Dwunasty grudnia
To, co wprawia Hannę Tapper w stan przerażenia, to nie złudzenie, że
świat rozpadł się nagle na dwie części. Nie, krew tężeje w jej żyłach z powodu narastającego w niej powoli trudnego do opisania uczucia, że coś
jest nie tak. Jak gdyby ktoś przemeblował rzeczywistość, gdy na krótką
chwilę spojrzała w bok. Patrzy na stół w kuchni i próbuje sobie
przypomnieć tamten dzień, kiedy Bernard, jej mąż, przyniósł go do domu
pierwszego wspólnego lata. Pomalowała go na jasnoniebieski kolor jeszcze
tego samego wieczoru. Bernard uznał, że Hanna
wygląda seksownie w ciuchach roboczych i... ochrzcili ten stół. Później
farba schła znacznie wolniej, niż się spodziewali, a bluza Hanny
poplamiła się na plecach na niebiesko.
Dla odmiany akurat wtedy jej nie bolało.
Powinna się uśmiechnąć na to wspomnienie. Albo wręcz pomyśleć, że było
podniecające. Jednak z jakiejś przyczyny wydaje jej się nierzeczywiste,
jakby to nigdy się nie wydarzyło. Jak zachować niewzruszoną minę, gdy
świat próbuje nas wytrącić z równowagi? Hanna tłumaczy sobie, że obecna
sekunda niczym się nie różni od tej, w której otwierała list. Ale mimo
to wszystko wokół niej zamarło, jakby czas stanął w miejscu. A może jest
wręcz odwrotnie? Może czas pędzi na złamanie karku? Za oknem, po drugiej
stronie niebieskiego stołu, pada lekki śnieg. Pokrył ich malutki trawnik
cieniutką warstewką białego pudru. Płatki zdają się zawieszone w powietrzu.
Podobnie jak puls Hanny.
-?Co tam masz? -?pyta Bernard. -?Ktoś nam przysłał
życzenia na święta?
Hanna się wzdryga. Choć nie, tak jej się tylko wydaje. Na zewnątrz
wygląda spokojnie. Jedynie w jej wnętrzu coś wibruje. I nie chce, żeby
Bernard to dostrzegł. Mąż stoi obok niej i ściska w ręce resztę
korespondencji przyniesionej ze skrzynki. Hanna kręci głową. Ma
nadzieję, że ma obojętną minę.
-?Ktoś musiał się pomylić -?odpowiada, beztrosko wymachując kartką w powietrzu.
Ale ciało ją zdradza. Jak zawsze. Błyszcząca pocztówka zgniotła się w kurczowym uścisku jej dłoni. Trzy lata temu nareszcie udało się jej
zajść w ciążę, mimo protestów lekarzy. I to tu, na tym stole. Potem
oprawiła w ramki bluzę poplamioną farbą i zamierzała ją wręczyć
Bernardowi, gdy będzie mu przekazywała wiadomość, że został tatą. Ale
poroniła, zanim obraz zdążył zawisnąć na ścianie.
Bernard kładzie na stole pocztę, złożoną głównie z ulotek reklamowych,
po czym wyjmuje kartkę z dłoni Hanny. Przygląda się ilustracji
przedstawiającej mężczyznę w stroju żeglarskim, który mówi coś, co
wydrukowano w chmurce nad jego głową. Marszczy czoło.
-?Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin -?odczytuje.
Następnie otwiera kartkę.
Hanna wie, że jej mąż nie ma szans tego zrozumieć.
Trzęsą jej się nogi, ale nie chce upaść przy Bernardzie. Opiera dłoń na
stole i wbija wzrok w półmisek z wędlinami, który został tam po lunchu.
-?Dziwne -?stwierdza Bernard, obracając kartką, jakby szukał w niej
ukrytej treści. -?Urodziny obchodzisz dopiero w maju. W dodatku w środku
jest pusto.
Hanna wzrusza ramionami.
-?Może to kolejna reklama? -?rzuca Bernard. -?Chociaż... pewnie masz
rację. Ktoś musiał się pomylić.
Hanna przytakuje, choć tak naprawdę nie słucha jego słów. Bernard
wreszcie kładzie kartkę na stole, a Hanna uświadamia sobie, że długo
wstrzymywała oddech.
-?Ja dostałem furę pism z urzędu skarbowego -?oznajmia jej mąż. -?Lepiej
od razu się nimi zajmę. Pewnie chodzi o rejestrację mojej nowej firmy.
Bernard zgarnia swoje listy i wychodzi. Hanna opada na krzesło. Tylko
sekundy dzieliły ją od osunięcia się na ziemię. Wyjmuje z kieszeni
inhalator i bierze trzy głębokie wdechy, nie odrywając wzroku od kartki
leżącej na stole. Potem odkłada lek na astmę i wsuwa sobie dłonie pod
kolana. Jakby się bała, że kartka ją poparzy, jeśli jej dotknie.
Bernard w jednym się nie pomylił. Kartka nie jest zaadresowana do niej.
Ale Hanna wie, do czyich rąk powinna trafić. Czyje urodziny wypadają
tego dnia. Opatrzność zadbała nie tylko o to, by nie mogła założyć
własnej rodziny -?nie dane było jej nawet zachować pierwszej.
Życzenia są dla Cathrin.
Jej siostry, która nie żyje od dwudziestu lat.
David zerka na Florence rozmawiającą przez telefon. Wyszli na spacer z Kreskinem i David żałuje, że nie włożył cieplejszej kurtki. Za to buldog
francuski wydaje się nieporuszony chłodem i szczeka radośnie, próbując
kłapnąć wirujące w powietrzu płatki śniegu. I za każdym razem, kiedy mu
się to udaje, robi zdziwioną minę, że płatek się rozpuszcza. Nie
napadało zbyt wiele białego puchu, ale cienka warstewka pokrywająca
ziemię iskrzy się w słońcu. Ścieżka meandruje między drzewami w zagajniku rosnącym za osiedlem domków szeregowych, z których jeden
należy do Davida. Kreskin biega luzem. Zna drogę na pamięć.
David się cieszy, że Florence jest skupiona na rozmowie i nie patrzy w jego stronę, bo jest pewien, że ma na twarzy idiotyczny uśmiech. Wciąż
nie może uwierzyć, że Florence Tapper, dla której rzuciłby się na łeb,
na szyję w oko cyklonu albo wdrapał na wulkan i której widok sprawia, że
zapiera mu dech, jest jego. Choć ma zarazem prawie całkowitą pewność, że
lada chwila zrobi coś, co ją do niego zniechęci.
Florence się rozłącza i posyła mu uśmiech.
-?Przestań się na mnie gapić -?mówi. -?Nie widzisz, że próbuję pracować?
-?Komar ci tu siedział -?odpowiada David, muskając dłonią jej szyję tuż
nad czerwonym szalikiem.
Nie ma rękawiczek i dotyk jej skóry powoduje, że przechodzi go dreszcz
podniecenia. Wciąż nie potrafi dotknąć Florence, nie czując
natychmiastowej chęci rzucenia się na nią i zdarcia z niej ubrania. I nieważne, że temperatura sięga trzech stopni poniżej zera, bo jego ciało
płonie takim ogniem, że mogłoby stopić cały śnieg w promieniu kilku
metrów. David zdaje sobie sprawę, że to reakcja w stylu macho,
prymitywny zwierzęcy instynkt, a on przecież skończył już trzydzieści
pięć lat, ale jest, jak jest. I Florence chyba dobrze odczytuje jego
sygnały, bo odsuwa jego dłoń od
swojej szyi.
-?Serio? -?pyta, unosząc jedną dłoń. -?Komar? W grudniu?
Minęły dopiero dwa miesiące, odkąd oficjalnie zostali parą. Choć czy
naprawdę oficjalnie? Florence wciąż się trochę krzywi, kiedy David
nazywa ją swoją dziewczyną.
-?Może jednak pojedziesz ze mną jutro do Norrköpingu? -?pyta ją. -?Tylko
pomyśl, dwie noce w hotelu. Tylko ty i ja. Byłoby
superromantycznie.
Florence spogląda na niego i marszczy czoło.
-?Niech no się zastanowię... -?mówi. -?Proponujesz mi wspólny wypad na
NextTech, targi przyciągające publiczność złożoną w dziewięćdziesięciu
procentach z maniaków komputerowych płci męskiej...
-?Wyjątkowo inteligentnych ludzi -?wtrąca David.
-?...którzy przyjeżdżają tam po to, żeby posłuchać innych maniaków...
-?Przedsiębiorców.
-?...a wieczorami chleją piwo i grają w laserowy paintball?
-?To... nie jest obowiązkowe.
Florence gładzi się po brodzie, udając zamyślenie.
-?Podczas gdy alternatywą dla tego wyjazdu jest pozostanie w domu, w ciszy własnego mieszkania, z kieliszkiem wina i zachowywanie się jak
dorosły człowiek? -?dodaje, biorąc Davida
pod łokieć. -?Łatwy wybór -?kwituje.
Wyjmuje z kieszeni zgryzioną piłkę, na której widok Kreskin zaczyna
wymachiwać króciutkim ogonkiem.
-?Poza tym ktoś musi się zająć tym potworem -?dorzuca, po czym posyła
piłkę łukiem w powietrze, wzdłuż ścieżki.
Kreskin startuje za zabawką z takim zapałem, jakby pierwszy raz
przeżywał taką frajdę.
-?A mówiąc całkiem poważnie, mam już plany -?oznajmia Florence. -
Umówiłam się z moim dawnym promotorem.
Zaprosił mnie do Restauracji Gondolen.
-?Ha! Gdy nie ma kota, myszy harcują! -?wykrzykuje David. -?
To znaczy... yyy... Chodziło mi o to, że... Niech to szlag. Źle się wyraziłem.
-?On ma siedemdziesiąt lat -?odpowiada Florence, opuszczając pięść,
którą przed momentem lekko zdzieliła Davida w pierś.
David wzdycha. Potrafi poznać, kiedy przegrał. Ale chwyta rękę Florence
i przyciska ją z powrotem do swojej klatki piersiowej. Płatek śniegu
wylądował na jej rzęsach. Serce Davida bije mocno, jakby próbowało
wyskoczyć i spocząć na dłoni Florence. Chciałby jej wyjaśnić, że dni
spędzane bez niej są najnudniejszym czasem w jego życiu. Ale nic nie
mówi.
Wydarzenia z minionej jesieni zbliżyły ich do siebie. Zawdzięcza to
wszystkiemu, co David wtedy odkrył, począwszy od faktu, że jest jednym z trojga braci -?w dodatku trojaczków -?aż do tragicznej śmierci Johana
Arvidssona i Klausa Nordströma. Johan był jego terapeutą i pomagał
Davidowi radzić sobie z przypadłością polegającą na tym, że nie pamiętał
pierwszych dwunastu lat swojego życia. Klaus Nordström był komendantem
sztokholmskiej policji i członkiem tajnego klubu zwanego Towarzystwem.
To właśnie ono zleciło Johanowi opiekę nad Davidem oraz zadbanie o to,
by nigdy sobie nie przypomniał wydarzeń z dzieciństwa w Sm?landii. I jesienią David i Florence musieli się zmierzyć z zagrożeniem ze strony
członków tej organizacji.
Czyż można przejść razem taką próbę ognia i się do siebie nie zbliżyć?
Pierwszy lepszy psycholog po weekendowym kursie doszedłby do wniosku, że
właśnie dlatego David jest przekonany, że kocha Florence. Ale prawda
jest taka, że zapałał do niej uczuciem na długo przed wydarzeniami z jesieni. I po prostu potrzebował trochę czasu, by to zrozumieć.
Ale mimo to nic nie mówi. Florence już kilka razy nazwała go "straszną
przylepą". David nigdy wcześniej o tym nie myślał, ale zapewne fakt, że
dorastał w towarzystwie dwóch braci bliźniaków, wytworzyła w nim
potrzebę bycia blisko drugiej osoby. I pewnie z tej samej przyczyny -
paradoksalnie -?podświadomie sabotował wszystkie swoje dotychczasowe
związki. Sprawiał, że jego partnerki zaczynały tracić oddech. Tłamsił je
i przyśpieszał proces zbliżania się do siebie. Ale tym razem nie chce
popełnić tego błędu.
Kreskin wraca z piłką. Podbiega do Davida i kładzie się na boku w śniegu, jakby doznał nagłego paraliżu. Ale za moment przewraca się na
grzbiet, z łapkami w powietrzu i piłką w zębach. David wie, o co mu
chodzi.
-?Kto jest dooobrym pieskiem? -?mówi i schyla się nad zwierzakiem, żeby
podrapać go po brzuchu. -?Pokazałeś piłce, kto tu rządzi? Pokazałeś?
Kreskin mruczy z zachwytu.
-?Masz jakieś wieści od Samira? -?Ku rozczarowaniu buldoga David się
prostuje i przenosi wzrok na Florence. -?Policja coś ustaliła?
Media długo rozpisywały się o podwójnym zabójstwie
Arvidssona i Nordströma. A w pierwszych dniach prześcigały się w wymyślaniu teorii na temat zaangażowania komendanta w tę tajemniczą
sprawę. Policja konsekwentnie odmawiała komentarzy, więc po jakimś
czasie zainteresowanie dziennikarzy osłabło. Ale David i Florence
wiedzą, że śledczy mogą natrafić na trop prowadzący prosto do Davida i jego matki. I dzięki Samirowi -?ich uszom i oczom w komendzie -?są na
bieżąco z ustaleniami w śledztwie.
Kreskin najwyraźniej znudził się czekaniem, bo wstaje i kładzie piłkę u stóp Florence. Ta ją podnosi i rzuca w kępę drzew przy ścieżce. Psiak
przez krótką chwilę młóci śnieg łapkami, po czym wreszcie startuje z miejsca, nabiera prędkości, z głuchym pacnięciem przebija niską zaspę i wpada w zarośla.
-?Wciąż szukają powiązań między Klausem a Johanem -?odpowiada Florence.
-?Są przekonani, że pozabijali się nawzajem.
To w połowie prawda, bo Johan zabił Klausa. A odciski palców Klausa
znalazły się na rękojeści noża, którym pozbawiono życia Johana. Śledczy
nie mają jednak pojęcia, że Johana zamordował Sandro, nie są świadomi
również tego, że Sandro polował na Davida.
-?Sandro wykonał niezłą robotę, znikając po wszystkim bez najmniejszego
śladu -?dodaje Florence. -?Poza tym policja nie wie, że ty i ja tam
byliśmy i wszystko widzieliśmy.
Niestety nie mogą być pewni, że tak pozostanie. Wystarczy, że któryś ze
śledczych albo co bardziej zagorzałych reporterów ruszy głową i powiąże
Davida z tymi tragicznymi wydarzeniami. Bo to właśnie on jest wspólnym
mianownikiem łączącym Johana i Klausa.
Spośród drzew dobiega szczekanie Kreskina.
-?Może już czas, żebyśmy się odezwali do Urbana? -?proponuje David. -
Wiem, że musimy być ostrożni, ale żaden trop nie wskazuje na niego, a ja
chciałbym go o coś zapytać i bardzo mi zależy na uzyskaniu odpowiedzi.
-?Zniknął jeden z twoich braci -?odpowiada Florence. -?Naprawdę uważasz,
że Urban wie, co się z nim stało?
David dorastał z dwoma braćmi. Kiedy jeden z nich zmarł, David i drugi
brat próbowali uciec z domu. David uderzył się w głowę i stracił
przytomność oraz pamięć, ale bratu się udało. I od tamtego dnia minęły
dwadzieścia trzy lata.
Urban Jacobsson to nie tylko największy w kraju producent śrubek i właściciel nieruchomości, ale w dodatku jedyna osoba -?znana Davidowi i Florence -?która w swoim czasie należała do Towarzystwa. I w odróżnieniu
od Klausa jesienią próbował im pomóc. Bez Urbana David do dziś błądziłby
w ciemności. Albo byłby martwy.
-?Pomyślałam o tym samym -?dodaje Florence i ponownie wyjmuje telefon. -
Może rzeczywiście już pora się do niego
odezwać.
-?Na pewno się ucieszy... -?komentuje David z krzywym uśmieszkiem.
Podczas gdy Florence szuka w kontaktach nazwiska Urbana, David wchodzi
do zagajnika. Gdzie, u diabła, podziewa się ten pies? W końcu dostrzega
Kreskina. Buldog ma całą mordkę w śniegu i właśnie zakopuje coś z zapałem w świeżo wygrzebanym dołku. Spod warstewki ziemi wystaje coś
łudząco podobnego do czerwonej piłki.
