Ukochane kości - Kotryna Zyle

-
Proszę czekać

Macierz. Narodziny Anny. Wrzesień

Uro­dzi­łam się jesie­nią, w czwart­kowy wie­czór, w łaźni, w piw­nicy czte­ro­pię­tro­wego bloku, jak wszyst­kie dzieci w Poszy­łaj­ciach. Z tej oka­zji Wanda na klatce scho­do­wej, obok skrzy­nek na listy, zabiła cho­chlą czarną kurę i ugo­to­wała na piecu chle­bo­wym gar­nek rosołu. Ojciec, który wró­cił ze swo­jej zmiany, sąsie­dzi, któ­rzy przy­szli z pracy - wszy­scy już wie­dzieli, już było poru­sze­nie, bo nie mogli jak zwy­kle wychło­stać się rózgami i wyką­pać, nawet rusał­kom nikt tam­tej nocy nie zosta­wił mydła ani gorą­cej wody, były waż­niej­sze sprawy.

Macierz roz­cze­suje mi włosy i opo­wiada, powta­rza tę histo­rię zawsze od początku. Słu­cham, wyobra­żam sobie swoją matkę, bladą jak chu­sta, pytam, jaką miała skórę, jaki zapach, a Macierz gła­ska mnie po gło­wie, uśmie­cha się, spójrz na sie­bie, mówi, cała została w tobie. Ojciec też tak mówi. Codzien­nie, wyśmie­wany przez innych face­tów, nosi mnie na barana, wozi tro­lej­bu­sem, posa­dziw­szy przy fotelu kie­rowcy. Mówi, że ni­gdy mnie nie opu­ści, mówi, że mama mu się śni i wtedy oboje się cie­szą, tań­czą, śpie­wają o swoim bąbelku - o mnie. Jesteś cudem, mówi mi ojciec.

Macierz kła­dzie kosmyk na kosmyku, naciąga, zaplata. Słu­cham, ani pisnę. Jesz­cze, jesz­cze opo­wiedz, pro­szę. I opo­wiada dalej, jak mama bla­dła i mdlała, a Wanda, wtedy jesz­cze dziew­czy­neczka, pła­kała z żalu nad kurą, Macierz ją pospie­szała, gro­ziła, że nie ma innego spo­sobu, żeby oddać cześć Łaj­mie, tylko taki. Może za późno tę kurę zabiła, może nie tak, jak ją uczyli, może nie cho­chlą, może wystra­szyła się i pomy­liła wszystko, nie ura­to­wała mamy, pytam, czy na pewno zro­biła wszystko jak trzeba. Macierz mówi, że teraz to już nie­ważne. Wanda pierw­szy raz tę zupę goto­wała, potem już umiała, wie­działa jak, dla wszyst­kich matek szy­ko­wała, dla wszyst­kich, które rodziły po mojej mamie. Zawsze warzyła ją na tym samym piecu chle­bo­wym, na par­te­rze, tuż przy wej­ściu do bloku. Prze­sia­du­jemy tam zimą, gdy kobiety pieką chleb, a wtedy sąsie­dzi scho­dzili i wcho­dzili po scho­dach, co chwila któ­ryś przy­ła­ził w samej koszuli, z ręcz­ni­kiem, bo nie sły­szał, że to wyjąt­kowy wie­czór, że do łaźni nie wolno. Dep­tali po roze­sła­nych od drzwi naszego miesz­ka­nia, przez cztery pię­tra, do samej łaźni, gałąz­kach chmielu i zio­łach. Wciąż myślę, że gdy­bym nie uro­dziła się w czwar­tek, tylko w inny dzień, w godzi­nach pracy, kiedy wszy­scy są poza domem, to nie dep­ta­liby ziół, nie roz­gnie­wa­liby Łajmy i może mama jesz­cze by żyła.

Macierz wstaje, cięż­kim kro­kiem pod­cho­dzi do pieca, sama jest taka podobna do bochna chleba, nie roz­róż­nisz, gdzie pod lek­kim ubra­niem koń­czą się wiel­kie, nabrzmiałe piersi, a gdzie zaczyna się brzuch. Tylko w łaźni możesz zoba­czyć, ile warstw skóry i mięsa leży jedna na dru­giej, ile fałd. Trudno sobie wyobra­zić, że w głębi kryje się jesz­cze szkie­let, kości, i może nawet drobne kosteczki, kto wie, choć tak naprawdę powinny być z żelaza, żeby utrzy­mać takie ciało. Inne kobiety, kiedy ją myją, zachwy­cają się, chwalą. Piersi wiecz­nie, bez końca pełne są mleka, maluszki cią­gle je ssą, bie­gną do niej w łaźni, wyczuw­szy zapach.

Macierz znów napręża mi włosy, mocny musi być war­kocz, takie szczę­śliwe dziecko z cie­bie, mówi, nie myśl już wię­cej, noś wspo­mnie­nie matki i sobie bądź.

Ojciec. Dzieciństwo Anny

Moje gniazdo jest w tro­lej­bu­sie ojca. Odkąd sie­bie pamię­tam, cią­gle tam sie­dzę. Nazwy przy­stan­ków koja­rzą mi się z waka­cjami, z okrop­nymi ule­wami po lek­cjach, ze spie­sze­niem się na Wigi­lię, gdy boczne lusterka już zaśle­pił śnieg. Pod dachem kabiny koły­sze się uple­ciony przez matkę sło­miany ogród, lego­wi­sko mam wymosz­czone śmier­dzącą zwie­rzem futrzaną kami­zelką ojca. Zanim się uro­dzi­łam, nie kie­ro­wał tro­lej­bu­sem, sprze­da­wał bilety pasa­że­rom. Kiedy został ze mną sam, z takim małym robacz­kiem, pora­dził się Macie­rzy, a może sama mu sta­now­czo przy­ka­zała, że dziecko trzeba trzy­mać bli­sko sie­bie. I wła­śnie wtedy posta­no­wił zostać kie­rowcą. Dosta­łam gniazdo tam, gdzie zwy­kle sie­dzi kon­tro­ler bile­tów lub cze­ka­jący na swoją zmianę szo­fer. Inni kie­rowcy patrzyli krzywo na ten pomysł ojca, taki bąk może naci­snąć coś nie­po­trzeb­nie, może roz­pra­szać, ale ostat­nie słowo należy do Macie­rzy, a i bez tego ojciec niósłby mnie na grzbie­cie choćby na koniec świata. Dla niego wycho­wy­wać córkę za kie­row­nicą to była pestka i sama radość. Sie­dzia­łam tam spo­koj­nie i rosłam, Macierz tak mu wła­śnie zapo­wia­dała, mówiła, że taka będę. A cze­muż by ina­czej, liczę przy­stanki, widoki przed oczami się zmie­niają, więc się nie nudzę. Moja pamięć pełna jest chod­ni­ków, łąk, obok któ­rych prze­cho­dzą prze­wody trak­cyjne, fabryk, osie­dli miesz­ka­nio­wych, smut­nych czte­ro­pię­tro­wych blo­ków sto­ją­cych oddziel­nie.

Pasa­że­rów oboje znamy na pamięć. Witamy się, zażar­tu­jemy, poga­damy. Wszy­scy lubią sió­demkę ojca i mnie - pyzę z dużymi oczami sie­dzącą obok kie­rowcy. Cią­gle dostaję sło­dy­cze albo sło­ninę do ssa­nia, do żucia, cią­gle ktoś wci­ska nam siatki mar­chwi i ziem­nia­ków, biały ser, dopiero co odci­śnięty, mówią kobiety, bar­dzo smaczny, a jeśli jesz­cze z koziego mleka, to już nie tylko jedze­nie, to praw­dziwe lekar­stwo dla rosną­cej córeczki, niech pan jej daje. Toboł­kom z ubra­niami, z któ­rych ktoś wyrósł, nie ma końca - ja rosnę i one rosną - chcemy czy nie, zawsze poja­wiają się na jakimś przy­stanku.

Ojciec swoje zmiany dopa­so­wuje do mojej poobied­niej drzemki, póź­niej - do planu lek­cji, zmie­nił nawet trasę, ważne, żeby prze­wody trak­cyjne zawsze pro­wa­dziły w moją stronę. Wszy­scy go lubią, bo jako jedyny pozwala - jeśli ktoś potrze­buje - przez kilka przy­stan­ków prze­wieźć też zwie­rzę, choć to surowo wzbro­nione. Pastusz­ko­wie mogą wypa­sać tylko na pobli­skich łąkach, tam gdzie miesz­kają gospo­da­rze, a starcy i kobie­cinki, które cho­wają po jed­nej kozie, też pasą tylko obok swo­ich bal­ko­nów i pla­ców zabaw, nie dalej. A prze­cież róż­nie bywa. Deszcz kogoś zła­pie już w trak­cie zaga­nia­nia z pastwi­ska albo wyj­dzie czło­wiek dalej i sił mu zabrak­nie, żeby przy­gnać z powro­tem, cza­sem paste­rze mitrężą zajęci zabawą, więc ojciec staje, gwiż­dże, żeby szybko wsia­dali, nie rzu­ca­jąc się w oczy, uspo­kaja, jeżeli jakiś nie­za­do­wo­lony pasa­żer zaczyna się pie­klić albo ryczeć gło­śniej niż zwie­rzęta.

Raz jechała z nami krowa, póź­nym wie­czo­rem, kiedy raczej nie miał już kto jej zoba­czyć. Wyla­złam ze swo­jego gniazda, gła­dzi­łam mokry pysk. Pasterka natry­skała mi do gar­nuszka mleka zala­tu­ją­cego kro­wim wymie­niem, cie­płego. Nie bar­dzo takie lubię, ale wtedy, umo­ściw­szy się na końcu tro­lej­busu, wypi­łam do dna i zaraz usnę­łam wycią­gnięta na wszyst­kich fote­lach.

Święty. Anna ma 14 lat. Kwiecień

Chi­chramy się z Luka­sem w jego pokoju, matka poszła do sąsia­dek. Pijemy kwa­śne piwo od sta­rego Mar­ty­nasa, on cza­sem nam nalewa do pla­sti­ko­wej butelki i pozwala zabrać ze sobą, pod warun­kiem że nikomu nie powiemy. Lukasa to piwo chyba w ogóle nie bie­rze, a mnie - szybko, ale w końcu oboje się zata­czamy, pew­nie od głu­pawki, i jesz­cze dla­tego, że to taka wielka tajem­nica.

Chci­wie na zmianę pocią­gamy z butelki, śpie­szymy się, żeby skoń­czyć. Chce mi się siu­siu, mówię, on mówi, mnie też, chodźmy razem, kto pierw­szy? W twoim domu kibel jest męski czy dam­ski, recho­czemy, łazienka jest wspólna, i męska, i dam­ska, razem możemy iść, komu się bar­dziej chce. Już nie wytrzy­mu­jemy, tyle piwa w brzu­chach, chodźmy razem, Lukas się uśmie­cha, a ja z tego wariac­twa się zga­dzam. Tylko, mówię, nie zapa­lajmy świa­tła, dobrze, nie będziemy zapa­lać, mówi, ty możesz pierw­sza, a ja tu obok, mnie wszystko jedno. Dobrze, sia­dam po ciemku, sikam, sły­szę, on też, tylko nie kapuję do czego, odgłos jest głu­chy, jakby do pla­sti­ko­wej butelki ciur­kało. Wołam w ciem­no­ści, że ja już, już zro­bi­łam, on odpo­wiada, że też, oboje par­skamy śmie­chem, ale jeste­śmy odważni, ale głu­pota, łasko­cze w brzu­chu na samą myśl - on goły i ja bez maj­tek, bli­sko sie­bie, ale nic nie widzimy, tylko się domy­ślamy, a od tego też poja­wiają się wypieki na twa­rzy.

Po omacku znaj­duję kran, odkrę­cam wodę, zapala się świa­tło, Lukas włą­cza. Pod­cho­dzi, myje ręce zado­wo­lony, dołeczki w policz­kach. Spo­strze­gam w kącie pla­sti­kowy pojem­nik, pełen, już pra­wie się prze­lewa. Ile tam tego nawa­lone i po co, jeśli obok jest sracz?

Lukas chwyta moje spoj­rze­nie, wzru­sza ramio­nami, chi­cho­cze, Ane­czek, powiem ci, ale nikomu ani słowa, przy­się­gnij na zęby, na wszyst­kie, co do jed­nego, powy­pa­dają, jak się wyga­dasz. Wycie­ram ręce, przy­rze­kam, co mi tam, żeby tylko powie­dział. Te moje słone nale­śniki, mówi, matka dodaje do nich tego, poka­zuje ręką na pojem­nik ze szczy­nami, to ten mój cud, ty się nie śmiej, mówię ci, działa, nie zaprze­czysz, jak byłem mały, matka raz spró­bo­wała wypić, gdzieś o tym prze­czy­tała, i się wyle­czyła, a przed­tem nie wsta­wała z łóżka, póź­niej zaczęła dawać też innym, z początku tylko swoim, dopóki nie stwier­dziła, że nie można żało­wać, to prze­cież dar bogów, musimy się dzie­lić, pod­ro­słem, sam nie wiem, śmier­działo już strasz­nie, więc żeby się nie wydało, matka zaczęła sma­żyć nale­śniki, na słono, i już, wszyst­kim wycho­dzi na dobre.

Wytrzesz­czam oczy, na pod­nie­bie­niu czuję posmak, który wcale mi się nie podoba. Ojciec nie raz się tak leczył i wyzdro­wiał, nie mam komu się poskar­żyć, przy­się­głam na wszyst­kie zęby, w dodatku Luka­sowi, więc będę mil­czeć po grób. Anno, mówi, nie krzyw się, prze­cież działa, kiwam głową, śmieję się, tro­chę sztucz­nie, i wycho­dzimy z łazienki.

Ojciec. Anna ma 15 lat. Marzec

Sie­dzę z ojcem na bal­ko­nie, palimy. Dziś przy­nio­słam ze szkoły dwa papie­rosy, wymie­ni­łam się z pastusz­kami na butelkę lemo­niady, którą dał mi ojciec, a jemu wci­snęła ją bab­cia Luba na przy­stanku Jabło­niowa, cukier jest potrzebny, powie­działa, dla roz­wi­ja­ją­cego się orga­ni­zmu, córce daj, dziew­czynka będzie miała siłę, wiesz, te wszyst­kie sprawy kobiece, więc ojciec nie dys­ku­to­wał, wziął. Nie sądzę, żeby mi bra­ko­wało cukru, a pastusz­ko­wie aż się trzęsą na widok kolo­ro­wej ety­kiety, no to się wymie­ni­li­śmy i przy­nio­słam fajki do domu.

Ojciec mówił kie­dyś, że jeśli będę chciała spró­bo­wać, to naj­le­piej z nim, w domu. Wiel­kie mi rze­czy, nie powiem, żebym ni­gdy nie pró­bo­wała, zacią­ga­li­śmy się z Luka­sem, ale lemo­niadę dosta­łam od ojca, papie­rosy są aku­rat dwa, wie­czór wolny, Lukas z matką wyje­chali, więc zapro­po­no­wa­łam, spró­bujmy, tak jak mówi­łeś.

Ojciec poka­zuje, jak wcią­gać do płuc, poły­kam dym, nie krztu­szę się, nic mi nie jest, zanie­po­ko­jony patrzy na mnie, mówi, tylko nie zaczy­naj, bar­dzo ciężko jest rzu­cić, za każ­dym razem jak rzu­ca­łem, męczy­łem się strasz­nie. Wrzy­nają nam się w boki sznury do bie­li­zny, ojciec opiera się ple­cami o wieko trumny, myślę sobie, że to dość śmieszny widok - ojciec z papie­ro­sem przy wła­snej trum­nie, nie zauwa­żam tego, kiedy roz­wie­szam pra­nie, ale teraz widzę i tak sobie pomy­śla­łam.

Odkąd pamię­tam, ona tu stoi, spo­koj­nie czeka, zagra­dza­jąc wyj­ście ewa­ku­acyjne przez bal­kon, zimą cza­sem ładu­jemy do niej jabłka, żeby nie zmar­zły. Tatku, pytam, dla­czego my tę trumnę trzy­mamy na bal­konie, wiem, że zbił ją sobie zaraz po śmierci mamy, mówił mi. Czy bałeś się wtedy, że umrzesz, pytam, on się uśmie­cha, mówi, ty przy­szłaś na świat, mama ode­szła, cią­gle myśla­łem, jak ten okru­szek mnie pochowa, gdyby było trzeba, ile to kło­potu dla wszyst­kich, lepiej samemu się przy­go­to­wać, na wszelki wypa­dek. Strzą­sam popiół z papie­rosa, spada na kapeć. Naj­go­rzej to zapo­mnieć, że nadej­dzie koniec, mówi, żyć jak głu­piec, a potem wycią­gnąć kopyta, to jest naprawdę straszne, więc ja nie zapo­mi­nam, posta­wi­łem tu ją sobie ład­nie na bal­konie, teraz wypa­da­łoby spraw­dzić, czy się jesz­cze zmiesz­czę wszerz. Oboje wybu­chamy śmie­chem, ojciec gasi nie­do­pa­łek na wieku trumny.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki