Wstęp
O Ukraińcach pisze się w Polsce tak samo jak o Żydach. Czyli - od ściany
do ściany. Albo obsadza się ich w roli rezunów z czarnym podniebieniem,
którzy w każdej chwili gotowi są rzucić się na Lacha z siekierą lub
widłami, albo też w roli umęczonych ofiar polskiego kolonializmu,
feudalizmu i szowinizmu.
Zwolennicy pierwszego podejścia uwypuklają ludobójstwo popełnione przez
ukraińskich nacjonalistów na polskiej ludności cywilnej Wołynia i Galicji Wschodniej, niechętnie wspominają zaś o licznych sytuacjach, gdy
Polacy i Ukraińcy ramię w ramię walczyli przeciwko Moskalom. Nie mówiąc
już o tych, gdy to Ukraińcy byli ofiarami.
Nasi ukrainofile uważają z kolei, że przypominanie o Wołyniu to
niepotrzebne "jątrzenie" i "rozdrapywanie ran". Pamięć o polskich
ofiarach ludobójstwa należy ich zdaniem złożyć na ołtarzu porozumienia
Polski z Ukrainą. Zarazem ci sami ludzie zachęcają jednak, aby Polacy
bili się w piersi za represyjną politykę II Rzeczypospolitej i zbrodnie
wojenne popełniane na ukraińskich cywilach przez polskie podziemie.
Według pierwszych winę za wszystkie polsko-ukraińskie konflikty i wojny
ponoszą Ukraińcy. Według drugich - Polacy.
Która z tych diametralnie różnych narracji jest prawdziwa? Oczywiście
żadna. Historia nie jest bowiem czarno-biała. Jest szara. I piekielnie
skomplikowana. Jak mówi jeden z bohaterów tej książki: Nie ma złych i dobrych narodów. Są tylko źli i dobrzy ludzie. Potwierdzenie tych słów
znajdziesz, drogi czytelniku, na każdej stronie Ukraińców.
Niestety w pierwszej połowie XX wieku dwa sąsiadujące ze sobą narody -
Polacy i Ukraińcy - zwarły się w niezwykle zaciętym bratobójczym
konflikcie. Była to krwawa odsłona wielkiego dziejowego dramatu, który
zmienił oblicze Europy Środkowo-Wschodniej i wytyczył nowe granice w naszej części świata. Mowa o narodzinach nowoczesnych narodów.
Gdy w latach 1917-1918 upadły wielonarodowe konserwatywne imperia
Romanowów, Hohenzollernów i Habsburgów, wybiła godzina nacjonalistów.
Młode nacje Europy na gruzach starego świata przystąpiły do budowy
państw narodowych. Ponieważ ludzie różnych języków i wyznań mieszkali
obok siebie na tych samych terytoriach, natychmiast wybuchły niezwykle
zaciekłe, mordercze konflikty.
Jednym z nich był konflikt między Polakami a Ukraińcami. Jego
przedmiotem była ziemia. Wołyń, Galicja Wschodnia, Bieszczady i wschodnia Lubelszczyzna. Zmagania o te terytoria trwały blisko trzy
dekady - od 1918 do 1945 roku. Obfitowały w wojny, represje i obopólne
mordy, których apogeum było ludobójstwo na Wołyniu.
Jak każda wojna domowa spór polsko-ukraiński był wyjątkowo okrutny.
Człowiek stawał przeciw człowiekowi, sąsiad przeciw sąsiadowi, brat
przeciwko bratu. Było to błędne koło kolejnych zbrodni, odwetów i odwetów za odwety. W pewnym momencie już nikt z uczestników nie potrafił
sobie przypomnieć, od czego właściwie to wszystko się zaczęło...
Ostateczny kres polsko-ukraińskim zapasom położył "ten trzeci". Józef
Stalin. W 1945 roku wytyczył nową granicę i - totalitarną metodą
deportacji - odseparował od siebie Polaków i Ukraińców. Konflikt umarł
śmiercią naturalną. Spór terytorialny wygasł. Pozostały jednak zgliszcza
spalonych wiosek na Wołyniu i nad Sanem. I nienawiść w sercach obu
narodów.
W ten sposób wypełniło się ponure proroctwo, które w 1882 roku wygłosił
ukraiński poeta Pantełejmon Kulisz:
Na zbyt wąskim kawałku ziemi dla wszystkich, pomiędzy dwoma morzami,
mieści się siedlisko Ukraińców oraz ich niezmiennych wrogów od tysiąca
lat - Polaków, Lachów. A nienawiść, karmiona stuleciami rozczarowań,
doprowadziła ich razem do poniewierającego szaleństwa.
Oni są jak dwa lwy... Utrapione przez to, co przeszło i przechodzi,
zdesperowane tym, co z pewnością nadejdzie, dwa lwy - Ukraińcy i Polacy
- rozszarpują jeden drugiemu piersi aż do miejsc, gdzie biją ich serca.
Ich oczy, jakkolwiek nabiegłe krwią oraz jadowitością, zdolne są, mimo
wszystko, zauważyć radość, jaką ich wzajemne zemsty czynią wspólnym ich
wrogom.
Jednak wstrętnemu temu pojedynkowi poświęcą oni ostatek swych sił i resztki swoich zasobów. Są oni niczym gladiatorzy w rzymskim Koloseum,
gdy tak stoją twarzą w twarz pośród narodów.
Obaj gotowi są unicestwić drugiego, ale z tego żaden z ich spadkobierców
dumnym nie będzie...
Trudno się z tym nie zgodzić. Na konflikcie polsko-ukraińskim zawsze
korzystali Rosjanie. Tak było już w XVII wieku, gdy Carstwo Moskiewskie
wmieszało się w wojnę domową między Koroną a Kozakami, co było jedną z głównych przyczyn załamania się potęgi ówczesnej Rzeczypospolitej, a w konsekwencji - jej upadku.
Powtórzyło się to w dwudziestoleciu międzywojennym i podczas II wojny
światowej. Na jej zakończenie po Polakach i Ukraińcach - toczących swój
zaciekły spór o terytoria - przejechał wielki sowiecki walec, oba narody
równo wgniatając w ziemię.
Całe szczęście historia relacji polsko-ukraińskich nie jest tylko
historią obopólnych krzywd. To także opowieść o wielowiekowym
sąsiedztwie na Rusi. O wzajemnym przenikaniu się kultur. A wreszcie - o wspólnej walce przeciwko wspólnemu wrogowi.
Świetnym tego przykładem jest zawarta w 1658 roku ugoda hadziacka, która
powołała do życia Rzeczpospolitą Trojga Narodów. Była to jedna z największych zaprzepaszczonych szans w historii Polski. Albo rok 1920.
Pakt Piłsudski-Petlura i ukraińskie oddziały walczące dzielnie ramię w ramię z Polakami przeciwko czerwonym kozakom Budionnego.
Książka Ukraińcy niczego nie pomija i niczego nie przemilcza. Ukazuje
obie strony medalu. Przedstawia historię realną, a nie "politykę
historyczną". A więc historię bez upiększeń i brązownictwa. Sprawi to
zapewne, że nie spodoba się ani ukrainofobom, ani ukrainofilom.
Zawiera opisy ludobójstwa UPA na niewinnej polskiej ludności cywilnej.
Ale również opisy polskich zbrodni odwetowych. Nie zgadzam się bowiem z modnym w Polsce poglądem, że dobry patriota powinien zakłamywać własną
historię. Obowiązkiem historyka jest zachowanie obiektywizmu i bezstronności. A empatia należy się wszystkim niewinnym ofiarom
niezależnie od ich narodowości.