-?Kreskin, gdzie masz piłkę? -?pyta go David.
Psiak odwraca głowę w jego stronę, stawia uszy i ziaje, podczas gdy jego
tylne łapki zakopują skarb.
-?Zgubiła się? -?zagaduje go dalej David. -?Co za szkoda! Musimy wracać
do domu.
Kreskin wydaje triumfalne szczeknięcie i przebiega obok swojego pana.
Wraca na ścieżkę, nie oglądając się w tył. David kręci głową.
Podchodzi do Florence, gdy ta właśnie kończy rozmowę.
-?Miałeś rację, mój telefon nie sprawił mu przyjemności -?stwierdza
Florence. -?Ale zgodził się z nami spotkać dziś po południu.
David odpowiada jej kiwnięciem głowy.
-?Ale nie rób sobie zbyt wielkich nadziei -?dodaje Florence na widok
jego miny. -?Twój brat zniknął dawno temu. Moim zdaniem szanse na to, że
wciąż żyje i że Urban wie, gdzie go znaleźć, są bardzo niewielkie.
-?Wiem -?przyznaje David i ponownie przytakuje.
Mimo to nie porzuca nadziei. Przez całe świadome życie czuł się
niekompletny. Jakby gdzieś po drodze zgubił kawałek siebie. I gdyby się
jednak okazało, że jego brat żyje i w dodatku
Urban wie, gdzie jest... poczułby się tak, jakby odnalazł tę brakującą
część.
Przystaje, obejmuje Florence i mocno ją przytula. Wciąga do płuc jej
zapach. Florence pachnie zimowym słońcem, letnimi kąpielami, przygodą i obietnicą. David znów karci się w myślach za swoje szablonowe myślenie.
Jej ciepło przenika jego ubranie i dociera do jego ciała. Florence nie
próbuje się wyswobodzić.
-?Kiedy wrócimy, będziesz moja -?szepcze, wtulony ustami w jej włosy. -
Zdążymy przed spotkaniem z twoją siostrą.
-?Nie sądziłam, że po wczorajszym tak szybko odzyskasz siły -?odpowiada
Florence, przywierając do niego jeszcze mocniej.
Jego ciało reaguje natychmiast. Florence unosi kącik ust, najwyraźniej
zadowolona z efektu, jaki na nim wywarła.
-?Lepiej dotrzymaj obietnicy -?szepcze mu do ucha. -?Bo jeśli nie
dotrzymasz, przez cały tydzień zmywasz gary.
Hanna spogląda na pierniczki przez szybkę piekarnika.
-?Niech to jasny szlag! -?wykrzykuje i otwiera drzwiczki.
Ciasteczka są czarne jak węgielki. Dosłownie przed chwilą wyglądały na
wciąż nieupieczone, więc zostawiła je jeszcze na
moment, ale ledwie zdążyła się odwrócić, a już się spaliły.
-?Co się dzieje? -?pyta Bernard, zaglądając do kuchni.
Odkasłuje, gdy swąd spalenizny dociera do jego nozdrzy. Hanna czuje, że
zaraz się rozpłacze. Próbuje powstrzymać
łzy. To nienormalne, ryczeć z powodu spalonych ciastek. Ale kuracja
hormonalna wytrąciła ją z równowagi. Hanna wie, że to jedyny powód jej
zmiennych nastrojów, jednak ta wiedza w niczym jej nie pomaga. Świat
sprzysiągł się przeciwko niej, a ona czuje się jak stara baba. W dodatku
tak beznadziejna, że nie potrafi nawet upiec durnych pierniczków.
-?Spokojnie, no już... Przecież to nic takiego -?uspokaja ją Bernard.
Wyjmuje blachę z pieca i kładzie ją na podstawce. Potem przytula Hannę.
-?To tylko kilka ciastek -?mówi.
-?Myślisz, że o tym nie wiem? -?Hanna pociąga nosem. -?Założę się, że
twoje idealne siostrunie nigdy nie spaliły pierniczków. Zwłaszcza
Florence...
-?Możliwe, że masz rację. Ale w przypadku Florence tylko dlatego, że
nigdy w życiu nie posunęła się do tego, żeby spróbować je upiec.
-?Ale gdyby się posunęła, na pewno wyszłyby jej świetne! Ona i David
będą mieli śliczne dzieci...
Bernard odsuwa żonę na odległość wyciągniętych rąk i zagląda jej w oczy.
-?Nie wybiegajmy tak daleko w przyszłość -?mówi.
-?Wiesz, o co mi chodzi -?mamrocze Hanna, spuszczając wzrok.
To z jej winy nie mogą się doczekać dziecka. Nieważne, co mówi o tym
Bernard. Zaczęło się, kiedy była nastolatką. Podczas miesiączki
strasznie bolał ją brzuch. To właściwie nie był ból, tylko uczucie,
jakby ktoś kroił jej ciało nożem. Miesiąc w miesiąc. W końcu lekarze
postawili diagnozę: endometrioza. Hanna była wtedy za młoda, żeby
zrozumieć wszystkie szczegóły, ale dotarło do niej tyle, że będzie
cierpiała ból do końca życia i zapewne nie zajdzie w ciążę drogą
naturalną.
W dodatku jedyny lek przynoszący ulgę w cierpieniu obniżał poziom
estrogenu, przez co przestała mieć owulację. Owszem, złagodziło to ból,
ale mogła zapomnieć o założeniu rodziny. Nie wspominając o ochocie na
seks. W zamian przyszło jej się pogodzić z dodatkowymi piętnastoma
kilogramami na wadze i kiepską cerą. Lata między piętnastymi a dwudziestymi piątymi urodzinami nie były najlepszym okresem
w jej życiu.
Ale potem poznała Bernarda i pierwszy raz ujrzała światełko w tunelu.
Barnard zaproponował, żeby spróbowali metody in vitro. Ale Hannie nie
wychodziło nawet to. I właśnie zaczęli piątą próbę. Być może ostatnią.
Bernard nie porusza tego tematu, ale już raz wspomniał o adopcji. Hanna
byłaby na jego miejscu strasznie rozczarowana, więc jest pewna, że
właśnie tak czuje się jej mąż. Mimo że on mówi coś
innego.
Jej rodzice, Sören i Anita, też ucieszyliby się z wnuków. Wprawdzie mają
już Adama, bratanka Hanny, i twierdzą, że są tym usatysfakcjonowani, ale
Hanna wie, jaka jest prawda.
Zwłaszcza że siostry jej męża mnożą się na potęgę. Pomijając Florence,
która jest na tyle bezczelna, że nawet nie próbuje. Ale na pewno, jak
większość kobiet, uważa macierzyństwo za oczywistość. Ma wybór. I jeśli
tylko zapragnie mieć dziecko, na pewno zajdzie w ciążę bez zdejmowania
ubrań.
Hanna zerka w lustro i zamiera na swój widok. Kimkolwiek jest osoba
patrząca na nią z drugiej strony, nie życzy sobie nią być. Pieprzone
hormony. Wie, że nie ma powodu złościć się na Florence. Ale dobrze jest
troszkę sobie ulżyć.
-?Muszę jeszcze chwilkę popracować nad artykułem o tacie -?mówi,
osuszając łzy skrawkiem papieru do pieczenia. -?Znalazłam jeszcze parę
osób, z którymi warto przeprowadzić wywiad. Mam nadzieję, że powiedzą mi
więcej, niż zdołałam ustalić do tej pory. Szczerze mówiąc, nie
spodziewałam się, że tak trudno będzie skłonić ludzi do mówienia o nim.
Przypomnisz mi, o której mamy być u twojej siostry?
-?Philomene prosiła, żebyśmy wpadli koło siódmej -?odpowiada Bernard.
Zerka na zegarek. -?Przypominam przy okazji, że idziemy do mojej siostry
i twojego brata. Na wypadek gdybyś zapomniała, że są małżeństwem.
-?Świetnie. Zdążę upiec nową porcję pierniczków.
Florence nie zdążyła nawet otworzyć drzwi w windzie, bo Marco, kierowca
i "człowiek od wszystkiego" Urbana Jacobssona, robi to za nią. Uśmiecha
się przy tym od ucha do ucha.
-?Florence! -?wykrzykuje. Ujmuje jej twarz obiema dłońmi i cmoka ją w policzki. -?Me allegro de verte!
Jego bujne wąsy łaskoczą ją w brodę.
-?Ja też się cieszę, że cię widzę, Marco -?odpowiada.
-?Urban czeka na was w salonie. -?Prowadzi ich korytarzem do mieszkania.
-?Niestety se?ora Kickan właśnie wyszła.
Drzwi do "skromnego" apartamentu Jacobssona w kamienicy przy Narvavägen
są otwarte na oścież. Niewykluczone, że cena najmu tego lokum byłaby
najwyższa w całym mieście, gdyby nie fakt, że Urban jest właścicielem
całego budynku.
Hol wyłożony marmurem wydaje się Florence większy, niż zapamiętała. Ma
wrażenie, że zmieściłoby się w nim jej całe mieszkanie. Przypomina
sobie, co Marco właśnie powiedział o Kickan, i zerka na Davida. On chyba
myśli o tym samym. Byłoby lepiej, gdyby żona Jacobssona wzięła udział w tej rozmowie. Władza, jaką sprawuje nad mężem, pomogła im już nie raz.
Marco odchrząkuje i podaje im dwie pary foliowych ochraniaczy na buty.
-?La se?ora kazała położyć białą wykładzinę w salonie -?
wyjaśnia.
"No jasne" -?myśli Florence. "Biała wykładzina. W środku zimy". Zakłada
worki z gumką na obuwie. David robi to samo. Potem wchodzą schodami na
piętro. Echo roznosi szelest ochraniaczy na parkiecie, ale gdy wkraczają
do salonu, wszystkie dźwięki cichną. Wykładzina wygląda jak kołdra
puszystego śniegu.
Florence spodziewała się, że gigantyczny telewizor na ścianie będzie
włączony i zobaczy fragment któregoś z ulubionych programów Jacobssona.
Ten rekin biznesu ma bowiem słabość do reality show dla gospodyń
domowych w dowolnym amerykańskim mieście. Ale ekran jest czarny, a Urban
czeka na nich na środku salonu. To zły znak.
-?Florence! Davidzie! -?wypowiada ich imiona i wita się z nimi
kiwnięciami głowy. -?Domyślam się, Florence, że poprosiłaś o spotkanie,
żebyśmy mogli formalnie zakończyć współpracę? Zatrudniłem cię do
reprezentowania Davida, a to już niepotrzebne. Mam podpisać jakiś
papier?
-?Yyy... Oczywiście, przygotuję rozliczenie -?odpowiada Florence. -?Nie
trzeba nic podpisywać, jutro prześlę ci mailem fakturę. Ale nie w tej
sprawie dzwoniłam. Mamy do ciebie jeszcze jedno pytanie.
Urban demonstracyjnie wzdycha i siada w fotelu. Zakłada nogę na nogę i łączy dłonie w piramidkę. "Okej" -?myśli Florence. "Znowu gramy w tę
grę. Niech ci będzie". Ona też jest w tym dobra.
-?Wy dwoje zawsze wymyślacie coś nowego -?komentuje Jacobsson.
Popełnił błąd, siadając. Florence robi dwa kroki w jego stronę i teraz,
chcąc z nią rozmawiać, Urban musi patrzeć w górę.
-?Brat Davida -?zaczyna prawniczka. -?Ten, któremu udało
się uciec.
Jacobsson ma niewzruszoną minę.
-?Rozumiem, dlaczego o nim wcześniej nie wspomniałeś -?włącza się David.
-?Do któregoś momentu wciąż była szansa
na to, że nic sobie nie przypomnę. Ale teraz już wiem, że ktoś mu wtedy
pomógł. Że całą tę naszą ucieczkę zorganizował ktoś z Towarzystwa. I nawet jeśli ciebie tam nie było, musiałeś coś wiedzieć. To wszystko, o co proszę. Powiedz mi, jak mogę odnaleźć brata.
Florence wie, że David bardzo się stara nie budzić w sobie wielkich
nadziei. Jego brat mógł przecież utonąć w jeziorze tamtej pamiętnej
nocy. Mimo to słyszy w jego głosie nutkę desperacji. Bo jego brat równie
dobrze może być pilotem samolotów pasażerskich, wykładać na
uniwersytecie, pracować jako przewodnik górski w Andach albo zawodowo
grać w pokera. A może jest bezdomny? Wszystko jest możliwe.
Urban kręci głową.
-?Nie powinieneś tu przychodzić -?mówi do Davida. -?Gdyby
Towarzystwo się dowiedziało, że tu jesteś... -?Milknie w połowie zdania.
Zapada cisza naznaczona niewypowiedzianą groźbą.
-?Ale się nie dowie -?odpowiada Florence. -?Bo nikomu nie powiesz o naszej wizycie, prawda?
Urban rozgląda się po pokoju. Zawiesza wzrok za plecami Davida i Florence i robi taką minę, jakby się nad czymś zastanawiał.
-?Chyba nie sądzicie, że już po wszystkim? -?odzywa się po chwili.
Florence zerka na Davida. Jacobsson nigdy wcześniej nie był skłonny do
takich wyznań.
-?Nie słyszeliśmy o Towarzystwie, odkąd napuściło na nas Sandra i Esbena
-?odpowiada Florence. -?Wygląda na to, że się wycofali, kiedy wkroczyła
policja.
Jacobsson kręci głową.
-?To nie Towarzystwo zatrudniło Sandra -?wyjaśnia. -?On to zrobił. I szczerze wątpię, żeby się wycofał.
Pewnie tylko czeka na odpowiednią okazję. Ale co ja tam wiem? Już od
dawna nie zwierza nam się ze swoich planów.
-?O kim ty mówisz? -?pyta David.
-?Sądzę, że wiesz. W swoim czasie spotykałeś go częściej niż nas.
David chwyta Florence za przedramię, a ona zagląda mu w oczy. I przez
sekundę widzi w nich przerażonego dziesięciolatka.
-?Ale nie po to tutaj przyszliście -?kontynuuje Urban, choć przemawia
tonem niedopuszczającym żadnych pytań. -?W kwestii twojego brata wiecie
właściwie wszystko. To było dawno temu. Muszę się pofatygować do mojej
skrytki bankowej i zajrzeć do starych papierów. Spotkajmy się ponownie
pod koniec tygodnia. Dam wam wszystkie materiały, jakie posiadam. W zamian za obietnicę, że później zostawicie mnie w spokoju. Nie chcę mieć
z tym więcej do czynienia. -?Robi pauzę, ale po chwili znów się odzywa,
tym razem o wiele przyjaźniejszym tonem: -?Nic chcę cię rozczarowywać,
Davidzie, ale od długiego czasu nie mam żadnych wieści.
-?Ale on żyje? -?rzuca David.
W jego oczach płonie tak wielkie podekscytowanie, że Florence boi się
eksplozji.
-?Nie mam pojęcia -?odpowiada Urban. -?Ale mam nadzieję,
że tak. Po tym, ile dla niego przeszliśmy...
-?My? -?pyta David z naciskiem. -?Czyli kto?
-?To... Nie mogę tego zdradzić -?stwierdza Jacobsson i odchrząkuje. -?Nie
gadaj za dużo na ten temat.
Urban milknie i marszczy czoło. Florence daje Davidowi dyskretny znak
dłonią, by odpuścił. Nie chce, by Jacobsson poczuł się postawiony pod
ścianą i wycofał się ze złożonej przed chwilą obietnicy. Zwłaszcza w sytuacji, gdy nie ma przy nim Kickan, która jako jedyna jest w stanie
wepchnąć go na właściwy tor.
-?Bardzo dziękujemy -?mówi z szerokim uśmiechem. -?Prześlę mailem
dokumenty dotyczące naszej współpracy i będę czekać na wiadomość w sprawie tych papierów. Obiecuję, że potem nie będziesz musiał nas więcej
oglądać.
Wysiliła się na rzeczowy, profesjonalny ton, żeby rozegnać emocje
obudzone wcześniejszą rozmową. Bo pod ich wpływem Urban mógłby się
wycofać.
-?Przekaż, proszę, nasze serdeczne pozdrowienia swojej wspaniałej żonie
-?dodaje. -?I Paulinie.
Wszyscy troje żegnają się uściskami dłoni, po czym Florence i David
wracają do holu. Marco czeka tam na nich, by odebrać ochraniacze na
obuwie. Florence świadomie zakończyła spotkanie wspomnieniem Pauliny -
dorosłej córki Jacobssona, z którą odzyskał kontakt dzięki Davidowi i Florence. Nie może tego powiedzieć wprost, ale Urban jest im winien
przysługę.
Napoleon stoi na pomoście i patrzy na zamarzniętą zatokę. Już prawie
noc. Choć to nie ma znaczenia, bo słońce i tak zaszło już około trzeciej
po południu. Chłody przyszły w tym roku wcześniej niż zwykle i trawnik
za plecami Napoleona wygląda jak gładka biała kołdra. Jedyne ślady,
jakie na niej widać, to odciski jego butów prowadzące nad brzeg. Lubi tu
przychodzić wieczorami. Uważa, że pomosty mają w sobie coś wyjątkowego.
Kuszą iluzją stałego lądu, ale w rzeczywistości są tylko
kruchymi językami wystawionymi w chaos i mrok. I stojąc na pomoście,
stoi się nad otchłanią.
Napoleon kręci głową. Nie ma czasu na filozofowanie, nieważne, czy
Nietzsche miał rację, czy nie. Spogląda na telefon w swojej dłoni. Już
najwyższa pora na następny krok, bo policja zdążyła trochę ochłonąć.
Potem nagle sobie uzmysławia, że skoro Sandro nie żyje, już nikt nie
nazywa go "Napoleonem". Bo to Sandro wymyślił to przezwisko. Mimo to
podoba mu się taka ksywka, chociaż cesarz Napoleon Bonaparte, jak na
jego gust, za bardzo rzucał się w oczy. Ale było w nim zarazem coś, co
sprawia, że Napoleon postanawia zostać przy tym pseudonimie. To
praktyczne mieć drugie imię dla tej części siebie, która musi czasem...
wziąć sprawy w swoje ręce. Istnieje więc on oraz Napoleon. Nie oznacza
to, że doznał nagłego rozszczepienia jaźni. Nie, bynajmniej nie oszalał.
Po prostu dzięki temu w jego sprawach będzie panował większy porządek.
Początkowy plan nie zakładał wyeliminowania Davida Lunda, tylko porządne
nastraszenie go. Ale, jak to bywa z planami, po drodze uległ on pewnej
modyfikacji. David Lund okazał się o wiele bardziej uparty, niż Napoleon
przewidywał, więc ostatecznie musi zniknąć. To jedyne rozwiązanie. I w zależności od tego, jak sprawy się ułożą -?a to, co wydarzyło się do tej
pory, przekroczyło jego najśmielsze wyobrażenia -?może się okazać, że ta
część planu zostanie zrealizowana bez większej zwłoki. Na szczęście w Towarzystwie wciąż są osoby, które zdają sobie sprawę z powagi sytuacji.
I które zapłaciłyby zbyt wysoką cenę, gdyby David zaczął mówić.
Napoleon odblokowuje telefon, wybiera numer i wciska zieloną słuchawkę.
I gdy tylko słyszy głos po drugiej stronie,
zaczyna wyjaśniać, co ma być zrobione. Nie trwa to długo, bo
osoba, z którą rozmawia, jest bystra i nie trzeba jej niczego powtarzać.
Nie to, co ta rozhisteryzowana, ciastowata oferma Urban Jacobsson.
Wiatr hula po Baggensfjärden, zdmuchując z zatoki śnieg. Napoleon
obejmuje się rękami, bo przenika go chłód. Zaczął wdrażać nowy plan już
kilka tygodni temu i do tej pory wszystko układa się po jego myśli.
Szukając w aparacie kolejnego numeru, rusza z powrotem do domu. Chwilę
później dzwoni do Urbana.
Ciastowate ofermy mają jedną zaletę -?da się je formować wedle własnej
woli.
Florence wysiada z taksówki prosto w zaspę. Wreszcie dotarli do
Philomene i Michaela. Spóźnieni, bo David aż nadto wywiązał się ze
złożonej jej wcześniej obietnicy. Florence boi się nawet spojrzeć na
zegarek. W dodatku w jednym bucie ma teraz mnóstwo śniegu.
Przeklinając pod nosem, wyciąga stopę ze skórzanego trzewika.
Natychmiast wpada do niego jeszcze więcej białego puchu. David wysiada
po drugiej stronie, z Kreskinem na rękach. Uśmiecha się łobuzersko na
widok Florence balansującej na jednej nodze, z butem w dłoni, próbującej
wytrzepać z niego śnieg.
-?Jedno słowo i nie żyjesz -?warczy Florence.
David przesuwa po ustach palcem wskazującym zetkniętym z kciukiem, jakby
zapinał zamek błyskawiczny. Zaraz potem udaje, że wyrzuca kluczyk. Ale
wciąż się uśmiecha. Tak bezczelnie, że Florence chętnie wymierzyłaby mu
policzek. Ale David jest na to zbyt przystojny. Zwłaszcza kiedy ma taką
zadowoloną minę. W odróżnieniu od niego wcale nie jest taka pewna, czy
czeka ich wspólna przyszłość, niemniej jednak podoba jej się to, co
łączy ich obecnie. Ale jej były mąż nauczył ją jednego -?że własne
uczucia mogą być złudne. David zdążył już nawet zaproponować, by razem
zamieszkali, na co Florence zareagowała atakiem paniki. Jej zdaniem
dobrze jest tak, jak jest. Przynajmniej zanadto się nie zranią, kiedy
przyjdzie im ze sobą zerwać.
Ulica, na której zostawiła ich taksówka, jest słabo oświetlona. Ciemność
rozprasza tylko kilka ustawionych z rzadka latarni. Za to mieszkańcy
niewielkich drewnianych domów dali z siebie wszystko, by to nadrobić,
dekorując ogródki lampkami i stawiając gwiazdy bożonarodzeniowe we
wszystkich oknach.
-?Czy ci ludzie powariowali? -?mamrocze Florence, wciąż podskakując z butem w ręce. -?Założę się, że udekorowali ogrody na święta już we
wrześniu i pewnie nie śpią po nocach z obawy, że sąsiad powiesi w tym
roku więcej girland ledowych i postawi więcej świecących reniferów.
-?A mnie się podoba -?oznajmia David. -?Dzięki temu robi się przytulnie.
No i przypomniałem sobie, że sam mam na tym polu zaległości. A ty?
Udekorowałaś już okna?
-?Grayson zabiera swoje rzeczy dopiero w przyszłym tygodniu -?odpowiada
Florence, wciągając trzewik. -?Nie kiwnę palcem, dopóki jego graty nie
znikną z mojego mieszkania.
Ma mokro w palcach. Kreskin próbuje się wyrwać z objęć Davida i o mało
mu się to udaje.
-?Zaraz cię puszczę -?mówi do niego David. -?Nie chcę tylko, żebyś
zmienił się w bałwana. Dokąd idziemy? -?zwraca
się do Florence.
Ta pokazuje skinieniem głowy na dom po ich prawej stronie. W odróżnieniu
od pozostałych ani na nim, ani w ogródku nie ma kolorowych lampek i dmuchanych mikołajów. I tak się tym odróżnia, że ów brak ozdób
świątecznych wydaje się coś manifestować. Lecz prawda jest taka, że
Philomene jest zainteresowana dekoracjami bożonarodzeniowymi w takim
samym stopniu, jak Florence. Kiedy Phil i Michael doczekali
się dziecka, podjęli próbę uczynienia domu nieco bardziej przytulnym,
kierowani tą samą ambicją, która napędza wszystkich świeżo upieczonych
rodziców. Ale gdy ich syn Adam zaczął mówić i już jako dwulatek
oznajmił, że świąteczne ozdoby są "niepraktyczne", dali sobie spokój.
Florence jest pewna, że zrobili to z poczuciem ulgi.
Wprawdzie kiedy była tu ostatni raz, dom był udekorowany od podłóg po
sufity, bo Adam obchodził właśnie dziesiąte urodziny i Phil postanowiła
się postarać. Ale najwyraźniej wszystko wróciło już do normy, co
Florence odnotowuje z uznaniem.
-?Okeeej... -?wysapuje David, jakby nagle zaczął się stresować. -?Mówisz,
że zaraz spotkam twoje siostry... Léontine i Philomene. No właśnie. Tak.
Będą tam. No i twój brat. Bernard. On też będzie. Kto jeszcze?
Przemierzają niewielki ogródek przed domem i kierują się do drzwi. Śnieg
skrzypi pod nogami, a wokół jest tak bajkowo, że David czuje się jak na
pocztówce.
-?Hanna, żona Bernarda -?odpowiada Florence. -?Jest siostrą
Michaela, męża Philomene. Wiem, że to trochę dziwny układ, ale tak się
porobiło w mojej rodzinie. Na pewno będą też rodzice Hanny, Anita i Sören. No i dwoje nastoletnich dzieci Léontine, ale one zaszyją się w jakimś ciemnym miejscu.
David spogląda na Florence szeroko otwartymi oczami.
-?Jesteś pewna, że o nikim nie zapomniałaś? -?pyta sarkastycznym tonem.
-?Jestem. To znaczy... oczywiście będą też mama i tato. Czyli Anders i Svea. Właściwie na początku umawialiśmy się u nich w domu, ale wyszło
inaczej.
-?Innymi słowy, będzie caaała twoja rodzina -?stwierdza David, z trudem
przełykając ślinę. -?No dobrze. Świetnie. Nie ma się czym stresować.
-?Ech, masz przecież ochroniarza -?rzuca Florence, zerkając wymownie na
Kreskina. -?A jeśli atmosfera zrobi się za gęsta, zawsze możesz uciec do
pokoju Adama i pograć na Xboksie.
-?Już lubię tego chłopaka -?stwierdza David.
Florence wciska dzwonek.
Kilka sekund później otwiera im Phil, ubrana w zielony sweter upstrzony
czerwonymi i białymi kuleczkami udającymi bombki choinkowe, ale jakimś
cudem nie sprawia wrażenia, jakby było jej w nim niewygodnie.
-?Jesteście wreszcie! -?wykrzykuje, po czym odsuwa się na bok, by
przepuścić gości w drzwiach. -?Witamy!
David bierze głęboki wdech.
Zostawiwszy okrycia w przedpokoju, przechodzą do salonu. Z ukrytych
głośników sączą się świąteczne przeboje, a w powietrzu unosi się zapach
grzanego wina, przez co nawet Florence udziela się atmosfera przyjęcia
gwiazdkowego. Michael wychodzi z kuchni i wręcza im po kubku gorącego
trunku.
-?Dobrze wam zrobi -?mówi i wyciąga rękę do Davida. -?Michael -
przedstawia się. -?Jestem mężem Philomene i tatą Adama. W kuchni jest
bufet, częstujcie się. Hanna napiekła pysznych pierniczków.
David ściska dłoń gospodarza, a potem wita się z pozostałymi członkami
rodziny. Florence jest ciekawa, jak się przy tym czuje. Nigdy dotąd nie
zastanawiała się nad tym, jak dużą ma rodzinę, ale w istocie -?kiedy
zejdą się wszyscy, mały dom jej siostry wypełnia się po brzegi. David ma
tylko mamę, z którą
w dodatku nie utrzymuje kontaktu, więc spędzałby święta samotnie, nie
licząc Kreskina.
Psiak dostaje miskę wody. Kiedy zaspokaja pragnienie, wpada do salonu i o mało nie podcina Bernarda. Biega jak szalony,
nie dając się nikomu pogłaskać, ale gdy wraca do przedpokoju, nagle
staje jak wryty, siada i wpatruje się w schody. Kilka stopni wyżej stoi
Adam. Trzyma w dłoni żółtą piłeczkę z buźką Smiley. Ściska ją
rytmicznymi ruchami. To piłeczka odstresowująca, którą dostał od Hanny.
Florence rzadko widuje siostrzeńca bez niej.
Chłopiec i pies mierzą się przez chwilę wzrokiem. Potem Adam się schyla
i podsuwa Kreskinowi pod nos najpierw rękę, potem piłkę. Florence
jeszcze nigdy nie widziała buldoga siedzącego w takim skupieniu. A gdy
Adam zaczyna go głaskać, mogłaby przysiąc, że psiak dosłownie się
rozpływa.
-?Ten twój David ma dodatkowe punkty za futrzaka -?szepcze jej do ucha
Phil. -?Jeśli go rzucisz, zadbaj o to, żeby zwierzak został z tobą.
-?Ja też życzę ci wszystkiego dobrego na nadchodzące święta -?odpowiada
Florence.
Stukają się kubkami z grzanym winem.
W salonie siedzi również dwoje nastoletnich dzieci Léontine.
Alvar i Naomi. Rodzeństwo zaszyło się w kącie, jak przepowiedziała
Florence. Odkąd Alvar dorósł na tyle, by samodzielnie wybierać sobie
ubrania, nosi wyłącznie czerń, ale jeśli
Florence nie myli wzrok, dostrzega renifera na jego swetrze. A konkretnie szkielet zwierzęcia. Małolaty siedzą z nosami w telefonach i robią wszystko, by sprawiać wrażenie, iż nie biorą udziału w czymś tak
beznadziejnym jak przyjęcie z okazji Dnia Świętej Łucji. W dodatku o jeden dzień za wcześnie. I w towarzystwie całej rodziny. Ale oboje
pogryzają tradycyjne bułeczki szafranowe pieczone specjalnie na tę
okazję. W śnieżnobiałych włosach Naomi, co do których Florence od dawna
żywi poważne podejrzenie, że są peruką, ale boi się zapytać, tkwi
maleńka, ale krwistoczerwona spinka.
Rodzice zdążyli już porwać Davida i opowiadają mu z ożywieniem o nowym
domu we Francji.
-?To właściwie nie jest dom -?wtrąca Léontine. -?Tylko chatka. W dodatku
grozi zawaleniem.
-?Ale jaka malownicza! -?protestuje tato. -?I stoi tak blisko winnicy,
że wychodząc na dwór, można się potknąć o krzew winorośli!
-?W takim razie uważajcie, żeby się nie połamać -?dorzuca ze śmiechem
Hanna.
David odwraca się w jej stronę.
-?Florence mi powiedziała, że jesteś dziennikarką -?mówi. -?Pracujesz
nad jakimś artykułem?
Hanna posyła szwagierce karcące spojrzenie. Florence bierze duży łyk
wina. Alkohol spływa jej ciepłą falą do żołądka. Podziwia zaangażowanie
Davida. Poza tym technika skłaniająca innych do mówienia o sobie jest
bardzo skuteczna. Nie może wiedzieć, że Hanna to trudny przypadek.
-?Tak, ale nie sądzę, żeby to tak naprawdę zaciekawiło
kogoś oprócz mnie -?odpowiada Hanna ze zmarszczonym czołem. -?Pracuję
nad portretem mojego biologicznego ojca. Dla sobotniego dodatku "Dagens
Nyheter".
-?Biologicznego? -?powtarza David zaskoczonym tonem.
Zerka niepewnie na Florence.
Ta dostrzega zagubienie w jego spojrzeniu. "Cholera jasna" -?przeklina w myślach. Nie opowiedziała mu o tym. Ale nie spodziewała się, że ten
temat wyjdzie już w jego pierwszej rozmowie ze szwagierką.
-?Sören i Anita adoptowali mnie po śmierci moich rodziców -?wyjaśnia
Hanna. -?Byłam wtedy dzieckiem i niewiele pamiętam.
-?Oj, przepraszam. Nie wiedziałem -?tłumaczy się David.
Znów patrzy bezradnie na Florence, która sączy resztkę wina. Jest zła na
siebie, bo Hanna i tak już za nią nie przepada, a teraz jeszcze to.
Radosne dźwięki świątecznych przebojów nie rozpraszają krępującej ciszy.
Na szczęście kilka sekund później robi to dobiegający z korytarza
triumfalny okrzyk
Michaela.
-?Adam i ja pracowaliśmy nad tym cudem całe przedpołudnie! -?oznajmia
gospodarz, stając w progu salonu.
Ostrożnie wchodzi do środka i stawia na stole domek z piernika opatrzony
przyczepionym do dachu szyldem "Hotel Dziadka i Adama".
-?Ale dziadka jeszcze nie ma! -?protestuje Adam, nie przerywając
głaskania Kreskina.
Psiak leży na plecach i wystawia brzuch do drapania.
-?Och, kochanie... -?wtrąca Anita. -?Sören złapał okropne przeziębienie i musiał zostać w domu. Nie chciał cię zarazić. Dlatego przyszłam sama.
-?Okej, w takim razie nie możemy go zjeść! -?zarządza Adam. -?Domek jest
dla dziadka.
Michael kładzie piernikowe arcydzieło na ławie przed kanapą. Nie
zabrakło w nim szczegółów -?jest nawet Święty
Mikołaj przymierzający się do wejścia do komina, szyld ma ramkę z galaretki malinowej, a pod ścianami budynku są kłębki
waty udające śnieg.
-?Jasne, że zaczekamy, aż kierownik hotelu wyzdrowieje -?zapewnia
Michael, otrzepując dłonie z okruszków. -?Może zadzwonisz do dziadka
przez FaceTime i pokażesz mu
nasze dzieło?
Adam przytakuje i wraca do głaskania Kreskina.
-?Wracając do tematu, ojciec Hanny był wielkim filantropem. -?Bernard
obejmuje swoją żonę ramieniem. -?Wspierał
wiele organizacji charytatywnych i wiele z nich przestałoby istnieć bez
jego wsparcia. A przy tym zawsze trzymał się w cieniu. Najwyższy czas,
żeby ludzie poznali jego zasługi, bo minęło już dwadzieścia lat.
-?Od czego? -?dopytuje ostrożnie David.
Przy stole zapada cisza. Anita zamarła w połowie gestu, z kubkiem
grzanego wina w drodze do ust. Wszyscy patrzą na Hannę, a ona wpatruje
się we własne kolana.
-?Od jego śmierci -?odpowiada po chwili. -?Od wypadku, w którym zginęła
cała moja rodzina.
Czternasty grudnia
David patrzy, jak Pär znika w tłumie, slalomując między ludźmi w kierunku obleganego baru. Konferencja odbywa się w centrum koncertowym i konferencyjnym Louis De Geer w Norrköpingu. Przyjechało na nią prawie
półtora tysiąca programistów z całej Szwecji. Firma Davida oddelegowała
jego, Bjarnego i Pära. I teraz, po dziesięciu godzinach wykładów,
uczestnicy marzą tylko o tym, by zwilżyć gardła i posłuchać
najgorętszych branżowych plotek.
Po dramatycznych wydarzeniach w dawnym domu Davida i jego mamy, które
rozegrały się dwa miesiące temu, był przekonany, że trudno mu będzie
wrócić do pracy. Okazało się jednak, że właśnie ona okazała się
najlepszą terapią. Bo kiedy
David pisze kod, wszystko staje się czarno-białe. Coś albo działa, albo
nie. Trzeba na bieżąco wyszukiwać błędy i wszystko widać gołym okiem. I nawet jeśli programowanie prowadzi czasem do nieoczekiwanego rezultatu,
to i tak nic w porównaniu z chaosem, jaki panuje w jego głowie. David
zaczął odzyskiwać wspomnienia z dzieciństwa. Choć większość z nich to
tylko fragmenty. I wciąż nie potrafi rozstrzygnąć, którym z nich może
zaufać, a którym nie. W dodatku dalej nie umie opisać swojej relacji z matką. Do niedawna zakładał, że cierpi ona na zaburzenia zdolności do
odczuwania empatii i z tego powodu nigdy nie okazywała mu ciepłych
uczuć. Ale tam, w ich dawnym domu, nieoczekiwanie ujawniła inną twarz. A potem znowu zniknęła.
Kiedy David programuje, w jego głowie nie ma miejsca na te wszystkie
myśli. Bo jakkolwiek skomplikowany czy zaplątany byłby kod, i tak zawsze
będzie tylko tym, czym jest. Florence żartowała sobie z tej konferencji,
ale David naprawdę się cieszy, że tu przyjechał.
Nieoficjalna część przeniosła się do Pubu Bishops Arms -?szwedzkiego
odpowiednika McDonalda, bo większość uczestników mieszka w Grand Hôtelu
sąsiadującym z centrum konferencyjnym. Kiedy David wszedł do baru, od
razu pomyślał, że rzadko wystrój jakiegoś miejsca -?w tym wypadku
pseudobrytyjski, z wykończeniem z ciemnego drewna -?tak bardzo gryzie
się z klientelą. Wszyscy tu mają na sobie podkoszulki z hasłami i żartami zrozumiałymi wyłącznie dla tych, którzy znają dany język
programowania albo ubrali się w jasne pasiaste koszule z sieciówki MQ, a do tego włożyli obowiązkowe okulary w drucianych oprawkach. Wygląda na
to, że owa klientela dzieli się również na dwa wyraźne podtypy -?ten,
który, jak David, spędza sporo czasu na siłowni, oraz ten, który
inwestuje czas w pielęgnowanie piwnego brzucha. I nawet gdyby większość
tych ludzi nie miała na szyi smyczy z konferencyjnym identyfikatorem,
każdy by się zorientował, że lokal został przejęty przez nerdów.
Dla Davida to sami swoi. I jest z tego dumny.
Zerka na zegarek, a potem rozprostowuje plecy. Kręgi protestują w reakcji na ten nieczuły ruch. Jezu, naprawdę już kwadrans po ósmej?
Ostatnia prelekcja miała się skończyć o wpół do szóstej. Kto powiedział,
że ludzie z branży IT to małomówni introwertycy nienawidzący występować
na scenie?
-?No i co myślicie o Manuelu Riddersjö? -?pyta Pär, który właśnie wrócił
z baru z trzema butelkami piwa i miseczką
czegoś, co przy ogromnej dawce dobrej woli można by nazwać
minikabanosami. Stawia piwo na stoliku przed Davidem i Bjarnem, po czym
sięga do naczynia i wkłada sobie kiełbaskę do ust. Bjarne ma na sobie
podkoszulek z logo zespołu
Run DMC przerobionym na RUN CMD. David uśmiecha się i kręci głową.
-?Osiągnął niezły sukces, co nie? -?mówi dalej Pär. -?Wiedziałem, że
zaczął jako bardzo młody chłopak, ale jego historia
i tak zwala z nóg.
Manuel Riddersjö to prawdziwa legenda -?nie tylko wielki biznesmen, ale
również wizjoner w branży IT. Był nastolatkiem, kiedy stworzył swoją
pierwszą grę, a działo się to akurat
w czasach, kiedy na rynek wchodziła grafika 3D, i podczas gdy jego
konkurenci skupiali się na modelowaniu poligonalnym i tworzeniu
trójwymiarowych światów, Manuel poszedł w przeciwną stronę. Nadał swojej
grze nazwę Dom i opierała się ona przede wszystkim na przygodzie
tekstowej. Innymi słowy, nikomu nieznany Szwed stworzył coś na podstawie
przestarzałej technologii. To nie miało prawa się udać. Ale gra została
przetłumaczona na wszystkie wielkie języki i sprzedała się w milionach
egzemplarzy. A ponieważ Manuel stworzył Dom w pojedynkę, niemal z dnia
na dzień został milionerem. I to wszystko przed dwudziestką. David
mógłby się założyć, że wielu uczestników tegorocznej konferencji
NextTech wybrało sobie ten zawód właśnie dzięki Manuelowi.
Podczas prelekcji Riddersjö wyjaśnił, że jego wizja związana z Domem
sprowadzała się do tego, by móc "kontrolować dystrybucję pewnej
narracji". Cokolwiek to miało znaczyć. I jak zwykle, Manuel miał na
sobie rzucający się w oczy strój -?białą marynarkę ozdobioną setkami
migoczących kryształków, naszytych tak, jakby wylano je z wiaderka na
ramiona, a one ściekły na pierś.
Kiedy go słuchali, Pär pokazał w którejś chwili na łysego mężczyznę
stojącego w półcieniu z boku sceny. Ubrany w ciemnoszary garnitur,
czarny krawat i okulary przeciwsłoneczne, stanowił istne przeciwieństwo
barwnego Manuela. Pär wyjaśnił kolegom, że to Pascal, mąż Riddersjö. Są
parą, odkąd Manuel zaczął pisać swoją grę, ale tak naprawdę Pascal wciąż
pozostaje jedną wielką zagadką.
-?Zgoda, zdolny z niego człowiek -?przyznaje Bjarne, sięgając po butelkę
piwa. -?Ale nie jestem pewien, czy świat potrzebował czegoś takiego jak
ShoutOut.
-?Gdyby nie on go stworzył, prędzej czy później zrobiłby to ktoś inny -
odpowiada Pär i pakuje do ust następną kiełbaskę. -?On po prostu zawsze
jest kilka kroków przed innymi.
ShoutOut był drugim dzieckiem Riddersjö. Świeżo upieczony milioner
wykorzystał część pieniędzy na założenie forum internetowego. Miał wtedy
dwadzieścia dwa lata.
Najważniejsza zasada forum sprowadzała się do tego, że ci, którzy z niego korzystają, ponoszą pełną odpowiedzialność za zamieszczane przez
siebie treści. I tak to działało przez jakiś czas -?forum prędko zaroiło
się od teorii spiskowych, plotek i hejtu. Później pojawił się Flashback,
skopiował pomysł i ostatecznie to on zyskał większą popularność. Mimo to
ShoutOut wciąż cieszy się dużym zainteresowaniem i w pewnym sensie
panuje na nim większa swoboda wypowiedzi niż na Flashbacku.
-?Bo najgenialniejszym posunięciem Manuela nie było wcale
samo forum -?ciągnie Pär -?tylko fakt, że komentowanie jest płatne, a samo czytanie już nie.
David też słuchał prelekcji Riddersjö, ale nie był aż tak zachwycony jak
kolega.
-?Czyli wszyscy mogą patrzeć, jak ktoś cię atakuje, ale jeśli chcesz
odpowiedzieć, musisz wyskoczyć z kasy -?podsumowuje. -?To demokracja w najcyniczniejszym wydaniu.
-?Myślałby kto, że taki z ciebie idealista! -?Pär się śmieje. -?
Po prostu mu zazdrościsz, bo nie stać cię na takie drogie ciuchy.
Kiedy Manuel Riddersjö dorobił się wielkich pieniędzy, stworzył własne
imperium medialne. Obecnie ograniczało się ono do współfinansowania
dwóch komercyjnych stacji telewizyjnych oraz prowadzenia wydawnictwa
publikującego kilka czasopism. Sam przyznał podczas wykładu, że słowo
drukowane nie jest dziś najlepszą formą zarobku, ale nie można pozwolić,
by co ambitniejsza kultura i polityka utonęły w komercyjnym wrzasku.
-?O wilku mowa... -?wtrąca Bjarne, pokazując skinieniem głowy na drzwi.
W progu stoi Manuel Riddersjö we własnej osobie. Wciąż ma na sobie tę
samą krzykliwą marynarkę, a na twarzy ten sam uśmiech wyrażający
pytanie: Gdzie się podziały kamery? Pascal stoi za nim, jak zwykle w cieniu. W lokalu zapada cisza. Wszystkie spojrzenia spoczywają na znanym
przedsiębiorcy. Davidowi przemyka przez myśl, że wcale by się nie
zdziwił, gdyby pianista w kącie też nagle przestał grać. Bo to tego typu
wejście.
Manuel omiata wzrokiem tłum i ma przy tym taką minę, jakby nie zauważył
wrażenia, jakie robi na zebranych. Kiedy dociera spojrzeniem do stolika
Davida, ten mógłby przysiąc, że Riddersjö leciutko drgnął i zatrzymał na
nim wzrok odrobinę dłużej. Ale wcale go to nie dziwi, bo podczas
prelekcji zadał Manuelowi pytanie, czy zdecydował się na wejście do
biznesu medialnego po to, by móc "kontrolować dystrybucję pewnej
narracji". Riddersjö udzielił mu wyuczonej odpowiedzi.
Moment przemija. Manuel toczy wzrokiem dalej, a jego twarz przez cały
czas wyraża tę samą pewność siebie. I za chwilę, jakby za dotknięciem
czarodziejskiej różdżki, tłum w barze wraca do przerwanych rozmów.
-?Nie patrzcie w tamtą stronę, ale on idzie prosto do nas -?mamrocze
Bjarne.
Pascal przesuwa dłonią po łysej głowie i rusza do baru, ale Manuel
rzeczywiście kieruje się do ich stolika.
-?Cześć! -?rzuca, wyciągając rękę do Davida.
Pär krztusi się kiełbaską.
-?Dzięki za pytanie, które zadałeś podczas mojego wystąpienia -?mówi
Riddersjö, prezentując garnitur śnieżnobiałych zębów. -?Nie każdy ma
odwagę o to pytać. Ale cieszę się, że to zrobiłeś, bo miałem szansę się
do tego ustosunkować.
-?Przepraszam, jeśli moje pytanie zabrzmiało jak próba postawienia cię
pod ścianą -?odpowiada David. -?Ale nasunęło mi się jako coś
oczywistego.
Pär ma taką minę, jakby miał ochotę zapaść się pod ziemię.
-?No właśnie! -?wykrzykuje Manuel i uśmiecha się jeszcze szerzej. -?Masz
na imię David, dobrze zapamiętałem?
David zerka w dół na swój identyfikator. Riddersjö przymruża powieki,
jakby czekał na reakcję. Podszedł do nich nie więcej niż dwadzieścia
sekund temu i wypowiedział same miłe słowa pod adresem Davida, lecz mimo
to David nie może oprzeć się wrażeniu, że ten młody rekin biznesu
próbuje go wybadać. Manuel milczy jeszcze przez kilka sekund, po czym
wyjmuje z kieszeni wizytówkę i podaje ją Davidowi. Zerka w stronę baru,
ale Pascal dla odmiany stoi zwrócony plecami do niego.
-?Dzwoń do mnie śmiało, jeśli będziesz miał jakąś sprawę -?rzuca
półgłosem do Davida.
Davidowi na moment odbiera mowę, więc tylko przytakuje.
-?Was też miło było poznać -?dodaje Manuel, spoglądając na Pära i Bjarnego.
Pär ujmuje dłoń przedsiębiorcy z takim wyrazem twarzy, jakby zaraz miał
się rozpaść na atomy.
W końcu Manuel się odwraca i odchodzi, żeby dołączyć do Pascala.
-?Mogę zobaczyć? -?pyta Pär i nie czekając na odpowiedź, wyciąga
wizytówkę z ręki Davida.
Studiuje ją przez chwilę i waży na palcach.
-?Nie sądziłem, że w dzisiejszych czasach wciąż używa się wizytówek -
mówi. -?Ale może tak trzeba, kiedy się wejdzie na odpowiednio wysoki
poziom. Na tej jest przynajmniej kod QR.
-?Fanboy przemówił... -?rzuca David.
Odbiera kartonik i chowa go do kieszeni marynarki wiszącej na oparciu
krzesła.
-?Czy mi się wydawało, czy wielki Manuel Riddersjö właśnie próbował cię
poderwać? -?pyta Bjarne, uśmiechając się od ucha do ucha.
-?Nie mam pojęcia -?odpowiada David.
Marszczy czoło.
Wciąż mu się wydaje, że Manuel chciał mu coś powiedzieć, ale
zrezygnował, uznawszy, że nie jest to przeznaczone dla postronnych uszu.
Choć to niedorzeczny pomysł, bo David spotkał go dziś pierwszy raz. Ale
mimo wszystko... Zerka kątem oka za plecy Pära. Manuel stoi przy barze
otoczony wianuszkiem programistów i na nowo odpalił swój uśmiech za
milion dolarów. Za to Pascal patrzy w inną stronę. I choć wciąż ma na
nosie okulary przeciwsłoneczne, David mógłby przysiąc, że świdruje
wzrokiem właśnie jego.
Florence bierze głęboki wdech i otwiera drzwi do Restauracji Gondolen.
Przyszła dwie minuty przed czasem ustalonym z Markusem Str?hlem. Ale
jeśli się nie zmienił, siedzi przy stoliku co najmniej od dziesięciu
minut. "Wyluzowany" -?to słowo, którego nigdy by nie użyła, opisując
swojego dawnego mentora. Ale był jednym z najlepszych prawników w kraju.
I właściwie ciągle nim jest, choć obecnie nie pracuje już tyle co
dawniej.
Florence odbywała praktyki w jego kancelarii, kiedy miała dwadzieścia
jeden lat, i Str?hle, uważany za postrach wszystkich młodych adeptów
prawa, niemal od razu wziął ją pod swoje skrzydła. Nie tylko został jej
mentorem, ale też zrodziła się między nimi przyjaźń. Ponieważ jednak
branża, którą sobie wybrali, nie pozostawia wiele czasu na życie
prywatne, w ostatnich latach prawie się nie widywali. Ale utrzymywali
kontakt. Kiedy więc Markus nagle zadzwonił i poprosił ją o spotkanie,
Florence uznała to za ważne wydarzenie. I teraz, schodząc po schodkach
do sali restauracyjnej, czuje, jakby znów była dwudziestolatką.
-?Weź się w garść! -?upomina samą siebie w drodze do szatni. -?
Jesteś już dorosła!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki