5
Kilka tygodni po przywiezieniu samochodu z Brighton, kiedy zapasy trawy znowu zaczynały topnieć, Darren zabrał się do szczegółowego planowania naszego pierwszego wspólnego wyjazdu do Amsterdamu. Uważnie analizował programy dokumentalne o niemieckich celnikach. Notował, kogo, gdzie i o jakiej porze przeważnie zatrzymywali. Odpowiedzi na standardowe pytania służb celnych ćwiczyliśmy po niemiecku z podziałem na role. Mnie rzecz jasna zawsze przypadała rola celniczki. Dzięki temu, że towarzyszyłam Darrenowi "na wycieczce", przełamywał stereotyp samotnego mężczyzny, który podczas podróży na pewno szmugluje trawę - byłam więc ważnym elementem mistyfikacji.
Zgrywając porządnego obywatela, Darren w białej koszuli, krawacie i marynarce wsiadał za kierownicę wypucowanego vauxhalla. Długie rękawy zakrywały jego niedbale wykonane tatuaże - trupią czachę ze skrzyżowanymi piszczelami pokrywającą większość lewego ramienia oraz bransoletę z drutu kolczastego opasającą prawe przedramię. Podejrzewałam, że jakiś kumpel uczył się na nim sztuki tatuażu. Muzyka także stanowiła ważny element kamuflażu. Skoro ulubieńcy Darrena, Black Sabbath i Bob Marley, zdecydowanie odpadali, sięgnęliśmy do mojej płytoteki, i tym sposobem Fryderyk Chopin, Beethoven i Mozart dołączyli do spisku. Wagner nie załapał się na przejażdżkę, gdyż po wysłuchaniu kawałka uwertury do Latającego Holendra Darren ocenił ją jako jazgot dla pomyleńców.
Po przyjeździe do Amsterdamu, ziemi obiecanej Darrena, poszliśmy do coffee shopu. Wieloletnia przyjaźń z jego właścicielem gwarantowała pierwszorzędne zioło w uczciwej cenie. Rozsiadłszy się w wytartym skórzanym fotelu, Darren degustował różne odmiany marihuany. Liczyły się aromat, smak i - przede wszystkim - efekt. Po dwudziestu latach nałogowego palenia Darrena interesowały wyłącznie najsilniejsze amsterdamskie skuny, czyli marihuana o najwyższej zawartości THC, często dodatkowo wzmocniona chemicznie. Po pół roku mieszkania w oparach stałam się biernym palaczem, który po samym zapachu umiał odróżnić dobre konopie od podłego zielska.
- Dużo o tobie słyszałem - zagadnął mnie naszpikowany kolczykami facet po sześćdziesiątce.
Spojrzałam na niego zdziwiona.
- Johnny, właściciel tej speluny - przedstawił się, energicznie ściskając mi dłoń. - Znamy się z Darrenem jak łyse konie. Jakieś dwadzieścia lat temu, kiedy Darren po raz pierwszy zwiał z domu, obaj pracowaliśmy tu jako barmani. Ten coffee shop był dla niego namiastką szczęśliwego domu rodzinnego, którego nigdy nie miał w Brighton. Wiem, że z tym swoim wybuchowym charakterkiem potrafi być nie do zniesienia, ale w głębi serca to dobry chłopak. Daj mu szansę... - Johnny zawiesił na chwilę głos, spoglądając mi badawczo w oczy - ...nie miał w życiu łatwo.
- Nie dość, że Darren cały czas użala się nad sobą, to jeszcze ciebie przysłał do pomocy? - zapytałam, rozglądając się po zadymionym pomieszczeniu.
- Jest na zapleczu - odpowiedział Johnny. - Wysłałem go tam, żeby wypróbował nowy, zajebisty towar zarezerwowany wyłącznie dla VIP-ów, więc na razie możemy w spokoju obrabiać mu dupę. - Zaśmiał się.
- Wiem, że matka Darrena przez całe jego dzieciństwo napuszczała na niego dwóch starszych braci, którym nigdy nie brakowało pomysłów na wyszukane tortury. Sama nie była lepsza i maltretowała Darrena, ile wlezie. A jak miała ataki schizofrenii, chowała się z nim w schowku pod schodami, żeby nie porwali ich Marsjanie. Podobno czasem nie wychodzili stamtąd godzinami.
- Zawsze marzyła o córeczce - powiedział Johnny. - Nigdy nie wybaczyła Darrenowi, że nie urodził się dziewczynką, i zawsze obwiniała go za wszystkie swoje życiowe niepowodzenia, łącznie z chorobą.
- A ojciec miał wszystko w dupie?
- Bardzo możliwe, że o niczym nie wiedział. Pracował w policji i prawie nigdy nie było go w domu.
- Darren jest synkiem gliniarza?! - Usłyszawszy tę rewelację, nie mogłam powstrzymać śmiechu. - Stąd ta jego awersja do mundurowych?
Johnny chciał coś odpowiedzieć, ale ugryzł się w język i po krótkiej chwili wahania zmienił temat:
- Spotkałaś go w trudnym momencie, zżera go tęsknota za córeczką Eryką. Mówił ci pewnie, że kiedy jego eks, Fiona, wpadła w depresję poporodową, przez pierwsze pół roku sam zajmował się niemowlakiem. Kiedyś przywiózł Erykę do Amsterdamu, żeby mi ją przedstawić. Była jego oczkiem w głowie - wspominał z nostalgią Johnny. - A teraz, wyobraź sobie, Fiona próbuje nie tylko pozbawić Darrena praw rodzicielskich, ale również zabronić mu wszelkich kontaktów z córką! - dokończył podniesionym głosem.
- Wcale się nie dziwię, na jej miejscu też za wszelką cenę starałabym się ochronić córkę przed świrem - stwierdziłam.
- Darren to wrażliwy facet... - zaczął. - Bez znieczulania trawą i alkoholem na pewno by się załamał. Czy nie mogłabyś potraktować go bardziej wyrozumiale?
- Wiem, że gdzieś tam pod skorupą skrywa miękkie serce - zgodziłam się. - Ale umie też być zimny i bezduszny. Nie będę mu matkować, musi sam wziąć się w garść. Jeśli pójdzie na odwyk, z chęcią go wesprę. - Uderzył mnie komizm słów wypowiedzianych do właściciela coffee shopu.
- Nie wiem, czy uda mu się zerwać z nałogiem, ale on naprawdę próbuje się dla ciebie zmienić... - usiłował mnie przekonać.
- Ej, stary, chcesz mi odbić dziewczynę?! - Nie wiadomo kiedy, stanął przy nas Darren. - On jest dla mnie jak ojciec, molu - powiedział, poklepując Johnny'ego po przyjacielsku po ramieniu.
Chyba raczej jak ojciec chrzestny - pomyślałam.
- Jutro rano wpadnę po towar. - Darren pożegnał się z Johnnym.
Dopiero po wizycie w coffee shopie zostawiliśmy bagaż w hotelu, a potem poszliśmy na przechadzkę. Po drodze mijało nas mnóstwo rowerów, będących tu, podobnie jak w Getyndze, popularnym środkiem transportu. Tu też biorą na części - pomyślałam, widząc przypiętą do latarni ramę, jedyną pozostałość po kolarzówce. Za dnia Amsterdam wydawał się bezpieczny, pominąwszy zakapturzonych nieznajomych, co rusz pytających: "Koka, kryształ, grzybki?".
- Spierdalaj! - Darren zdecydowanym ruchem, bez wysiłku, odsuwał dilerów na bok jak manekiny. - Dranie, naciągają narkoturystów na kiepski towar!
- Johnny wspominał, że poznaliście się, gdy nawiałeś z domu - zagaiłam znienacka. Korzystając z dobrego humoru Darrena, chciałam wyciągnąć z niego więcej szczegółów.
- Nie z domu, tylko ze szkoły dla trudnej młodzieży - uściślił pogodnie. - Kiedy skończyłem trzynaście lat, stałem się na tyle wysoki i potężny, że ani matka, ani bracia nie mogli się dłużej nade mną znęcać. A gdy kilka razy, w samoobronie - podkreślił - poturbowałem braci, matka przekonała ojca, żeby wysłać mnie do ośrodka wychowawczego. Powiedziała mu, że byłem nieobliczalny i agresywny, choć przecież tylko się broniłem.
- Oddali cię do poprawczaka?
- Wolę nazywać ten zakład szkołą specjalną z internatem. - Uśmiechnął się gorzko. - Matka chciała się mnie pozbyć z domu, a tata chyba wierzył, że pobyt w ośrodku sprowadzi mnie na właściwą drogę. Przestanę kraść, przeklinać, pić i wreszcie zmobilizuję się do nauki. Stało się odwrotnie. Skumplowałem się z dzieciakami mającymi znacznie większe problemy niż ja. Podpatrzyłem u nich kilka psychopatycznych zachowań, dzięki którym, jeśli sytuacja tego wymagała, mogłem z łatwością przekonać psychologów, że cierpię na poważne zaburzenia. - Roześmiał się z satysfakcją. - Spierdalaj! - rzucił, odsuwając kolejnego napastliwego dilera handlującego kwasem i herą.
- Mogę to sobie wyobrazić - powiedziałam z nutą zrozumienia. - Rodzice, próbując zapewnić mi jak najlepsze wykształcenie, posłali mnie do jednej z pierwszych prywatnych szkół w Polsce powstałych po upadku komunizmu. Nawet nie podejrzewali, że oprócz zdyscyplinowanej młodzieży spotkam tam także dzieciaki z bogatych, lecz nierzadko dysfunkcyjnych rodzin, rozładowujące stres alkoholem, narkotykami i seksem. Zmiana szkoły sprawiła, że w wieku dziesięciu lat straciłam złudzenia, pojmując, że życie nie jest wcale tak piękne i beztroskie, jak mi się wcześniej wydawało. Byłam jednak zbyt uparta, by ulec presji rówieśników, i zamiast chodzić na szalone imprezy, wybrałam towarzystwo książek, stając się...
- Outsiderem! - wykrzyknął rozpromieniony Darren. - Widzisz, molu, wcale nie jesteśmy aż tak różni, jak ci się zdaje.
Zatopieni we własnych światach, żyjemy na pozór razem, lecz w rzeczywistości osobno - pomyślałam. Co za popaprany związek.
Żeby nie popsuć miłej atmosfery, nie podzieliłam się z Darrenem tymi przemyśleniami.
- Po dwóch latach znudziło mnie towarzystwo świrów, więc z dwoma nieco normalniejszymi kumplami zwialiśmy z ośrodka - powrócił do swej opowieści Darren, przerywając krótką chwilę milczenia. - Ukradzionym mini morrisem dojechaliśmy do Harwich, a potem ukryci w ciężarówce załadowanej materiałami budowlanymi dotarliśmy promem do Holandii. Nielegalne przekraczanie granic jest zajebiste, musisz kiedyś spróbować. - Zachichotał jak nastolatek. - Przez kilka tygodni spaliśmy na ulicy, ale pewnego pechowego dnia kumple zostali złapani i deportowani. Za bardzo rzucali się w oczy, ja ze względu na wzrost i posturę wyglądałem znacznie doroślej, więc udało mi się złapać robotę barmana w coffee shopie, i tak poznałem Johnny'ego. Przez prawie dwa lata żyłem jak w raju... - Rozmarzył się na to wspomnienie. - Kto wie, może gdybym tamtego feralnego dnia nie próbował opylić swojego paszportu, żyłbym w Amsterdamie do dziś. Niestety, jak zwykle byłem spłukany, a brytyjskie dokumenty chodziły w doskonałej cenie i nie udało mi się oprzeć pokusie. Gdy dobijałem targu z jakimś podejrzanym typkiem, pojawiły się gliny. Facet zwiał z moim paszportem, a mnie aresztowali i deportowali. Na Wyspach udało mi się wywinąć, byłem nieletni, ale matka powiedziała, że w domu nie mam już czego szukać. Nie wiedząc, co dalej ze sobą począć, pojechałem do ciotki, bliźniaczki matki, do Australii. Prawie rok prowadziłem beztroski żywot kowboja, pędzając bydło po australijskich stepach. Po zakończeniu kontraktu, kiedy akurat pomieszkiwałem u ciotki, zjawił się z wizytą mój starszy brat. Pokłóciliśmy się, zaczęła się bójka, rozprułem mu nożem pół ramienia i znowu zostałem deportowany. Ale o tym, co było potem, pogadamy innym razem. - Darren lubił przerwać swe opowieści niczym Szeherezada.
Podczas przechadzki odwiedzaliśmy coffee shopy, Darren popalał trawę w bongo, a ja popijałam piwo. Ku mojej rozpaczy okazało się, że w Holandii, podobnie jak w Anglii, nie umieli lać piwa. Jeśli przez nieuwagę barmana w szklance pojawiła się odrobina piany, usuwano ją patykiem, o fachowo nalanym kufelku amstela mogłam tylko pomarzyć.
- Sąsiadują z Niemcami, a nie wiedzą, jak obchodzić się z tym szlachetnym trunkiem! - lamentowałam. - Cóż za barbarzyństwo!
- Im większa piana, tym mniej piwa, każdy głupi to wie - skwitował Darren. - Pij i nie marudź! Po czwartym kuflu piana stanie ci się obojętna.
Po zmroku amsterdamskie uliczki zaludniały się turystami poszukującymi mocniejszych wrażeń. Mieszkańcy miasta stronili od dzielnic, w których dilerzy i prostytutki zastawiali sidła na przyjezdnych. Do De Wallen, dzielnicy czerwonych latarni, dotarliśmy grubo po północy. Darren chciał, bym doświadczyła tutejszej atmosfery. Niektóre prostytutki wyginały się ponętnie w szkarłatnie rozświetlonych oknach, inne wodziły zblazowanym wzrokiem za przechodniami. Gdy jedna wysłała Darrenowi całusa, ten w odpowiedzi wyśpiewał na całe gardło: "Och, moja Lola, la-la-la-la, Lola". A wtedy jak na zawołanie dołączył do niego chórek podpitych Angoli. W odpowiedzi na zaczepkę wijąca się na rurze Lola pokazała im środkowy palec.
- Raz jako młokos prawie się nabrałem. Dopiero w ostatniej chwili pokapowałem się, że to facet, i zwiałem. - Skrzywił się na to wspomnienie, po którym dodał, że czas wracać do hotelu. - O tej porze zaczynają wybuchać burdy uliczne, szkoda byłoby zepsuć taki przyjemny wieczór przypadkowym mordobiciem - argumentował.