Ukraińcy to szósty tom cyklu "Opowieści niepoprawne politycznie".
Część artykułów publikowałem w rozmaitych pismach, ale przytłaczająca
większość to materiały napisane specjalnie do tej książki.
Tu ważna uwaga - ludobójstwu na Wołyniu poświęciłem osobną pracę, wydany
w 2019 roku Wołyń zdradzony. Odsyłam do niego wszystkich czytelników,
którzy po przeczytaniu Ukraińców będą chcieli dowiedzieć się więcej o tej tragedii.
To samo dotyczy zbrodni powojennego podziemia na ukraińskiej ludności
cywilnej. Masakry w Wierzchowinach, Pawłokomie i Piskorowicach
przedstawiłem w książce Skazy na pancerzach z 2018 roku. Siłą rzeczy -
żeby się nie powtarzać - w nowej książce już nie wracam do tego tematu.
Gdy piszę te słowa, Ukraina toczy heroiczną walkę z rosyjskim agresorem.
Zdecydowana większość Polaków trzyma kciuki za Ukraińców. Rząd w Warszawie dostarcza im czołgi T-72, rakiety Piorun i karabinki Grot.
Z kolei zwykli obywatele pomagają ukraińskim uchodźcom i zbierają
pieniądze na pomoc humanitarną dla sąsiedniego narodu.
Stosunki polityczne między obydwoma państwami są perfekcyjne - łączy nas
wspólnota interesów i zagrożeń. To samo dotyczy społeczeństw. Ukraina
nigdy nie była tak popularna w Polsce jak obecnie. I odwrotnie - Polska
nigdy nie była tak popularna na Ukrainie. Wygląda na to, że jednym ze
skutków polityki Władimira Putina będzie pojednanie między naszymi
narodami.
Polacy i Ukraińcy coraz lepiej się poznają. W naszym kraju mieszka i pracuje około 4 milionów Ukraińców. Oznacza to, że co dziesiąty
mieszkaniec Polski jest tej narodowości. Czyli Ukraińców w III
Rzeczypospolitej jest niewiele mniej niż przed wojną. Znowu żyjemy
razem. Ale tym razem bez sporów terytorialnych i konfliktów.
Jedyną rzeczą, która obecnie dzieli Polaków i Ukraińców, jest historia.
Ale tak być wcale nie musi. Nadszedł najlepszy moment, żeby podjąć
spokojną, merytoryczną dyskusję nad wspólną tragiczną przeszłością. Bez
nienawiści, resentymentów i emocji, ale również bez przemilczania
wydarzeń niewygodnych dla obu stron. Bez odpuszczania ważnych rzeczy,
takich jak prawo do ekshumacji i godnego pochówku ofiar Wołynia.
Chodzi o to, aby wyciągnąć z historii wnioski i nie powtórzyć błędów
przeszłości. Początek XXI wieku okazał się dla Polaków i Ukraińców
czasem nadziei na przełamanie fatum przeszłości. Okazało się, że dwa
lwy, o których pisał Pantełejmon Kulisz, wcale nie są skazane na
wyniszczający konflikt. Stanęliśmy przed szansą, którą szkoda byłoby
zaprzepaścić.
Piotr Zychowicz
Warszawa 2022
1
Skąd się wzięli Ukraińcy?
Rozmowa z prof. JAROSŁAWEM SYRNYKIEM, historykiem z Uniwersytetu
Wrocławskiego, badaczem dziejów mniejszości narodowych w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej
Kiedy Rusini stali się Ukraińcami?
No cóż, część Rusinów do dzisiaj nie stała się Ukraińcami. (śmiech)
A to nie jest to samo?
Według oficjalnej ukraińskiej wykładni to jest to samo. W drugiej
połowie XIX wieku - gdy rodziły się nowoczesne narody - słowo "Rusin"
zostało po prostu zastąpione słowem "Ukrainiec". A "Ruś" stała się
"Ukrainą". Zgodnie z tą wykładnią była to ta sama wspólnota etniczna.
Po co to zrobiono?
Na przełomie XVII i XVIII wieku termin "Ruś" został zawłaszczony przez
Moskwę. W efekcie słowa "Ruś" i "Rusin" fonetycznie bardzo przypominają
słowa "Rosja" i "Rosjanin". W uszach obcokrajowca to brzmi właściwie tak
samo. Dlatego działacze ukraińskiego odrodzenia narodowego - którzy
chcieli wyemancypować się spod wpływów rosyjskich - zdecydowali się
przyjąć nazwę "Ukraina". Przejściowo używano formy "Ukraina-Ruś". Nie
wszyscy jednak zaakceptowali nowe określenie.
Komu się to nie podobało?
W dużym skrócie: naprzeciwko siebie stanęły dwa obozy: starorusini i młodorusini. Pierwsi odrzucili zmiany. Uważali, że Rosja jest
spadkobierczynią średniowiecznej Rusi Kijowskiej. A co za tym idzie,
Rosja i Ruś stanowią jedność. Drudzy chcieli budować własne państwo
narodowe. Uważali, że tylko Ukraina jest spadkobierczynią Rusi
Kijowskiej. Rywalizację o duszę narodu ostatecznie wygrali ci ostatni.
Ruś zamieniła się w Ukrainę.
To zwycięstwo to chyba sprawa dość świeża. Jeszcze w 2010 roku wybory na
Ukrainie wygrał Wiktor Janukowycz, a państwo było podzielone na dwie
części: pomarańczowych i czerwonych. Zwolenników utrzymania związku z Rosją i nacjonalistów.
Rzeczywiście ten konflikt - choć w nieco innym kostiumie - trwał niemal
do dnia dzisiejszego. Obecna wojna na Ukrainie, którą z zapartym tchem
obserwuje cały świat, ma aspekt geopolityczny, ale również
kulturowo-historyczny. Jest nim właśnie wspomniana walka o spuściznę po
średniowiecznej Rusi Kijowskiej. O to, kto jest współczesnym dziedzicem
księcia Włodzimierza Wielkiego: Rosja czy Ukraina? Oba ośrodki
polityczne - moskiewski i kijowski - próbują legitymizować swoją władzę,
odwołując się do tego samego korzenia.
Kto ma rację?
Pomimo wielowiekowej hegemonii moskiewskiej ten spór od kilkuset lat był
nierozstrzygnięty i co pewien czas przyjmował krwawy obrót. Za racjami
ukraińskimi stoi geografia. Kijów jest przecież stolicą współczesnej
Ukrainy, a nie Rosji. Należałoby jednak dodać, że drugą stolicą
średniowiecznej Rusi był Nowogród.
Cały ten spór wydaje mi się nieco surrealistyczny. Na tej zasadzie
współcześni Macedończycy mogą się uważać za spadkobierców Aleksandra
Wielkiego.
Otóż to. Ukraińcy lubią powtarzać, że kiedy Ruś Kijowska znajdowała się
u szczytu potęgi, pod Moskwą hasały niedźwiedzie. Ale to nie jest takie
proste. Nie można przekładać realiów XXI wieku na średniowiecze. W tamtych czasach nie było jeszcze narodów rosyjskiego i ukraińskiego. Ruś
Kijowska była państwem feudalnym, związanym z dynastią, a nie z jakąś
określoną nacją. Mowa o dynastii Rurykowiczów, która przybyła ze
Skandynawii. To był zupełnie inny świat.
Ruś Kijowska przestała istnieć w XIII wieku, gdy spustoszył ją krwawy
najazd Tatarów i Mongołów.
Tak. Państwo ruskie po tym ciosie już nigdy się nie podniosło. Ruś
Halicką - czyli późniejszą Galicję - w XIV wieku Kazimierz Wielki
włączył do Królestwa Polskiego. Reszta Rusi znalazła się pod władzą
Wielkiego Księstwa Litewskiego. A w roku 1569 - po podpisaniu Unii
Lubelskiej - stała się częścią Korony Rzeczypospolitej.
Wtedy rozpoczął się proces, który ukraińscy nacjonaliści nazywają
"zdradą elit".
Bojarstwo ruskie rzeczywiście się spolonizowało. Ale to był długi
proces. To nie było tak, że z dnia na dzień cała szlachta na Rusi
zaczęła mówić po polsku, porzuciła prawosławie i przeszła na katolicyzm.
No i przede wszystkim nie nazwałbym tego "zdradą". Szlachta ruska
została po prostu zaabsorbowana przez naród polityczny Rzeczypospolitej.
To wciąż były czasy feudalne - ludzie dzielili się na grupy społeczne, a nie na narody. Nie można implikować zdrady ludziom żyjącym w XVII wieku,
stosując wobec nich kryteria XX wieku.
Efekt był jednak taki, że kiedy w XIX wieku zaczął się kształtować naród
ukraiński, okazało się, że 93 procent jego potencjalnych członków to
chłopi. Szlachta mówiła po polsku.
Dlatego ukraińskie odrodzenie narodowe było ruchem chłopskim. Ale to
samo dotyczyło innych podobnych "przebudzeń" XIX wieku: litewskiego,
białoruskiego, łotewskiego czy fińskiego. Elity na tych terytoriach
mówiły w innych językach niż - stanowiące przytłaczającą większość
mieszkańców - chłopstwo.
Sytuacja Ukraińców była jednak specyficzna: ziemie, do których
pretendowali, były podzielone granicą.
To akurat była spuścizna zaborów Rzeczypospolitej. Galicja Wschodnia
znalazła się pod władzą Austrii. Reszta terenów zamieszkanych przez
Rusinów - pod władzą Imperium Rosyjskiego. Pokrywało się to z podziałem
religijnym. Rusini z Galicji byli grekokatolikami, a Rusini mieszkający
w państwie carów byli prawosławni.
Jak zabory wpłynęły na stosunki społeczne na Rusi?
Nie zmieniło się nic. Rosja i Austria były państwami feudalnymi, które
utrzymały istniejące relacje. Zmienili się monarchowie, ale stosunki na
linii dwór-wieś pozostały takie same. Mówiąca po polsku szlachta
utrzymała dominującą pozycję. Na straży feudalnego porządku stał zaś
aparat policyjny państw zaborczych. Dopiero w połowie XIX wieku doszło
do zniesienia pańszczyzny. Ale to nie miało nic wspólnego z zaborami -
po prostu świat się zmieniał.
W XIX wieku zaczął się załamywać nie tylko stary ład społeczny. Zaczęły
się rodzić narody.
Taki był duch epoki. Przykład szedł z Zachodu. Ludzie czytali literaturę
romantyczną. Obserwowali przebudzenia narodowe Włochów i Niemców, które
doprowadziły do budowy niepodległych Włoch i zjednoczyły Niemcy.
Przesiąkali ideami rewolucji francuskiej, która królestwo Ludwika XVI
przeistoczyła w państwo Francuzów. Pod wpływem tych prądów działacze
polityczni w Europie Wschodniej zaczęli wymyślać narody na nowo.
Czyli to nacjonaliści tworzyli narody? A nie odwrotnie?
Oczywiście. To szło z góry w dół, a nie z dołu do góry. Grupy
intelektualistów wymyślały narody, odwołując się do rozmaitych tradycji
historycznych. Nowoczesny naród polski też powstał w wieku XIX.
Współcześni Polacy z piastowskim księstwem Mieszka I mają tyle samo
wspólnego co współcześni Ukraińcy z Rusią Kijowską. To, co narodziło się
w wieku XIX, było czymś zupełnie nowym.
Na czym polegała różnica?
Na tym, że nowoczesne narody objęły wszystkie warstwy społeczne. Bo do
tej pory chłopi nie byli narodem. Narodem była tylko i wyłącznie
szlachta. Wcześniej można było mówić o narodach politycznych, a teraz na
arenę dziejów weszły narody rozumiane jako wspólnoty etniczne.
Okazało się jednak, że chłopi na Ukrainie mówią innym językiem niż
szlachta.
Jeszcze w 1863 roku nie stanowiło to problemu. Powstańcy styczniowi
mieli na sztandarach tarczę podzieloną na trzy części. Były na niej
Orzeł, Pogoń i symbolizujący Ruś archanioł Michał. Odwoływali się do
tradycji ugody hadziackiej, idei Rzeczypospolitej Trojga Narodów.
Zgodnie z mentalnością tamtych ludzi wymarzone państwo miało zostać
odbudowane jako twór wielonarodowy. W drugiej połowie XIX wieku ta
koncepcja została jednak odrzucona. Zgodnie z nową ideą państwo miało
się odrodzić jako twór narodowy. Jako Polska.
Ukraińscy działacze narodowi wysunęli konkurencyjny projekt.
I w ten sposób rozpoczęła się rywalizacja między Polakami a Ukraińcami:
o terytorium i o zamieszkującą je populację. Masy chłopskie były wówczas
obojętne narodowo i obie strony chciały je przeciągnąć na swoją stronę.
Była to swoista wojna o dusze. Rywalizacja w dużej mierze toczyła się na
gruncie wyznaniowym. W Galicji Wschodniej rozpoczęła się walka między
Kościołem katolickim a Kościołem greckokatolickim o to, w jakim obrządku
będą chrzczone dzieci.
To nie było oczywiste?
Nie. Bo zawierano mnóstwo małżeństw mieszanych. Wyznawcy obu obrządków -
w epoce sprzed istnienia narodów - żyli razem. Obie społeczności się
zazębiały. "Problem" ten rozwiązała Concordia - porozumienie
zwierzchników Kościoła i Cerkwi, które zakładało, że córki będą
chrzczone w obrządku matki, a synowie w obrządku ojca. Skutki tego
"handlu duszami" były opłakane.
Dlaczego?
Bo obrządki zaczęły być utożsamiane z narodowościami. Grekokatolickość
przeistoczyła się w ukraińskość, a rzymskokatolickość w polskość. I nagle granice narodowego frontu zaczęły przebiegać w poprzek domów i rodzin. Okazywało się, że brat jest Polakiem, a siostra Ukrainką. Albo
odwrotnie. Gdy konflikt się zaostrzył i nacjonaliści zaczęli do siebie
strzelać, dochodziło nawet do zabójstw w rodzinach.
Ale czy to była tylko kwestia religii? Co z językiem?
Ci ludzie mówili tym samym językiem. W książce Trójkąt bieszczadzki
opisałem to na przykładzie powiatu leskiego. Wszyscy tamtejsi chłopi
posługiwali się lokalnym językiem ruskim - dziś powiedzielibyśmy:
ukraińskim. Różnił ich tylko obrządek, w którym się modlili. Język,
sposób życia, obyczaje - były identyczne. Dopiero nacjonalistyczna
agitacja z przełomu XIX i XX wieku zaczęła dzielić ich na Polaków i Ukraińców. I tak oto sąsiedzi nagle okazywali się członkami dwóch grup
poróżnionych zaciekłym konfliktem. Nacjonalizmy dzieliły ludzi na
"swoich" i "obcych". Dotychczasowy świat zgodnego współżycia został
wywrócony do góry nogami.
Czyli katolicy nagle zaczynali mówić po polsku?
To dotyczyło obu stron. Elity tworzyły kanoniczne wersje języków.
Zarówno polskiego, jak i ukraińskiego. Ludzi zmuszano do mówienia
inaczej, niż mówili przez stulecia. Tu ogromną rolę odgrywały ukraińskie
i polskie szkoły czy instytucje oświatowe, których głównym zadaniem
wcale nie było przekazywanie wiedzy. Głównym zadaniem szkół było
formatowanie młodych ludzi w członków narodów.
Potem tę funkcję zaczęły chyba również pełnić telewizja i radio. Widać
to na przykładzie współczesnej Polski. Przecież Kaszubi, Górale, Ślązacy
czy mieszkańcy Suwalszczyzny jeszcze kilkadziesiąt lat temu mówili
zupełnie inaczej. Dopiero z telewizji zaczęli się uczyć literackiej
polszczyzny. Wróćmy jednak do XIX wieku...
W ostatnich dekadach istnienia imperium Habsburgów Galicja Wschodnia
stała się areną zaciekłego sporu między polskimi i ukraińskimi elitami.
Między przedstawicielami konkurencyjnych projektów politycznych.
Ukraińcy mieli przewagę liczebną, ale władza polityczna znajdowała się w rękach Polaków. Mowa o nadanej w drugiej połowie XIX wieku autonomii
galicyjskiej.
Na czym to polegało?
To był układ między polską arystokracją a tronem. Polacy zadeklarowali
lojalność wobec Franciszka Józefa, a cesarz w zamian pozwolił im rządzić
krajem. Polacy wykorzystywali to do budowania swojego stanu posiadania.
Byli uprzywilejowani gospodarczo, kulturowo i politycznie. Dlatego do
Lwowa przyjeżdżali działacze niepodległościowi z zaboru rosyjskiego i pruskiego. Tylko tu mogli swobodnie działać. W ten sposób Galicja stała
się kolebką, inkubatorem przyszłej II Rzeczypospolitej.
Jak na to reagowali Ukraińcy?
Oczywiście byli sfrustrowani. To też tłumaczy, dlaczego ukraiński
nacjonalizm był tak radykalny społecznie. Hasła wyzwolenia narodowego
mieszały się z hasłami rewolucji. Zmiany sytuacji na wsi, gdzie w rękach
nielicznej polskiej szlachty znajdowała się większość ziemi. Warto
wspomnieć, że Ukraińcy w Austrii cieszyli się znacznie większą swobodą
niż ich rodacy w Rosji. Dlatego Galicja stała się również centrum
ukraińskiego ruchu niepodległościowego. Terytorium to było więc
niezwykle ważne dla obu społeczności.
Dwa młode nacjonalizmy ścierały się na Ukrainie. Ale dopóki istniały
Austro-Węgry oraz imperium Habsburgów, aparaty policyjne obu tych państw
dbały o to, żeby sytuacja nie wymknęła się spod kontroli. Nadszedł
jednak rok 1918.
Stolik został wywrócony.
Co się stało?
Stało się to, co zawsze się dzieje w przyrodzie. Coś się skończyło i jednocześnie zaczęło coś nowego.
Skończyła się epoka starych, wielonarodowych monarchii. A co się
zaczęło?
Epoka młodych państw narodowych. Projekt polski i projekt ukraiński
znalazły się na kursie kolizyjnym, bo pretendowały do tego samego
terytorium i do tej samej populacji. Czas ten można określić krótko:
albo-albo. Konflikt był nie do uniknięcia.
W latach 1917-1918 powstały dwa ukraińskie państwa.
Na terenach wchodzących wcześniej w skład Imperium Rosyjskiego -
Ukraińska Republika Ludowa (URL). Na terenach należących uprzednio do
imperium Habsburgów - Zachodnioukraińska Republika Ludowa (ZURL).
W listopadzie 1918 roku wybuchła zacięta wojna między Polską a ZURL. Jej
stawką były Lwów i Galicja Wschodnia. Z kolei z URL Polska w 1920 roku
sprzymierzyła się przeciwko bolszewikom.
Jak to wszystko się skończyło?
Po okresie śmiertelnych zmagań: wojny, rewolucji, ruiny gospodarczej -
ogień przygasł. Polacy pokonali wojska ZURL i wyrzucili je za rzekę
Zbrucz. W 1921 roku Polska podpisała z bolszewikami traktat ryski, w którym podzielono ziemie zamieszkane przez Ukraińców. Galicja Wschodnia
i Wołyń znalazły się w granicach Polski. A wraz z nimi ponad 4 miliony
mieszkających tam Ukraińców.
Pierwsza bitwa dobiegła końca.
Jedni wrócili do domów jako triumfujący zwycięzcy, a drudzy jako
upokorzeni przegrani. Pierwszym stawiano pomniki i śpiewano na ich cześć
pieśni. Drudzy czuli się upokorzeni, przeżuwali gorycz porażki. Okazało
się, że poświęcili swoje życie idei, która się nie ziściła. Oczywiście
nie pogodzili się z takim obrotem spraw. Marzyli o odwecie i ponownym
wywróceniu stolika. W tym duchu wychowywali kolejne pokolenia.
Czyli to był dopiero początek walki Polaków i Ukraińców?
Dla wszystkich było jasne, że kolejna konfrontacja jest tylko kwestią
czasu. Jak wiadomo - doszło do niej po dwudziestu latach. Z jeszcze
większym impetem, z jeszcze większym okrucieństwem i jeszcze większą
nienawiścią.
Dlaczego II Rzeczpospolita prowadziła wobec Ukraińców taką fatalną
politykę?
Bądźmy sprawiedliwi - woli porozumienia zabrakło z obu stron. Elity
polskie nie chciały się posunąć i zrobić trochę miejsca dla elit
ukraińskich. Umożliwić im zgodne współistnienie w jednym państwie. Wbrew
deklaracjom i hasłom nie było wówczas pomysłu na budowanie Polski
obywatelskiej, był pomysł na budowanie Polski narodowej.
Elity ukraińskie też nie były jednak gotowe na życie w jednej
Rzeczypospolitej z elitami polskimi. Skoro już raz proklamowały we
Lwowie swoje państwo, stworzyły sprawną armię i wzniosły niebiesko-żółty
sztandar - to pozostały wierne tej idei. Nie chciały skapitulować,
chciały kontynuować walkę o niepodległość.
Wszyscy ci ludzie byli dziećmi swojej epoki. Polacy chcieli mieć swoje
państwo narodowe i Ukraińcy chcieli mieć swoje państwo narodowe. Nikt
nie chciał iść na kompromisy. Jak wiadomo, w czasie II wojny światowej
przyniosło to straszliwe konsekwencje.
Narodowodemokratyczna narracja przedstawia rok 1918 jako postępowy
przełom w dziejach ludzkości. Z areny dziejów zeszły staroświeckie,
stetryczałe monarchie i zastąpiły je demokratyczne państwa narodowe. Ale
ja myślę, że to nie był progres, lecz regres. Nacjonalizmy cofnęły
ludzkość do czasów wojen plemiennych, gdy ludzie wyrzynali się, bo
należeli do różnych szczepów.
Całe szczęście nie wszyscy temu ulegali. Nie wszyscy dali się porwać
nacjonalizmom. Weźmy przykład tak zwanych Sprawiedliwych Ukraińców,
czyli włościan z Wołynia, którzy w 1943 roku ukrywali swoich polskich
sąsiadów. Ratowali ich przed śmiercią. Więzi sąsiedzkie w takich
wypadkach okazywały się mocniejsze niż nacjonalistyczna ideologia. Z kolei na drugim biegunie były tragedie, o których już mówiliśmy. Czyli
sytuacje, w których mąż mordował żonę, bo była Polką, albo wyrzekał się
dzieci. Nie po to cię wychowywałem, abyś został - tu w zależności od
wersji - Polakiem/Ukraińcem! W takich wypadkach nacjonalizm okazywał się
silniejszy niż więzi rodzinne. Niż miłość.
Prof. JAROSŁAW SYRNYK jest historykiem z Uniwersytetu Wrocławskiego.
Bada dzieje mniejszości narodowych w Polsce i Europie
Środkowo-Wschodniej oraz działalność komunistycznych organów
bezpieczeństwa. Napisał m.in. Przemoc i chaos. Powiat sanocki i okolice
w latach 1944-1947, Trójkąt bieszczadzki. Tysiąc dni i tysiąc nocy
anarchii w powiecie leskim 1944-1947 oraz Nadzór specjalny. Analiza
historyczno-antropologiczna działań organów bezpieczeństwa w kwestii
tzw. nacjonalizmu ukraińskiego na Podkarpaciu w latach 1947-1989.
Źródło: "Historia Do Rzeczy" 10/2022
2
Pakt Piłsudski-Petlura
Rozmowa z prof. JANEM JACKIEM BRUSKIM, historykiem z Uniwersytetu
Jagiellońskiego, badaczem dziejów najnowszych Ukrainy, Czech i Słowacji
Podczas obchodów rocznicy Bitwy Warszawskiej prezydent złożył wieniec na
grobie ukraińskich żołnierzy, którzy razem z Polakami w 1920 roku
walczyli przeciwko bolszewikom. Wielu ludzi było zaskoczonych, nigdy
bowiem o nich nie słyszeli. Co to byli za żołnierze?
W Polsce utarło się przekonanie, że w 1920 roku walczyliśmy w osamotnieniu. To nieprawda. Wspomagały nas wojska Ukraińskiej Republiki
Ludowej. W maju 1920 roku na froncie walczyło około 12 tysięcy żołnierzy
i oficerów ukraińskich. Całkiem poważna siła. Należy wyraźnie
podkreślić, że kampania kijowska to nie była wojna z Rosją o Ukrainę. To
była wojna prowadzona wspólnie z Ukrainą przeciwko Rosji.
Jak bili się Ukraińcy?
Bardzo dzielnie. Mieli duży udział w początkowych sukcesach nad
bolszewikami, a później w skutecznej obronie w trakcie walk odwrotowych.
Prezydent Wołodymyr Zełenski w sierpniu 2022 roku nadał 110. Brygadzie
Zmechanizowanej ukraińskich wojsk obrony terytorialnej imię generała
Marka Bezruczki. Kto to był?
To ważna postać, która w Polsce do niedawna była niemal zapomniana.
Marko Bezruczko, wówczas pułkownik, był dowódcą jednej z sojuszniczych
ukraińskich dywizji, 6. Siczowej Dywizji Strzelców armii URL. W sierpniu
1920 roku kierował obroną Zamościa. Dowodzone przez niego ukraińskie i polskie oddziały dzięki nieustępliwej postawie zatrzymały bolszewików.
Przyczyniło się to do ostatecznego sukcesu na całym froncie.
W jaki sposób?
Kawaleria Siemiona Budionnego ugrzęzła na południowym odcinku frontu.
Właśnie pod Zamościem. W efekcie nie doszło do połączenia Armii Konnej i sił Tuchaczewskiego, które zostały odepchnięte, ale jeszcze nie
ostatecznie rozbite, pod Warszawą. Bezruczko i jego żołnierze odegrali
więc dużą rolę w historii Polski. Armia Budionnego została później
pobita w czasie wielkiej bitwy kawaleryjskiej pod Komarowem, w której
również walczyli Ukraińcy.
Porozmawiajmy, jak doszło do tego sojuszu. Po upadku mocarstw zaborczych
powstały dwa państwa ukraińskie. Dlaczego?
Pierwsze upadło imperium Romanowów. W efekcie w 1917 roku na terenach
zamieszkanych przez Ukraińców, które wchodziły wcześniej w skład Rosji,
powstała Ukraińska Republika Ludowa (URL) ze stolicą w Kijowie. Potem
upadło imperium habsburskie i jesienią 1918 roku na terenach Galicji
Wschodniej powstała Zachodnioukraińska Republika Ludowa (ZURL) ze
stolicą we Lwowie.
Nas interesuje ta pierwsza.
W Kijowie powołano do życia Ukraińską Radę Centralną. Początkowo
Ukraińcy wysuwali hasło autonomii w ramach demokratycznej Rosji. Rada
współpracowała z Rządem Tymczasowym Aleksandra Kierenskiego. Między
Piotrogrodem a Kijowem raz po raz pojawiały się jednak tarcia. Gdy
doszło do rewolucji bolszewickiej, Ukraińcy poszli swoją drogą i proklamowali URL, a wkrótce pełną niezależność od Rosji.
Na arenę wkroczyli Niemcy.
Na początku 1918 roku Rosja bolszewicka i Ukraina zawarły traktaty z państwami centralnymi w Brześciu Litewskim - Ukraińcy w lutym,
bolszewicy w marcu. Ukraińcy podjęli współpracę z Niemcami, bo liczyli,
że dzięki temu powstrzymają pochód "czerwonych", opanowanie przez nich
całej Ukrainy. Układ z mocarstwami centralnymi wydawał się jedynym
ratunkiem.
Te nadzieje się spełniły?
Tak, wojska austriacko-niemieckie pomogły Ukraińcom przepędzić
najeźdźców. Ale ceną był drenaż Ukrainy ze zboża i innych płodów
rolnych. Rada, w której dominowali socjaliści, szybko została zastąpiona
przez generała Pawła Skoropadskiego, który z niemiecką pomocą ogłosił
się hetmanem Ukrainy.
Kim był Skoropadski?
Arystokratą, byłym adiutantem cara Mikołaja II. Pochodził ze starej
ukraińskiej rodziny wywodzącej się ze starszyzny kozackiej. Od dawna
jednak mocno zrusyfikowanej.
Państwa centralne w listopadzie 1918 roku przegrały Wielką Wojnę.
To oznaczało również upadek hetmana. Na domiar złego ogłosił on
uroczystą hramotę, w której zapowiedział połączenie Ukrainy z Rosją.
Tego było za dużo dla ukraińskich patriotów. Wybuchło powstanie.
Oddziały powstańcze wkroczyły do Kijowa, a hetman w przebraniu czmychnął
na emigrację.
I tak na arenę wkracza główny bohater naszej opowieści. Symon Petlura.
Petlura był członkiem kierującego powstaniem Dyrektoriatu i naczelnym
atamanem wojsk URL. Wywodził się z partii socjaldemokratycznej, był
cywilem, ale z samorodnym talentem dowódczym. Nasuwa to oczywiście
analogie z Piłsudskim. Petlura urodził się w Połtawie w niezamożnej
rodzinie mieszczańskiego pochodzenia. Jego ojciec miał drobną firmę
przewozową.
Petlura też długo w Kijowie nie urzędował.
Dla bolszewików traktat brzeski był tylko "pieredyszką", taktyczną
przerwą dla nabrania oddechu. Gdy tylko Niemcy zaczęli się szykować do
odwrotu znad Dniepru, "czerwoni" ruszyli do ataku. W Charkowie stworzyli
marionetkowy komunistyczny rząd Ukrainy.
Na jego czele umieścili... Bułgara.
Tak, Lenin na swojego czołowego "Ukraińca" mianował Bułgara, będącego
poddanym rumuńskim - Christiana Rakowskiego. On świetnie mówił po
francusku, ale po rosyjsku już gorzej. A po ukraińsku w ogóle. Liczyła
się jednak siła. Ukraińcy jej nie mieli.
Jak to? Przecież dopiero co wywołali udane powstanie.
Armia Dyrektoriatu składała się z chłopów, którzy po przepędzeniu
hetmana po prostu rozeszli się do domów. Bolszewicy zajęli Kijów i Petlura razem z rządem URL musiał się wycofać na teren Wołynia, a następnie do Kamieńca Podolskiego. Jakby tego było mało, Ukraińcy
musieli później stawiać czoło również "białym" Rosjanom. Dla generała
Denikina ukraińscy niepodległościowcy byli groźnymi separatystami.
Petlura został więc wzięty w dwa ognie.
Czyli sprzymierzając się z Piłsudskim, łapał się brzytwy?
Tak, dużego wyboru nie miał. Uznał, że w tej dramatycznej sytuacji
naturalnym sojusznikiem jest Polska.
Ale Polska w 1919 roku stoczyła krwawą wojnę z drugim państwem
ukraińskim - ZURL. Dla Ukraińców z Galicji Wschodniej wrogiem numer
jeden byli Polacy, a nie bolszewicy.
Zawarcie tego sojuszu było bez wątpienia trudne psychologicznie.
Szczególnie że w styczniu 1919 roku doszło do zawiązania unii pomiędzy
wschodnim i zachodnim państwem ukraińskim, URL i ZURL. W ten sposób URL
formalnie stała się stroną w konflikcie zbrojnym z Rzeczpospolitą.
Galicyjscy Ukraińcy - chociaż kontrolowali mniejszy obszar - dysponowali
większą armią, bardziej zdyscyplinowaną i lepiej wyszkoloną niż armia
URL. Z ich zdaniem trzeba się było poważnie liczyć.
A może polskie zwycięstwo nad ZURL oczyściło atmosferę?
W jakiejś mierze tak - Petlura miał rozwiązane ręce i obrał kurs na
zbliżenie z Polską. Już latem 1919 roku działania zbrojne zostały
wstrzymane, a 1 września zawarto formalny rozejm. Zaczęły się rozmowy.
Jaka była motywacja Piłsudskiego? Chodziło mu o zbudowanie
polsko-ukraińskiej federacji?
Wśród zwolenników Piłsudskiego było wielu przekonanych federalistów. Sam
Piłsudski był raczej realistą i pragmatykiem. Chodziło mu o wykorzystanie szansy, momentu, gdy Rosja jest słaba, i odepchnięcie jej
jak najdalej na wschód od polskich granic. Krótko mówiąc - pozbawienie
Rosji statusu imperium. Dlatego Piłsudski uważał, że należy wesprzeć
niepodległościowe aspiracje narodów żyjących między Polską a Rosją. W wypadku Ukrainy myślał o niepodległym państwie, ściśle sprzymierzonym z Polską. W wypadku Litwy marzył o federacji. A Białoruś mogła liczyć na
autonomię.
Czym koncepcja federacyjna różniła się od endeckiej koncepcji
inkorporacyjnej?
Endecy również chcieli przesunąć granice Rzeczypospolitej na wschód. Ale
miało to być państwo narodu polskiego. Endecy uważali, że w jego
granicach może się znaleźć tylko tylu przedstawicieli mniejszości
narodowych, żeby można ich było zasymilować. Z punktu widzenia interesów
Rosji koncepcja Piłsudskiego była niewątpliwie bardziej niebezpieczna.
Czy zgodzi się pan z taką analogią historyczną: koncepcja federacyjna
była nową ugodą hadziacką - która w 1658 roku stworzyła Rzeczpospolitą
Trojga Narodów - a koncepcja inkorporacyjna nowym rozejmem
andruszowskim, który w 1667 roku podzielił Ruś między Moskali i Lachów?
W tej analogii jest dużo racji. Trzeba podkreślić, że niepodległą
Ukrainę endecy postrzegali jako zagrożenie dla Polski. Samo istnienie
narodu ukraińskiego było przez nich podważane. Powstanie narodowego
ruchu ukraińskiego uważali za efekt machinacji austriacko-niemieckich.
Dlatego między innymi endecy dążyli do kompromisu z Rosją, wspólnego
hamowania ukraińskich dążeń niepodległościowych.
Wizje Piłsudskiego i Petlury się spotykały.
Tak, 21 kwietnia 1920 roku w Warszawie podpisany został układ
sojuszniczy między Rzeczpospolitą Polską a Ukraińską Republiką Ludową.
Ten układ już na początku naznaczony był dwoma poważnymi problemami.
Podczas negocjowania sojuszu Piłsudski "przystawił Petlurze rewolwer do
głowy". Zmusił go do wyrzeczenia się Galicji Wschodniej i Wołynia.
Kiepski początek przyjaźni.
Było to poważne obciążenie. Aby układ z Polską spełnił swoją funkcję,
Petlura musiał pozyskać wsparcie galicyjskich Ukraińców. To mogło
przesądzić o powodzeniu walki o niepodległą Ukrainę. Ale bez zrzeczenia
się Galicji Wschodniej Petlura nie mógł marzyć o zawarciu sojuszu z Piłsudskim.
W efekcie galicyjscy Ukraińcy woleli walczyć po stronie Rosjan
przeciwko Polakom.
Tak, Ukraińska Armia Halicka pod koniec 1919 roku przeszła na stronę
"białych" generała Denikina, a parę miesięcy później na stronę
bolszewików.
To była kwadratura koła.
Ale czy Petlura miał wtedy jakiś wybór? Nie można było liczyć na to, że
Polacy powiedzą: "Oddajemy wam Galicję Wschodnią w zamian za to, że
pójdziecie z nami na Kijów". Dla ówczesnej polskiej opinii publicznej
rezygnacja ze Lwowa była psychologicznie niemożliwa. Nie po to
toczyliśmy ciężką wojnę o Galicję Wschodnią, aby teraz wyrzec się owoców
zwycięstwa, mówiono. Może gdyby udało się na trwałe osadzić Petlurę w Kijowie, gdyby powstała silna Ukraina - sytuacja uległaby zmianie.
Ale to jest argument na rzecz endeków. To oni ostrzegali, że gdy URL
okrzepnie, zgłosi pretensje do Galicji Wschodniej i Wołynia. Według nich
Piłsudski hodował przyszłego wroga Polski.
Pierwsze oszałamiające sukcesy wspólnej ofensywy spowodowały, że
galicyjscy Ukraińcy zaczęli patrzeć nieco przychylniej na sojusz z Polską. Piłsudski podtrzymywał dyskretne kontakty z metropolitą Andrejem
Szeptyckim - największym autorytetem moralnym i politycznym Haliczan
(skądinąd wnukiem hrabiego Aleksandra Fredry i bratem wybitnego
polskiego generała Stanisława Szeptyckiego). Metropolita, widząc
perspektywę wywalczenia państwa nad Dnieprem i pokonania bezbożnych
bolszewików, był skłonny dojść do jakiegoś porozumienia z Polakami.
Gdyby dobra wojenna passa trwała dłużej, może udałoby się osiągnąć
kompromis.
Jaki?
Po zwycięskiej wojnie z bolszewikami Polacy musieliby coś zaoferować.
Kartą w grze mogło być nadanie autonomii Galicji Wschodniej. Albo
stworzenie z niej kondominium polsko-ukraińskiego. Wtedy Galicja
przestałaby być obszarem spornym, a stałaby się obszarem łączącym.
Ogniwem konfederacji polsko-ukraińskiej.
Drugi problem związany z paktem Piłsudski-Petlura: olbrzymia część
ziemi na Ukrainie należała do polskich ziemian. W latach 1917-1918
doszło do fali pogromów polskich dworów, mordów i grabieży gruntów. We
wspomnieniach ocalałych ziemian zachowanie petlurowców niczym się nie
różniło od zachowania bolszewików. Zwolennicy atamana dopuszczali się
podobno straszliwych zbrodni na Polakach.
Taka była perspektywa ziemian - gnębionych i grabionych. W rzeczywistości te pogromy miały mało wspólnego z Petlurą i jego
regularnymi wojskami. Do najgorszych napadów na ziemian doszło
wcześniej, gdy załamała się dawna armia carska i masy zrewoltowanych
chłopów wróciły do domów z bronią w ręku. Ci ludzie działali zgodnie z bolszewickim hasłem "Grab zagrabione!".
Jakie było stanowisko władz URL wobec polskich ziemian?
Trudno było pogodzić interesy wielkiego ziemiaństwa z lewicowym,
radykalnym społecznie programem URL. Ukraińskie władze zapowiadały
bardzo daleko idące reformy: odebranie ziemi "obszarnikom" i rozdanie
jej chłopom. Sprawiało to, że większość ziemian z Ukrainy nie popierała
paktu Piłsudski-Petlura. Marsz polskich wojsk na wschód wywołał ich
entuzjazm - ale dlatego, że mieli nadzieję, iż wrócą do swoich majątków.
Tak by się stało?
Nie. W specjalnym rozkazie z 8 maja 1920 roku Naczelne Dowództwo
podkreślało, że zadaniem Wojska Polskiego jest walka o niepodległą
Ukrainę, a nie przywrócenie stanu posiadania polskich ziemian. Należy
instalować władze ukraińskie, wyraźnie wskazywać, że polska okupacja
jest obliczona na miesiące, a nie na lata. Oczywiście Piłsudski starał
się znaleźć jakiś modus vivendi. Nie mógł całkowicie zignorować
postulatów ziemian.
Co zrobił?
Jednym z tajnych postanowień układu z Petlurą było wprowadzenie do
ukraińskiego rządu dwóch polskich ministrów. Henryk Józewski został
wiceministrem spraw wewnętrznych, a Stanisław Stempowski ministrem
rolnictwa. Obaj mieli w Kijowie "trzymać rękę na pulsie".
Stempowski był co prawda ziemianinem z Ukrainy, ale dość specyficznym.
Nazywano go "chłopomanem".
Zgoda. Stempowski był lewicującym masonem głoszącym hasła poprawy doli
chłopstwa. Była to postać środka, która miała się stać pośrednikiem
pomiędzy Polakami i Ukraińcami. Zabrakło czasu, żebyśmy mogli się
przekonać, jak rozwiązano by antagonizm rolny. Widać jednak, że
Piłsudski wprowadzał do układu z Petlurą bezpieczniki, które miały
zagwarantować polskie interesy.
Skoro Piłsudski mógł wpakować Petlurze do rządu dwóch ministrów, trudno
mówić o partnerskim sojuszu. To był raczej - używając terminologii
geopolitycznej - układ junior partner-senior partner.
W tym układzie była wyraźna asymetria. Ukraina bardziej niż Polska
potrzebowała sojuszu, co stawiało ją w pozycji petenta. Gdy Petlura
wiosną 1920 roku negocjował z Polską, pod jego kontrolą znajdowało się
tylko kilka powiatów Podola i Wołynia. Na tereny te wkroczyły wojska
polskie i tylko dlatego Ukraińcy mogli się tam utrzymać. Atakowali ich
"biali" i "czerwoni". A także trzeci wróg: epidemia tyfusu, która
powaliła wojsko ukraińskie. Prawie cała armia Petlury leżała w lazaretach.
Układ z Petlurą był ratum. A co było consummatum?
Ofensywa Wojska Polskiego i oddziałów URL, rozpoczęta 25 kwietnia 1920
roku. Na zapleczu bolszewików doszło do serii ukraińskich powstań, które
ułatwiły marsz. Na początku maja został wzięty Kijów. Petlura - a nie
Piłsudski - przyjął defiladę zwycięstwa. To był gest, który miał
pokazać, że Ukraińcy są gospodarzami. Piłsudski nie był do końca
zadowolony - liczył, że bolszewicy będą bronić Kijowa i na przedpolach
miasta uda się rozbić ich główne siły. Niestety, "czerwoni" wycofali się
za rzekę i wkrótce przystąpili do kontrofensywy. Polacy i Ukraińcy
zostali zmuszeni do odwrotu. Nie udało się.
Dlaczego?
Zabrakło czasu. Gdyby Polacy i Ukraińcy wytrwali w Kijowie nie cztery
tygodnie, a cztery miesiące, powstałaby zapewne silna ukraińska armia.
Państwo by okrzepło. Ukraina była zniszczona przez wojnę. Sam Kijów
kilkanaście razy przechodził z rąk do rąk. To nie było tak, że Ukraińcy
byli obojętni na hasła niepodległościowe czy wrogo nastawieni do Polski.
Byli po prostu piekielnie zmęczeni. Poza tym propaganda sowiecka nie
zasypiała gruszek w popiele. Bolszewicy wmawiali chłopom, że nadchodzi
"pańska armia", która będzie zwracać ziemię ziemianom. Petlura był
przedstawiany jako zdrajca. Sowieci nakręcili później głośny film PKP.
"Piłsudski kupił Petlurę".
Właśnie. Wzięli to zapewne ze słynnego zdjęcia, na którym Petlura i Piłsudski stoją razem w oknie salonki. Na wagonie widać napis "PKP".
Wróćmy do wyprawy kijowskiej. Niektórzy Polacy nie ułatwiali sprawy.
Zachowała się depesza Piłsudskiego, w której skarży się on na
skandaliczne zachowanie pułków poznańskich wobec cywilów.
"Z tymi draniami wojować nie można - pisał Piłsudski - donoszą mi, że
ten pas, którym idą, gotowy jest robić powstanie przeciwko nam". Całe
szczęście nie był to powszechny obraz. Na przykład w Kijowie wzajemne
stosunki były wzorowe. Polacy zachowywali się elegancko wobec strony
ukraińskiej. Oczywiście nie ma co wystawiać Piłsudskiemu laurki, bywało
różnie. Sam Piłsudski także podejmował działania - z perspektywy
ukraińskiej - trudne do zaakceptowania. W czasie krótkiego pobytu Wojska
Polskiego nad Dnieprem drenował Ukrainę ze zboża i cukru. Wszystkie
strony konfliktu traktowały ją jak wielki spichlerz.
Ukraińcy w sierpniu 1920 roku - między innymi walcząc pod Zamościem -
pomogli Polakom ocalić niepodległość. Zakończenie tej historii jest
jednak szokujące.
W październiku 1920 roku Polacy rozpoczęli pertraktacje z bolszewikami.
O lojalnym sojuszniku zapomniano. Dla Ukraińców sytuacja była czysta.
Sukces pod Warszawą, sukces pod Zamościem, rozbicie bolszewików w bitwie
nad Niemnem. Sowieci przegrali wojnę. Polacy powinni z pozycji siły
dyktować Moskwie warunki. Tymczasem było odwrotnie. To Polacy szli na
ustępstwa.
Gdy myślę o tym, jak Polska wtedy postąpiła z Ukraińcami, nasuwa mi się
tylko jedna analogia historyczna - Jałta.
Ukraińcy byli pewni, że będą reprezentowani podczas rozmów pokojowych,
że ich interesy będą twardo stawiane. Tymczasem nie zaproszono ich nawet
na miejsce obrad. Polska delegacja od razu uznała fikcyjny twór -
sowiecki rząd Ukrainy ze wspomnianym Bułgarem na czele. Dla ukraińskich
niepodległościowców, ale także ich polskich przyjaciół, był to szok.
Najbardziej zapalczywi piłsudczycy mówili: Idźmy dalej. Wystarczy, żeby
wojna potrwała jeszcze dwa tygodnie, i ponownie będziemy w Kijowie.
Mieli rację! 12 października po udanym zagonie kawaleryjskim na
Korosteń Wojsko Polskie znowu stanęło niemal u wrót Kijowa.
Do dzisiaj dyskusja na ten temat nie jest rozstrzygnięta. Piłsudski w kręgu generałów mówił gorzko, że rozumie, iż powinien znowu pójść na
wschód, ale polskie społeczeństwo tego nie chce. Obca jest mu idea
jagiellońska. Polacy chcą spokoju i pokoju, armia jest zabiedzona i niegotowa do dalszej walki. Piłsudski nie może więc brać
odpowiedzialności za przedłużanie działań zbrojnych. Niektórzy historycy
z tą opinią dyskutują, ale taka zapadła decyzja. Polskie oddziały do
czasu zawieszenia broni konsekwentnie szły na wschód. Wyzwoliły Mińsk,
ale potem w geście dobrej woli wobec bolszewików, honorując wcześniejsze
ustalenia, się z niego wycofały.
To była zbrodnia. Także na miejscowych Polakach, których wydano na
pastwę bolszewików. Ale polskie wojska wyzwoliły też wiele miast na
południu, na Ukrainie - Kamieniec Podolski, Szepetówkę, Płoskirów.
Czołową postacią polskiej delegacji w Rydze był Stanisław Grabski.
Narodowy demokrata, zdecydowany przeciwnik koncepcji Piłsudskiego i wyprawy na Kijów, w której stracił syna. Robił wszystko, by w trakcie
rozmów ryskich zniweczyć koncepcję federacyjną i przeforsować projekt
endecki. Formalny szef delegacji, ludowiec Jan Dąbski, był człowiekiem
niekompetentnym, dyplomatą z przypadku. Zwolennicy Piłsudskiego byli w tej delegacji w mniejszości.
Czytałem niedawno listy Petlury pisane po Rydze. Był zdruzgotany.
To, co się stało w Rydze, było aktem politycznej zdrady. Zwolennicy
Piłsudskiego i polskie dowództwo starali się jednak wyjść z twarzą.
Stworzono warunki, żeby Ukraińcy mogli podjąć ostatnią walkę.
Kamieniec Podolski pozostawiono w rękach Ukraińców, którzy zaczęli na
nowo organizować wojska. Polacy po cichu - mimo układu z Sowietami -
dostarczali im broń. Zaczęto nawet organizować oddział polsko-ukraiński
pod dowództwem majora Walerego Sławka, jednego z najbliższych
współpracowników Piłsudskiego. Przewaga bolszewików była jednak
miażdżąca. Zanim planowana ofensywa ruszyła w głąb Ukrainy, bolszewicy
uderzyli. W drugiej połowie listopada 1920 roku pobita armia URL
wycofała się na polskie terytorium.
Co się stało z żołnierzami URL w Polsce?
Ukraińskie oddziały zostały internowane w obozach. W dosyć dobrych
warunkach. W obozach - w Aleksandrowie Kujawskim, Kaliszu, Szczypiornie,
kilku innych - znalazło się około 20 tysięcy żołnierzy i oficerów
ukraińskich. Dopóki piłsudczycy mieli coś do powiedzenia w sferach
politycznych, a zwłaszcza wojskowych, obozy te były utrzymywane. W połowie 1923 roku, gdy Piłsudski usunął się w cień, zaczęto je zwijać. Z kolei politycy i działacze społeczni z URL utworzyli w Polsce prężny
ośrodek emigracyjny. Tymczasową stolicą Ukrainy stał się Tarnów. Tam
urzędował rząd i parlament. Funkcjonowało to mniej więcej tak jak polski
rząd w Londynie w czasie II wojny światowej.
Piłsudski odwiedził ukraińskich oficerów w obozie w Szczypiornie. Co im
powiedział?
Padły słynne słowa: "Ja was przepraszam, panowie. Ja was bardzo
przepraszam - to miało być zupełnie inaczej". To jest kwintesencja tego
sojuszu. Piłsudski i Petlura wyobrażali sobie wszystko inaczej.
Niepodległa Ukraina nie przetrwała, a Rzeczpospolita powstała w granicach ryskich, które nikogo nie satysfakcjonowały. Sowieci dyszeli
żądzą rewanżu i z każdym rokiem rośli w siłę. Aż do 17 września.
Czy gdyby Piłsudskiemu i Petlurze się powiodło i nad Dnieprem
powstałaby niepodległa Ukraina, historia potoczyłaby się innym torem?
Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Zepchnięcie bolszewików na
wschód znacznie zmniejszyłoby ich możliwość oddziaływania na Polskę i cały Zachód. Odsunęłoby złowrogie widmo niemiecko-sowieckiego
porozumienia. Zresztą nie jest wcale pewne, że bolszewicy by się
utrzymali u władzy. Być może klęska w starciu z Polską doprowadziłaby do
krachu systemu komunistycznego. A gdyby nie było Sowietów u władzy, być
może nie byłoby niemieckich narodowych socjalistów i włoskiego faszyzmu.
Skrajnie nacjonalistyczne, agresywne ruchy na zachodzie Europy były w znacznej mierze odpowiedzią na bolszewizm.
Jeszcze wymiar humanitarny. Sam Wielki Głód w latach 1932-1933
pochłonął 4 miliony ofiar. W Winnicy, Kijowie czy Kuropatach pod
Mińskiem - tam wszędzie są wielkie cmentarzyska ofiar czerwonego terroru
z lat trzydziestych.
Tak, nie byłoby tej olbrzymiej tragedii, tego olbrzymiego upustu krwi.
Nie tylko ukraińskiej, bo przecież wszystkie narody, które zamieszkiwały
te tereny, zostały dotknięte czerwonym terrorem. O Polakach - którzy w latach 1937-1938 padli ofiarą specjalnej operacji NKWD - też trzeba
pamiętać. Gdyby Piłsudskiemu i Petlurze się udało, dzieje olbrzymich
obszarów Europy Wschodniej popłynęłyby innym korytem. To nie byłyby te
Snyderowskie Skrwawione ziemie, tylko doskonale prosperujące,
rozwijające się tereny. Zupełnie inaczej wyglądałby poziom rozwoju
ukraińskiej świadomości narodowej. Dekady, które nastąpiły po klęsce
walki o niepodległość, po Wielkim Głodzie i sowieckich czystkach, były
dekadami straconymi. Nastąpiło zatrzymanie rozwoju narodowego Ukraińców.
Ostatnie lata to czas, kiedy oni te stracone dziesięciolecia w przyśpieszonym tempie nadrabiają.
Prof. JAN JACEK BRUSKI jest historykiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Napisał m.in. Petlurowcy. Centrum Państwowe Ukraińskiej Republiki
Ludowej na wychodźstwie (1919-1924), Ukraina, Między prometeizmem a Realpolitik. II Rzeczpospolita wobec Ukrainy Sowieckiej 1921-1926. Wydał
tom dokumentów Hołodomor 1932-1933. Wielki Głód na Ukrainie w dokumentach polskiej dyplomacji i wywiadu.
Źródło: "Historia Do Rzeczy" 11/2022
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki