży­cia na pry­wat­ne i za­wo­do­we, na świę­ta ro­dzin­ne i pań­stwo­we, na dom i uli­cę. Ale już po­po­łu­dniem, kie­dy po stro­mych scho­dach pierw­sze uczen­ni­ce wnio­są do po­ko­ju tru­mien­ne fu­te­ra­ły skrzy­piec, Iwan­ka też się uobec­ni, bo każ­da z tych ćwi­czą­cych żmud­ne gamy pa­nien sta­nie się po tro­sze nią sprzed lat. I gra­ją­ca sta­bil­ne arco ma­lut­ka Ołe­na z cien­kim jak mysi ogo­nek war­ko­czem, i po­waż­na La­ry­sa z grzyw­ką opa­da­ją­cą w takt mu­zy­ki na czo­ło, i na­wet nie­zbyt miła, ale uta­len­to­wa­na Ma­ry­na, któ­rej moc­ne piz­zi­ca­to wy­gła­dza mat­czy­ne zmarszcz­ki, a z jej twa­rzy prze­pę­dza na chwi­lę wy­raz skry­wa­ne­go nie­za­do­wo­le­nia.

- Wol­ne?

Iwan­ka pro­stu­je się jak uczen­ni­ca przy­ła­pa­na na le­ni­stwie. Rzu­ca z uśmie­chem "dzień do­bry", kar­ci się za ak­cent i usu­wa do swe­go kąta. Nie­po­trzeb­nie tak ner­wo­wo. Prze­dział świe­ci pust­ka­mi.

- Do Pol­ski? Na dłu­go?

Dziew­czy­na, któ­ra wsia­dła, ma miłą twarz, ale jej py­ta­nia są wy­pra­ne z życz­li­wo­ści. Prze­zro­czy­ste.

- Na dłu­go - pada na­zbyt śpiew­na od­po­wiedź, za któ­rą Iwan­ka na­tych­miast się kar­ci. Na lek­to­ra­cie z pol­skie­go była prze­cież naj­lep­sza.

- War­sza­wa? Gdańsk?

- War­sza­wa.

- Ja­sne, tam naj­ła­twiej o pra­cę. - Dziew­czy­na roz­sia­da się za­ma­szy­ście. Nie bę­dzie już o nic py­ta­ła. Eg­za­min z ko­le­jo­wej grzecz­no­ści za­li­czo­ny. Wy­cią­ga z prze­past­nej tor­by lap­to­pa. En­te­rem ka­su­je Iwan­kę, jej małą wa­liz­kę i szcze­ry uśmiech.

 

Wol­ska w po­pło­chu prze­mie­rza wa­gon. Nie­śmia­ło za­glą­da do prze­dzia­łów, za­kło­po­ta­na. Bo to jak­by lu­dziom bez pu­ka­nia do sy­pial­ni wcho­dzi­ła, a nie wy­pa­da, nie­grzecz­nie...

Naj­chęt­niej po­sta­ła­by so­bie tu, na ko­ry­ta­rzu, ale prze­szka­dza cho­dzą­cym tam i z po­wro­tem. Nie może się na­dzi­wić, jak tych lu­dzi nosi, do baru, z baru, do ubi­ka­cji. Przed sie­bie, choć ja­kie to przed sie­bie, kie­dy wszyst­kie wa­go­ny ta­kie same... Osta­tecz­nie de­cy­du­je się do­łą­czyć do dwóch mło­dych ko­biet. Jed­na po­chy­lo­na nad srebr­nym pu­deł­kiem bęb­ni pal­ca­mi. Jak­by na ko­ściel­nych or­ga­nach bez­gło­śnie gra­ła.

Ma­leń­kie te kom­pu­te­ry, my­śli i na­dzi­wić się nie może, że w ta­kiej szka­tuł­ce lu­dzie cały swój świat wożą. Przy­jaź­nie, mi­ło­ści, ban­ki, a na­wet skle­py! Jak Bro­nek mó­wił jej, że skle­py też, to w gło­wę za­cho­dzi­ła, jak się to­wa­ry po­mie­ścić tam mogą, a żyw­ność to już w ogó­le!

Dru­ga z pa­nie­nek, dziec­ko jesz­cze, ta­kie to bez­bron­ne, śpi.

Wol­ska przy­sia­da ci­cho, za­le­d­wie gło­wą na po­wi­ta­nie ru­sza­jąc. Nie­po­trzeb­nie, bo nikt jej nie za­uwa­ża.

Wy­bie­ra miej­sce na­prze­ciw­ko tej śpią­cej. Od razu wi­dać, że sen bło­go­sła­wień­stwo, że da­le­ką dro­gę prze­je­cha­ła, taka umę­czo­na, cia­ło sku­lo­ne w ru­lo­nik pod tym oknem. Za to ład­na. Wol­ska przy­my­ka oczy. Nie ma wąt­pli­wo­ści. Za­wsze ma­rzy­ła o ta­kiej cór­ce. Wy­pisz, wy­ma­luj, o ta­kiej! Z buź­ką czy­stą, pro­mien­ną. Jak się przyj­rzeć, to wi­dać, że Bóg pal­ce w tym ma­czał, naj­lep­sze wzo­ry do­pa­so­wał. Może zbyt wiot­ka, tro­chę jak drob­ny chło­piec, ale te­raz moda taka, żeby bio­dra­mi nie wa­dzić, pier­si w gar­ści scho­wać. Aga­ta, choć już star­sza, też prze­cież wie­szak. Ko­bie­tę w niej po­znać po spód­ni­cy i szmin­ce tyl­ko... Pod tym wzglę­dem Ma­rio­la, cór­ka bur­mi­strza ze Szczy­to­wej, jak­by do­rod­niej­sza. Peł­niej­sza tu i tam. Zwłasz­cza tam. Nie dar­mo ją czę­sto w lo­kal­nej te­le­wi­zji po­ka­zu­ją. Ale i tak wszyst­ko od Stwór­cy za­le­ży, jak swo­ją dusz­kę do ziem­skie­go spa­ce­ru ubie­rze. Stroj­nie czy szpet­nie... Od jego hu­mo­ru w dniu stwo­rze­nia, a może rów­nież od in­nych oko­licz­no­ści, o któ­rych Wol­ska nie wie.

Przy­glą­da się śpią­cej dziew­czy­nie i na­gle od­kry­wa, że szczę­ście praw­dzi­we jed­nak cór­ki nie mieć. Bo cóż by taka pięk­not­ka z nią na Pust­kach ro­bi­ła? Tam miej­sca i pra­cy w sam raz dla jed­nej ko­bie­ty. Sy­no­wie to choć ro­dzą się do dro­gi, cha­łu­pę opusz­czą. A cór­ki bar­dziej do­mo­we. Mia­ła­by taka ślicz­na pan­na całe ży­cie prze­pę­dzić na mor­dze nie­upraw­nej? Przez dzień boży na pi­ja­nych Ha­lem­bów oknem wy­glą­dać? Li­sto­no­sza Czu­my jak zba­wie­nia wy­cze­ki­wać? Po­pła­ki­wać w kroch­ma­lo­ną po­dusz­kę? Le­piej, że w po­dróż ru­szy­ła. Może do swe­go szczę­ścia do­je­dzie, a nie, tak jak Wol­ska, za­ko­rze­ni się, wro­śnie w zie­mię, brud­nych pa­znok­ci do­sta­nie, gru­bej skó­ry na pię­tach. I do­kąd to po­tem je­chać? Z czym do świa­ta się pchać?

Uspo­ko­jo­na swą ma­cie­rzyń­ską zgo­dą na cu­dze szczę­ście, wyj­mu­je z tor­by cia­sto i dba­jąc, by go zbyt gło­śno nie prze­ły­kać, wkła­da do ust ma­leń­kie ka­wał­ki.

Pociąg relacji Lwów-Warszawa

Do­brze, że nie wio­zę wio­lon­cze­li...

Iwan­ka ogar­nia spoj­rze­niem ster­ty wa­liz i od­czu­wa ulgę. Jej in­stru­ment, szczę­śli­wie bez­piecz­ny, zo­stał u mat­ki. Nie dla nie­go dro­ga na ob­czy­znę. Wie­dzio­na na­głą tę­sk­no­tą, pró­bu­je zna­leźć mu god­ne miej­sce w prze­dzia­le. Tru­chle­je na myśl, że le­żał­by te­raz pod sto­sem cu­dzych ba­ga­ży.

Wie­ża Ba­bel. Wszy­scy mó­wią i je­dzą. Mię­dzy jed­nym a dru­gim nie ma prze­rwy. Sze­le­ści słow­nik ukra­iń­sko-pol­ski otwar­ty na wie­lu stro­nach jed­no­cze­śnie. Szep­ty, mla­ska­nia, po­śpiech, jak­by za naj­bliż­szym za­krę­tem koń­czył się czas na te dwie ludz­kie na­mięt­no­ści. Do kąta pod oknem, gdzie sie­dzi, do­cie­ra mdły za­pach swoj­skiej kieł­ba­sy. Za­pa­chów jest wię­cej.

Iwan­ka przy­my­ka oczy. Wy­obra­ża so­bie, jak wszyst­kie te in­ten­syw­ne wo­nie wni­ka­ją w wy­pło­wia­łe fo­te­le, w smęt­ne fi­ran­ki, osia­da­ją na jej skó­rze albo wę­dru­ją da­lej, do płasz­czy i kurt, opa­słych jak pie­rzy­ny. Do­pie­ro tam ko­na­ją, uśmier­ca­jąc pa­mięć zle­ża­łej ce­bu­li i bla­dych wę­dlin.

Prze­ły­ka gło­śno śli­nę. Za gło­śno.

- Głod­na?

Ko­bie­ta jest nie­mło­da albo aż tak spra­co­wa­na. Pew­nie jed­no i dru­gie. Żuje paj­dę chle­ba. Nie zwa­ża na okrusz­ki opa­da­ją­ce w sze­ro­ką spód­ni­cę.

- Jak­że nie­głod­na! Ka­nap­kę dam. - Sze­le­ści pa­pie­ra­mi i fo­lią. Ma smut­ny uśmiech i spryt­ne oczy.

Iwan­ka za­prze­cza ru­chem gło­wy.

Trze­ba szyb­ko uciec w głąb roz­po­star­tej ga­ze­ty. Scho­wać się, bo py­tań bę­dzie wię­cej. Za­czną się ple­nić jak chwa­sty.

Ko­bie­ta wzru­sza ra­mio­na­mi.

- Ot, jaki bo­diak! - mru­czy gniew­nie, tro­chę ob­ra­żo­na na mło­dość. Oszczęd­ną w sło­wach i ge­stach. Osob­ną. Jak­by ta dziew­czy­na w dżin­sach i zie­lo­nej bluz­ce my­śla­ła, że inna jest. Że w in­nym je­dzie kie­run­ku. W in­nym celu. A prze­cież wszy­scy w tym prze­dzia­le, w tym po­cią­gu, na tych pe­ro­nach peł­nych stra­chu o za­war­tość brud­nych pa­kun­ków jadą po to samo. Za­wsze po to samo. Tyl­ko po­wro­ty owia­ne ta­jem­ni­cą. Po­wro­ty mogą być róż­ne. Albo może ich nie być.

Ona, sta­ra han­dla­ra, po­tra­fi przej­rzeć te mło­de, z ład­ny­mi pa­znok­cia­mi i małą wa­liz­ką. Wy­czy­tać z dło­ni ich i ba­ga­ży, na co li­czą. Prze­po­wie­dzieć, co do­sta­ną. A bar­dziej jesz­cze, cze­go nie. Choć nie­jed­no znio­są, nie­jed­no wy­pła­czą w po­nu­ry świt w ob­cym miesz­ka­niu. Na wie­le się zgo­dzą, cze­go jesz­cze nie wie­dzą, kie­dy tam jadą. Bo jadą po­cią­giem, a wró­cą złu­dze­niem. Jadą jak kró­lew­ny na bal. A wró­cą z cier­pie­niem i zgry­zo­tą. Z tym cie­niem w oczach i na po­bla­dłych po­licz­kach, co naj­bar­dziej ko­bie­tę po­sta­rza. Spod każ­dej po­ma­dy wy­le­zie.

Zda­rzy się, że zo­sta­ną. Na obcą ca­łusz­kę po­ła­ko­mią się, a wte­dy wia­do­mo! Czart du­szę wyj­mie, a pan skó­rę zdej­mie. Wresz­cie nikt nie za­uwa­ży, gdzie są. Same one nie będą wie­dzia­ły...

Te­raz, gdy pa­trzy na tę mło­dziasz­kę, co ucie­ka od praw­dzi­we­go ży­cia w pi­smo ko­lo­ro­we, ba­jek peł­ne, chcia­ła­by jej, tak od ser­ca, zdo­by­tą na ba­zar­kach wie­dzę ofia­ro­wać. A już w szcze­gól­no­ści wy­ja­śnić, jak koń­czą się po­dró­że z małą wa­liz­ką.

No, da­waj rącz­kę miłą, có­reń­ka, rze­kła­by jej. Ja, sta­ra, po­wró­żę. Prze­po­wiem ci pra­cę u do­bre­go go­spo­da­rza i noc go­rą­cą, let­nią. Taką dusz­ną, że to­bie i od­dy­chać ode­chce się. A jak jesz­cze w oczy ci spoj­rzę, do ich dna do­wier­cę się łza­wym swym okiem, to może i ksią­żę ja­kiś znaj­dzie się dla cie­bie. Praw­dzi­wie kró­lew­ski syn. Jak nie u Po­la­ków, to u nas. Jak nie w miesz­ka­niu z dy­wa­nem gru­bym i ko­tem tłu­stym, z ta­pe­tą w róże na­brzmia­łe, to choć­by i pod Lwo­wem. Z ma­łym me­tra­żem, ale wy­na­ję­tym na lat wie­le, tyle że zdą­żysz ty, kró­lew­no z wło­sem zło­tym, dzie­ci kró­lew­skie jemu w bólu uro­dzić. Mat­kę jego, kró­lo­wą, po­cho­wać. Nie­jed­ną w cer­kiew­nym chó­rze pieśń od­śpie­wać, za­nim miesz­ka­nie na mniej­sze za­mie­nisz. A i to nie tro­ska. Bo wszyst­kim w koń­cu małe wy­star­cza. Z de­sek kil­ku na czte­ry stro­ny świa­ta za­bi­tych. Taka rów­ność pod zie­mią pa­nu­je. Tyle samo że­bra­ko­wi, co i kró­lew­nie.

I tak by jej wró­ży­ła, lek­ko trzę­sąc się nad rącz­ką, któ­rej cięż­ka pra­ca obca. I może na­wet dłu­gą li­nię ży­cia zna­la­zła­by na niej. Bo z ja­kich to po­wo­dów ża­ło­wać tej pięk­nej pan­nie dni cier­nio­wych i nocy nie­spa­nych? Zim­nych po­ran­ków i głu­chych te­le­fo­nów? Tę­sk­no­ty za mat­ki ko­ła­czy­kiem, co go, jako dzie­ci­na, wy­ja­da­ła pro­sto z roz­pa­lo­nej bla­chy...

Ale żeby przy­szłość wi­dzieć, te­raź­niej­szość po­trzeb­na. Choć­by jed­no spoj­rze­nie spod okna z za­chę­tą prze­sła­ne. Do po­wró­że­nia roz­mo­wa po­trzeb­na. Grzecz­ność ko­le­jo­wa od bi­le­tu tań­sza, bez niej ani rusz. A tu ścia­na z pa­pie­ru. Z głupstw i plo­tek po­sta­wio­na. Peł­na cu­dzych ma­rzeń, pod­szep­tów dia­bel­skich. Żeby schud­nąć, zmarszcz­ki tru­ci­zną wy­gła­dzić, męża zo­sta­wić, du­szę ka­rie­rze za­prze­dać. Ba­ra­chło! Na okład­ce pięk­ność ja­kaś, gołe u niej cyc­ki. A ster­czą, jak­by tak już za­wsze mia­ło być. Po­ster­czą i prze­sta­ną, wzdy­cha sta­ra, pa­trząc na swój po­kaź­ny brzuch. Jesz­cze i gra­ni­ca nie­prze­je­cha­na, jesz­cze cel­ni­cy w dro­dze do upo­ko­rzeń, a ta mło­da już ucie­ka w lep­szy świat...

Pustki koło Szczytowej

Wol­ska nie śpi. Nie za­śnie za Boga! Wsta­je pią­ty raz i spraw­dza, czy pie­nią­dze w prze­gród­ce to­reb­ki, na swo­im miej­scu. Są. Pod­no­si wa­liz­kę, przy­mie­rza. Może i za cięż­ka, ale jak bo­ró­wek nie za­wieźć. Le­piej wca­le nie je­chać, je­śli bez sło­ików. Z nie­po­ko­jem zer­ka w stro­nę gip­so­wej Naj­święt­szej Pa­nien­ki, peł­na nie­pew­no­ści, ja­kie też ta świę­ta oso­ba na jej nie­obec­ność pla­no­wa­ną ma za­pa­try­wa­nia. Uspo­ko­jo­na bla­dą ła­god­no­ścią gip­so­wej twa­rzy, zno­wu się kła­dzie, ręce spla­ta i pa­trzy w za­bie­lo­ny krzy­wo su­fit.

Żeby jesz­cze złe my­śli z gło­wy wy­szły, ale to już wszy szyb­ciej uciek­ną. Prze­wra­ca się Wol­ska z boku na bok. Bo jak Bron­ka wspo­mni, że bo­ga­ty, świat le­piej zna niż dy­rek­tor ban­ku w Szczy­to­wej, to za­raz tę ra­dość tro­ska o wnu­ka prze­ga­nia. Staś coś cho­ry, nie­mra­wy. No i Aga­ta... Żony szczę­śli­wej to już by w se­ria­lu żad­nym nie za­gra­ła, choć taka ład­na...

O Heń­ka tyl­ko za­ha­czyć pa­mię­cią, a już i ty­dzień moż­na się wier­cić pod koł­drą. Pew­nie, że Pan Bóg wie, co robi, musi jej He­niek dro­gę krzy­żo­wą kro­kiem pi­ja­nym, bo­le­snym prze­mie­rzać. Tyl­ko czy He­niek wie, co robi? O to się Zo­fia Wol­ska za­mar­twia i szyb­ko pró­bu­je o synu na chwi­lę za­po­mnieć. A zno­wuż Ka­zik... Ten w ojca swo­je­go się wdał. Może tyl­ko bar­dziej jesz­cze ko­bie­ciarz, w uczu­ciach nie­sta­ły...

Przy Ka­zi­ku Wol­ska nie wie, kogo wła­ści­wie wi­nić: ojca czy syna. Wzdy­cha więc tyl­ko bez­rad­nie i da­lej szu­ka ja­kie­goś uko­je­nia.

I na­gle sia­da na łóż­ku, jak­że szczę­śli­wa! Że też nie po­my­śla­ła. Prze­cież je­dzie do War­sza­wy na krót­ko, kró­ciu­teń­ko! Z wi­zy­tą tyl­ko! Za­raz wró­ci na Pust­ki i zno­wu bę­dzie jak daw­niej. Wszyst­ko tu na nią po­cze­ka. I wiatr hu­la­ją­cy na pod­da­szu, i west­fal­ka z bul­go­cą­cą gro­chów­ką. Koty nie­cno­ty po są­siedz­ku po­je­dzą. Za to jak ją zo­ba­czą nad­cho­dzą­cą z wa­liz­ką, to jak psy ru­szą na po­wi­ta­nie.

Te­raz Wol­ska mo­gła­by na­wet spo­koj­nie się zdrzem­nąć, taki ją bło­gi spo­kój wy­peł­nił. I zro­bi­ła­by to, z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią, gdy­by nie strach, że po­ciąg bez niej od­je­dzie. Na wszel­ki wy­pa­dek bie­rze do rąk ró­ża­niec po­dróż­ny, tak tyl­ko, żeby się świę­te­mu Krzysz­to­fo­wi tro­chę przy­po­mnieć.

Śródmieście. Złote Tarasy...

Są tu za­wsze świet­nie ob­słu­gi­wa­ne. Wpa­so­wa­ne w przy­tul­ność no­wo­cze­snej ka­wiar­ni, wy­glą­da­ją jak frag­ment jej wy­po­sa­że­nia. A już non­sza­lan­cja, z jaką pła­cą za po­ran­ny lunch, czę­sto nie­tknię­ty, to ma­estria.

- Grzan­kę w ce­nie przy­zwo­ite­go obia­du zo­sta­wić jak ja­kiś pasz­tet - ob­ru­sza się ruda, wie­wiór­czo zwin­na kel­ner­ka. - Na­pa­ko­wa­ne te baby ni­czym szwaj­car­ski bank - bur­czy, od­no­sząc da­nia na za­ple­cze.

Aga­ta pa­trzy na przy­ja­ciół­kę z wy­raź­nym nie­po­ko­jem. Od jej ko­men­ta­rza za­le­ży, jak bę­dzie się czu­ła ze swo­ją now­szą twa­rzą.

- Za­je­bi­ście - oce­nia Iga. - Mo­gła dać wię­cej czer­wie­ni na gór­nej war­dze - wy­ro­ku­je, ale nad­to się zbli­ża do ust Aga­ty. Bada je wzro­kiem znaw­cy drob­no­ustro­jów, więc Aga­ta nur­ku­je w prze­past­ną tor­bę.

- Gdzieś mia­łam roz­kład jaz­dy...

Śmie­je się, że je­śli nie zdą­ży na po­ciąg z te­ścio­wą, bę­dzie ją od­bie­rać w biu­rze rze­czy zna­le­zio­nych.

Iga mru­ży mio­do­we oczy. Swo­jej nie ode­bra­ła­by ani z dwor­ca, ani z biu­ra. Kie­dyś mia­ła taką, co te­raz sma­ży się w pie­kle, i Iga my­śli o niej tyl­ko wte­dy, gdy jest w so­la­rium o pięć mi­nut za dłu­go. A z tą Ula­ną, cze­go tu ża­ło­wać? Ukra­in­ki są do wy­mia­ny, jak ko­ron­ki u den­ty­sty. Trze­ba wziąć nową, naj­le­piej sta­rą, bo taka przy­najm­niej pra­cę sza­nu­je. Z mło­dy­mi na po­cząt­ku za­wsze ład­nie, pięk­nie, a po chwi­li wiel­kie damy z brud­ną pię­tą! Za po­ło­wę pen­sji na­ku­pią ma­lo­wi­deł od Chiń­czy­ka i już się do sprzą­ta­nia nie na­da­ją. Dupy da­wać pol­skim mę­żom to tak, spon­so­ring ele­ganc­ki mieć, wa­ka­cje na Ma­jor­ce, wa­li­zy peł­ne Be­net­to­na. Wresz­cie uca­pić ja­kie­goś z miesz­ka­niem. Na­pło­dzić mu, na­go­to­wać pie­ro­gów czy in­nych koł­du­nów. To są, pro­szę cie­bie, ich prio­ry­te­ty.

Igę pod­nie­ca wła­sny mo­no­log, ale gry­mas po­gar­dy spra­wia, że jej twarz w ża­den spo­sób nie kom­po­nu­je się z ele­ganc­ką suk­nią. A na suk­niach i gry­ma­sach Aga­ta zna się wy­bor­nie.

- Zde­cy­do­wa­łam, że jed­nak otwo­rzę bu­tik. Prze­glą­da­łam szki­ce. Część z nich to go­to­we pro­jek­ty. - Głos Aga­ty nie brzmi pew­nie, choć bar­dzo się o to sta­ra.

- Te daw­ne? - do­my­śla się Iga.

- Na ra­zie daw­ne. - Aga­ta pusz­cza zło­śli­wość mimo uszu. - Prze­cież od dwóch ty­go­dni sama zaj­mu­ję się Sta­siem. - Stro­fu­je Igę spoj­rze­niem, gro­zi jej zie­lo­nym świa­tłem tę­czó­wek, że je­śli tak mają roz­ma­wiać, to le­piej wca­le.

W każ­dym ra­zie wszyst­ko jest na do­brej dro­dze. I co waż­ne, te pro­jek­ty su­kie­nek, bo z gar­son­ka­mi już go­rzej, ale su­kien­ki wciąż na to­pie! Choć­by sza­fi­ro­wa, z ko­kar­dą z tyłu. Nie­mal iden­tycz­na jak nowe fa­so­ny Ba­czyń­skiej. Rów­nież ta zie­lo­na z ko­ron­ki, je­śli Iga pa­mię­ta.

Iga pa­mię­ta, bo od kil­ku lat wciąż oglą­da te same pro­jek­ty i re­gu­lar­nie przyj­mu­je za­pro­sze­nie na otwar­cie bu­ti­ku. Któ­ry to już raz Aga­ta jest "na do­brej dro­dze", tyle że dro­ga za­wsze pro­wa­dzi do ko­lej­nej de­pre­sji. Za ja­kiś czas prze­obra­zi się ze sty­list­ki w kupę nie­szczę­ścia w uty­tła­nym dre­sie. Wci­śnię­ta w sofę, bla­da z nie­wy­spa­nia, prze­sta­nie na ja­kiś czas żyć nie­skład­ny­mi mrzon­ka­mi. I zno­wu zro­zu­mie, że bez Igi, bez jej wspar­cia tyle jest war­ta, co jej nie­ist­nie­ją­ce ciu­chy i bu­tik.

Te­raz, kie­dy z pod­nie­ce­niem opo­wia­da o pa­sia­stych try­ko­tach i wy­naj­mu­je agen­cję mo­de­lek, Iga z tru­dem po­wstrzy­mu­je falę iry­ta­cji. Pa­trzy na Aga­tę jak na mo­ty­la prze­bi­te­go śmier­cio­no­śną szpil­ką.

Jest bez­barw­na, my­śli. Jak po­wie­trze. Nie­brzyd­ka, zgrab­na, ale to mało.

Gdy­by była choć tro­chę po­dob­na do mnie... Wes­tchnie­nie Igi brzmi jak po­chwa­ła ko­lej­nych try­ko­tów. Wie, że mó­wią o niej "pi­cer­ni­ca". I co z tego, sko­ro rzą­dzi? Na sa­lo­nach nie py­ta­ją, kim je­steś. Tam wia­do­mo, że za­wsze jest się kimś.

Iga ko­cha świat, w któ­rym jest się kimś. Wy­raz za­do­wo­le­nia na jej twa­rzy Aga­ta spi­su­je na kon­to swo­ich śmia­łych pla­nów. Szy­je te­raz gło­śno ko­lej­ną se­rię bie­li­zny pla­żo­wej. Niech szy­je.

W tym cza­sie Iga pie­ści wspo­mnie­niem ostat­nie suk­ce­sy. Zno­wu się uda­ło! Opły­nę­ła War­sza­wę w czo­łów­ce bru­kow­ca. Na pierw­szym zdję­ciu stoi obok Wo­je­wódz­kie­go. Tro­chę może na­zbyt bo­kiem, ale i tak cud, że we­pchnę­ła się przed te na­chal­ne lan­sia­ry w ta­nich leg­gin­sach. Na dru­gim, nie­ste­ty, bar­dziej wi­dać Pi­ro­ga. Szko­da, bo z po­wo­dze­niem mo­gli zmie­ścić się ra­zem, gdy­by nie cho­ler­na to­reb­ka ce­le­bry­ty, któ­ra ją przy­sło­ni­ła. W fir­mie na­tych­miast po­ru­sze­nie. Ese­me­sy z gra­tu­la­cja­mi, jak­by co naj­mniej w fil­mie z Szy­cem za­gra­ła. A Ma­ria, wiel­ka przy­ja­ciół­ka, nie mo­gła prze­łknąć. Niby tej to­reb­ki Pi­ro­ga, że taka od­je­cha­na, mó­wi­ła. To po co w ta­kim ra­zie cze­pi­ła się Igi sa­ty­no­wej spód­ni­cy i ko­zacz­ków z cho­lew­ka­mi. Że nie pa­su­ją. Praw­da jest bar­dziej zło­żo­na. To nogi Ma­rii nie pa­su­ją na­wet do cho­le­wek. Ale Iga ma kla­sę. Żad­nej po­le­mi­ki z za­wist­ną suką. No i Ma­rię uka­ra­ła. Nig­dy się nie przy­zna, że miał być Mie­cu­gow. Na tej fot­ce. Tyl­ko wła­śnie w tych ku­rew­skich ko­zacz­kach z cho­lew­ka­mi wpa­dła w taki po­ślizg, że jej się al­bu­mu ro­dzin­ne­go cał­kiem ode­chcia­ło.

A ta cią­gle o tych try­ko­tach... Iga po­dzi­wia swo­ją cier­pli­wość, ale prze­cież jest chy­ba ja­kaś gra­ni­ca. Żad­na przy­jaźń nie wy­ma­ga aż ta­kich po­świę­ceń, aż, kur­wa, tylu...

Na przy­kład te­raz. Wiel­kie skar­gi na ko­sme­tycz­kę. Ko­sme­tycz­ka nie cu­do­twór­ca. Raz od pały pójść na ta­nią po­praw­kę i my­śleć, że od tego spad­nie dzie­sięć lat! Cza­sy ża­ki­na­dy i miss stu­den­tek bez­pow­rot­nie mi­nę­ły. Jak się jest babą, trze­ba, do cho­le­ry, znać się wła­śnie na cza­sach. Zwłasz­cza na cza­sie prze­szłym. Po­wtór­ka z bab­skiej gra­ma­ty­ki bar­dzo by się Aga­cie przy­da­ła...

Z Aga­ty sła­bo­ści Iga od lat czer­pie siłę. Nic tak nie wzmac­nia, jak po­raż­ki przy­ja­ció­łek. Pew­nie, cza­sa­mi żal głu­piej, ale je­śli cier­pi się na wła­sną proś­bę, to prze­pra­szam bar­dzo, halo, nie mój pro­blem... Co­kol­wiek by mó­wić, więk­szość przy­jaź­ni po­le­ga na świad­ko­wa­niu upad­kom in­nych. A pla­ny Aga­ty ro­dzą się tyl­ko po to, żeby upaść. Lecą na łeb na szy­ję, jak ak­cje ban­kru­tów na gieł­dzie albo nie­zbor­ny Staś. Swo­ją dro­gą dziw­ne mają to dziec­ko - wciąż się po­ty­ka, coś wy­wa­la, osza­leć moż­na z ta­kim nie­zgu­łą. Mo­gła wy­skro­bać, bo wię­cej kło­po­tu niż szczę­ścia. I z wie­lu jesz­cze in­nych po­wo­dów Aga­ta nie po­win­na być sama. Po­trze­bu­je ko­goś, kto jej po­wie: "Ko­cha­na, wyjdź wresz­cie z tej dupy, gdzie się przez swo­ją głu­po­tę zna­la­złaś, wy­trzyj nos, gło­wa do góry, two­ja se­ria z try­ko­tem, jak ją wresz­cie pu­ścisz na ry­nek, w ty­dzień zro­bi z cie­bie pol­ską Coco. Mó­wię ci, w ty­dzień, no, góra dwa!"

Cza­sa­mi Igę za­wo­dzi cier­pli­wość. Zwłasz­cza jak dają o so­bie znać źle do­bra­ne hor­mo­ny. I wte­dy mia­ła­by wiel­ką ocho­tę tak do­bit­nie, ze spo­ko­jem po­wie­dzieć tej dziew­czy­nie-pla­ste­li­nie, ule­pio­nej na kru­chą kró­lew­nę, co wę­szy zdra­dy męża, ale za tro­pem nie pój­dzie, tak jej ci­cho, ale sta­now­czo do­ra­dzić: "A weź­że ty wresz­cie za­mknij dziób i zo­bacz, ile masz lat! Dupę zwlecz z tej ka­na­py i zrób coś, do cho­le­ry, z tym swo­im za­krę­co­nym ży­ciem! Za­miast się Bru­na cze­piać, baby mu li­czyć, na sie­bie spójrz! Bo co taki Bru­no, jak na­wet ko­sme­tycz­kę masz do od­strza­łu, tak ci te brwi spie­przy­ła, a o ustach to już le­piej nie wspo­mnę. Nic, tyl­ko kwef po domu no­sić, w pas się kła­niać i każ­de­go dnia dzię­ko­wać, że jesz­cze przy to­bie sie­dzi".

Aga­ta zdą­ży­ła już zmie­nić wy­strój bu­ti­ku i mo­cu­je w przy­szłym skle­pie au­to­ma­tycz­ne ro­le­ty. A Idze ten po­mysł bar­dzo od­po­wia­da. Zga­dza się i z in­ny­mi zmia­na­mi, su­ge­ru­je jed­nak, że ko­lor wa­ni­lii bar­dziej za­chę­ca klien­tów do za­ku­pów. Mu­sia­ła o tym gdzieś czy­tać... W każ­dym ra­zie wa­ni­lia, ka­dzi­deł­ka - ko­niecz­nie. I na pew­no wpad­nie we wto­rek, chy­ba że Aga­ta bę­dzie zbyt za­ję­ta roz­krę­ca­niem biz­ne­su.

Gdy­by kró­cej wy­po­sa­ża­ły nowy sklep w nie­zbęd­ne ak­ce­so­ria albo gdy­by Aga­ta wło­ży­ła buty na ciut niż­szym ob­ca­sie, nie mu­sia­ła­by te­raz stra­ceń­czo biec przez rzę­dy wa­li­zek. Ska­kać nie­mal na głów­kę z me­ta­lo­wej tram­po­li­ny ru­cho­mych scho­dów w cze­luść pod­ziem­ne­go dwor­ca. I nie mar­twi­ła­by się o te­ścio­wą, któ­ra już pew­nie kur­czo­wo trzy­ma za rę­kaw ja­kie­goś pa­sa­że­ra i tłu­ma­czy ner­wo­wo: "Ja tu się zgu­bi­łam, zbłą­dzi­łam, nic złe­go nie zro­bi­łam, tyl­ko bym chcia­ła do domu! Na Pust­ki wró­cić, do po­cią­gu, co je­dzie do Szczy­to­wej, wsiąść! A tam już so­bie po­ra­dzę. Prze­pra­szam pana, ale sami obcy do­oko­ła, to wie pan, star­szej ko­bie­cie strach..."

Na szczę­ście po­śpiesz­ny z Prze­my­śla do­pie­ro się wy­nu­rza z tu­ne­lu. Wa­gon nu­mer sie­dem za­trzy­mu­je się przed Aga­tą.

Sta­nę­ła tak, aby wi­dzieć wy­sia­da­ją­cych z obu stron. Lubi pa­trzeć na lu­dzi. Jej uwa­gę przy­cią­ga mło­da para, któ­ra nie­skrę­po­wa­nie łą­czy się za­chłan­nym po­ca­łun­kiem. Trud­no ode­rwać od nich wzrok. Dziew­czy­na jest tak ład­na, że mo­gła­by z po­wo­dze­niem po­ka­zy­wać na wy­bie­gu se­rię Aga­ty bie­liź­nia­nych try­ko­tów. Chłop­ca, od­wró­co­ne­go ple­ca­mi, trud­no oce­nić. Ma na so­bie skó­rza­ną kurt­kę, zgrab­nie opi­na­ją­cą smu­kłą syl­wet­kę.

Kie­dy ostat­nio Bru­no tak ją przy­tu­lał, ca­ło­wał? Może zbyt rzad­ko jeź­dzi­ła po­cią­ga­mi? Przy dal­szych drzwiach rwe­tes. Jest i te­ścio­wa, Zo­fia Wol­ska pró­bu­je już roz­pacz­li­wie za­wrzeć tym­cza­so­wą zna­jo­mość, ale lu­dzie w War­sza­wie inni niż w Pust­kach. Nikt nie chce jej słu­chać ani tym bar­dziej po­móc. Stoi, bie­dacz­ka, tak prze­ję­ta, jak­by pe­ron był przed­pie­klem, zni­kąd ra­tun­ku ni na­dziei. Aga­ta z mi­mo­wol­nym uśmie­chem od­ry­wa się od wa­chla­rzo­wych roz­kła­dów jaz­dy i pew­nym kro­kiem zmie­rza ku te­ścio­wej.

Kie­dy wy­cho­dzą na gór­ne pię­tro, wy­da­je się jej, że w ma­łym bar­ku zno­wu wi­dzi tę blon­dy­necz­kę z war­ko­czem. Jej fa­cet też ni­cze­go so­bie, my­śli, ła­piąc przez szy­bę krót­kie jak błysk fle­szu spoj­rze­nie mło­de­go męż­czy­zny.

Pociąg relacji Lwów-Warszawa

Iwan­ka nie pa­trzy na są­siad­kę. Pa­trze­nie to pierw­szy krok do wa­go­no­wej nie­wo­li. Jed­no grzecz­ne sło­wo, a już trzesz­czy i pęka tama. Przy­bie­ra na sile po­tok cu­dzych opo­wie­ści i ła­two po­tem uto­nąć w ich nur­cie. Lu­dzie mają wiel­ką po­trze­bę mó­wie­nia o tym, co czy­ha, szcze­rzy zęby, ła­pie za gar­dło. Co za­bi­ja i uśmier­ca. W jaki spo­sób, któ­re­go z są­sia­dów, czy­ją żonę. I bez tłu­ma­cze­nia, dla­cze­go tak, a nie in­a­czej, dla­cze­go tę, a nie tam­tą. Bez wy­ja­śnia­nia winy i kary, cho­ro­by i ka­lec­twa, wiel­kiej bie­dy i wy­gra­nej w Lot­to Za­ba­wa. To są ko­le­jo­we bal­la­dy, okrut­ne nar­ra­cje. Wy­star­czy chwi­la nie­uwa­gi, aby prze­jąć na sie­bie cier­pie­nie bo­ha­te­ra, któ­ry jak nie­zna­ny żoł­nierz ma gdzieś w świe­cie za­ro­śnię­ty nie­pa­mię­cią grób, bo tak na­praw­dę ni­ko­go nie ob­cho­dzi, kim był.

Nie to, co Mila Ku­nis, pró­bu­ją­ca wyjść z okład­ki pro­sto w ra­mio­na po­dróż­nych. Wszyst­kich ob­cho­dzi, kim jest. Iwan­ka wbi­ja oczy w pho­to­sho­po­we spoj­rze­nie ak­tor­ki i przez chwi­lę za­sta­na­wia się, czy są do sie­bie po­dob­ne. Mila też kie­dyś wsia­dła do swo­je­go po­cią­gu. Dziś jest u celu. Speł­nio­na jak wiel­kie ma­rze­nie.

Są­siad po le­wej robi się nie­spo­koj­ny. Zmę­czo­ny męż­czy­zna, oczy ma po­zba­wio­ne ko­lo­ru. Wy­glą­da, jak­by całe ży­cie stał w dłu­giej ko­lej­ce i dał się po­gnieść ni­czym płó­cien­na ko­szu­la. Cięż­ko wzdy­cha, sze­lesz­cząc w do­ku­men­tach.

- Jesz­cze czas - uspo­ka­ja go han­dlar­ka. Się­ga po ko­lej­ną ka­nap­kę i pa­trzy na nią z nie­chę­cią. - Jesz­cze czas - po­wta­rza, za­nim ziar­na se­za­mu i sło­necz­ni­ka ru­szą na pod­bój ko­lo­ro­wej spód­ni­cy.

Spód­ni­ca w raj­skie pta­ki. Aż dziw­ne, że nie ło­wią fio­le­to­wy­mi dzio­ba­mi okru­chów chle­ba. Roz­pie­ra­ją się na ko­la­nach sta­rusz­ki albo wi­szą gło­wą w dół.

Jak z ob­ra­zów Ma­rii Pry­ma­czen­ko, my­śli Iwan­ka.

Pa­mię­ta dzień otwar­cia wy­sta­wy jej prac. Schro­ni­li się z My­ko­łą przed upa­łem w lwow­skiej ga­le­rii. Oczom nie wie­rzy­ła! Prze­mie­rza­ła za­chwy­co­nym wzro­kiem świat, w któ­rym mo­gła­by za­miesz­kać. Oczy­wi­ście z My­ko­łą, jak­że in­a­czej? To nie szko­dzi, że on jesz­cze tego nie ro­zu­mie. Że śmie­je się, ot, pro­ści­zna pstro­ka­ta, mówi. Nie w smak mu te ko­ron­ki, pi­san­ki, lu­do­we wy­ci­nan­ki! - ry­mu­je, pod boki się trzy­ma­jąc, tro­chę Iwan­ce na złość.

Wy­star­czy, że ona ma dość wia­ry. I wy­obraź­nia pod­szep­tu­je przy­szłość. Bę­dzie ra­do­sna jak to ma­lo­wa­nie! O, pro­szę! Na ob­ra­zie rol­nik po­ciesz­ny - wy­pisz, wy­ma­luj, My­ko­ła! Ko­ni­kiem ró­żo­wym raj­ski ugór prze­mie­rza. A Iwan­ka po­lem fa­lu­ją­cym nad­cho­dzi. Żon­ka gniew­na i krzy­kli­wa. Ustecz­ka czer­wo­ne, ba­za­ro­we na niej su­kien­ki. I ko­ra­le fa­lu­ją­ce od wez­bra­ne­go gnie­wu. Stroj­na i zła, z jar­mar­ku pew­nie wra­ca. O so­bie przy­po­mnieć musi, bo i cóż to za raj bez krzy­kli­wej żon­ki...

Iwan­ka śmie­je się z pary barw­nych pro­stacz­ków, a My­ko­łę razi ten jej głu­pi za­chwyt.

Na szczę­ście już go do­strze­gło stad­ko li­ce­ali­stek. Po­zna­ją, szep­cą, sztur­cha­ją się łok­cia­mi. Po­pa­tru­ją nie­śmia­ło, aż pod­ry­wa je do lotu zbio­ro­wa od­wa­ga. I da­lej, ob­sia­dły ido­la pa­puż­ki ko­lo­ro­we. Już szcze­bio­cą we­so­ło. Kart­ki ner­wo­wo drą z ze­szy­tów, o au­to­graf pro­szą. Po­chy­la się nad nimi My­ko­ła. Hoj­nie ob­da­ro­wu­je za­wi­ja­sem. Wresz­cie i on od­na­lazł swój raj.

Wra­ca­ła kil­ka­krot­nie do tej ga­le­rii, kie­dy My­ko­ła wy­je­chał do Pol­ski...

W prze­dzia­le po­ru­sze­nie.

- Już i gra­ni­ca - szept han­dlar­ki prze­cho­dzi w la­ment. - Ba­gaż pa­nien­ki ża­den, to może tę moją tor­bę kra­cia­stą na chwi­lę? Jed­ną se­kun­dę po­trzy­mać przy so­bie, póki nie pój­dą... Nuż­da cięż­ka z ba­cho­ra­mi, na utrzy­ma­niu ich mam, po cór­ce łaj­dacz­ce, co po­szła z cha­łu­py gdzie­nie­wia­do­mo­do­dziś, baj­stru­ki zo­sta­wi­ła... I męża mam, mój­bo­że­cho­re­go, cho­reń­kie­go... A żyć ja­koś mu­so­wo... Choć ode­chcia­ło się, ale co ro­bić, pań­ska wola, na­sza dola, raz mat­ka ro­dzi­ła, raz umie­rać mamy...

Ręce w ba­ga­żach. Plą­dru­ją, prze­sta­wia­ją. A wo­kół rze­czy ka­ral­ne, ob­ję­te na­głą amne­zją wła­ści­cie­li.

Krzą­ta­ni­na za­mie­ra, kie­dy wcho­dzą cel­ni­cy. Plu­ton eg­ze­ku­cyj­ny od me­ta­lo­wych gu­zi­ków błysz­czą­cy. Może trze­ba bę­dzie na chwi­lę stra­cić ży­cie, odejść od zmy­słów. Wal­ka o pacz­ki, to­reb­ki i sło­wa to­czy się poza Iwan­ką. Nic do ukry­cia i ocle­nia, mówi jej cia­ło, wci­śnię­te w róg pod oknem. Przy no­gach Iwan­ki tor­ba w kra­tę. Kła­dzie na nią dłoń ni­czym wła­ści­ciel­ka. Oczy cel­ni­ka iro­nicz­nie błysz­czą.

- A resz­ta gdzie? - Po­chy­la się nad Iwan­ką i ta bli­skość sta­je się przy­kra.

Wska­zu­je małą wa­liz­kę, po­da­je bi­let.

- Ta tor­ba wa­sza? Czy ra­czej ni­czy­ja? - Cel­nik śmie­je się po­gar­dli­wie.

- Moja... - Iwan­ka jesz­cze nie wie­rzy, że do­łą­czy­ła do umę­czo­nych prze­myt­ni­ków.

- Wa­sza... - mru­czy cel­nik.

Wy­cho­dząc, jesz­cze raz prze­mie­rza wzro­kiem Iwan­kę. Jak pięk­ny wi­dok, któ­ry chcia­ło­by się za­pa­mię­tać.

- Anio­łek ty praw­dzi­wy! - Han­dlar­ka w unie­sie­niu przy­wie­ra do ra­mion Iwan­ki, a po­tem moc­no wbi­ja dło­nie w raj­skie pta­ki. I Iwan­ka już wie, że nig­dy nie sfru­ną z jej spód­ni­cy do żół­te­go gaju.

Za oknem dwie dziw­nie zna­jo­me cha­łup­ki - Iwan­ka prze­cie­ra za­pa­ro­wa­ną szy­bę - jak­by de­ska po de­sce z dro­ho­byc­kie­go wzię­te przed­mie­ścia. Boją się ran­kiem chmur­nym obu­dzić. Mi­gnąć świa­tłem na pust­ko­wiu. Dym tyl­ko w nie­bo rzu­ca­ją, we­so­ły wy­krzyk­nik.

W prze­dzia­le bez­ruch. Męż­czy­zna pod ścia­ną drze­mie z roz­su­nię­ty­mi war­ga­mi jak dziu­ra­we dęt­ki. Bez po­wie­trza.

Ta ich Pol­ska - Iwan­ka ogar­nia spoj­rze­niem umę­czo­nych po­dróż­ni­ków - to tyl­ko wiel­ki wspól­ny gro­bo­wiec. Leżą w nim od daw­na, wy­zu­ci z god­no­ści i zdro­wych pa­znok­ci. Prze­ko­na­ni, że wciąż żyją, od lat ner­wo­wo śnią o cel­ni­ku. Bu­dzą się, stra­chem pod­szy­ci. I da­lej śnią.

Iwan­ka przy­pusz­cza, że są przy­najm­niej dwie Pol­ski. Jed­na My­ko­ły, dru­ga mat­ki.

O Pol­sce mat­ki woli nie my­śleć. Jest jak za­ka­lec ze wspo­mnień i łez. Ma ja­kieś imię, któ­re­go na­wet bab­cia Łe­sia nig­dy nie wy­mó­wi­ła. Może Adam? Od Ada­ma, od któ­re­goś z jego że­ber, wzię­ła się mat­czy­na apa­tia dla świa­ta oraz obo­jęt­ność, z jaką za­wsze trak­to­wa­ła męża, Je­go­ra Ma­twi­jen­kę, kon­tro­le­ra ja­ko­ści.

Póki żył, mat­ka pa­trzy­ła na nie­go z nie­do­wie­rza­niem. Jak­by za­po­mi­na­ła co chwi­lę, że temu męż­czyź­nie przy­się­ga­ła pra­so­wać ko­szu­le, dać dziec­ko i mi­łość bez ter­mi­nu waż­no­ści. Ze­psu­ta czy nie, zdat­na do spo­ży­cia. Z mi­ło­ścią kło­pot był wiel­ki. Na­wet jak Anna Ma­twi­jen­ko do­strze­ga­ła męża, za­uwa­ża­ła głów­nie jego sza­re swe­try, ły­si­nę i źle skro­jo­ne ma­ry­nar­ki. W naj­lep­szym ra­zie kla­ser ze znacz­ka­mi. Je­gor Ma­twi­jen­ko, wy­pisz, wy­ma­luj, był jed­nym z nich. Skrom­ny zna­czek po­gię­ty zmarszcz­ka­mi, wtło­czo­ny do wiel­kie­go al­bu­mu po­dob­nych mu kan­cer. Wy­star­czy­ło przejść się po dro­ho­byc­kiej uli­cy, ro­zej­rzeć po cer­kwi, aby otrzeć się o tę samą se­rię ludz­kiej po­spo­li­to­ści.

Kie­dy Je­gor Ma­twi­jen­ko za­cho­ro­wał, to już tyl­ko ist­niał po­przez szla­frok i pi­ża­my. Mat­ka sztyw­nia­ła, ile­kroć pró­bo­wał prze­kro­czyć swój ka­szel, wy­do­być z cho­rej krta­ni ja­kąś spóź­nio­ną proś­bę. Do­strze­gła go do­pie­ro wte­dy, gdy już od­szedł wraz ze swą śmier­tel­ną ast­mą. Bez na­rzu­ca­nia się i ocze­ki­wań. Zwy­czaj­nie. Prze­stał od­dy­chać i na tę czyn­ność, a ra­czej na ten wy­ra­fi­no­wa­ny brak czyn­no­ści, wy­brał od­po­wied­nią, po­obied­nią porę. Zo­sta­ła po nim na­gła ci­sza bez sol­fe­żo­wych char­czeń, krztu­szeń, i to ona sta­ła się dla mat­ki dźwię­kiem nie do znie­sie­nia.

Co in­ne­go Pol­ska My­ko­ły! Dzie­li się na dni i wie­czo­ry. Dni mają na­brzmia­łe od nie­wy­spa­nia po­wie­ki, ale na ple­cach we­so­ły na­pis: "Piz­za hut na te­le­fon. Do­sta­wa gra­tis".

Wy­obra­ża so­bie My­ko­łę ustro­jo­ne­go w ten na­pis i wi­ze­ru­nek ro­ze­śmia­ne­go po­mi­do­ra. Za­miast gi­ta­ry trzy­ma ter­mal­ną tor­bę. Cze­ka w be­to­no­wych klat­kach na za­pła­tę. Ste­ro­wa­ny ko­mór­ko­wą sie­cią, ese­me­sem, eme­me­sem, mej­lem, ape­ty­tem, le­ni­stwem klien­ta, po­ko­nu­je zgrab­nie fir­mo­wym sku­te­rem trud­ne etiu­dy ulic. Fla­żo­le­ty już tyl­ko klak­so­nem albo dzwon­kiem u drzwi. Jej My­koł­ka. Uczel­nia­ny Tor­res z szu­fla­dą peł­ną kon­kur­so­wych dy­plo­mów i zwy­cięstw. Ale szu­fla­da we Lwo­wie, przy Or­miań­skiej. Cza­sa­mi otwie­ra­na przez jego mat­kę, Ju­lię Oszur­ko, któ­ra te dy­plo­my roz­kła­da na sto­le jak pa­sjans i pa­trzy na nie dłu­go łza­wią­cy­mi ocza­mi.

Pol­skie wie­czo­ry już inne. Iwan­ka ma wra­że­nie, że dla My­ko­ły wie­czo­ry naj­waż­niej­sze. Wy­peł­nio­ne kon­cer­ta­mi w stu­denc­kich klu­bach, ciem­nych od dymu i czar­nej mu­zy­ki. To dla jaz­zu rzu­cił przy­szłość. Być może z tej przy­czy­ny Ju­lia Oszur­ko, nie­gdyś sław­na skrzy­pacz­ka, cier­pi od dwóch lat na bez­sen­ność. Ca­ły­mi dnia­mi stoi na bal­ko­nie w noc­nej ko­szu­li i wy­pa­tru­je syna. Sce­na jak z Szek­spi­ra. Roz­ma­wia wy­łącz­nie z ko­ta­mi i te­le­wi­zyj­ną spi­ker­ką. Sce­na jak z domu wa­ria­tów.

Warszawa

Aga­ta z ulgą opusz­cza ste­ryl­ne łóż­ko. Boli ją wszyst­ko, nie tyl­ko na­kłu­te moc­ną czer­wie­nią usta i przy­ciem­nio­ne ką­ci­ki oczu.

Ko­sme­tycz­ka ma per­ma­nent­ny uśmiech i ma­ki­jaż. Trud­no po­wie­dzieć, co jest bar­dziej sztucz­ne. Usłuż­nie pod­su­wa Aga­cie lu­stro.

Pa­trzy w nie bar­dziej z obo­wiąz­ku niż z cie­ka­wo­ści.

- Po­dro­ża­ło? - Wy­cią­ga z port­mo­net­ki przy­go­to­wa­ne pie­nią­dze.

- Nie dla sta­łych klien­tek - za­pew­nia ko­sme­tycz­ka. O mały włos nie pal­nę­ła "dla sta­rych", bo jej zda­niem twarz Aga­ty wy­ma­ga chi­rur­gicz­nej in­ter­wen­cji. Na cito. Od­pro­wa­dza ją do drzwi, igno­ru­jąc obec­ność kil­ku bank­no­tów, nie­dba­le po­zo­sta­wio­nych na szkla­nym bla­cie.

 

Dwo­rzec Cen­tral­ny po­wo­li wy­bi­ja się po­nad mgłę. Zo­fia, mat­ka Bru­na, za trzy go­dzi­ny bę­dzie nie­po­rad­nie krę­cić się po pe­ro­nie i wy­pa­try­wać sy­no­wej. Ko­lo­ro­wy bąk w ło­wic­kie pa­ski. Jed­na z wie­lu wi­ru­ją­cych ku­le­czek w bęb­nie ży­cio­wej ma­szy­ny lo­su­ją­cej. Wrzu­co­na tam na chy­bił tra­fił i tak za­krę­co­na nową prze­strze­nią, że gdy­by ją za­py­tać, czy jest Zo­fią Wol­ską, mat­ką Bru­na miesz­ka­ją­ce­go z ro­dzi­ną w War­sza­wie, wca­le nie by­ła­by tego pew­na.

Bo do cał­ko­wi­tej pew­no­ści w ja­kiej­kol­wiek spra­wie Zo­fia Wol­ska po­trze­bu­je swo­je­go miej­sca, a kon­kret­nie sta­rej, pod­re­mon­to­wa­nej cha­łu­py, po­rzu­co­nej przez ja­kie­goś jej przod­ka na wiej­skich pust­kach. Szczę­śli­wie dla Zo­fii to sy­pią­ce się dzie­dzic­two od lat wal­czy z trze­ma iden­tycz­ny­mi o ty­tuł lo­kal­nej ru­iny. Całe Pust­ki po­kry­wa­ją le­śne wzgó­rze, z któ­re­go wi­dać tyl­ko inne le­śne wzgó­rza. I w tym jed­no­staj­nym kra­jo­bra­zie la­ta­mi to­czy się wal­ka o wiel­kość gar­bu zmur­sza­łych da­chów. O krzy­wi­znę ko­mi­nów i pierw­szeń­stwo w siat­ce tyn­ko­wych zmarsz­czek. Aga­ta ma wra­że­nie, że je­dy­nym za­ję­ciem na Pust­kach jest wła­śnie to ci­che za­pa­da­nie się, bez­sze­lest­ne wcho­dze­nie w głąb zie­mi, gdzie ży­cie Zo­fii Wol­skiej i jej są­sia­dów mo­gło­by to­czyć się da­lej ni­czym nie­za­kłó­co­ne. Wpraw­dzie bez wi­do­ków na le­śne wzgó­rza i ob­umar­ły ogród, ale prze­cież tam ni­ko­go już od daw­na nie in­te­re­su­je, co dzie­je się za oknem.

Dla Wol­skiej naj­waż­niej­sza jest kuch­nia i po­kój go­ścin­ny. Z gip­so­wą Naj­święt­szą Pa­nien­ką w wy­szczer­bio­nej ko­ro­nie. Z bia­łą ser­we­tą okry­wa­ją­cą po­kracz­ny stół. Ser­we­tę w szy­deł­ko­wym za­pa­le zro­bi­ła mat­ka Zo­fii, na szczę­śli­we dla cór­ki zrę­ko­wi­ny. Szczę­śli­we nie były, za to płót­no moc­ne. Męża Wol­skiej prze­trwa­ło i wie­lu in­nych Pust­ko­wych są­sia­dów. No i sama mat­ka Zo­fii z ra­do­ścią na ser­we­tę pa­trzy­ła, nie wie­rząc, że to jej dzie­ło, po tym, jak fel­czer ze Szczy­to­wej od­jął jej dwa pal­ce.

Dru­gi po Naj­święt­szej Pa­nien­ce skarb, pu­deł­ko wy­sła­ne sza­rym ak­sa­mi­tem, przy­niósł Wol­skiej kie­dyś li­sto­nosz Czu­ma ze Szczy­to­wej. Na Zo­fię ad­re­so­wa­ne, ze zdję­cia­mi i li­sta­mi ja­kie­goś przod­ka. To się uśmia­ła! Przo­dek w dwor­ku, na we­ran­dzie, bó­gwieg­dzie, ja­kąś damę za dłoń trzy­ma, fi­li­żan­kę bie­luch­ną ma w dru­giej ręce... Gdzież­by to krew­ny! Kró­le­wicz ra­czej, dzie­dzic, co o ta­kich jej mąż nie­bosz­czyk opo­wia­dał, że naj­bar­dziej lu­bi­li ra­so­we psy i nie­ra­so­we ko­bie­ty, dziew­ki wiej­skie z ru­mień­cem i cy­ca­te. Sko­ro jed­nak Czu­ma upie­rał się, że ad­res po­praw­ny, więc za­war­tość na­le­ży się Wol­skiej, ona też prze­sta­ła ubo­le­wać nad ja­kąś pocz­to­wą po­mył­ką. A z cza­sem o krew­nym w ob­cym mun­du­rze za­czę­ła my­śleć jak o swo­im bli­skim. Kimś do­brze zna­nym, kto w każ­dej chwi­li może za­pu­kać do drzwi, żeby od­wie­dzić po­wi­no­wa­tą. Bo dla­cze­góż nie? I Wol­ska, praw­dę mó­wiąc, na tę wi­zy­tę cze­ka­ła, mar­twiąc się tyl­ko, w czym poda ku­zyn­ko­wi her­ba­tę, jak on do tych kru­chych por­ce­lan przy­wykł?

Kie­dy Aga­ta pierw­szy raz sta­nę­ła na po­ro­śnię­tej tra­wą par­ce­li, dom Bru­na mógł ucho­dzić za ma­low­ni­czy, na­wet odro­bi­nę ro­man­tycz­ny dzię­ki pla­mie przy­do­mo­wej zie­le­ni. W ża­den jed­nak spo­sób nie pa­so­wał do jej męża. Do­pie­ro tam, po kil­ku dniach spę­dzo­nych z przy­szłą te­ścio­wą, zo­rien­to­wa­ła się, jak bar­dzo nie pa­so­wa­li do sie­bie, Bru­no i dom, sta­wia­ny szorst­ką ręką pra­dzia­da, pew­nie i w do­brej wie­rze, ale na­zbyt daw­no, aby te­raz dać temu wia­rę.

Na to, dla­cze­go Bru­no ca­łym sobą sta­no­wił za­prze­cze­nie przy­na­leż­no­ści do ro­dzi­ny Wol­skich, Zo­fia mia­ła jed­ną od­po­wiedź - że on za­wsze ta­kie dzi­wo, nie do sie­kie­ry, na­wet po­lan do pie­ca nie znie­sie. I nie do je­dze­nia ob­fi­te­go, do­bre­go, tyl­ko ma­ru­dzić przy sto­le, ką­ski tłu­ste na brze­gu ta­le­rza po­rzu­cać... A kie­dy go ro­dzi­ła, to też in­a­czej niż z tam­ty­mi, du­ży­mi jak ar­bu­zy dzie­cia­ka­mi, zna­czy się z brać­mi Bron­ka. Bo mia­ła pod­czas tego ro­dze­nia ta­kie dziw­ne wi­dze­nie. Prze­cież w izbie po­ro­do­wej w Szczy­to­wej le­ża­ła, jak to ro­dzą­ca, czy­li nor­mal­nie. Obok niej dwie inne. I do dziś nie wie, skąd się tam wzię­ła Pa­nien­ka Szcze­ro­zło­ta z izby go­ścin­nej. W tej sa­mej nie­bie­skiej su­kien­ce przy­szła, ko­ro­ną szczer­ba­tą za­brzę­cza­ła. Na­chy­li­ła się nad Zo­fią, ale jak prze­ra­żo­ną! Je­zu­sma­ria, jak! I po­wie­dzia­ła tyl­ko, że król kró­lem uro­dzić się musi. Tak szep­nę­ła do ucha Zo­fii Wol­skiej, któ­ra za­wsty­dzi­ła się strasz­nie wte­dy. Bo prze­cież uszu umyć do­kład­nie nie zdą­ży­ła. Ani uszu, ani nóg przed tym ro­dze­niem w gmi­nie. A tu sama Pa­nien­ka u jej łóż­ka! Po­tem, jak Bro­nek rósł, sie­dząc tyl­ko przy książ­kach, nosa nie wy­sta­wia­jąc na ogród czy pole, to tak tro­chę ze stra­chem na nie­go po­pa­try­wa­ła, czy aby ja­kie­goś pro­ro­ka albo świę­te­go nie wy­da­ła z sie­bie.

Ale nie, Bogu chwa­ła, by­ła­by bie­da, żeby ja­kieś bo­skie dziec­ko w jej cha­łu­pie do­ra­sta­ło. Ksiądz, są­sie­dzi, nie daj Boże, te­le­wi­zja!

Po­tem się wy­ja­śni­ło, że pew­nie o li­cze­nie szło Naj­święt­szej Pa­nien­ce, bo na­uczy­ciel­ka Bron­ka po­wta­rza­ła, ja­ko­by on ja­kiś ge­niusz był w do­da­wa­niu.

- I taki to się pro­rok w Szczy­to­wej wziął, co dwa do dwóch do­dać szyb­ko po­tra­fił! - koń­czy­ła swą opo­wieść Zo­fia Wol­ska, wy­cie­ra­jąc ro­giem brud­nej chu­s­tecz­ki ci­sną­ce się na po­licz­ki łzy roz­ba­wie­nia.

Aga­ty te wy­ja­śnie­nia jed­nak nie za­do­wo­li­ły i roz­po­czę­ła wła­sne śledz­two, ba­da­jąc czuj­nym spoj­rze­niem każ­dy za­ka­ma­rek prze­szło­ści Bru­na. Od wy­gód­ki skle­co­nej z dziu­ra­wych de­sek po buki wień­czą­ce wzgó­rze. Od roz­krzy­cza­ne­go kur­ni­ka peł­ne­go pie­rza­stych strzęp­ków po mu­li­sty brzeg za­ro­śnię­te­go si­to­wiem sta­wu, a wszyst­ko po to, żeby usta­lić, skąd wzię­ła się ta dziw­na wy­nio­słość jej męża. I za­nim wró­ci­li do War­sza­wy, Aga­ta zna­la­zła od­po­wiedź. Siła spoj­rze­nia, któ­rym ją znie­wo­lił, wzię­ła się z mrocz­ne­go lasu po­ra­sta­ją­ce­go wzgó­rze. Z szu­mu po­nu­rych drzew, któ­re tam, za okna­mi, przy­zy­wa­ły ja­kimś tę­sk­nym roz­ko­ły­sa­niem. Tak doj­mu­ją­co, że Aga­ta nie mo­gła spać na dusz­nym pię­ter­ku. Le­ża­ła na sztyw­nych po­szwach z roz­rzu­co­ny­mi no­ga­mi, na­słu­chu­jąc, czy Bru­no idzie wresz­cie uwol­nić ją od wez­bra­ne­go po­żą­da­nia. Nie przy­szedł. Strze­żo­ny przez Zo­fię Wol­ską i Naj­święt­szą Pa­nien­kę po­chra­py­wał z lek­ko otwar­ty­mi usta­mi na krzy­wej wer­sal­ce. Pod ko­cem uda­ją­cym pan­te­rę. Ale przez uchy­lo­ne okno wszedł na pię­ter­ko las. Przy­tło­czył Aga­tę cięż­kim pniem, wsu­nął ko­nar dę­bo­wy pod jej ło­po­cą­ce ser­ce, może na­wet zry­wa­jąc z niej je­dwab­ne szor­ty. I le­ża­ła tak, ukrzy­żo­wa­na ga­łę­zią dę­bo­wą, słu­cha­jąc tkli­we­go sze­le­stu li­ści, aż za­snę­ła moc­no, odu­rzo­na za­pa­chem ja­łow­ca i snu­ją­ce­go się po­śród drzew dymu po­lnych ognisk.

Aga­ta nie mia­ła żad­nych wąt­pli­wo­ści. Jej przy­szły mąż, za­nim się prze­niósł do War­sza­wy, okradł Pust­ki z tego, co naj­cen­niej­sze.

 

Przed Zło­ty­mi Ta­ra­sa­mi zwol­ni­ła. Za­nim Zo­fia Wol­ska wy­sią­dzie ze swo­im wiel­kim ba­ga­żem za­kło­po­ta­nia, Aga­ta zdą­ży wy­pić po­ran­ną kawę. Cie­szy ją i mar­twi przy­jazd te­ścio­wej, ale z dwoj­ga złe­go, z dwóch ma­tek, z obu babć Sta­sia, za­wsze wy­bie­ra­ła Wol­ską.

Jej mat­ka, gdy­by to ona wy­sia­dła na pe­ro­nie, w świe­żych on­du­la­cjach i gar­son­ce li­la­róż, w bu­tach wa­lecz­nie zdo­by­tych pod­czas roz­licz­nych wo­ja­ży, z to­reb­ką "w pro­mo­cji, ale i tak dro­ga jak cho­le­ra, tyle że nor­mal­nie to dwa razy dro­żej mu­sia­ła­bym dać". Ob­ra­żo­na od pierw­sze­go dzień do­bry na Wars, złą po­go­dę i cha­mów w wa­go­nie pierw­szej kla­sy. Da­mul­ka "za­wsze mam ra­cję". Gdy­by ja­kimś nie­szczę­snym cu­dem zno­wu za­miesz­ka­ła z Aga­tą, w jej pięk­nym domu, by­ło­by tak, jak­by w śro­dek ży­cia wto­czy­ła się peł­na pre­ten­sji lo­ko­mo­ty­wa, któ­rą z ra­do­ścią od­sta­wi­ła lata temu na bocz­ny tor. Na szczę­ście zna­la­zła so­bie no­we­go ma­szy­ni­stę, mło­de­go Tu­ne­zyj­czy­ka. "Już le­d­wo sa­pie, już le­d­wo zi­pie, a jesz­cze pa­lacz wę­giel w nią sy­pie", po­my­śla­ła z obrzy­dze­niem, przy­śpie­sza­jąc.

Każ­de wspo­mnie­nie mat­ki od­bie­ra jej spo­kój. Choć tym ra­zem wszyst­kie­mu win­na Ula­na. I na byłą opie­kun­kę Sta­sia spa­da cały gniew Aga­ty.

Kie­dy pra­cy szu­ka­ła, po­żal się Boże, nę­dza z bie­dą le­piej wy­glą­da­ły! I tyl­ko jak ka­ta­ryn­ka: "oj, prze­pra­szam ja was, oj, dzię­ku­ję, oj, mat­ko ty moja, jaka ja szczę­śli­wa z pań­stwem! Ja Sta­sień­kiem zaj­mę się, że bra­cisz­kiem ro­dzo­nym nie le­piej, ja każ­dym ką­tem zaj­mę się, nie­dro­go we­zmę, byle mat­ce mo­jej, cier­pią­cej, parę gro­szy wy­słać, oj, prze­pra­szam ja was..."

Prze­pra­sza­ła, dzię­ko­wa­ła i frrr, po­le­cia­ła! Aga­ta wy­krzy­wia usta w wy­ra­zie nie­sma­ku. Tyle było za­ła­twia­nia, kon­su­la­ty, te­le­fo­ny. I na­gle wa­liz­ka w ko­ry­ta­rzu. Ula­na z ocza­mi w dół. "Oj, prze­pra­szam ja was, ale wra­cać mu­szę, ślub brać z De­ni­sem mu­szę. Za Sta­sień­kiem tę­sk­nić będę, oj, dzię­ku­ję ja wam..."

W tor­bie od Lau­ren­ta brzę­czy ko­mór­ka. Aga­ta uspo­ka­ja Igę, że za chwi­lę bę­dzie. W du­chu kar­ci się za tę po­ko­rę. Ule­głość wo­bec Igi ma wszel­kie zna­mio­na uza­leż­nie­nia. Aga­ta wy­czu­wa ten zwią­zek in­tu­icyj­nie, ale gdy chce go na­zwać, nie po­tra­fi. Może tyl­ko cza­sa­mi my­śli o so­bie jak o udo­mo­wio­nej suce, któ­ra tra­fi­ła na tre­ser­kę z cha­rak­te­rem. Ćwi­czo­na nie­ustan­nie ki­jem i sma­ko­ły­kiem, jest za sła­ba, żeby za­pro­te­sto­wać. Do tego trze­ba się uro­dzić bry­ta­nem, nie po­ko­jo­wym pu­dlem, któ­ry za­po­mniał, jak się szcze­ka. Pod­dał się za­bie­gom pie­lę­gna­cyj­nym i zgłu­piał do resz­ty.

Za­nim prze­bi­je się przez wa­ha­dło­we drzwi i ru­szy w stro­nę ulu­bio­nej ka­wiar­ni, sta­je przy lu­strze w pierw­szym z brze­gu bu­ti­ku i z uwa­gą bada zmie­nio­ną twarz. Poza małą opu­chli­zną w oko­li­cach ust jest cał­kiem przy­zwo­icie. W dro­dze do win­dy za­ha­cza o Em­pik. Ku­pu­je pi­smo z Milą Ku­nis na okład­ce. "Ukra­iń­ska An­ge­li­na robi ka­rie­rę" - czy­ta, krzy­wiąc się lek­ko. Bo choć pięk­na ak­tor­ka w ni­czym nie przy­po­mi­na gnu­śnej i no­szą­cej się na ró­żo­wo Ula­ny, ro­śnie w pa­mię­ci Aga­ty okruch zło­ści na tę nie­po­waż­ną dzie­wu­chę, co z dnia na dzień rzu­ca świet­ną pra­cę dla trak­to­rzy­sty. Złość za­ta­cza co­raz więk­szy krąg i za­czy­na obej­mo­wać też zbli­ża­ją­cą się do War­sza­wy te­ścio­wą, lek­ką opu­chli­znę na­kłu­tych warg, i syna, naj­mniej tu win­ne­go, trze­ba przy­znać, ale prze­cież nikt, na­wet wła­sne dziec­ko, nie ma pra­wa aż tak kom­pli­ko­wać, tyle wy­ma­gać po­świę­ceń, kur­wa mać, bez prze­rwy coś! - koń­czy we­wnętrz­ny mo­no­log Aga­ta i już znaj­du­je uśmiech na po­wi­ta­nie Igi. Uśmie­cha się jak Mila Ku­nis.