Układ - Piotr Kościelny
39.99 zł
30.79 zł
(23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Wrocław, czerwiec 2010 r.
Patrzył na leżące na chodniku zwłoki.
Kojarzył tego zbira. To Loczek - jeden z rekieterów zbierających haracze dla grupy Maruchy. Gang powiązany był z kibicami wrocławskiego Śląska. Dzięki sporej siatce dilerów Marucha rozprowadzał narkotyki w całym mieście. Obecnie była to najbardziej licząca się grupa we Wrocławiu. Podlegało jej kilka mniejszych, nie tak liczących się gangów. Śmierć Loczka z całą pewnością zwiastowała kłopoty.
Spojrzał na zegarek - dochodziła szósta rano. Odpalił papierosa, zaciągnął się głęboko i spojrzał w stronę pobliskiej agencji towarzyskiej. Później będzie musiał tam pójść i rozpytać obsługę. Przez chwilę palił w milczeniu, po czym pstryknął niedopałek w bok. Z kieszeni spodni wyjął parę rękawiczek lateksowych i założył je.
- Co myślisz? - spytał aspirant Adrian Tomala.
Grot przykucnął i odchylił głowę Loczka, ukazując ranę na potylicy.
- Egzekucja.
- Myślisz, że załatwił go Marucha?
- Nie wiem. Nie chcę gdybać. Może Loczek wypadł z obiegu? A może robił bossa w chuja? Popytamy ucholi i zobaczymy, czy któryś powie nam coś ciekawego.
Wyprostował się i zatoczył głową kilka kółek, by rozluźnić kark.
- Mameja przyjechała - powiedział Tomala.
Grot spojrzał w stronę nadjeżdżającego fiata punto. Za kierownicą siedział komisarz Godlewski, naczelnik wydziału zabójstw komendy wojewódzkiej policji.
- Nie drażnij go. Facet za kilka dni idzie na urlop. Myślami już pewnie jest na działce. Nie chcę, żeby się nam wpierdalał w śledztwo.
Godlewski wysiadł ze służbowego auta i ruszył w ich kierunku.
- Co tu się stało? - spytał bez zbędnych wstępów.
- Loczkowi coś do łba strzeliło - mruknął Grot.
Naczelnik popatrzył na niego wyraźnie zaskoczony.
- Jak strzeliło? Co przez to rozumiesz?
- A co można rozumieć? Facet dostał kulkę. A naczelnik myślał, że co? Że Loczek wpadł na jakiś genialny pomysł?
- Grot! Nie prowokuj mnie, bo się zdziwisz.
- Już jestem zdziwiony. A każdy dzień przynosi kolejne zaskoczenia.
Godlewski mierzył go wzrokiem w taki sposób, jakby chciał go zabić.
Grot ściągnął lateksowe rękawiczki i wyjął z paczki papierosa, po czym odpalił go i wydmuchnął dym prosto w twarz naczelnika. Zdawał sobie sprawę, że to niegrzeczne, ale miał to gdzieś.
- Trzeba będzie się przejść w stronę tamtej agentury. Może jakaś panienka coś widziała.
- Ja to załatwię - oznajmił Godlewski.
Grot spojrzał na niego i pokręcił głową.
- Lepiej nie. Naczelnik niech jedzie do fabryki i ogarnie jakieś wsparcie.
- Jakie wsparcie?
- Będziemy potrzebowali pomocy chłopaków z przestępczości zorganizowanej. Oni mają najlepsze rozeznanie, jakie teraz układy panują w mieście. To, że odpalono Loczka, może oznaczać jedno: zgonów będzie więcej.
- To może w ogóle zostawić im tę sprawę - zaproponował Godlewski.
- Jest trup, więc to nasza działka. Naczelnik niech robi swoje.
Grot strzepnął popiół i wziął kolejnego macha. Przez kilkanaście sekund palił w milczeniu. Naczelnik w tym czasie patrzył, jak pakują denata do czarnego worka. Po chwili odezwał się nieśmiało:
- Słuchaj, jakby co, mogę się postarać, żeby sprawa poszła do pezetu. Trup nie trup, ale zginął miastowy.
- Nie wiem, jak szef to ogarnie, i mnie to nie interesuje. Ja mam za zadanie się dowiedzieć, kto zastrzelił Loczka, i zrobić wszystko, by zabójca trafił przed oblicze proroka. - Grot rzucił niedopałek na chodnik i zadeptał butem. - Idę do agentury. Naczelnik ma swoje zadania, a ty - wskazał na Tomalę - dopilnuj tu wszystkiego.
Po tych słowach ruszył w stronę agencji towarzyskiej.
Marucha siedział w swojej rezydencji i pił drinka.
Właśnie otrzymał informację, że problem Loczka został rozwiązany. Kilka dni temu dowiedział się, że policja chce odwrócić jego człowieka. Informator z policji przekazał mu wiadomość, że Loczek wpadł z niewielką ilością prochów i został przekonany przez gliniarzy z narkotykowego do współpracy. Z tego, co mówił kapuś, wynikało, że muszą się spieszyć.
Dzisiaj - wraz ze śmiercią potencjalnego policyjnego uchola - problem zniknął. Marucha trochę żałował, że musieli tak postąpić. Znał denata od dziecka. Wychowywali się na jednym podwórku, ich rodzice czasem się odwiedzali, można by nawet powiedzieć, że on i Loczek się przyjaźnili. Teraz jednak musiał odsunąć na bok sentymenty i zadbać o swoją grupę. Mieli zbyt wiele do stracenia. Gdyby Loczek zeznawał, mógłby doprowadzić do zatrzymania nie tylko jego, ale i innych chłopaków. Marucha nie chciał, by jego ludzie podzielili losy grup z Wołomina i Pruszkowa, które przez zeznania świadka koronnego utraciły swoje wpływy i de facto przestały istnieć.
- Struna, podejdź do mnie! - zawołał swojego najbardziej zaufanego człowieka.
- No? - Po chwili mięśniak stanął przed nim.
- Słuchaj, trzeba puścić na mieście plotę, że Loczka odjebał jakiś kiler ze wschodu. Ponoć sprawy z przeszłości.
- A czemu?
- Bo nie chcę, żeby kręciły się tu psy. Jak myślisz, co będą robić na początku?
- A skąd ja mam wiedzieć? Nigdy nie byłem psem.
Marucha pokręcił z niedowierzaniem głową.
- Kurwa, ty od tych sterydów masz jakieś dziury w mózgu? Ja też psem nie byłem, ale wiem, że w takich przypadkach zaczynają węszyć. Będą chcieli się dowiedzieć, kto zajebał miastowego. Zaczną tu przyłazić i pytać. Jak myślisz, ilu z chłopaków jest na tyle sprytnych, by nie chlapnąć czegoś głupiego?
Struna tylko wzruszył ramionami.
- Ja też nie wiem. Może się okazać, że któryś leszcz powie coś, z czego później będzie trudno się wymiksować. Jarzysz?
Mięśniak skinął głową.
- No. To załatw temat.
Marucha patrzył, jak jego człowiek wychodzi. Trochę żałował, że otacza się takimi osobnikami. Nie chciał jednak ryzykować, że pod bokiem wyhoduje sobie konkurenta do władzy. A tępaki w rodzaju Struny nawet by nie pomyślały o tym, że mogą przejąć stery w grupie. Dzięki temu był spokojny o swój los.
W mieście nie miał większej konkurencji. Jeszcze dwa lata temu była grupa Dzikiego, ale dziś już się nie liczyła. Dziki został zdymisjonowany przez jednego ze swoich ludzi i trafił do worka. Potem zaczęła się walka o schedę i w efekcie grupa przestała istnieć. Rozpadła się na kilka mniejszych gangów, które przestały mieć znaczenie. Władzę nad wrocławskim półświatkiem przejął on, Marucha. Wiedział, że nie może popełnić błędu Dzikiego.
Dopił drinka i wstał z kanapy. Miał ochotę popływać w basenie. Odkąd zaczął zarabiać duże pieniądze, otaczał się drogimi rzeczami. Lubił luksus.
Grot wszedł do agencji towarzyskiej. Jaskrawy neon z napisem Afrodyta raził w oczy. Nazwa była typowa dla tego rodzaju przybytków. Przez chwilę się rozglądał, a potem skierował kroki w kierunku baru. Nigdzie nie widział dziewczyn ani bramkarzy pilnujących porządku. Coś mu tu nie pasowało. Spojrzał na czerwoną kotarę z boku baru, po czym przeniósł wzrok na barmana, który w milczeniu wycierał szklanki.
- Szef jest? - spytał.
- Nie ma.
- A kto jest?
- Nikt.
W tym samym momencie za czerwoną zasłoną ktoś kichnął.
- Nikt? Zaraz sobie ciebie, chłopie, wypożyczę - zagroził Grot.
Odsunął materiał i zobaczył trzy skąpo ubrane dziewczyny, skulone i zapłakane. Wyciągnął w ich stronę dłoń.
- Możecie wyjść. Już jest bezpiecznie.
Jedna z dziewczyn cofnęła się i pokręciła głową. Widać było, że jest przerażona, podobnie jak koleżanki.
- Panie kolego, zadzwoń pan po karetkę - rzucił do barmana.
Mężczyzna odłożył szklankę i szmatę, po czym opieszale wziął do ręki telefon. Grota kusiło, aby zdzielić go w łeb. Ponownie spojrzał na dziewczyny.
- Widziałyście, co się stało?
Dwie potwierdziły skinieniem. Trzecia uciekła ze wzrokiem. Grot wiedział, że to ona może mu najbardziej pomóc.
- Zaraz przyjedzie pomoc. Lekarz was przebada i da wam coś na uspokojenie. - Wiedział, że teraz nie ma sensu z nimi rozmawiać. Za bardzo się bały.
Gdy barman skończył rozmowę z operatorem numeru alarmowego, Grot podszedł do niego i spytał:
- Będziesz dalej ściemniał czy zaczniesz współpracować?
- Ja tam nic nie widziałem.
- Na chuj mnie robisz w konia? Myślisz, że jak powiesz, że nic nie widziałeś, to od miastowych dostaniesz nagrodę?
- Przynamniej nie dostanę kary. Was się mniej boję.
Grot zdał sobie sprawę, że nic z niego nie wyciągnie.
- A bramka gdzie?
- Nie ma i nie było.
- Nie gadaj, że agentura działa bez ochrony.
Nie chciał w to uwierzyć. W przeszłości we wrocławskich agencjach towarzyskich regularnie dochodziło do awantur. Dwa lata wcześniej kilku klientów poskarżyło się, że zostali uśpieni jakimiś prochami i ograbieni z pieniędzy. Żadna sprawa jednak nie zakończyła się postawieniem zarzutów, bo ofiary po kilku dniach wycofywały zgłoszenia. Pewnie na ich decyzje miała wpływ groźba pobicia lub zgwałcenia żony. Policja jednak nic nie mogła z tym zrobić. Nie ma zawiadomienia - nie ma sprawy.
- Dzisiaj nie przyszli - burknął barman.
Grot wiedział, że facet kłamie. Przed lokalem ginie Loczek, a ochrona właśnie tego dnia nie pojawia się w pracy. Co za zbieg okoliczności.
Godlewski przyjechał do komendy i udał się prosto do wydziału przestępczości zorganizowanej, a konkretnie do gabinetu naczelnika Mariusza Frączaka.
- O, cześć. Co cię do mnie sprowadza? - spytał Frączak.
- Zabójstwo gangusa.
- A tak, słyszałem, że miastowi odpalili Loczka.
- Właśnie. I teraz trzeba ustalić, kto się ma tym zająć.
- No wy jesteście od zabójstw, nie?
- Ale to miastowi go zabili, więc sprawa może być wasza.
- Słuchaj, możemy wam służyć wiedzą na temat struktur grupy Maruchy lub pomniejszych grupek, ale za nielegalny ubój to wy odpowiadacie. - Naczelnik wzruszył ramionami. - Nam nic do tego.
Godlewski wiedział, że szanse na to, aby pezet przejął śledztwo, są znikome. Za kilka dni zaczynał urlop i sprawa zabójstwa gangstera zupełnie nie była mu na rękę
- Poza tym - ciągnął Frączak - jak tylko dostaliśmy cynk, że zginął Loczek, moi ludzie pogadali ze swoimi ucholami. Chcieli wybadać, czy grozi nam dziki zachód i strzelanki w mieście. Jak dotąd nikt tego nie planuje, ale uchole gadają, że dilera odpalił jakiś ruski. Ponoć mieli zatargi niezwiązane z Maruchą i jego grupą. Coś z przeszłości.
Godlewski ucieszył się, słysząc te słowa. Ryzyko wojny gangów w mieście malało. Nie będzie musiał zbierać trupów z chodników i ulic. Tego się obawiał najbardziej, bo każda śmierć popsułaby mu statystyki.
- Dobra, to ja dzwonię do swoich - zdecydował. - Niech wiedzą, na czym stoimy. Dzięki za info.
- Wpadniemy do was i powiemy, czego możecie się spodziewać. Ale to na spokojnie. Może po południu się zgadamy.
- To do później.
Komisarz uścisnął Frączakowi dłoń i wyszedł z gabinetu. Po drodze do siebie wysłał jeszcze esemesa do Tomali z informacją, że Loczek zginął z rąk bandytów ze wschodu. Ta wersja wyglądała na najbardziej prawdopodobną. Uważał, że na niej powinni się skupić.
Już po chwili usiadł za biurkiem i położył nogi na blacie. Zastanawiał się, czy w tym roku obrodzą mu maliny.
Grot patrzył na siedzącą na wprost niego dziewczynę. Zastanawiał się, co sprawiło, że Natalia postanowiła zostać prostytutką. Znał wiele historii dotyczących początków pracy w tym zawodzie. Jedne robiły to dlatego, że potrzebowały pieniędzy na leczenie kogoś z rodziny, drugie były zmuszane przez gangsterów, jeszcze inne po prostu lubiły seks. Znał nawet taką, która kupczyła swoim ciałem, żeby spłacić kredyty zaciągnięte w parabankach. Nie oceniał ich, bo wiedział, że wiele wolałoby pracować w innym zawodzie. Po prostu tak potoczyło się ich życie.
Ciekawiła go historia tej drobnej blondynki, ale teraz miał ważniejsze zadanie - musiał ustalić, kto zabił Loczka.
- Myślę, że możemy zacząć. Nazywam się Radosław Grot i pracuję w wydziale zabójstw. Powiedz mi, co widziałaś.
- Nic.
- Kłamiesz. Wiem, że był tu Loczek.
- Nie znam żadnego Loczka.
- Nie znasz? Powiem ci, jak było. Z tego, co udało się ustalić mojemu partnerowi, denat był tu częstym gościem. - Grot wskazał na stojącego kilka metrów dalej Tomalę, który przyglądał się technikom zabezpieczającym odciski palców. - Więc lepiej zacznij gadać. Wiesz, że mogę cię przymknąć za współudział?
- Ja nic złego nie zrobiłam.
- A kto powiedział, że zrobiłaś? Zamknę cię i puszczę plotkę, że sypiesz. Masz wybór: albo powiesz, co widziałaś, albo ja powiem, że z nami współpracujesz. Ci, co załatwili Loczka, załatwią też ciebie - zablefował Grot.
Natalia spojrzała na niego nieufnie.
- A jaką mam gwarancję bezpieczeństwa?
- To znaczy?
- No jak zacznę mówić, to gwarantujecie, że włos mi z głowy nie spadnie?
- Możemy postarać się o status świadka incognito. Twoje zeznania będą utajnione. Nikt nie będzie wiedział, że to ty z nami współpracujesz.
- Nie. - Dziewczyna pokręciła głową.
- Słuchaj, jak miastowi się dowiedzą, że widziałaś, kto załatwił Loczka, to będziesz miała przekichane.
Komisarz widział, że dziewczyna się waha, ale nie chciał zbyt mocno jej dociskać.
- Dobrze. - W końcu skapitulowała. - Ten zabity tu był. Przyszedł przed piątą i mnie zamówił. Poszliśmy na górę. Zrobiłam mu loda...
- Co było dalej?
- Wyszedł z pokoju i zszedł na dół. Potem widziałam, jak siedział przy barze i pił jakiegoś energetyka.
- Byli inni klienci?
- Nie. Ostatni wyszedł koło czwartej.
Grot obserwował ją czujnie. Jak dotąd wyglądało, że dziewczyna jest z nim szczera.
- A ochrona lokalu dziś była? - spytał.
- Tak. Jak wszedł ten, co go zabili, to oni wyszli.
Cholerny barman go okłamał. Będzie musiał wziąć go w obroty.
- Co było dalej? Siedział przy barze i co?
- Dopił, zapłacił i wyszedł na zewnątrz. Ale mnie coś tknęło. Ciężko mi powiedzieć co, jakieś przeczucie, że powinnam za nim pójść. Już na dworze odpaliłam papierosa i zobaczyłam, jak koło samochodu tego zabitego zatrzymała się czarna beemka. Wysiadło z niej trzech facetów. Jeden podszedł do tego kolesia i chwilę z nim rozmawiał. Potem inny z mięśniaków zaszedł go od tyłu i przyłożył mu pistolet do głowy. Sekundę później padł strzał.
- Co było dalej? - spytał Grot.
- No... tamten padł na ziemię. A jak jeden z tamtych ruszył w stronę drzwi, weszłam do środka i schowałam się za kotarą. Dziewczyny także. Ten kark kazał sobie dać nagrania z monitoringu. Zabrał cały sprzęt i wyszedł. Potem jeszcze zerknęłam i zobaczyłam, że któryś od nich wsiada do samochodu tego zabitego i wszyscy odjeżdżają.
- Dobra. - Grot klepnął się w uda. - Ja teraz idę pogadać z prorokiem i załatwię ci status świadka incognito. Ty się stąd nie ruszaj.
Grot wstał i skierował się w stronę drzwi. Po drodze dał znak Tomali, aby wyszedł za nim.
Na zewnątrz obaj odpalili papierosa.
- Ta laska widziała zabójcę - powiedział komisarz, wydmuchując dym. - Powiedziała, że było trzech cyngli. Jeden z nich odpalił Loczka. Zaraz zadzwonię do proroka. Niech nada jej status incognito. Jej zeznanie pogrąży zabójcę i Maruchę.
- A skąd wiesz, że Marucha za tym stoi?
- A kto?
- Mameja wysłał mi info od chłopaków z pezetu. Gadał z ich naczelnikiem, Frączakiem. Podobno uchole donoszą, że Loczek miał jakieś zatargi z ruskimi. Jakiś ruski kiler go załatwił.
- Wierzysz w to? - Grot uniósł brew.
- A mam podstawy, by nie wierzyć? Sam mówiłeś, że nie wiadomo, co się odjebało. Może to jednak nie Marucha.
Grot wziął kolejnego macha.
- Zaraz wydzwonię proroka - powtórzył. - A potem pogadam z chłopakami z narkotyków i pezetu. Może dowiem się czegoś ciekawego.
Zagasił papierosa i wyjął z kieszeni telefon.
Marucha przepłynął pięć długości, a potem wyszedł z basenu, usiadł na leżaku i sięgnął po papierosy. Palił w milczeniu przez dwie minuty, podczas gdy ktoś uparcie starał się dodzwonić na jego komórkę.
- Co za chuj nie daje mi spokoju... - mruknął pod nosem. Kusiło go, żeby wrzucić telefon do wody, w końcu jednak odebrał.
- Czego?
- Cześć - rozległo się po drugiej stronie. - Mam dla ciebie info. Grot ma świadka. Jakaś kurwa widziała, jak twoi ludzie odjebali Loczka.
Marucha rozpoznał ten głos. Gliniarz, który mu donosił, dobrze się spisał.
- Dostaniesz w nagrodę kilka groszy więcej. A nie boisz się, że ktoś się dowie, że mi zakapowałeś o tej kurwie?
- Nie. Cały pezet już o tym wie, do tego prokuratura i wydział zabójstw. U nas w fabryce wieści szybko się rozchodzą - powiedział informator.
- To dobrze. Nie chciałbym stracić tak cennego kapusia.
- Nie jestem kapusiem.
- Jak nie? Strzelasz mi przecież z ucha.
- Biznes robimy. Tyle i tylko tyle.
- Dobra, nie unoś się. Jak myślisz, co powinienem zrobić?
- Odjeb kurwę, to Grot nie będzie miał żadnego świadka. Może wtedy odpuści.
- Chyba masz rację. Dzięki za info. Kasę dostaniesz tak jak zwykle. Cześć.
Marucha odłożył aparat na stolik. Dobrze, że jednak nie wrzucił go do wody. Wiadomość, którą przekazał mu kapuś, była ważna. Musieli się zająć dziewczyną, która zdecydowała się na współpracę z policją.
- Struna, chodź no tu! - krzyknął do mięśniaka, a gdy ten stanął przy nim, zarządził: - Musicie posprzątać.
- Co?
- Trzeba uciszyć kurwę. W agenturze zostawiliście świadka. Naprawicie swój błąd.
- A którą?
- Kurwa, nie spytałem... Zajebcie wszystkie. - Wiedział, że musi pozbyć się potencjalnego ryzyka. Zresztą nie żałował tych prostytutek. Na brak dziewczyn do tej roboty nie narzekali. Afrodyta należała do jego byłej konkubiny i Marucha wiedział, że ta będzie zła, ale zrekompensuje jej straty.
Spojrzał na basen i zaczął się zastanawiać, czy nie przepłynąć jeszcze dwóch długości.
Natalia Stefanowicz piła herbatę przy stoliku.
Policjanci i technicy kryminalistyczni już wyszli. Ten, z którym rozmawiała, pojechał do komendy. Zastanawiała się, czy nie popełniła błędu, zgadzając się na współpracę z prokuraturą. Miała na utrzymaniu chorą matkę i zbierała na jej operację. Zamierzała popracować w agencji jeszcze ze dwa lata. Odłoży trochę gotówki i wtedy odejdzie z zawodu.
Nie uważała się za kogoś gorszego od innych. Na pewno nie dlatego, że wybrała taki sposób zarabiania pieniędzy. Zdawała sobie sprawę, że jej koleżanki z liceum nie dałyby jej spokoju, gdyby się dowiedziały, że sprzedaje własne ciało, ale nie miała wyboru. Bardzo kochała swoją matkę, a tylko kosztowna operacja mogła uratować jej życie. Kobieta miała nowotwór i na dodatek potrzebowała nowego serca. Na państwową służbę zdrowia nie miała co liczyć - nikt nie zakwalifikowałby jej do przeszczepu ze złośliwym rakiem. Lekarze mówili, że to zbyt duże ryzyko. Natalia jednak wiedziała, że po prostu wolą dać to serce komuś, kto ma większe szanse na przeżycie niż jej matka. Kilka miesięcy temu dowiedziała się o prywatnej klinice, w której podjęliby się takiego ryzyka. Musiała jednak uzbierać odpowiednią kwotę. Oczywiście nie obejdzie się bez sprzedaży mieszkania, ale tym się teraz nie przejmowała.
Pozostałe dziewczyny siedziały stolik dalej i piły drinki. Chciały się upić. Nie mogły opuścić lokalu, bo barman im zabronił. Powiedział, że zaraz przyjedzie szefowa, żeby ustalić z nimi wersję, którą mają podawać policji. Natalia się zastanawiała, co powie Dagmara, gdy usłyszy, że ona już zdecydowała się na rozmowę ze śledczymi...
Nagle usłyszała jakiś hałas od strony drzwi. Po chwili do agencji wpadło dwóch facetów w kominiarkach. W rękach trzymali kałachy. Zupełnie bez ostrzeżenia zaczęli strzelać. Widziała, jak ciała jej koleżanek przeszywane są pociskami. Po kilku sekundach chaotycznego tańca barman też padł na podłogę. Próbowała się schować pod stolikiem, ale nie zdążyła. Pierwsza kula trafiła ją w ramię. Natalia zerwała się z miejsca, by uciec na zaplecze, ale w tym samym momencie kolejny strzał odrzucił ją metr do tyłu.
Następne kule przeszywały już jej martwe ciało.
Grot wyszedł z budynku prokuratury i odpalił papierosa. W tym samym momencie zaczęła dzwonić jego komórka.
- Co jest? - spytał bez zbędnych wstępów.
- Miastowi rozjebali Afrodytę - powiedział Tomala.
- Co?
- Z kałachów zajebali wszystkie dziewuchy i barmana.
- Nie gadaj. A nasi jeszcze tam byli?
- Nie. Podejrzewam, że zbóje obserwowały lokal i widziały, że w środku zostały tylko dupy.
- Kurwa mać.
Grot był wściekły. Miał świadka, który mógł pogrążyć Maruchę. Jeśli dziewczyna rozpoznałaby któregoś z ludzi gangstera, a im udałoby się go odwrócić w zamian za złagodzenie wyroku, istniała szansa, że boss półświatka pójdzie siedzieć.
Teraz ich plan trzeba zmodyfikować. Będą musieli szukać dowodów winy bossa i mozolnie przeprowadzić całe śledztwo. Sukcesów większych jednak nie wróżył. Raczej nikt nie odważy się zeznawać przeciwko gangusom, zwłaszcza po tym, co pokazali w agencji towarzyskiej.
- Radek, może lepiej odpuścić? - zapytał Tomala niepewnie.
- Odpuścić? Chłopie! Skurwiele załatwiły niewinne dziewczyny. Ta Natalia mogła nam pomóc wsadzić Maruchę i kilku jego kmiotków.
- Ale sam widzisz, że to ryzykowne. Wejdziesz mu w drogę, to i ciebie będzie chciał odpalić.
- Myślisz? Nie sądzę, żeby był taki głupi. Wie, że jeśli zabije jednego psa, wsiądzie na niego cała psiarnia.
- Sam nie wiem... Jak facet się uprze, to nie myśli. Ja bym spasował.
- A ja nie. Nie potrafię tak.
- I tego właśnie się boję. Ty nigdy nie odpuszczasz.
- Adrian, jesteś ze mną?
W słuchawce zapadła cisza. Grot się zastanawiał, czy partner nie zrezygnuje. Po chwili jednak usłyszał:
- Tak. Z bólem serca to mówię, ale tak.
- Dzięki.
- Samo "dzięki" nie wystarczy. Boję się i nie będę ściemniał, że nie. Skurwiele mogą się mścić. Wolałbym, żebyśmy odpuścili, ale nie mogę zostawić cię samego, bo sobie tylko problemów narobisz.
- Gdzie jesteś? - spytał Grot.
- Przed Afrodytą. Zaraz będę oglądał to pobojowisko.
- Czekaj tam na mnie. Już jadę.
- A temat tej laski, co miała być świadkiem incognito, jest nieaktualny. Jeśli namówiłeś proroka, poinformuj go, że gówno mamy.
Grot odwrócił się w stronę wejścia do budynku prokuratury. Tomala miał rację. Nie było już sensu ruszać całej procedury, skoro świadek zginął w strzelaninie.
Marucha zdawał sobie sprawę, że teraz policja mu nie odpuści. Zabójstwo prostytutek skomplikowało sprawę, ale nie mieli innego wyjścia. Świadek mógłby im narobić wielu problemów. Musiał minimalizować ryzyko.
Powoli sącząc drinka, zastanawiał się, czy policja jest już na miejscu strzelaniny i czy prowadzący śledztwo zdali sobie sprawę z ryzyka, jakie niesie ze sobą cała ta sprawa.
Nagle usłyszał dźwięk nadchodzącej wiadomości. Podniósł leżącą na stoliku komórkę i przeczytał na głos:
- "Grot nie odpuści. Będzie drążył. Należy go skarcić".
Odłożył telefon i wziął łyk drinka. Miał świadomość, że gdyby załatwił gliniarzy, cała policja dobrałaby mu się do dupy. Musiał im jednak wysłać czytelny sygnał, że nie warto drążyć tematu.
- Struna, podejdź tutaj! - zawołał w głąb domu.
Kilka sekund później zobaczył idącego w jego stronę mięśniaka. Struna niósł w ręce hantle i co chwilę wykonywał powtórzenie.
- A ty nie masz gdzie machać tym żelastwem? Już ostatnio obiłeś mi parkiet.
- Co? Kiedy niby?
- Jak napierdalałeś ze sztangą martwy ciąg. Puściłeś ją i wykurwiła w podłogę.
- Przecież to tylko podłoga.
Marucha miał ochotę zdzielić idiotę w łeb.
- Tylko? Kurwa! Wiesz, ile mnie kosztowało jej sprowadzenie? Twoja beemka jest tańsza!
Struna wytrzeszczył oczy ze zdziwienia.
- Co? Tak drogo?
Odłożył hantle. Widać było, że stara się niczego nie uszkodzić.
- Tak, geniuszu - prychnął boss. - Wyobraź sobie, że teraz wezmę jeden ciężarek i pierdolnę nim w reflektor twojej bumy. Co ty na to?
- Ale dlaczego?!
- Ty sztangą rozjebałeś moją własność, więc ja mogę rozjebać twoją.
Struna milczał, patrząc na szefa nierozumiejącym wzrokiem.
Marucha machnął ręką.
- Dobra, chuj z tym. Mam nadzieję, że więcej się to nie powtórzy. A teraz słuchaj, bo temat jest. Trzeba zrobić tak, żeby pały się zbytnio nie przyłożyły do rozwiązania sprawy strzelaniny w Afrodycie.
- To znaczy?
- Trzeba je uciszyć.
- Mam odjebać psa? - upewnił się mięśniak.
- Nie.
- To co?
- Jeszcze nie wiem, ale trzeba być gotowym na wszystko... - Nagle gangsterowi przyszedł do głowy pomysł. To, co zamierzał zrobić, było ryzykowne, ale pokazałoby wszystkim, że z nim się nie żartuje. - Zawołaj mi tu Pepe. A, i weź stąd moje auto.
- Które?
Marucha przez sekundę się zastanawiał. W końcu zdecydował.
- Merca. Weź go i wywieź w pizdu.
- Może być Brochów?
- Może. Rozpierdol zamki i go tam zostaw.
- Po co?
- Bo tak chcę. Potem wróć i pojedziemy na psy.
- Na psy? - Na twarzy Struny malowała się coraz większa konsternacja.
- Tak. Musimy zgłosić, że zajumali nam merca.
- Nie rozumiem.
- I dlatego to ja jestem szefem, a nie ty. - Marucha dopił drinka i otarł usta wierzchem dłoni. - Ale najpierw daj mi tu Pepe. I zabierz stąd ten złom! Jeszcze ktoś się przez to wypierdoli...
Wstał i ruszył w stronę pokoju. Musiał się przygotować do wizyty na komisariacie.
Grot wysiadł z wozu i podszedł prosto do stojącego przed Afrodytą Tomali.
- Powiem ci, chłopie, że wypruli po całym magazynku. - Adrian pokręcił głową. - Dookoła od zajebania szkła i łusek.
- Zabezpieczone? Może jakiś zbój zostawił swoje paluchy?
- Mirek już się tym zajął. Potem wrzuci wszystko w system i zobaczymy, czy coś nam wyskoczy.
Grot wiedział, że szef techników porządnie wykona swoją robotę. Jeśli któryś z zabójców był nieostrożny i zostawił odciski, była szansa, że uda im się rozwiązać sprawę. Sami jednak tego nie pociągną. Będą musieli spotkać się z chłopakami z pezetu i z narkotykowego. Oni mieli najlepsze rozeznanie, kogo Marucha mógł nająć do uciszenia świadków. W wersję o ruskich kilerach grasujących w mieście jakoś nie wierzył. Loczek nie był Bóg wie jakim zbójem, żeby moskiewska mafia wysyłała speca od rozwiązywania problemów.
- Nikt nie przeżył? - spytał, wskazując na budynek.
- Nie mieli szans.
Grot założył rękawiczki i pociągnął za klamkę. Już od progu poczuł charakterystyczny zapach prochu. Skinął głową pracującym w środku technikom, po czym spojrzał na leżące na podłodze, powykręcane w nienaturalnych pozach ciała prostytutek. Podszedł do zwłok Natalii i przykucnął. Zastanawiał się, kogo wysłać, aby powiadomił jej bliskich o śmierci dziewczyny.
- Szkoda, mała, że tak się skończyło... - powiedział cicho.
Podniósł się i rozejrzał. Ściany lokalu były podziurawione pociskami. Strzelcy z całą pewnością przyszli tu, by wykonać wyrok. Miała to być pokazówka dla całego miasta, że nie warto układać się z policją. Grot był przekonany, że ktoś doniósł bossowi gangu, że mają świadka, i zabójcy przyszli go uciszyć. Nie wiedział tylko, czy kret działa u nich w policji, czy w prokuraturze. Jedno było pewne: ktoś strzelał miastowym z ucha.
- Przejebane - usłyszał za plecami.
- Tak. Skurwiele przyszli ją załatwić.
- Wszystkich - poprawił Tomala.
- Nie. Chcieli uciszyć konkretnie ją. Innym dostało się przy okazji. To dla nas sygnał.
Adrian skinął głową.
- Mówiłem, że sprawa jest niebezpieczna. Może jednak się wycofajmy?
- Marucha ma u nas uchola.
- Co?
- Ktoś mu doniósł, że ta Natalia będzie incognito.
- Nie gadaj. Kto niby?
- Wiedzieliśmy my, prorok...
- Czy ty mnie podejrzewasz? - Tomala patrzył na Grota, czekając na odpowiedź.
- Nie. To musi być przeciek z prokuratury. Chociaż z drugiej strony w agenturze było kilka osób i ktoś mógł podsłuchać. Trzeba będzie pogadać z wewnętrznym. Niech zbadają temat.
- Tak będzie najlepiej.
Komisarz ściągnął rękawiczki i schował je do kieszeni.
- Dobra, idę na fajkę - powiedział i ruszył w stronę wyjścia.
Pepe patrzył na idącą chodnikiem kobietę z wózkiem.
To, co zlecił mu szef, było najtrudniejszym zadaniem, jakie dotychczas otrzymał. Wiedział jednak, że musi je wykonać. Marucha nie znosił sprzeciwu. A on w grupie był na samym dole i nie mógł się stawiać bossowi. Już Loczek się postawił i teraz gryzie piach.
Wciąż miał nadzieję, że Marucha wyśle esemesa i odwoła zlecenie. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Odpalił więc silnik seata i zaczął się w duchu modlić. Chciał, żeby Stwórca mu wybaczył.
Kobieta stanęła przed przejściem dla pieszych i wcisnęła przycisk. Wtedy Pepe wcisnął sprzęgło i wrzucił bieg. Nadal jeszcze liczył, że zawróci, że zrezygnuje ze spaceru. Wtedy mógłby powiedzieć szefowi, że po prostu się nie udało.
- Wracaj do domu... - powiedział cicho.
Jadące z naprzeciwka pojazdy stanęły. Na jego pasie światło zaczęło się zmieniać na czerwone.
Pepe włączył się do ruchu. Jak na złość, cała droga przed nim i za nim była pusta. Gdyby był korek, miałby wymówkę, że nie mógł wykonać zadania. Zastanawiał się, czy nie okłamać Maruchy i nie powiedzieć, że kobieta nie wyszła z domu. Nie odważyłby się jednak. Nie wiedział, czy boss albo któryś z jego ludzi go nie obserwuje.
Kobieta była już prawie w połowie przejścia, gdy wcisnął gaz do dechy. Seat wyskoczył do przodu. Pepe widział, jak jego ofiara odwraca głowę w jego stronę. Widział przerażenie na jej twarzy. W momencie, gdy w nią uderzył, zacisnął powieki. Po chwili otworzył oczy i zobaczył pękniętą szybę. W lusterku widział, że kobieta leży na jezdni. Wózek, który prowadziła, przewrócił się na bok. Koło niej zaczął się gromadzić tłum gapiów.
Wcisnął gaz do dechy. Musiał jak najszybciej stąd uciec.
Grot zatrzymał się z piskiem opon. Już dojeżdżając na miejsce potrącenia Kamili i Stasia wiedział, że sytuacja jest poważna. W radiostacji słyszał meldunki o poszukiwaniu seata, którym uciekł sprawca.
Informację o potrąceniu żony i syna otrzymał, gdy był jeszcze z Tomalą w Afrodycie. Natychmiast wskoczył w służbowego fiata i ruszył na złamanie karku. Teraz wypadł z auta i podbiegł do rozwiniętego parawanu z napisem "Policja". Spojrzał w stronę leżącego na boku wózka i poczuł silny ból w klatce piersiowej. Nogi się pod nim ugięły.
- Dziecko pojechało do szpitala. Stan krytyczny - powiedział policjant z drogówki stojący przy parawanie.
- A moja żona?
Sierżant przymknął oczy. Sekundę później pokręcił głową.
Grot zrozumiał, że na pomoc jest już za późno. Obok parawanu dostrzegł but. Rozpoznał go bez trudu. To był adidas Kamili.
- Niech pan jedzie do syna - poradził ten z drogówki.
- Muszę ją zobaczyć...
Wszedł za parawan i zobaczył ciało swojej żony. Zamknął oczy. Widok był straszny. Nienaturalnie wykręcona noga i urwane ramię wyglądały makabrycznie. Z rozbitej głowy na asfalt wypływał mózg. Na ratunek nie było żadnych szans. Kamila zginęła na miejscu.
- Siła uderzenia była potężna. - Obok niego stanął drugi funkcjonariusz. - Świadkowie mówią, że wyleciała ponad trzy metry w górę. Wózek dostał prawą stroną seata. Ona lewą. Facet nawet nie hamował.
Na miejsce zaczęły zjeżdżać radiowozy i kilka tajniackich pojazdów. Z fiata wysiadł naczelnik. Po chwili dotarł też Tomala, który ruszył spod agencji w ślad za swoim partnerem.
Gdy odezwała się radiostacja policjanta z drogówki, Grot nie słuchał meldunków, które przez nią płynęły. Zasłonił twarz dłońmi i zaczął płakać.
- Mamy zdjęcie gościa, który uciekł seatem - odezwał się sierżant. - Nasi zaraz je dowiozą. Są już blokady na drogach. Koleś się nie wymknie.
Grot wiedział, że chłopaki z drogówki i Tomala zajmą się sprawą. On musi jechać do szpitala i dowiedzieć się, co ze Stasiem. Ruszył na miękkich nogach w stronę auta.
- Patrol pana odwiezie, komisarzu! - zawołał za nim sierżant. - Lepiej, żeby nie prowadził pan w takim stanie.
Grot czuł, jak czyjeś ręce prowadzą go do radiowozu drogówki. Kolega po fachu miał rację - sam nie dałby rady dojechać do szpitala. Jego cały świat właśnie runął jak domek z kart.
Rozdział I
Trzy lata później.
Wrrrrrrr, wrrrrrrrr, wrrrrrrrrrr...
Coś wibrowało w jego głowie.
Co za potworny ból.
Powoli otworzył oczy. Świat wokół falował. W dodatku ten drażniący, wibrujący dźwięk doprowadzał go do kresu wytrzymałości...
Minęła dłuższa chwila, zanim przypomniał sobie, gdzie jest i kim jest.
Nazywał się Grot. Radosław Grot.
Kiedyś był policjantem, jednym z lepszych w tym zasranym kraju.
Teraz był wrakiem człowieka. Kimś, komu na niczym nie zależy i na kim nikomu nie zależy. Facetem znienawidzonym przez przestępców, których posłał za kraty, i nienawidzącym innych ludzi.
Podniósł się na łokciach i rozejrzał dookoła. Rozpoznał znajome kształty, elementy mieszkania, w którym jeżeli już bywał, to albo spał, albo zalewał się w trupa. "Mieszkanie" to też za duże słowo. To raczej zapuszczona nora, gdzie na podłodze walały się puste butelki po gorzale i puszki po piwie. Kiedyś pewnie wyglądało całkiem przytulnie, może nawet było gniazdkiem, w którym jakaś para spędzała upojne chwile. Teraz wyglądało jak melina. W poprzednim życiu wiele razy zmuszony był pojawiać się w takich miejscach. I zawsze miało to związek z jakimś denatem.
Kupił je dwa lata temu - po sprzedaży domu, w którym mieszkał z Kamilą i Stasiem. Nie chciał zatrzymać nieruchomości, w której planował swoje życie u boku żony i syna. Nie mógł dłużej oglądać tych wszystkich kątów przypominających mu o śmierci najbliższych.
Los bywa okrutny i czasem płata psikusa. Jemu spłatał najgorszego, jakiego mógł sobie wyobrazić.
Jak doszło do tego, że teraz wygląda tak jak wygląda? W rzadkich przebłyskach świadomości sam się nad tym zastanawiał. Może to wina spraw, którymi się zajmował? Na pewno jednego śledztwa. Nie był zwykłym krawężnikiem, który codziennie szlifuje bruk w swoim rejonie patrolowym. Był gliniarzem zajmującym się najcięższymi zbrodniami w tym mieście.
Grot, komisarz Radosław Grot, wydział zabójstw Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu. Pies z zabójców.
Co za potworny ból głowy...
Wrrrrrr, wrrrrrrrrrrr, wrrrrrrrrr...
Znowu ten wibrujący dźwięk. Minęła kolejna chwila, zanim zaczął kojarzyć, co oznacza. Dzwoniła jego komórka, stara nokia 3310. Tak stara, że na wyświetlaczu ledwo było widać, kto telefonuje. Ale jemu wystarczała, lepszej nie potrzebował. W końcu sam też był wrakiem.
Jakieś dziwne przeczucie kazało mu odebrać to połączenie. Zupełnie jakby od tego zależała jego przyszłość. Jakby odebranie jakiegoś pieprzonego telefonu mogło przywrócić mu resztki człowieczeństwa.
Stolik, na którym wibrowała komórka, był jakieś dwa metry od wersalki. Grot znajdował się kolejny metr od niej.
Każdego dnia jestem coraz bliżej, pomyślał. Może kiedyś w końcu zasnę na niej.
Jak zwykle po ostrym chlaniu zasnął w ciuchach. Który to już dzień jak w nich łażę? - zastanawiał się. Chyba trzeci, ale nie dałby sobie za to nic uciąć. Poza tym po co miał zmieniać codziennie ciuchy, skoro wychodził tylko do sklepu po alkohol i pety. Innych rzeczy nie potrzebował. Jadł mało i nie robił zapasów żywności. Czasem sąsiadka przyniosła mu jakąś zupę czy pierogi. Był ciekaw, na co liczy, starając się dbać o kogoś takiego jak on. Kiedyś coś tam mu tłumaczyła, ale akurat dopijał kolejne piwo i jakoś mu umknęło. Zaśmiał się na to wspomnienie.
Wrrrrrr, wrrrrrrrrrrr, wrrrrrrrrr...
Komórka wciąż uparcie dawała o sobie znać.
Skoro stwierdził, że od tego połączenia zależy jego przyszłość, musiał się ruszyć.
- Wstawaj, gnoju, i odbierz ten pierdolony telefon - mruknął cicho.
Powoli podniósł się z podłogi. Zachwiał się i stwierdził, że utrzymanie równowagi może być najtrudniejszym zadaniem, z jakim przyszło mu się mierzyć. Po chwili z jego ust chlusnął soczysty paw. Torsje wstrząsnęły żołądkiem i dopiero po kilkunastu sekundach Grot poczuł się na tyle dobrze, żeby ruszyć dalej w kierunku przyszłości.
- Zajebiście... - sapnął, ocierając usta.
Dźwięk wydawany przez starą nokię przyciągał go w jakiś hipnotyczny sposób - jak syrena przyciągała żeglarzy w starych legendach. Zdawał się wołać "odbierz, odbierz..." - i to wołanie brzmiało jak najsłodszy kobiecy głos.
Grot zgiął się wpół i kolejny raz zwymiotował.
- Chyba wczoraj przeholowałem z naftą. Mogłem nie popijać jej browcem - powiedział, zasłaniając usta, aby powstrzymać torsje.
Już po chwili telefon był w zasięgu jego ręki.
Wrrrrrr, wrrrrrrrrrrr, wrrrrrrrrr...
Ciekawe, co za uparta menda się dobija, zastanawiał się. Jak znam życie, to albo komornik, albo pieprzony akwizytor. Najwyżej usłyszę, że już nie mam mieszkania. Chuj z tym...
- Słucham. - Własny głos wydał mu się jakiś obcy.
- Pan Grot? Pan Radosław Grot? - spytała jakaś kobieta po drugiej stronie.
- Uhm...
- Dzień dobry. Dostałam pański numer od znajomej. Powiedziała, że tylko pan może mi pomóc. Nazywam się Joanna Zawadzka. Czy możemy się spotkać w pańskim biurze?
Kurwa, to ja mam jakieś biuro?, pomyślał zaskoczony. Chyba coś mi umknęło. Może chodzi jej o tę norę? Ale przecież nie zaproszę tutaj obcej baby. Nieważne, czego chce...
- Może jednak spotkajmy się na mieście - zaproponował po dłuższej chwili.
- Dobrze, skoro tak pan woli. To może osiemnasta w restauracji Madame w rynku. Czy pasuje panu?
- Tak.
- A więc do zobaczenia.
Po chwili Grot usłyszał dźwięk świadczący o tym, że połączenie zostało zakończone.
- Osiemnasta w restauracji Madame - powtórzył. - Kurwa...
Był tam kilka lat temu z Kamilą. Wydał wtedy całą pensję na zwykłą kolację dla dwóch osób. Ciekawe, skąd teraz weźmie kasę na spotkanie w takiej wypasionej knajpie.
Sięgnął po leżącą na blacie papierośnicę i otworzył ją. Była pusta. Rozejrzał się i zobaczył niedopalonego papierosa zagaszonego w podstawku pod doniczkę. Włożył go do ust, wyjął z kieszeni spodni zapalniczkę i odpalił.
Kasą za spotkanie będziemy się martwić, jak przyniosą rachunek, postanowił. Najwyżej udam zatrucie pokarmowe i poproszę, żeby wezwali karetkę.
Miał nadzieję, że pod groźbą pozwu i utraty renomy knajpa oleje niezapłacony rachunek.
Zaciągnął się dymem i uśmiechnął do siebie na myśl o swoim geniuszu.
Czego ta baba ode mnie chce i kto jej mnie polecił?, zaczął się zastanawiać. Cóż, nie ma co gdybać. Dowiem się na miejscu.
Podrapał się po brodzie i stwierdził, że najwyższa pora się ogolić. Zarost co prawda wrócił do mody, ale raczej zadbany, a on miał na twarzy jakieś dziadostwo. Tak, trzeba się ogolić, wykąpać i włożyć czyste ciuchy, w których nie będzie się wstydził siedzieć w Madame.
Wszedł do łazienki, rozebrał się i przyjrzał sobie w lustrze. Miał czterdzieści cztery lata, ale jego twarz znaczyły głębokie bruzdy. Do tego przydługie włosy, podkrążone oczy, broda w nieładzie... Kiedyś był wysportowanym facetem, bez grama tłuszczu, z wyraźną muskulaturą. Teraz widział zaokrąglony brzuch i sflaczałe mięśnie. Czas i tragiczne doświadczenia niestety odcisnęły na nim swoje piętno.
Spojrzał na zegarek. Dochodziła jedenasta. Miał kilka godzin na doprowadzenie się do ładu. Postanowił, że zaraz po spotkaniu kupi sobie kilka flaszek i zgrzewkę piwa. Zamierzał miło spędzić wieczór, zatopić się w swojej beznadziei.
Jeszcze raz spojrzał w lustro. Oprócz golenia wypadałoby jeszcze ostrzyc włosy. Na wizytę w salonie nie miał czasu, dlatego postanowił samemu zadbać o swój image. Wyjął z szafki maszynkę do włosów i najkrótszym ostrzem powoli objechał głowę. Kariery fryzjera może by nie zrobił, ale był zadowolony, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że był na potężnym kacu.
Po strzyżeniu ogolił się i wykąpał. Wycierając się ręcznikiem, ponownie przejrzał się w lustrze. Jak na człowieka, który jeszcze niedawno nie mógł wstać z podłogi i puścił pawia na dywan, wyszło lepiej, niż się spodziewał. Popsikał się dezodorantem i natarł policzki wodą kolońską. Piekący ból jeszcze bardziej go ocucił.
Pora na garnitur. Ostatni raz miał go na sobie na pogrzebie Kamili i Stasia, trzy lata temu. Usiadł na kanapie, mimowolnie wracając myślami do wydarzeń z przeszłości. Dokładnie trzy lata i trzydzieści siedem dni temu jego bliscy zostali zamordowani przez człowieka z gangu Maruchy, bossa wrocławskiego podziemia. Pamiętał wypadek, jakby to było wczoraj. Jakiś wariat wjechał seatem w jego żonę i prowadzony przez nią wózek z sześciomiesięcznym Stasiem. Wszystko rozegrało się na oczach kilkunastu świadków. Kierujący autem nawet nie hamował. Wjechał w nich tak, jakby to zaplanował. Po czasie zresztą okazało się, że tak było. Nagrania z kamer miejskiego monitoringu pokazały, że piratem drogowym był Pepe, jeden z ludzi Maruchy. Mężczyzna uciekł z miejsca wypadku. Natychmiast zarządzono obławę, zablokowano wszystkie drogi i ogłoszono poszukiwania zielonego seata toledo. Ratownicy przybyli na miejsce zdarzenia od razu stwierdzili zgon Kamili. Stasia w stanie krytycznym zabrano do szpitala. Grot modlił się wtedy tak żarliwie jak nigdy wcześniej. Błagał Boga, by ten dał szansę jego synkowi, by nie zabierał go do siebie. Modlitwy jednak nie zostały wysłuchane. Staś zmarł kilka godzin po Kamili - na oczach swojego sparaliżowanego bólem ojca.
To wtedy Grot całkowicie odwrócił się od wiary. Bóg nie uchronił jego najbliższych i zabrał mu to, co było dla niego najcenniejsze.
Wtedy też bandyci pokazali mu, że z nimi się nie żartuje. Ukarali go za to, że ośmielił się wypowiedzieć im wojnę. Gdy zdecydował się rozprawić z półświatkiem, nie spodziewał się, że tak to się skończy. Gdyby wtedy odpuścił, może jego rodzina nadal by żyła.
Chciał pokazać miastowym, że śmierć kilku prostytutek i barmana nie obejdzie się bez kary. Chciał pokazać, że policja, a zwłaszcza on, nie odpuszcza. Bandzior jednak zemścił się okrutnie. Wszyscy wiedzieli, że za zabiciem żony i syna komisarza Grota stoi boss wrocławskiego półświatka. Jednak wiedzieć, a umieć udowodnić to dwie różne sprawy. Marucha został zatrzymany, ale okazało się, że ma alibi nie do podważenia. W czasie wypadku zgłaszał na komendzie kradzież samochodu. Prokurator nie zdecydował się postawić mu zarzutów. Samochód znalazł się po kilku dniach na Brochowie z rozprutymi zamkami i innymi śladami świadczącymi o włamie. Boss wyszedł spokojnie do domu i śmiał się policji i prokuratorowi w twarz. Grot był wściekły. Kusiło go, żeby samemu wymierzyć sprawiedliwość. Nie zdążył. Miesiąc po wypadku Marucha zginął zastrzelony w swoim lokalu przez Strunę, jednego ze swoich podwładnych. Wtedy zaczęła się w mieście wojna, która pochłonęła kilka ofiar. Jego to już jednak nie obchodziło. Postanowił odejść z firmy.
Dzień śmierci jego żony i synka był dniem, który zapoczątkował upadek Grota. Chociaż tak naprawdę całe jego życie naznaczone było tragedią. Swoich rodziców nie pamiętał. Ojciec zniknął, zanim on się urodził. Matka popełniła samobójstwo, gdy miał dwa lata, powiesiła się na strychu. Mały Radek trafił pod opiekę babci. Starsza kobieta starała się zapewnić mu w miarę normalne i szczęśliwe dzieciństwo, robiła, co mogła, często jednak widział, jak ukradkiem płacze. Kilka razy pytał nawet o powód tych łez, ale go zbywała. Gdy trochę podrósł, starał się dowiedzieć czegoś na temat rodziców, ale babcia robiła się wtedy nerwowa. Mówiła, że rozmowa na temat jego matki sprawia jej ból. Nie potrafiła się pogodzić z jej śmiercią. O jego ojcu nawet nie chciała słyszeć. Twierdziła, że lepiej by było, gdyby nigdy nie pojawił się w ich życiu, że ktoś taki jak on nie powinien w ogóle chodzić po ziemi. Nie drążył tematu.
Babcia zmarła, gdy miał dwadzieścia lat. Dostała wylewu. Trafiła do szpitala, ale lekarze byli bezradni. Wtedy został całkiem sam. Dopiero gdy poznał Kamilę, poczuł, że los się do niego uśmiechnął. Żałował, że tylko na chwilę...
Z rozmyślań wyrwał go dzwonek komórki.
- Słucham - mruknął smętnie.
- Dzień dobry, chciałbym zaproponować nowy, niższy abonament na telefon i internet - rozległ się męski głos po drugiej stronie.
- Panie, nie możesz mi pan zaproponować nic tańszego niż to, co teraz płacę.
- A ile teraz pan płaci?
- Zero złotych. Od dawna przychodzą wezwania do zapłaty, ale nie mam kasy, więc sam pan widzisz...
Odpowiedziała mu dziwna cisza. Po chwili usłyszał sygnał zakończonej rozmowy.
- Nie tak łatwo mi wcisnąć ciemnotę - skomentował pod nosem, po czym wstał i przymierzył garnitur.
Tak jak się spodziewał, zarówno spodnie, jak i marynarka na nim wisiały, ale nic innego nie miał.
W sumie kogo obchodzi, jak wyglądam, stwierdził w duchu. Nie startuję w konkursie na najlepiej ubranego menela. Ciekawe, czy ktoś w ogóle organizuje takie konkursy?
Buty do garnituru miały zdarte noski, ale szczodra warstwa pasty sprawiła, że wyglądały jako tako. Ponownie spojrzał w lustro.
- W sumie może być - powiedział do siebie. - Do lokalu mnie wpuszczą.
Spojrzał na stojący na starej komodzie zegar. Dochodziła dwunasta trzydzieści. Do spotkania zostało jeszcze kilka godzin. Oczywiście musiał wziąć poprawkę na czas potrzebny na dotarcie na drugi koniec miasta, ale na razie nie musiał się spieszyć.
Poszedł do kuchni, żeby zaparzyć sobie kawę. W zlewie zalegała sterta brudnych, śmierdzących naczyń.
- Oho, gosposia wzięła sobie wolne, i to chyba z tydzień temu. Zaraz, przecież ja nie mam gosposi! - Zarechotał głośnym pijackim śmiechem. - Trzeba będzie to pozmywać, ale nie teraz. Teraz trzeba napić się kawy.
Wyjął spośród naczyń kubek z zaschniętymi fusami. Szybko, niedbale opłukał go pod bieżącą wodą i postawił na stole. Następnie nalał do czajnika wody z kranu i włączył gaz. Teraz trzeba tylko zlokalizować kawę i cukier. Zawsze pił sypaną z dwiema łyżeczkami cukru. Bez śmietanki ani mleczka. Uważał, że takie dodatki są dla mięczaków i niepewnych swojej męskości gogusiów.
W cukiernicy na stole na szczęście był jeszcze cukier. Kawa stała w górnej szafce przy oknie, choć ledwie starczyło na kubek. Grot w myślach dopisał kolejną pozycję do listy zakupów, które musiał zrobić po powrocie ze spotkania - tuż za wódką i piwem.
Zalał kawę i usiadł przy stole. Zachciało mu się palić. Rozejrzał się i dostrzegł leżącą pod oknem paczkę viceroyów. Sięgnął po nią i otworzył. W środku był tylko jeden papieros, jednak ucieszył się na ten widok tak, jakby znalazł Święty Graal.
Odpalił i zaciągnął się głęboko. Gdy dym dotarł do płuc, aż go zapiekło. Mało co, a by się udusił. Odkaszlnął i od razu poczuł się lepiej.
Przed śmiercią Kamili nie palił nałogowo. Raz na jakiś czas zdarzyło mu się puścić dymka. Teraz jednak papierosy były jego nałogiem tak jak alkohol.
Kilka lat temu w ogóle był innym człowiekiem. Zanim zaczęła się jego wojna ze światem przestępczym, był praktycznie najważniejszym psem w wydziale, no, może poza naczelnikiem, choć z nim i jego zdaniem nikt się nie liczył. Nieformalnie to Grot rządził w wydziale. Życie rodzinne też miał unormowane. Żona, kilkumiesięczne dziecko i dom odziedziczony po babci. Po prostu pełnia szczęścia, nie licząc zbrodni, z którymi musiał się mierzyć w pracy.
A potem jednego dnia wszystko się zmieniło. Po śmierci bliskich stwierdził, że ma dość. Złożył wypowiedzenie. Przełożeni i koledzy próbowali go przekonać, aby zmienił decyzję, on jednak twardo obstawał przy swoim. Tak wylądował na emeryturze.
Kilku kumpli pomogło mu w miarę stanąć na nogi. Z ich wsparciem otworzył biuro detektywistyczne i sprzedał dom. Zamierzał wszystko zacząć od nowa. Zdanie egzaminu na licencję nie było trudne, jednak uruchomienie biura wymagało trochę zachodu. Przez kilka pierwszych miesięcy jakoś sobie radził na rynku. Miał parę zleceń, głównie śledzenie niewiernych żon i mężów, nic skomplikowanego.
A potem przyszła pierwsza rocznica śmierci Kamili i Stasia. Wtedy się załamał. Smutek zaczął topić w alkoholu, pojawili się nowi znajomi od flaszki. Towarzystwo nie wiedziało, kim był i czym się wcześniej zajmował. Dla nich liczyło się tylko to, czy ma kasę na trunek. Wtedy jeszcze miał. Z pieniędzy za dom na Maślicach kupił skromną kawalerkę w Leśnicy. Początkowo dbał o nowe lokum, ale gdy alkohol stał się całym jego światem, i to się zmieniło. Kompletnie zapuścił mieszkanie. Jego łóżko wyglądało jak barłóg. Wszędzie walały się śmieci, a grzyb zajmował już pół ściany. Teraz to była bardziej melina niż przytulny kąt.
Od kilku miesięcy nie brał żadnych zleceń. Nie czuł potrzeby, aby zajmować się sprawami obcych ludzi, skoro z własnym życiem nie potrafił sobie poradzić. Dzisiejszy telefon od tej kobiety miał to zmienić.
Wiktor Szymczak od trzech miesięcy pracował w Urzędzie Wojewódzkim we Wrocławiu.
Dwa tygodnie temu odkrył w dokumentach dziwne nieprawidłowości. Zauważył, że pewna grupa osób przewija się w różnych sprawach dotyczących przekazywania nieruchomości rzekomym spadkobiercom. Prawnicy rodzin, do których należały budynki i grunty, przedstawiali dokumenty poświadczające, że mienie zostało im odebrane przez władze w czasie wojny. Urzędnicy rozpatrujący sprawy bez mrugnięcia okiem przekazywali milionowe odszkodowania za rzekomo znacjonalizowane nieruchomości.
To, co zastanawiało Wiktora, to fakt, że wszystkie dokumenty stwierdzające własność danego majątku wypełnione były tym samym charakterem pisma. Nie był co prawda grafologiem, ale specyficzny zawijas wieńczący litery "y" oraz "m" wskazywał, że papiery wypełniała jedna i ta sama osoba. Kolejna rzecz warta sprawdzenia to ta, że druki niemieckie były z tej samej serii - różniły się tylko ostatnimi cyframi. Gdyby dokumenty były prawdziwe, nie byłoby to możliwe. Szczególną uwagę zwracał fakt, że niektóre dokumenty były wystawione tym samym charakterem pisma i różniły się zaledwie o parę cyfr, a wystawiono je w różnych miastach i w różnym czasie. Zastanawiające były zwłaszcza dwa akty własności dotyczące dwóch kamienic w centrum miasta. Wypisane były w dwóch różnych miejscach III Rzeszy - jedno w Breslau, a drugie w Berlinie - w odstępie czterech lat. I znów ten sam charakter pisma i ta sama seria. To było wręcz nieprawdopodobne.
Majątek zwrócony spadkobiercom na podstawie tych wątpliwych dokumentów w ciągu ostatniego roku wynosił ponad siedemset milionów złotych. Skala wyłudzenia mogła być jednak dużo większa, biorąc pod uwagę kolejne odkrycie Szymczaka. Urzędnicy, którzy z taką łatwością zatwierdzali owe dokumenty, prawnicy oraz rzekomi spadkobiercy przewijali się bowiem w kilku innych sprawach.
Zastanawiał się, co z tą wiedzą zrobić. Czy powinien powiadomić CBA? A może pójść z tym na policję? Ostatecznie umówił się z kuzynem, który pracował we wrocławskiej delegaturze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, przedstawił mu swoje odkrycie i spytał, co powinien z tym zrobić. Kuzyn wnikliwie przeanalizował zdjęcia dokumentów, a potem wyszedł gdzieś zadzwonić. Gdy wrócił, oschle poradził Wiktorowi, żeby zostawił ten temat. "Na układy nie ma rady, lepiej zapomnieć", stwierdził z nieodgadnioną miną. Te słowa zabrzmiały dziwnie w ustach oficera ABW. Wiktor jednak był wychowany w tradycyjnej rodzinie, gdzie wpojono mu, że należy być uczciwym i prawym człowiekiem. Dlatego postanowił, że tak tego nie zostawi. Musiał wymyślić sposób na ujawnienie nieprawidłowości w urzędzie.
Przypadkowe spotkanie Marka Kruszewskiego, dawnego kumpla z podstawówki, okazało się dla Szymczaka przełomem. Poszli na piwo do jednej z knajpek na rynku, powspominali stare czasy, a gdy Marek mimochodem rzucił, że pracuje w mediach, a konkretnie w ogólnopolskim tygodniku, Wiktor stwierdził, że to jego szansa. Kumpel co prawda dopiero zaczynał jako dziennikarz śledczy, ale to nie miało znaczenia. Afera, którą wykrył Szymczak, mogła być punktem zwrotnym w jego życiu zawodowym. Zresztą obaj mogli na tym skorzystać - jeden zrobi karierę, a drugi uspokoi swoje sumienie.
Przez kilka dni Szymczak dostarczał kumplowi kserokopie dokumentów. Razem stworzyli mapkę powiązań pomiędzy urzędnikami, biznesmenami i politykami. Skala procederu z każdym dniem bardziej ich przerażała. W pewnym momencie Kruszewski zaczął się zastanawiać, czy nie są za krótcy na taką aferę. Po namyśle jednak stwierdził, że trzeba podejmować wyzwania, jakie podsuwa los.
Wszystko układało się po ich myśli aż do ostatniego poniedziałku, gdy Marek nagle zamilkł. Nie odbierał telefonów, nie można go było zastać w domu. W redakcji też nikt nie wiedział, gdzie się podziewa. Przepadł jak kamień w wodę.
Wiktor zaczął się obawiać, że kolegę spotkało coś złego. On sam ostatnio zauważył, że w urzędzie kilku kolegów bacznie mu się przypatruje. Przełożony wezwał go na dywanik i zaczął wypytywać, czy dobrze mu się pracuje, czy jest zadowolony i czy zarobki mu odpowiadają. Dużo dziwnych pytań, które ze względu na obecną sytuację wydały się Szymczakowi zawoalowanym ostrzeżeniem. Wczoraj dodatkowo zauważył, że pod jego domem w starym fordzie mondeo przesiaduje jakiś facet. Krótko ostrzyżony, barczysty, budził niepokój. Wzrokiem bacznie skanował otoczenie. Wiktor miał pewność, że to jego obserwuje. Czuł się coraz bardziej zagrożony.
Joanna Zawadzka po raz kolejny spojrzała na zegarek.
Mężczyzna, którego poleciła jej Agnieszka, spóźniał się już ponad kwadrans. Gdyby to był ktoś inny, znaleziony w internecie lub w jakimś ogłoszeniu, dawno już odwołałaby spotkanie i pewnie jeszcze porządnie go opieprzyła. Ten detektyw to jednak inna para kaloszy. Według Agi to wyjątkowy specjalista. Nie ogłasza się, nie zabiega o zlecenia, ale jest niezwykle skuteczny. To jednak, co przeważyło za wyborem akurat jego, to fakt, że podobno jest bezkompromisowy i dąży do celu bez wytchnienia. A do tego ma szósty zmysł, dzięki któremu potrafi rozwiązać nawet najbardziej skomplikowane sprawy.
Agnieszka pracowała w komendzie policji we Wrocławiu i znała Grota tylko z widzenia. Kiedyś facet był legendą wśród policjantów w mieście. Mówiła, że miał bardzo wysoką wykrywalność. Potem odszedł z policji i otworzył biuro detektywistyczne. Joanna szukała w internecie jakichś informacji na temat jego firmy, ale nic nie znalazła. Nawet Adze trudno było zdobyć jego numer telefonu. Musiała zgodzić się zjeść kolację z dawnym współpracownikiem Grota, żeby dostać na niego namiary. Nie wyglądała bynajmniej na niezadowoloną z tego powodu, przeciwnie - Joanna zauważyła, że przyjaciółka tajemniczo się uśmiecha na wspomnienie tamtej randki.
Teraz jednak, gdy siedziała przy stoliku, czekając na spóźniającego się detektywa, zastanawiała się, czy dokonała dobrego wyboru. Samotna kobieta sącząca kawę w drogiej restauracji zwracała na siebie uwagę. Ludzie przychodzili tu coś zjeść, a nie ślęczeć nad filiżanką małej czarnej. Stoliki wokół były pozajmowane, goście wyglądali na majętnych - lub na takich chcieli się kreować.
Joanna już miała zawołać kelnera, gdy w drzwiach stanął mężczyzna, którego aparycja od razu przykuła jej uwagę. Nie pasował do tego miejsca. Garnitur na nim wisiał, twarz miał niedbale ogoloną, z widocznymi zacięciami, głowę ostrzyżoną niemal na łyso, a wzrok mętny. Stojący przy wejściu kelner zaczął z nim rozmawiać. Widać było, że w kulturalny sposób stara się go wyprosić.
Joanna wstała i ruszyła w stronę nowo przybyłego. Usłyszała, jak ten mówi gardłowym głosem:
- Jestem tutaj umówiony.
- Przykro mi, ale naprawdę nie mamy miejsc. Może pan na tego kogoś poczekać w holu restauracji i razem z nim udać się do innego lokalu. U nas jest rezerwacja na cały wieczór - przekonywał kelner.
- Chłopie, czy ty słuchasz, co mówię? Tutaj jestem umówiony, a nie gdzie indziej. Na pewno nie w holu restauracji. Spóźniłem się. Jestem przekonany, że osoba, z którą mam się spotkać, jest już w środku. Nie będę siedział na taborecie w holu, bo tam mnie nie zobaczy. Kapujesz?
- Pan wybaczy, ale... - zaczął kelner.
- Wybaczam - przerwał mu mężczyzna i wyciągnął rękę, żeby go przesunąć.
To wystarczyło, by Joanna upewniła się, że ma do czynienia z Radosławem Grotem. Tak jak mówiła Agnieszka - facet uparcie dążył do celu. W kilku krokach podeszła bliżej i stanęła na wprost niego.
- Witam pana. I zapraszam do mojego stolika - wtrąciła się do wymiany zdań pomiędzy mężczyznami.
Speszony kelner nie powiedział już ani słowa, tylko ukłonił się jej nisko i usunął w kąt sali.
Zawadzka zaś ruszyła, wskazując Grotowi drogę.
Szedł za kobietą, mimowolnie zerkając na jej zgrabne nogi, i zastanawiał się, jakie zadanie zamierza mu zlecić. Podejrzewał, że rozwodówkę. Widać było, że ma problemy. Miał nadzieję, że robota będzie prosta i szybko zarobi parę groszy. Pod warunkiem że w ogóle się dogadają, w co powoli zaczynał wątpić.
O mały włos, a do tego spotkania w ogóle by nie doszło. Nawet nie wiedział, kiedy usnął w kuchni na krześle. Gdy się ocknął, kawa była już całkiem zimna, a do umówionej godziny zostało naprawdę mało czasu. Z przystanku do restauracji musiał biec. Przed wejściem chwilę postał, starając się unormować oddech. Na domiar złego kelner zaczął robić problemy. Gdyby nie ta kobieta, posłałby w jego stronę konkretną wiązankę.
Teraz szedł za nią do stolika, który zarezerwowała. Jej figura mogła przyprawić o zawał. Krągłe pośladki opinała ołówkowa spódnica, nogi obleczone w cieliste rajstopy były najładniejszymi nogami, jakie widział w swoim długim życiu. Długie blond włosy dopełniały efektu. Krótko mówiąc: kobieta była zadbana i widać było, że ma pieniądze.
Usiadła i wskazała mu miejsce na wprost siebie. Grot się zawahał. Przez chwilę nawet kusiło go, by uciec. Czuł się tu nieswojo. W końcu jednak usiadł na krześle.
- Napije się pan czegoś? Kawa, herbata, jakiś sok? A może coś mocniejszego?
- Może sok - odpowiedział Grot wbrew sobie. Oczywiście, że wolałby coś mocniejszego.
Nagle jak spod ziemi wyrósł przy nich kelner.
- Poproszę sok... - zaczęła kobieta.
- Oczywiście. A jaki sok? Mamy pomarańczowy, z mango, z owoców tropikalnych... - zaczął wyliczać kelner.
Gdy spojrzała w stronę Grota, ten powiedział cicho:
- Pomarańczowy.
- A więc sok pomarańczowy - powtórzyła za nim. - Resztę zamówienia złożymy za chwilę.
Kelner oddalił się tak samo dyskretnie, jak się pojawił. Wtedy blondynka znów przeniosła spojrzenie na Grota.
- Nazywam się Joanna Zawadzka i potrzebuję pańskiej pomocy - przeszła do rzeczy. - Powiem pokrótce, o co mi chodzi, a pan zadecyduje, ile mnie to będzie kosztowało i czy w ogóle jest pan w stanie mi pomóc.
- Chodzi o rozwód? - spytał.
- Nie. To coś bardziej skomplikowanego.
- Rozumiem. Niech pani powie, co jest do zrobienia.
- A więc otrzymałam pański numer od koleżanki. Pracuje w policji i powiedziała mi, że tylko pan sobie z tym poradzi. Chodzi o mojego brata. Zaginął kilka dni temu. Nie ma go w jego mieszkaniu, nie pojawił się w pracy, po prostu zniknął.
- Może gdzieś wyjechał? - podsunął Grot.
- Nic mi o tym nie wiadomo. Ale może zacznę od początku. Ja i mój brat pochodzimy z dość bogatej rodziny. Nasi rodzice dorobili się za granicą, dokładniej mówiąc w Anglii. Majątek, który mamy, pozwala nam spokojnie żyć, bez obawy o przyszłość. W sumie ani ja, ani mój brat nie musimy pracować. Cztery lata temu rodzice zginęli w wypadku we Włoszech. Ich samochód został staranowany przez kierowcę tira z Ukrainy.
Grot nabrał głośno powietrza. Powróciły wspomnienia związane ze śmiercią jego bliskich. Kusiło go, aby wezwać kelnera i poprosić o butelkę wódki.
Zawadzka tymczasem kontynuowała swoją opowieść:
- Wtedy Marek zdecydował, że zostanie dziennikarzem. Zamarzyła mu się kariera korespondenta wojennego lub dziennikarza śledczego. Początkowo starałam się wyperswadować mu takie zajęcie, ale widząc, że nie uda mi się go zniechęcić, postanowiłam uważnie mu się przypatrywać. Załatwiłam mu nawet angaż w tygodniku "W Obronie Prawdy", to takie pismo z coraz większym nakładem. Coś w stylu programów typu Uwaga! lub Interwencja, tylko do czytania. Pewnie kojarzy pan te programy...
- Nie oglądam telewizji.
- Aha, ale oczywiście jest pan świadomy istnienia czegoś takiego jak telewizja? - zażartowała Joanna.
- Świadomy jestem, ale nie jestem pasjonatem.
- Rozumiem. A więc Marek napisał kilka artykułów, taka drobnica. Ostatnio jednak, gdy się spotkaliśmy, wyznał, że ma coś naprawdę dużego. Coś, co wstrząśnie opinią publiczną. Jak powiedział, "z wysokich stołków polecą łby". Nie chciał jednak zdradzić żadnych szczegółów. Uprzedził tylko, że to, co ma, jest naprawdę mocne. To była ostatnia nasza rozmowa. Była dziwna, i to nie tylko z powodu tego, co mówił. Marek ciągle zerkał na zegarek, jakby się spieszył.
- Co w tym dziwnego? - spytał Grot.
Zawadzka wyciągnęła z torebki paczkę chusteczek higienicznych i położyła ją na stole.
- Nigdy się tak nie zachowywał. Gdy go o to zapytałam, stwierdził, że musi jeszcze wpaść do redakcji. Po spotkaniu, gdy wróciłam do domu, zadzwoniłam do niego jeszcze, bo zapomniałam zaprosić go na obiad na najbliższą niedzielę. Ale nie odbierał. Więcej nie miałam z nim kontaktu. Nikt z sąsiadów go nie widział, w pracy się nie pojawił. Przepadł jak kamień w wodę.
- Zgłosiła pani zaginięcie na policję?
- Tak, ale powiedzieli, że jest dorosły i nie musi informować siostry o swoich planach. Zbagatelizowali sprawę.
Grot oblizał wargi. Coraz bardziej go suszyło.
- Bzdura - mruknął. - Jak ktoś zaginie, to kto ma to zgłosić? Dorosłość nie ma tu nic do rzeczy.
Wreszcie kelner wrócił z zamówionym sokiem. Grot nie mógł się już doczekać, kiedy nawilży gardło.
- Też tak uważam - przyznała Zawadzka. - Ale do rzeczy. Wczoraj ktoś chciał się włamać do mojego domu. Włamywacza przegoniły psy pilnujące sąsiedniej posesji. To też mnie zastanowiło, bo wcześniej nie było takich sytuacji. Może nie pomyślałabym, że ma to związek z zaginięciem brata, ale okazało się, że mieszkanie Marka ktoś splądrował. Jego sąsiadka powiedziała mi, że widziała mężczyznę, który od niego wychodził. Gdy zapytała, czego szuka, powiedział, że jest bratem Marka i przyjechał z Poznania. Tyle że my nie mamy więcej rodzeństwa. Co więcej, facet nie zrobił zwykłego bałaganu jak przy włamaniach, ale przeszukał mieszkanie bardzo umiejętnie.
- Dziwny zbieg okoliczności - uznał Grot, biorąc łapczywy łyk soku. - Tyle że ja nie wierzę w zbiegi okoliczności. W ogóle jestem niewierzący. - Napój drażnił przełyk chłodną intensywnością.
- Mam podobną zasadę. - Zawadzka pokiwała głową. - Znaczy się, jeśli chodzi o zbiegi okoliczności. A przechodząc do meritum. Uważam, że mój brat coś odkrył i dlatego zniknął. Chciałabym, aby pan go odnalazł. Martwię się o niego. Mam przeczucie, że mogło mu się coś stać. Jeśliby się okazało, że ktoś go zamordował, chciałabym móc pochować brata...
Grot odstawił szklankę i poprawił się na krześle.
- Wie pani, że takie poszukiwania są czasochłonne i wymagają dużego nakładu pracy? I nigdy nie ma gwarancji powodzenia.
- Panie Grot, jakbym nie zdawała sobie z tego sprawy, nie rozmawialibyśmy. Wiem też, że to będzie kosztować. Pieniądze nie grają dla mnie roli. To jak, pomoże mi pan?
- Musiałbym się zastanowić. Nie sztuka wziąć pieniądze i udawać, że się coś robi.
- To pan niech się zastanowi, a ja złożę zamówienie. Na co ma pan ochotę? Ja stawiam.
Jak na zawołanie przy stoliku znów pojawił się kelner.
- Wie pani, w sumie nie jestem głodny... - skłamał Grot. Od wczoraj nic nie jadł i czuł już lekką pustkę w żołądku.
- Polecam tatara wołowego z jajkiem przepiórczym, policzki wołowe w sosie brzoskwiniowo-truflowym, pierś z kaczki w sosie borowikowym z sałatką z rukoli... - zaczął recytować kelner.
- Ja wezmę mule. A dla pana może królika z chrzanem i agrestem. Kiedyś jadłam i był wyjątkowy. Lubi pan królika? - spytała Joanna.
- Może być - odpowiedział Grot bez przekonania.
Gdy kelner bezszelestnie się oddalił, Zawadzka z powagą spojrzała na detektywa.
- Zastanowił się już pan? Proponuję następujące warunki współpracy: za każdy dzień pracy otrzyma pan tysiąc euro. Dodatkowo ma pan budżet operacyjny w wysokości trzydziestu tysięcy złotych. Jakim samochodem pan jeździ?
- Aktualnie żadnym.
- Dobrze, dostanie pan ode mnie opla insignię. Jakoś nie mam do niego przekonania, stoi bezużytecznie w garażu. Pasują panu takie warunki?
Grot wzruszył ramionami.
- Mogą być. Ale zdaje sobie pani sprawę, że moje działania mogą nie przynieść rezultatu?
- Panie Grot, wierzę w pana. Wie pan dlaczego? Widzę u pana siłę. Nie wiem, jak to nazwać, ale... bije od pana moc. Opinię też ma pan dobrą. Uważam, że dokonuję słusznego wyboru.
Gdy po dwóch kwadransach kelner przyniósł zamówione dania, Zawadzka uśmiechnęła się do Grota.
- Smacznego. Po posiłku powie mi pan, jakie informacje mam panu przekazać. Wiem, że na pewno musi być zdjęcie brata i jego adres.
Kiwnął głową i sięgnął po sztućce. Przed nim na talerzu wielkim jak pizza leżał wątły kawałek mięsa króliczego. Pod nim liść chrzanu, a obok kilka kulek agrestu. Wokół był rozmazany, jakby pociągnięciem pędzla, jakiś zielonkawy sos. Wizualnie szału nie było, ale gdy skosztował kęs, musiał szczerze przyznać, że czegoś takiego jeszcze nigdy nie jadł. Nigdy by nie pomyślał, że zwykły agrest może wydobyć z posiłku tyle smaków. Musiał się powstrzymywać, aby nie zeżreć wszystkiego zbyt łapczywie.
Siedząca na wprost niego kobieta skupiła się na swoim talerzu i nie zwracała na niego uwagi. Dopiero po skończonym posiłku znów popatrzyła na niego przenikliwie.
- Czy mogę pana odwieźć do domu? Jutro przygotowałabym dla pana materiały. Przyjechałby pan do mnie koło południa? Mieszkam na Bielanach. Oczywiście jeśli to panu pasuje. Wziąłby pan samochód i potrzebne rzeczy.
- Dziękuję, ale wrócę sam - odparł. - Mam jeszcze kilka rzeczy do załatwienia na mieście. A co do jutra, dwunasta mi pasuje. - Nie chciał, aby ta elegancka pańcia wiedziała, w jakiej okolicy mieszka i w jakich warunkach.
Zawadzka kiwnęła głową, a następnie przywołała kelnera i poprosiła o rachunek. Gdy ten pojawił się przy stoliku, położyła na stole dwa banknoty - jeden stu-, a drugi dwustuzłotowy. Następnie wstała i wyciągnęła rękę na pożegnanie. Uścisk miała delikatny, kobiecy, ale nie ciamajdowaty. Jej dłoń była zadbana, jednak w tym uścisku było coś, co świadczyło, że praca fizyczna nie jest jej obca.
Grot spojrzał w jej oczy i zobaczył w nich, że Zawadzka ma do niego pełne zaufanie. Wyraźnie zależało jej, aby przyjął to zlecenie.
Uśmiechnął się najszczerzej jak mógł i zapewnił:
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby pani brat wrócił do domu.
Ostrożnie odwzajemniła uśmiech i skierowała się w stronę wyjścia.
Przez chwilę jeszcze stał i patrzył na jej zgrabne ciało. A potem ruszył na poszukiwanie sklepu monopolowego.
Marek Kruszewski wytężał wzrok w ciemności. Nie potrafił jednak rozpoznać żadnych szczegółów pomieszczenia, w którym leżał. Nie wiedział, czy znajduje się w piwnicy, czy na strychu. W ciszy słychać było tylko buczenie jakiegoś urządzenia - hydroforu, a może chłodziarki.
Nie był skuty ani skrepowany. Rwanie w kostce świadczyło o jakimś urazie nogi. Ręce też miał obolałe. W sumie całe jego ciało przeszywał ból.
Nie pamiętał, w jaki sposób się tu znalazł. Kojarzył jedynie, że wyszedł z redakcji i udał się na parking podziemny pod placem Nowy Targ. Gdy wsiadł do samochodu, poczuł coś jak porażenie prądem.
Ocknął się dopiero w tym miejscu. Miał wrażenie, że ktoś porządnie go zlał, zanim wrzucił jak worek ziemniaków do tego pokoju. To było kilka dni temu, jednak nie potrafił powiedzieć, kiedy dokładnie. Nie wiedział, jak długo był nieprzytomny. Skręcało go z głodu, a więc na pewno nie jadł już dość długo.
Leżał teraz i nasłuchiwał pojedynczych dźwięków dochodzących z zewnątrz. Kilka minut temu słyszał, jak ktoś kręcił się za drzwiami. Docierały do niego czyjeś głosy. Spodziewał się, że porywacz - lub porywacze - może się tu w każdej chwili pojawić.
Zastanawiał się, dlaczego właściwie go porwali. Czy ktoś chciał go uciszyć w związku z planowanym artykułem? A może było to uprowadzenie dla okupu? Wielu ludzi wiedziało, że on i jego siostra odziedziczyli po rodzicach niemałą fortunę; ich majątek szacowany był na ponad sto milionów złotych. Jeśli to było porwanie dla pieniędzy, istniała jeszcze nadzieja. Porywacze z reguły po uzyskaniu okupu wypuszczają zakładnika. Trzeba się tylko uzbroić w cierpliwość. Gorzej, jeśli chodziło o to, żeby go uciszyć. Wtedy nie wiadomo, jak daleko mogą się posunąć.
To, co przekazał mu Wiktor, samo w sobie było już podstawą, aby kilkadziesiąt osób zamieszanych w machlojki wsadzić do więzienia na długie lata. Wielu ludzi powiązanych z wyłudzaczami nieruchomości i gruntów utraciłoby wpływy w polityce i biznesie. Z akt, do których dotarł Marek, można było także wysnuć wniosek, że grupa, oprócz wyłudzeń majątku, ma na koncie bardziej poważne przestępstwa.
W jednym z tropów pojawiała się sprawa Antoniego Maliniaka. Rolnik nie chciał sprzedać swojej ziemi pod budowę ważnej arterii drogowej. Jego grunt znajdował się na trasie łączącej most Milenijny z ulicą Żmigrodzką. Praktycznie wszystkie działki, które miały pójść pod budowę drogi, należały do polityków. Właścicielem kilku był poprzedni prezydent miasta, paru innych - aktualny. Spory kawałek gruntu należał do wicewojewody, a kilkadziesiąt arów do polityka, który obecnie był jednym z wiceprzewodniczących największej partii opozycyjnej. Partia ta przez ostatnie lata sprawowała władzę w kraju, a ten polityk był nawet wicepremierem rządu. I właśnie pośród wszystkich tych gruntów należących do ludzi z politycznych wyżyn była jedna działka Maliniaka. Budowa trasy nie mogła się rozpocząć, dopóki rolnik nie sprzeda swojej ziemi. Namawianie go trwało kilka miesięcy. Próbowano wszelkich sposobów, aby uzyskać jego podpis pod aktem notarialnym - począwszy od przekupienia, na szantażu kończąc. Wszystko jednak na nic. Maliniak był uparty. Twierdził, że to jego ojcowizna i nie sprzeda jej za żadne skarby świata.
Minęły kolejne trzy tygodnie, aż pewnego dnia syn Maliniaka poszedł na ryby i się utopił. Sekcja zwłok wykazała, że był pijany i nieopatrznie wpadł do wody. Rodzina i znajomi zeznali, że Bartek Maliniak był osobą niepijącą. Nie spożywał trunków ani na co dzień, ani nawet od święta. Wszyscy sąsiedzi i znajomi zgodnie podejrzewali, że młodego Maliniaka zamordowano. Prokuratura umorzyła jednak postępowanie z powodu niestwierdzenia czynu zabronionego. W tym samym dniu starego Maliniaka odwiedził przedstawiciel inwestora i kolejny raz zaproponował odkupienie ziemi. Stary Maliniak, teraz dodatkowo pogrążony w żałobie po stracie syna, ponownie odmówił. Wtedy zaczęły się problemy. Żona straciła etat w dyskoncie spożywczym, w którym pracowała od dwunastu lat. Jako powód zwolnienia podano kradzież pieniędzy z kasy. Kobieta została nawet zatrzymana na czterdzieści osiem godzin w policyjnej izbie zatrzymań. Chwilę później córka Maliniaka została wyrzucona z pracy w banku. Pracowała tam dwa lata i nagle przełożeni stwierdzili, że muszą zlikwidować jeden etat. Wypadło na Marzenę Waligórską z domu Maliniak. Następnie brat Antoniego, ksiądz z parafii we wsi Marszowice Dolne, został oskarżony o posiadanie pornografii dziecięcej. W komputerze księdza rzekomo znaleziono treści przedstawiające seks z małoletnimi. Parafianie nie mogli uwierzyć w te bzdury z kilku powodów, pośród których najważniejszym był fakt, że ksiądz nigdy nie miał komputera i nawet nie potrafił żadnego obsługiwać.
W końcu Antoni Maliniak został znaleziony w stodole przez żonę - wisiał na pasku od spodni. Było to dwa tygodnie po pogrzebie jego syna. To śledztwo prokuratura również umorzyła, stwierdzając samobójstwo. Śledczych nie zastanowiły siniaki na przedramionach mężczyzny. Biegły stwierdził, że mogły powstać w wyniku prac w gospodarstwie.
Po śmierci Antoniego inwestor przelał na konto rodziny Maliniaka odpowiednią sumę pieniędzy za zakup jego ziemi. Kupujący przedstawili nawet umowę podpisaną przez nieżyjącą już głowę rodziny. Żona i córka miały wątpliwości co do autentyczności podpisu, ale po jakimś czasie wycofały zawiadomienie o fałszerstwie dokumentów i zmieniły swoje zeznania.
Takich spraw w mieście i w całym województwie było znacznie więcej. Materiały, które dostarczał Markowi Wiktor i które Kruszewski sam uzyskiwał z innych źródeł, tworzyły przerażający obraz układów polityczno-towarzysko-biznesowych.
Teraz się zastanawiał, czy osoby, które go uprowadziły, zdecydują się na uciszenie go raz na zawsze, czy może poprzestaną na straszeniu.
Podejrzewał, że w ciągu kilku najbliższych godzin się tego dowie.
Od razu po powrocie do domu Grot ściągnął garnitur. I tak wystarczająco długo się w nim męczył. Zaraz potem wyciągnął z reklamówki butelkę wódki i kilka puszek piwa.
Otworzył flaszkę i nalał sobie słuszną porcję do szklanki. Wypił jednym haustem, po czym nalał na drugą nogę. Przymknął oczy, czując, jak alkohol przyjemnie pali go w gardle, a potem otworzył puszkę piwa i wziął łyk na popicie wódki. Wiedział z doświadczenia, że łączenie tych trunków niesie ze sobą katastrofalne skutki, jednak nie miało to dla niego większego znaczenia. Grunt, żeby się napić.
Usiadł przy kuchennym stole w samych gaciach i skarpetkach i popatrzył na swoje dłonie. Miał wrażenie, że miejsce na palcu, gdzie kiedyś była obrączka, pali go żywym ogniem, tak jakby Kamila z nieba kazała mu założyć spoczywający w szufladzie komody złoty krążek, jakby kazała mu wziąć się za siebie.
Ból stawał się nie do zniesienia, Grot podniósł się więc z taboretu i poszedł do pokoju. Wysunął szufladę. Obrączka tak jak zawsze leżała na spodeczku. Podniósł ją i przez kilka sekund obracał w palcach, oglądając z każdej strony. W końcu wsunął na palec. Dziwne, ale palenie jakby zelżało. Stwierdził, że to pewnie alkohol spowodował takie dziwne odczucia.
Z obrączką na palcu wrócił do kuchni. Przez chwilę patrzył na stojący na stole alkohol. Nagle, jakby kierowała nim jakaś siła, chwycił butelkę wódki i wylał całą zawartość do zlewu. Zdawał sobie sprawę, że za kilka minut będzie tego żałował, ale może to pierwszy krok, aby alkohol przestał rządzić jego życiem? W ślad za wódką do kanalizacji trafiła zawartość puszek z piwem.
To pierwszy dzień jego nowego życia. Pierwszy dzień życia w trzeźwości.
Rozdział II
Grot wstał skoro świt. Za oknem było jeszcze ciemno. Zdawał sobie sprawę, że jeśli chce wrócić do pełni sił i sprawności, musi zmienić podejście do życia.
Ignorując ból sflaczałych mięśni, zrobił dwadzieścia przysiadów i dziesięć pompek. Na początek tyle wystarczy. Nie ma co się forsować. Pomyśleć, że kiedyś potrafił zrobić sto przysiadów i ponad sześćdziesiąt pompek. Wtedy po takim treningu miał lekką zadyszkę. Teraz po zrobieniu zaledwie kilku powtórzeń sapał jak maratończyk na mecie.
Po ćwiczeniach wziął prysznic. Długo stał pod strumieniem ciepłej wody. Dotknął palcem blizny po lewej stronie klatki piersiowej. Znajdowała się zaledwie kilka centymetrów nad sercem. Pamiątka po postrzale sprzed kilku lat...
Pamiętał doskonale tamtą strzelaninę. Pojechali wtedy z Tomalą zatrzymać faceta podejrzanego o zabójstwo staruszki, której ciało znaleziono w kamienicy przy Traugutta. Dzięki pracy operacyjnej udało im się wytypować sprawcę. Facet mieszkał w wiosce pod Wrocławiem. Nie spodziewali się większych problemów. Podejrzany nie wydawał się groźny, przynajmniej nic o tym nie świadczyło. Jako wsparcie mieli jeszcze dwóch mundurowych. Weszli na teren posesji i ruszyli w stronę domu. Grot zauważył, że wokół panuje dziwna cisza, nawet ptaki milczały. Wydało mu się to zastanawiające. Wyjął z kabury służbowego walthera i przeładował ku zdumieniu Tomali i pozostałych mundurowych. Szedł powoli, ostrożnie stawiając stopy. Gdy stanęli przed domem, nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły. Pchnął je i zamarł, słysząc skrzypnięcie dawno niesmarowanych zawiasów. Tomala wraz z jednym chłopakiem ze wsparcia ruszył na tyły budynku, Grot i drugi funkcjonariusz weszli do środka. To, co zobaczył, sprawiło, że komisarz ledwo zdołał powstrzymać odruch wymiotny. Młody mundurowy nie zdołał - doskoczył do ściany i puścił pawia.
Na starym tapczanie leżały zwłoki dwóch osób. Oba ciała były w daleko posuniętym rozkładzie. Ofiarami była kobieta i dziecko, prawdopodobnie chłopiec, choć nie dało się z całą pewnością ustalić płci, bo ciało leżało na plecach i było nienaturalnie wygięte. Zwłoki kobiety były rozczłonkowane - kończyny leżały obok korpusu, głowa znajdowała się na podłodze, trzewia zwisały z tapczanu. Nad ciałami latał rój much, we wnętrznościach kłębiły się robaki. Grot wiedział już, że zabójstwo staruszki nie było pierwszym, którego dokonał wytypowany przez nich mężczyzna. Podejrzewał, że ofiar mogło być znacznie więcej. Już te znalezione w domu świadczyły o tym, że mają do czynienia z groźnym psychopatą. Zdecydował, że muszą wezwać techników i wsparcie. Musieli także odnaleźć zabójcę.
Rozpoczął przeszukanie domu. Tomala z jednym z mundurowych sprawdzał piętro, a on został na parterze. Otwierał właśnie szafę, gdy padł strzał. Dał się zaskoczyć. Kula trafiła go w klatkę piersiową. Odrzuciło go na blisko metr. Już leżąc na podłodze, widział, jak z szafy wychodzi zabójca. W dłoni miał stary pistolet, jeszcze z czasów wojny. Grot kojarzył taką broń z serialu o czterech pancernych. Identyczną główny bohater Janek dostał od radzieckiego sierżanta.
Szczerząc się, mężczyzna szedł w jego kierunku. Nagle Grot usłyszał kroki zbiegających z góry ludzi. Tomala wyskoczył jako pierwszy. Zabójca odwrócił się w jego stronę i nacisnął spust. Nastąpiło zacięcie. Młodszy z mundurowych nie wytrzymał presji - oddał kilka strzałów. Pierwsza kula trafiła mordercę w brzuch, dwie kolejne poszły wyżej, czwarta zrobiła otwór tuż pod lewym okiem. Facet padł na podłogę, przez chwilę jeszcze jego ciałem wstrząsały drgawki. Zmarł przed przyjazdem pogotowia.
Grot miał wtedy sporo szczęścia. O mały włos morderca pozbawiłby go życia. Wiele razy później się zastanawiał, czy tak nie byłoby dla niego lepiej. Nie musiałby przeżywać śmierci najbliższych...
Zakręcił wodę i wyszedł z kabiny. Nawet się nie wycierając, poszedł do kuchni. Drogę na brudnej podłodze znaczyły mokre ślady jego stóp. Nastawił wodę i dopiero wtedy się zorientował, że wczoraj zapomniał kupić kawę. Trudno, potem wyskoczę do sklepu, pomyślał.
Wyjął z szafy niebieskie dżinsy i biały T-shirt. Pośród nieładu panującego w szufladzie zaskakująco szybko odnalazł też slipy i skarpety. Ubrał się i spojrzał w lustro zamontowane na wewnętrznej części drzwi od szafy.
- Ubranie okej, tylko gęba nie pasuje do reszty - powiedział do siebie.
Twarz miał napuchniętą, oczy podkrążone, a usta spierzchnięte.
- Chuj, nic z tym teraz nie zrobię. Zresztą nie mam czasu na pierdoły.
Cały wczorajszy wieczór myślał nad zleconą mu sprawą. Wydawała się prosta. Nie było w niej nic trudnego, tyle że dla starego Grota. Nowy był zbyt styrany życiem, w depresji i na dodatek na głodzie alkoholowym.
Wrócił do kuchni i otworzył lodówkę. W środku nie znajdowało się nic, co nadawałoby się do jedzenia. Kilka produktów było już po terminie przydatności, niektóre nawet bardzo. Przypomniał sobie, jak Kamila kupiła kiedyś ser Valbon. Zapytał, co to za ser, a ona odpowiedziała, że taki z pleśnią. No to teraz miał w lodówce chleb Valbon, kiełbasę Valbon i mleko Valbon.
Zdecydowanym ruchem zaczął wyjmować z chłodziarki zepsutą żywność i wszystko wrzucił do kosza na odpadki. Na koniec na półce została tylko puszka szprotek w oleju.
Nic to, trzeba zrobić większe zakupy, postanowił.
Poszedł do przedpokoju i włożył buty, po czym wziął leżący na szafce portfel.
Do sklepu miał zaledwie trzydzieści metrów. W środku na szczęście nie było żadnych klientów.
- Dzień dobry. To co zawsze? - spytała sprzedawczyni, sięgając za siebie po butelkę wyborowej.
- Nie. Dziś kawę - odparł Grot. - Może być ta złota Gold, taką większą paczkę. Papierosy Viceroy czerwone i może jeszcze z dziesięć jajek, pięć bułek, jakiś ser żółty i wędlinę...
Ekspedientka zamarła z ręką na butelce. Przez moment mu się przypatrywała, po czym zaczęła wykładać produkty.
- Coś jeszcze? - spytała po chwili. Na jej twarzy nadal widoczne było zdziwienie. Odkąd mieszkał w tej okolicy, zawsze kupował tu alkohol.
- Niech pani mi jeszcze da kawałek boczku. - Grot pokazał palcami, jak duży. - I może jednak dziesięć tych bułek.
Kobieta nabiła wszystko na kasę i spakowała zakupy do reklamówki.
- Siedemdziesiąt jeden złotych, trzydzieści pięć groszy.
Wręczył jej osiemdziesiąt złotych, wziął torbę i powiedział:
- Reszty nie trzeba, dziękuję.
Wychodząc, widział zmierzających pod sklep meneli. Osiedlowe żuliki każdego dnia sępiły tu o parę groszy. Wszystko, co uzbierali, szło na przelew. Przywitał się z dawnymi znajomymi, wręczył im banknot dziesięciozłotowy i poszedł do domu.
Położył siatkę z zakupami na stole, odpalił papierosa i zaciągnął się mocno. Po chwili wypuścił dym, uśmiechając się do siebie. Czuł się z siebie dumny. Dzisiaj był pierwszy dzień od dawna, gdy obudził się trzeźwy i bez kaca. I nawet nie było tak tragicznie, jak to sobie wyobrażał.
Spalił papierosa, zagasił go w talerzu leżącym na szczycie sterty naczyń zalegających zlew, po czym zaczął zmywać. Początkowo szło mu nieporadnie, ale po kilku minutach nabrał wprawy. Gdy skończył zmywanie, wyjął z szafki jakieś stare płyny i zmiotkę. Postawił to wszystko na środku podłogi i odpalił kolejnego papierosa. Nie bardzo wiedział, jak się do tych porządków zabrać. Dawno już nie miał w ręku zmiotki i szufelki. Ostatecznie postanowił, że na dzisiaj da sobie z tym spokój. Może jutro najdzie go wena.
Spojrzał na zegarek - była już dziewiąta. Zgasił papierosa w pustym zlewie i zaczął szykować się do wyjścia.
Aspirant Artur Pasewicz patrzył, jak płetwonurek wyciąga z Odry zwłoki kobiety.
Ciało było napuchnięte i już pierwszy rzut oka pozwalał stwierdzić, że w wodzie przebywało od dawna. Strażacy wyciągnęli je na brzeg i położyli na kocu.
Artur podszedł bliżej, zakładając po drodze lateksowe rękawiczki. Zauważył jakiś ruch w oczodole kobiety. Po chwili z jego wnętrza wysunął się węgorz. Pasewicz cofnął się z obrzydzeniem. Zaczerpnął potężny łyk powietrza i dopiero wtedy nachylił się nad zwłokami. Dłonią odsunął włosy z twarzy denatki. Ofiara mogła mieć najwyżej dwadzieścia lat. Długie przebywanie w wodzie spowodowało zmiany w jej wyglądzie, ale dało się stwierdzić, że kiedyś mogła uchodzić za ładną.
Artur spojrzał na stojącego obok technika.
- Widziałeś te ślady lakieru i kawałki szkła na tamtym kamieniu?
Mężczyzna skinął głową.
- Zabezpieczyliśmy. Może nie mają związku z tym tutaj, ale zawsze to jakiś ślad. Zaraz będzie Gienek, to zajmie się topielicą.
Artur wstał i odszedł kilka kroków.
Dziś rano dostali anonimowe zgłoszenie, że w Odrze na wysokości mostu pod autostradową obwodnicą Wrocławia pływają zwłoki. Gdy na miejsce przyjechał patrol prewencji, okazało się, że w odległości niespełna dziesięciu metrów od brzegu rzeczywiście znajduje się ciało. Zwłoki zaczepiły o drut zbrojeniowy wystający z kawałka płyty betonowej, która zalegała w wodzie. Od razu wezwano gliniarzy z wydziału zabójstw. Na tę chwilę nie mieli pewności, czy śmierć dziewczyny była wynikiem nieszczęśliwego wypadku, czy może ktoś jej pomógł pożegnać się z życiem. Po pobieżnym obejrzeniu zwłok Artur nie stwierdził żadnych śladów świadczących o udziale osób trzecich. Na bardziej szczegółowe oględziny zdecydował się poczekać do przyjazdu patologa.
Dziewczyna miała dużego krwiaka na głowie i wyłupane jedno oko, ale te obrażenia mogły powstać już po jej śmierci. Ciało zatrzymało się na drucie zbrojeniowym i to on mógł spowodować te urazy. Sekcja zwłok, którą przeprowadzi Gienek, z pewnością ustali przyczynę zgonu. Teraz technicy musieli zabezpieczyć wszystkie ślady odnalezione na miejscu znalezienia topielicy. Nie mogli wykluczyć, że doszło do zabójstwa.
Pasewicz pamiętał, jak w zeszłym roku wyłowiono z Widawy zwłoki młodego chłopaka. Od razu przyjęto błędne założenie, że ofiara się utopiła. Popełnili wtedy sporo błędów, które zaważyły na całym śledztwie. Już na wstępie stwierdzili, że to był wypadek, więc nie przyłożyli się szczególnie do pracy. Ciało zostało przewiezione do zakładu medycyny sądowej, a oni zaczęli pisać raporty o śmierci w wyniku utonięcia. Spodziewali się, że nie będzie sprawy. Pomylili się wtedy ogromnie. Sekcja zwłok wykazała, że chłopak został brutalnie zgwałcony, choć oględziny zewnętrzne wykonane na miejscu odnalezienia ciała niczego takiego nie sugerowały. Dopiero patolog stwierdził, że denat miał rozerwane jelito i uszkodzone inne organy. Przyczyną śmierci był krwotok wewnętrzny, a nie utonięcie, jak wcześniej podejrzewali. Ofiara została zgwałcona prawdopodobnie kijem lub trzonkiem od łopaty. Artur pamiętał, że zwrócił wtedy uwagę na leżące kilkadziesiąt metrów dalej śmieci. Były wśród nich butelki po alkoholu, zużyte prezerwatywy i najważniejsze - stary szpadel wbity w pobliżu miejsca imprezy. Gdy pojawili się tam ponownie, nie udało się już zabezpieczyć żadnych dowodów. Szpadel zniknął, a inne ślady zatarł padający w nocy deszcz.
Pomny tamtych doświadczeń, teraz wolał dmuchać na zimne. Tutaj, nad Odrą, zwrócił uwagę na kawałki szkła z rozbitego reflektora i ślady lakieru znajdujące się na dużym kamieniu leżącym w pobliżu brzegu. W normalnych warunkach nie było możliwości, aby nie zauważyć tak wielkiego głazu. W dzień był widoczny już z daleka, w nocy - w świetle samochodowych lamp - także nie było możliwości, aby kierowca go przeoczył. Chyba że jechał pijany lub bez włączonych świateł. Jeśli zaś tak było, to musieli przede wszystkim zadać sobie pytanie, czy brak świateł spowodowany był nietrzeźwością kierującego, czy może tym, że chciał pozostać niezauważonym. Jeżeli to drugie, nasuwało się kolejne, może najważniejsze pytanie. Czy ten ktoś miał coś do ukrycia? A może chciał zadekować zwłoki wyciągniętej z Odry kobiety?
Pasewicz zaczął krążyć po małej polanie nad brzegiem rzeki, szukając kolejnych potencjalnych śladów, gdy zaczął dzwonić jego telefon. Wyjął komórkę z kieszeni i spojrzał na wyświetlacz. Dzwonił Zbigniew Walczak, właściciel mieszkania, które Artur od dwóch miesięcy wynajmował.
Najem kawalerki należącej do emeryta był pomysłem Kasi. Szukali jakiegoś przytulnego gniazdka, bo w mieszkaniu, które wcześniej zajmowali, były same problemy. Wszechobecna wilgoć, felerna wentylacja, grzyb na ścianach i panele wypaczające się pod wpływem wilgoci - to wszystko ich przytłaczało. Ubrania wywieszone na suszarce nie schły i przechodziły smrodem. Problemy sprawiała też hydraulika. Brodzik ciągle się zapychał, woda stała do połowy łydki. Artur raz próbował to naprawić, ale bez powodzenia. Koszt najmu mieszkania także zaczynał im ciążyć. W okresie zimowym wszystkie opłaty wynosiły ich ponad dwa tysiące złotych. Artur zarabiał ledwie czterysta złotych więcej, pensja Kasi pracującej na pół etatu nie pozwalała na wiele. Żyli skromnie.
W końcu Kasia podjęła decyzję, że poszukają czegoś innego, tańszego. Znalazła niedużą kawalerkę. Gdy byli ją obejrzeć, spodobało im się praktycznie wszystko, chociaż mieszkanie było brudne i zapuszczone. Właściciel Zbigniew Walczak chwalił się, że niedawno położył tapetę w przedpokoju. Artur z Kasią pomyśleli, że skromnym nakładem sił i środków wymyją wszystko, odmalują i będą mogli mieszkać. Niestety byli w błędzie. Samo sprzątanie zajęło im kilka dni. Dziadek pozostawił po sobie nawet niedomyte szklanki w szafkach. Wszędzie był brud i syf. Gdy wreszcie się z tym uporali, okazało się, że trzeba pozrywać stare wykładziny, bo zalęgło się pod nimi jakieś robactwo. Na środki do pozbycia się paskudztwa wydali blisko trzysta złotych. Artur zabudował płytą kartonowo-gipsową stary niesprawny grzejnik w łazience, ukryli w ten sposób wodomierze i rury instalacji hydraulicznej. Odmalowali całe wnętrze i postanowili wymienić gniazdka elektryczne. Niby prosta robota, ale okazała się ponad siły policjanta. Trzeba było wzywać fachowca. Przewody były źle podłączone i stwarzały zagrożenie. Kolejne kilka stówek poszło na elektryka.
Potem okazało się, że staruszek zapchał instalację odpływową - odchody zalały świeżo odnowioną łazienkę. Smród był niewyobrażalny. Hydraulik przez bite dwa dni pracował po kilka godzin, aby udrożnić kanalizację. Niestety przy okazji musiał zniszczyć całą wykonaną wcześniej zabudowę. Na koniec okazało się, że Walczak wlał do sedesu klej i powrzucał kawałki tapety. Po udrożnieniu na światło dzienne wyszła kolejna usterka - bojler na ciepłą wodę był niesprawny. Na domiar złego pod wpływem padającego przez kilka dni ulewnego deszczu sufit zaczął przeciekać. Zalało laptopa, telewizor i wieżę stereo. Świeżo zrobiona instalacja elektryczna też zamokła i przez tydzień para mieszkała bez prądu.
Pasewicz miał dość tego mieszkania, ciągle awarie sprawiły, że zaczął tracić cierpliwość. Jednak najbardziej wkurzający był sam Walczak. Do niego Artur już w ogóle nie miał nerwów. Facet był niewyobrażalnie chytry i skąpy. Nie chciał zwrócić najemcom za naprawę elektryki w mieszkaniu. Brak ciepłej wody też nie stanowił dla niego żadnego problemu. "Panie, w misce se pan zagotuj wodę i się wykąp. Ja myłem tylko nogi i żyłem", mówił, a potem dodawał: "Na kolonii dzieci się wcale nie myją i jakoś nic się nie dzieje".
Tyle że Artur wynajął mieszkanie, a nie pojechał na kolonię.
Gdy Artur wytknął mu jego zaniedbania, które jedynie wpuściły ich w koszty, Walczak wzruszył ramionami. A gdy zażądał obniżenia czynszu za kolejny miesiąc, stary zaczął krzyczeć, że konstrukcja została wykonana nielegalnie, bez wymaganych pozwoleń na budowę, i on nic nie będzie zwracał, co więcej - to jemu należy się odszkodowanie. Kasia stwierdziła że nie chce się z kutwą kłócić, i ostatecznie oboje machnęli na to ręką.
Teraz Pasewicz patrzył na swój telefon i zastanawiał się, czy odebrać.
W końcu wcisnął guzik i powiedział:
- Słucham.
- Słuchaj pan, bądź pan jutro o ósmej rano, bo przyjedzie rzeczoznawca, co ja ubezpieczył mieszkanie - rozległ się głos po drugiej stronie. - Będzie paczył i oceni, ile kasy ma oddać za to zalanie.
- Panie Walczak, jutro jestem w pracy. Niech pan da mój numer temu rzeczoznawcy, to się z nim umówię.
- Nie, ja już go umówił. Słuchaj pan, to zajmie tylko chwilę. Bądź pan.
- Czy pan mnie nie rozumie? Nie mogę sobie ot tak zerwać się z pracy. Niech rzeczoznawca umówi się ze mną na pasujący nam obojgu termin.
- Słuchaj pan, im szybciej przyjedzie, tym szybciej dadzą kasę. Zrób pan tak, żeby pan był. Musisz pan być.
- Panie Walczak, komu dadzą kasę?
- No mnie. Ja przecież ubezpieczył.
- No właśnie, pan ubezpieczył, a moje rzeczy zalało. Skoro moje rzeczy zalało, to mnie powinno zależeć na szybkim załatwieniu sprawy. Jest tylko jeden problem, ja muszę być wolny i dlatego ten rzeczoznawca musi się umówić ze mną.
- Słuchaj pan, masz pan być jutro. Ja się umawiał i nie będę z gęby cholewy robił...
- Do widzenia, panie Walczak.
Artur zakończył połączenie. Wziął głęboki oddech i ponownie rozejrzał się po okolicy. Jego wzrok przykuł mały połyskujący przedmiot. Podszedł bliżej i kucnął. W trawie jakieś dwadzieścia metrów od brzegu rzeki leżał srebrny łańcuszek z medalikiem. Pasewicz podniósł go i obejrzał. Na jednej stronie medalika była Matka Boska, a na drugiej wygrawerowany napis: "Kochanej Basi - chrzestna Ewa".
Joanna Zawadzka zeszła do salonu w swojej willi na Bielanach Wrocławskich i spojrzała na gosposię, która kończyła właśnie odkurzać pomieszczenie.
- Pani Stasiu, dzisiaj przyjedzie do mnie pan Radosław Grot. Proszę go wpuścić i zaproponować coś do picia lub zjedzenia.
- Dobrze - odparła kobieta, wyłączając odkurzacz. - A czy pani będzie teraz jadła? Mam coś przygotować?
- Nie, dziękuję. Napiję się tylko soku. Czy mój mąż zostawił pani wypłatę?
- Tak, nawet dał sto złotych więcej, niż się należało. Nie chciałam się zgodzić, ale nalegał...
- Należało się. Pani Stasiu, ja będę w gabinecie. Niech pani powie panu Zbyszkowi, żeby pojechał do sklepu ogrodniczego i kupił środek na tę chorobę drzewek owocowych. Będzie wiedział jaki. Tutaj kładę trzysta złotych, powinno wystarczyć.
Joanna przeszła do kuchni, wyjęła z lodówki dzbanek z sokiem ananasowym i nalała sobie do szklanki.
Kilka chwil później usiadła przy biurku w gabinecie i spojrzała na leżące na blacie dokumenty, które przygotowała dla Grota.
W pierwszej chwili miała mieszane uczucia co do detektywa. Wydał jej się zwykłym pijakiem. Dopiero, gdy zaczęła opowiadać o zaginięciu Marka, zobaczyła coś, co ją upewniło, że dokonała dobrego wyboru. Na początku rozmowy facet był jakby obojętny, jego umysł z pewnością błądził gdzieś pomiędzy butelką wódki a kieliszkiem. Gdy jednak wspomniała o Marku, jego źrenice powoli zaczęły się rozszerzać, pojawił się w nich jakiś blask. Joanna była pewna, że umysł byłego policjanta właśnie zaczął pracować na pełnych obrotach. Grot wnikliwie analizował informacje, które mu przekazała. Aż do końca rozmowy ten blask nie zniknął.
Teraz powoli pakowała dokumenty do tekturowej teczki. Przygotowała kilka zdjęć - część przedstawiała twarz Marka, parę ukazywało całą jego sylwetkę. W teczce były także fotografie samochodu, którym jeździł jej brat. Miała spisane adresy znajomych Marka. Pro forma podała też adresy dalekich krewnych. Do nich sama już dzwoniła, jednak nikt nie naprowadził jej na ślad brata. Wszystko, co wiedziała, dodatkowo opisała i zapakowała do teczki. Miała tyko nadzieję, że Grot się nie rozmyśli lub po pijaku nie zapomni o całej sprawie.
Usiadła w głębokim fotelu i wzięła do ręki album z rodzinnymi zdjęciami. Zaczęła przeglądać fotografie. Z każdą przewracaną stroną coraz częściej się uśmiechała. Wielu zdjęć nie pamiętała, inne znowu mocno tkwiły w jej pamięci. Wspominała okoliczności ich zrobienia. Czas, miejsce, nastrój. Było tu kilkanaście kadrów z rodzicami. Wakacje w Hiszpanii, ferie w Alpach. Patrząc na jedno, uśmiechnęła się szerzej. Na fotografii byli ona, Marek i mama. Ojciec stał wtedy za obiektywem aparatu. Cała trójka miała dziwne miny. Starali się zachować powagę. Byli wtedy w Zakopanem. Joanna i Marek szusowali na nartach, a matka oddawała się swojej pasji kupowania regionalnych pamiątek. Ojciec wielokrotnie zwracał jej uwagę, że kupuje coś, co zaraz po przyjeździe i tak wyląduje w magazynku na duperele, jednak racjonalne argumenty do niej nie docierały. W reklamówce, którą na zdjęciu ściska w dłoni, miała już kilka termometrów ze zdjęciem Tatr, parę ciupag i figurek przedstawiających Janosika. Uśmiech matki wywołało jednak wtedy coś, co miało miejscem poza kadrem. Do ojca robiącego zdjęcie podszedł od tyłu facet przebrany za białego niedźwiedzia. Gdy położył mu na barku wielką łapę, tato o mało nie dostał zawału. Tuż po zrobieniu tego zdjęcia wypuścił z rąk aparat fotograficzny i zaczął uciekać. Śmiali się później wielokrotnie z tej sytuacji, a opowieść o białym misiu stała się rodzinną anegdotą. W tamtym czasie byli taką szczęśliwą, radosną rodziną...
Joanna patrzyła na zdjęcie i zastanawiała się nad kruchością życia. Wiedziała, że czas jest nieubłagany. Często chce się komuś powiedzieć, jak bardzo jest ważny, ale jest już za późno.
Z zadumy wyrwało ją pukanie do drzwi.
- Proszę - powiedziała cicho.
W progu stała gosposia.
- Proszę pani, przyszedł ten pan.
- Dziękuję, już schodzę.
Joanna odłożyła album na stolik i wstała z fotela.
Na Bielany dojechał w miarę szybko. Miał zaledwie jedną przesiadkę.
Punktualnie stanął przed willą Joanny Zawadzkiej. Okazały budynek na oko miał jakieś czterysta metrów kwadratowych. Był nowoczesny, wręcz ekstrawagancki. Na podjeździe stało kilka samochodów. Największe wrażenie robiło białe porsche 911 z imienną tablicą rejestracyjną, na której było napisane "D1 ASIA". Oprócz sportowego wozu stał tu także opel, którym Grot miał jeździć w trakcie poszukiwania zaginionego brata Zawadzkiej. W otwartym garażu widział też białego range rovera i czarnego mercedesa S klasy. Każdy z tych samochodów robił wrażenie i zaświadczał o majętności mieszkających tu ludzi. Kawałek dalej stały jeszcze dwa samochody - kilkuletni volkswagen golf i chevrolet cruze. One jednak nie były tak spektakularne. Grot mógł się założyć, że te auta należą do służby, bo to, że jest tutaj służba, było więcej niż pewne.
Cały teren posesji był zadbany. Egzotyczne kwiaty w gustownych donicach i kilka równo przyciętych drzewek świadczyły o tym, że ten dom jest oczkiem w głowie właścicieli.
Przeszedł przez otwartą furtkę, stanął przed drzwiami i nacisnął dzwonek. Po niespełna dziesięciu sekundach w progu stanęła jakaś kobieta. Zlustrowała go z góry na dół, po czym zapytała:
- Pan Grot?
Gdy potwierdził skinieniem głowy, otworzyła drzwi szerzej i gestem zaprosiła go do środka.
Wnętrze domu zapierało dech w piersiach. Widać było, że dekorator wykonał kawał dobrej roboty. Drogie dębowe parkiety, okazałe schody, idealnie gładkie ściany pomalowane na biało ze wstawkami w odcieniu morskiego granatu. Jednak największe wrażenie robiła stojąca w długim holu duża dębowa komoda. Nawet bez fachowej wiedzy Grot był w stanie ocenić, że mebel ma co najmniej sto lat i musiał kosztować majątek.
Z odrętwienia wyrwał go głos gosposi:
- Napije się pan kawy lub herbaty?
Odwrócił się w jej stronę.
- Jeśli można, poproszę wodę.
Kobieta skinęła głową, po czym poszła do kuchni. Chwilę później pojawiła się z powrotem z wypełnioną po brzegi szklanką.
- Niech pan usiądzie. - Wskazała miejsce w pomieszczeniu, z którego dopiero co wyszła. - Ja pójdę po panią Joannę.
Gdy powolnym krokiem zaczęła wspinać się po schodach na piętro, Grot wszedł do kuchni i zajął miejsce na krześle. Powoli popijał wodę, rozglądając się z zaciekawieniem. Wokół było czysto jak w najlepszej restauracji. Blat dosłownie lśnił. Nic nie świadczyło o tym, że ktoś tutaj przygotowuje posiłki. Grot się zastanawiał, czy sztućce ułożone są w szufladzie w jakiś specjalny sposób, gdy dobiegło go z boku:
- Dzień dobry. Widzę, że bez problemów pan trafił.
Odwrócił się i zobaczył Joannę Zawadzką.
- Dzień dobry. Cóż, specjalizuję się w znajdywaniu.
Kobieta uśmiechnęła się lekko.
- Zapraszam do mnie do gabinetu. Tam możemy spokojnie porozmawiać. Zaproponowałabym panu drinka, ale pora jest chyba zbyt wczesna. Poza tym przyjechał pan po samochód, więc może przy innej okazji.
- Dziękuję za propozycję. Ale nawet, gdybym miał wracać autobusem i byłby wieczór, nie skorzystałbym - odparł Grot.
Joanna Zawadzka skinęła ze zrozumieniem, po czym odwróciła się i ruszyła w stronę schodów. Grot wstał i podążył za nią.
Górne piętro willi także budziło podziw. Wszystko tu ze sobą korespondowało, nie było żadnego elementu kłócącego się z innym.
Po wejściu do gabinetu Zawadzka wskazała Grotowi wygodny skórzany fotel stojący przed dużym starym i bogato zdobionym biurkiem. Wartość mebla z pewnością była znaczna. Grot podejrzewał, że musiałby pracować kilka lat, żeby było go stać na coś podobnego.
Kobieta najwyraźniej dostrzegła jego zainteresowanie biurkiem, bo wyjaśniła:
- Ma blisko dwieście lat. Sprowadzono je do Londynu w latach dwudziestych w ubiegłym stuleciu. Wcześniej znajdowało się w Indiach, gdzie służyło gubernatorowi. Jego wartość historyczna jest bezcenna, materialna to jakieś sto pięćdziesiąt tysięcy złotych.
- Biurko warte dobrego samochodu - podsumował Grot. - Strach przy nim pracować, żeby go nie uszkodzić.
- Bez przesady. Trzeba znać wartość rzeczy, ale należy przyjąć zasadę, że to tylko rzecz. Rzecz służąca do wykonania jakiejś pracy. Rzeczy są dla nas, a nie my dla nich.
- W sumie ma pani rację. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Z drugiej strony łatwo tak mówić komuś, kto jest bogaty. Gdy status materialny się obniża, myślenie może się zmienić.
- Powiem panu coś ciekawego. Pamięta pan, jak jakiś czas temu straszono nas końcem świata? Że niby pluskwa milenijna wyłączy komputery, ziemia pogrąży się w chaosie i wszystko zginie? Okazało się to kompletną bzdurą.
- Pamiętam. Na każdym kroku straszono zagładą. Nic się nie wydarzyło się, i całe szczęście.
- A wie pan, kto nie martwił się tym rzekomym końcem świata? Dzikie plemiona Amazonki i ludy Afryki. Oni nawet nie wiedzieli, co to komputer. W dniu zagłady wstali i nie wydarzyło się nic dziwnego. Powiem panu coś jeszcze. Najwięcej obawiają się ci, którzy mają dużo. Oni nie są szczęśliwi. Ktoś ma kolekcję drogich mebli, to ubezpiecza dom od pożaru, montuje kamery, systemy alarmowe, zatrudnia ochroniarzy. Żyje w ciągłym strachu, aby nie stracić dobytku. I nie potrafi się skupić na byciu szczęśliwym.
- Łatwo pani mówić, bo pani ma. Ja nie mam i wcale nie czuję się przez to szczęśliwszy.
- Bo źle pan do tego podchodzi. Jedyną osobą, która stoi na przeszkodzie do pańskiego szczęścia, jest pan sam. Widział pan te samochody przed domem?
- No, ładna kolekcja - przyznał szczerze Grot.
- Ładna, ale to akurat konik mojego męża. Lubi pokazywać, że jesteśmy bogaci. Co prawda on jest bogaty tylko i wyłącznie dlatego, że jest ze mną, ale mniejsza o to. Nakupował tych aut, a przecież w danej chwili może jeździć tylko jednym. Wie pan, jak słabym jest kierowcą? Parkuje jak pizda, zajmując dwa miejsca. Boi się, żeby ktoś nie zarysował mu lakieru.
Grot był zaskoczony słownictwem milionerki. Uznał jednak, że chyba nie posługuje się wulgaryzmami zbyt często. Mają raczej dowodzić jej normalności. Pokazać, że jest taka jak inni, tylko odrobinę bardziej majętna.
Kobieta kontynuowała swój monolog:
- Śmieję się czasem z tego. Dla niego ważniejsze jest auto niż bycie szczęśliwym. Każdego dnia chodzi dookoła tych samochodów i patrzy, czy gdzieś nie ma ryski. Jak jakąś zobaczy, to klnie jak szewc. Szuka winnych, a potem spędza długie godziny, starając się usunąć szkodę. To mnie dziwi. Myślałam, że jak będzie miał samochód, to będzie szczęśliwy, a to tylko okazało się kolejnym zmartwieniem. Jakby miał starego gruchota, byłby chyba bardziej radosny i częściej by się uśmiechał. Ale to tylko moje przemyślenia. Pewnie uważa pan, że gadam bzdury, bo mam kasę i stać mnie na wiele. Nie na wszystko, ale na wiele. Otóż widzi pan, za pieniądze można kupić dużo, ale szczęścia się nie kupi.
- Te sprawy akurat najmniej mnie interesują - odparł Grot, wzruszając ramionami. - Każdy jest kowalem swojego losu. Jak ktoś chce być bogaty, niech do tego dąży. Ktoś chce być menelem, jego sprawa.
- W sumie ma pan rację... - Zawadzka się zamyśliła, analizując słowa detektywa. Kilka chwil później popatrzyła mu głęboko w oczy i spytała: - A pan chce być bogaty czy woli być menelem?
- Menelem już jestem, bogaty nigdy nie będę. Zresztą każdy na swój sposób postrzega bogactwo. Dla jednego to kilka milionów, inny marzy o miliardach. Większości ludzi wystarczy jednak, aby przeżyć miesiąc bez zastanawiania się, czy starczy na opłaty, czy będzie co do garnka włożyć i czy nie zamarzną w zimie.
- Dobrze powiedziane. Przypomina mi pan mojego ojca. Pomimo całego swego bogactwa zawsze się starał, byśmy żyli jak normalna rodzina. Kieszonkowe miałam mizerne. Z Markiem wcale nie żyliśmy jak pączki w maśle. Może dlatego nie zostaliśmy zepsuci jak dzieci innych bogaczy.
- Jest na takich ludzi trafne określenie: "zawód syn". Niektórzy, gdyby nie pieniądze rodziców, byliby nikim. Proszę mi wierzyć, wolę pogadać z osobą, która dorobiła się pracą własnych rąk, niż z kimś, kto ma pieniądze od rodziców - wyznał Grot.
- Rozumiem. Jak pan pewnie pamięta, ja też odziedziczyłam spory spadek. Tylko musi pan wiedzieć, że lata temu co roku jeździłam do pracy w rolnictwie. Pracowałam jak każdy na roli. Najpierw przy zbiorach truskawek, potem tylko owoców. Mój brat także od wczesnych lat musiał sobie dorabiać, gdy chciał gdzieś pojechać z kolegami. Pomimo majątku wychowywaliśmy się jak większość naszych rówieśników. No, może tylko nie musieliśmy się martwić o to, co będziemy jeść. Nie odczuliśmy, czym jest głód.
- Może to panią zdziwi, ale ja oceniam ludzi po wielu rzeczach. Najbardziej trafne oceny uzyskuję, widząc, w jaki sposób ktoś podaje rękę. Jak jest to ciamajdowaty uścisk, wiem już, z kim mam do czynienia. Jak ktoś ma uścisk twardy, męski, mam pewność, że wie, co to ciężka praca. Z kimś takim szybciej znajdę wspólny język niż z chłopakiem w rurkach. Tak mam i już. - Grot wzruszył ramionami.
- I jaki mam uścisk? - spytała zaintrygowana Zawadzka.
- Kobiecy, ale nie ciamajdowaty. Mogę stwierdzić, że wie pani, czym jest praca fizyczna, ale nie wykonuje jej pani zbyt często.
Joanna uśmiechnęła się i spojrzała w okno. Przez moment wpatrywała się w jakiś bliżej nieokreślony punkt.
W końcu się odezwała:
- Rozumiem, że przyjął pan moją propozycję i rozpocznie pan poszukiwania Marka. Warunki finansowe, podejrzewam, też panu odpowiadają. Więc przejdźmy do rzeczy. Przygotowałam dla pana materiały. - Wskazała dłonią leżącą na biurku teczkę. - Są tutaj zdjęcia Marka, adresy znajomych, miejsca ich pracy, wszystko, co udało mi się sobie przypomnieć. Myślę, że na początek ma pan jakiś punkt zaczepienia. Nie wiem, nad czym dokładnie pracował mój brat, ale w redakcji na pewno ma swoje biurko. Może tam znajdzie pan coś, co nakieruje pana na jakiś trop. Gdyby miał pan pytania, jestem do dyspozycji.
Grot wziął do ręki teczkę i zaczął przeglądać przygotowane przez Zawadzką materiały. Najpierw przyjrzał się fotografiom. Na każdej z odbitek był młody uśmiechnięty mężczyzna. W jego oczach było widać przyjazne ogniki. Lista kontaktów także była konkretna. Każdy adres był szczegółowo opisany, wraz z charakterystyką osoby, która tam mieszka. Na jednej z kartek widniało: "Adres: Mickiewicza 722/4, Aneta Wójcik, była dziewczyna Marka, studentka polonistyki na Uniwersytecie Wrocławskim. Mieszka z matką, rencistką. Ona i Marek rozstali się w przyjaźni jakieś dwa lata temu. Kontakty sporadyczne, prawdopodobnie Marek tam się nie pojawił". Na kolejnej była informacja: "Adres: Rynek 9a, miejsce pracy Marka, redakcja "W Obronie Prawdy", jeden z kluczowych adresów. Marek ma tam swoje biurko, szansa na odnalezienie jakiegoś tropu lub sugestii, czym się zajmował, o czym pisał. W pobliżu jest parking podziemny. Tam z reguły parkuje swój samochód".
Grot podniósł wzrok na Zawadzką i powiedział:
- To, co tutaj mam, powinno wystarczyć. Czy chce pani codziennie otrzymywać informację o postępach w śledztwie?
- Jak panu wygodniej. Nie chcę pana poganiać ani ograniczać. Wolę, żeby skupił się pan na działaniach, a nie na codziennym marnowaniu czasu na meldunki.
- Dobrze. Taki sposób pracy jak najbardziej mi odpowiada.
- Jeżeli tak, tutaj mam dla pana wynagrodzenie. Właściwie to karta do bankomatu. Na założonym dla pana koncie przygotowałam kwotę siedmiu tysięcy euro. To wynagrodzenie za tydzień pracy. Jeśli będzie brakowało lub będzie pan pracował dłużej, przeleję więcej. Jeśli znajdzie pan Marka szybciej, pozostałe pieniądze są dla pana jako premia. Na niezbędne wydatki ma pan kolejną kartę. Na koncie jest dwadzieścia tysięcy złotych. W kopercie, którą zaraz panu przekażę, jest jeszcze dziesięć tysięcy. To na wypadek, gdyby było konieczne płacenie za coś gotówką. PIN do obu kart to dwa, trzy, dziewięć, zero. Może pan wszystko wyciągnąć zaraz po wyjściu ode mnie, to już pański wybór. Uważam jednak, że lepiej nie nosić przy sobie większej gotówki.
Zawadzka położyła na blacie dwie koperty. W jednej były karty, a w drugiej gotówka. Grot nie musiał sprawdzać zawartości. Wiedział, że jest tam cała kwota.
- Czy na wydatki mam brać faktury? - spytał.
- Nie musi pan. Ja nie wnikam w wydatki. Dla mnie liczy się efekt. Rozumiem, że może się zdarzyć, że trzeba będzie komuś dać w łapę jakąś sumę i faktury ten ktoś nie wystawi. Proszę mi wierzyć, znam życie. Wiem też, że kusiło pana, by przeliczyć zawartość koperty, jednak nie zrobił pan tego. Trochę mnie pan zaskoczył.
- Skoro pani mi zaufała, to ja też muszę pani ufać. Nie sądzę, by chciała mnie pani oszukać, wkładając tam pocięte gazety, a później domagać się zwrotu pieniędzy.
Zawadzka uśmiechnęła się do niego. Podobał mu się jej uśmiech.
- Dobrze. Tutaj ma pan kluczyki do samochodu oraz dokumenty. Bak jest pełny. Proszę tylko uważać, bo silnik ma sporą moc i może zaskoczyć. Gdyby niechcący go pan zarysował, proszę się nie martwić. Mąż ma pół garażu środków do usuwania rys.
Grot wziął kluczyki i wstał z krzesła. Joanna także się podniosła, szykując się do pożegnania.
- Kiedy zacznie pan poszukiwania? Nie ukrywam, że zależy mi na czasie.
- Dziś przeczytam to, co pani przygotowała, ułożę plan działania. Wieczorem udam się pod kilka adresów. Praktycznie zacznę już dziś.
- Dobrze. Pan wie, co robi. Teraz muszę pana pożegnać. Niestety od czasu zaginięcia Marka cierpię na bóle głowy. Powinnam się położyć. Trafi pan do wyjścia?
- Oczywiście. Jakbym miał jakieś pytania, nie omieszkam się skontaktować.
Grot wyciągnął rękę na pożegnanie, a Zawadzka uścisnęła ją mocniej niż wcześniej.
- Mam nadzieję, że teraz uścisk nie wyszedł ciamajdowaty - powiedziała z uśmiechem.
Odwzajemnił gest i ruszył w stronę wyjścia.
Odgłosy za drzwiami przybierały na sile. Kruszewski słyszał, że w pobliżu kręci się kilka osób. Do jego uszu docierały stłumione rozmowy. Z obawą oczekiwał tego, co miało się wydarzyć. Podejrzewał, że za chwilę drzwi się otworzą i porywacze wejdą do środka.
Podciągnął nogi wyżej i się skulił. Jego serce zaczęło szybciej bić, pot pokrył mu czoło. Coraz bardziej się bał.
Na dźwięk przekręcanego w zamku klucza tętno jeszcze bardziej mu skoczyło. Pęcherz nie wytrzymał napięcia i po udzie mężczyzny spłynęła strużka ciepłego moczu. Zawstydził się, ale wiedział, że ludzki organizm reaguje w różny sposób na zagrożenie.
Zanim zdążył odczuć dyskomfort, drzwi się otworzyły i do pomieszczenia wpadło dwóch zamaskowanych mężczyzn. Zaczęli okładać go pięściami i kopać po całym ciele. Kruszewski nie miał siły się bronić. Po prostu leżał i przyjmował ciosy. Jedyne, co mógł zrobić, to przeraźliwie krzyczeć.
Trwało to już kilkanaście sekund, gdy zza pleców napastników rozległ się głos:
- Wystarczy. Zapalcie światło i posadźcie go na czymś.
Silne ręce chwyciły Kruszewskiego i podniosły z podłogi. Został posadzony na taborecie. Nawet nie wiedział, skąd się tu wziął taboret. Gdy jego tyłek opadł na siedzisko, jeden z napastników gwałtownym ruchem chwycił go za włosy i odchylił mu głowę do tyłu, a drugą ręką zasłonił usta.
W tym momencie w pomieszczeniu zapaliło się światło i Marek zobaczył mężczyznę, który kazał przestać go bić. Już na pierwszy rzut oka było widać, że to jakiś zakapior, który z przemocy wobec ludzi zrobił sobie sposób na życie. Twarz kwadratowa, oczy wąskie, nos złamany przynajmniej kilka razy, odgięty nienaturalnie w bok. Cała postura świadczyła o niebagatelnej sile mężczyzny.
Ale było coś, co bardziej zmartwiło Kruszewskiego. Ten facet nie był tylko zwykłym bandytą, jakich można spotkać w każdym mieście. W jego oczach płonęła inteligencja.
Mężczyzna podszedł bliżej i chwycił twarz Kruszewskiego w swoją ogromną dłoń.
- Słuchaj, chłopcze. Jak pewnie się domyślasz, wpadłeś w niezłe bagno.
Marek mrugnął na znak, że rozumie.
Mężczyzna kontynuował:
- Niestety wiesz coś, czego nie powinieneś wiedzieć. Teraz musisz podzielić się swoją wiedzą ze mną. Chcę, żebyś mi powiedział, czy z kimś rozmawiałeś na pewien temat. Poproszę kolegę, by cię puścił, i wtedy sobie porozmawiamy. Od razu cię uprzedzę, że nikt tu nie usłyszy twoich krzyków. Będziesz grzeczny?
Kruszewski znowu mrugnął. Wiedział, że nie ma innego wyjścia, jak współpracować z oprawcami. Przynajmniej na ten moment.
Mężczyzna się uśmiechnął, po czym dał znak pozostałym, aby wyszli z pomieszczenia.
Gdy zostali sami, wziął zza drzwi krzesło i postawił je na wprost Kruszewskiego. Kilka sekund milczał, aż w końcu powiedział:
- Cieszę się, że rozumiesz powagę sytuacji. Lubię rozmawiać z inteligentnymi ludźmi. Nie ma to jak konwersacja na poziomie.
- Czy to jest porwanie dla okupu? - zapytał Marek. - Moja rodzina zapłaci panu duże pieniądze...
Mężczyzna pochylił się i położył palec wskazujący na jego ustach.
- Rozczarowujesz mnie, chłopcze. A miało być inteligentnie. Gdybym był jakimś zbójem, może dałbym się skusić. Ale ja jestem biznesmenem, a nie zwykłym mięśniakiem. Płacą mi za załatwienie sprawy, nie mogę sobie pozwolić na utratę twarzy i reputacji. Gdybym dał się przekupić pieniędzmi za twoje uwolnienie, straciłbym renomę.
- To o co chodzi? - Kruszewski zmrużył oczy.
- Jakiś czas temu zainteresowałeś się pewnym tematem. Nagrał ci go twój dawny kumpel. Mnie i moich zleceniodawców interesuje kilka rzeczy. Po pierwsze, chcemy mieć wszystkie dokumenty, którymi dysponujesz w związku z tą sprawą. Wszystko, co przekazał ci Szymczak. Każdą kartkę papieru, każdy świstek, każdą notatkę. Jeżeli już zacząłeś pisać, chcemy wiedzieć, gdzie jest artykuł. Czy na jakimś komputerze, na jakimś dysku, czy na pendrivie? Chcemy też wiedzieć, czy komuś mówiłeś, o czym ten artykuł będzie. Jak wszystko pójdzie sprawnie i odzyskamy kwity, puścimy cię wolno. Pasuje taki układ?
- Wie pan, ja muszę sobie przypomnieć... - zaczął dziennikarz.
- Chłopcze, na jakim ty świecie żyjesz? Zdajesz sobie sprawę, że nie zgarnęliśmy cię po to, żeby pograć w szachy, w scrabble lub poimprezować? Jak mi nie pomożesz, to ja nie pomogę tobie. Jak dostanę wszystko, czego chcę, to cię wypuszczę. Jak nie dostanę, będę musiał zrobić ci krzywdę. To naprawdę jest prosty wybór.
- Dobrze, zgadzam się. - Marek zdawał sobie sprawę, że opór nie ma sensu.
- A więc do rzeczy. Gdzie są kwity?
- W moim samochodzie, w bagażniku. Stoi na parkingu. W aucie jest miejsce na koło zapasowe. Tam wszystko schowałem.
- Mądry chłopak. Chociaż skrytka w mojej ocenie głupia - skwitował bandyta. - Co byś zrobił, jakby ukradli ci furę?
- To było tymczasowe miejsce. Wynająłem skrytkę pocztową i tam miałem wszystko przenieść. Nie zdążyłem, bo mnie zgarnęliście.
- Widzisz, jak to czasem człowiek ma szczęście? Gdybyśmy zwinęli cię później, mielibyśmy trudniej. A wyobraź sobie, że któremuś z chłopaków puściłyby nerwy i byś zszedł, zanim powiedziałbyś, która to skrytka. Jednak jesteś w czepku urodzony. Dobra, artykuł napisałeś?
Kruszewski pokręcił głową.
- Nie. Zamierzałem dopiero się do tego zabierać. Chciałem posprawdzać tropy, wybadać, czy to wszystko prawda... - Uciekł wzrokiem lekko w bok. Obawiał się, że jego oprawca zauważy blef.
Tak naprawdę artykuł był już napisany. Ukrył go w domu swojej siostry, gdy ostatnio wpadł do niej na chwilę. Chciał z nią pogadać, ale jej nie zastał. Porozmawiał przez kilka minut z panią Stasią, po czym pendrive z praktycznie gotowym tekstem i skanami wszystkich dokumentów ukrył w stojącym przed domem oplu.
- Wiesz, co jest smutne? - zapytał bandzior, patrząc na niego przenikliwie. - Chciałbym ci wierzyć, ale jakoś tak nie umiem. Czuję, że nie mówisz mi prawdy.
- Mówię całą prawdę. Jak Boga kocham...
- Wiesz, czemu uważam inaczej? Po pierwsze, uciekłeś wzrokiem w bok, gdy to mówiłeś. To kazało mi się zastanowić. Pomyślałem, że nie chciałeś, bym widział, że kłamiesz. Po drugie, mam szósty zmysł. Łatwo rozpoznaję, gdy ktoś chce mnie zrobić w konia. Ale dobrze, załóżmy, że ci wierzę. Czy z kimś o tym artykule rozmawiałeś?
- Z nikim. Miałem dopiero zacząć rozmawiać ze świadkami i osobami mającymi jakąś wiedzę w temacie. Jestem na samym początku pracy.
- Mylisz się. Jesteś na końcu. Żadnej pracy nie ma i nie będzie. Wiesz, jakiego bałaganu narobiłbyś tą publikacją? Wiesz, ile osób miałoby problemy?
- Nie ja wplątałem te osoby w tę aferę - zaoponował Kruszewski. - Ja tylko się staram, żeby prawda wyszła na jaw. Coś złego się dzieje w mieście i opinia publiczna powinna się o tym dowiedzieć.
- A komu to potrzebne? - Mężczyzna uniósł brwi. - Myślisz, że przeciętnego zjadacza chleba obchodzi, że prokurator Żelichnowski za pieniądze potrafi umorzyć każde dochodzenie? Myślisz, że szarego Kowalskiego interesuje, że prezydent Wrocławia jest w układzie z kilkoma politykami z opozycji i razem kręcą lody? Myślisz, że coś się zmieni, jak ujawnisz, że naczelnik izby skarbowej pod stołem bierze miliony za załatwienie kontroli u niewygodnego przedsiębiorcy? Chłopie, świat jest tak skonstruowany, że ludzie się znają i załatwiają przy szklance whisky najlepsze biznesy.
- Uczciwość wymaga...
- Uczciwość? Bądź sobie uczciwy, twój wybór, twoja sprawa. Zobacz tylko, gdzie cię to zaprowadziło. Gdybyś nie był uczciwy, dostałbyś kilka lub kilkanaście tysięcy za odpuszczenie sobie tematu. Problem jest tylko taki, że ty masz kasę, więc siano nie wchodzi w grę. Pozostało cię nastraszyć lub zabić. Osobiście wolałbym nastraszyć...
- Już jestem wystarczająco nastraszony - powiedział Kruszewski
- Wierzę. - Mężczyzna wstał z krzesła i zaczął chodzić po pomieszczeniu.
- Mogę nie pisać tego artykułu - odezwał się po chwili Marek. - Zresztą jak zabierzecie mi dokumenty, i tak nie dam rady z pamięci odtworzyć tego wszystkiego. Poza tym bez nich nie będę wiarygodny.
Bandyta stanął za plecami Kruszewskiego i położył swoją wielką dłoń na jego ramieniu.
- Wiesz, nawet cię polubiłem - powiedział. - Lubię pracować nad takimi jak ty. Współpracujesz jak się patrzy. Czasem jednak zakończenie mnie smuci i tak jest niestety tym razem.
Słysząc te słowa, dziennikarz powoli zaczął odwracać głowę w jego stronę. Gdy widział już twarz porywacza, skierował wzrok lekko w dół. Bez trudu rozpoznał przedmiot w drugiej ręce mężczyzny.
Na jakąkolwiek reakcję było już za późno.
Sekundę później padł strzał.
Spotkanie grupy mężczyzn początkowo przebiegało w złej atmosferze. Nikt się nie uśmiechał, każdy zachowywał się nerwowo.
Dopiero telefon, który odebrał Mariusz Banasiewicz z firmy Profi-Bud, przyniósł rozluźnienie. Mężczyzna w krótkich słowach powiedział:
- Panowie, problem jest prawie rozwiązany. Nasi ludzie wiedzą, gdzie są dokumenty. Zaraz po nie jadą.
- Co z dziennikarzem? - zapytał Stanisław Malinowski, wiceprzewodniczący Rady Miejskiej Wrocławia.
- A kogo to obchodzi? Grunt, że wszystko zostaje po staremu - odpowiedział Grzegorz Szczot, jeden z liderów partii politycznej Odbudowa Patriotyczna. - Wiecie, co by było, gdyby to wyszło na jaw? Premier by mi tego nie darował.
Tajemnicą poliszynela było, że Szczot popadł w niełaskę byłego premiera Kazimierza Starczewskiego po tym, jak dziennikarze ujawnili nagrania dokumentujące, jak wicepremier załatwiał intratną posadę swojemu kuzynowi. Krewny Szczota miał mieć dobrze płatne stanowisko we władzach Orlenu. Gdyby nie to nagranie, Szczot nadal byłby jednym z najważniejszych polityków w kraju. Problemem nie był nepotyzm, tylko to, że dał się nagrać.
Co prawda Odbudowa Patriotyczna ostatnie wybory przegrała, ale w planach mieli odzyskanie władzy. Społeczeństwo i wyborcy do tego czasu powinni zapomnieć o błędach i wypaczeniach, które były udziałem polityków. Były premier uważał, że Szczot nie powinien zbyt często pojawiać się w mediach do czasu wyborów. Im mniej pozostawał widoczny, tym lepiej dla całej partii.
- Dziennikarz obiecał, że będzie milczał. - Banasiewicz się uśmiechnął.
Cała grupa wybuchnęła śmiechem. Pierwszy skończył się śmiać Malinowski.
- Słuchajcie, nie chcemy problemów, więc trzeba na jakiś czas przyhamować - powiedział.
- Kolego, źle ci z nami? Gdyby nie my, to ile teraz miałbyś na koncie? Kto ci załatwił umorzenie VAT-u? - spytał Banasiewicz. - Kto pomógł ci dostać się do rady miejskiej?
- Nie o to chodzi. Trzeba po prostu uważać. Nie wiadomo, co jeszcze wyciekło - stwierdził radny.
- Każdy z nas ma coś za uszami. Ja otrzymuję lukratywne zlecenia prawie bez przetargu. Grzesiek ma taki majątek na kontach w Szwajcarii i Izraelu, że mógłby śmiało konkurować z Kulczykiem. Kilku kumpli też jakoś żyje, korzystając z tej pasieki. Nie możemy teraz przestać. Za daleko to zaszło.
- Racja. To, że mam kasę, nie znaczy, że nie chcę więcej. Marzy mi się fotel prezydenta, ale nie miasta, tylko całego kraju - rozmarzył się Szczot.
- Panowie, jak będziemy mieli dokumenty, które ten Szymczak przekazał dziennikarzowi, to nic nie wyjdzie na jaw - stwierdził Banasiewicz
- Właśnie, co z tym Szymczakiem? - spytał Szczot.
- Ten problem jest już prawie rozwiązany. Facet trafi do zakładu zamkniętego i zostanie tam bardzo długo. Żelichnowski obiecał, że to załatwi. Zresztą to już nie ma znaczenia. - Banasiewicz ponownie się uśmiechnął. - Teraz, panowie, wznieśmy toast. Proponuję wypić za największe w historii świata odszkodowanie za utracone mienie.
Cała grupa wzniosła szklanki z whisky. Każdy się zastanawiał, ile mu wpadnie do kieszeni. Do podziału było kilkanaście milionów euro i w tej chwili każdy z mężczyzn mógł się uważać za milionera.
Po wyjściu z domu Zawadzkiej Grot wsiadł do opla i odpalił silnik.
Nie jeździł ostatnio zbyt często, więc wycofywał z posesji ostrożnie. Dopiero gdy włączył się do ruchu, bardziej zdecydowanie wcisnął pedał gazu. Moc samochodu go zaskoczyła. Przyspieszenie także było niezłe. Kilka razy aż wcisnęło go w fotel.
Jazda sprawiała mu przyjemność. Zmieniał pasy na drodze jak kierowca rajdowy. Czuł się za kółkiem zaskakująco dobrze.
Po drodze do domu zahaczył jeszcze o sklep papierniczy. Kupił dwie tablice korkowe, pinezki, kredę i dodatkową tablicę, taką, jakie kiedyś były w szkole, tylko w mniejszym rozmiarze. Wszystko dokładnie już sobie zaplanował i wiedział, że te rzeczy przydadzą się w trakcie śledztwa.
Po wejściu do domu ustawił tablicę przy ścianie, a obok powiesił dwie korkowe. Umieścił na nich karteczki z adresami podanymi przez Joannę Zawadzką. Gdy jakiś adres będzie już sprawdzony i nie będzie prowadził do niczego konkretnego, po prostu go ściągnie.
Na samej górze szkolnej tablicy dużymi literami napisał cel: "Odnalezienie brata Joanny Zawadzkiej". Pod spodem wypisał te same adresy co na tablicy korkowej. Połączył je strzałkami skierowanymi w kierunku celu.
Szybko zaparzył sobie kawę i przegryzł bułkę z serem i wędliną, której nie dojadł rano. Brał kolejne kęsy, wpatrując się w tablicę. Zastanawiał się, od czego zacząć. Postanowił, że w pierwszej kolejności sprawdzi, czy Marek Kruszewski w dniu zaginięcia był w ogóle w pracy. Zawadzka co prawda powiedziała, że po spotkaniu miał tam pojechać, ale czy dojechał? Grot musiał to zweryfikować. Trzeba też było ustalić, dokąd zaginiony zamierzał się udać po wyjściu z redakcji.
Dokończył bułkę i dopił kawę. Kopertę z pieniędzmi od klientki schował do szuflady biurka. Na wydatki wyjął tysiąc złotych - tyle powinno wystarczyć w razie nieprzewidzianych okoliczności. Karty do bankomatów trafiły do szuflady obok koperty.
Następnie poszedł do łazienki i opłukał twarz wodą. Opuchlizna trochę zmalała, nie było widać, że ostatnio przesadzał z alkoholem. Dopiero teraz sobie uświadomił, że odkąd zaczął działania, całkowicie zapomniał o głodzie alkoholowym. Widocznie jeszcze nie zbliżył się do tego momentu, gdzie organizm będzie się domagał choćby kropli trunku. Jak na razie było dobrze, dawał radę.
A co będzie później, czas pokaże.
Wiktor stał z boku i obserwował całe towarzystwo. Dziś w urzędzie była niewielka impreza. Na emeryturę odchodziła pani Jadwiga, główna specjalistka z działu zamówień.
Przygotowała dla współpracowników skromny poczęstunek. Były ciasto i kawa. Wszyscy zgromadzili się w pobliżu stołu i głośno rozmawiali. Gratulowali jej przejścia na zasłużony odpoczynek i dopytywali o plany na dalsze życie. Atmosfera była wesoła i całkiem przyjemna.
Wiktor słabo znał panią Jadwigę, tylko raz miał okazję z nią rozmawiać, jednak zaproszeni byli wszyscy, więc i on uczestniczył w jej pożegnalnej imprezie. Wolałby co prawda pojechać do domu i odpocząć, ale zdawał sobie sprawę, że dopóki pracuje w urzędzie, musi choćby stwarzać pozory.
Wziął łyk kawy i odstawił kubek na niewielki stolik, gdy zobaczył, że w jego stronę idzie jakiś facet. Nie znał go, ale też nie kojarzył tu jeszcze wszystkich pracowników.
Mężczyzna zatrzymał się przy Szymczaku i zagaił:
- Cześć. Ty jesteś ten nowy, ten yyy... Wiktor, tak?
- Tak, Wiktor.
- Nie poznaliśmy się jeszcze. Pracuję w administracyjnym. Jak ci się podoba robota w urzędzie?
- Może być, podoba mi się. Czuję, że robię coś ważnego.
- Każdy z nas robi. Czekaj, naleję sobie coli. Chcesz też? - zapytał mężczyzna, który wciąż jeszcze się nie przedstawił.
- Chętnie...
Facet zniknął, by dosłownie po kilkunastu sekundach wrócić z dwiema szklankami.
- Ale nie ma w tym alkoholu? - upewnił się Wiktor. - Nie chciałbym podpaść.
- Spokojnie. W tym nie ma, ale jak będziesz chciał wyskoczyć czasem na piwko, to nie ma sprawy - zaproponował mężczyzna. - Mamy tu zgraną paczkę i czasem lecimy na miasto.
Wiktor uśmiechnął się i wziął łyk ze szklanki. Rzeczywiście czysta cola.
Przez kilka minut pogadał z facetem, który w końcu przedstawił mu się jako Krzysztof Walicki. Szymczak starał się słuchać, co ten do niego mówi, ale nie mógł się zbytnio skupić. Czuł dziwne parcie na pęcherz.
Postanowił udać się do toalety.
Grot wyszedł z domu i skierował się do zaparkowanego auta.
Już z daleka widział, że samochód zainteresował kilka osób. Taka fura rzadko parkowała w tej okolicy. Gromada dzieciaków co chwila zaglądała przez szybę do środka. Miejscowa żulernia też kręciła się już w pobliżu opla.
Gdy podszedł do auta i pilotem otworzył centralny zamek, wyrósł przy nim jeden ze znanych mu meneli.
- Cześć, ziomek. Widzem, że w totka wygrałeś. Nowy samochód kupiłeś, teraz pewnie będziesz olewał starych kumpli, co?
Grot nie chciał robić sensacji, zwłaszcza że nikt z sąsiadów nie miał pojęcia, czym się wcześniej zajmował. Żaden z lokalnych pijusów nie wiedział, że kiedyś był gliniarzem. Uważał, że nie musi się nikomu tłumaczyć ze swojej przeszłości, tak samo jak nie musiał mówić, czym się aktualnie zajmuje. Nie chciał jednak robić sobie wrogów, dlatego postanowił wymyślić coś na poczekaniu.
- Nie, żadne takie. Robotę mi pośredniak załatwił. Taka fucha. Przez jakiś czas mam jeździć samochodem, a potem wypełnić jakieś papiery. Pisać, jak mi się jeździło, czy wygodne, czy szybkie. Takie tam testy konsumenckie. Jak się sprawdzę, to dadzą mi za to tysiaka i będę co jakiś czas testować inny samochód.
- Fajnie. Ale jak słyszę "robota", to aż mnie w środku telepie - stwierdził żulik. - Jakakolwiek by nie była, już wolę na zasiłku siedzieć. No i MOPS jeszcze daje. A jak poszedłbym do roboty, to przestałby dawać.
- Wiesz, żyć jakoś trzeba. Mnie MOPS nie daje, więc muszę coś złapać, żeby mieć na naftę.
- Właśnie, kopsnij, sąsiad, kilka złociszy. Wiesz, na winko zbieramy i akurat trochę brakuje...
- A ile już macie?
- No właśnie nic, królu złoty. Od czegoś jednak trza zacząć, nie? Daj z piątaka starym kumplom.
Grot sięgnął do kieszeni, zabrzęczało kilka monet. Gdy wyjął rękę, w zagłębieniu znajdowały się trzy złote.
- Mam tylko trzy złote - odparł. - Nie dam ich wam, bo sam nie będę miał. A też może napiłbym się piwka po robocie. Dobra, muszę lecieć.
Menel patrzył zaskoczony to na twarz Grota, to na jego rękę, w której znajdowały się pieniądze. Nie mógł uwierzyć, że nie dostał upragnionych drobnych. Już miał zamiar coś powiedzieć, ale machnął ręką i odszedł.
Grot wsiadł do opla i odpalił silnik. Przez moment z przyjemnością słuchał, jak mruczy. Potem spojrzał w lusterko wsteczne i powiedział do siebie:
- Koniec frajerowania się, ziomek.
Wrzucił bieg i ruszył.
Artur patrzył na siedzącego naprzeciwko mężczyznę.
Facet był podejrzany o dokonanie zabójstwa. Siedział na krześle i nerwowo obgryzał paznokcie pomimo założonych na nadgarstki kajdanek. Widać było, że jest zestresowany.
Pasewicz był dumny z wykonanej przez wydział pracy. Na łańcuszku znalezionym w pobliżu rzeki wyraźnie odbił się ślad dwóch palców. Poszukiwania w bazie od razu pozwoliły wskazać potencjalnego sprawcę. Gdyby nie fakt, że Sławomir Mochaj był notowany, sprawa nie miałaby takiego finału. Na pewno nie w tak ekspresowym tempie. Mężczyzna był już zatrzymywany za obnażanie się w miejscach publicznych, a raz trafił na dołek po tym, jak pokazywał nieletniemu zdjęcia pornograficzne.
W pobliżu miejsca, gdzie wyłowiono kobietę, oprócz łańcuszka ujawniono także rozbite elementy samochodu. Technicy szybko ustalili, że są to fragmenty należące do prawie dwudziestoletniego volkswagena golfa. Już pierwsza obserwacja pozwoliła ustalić, że podejrzany mężczyzna jeździ akurat takim samochodem. Co więcej, udało się stwierdzić, że pojazd ma widoczne ślady po niedawnej naprawie.
Artur na zatrzymanie podejrzanego pojechał z aspirantem Wojciechem Grodzkim. Do pomocy wzięli jeszcze czterech mundurowych. Mężczyzna nie stawiał oporu. Przywieźli go do komendy i od razu wrzucili do pomieszczenia, gdzie miał zostać przesłuchany. Teraz Artur miał się tym zająć.
Do pokoju wszedł naczelnik Ratajczyk. Od progu popatrzył na siedzącego na krześle Mochaja.
- A ten to kto? - spytał, wskazując na zatrzymanego.
- Podejrzany o nielegalny ubój - odparł Pasewicz. - Jego paluchy wyszły z systemu.
- W sprawie tej wyłowionej z Odry?
- Tak.
- No to możesz iść z nim na ostro. Jakby co, masz dupochron - powiedział naczelnik, wycofując się z pokoju.
Artur uśmiechnął się do niego. Facet był naczelnikiem od roku, ale dał się poznać jako konkretny gliniarz - całkowite przeciwieństwo swojego poprzednika. Godlewski był nazywany przez członków wydziału mameją. Taki był i takim go zapamiętają. Rok temu dostał awans na komendanta komendy powiatowej w Polkowicach i tam teraz szefował. Na jego miejsce przyszedł komisarz Szymon Ratajczyk i był to prawie najlepszy wybór. Prawie, bo Artur wolałby, żeby naczelnikiem był Radek Grot. Ten jednak odszedł ze służby i teraz był wrakiem człowieka.
Pasewicz często myślał o dawnym kumplu. Po śmierci żony i dziecka Grot przez rok jeszcze jakoś się trzymał. Ale potem się załamał. Zaczął pić, pojawiła się depresja. Żal po stracie najbliższych spowodował, że stoczył się na samo dno. Gubił poczucie rzeczywistości, nie wiedział, co jest prawdą, a co pijackim zwidem.
Artur tak jak reszta wspierał dawnego kolegę z wydziału, ale po którymś z kolei razie, gdy ten odrzucił pomocną dłoń, dał za wygraną. Tomala, partner Grota, walczył dłużej. Jednak on też w pewnym momencie odpuścił. Przeszedł na emeryturę i zerwał kontakty z dawnymi kumplami. Stał się samotnikiem.
Artur ostatni raz widział Grota dwa miesiące temu. W nocy jechał przez Leśnicę i zobaczył leżącego w kałuży menela. Zatrzymał się i postanowił mu pomóc, żeby żul się nie utopił. Gdy jednak odwrócił go na plecy, o mało sam nie upadł. Przed sobą miał dawnego komisarza. Radosław Grot był tak napruty, że nawet nie zdawał sobie sprawy, gdzie się znajduje. Wyglądał żałośnie. Zarzygane ciuchy, zaszczane spodnie, alkoholowy oddech i brudne włosy posklejane od błota. Pomimo obrzydzenia Artur wpakował byłego glinę do swojego samochodu i odwiózł do nory, w której aktualnie mieszkał Grot. Miał sporo trudności z wprowadzeniem bezwładnego kumpla po schodach. W mieszkaniu rzucił go na łóżko i wyszedł.
To wspomnienie spowodowało, że wezbrała w nim złość. Spojrzał na obgryzającego paznokcie Mochaja. Facet był na bakier z higieną. Paznokcie miał brudne i krzywo poobgryzane.
Niewiele myśląc, Pasewicz zerwał się z krzesła i trzasnął zatrzymanego z otwartej dłoni.
- Za co?! - krzyknął podejrzany.
- Zamknij się! Ja tu jestem od zadawania pytań! - warknął policjant.
- Nie wolno bić. Znam przepisy.
- Słuchaj, gnojku, jesteś podejrzany o dokonanie zabójstwa, więc nie pierdol mi o przepisach! Poza tym konkretnie który, kurwa, przepis zabrania mi ci przypierdolić, co? Dajesz, mecenasie!
Nie czekając na odpowiedź, ponownie zdzielił Mochaja na odlew.
- Ale...
- Nie ma, kurwa, "ale"! Mam poprawić czy się zamkniesz i będziesz odpowiadać na moje pytania?
- Proszę nie bić... - Mochaj spuścił z tonu. Po jego policzku spłynęła łza. Miejsce po uderzeniu powoli robiło się czerwone.
- Powiem ci, jak chujowo wygląda twoja sytuacja. Jesteś podejrzany o dokonanie zabójstwa Barbary Cegielskiej. Kojarzysz osobę? - zapytał Pasewicz.
- Nie wiem, o co chodzi...
Artur już chciał kolejny raz zdzielić podejrzanego, ale się rozmyślił.
- To ja ci wytłumaczę. Znalazłem zwłoki kobiety. Zabezpieczone ślady wykazały, że byłeś w miejscu zdarzenia. Mam twoje odciski na zgubionym przez ofiarę łańcuszku. Twój złom wjechał w kamień znajdujący się w pobliżu. W środku rzęcha odkryto ślady świadczące o tym, że denatka tam była. U ciebie w domu znaleźliśmy jej majtki i stanik. Uważasz, że to mało?
- Odmawiam zeznań - powiedział Mochaj.
- Możesz sobie odmawiać. Chuj mnie to obchodzi. Powiem ci jedno: dziewczyna przed śmiercią została zgwałcona, a w jej pochwie znaleziono nasienie. Założę się o twoje dożywocie, że to twoja sperma. Jak chcesz jeszcze kiedykolwiek zobaczyć błękitne niebo, gadaj, dlaczego ją zabiłeś!
- Nie możecie mnie wsadzić, bo jestem niepoczytalny - wypalił podejrzany.
- Ja ci, kurwa, dam niepoczytalny! - Artur zerwał się z krzesła.
Mochaj skulił się i zasłonił głowę. Pasewicz jednak odpuścił. Usiadł z powrotem i podjął:
- Powiem ci, jak to działa. Zanim sąd skieruje cię na badania, trafisz do aresztu. Mam tam kilku znajomych klawiszy. Puszczę gryps, że siedzisz za zabójstwo. Więźniowie się dowiedzą, że zabiłeś Basię. Zwróć uwagę na zdrobnienie. Basia, nie Barbara. Myślisz, że ktoś będzie wnikać, ile Basia miała lat? Oczywiście nikt nie będzie prostował informacji. Byłeś notowany za pokazywanie pisiora? Jak myślisz, doczekasz tych badań, gdy recydywa się dowie, że obnażałeś się przed dziećmi?
- Tak nie można! - zaprotestował Mochaj.
- A mordować, kurwa, można? Ogarnij się w końcu! Dlaczego ją zabiłeś?
Zatrzymany milczał.
- Jak będziesz współpracować, masz szansę na łagodny wyrok i nie zajebią cię w pierdlu. Gadaj, skurwysynu!
Mężczyzna wyraźnie się wahał. Patrzył na swoje poobgryzane paznokcie. Po chwili zaczął:
- Nie chciałem zabić. Chciałem się z nią pier... znaczy chciałem seksu.
- Odmówiła?
- Tak. A potem zaczęła się ze mnie śmiać. Mówiła, że głupi jestem, jeśli myślę, że będzie się ze mną pier... znaczy kochać. Powiedziała, że mogę sobie co najwyżej konia zwalić na jej wspomnienie. Zaczęła gadać, że brudas jestem i wolałaby się kochać z wieprzem niż ze mną.
- Gdzie ją poznałeś?
- Na portalu randkowym. Mam tam profil. Trochę z nią pisałem, no... trochę jej nakłamałem.
- Spotkaliście się i co?
- Pogadaliśmy z godzinę. A potem ona powiedziała, że musi już jechać do domu. Zaproponowałem, że mogę ją odwieźć. Nie protestowała. Po drodze zatrzymałem się na poboczu i zaproponowałem seks.
- Odmówiła i co potem?
- Śmiała się.
- Śmiała się i co dalej?
- Wkurzyła mnie tym, że się naśmiewa. Nie wytrzymałem i walnąłem ją paralizatorem.
- Skąd miałeś paralizator? - Artur uniósł brew.
- Kupiłem w sklepie, był bez zezwolenia. Potem, jak już ją walnąłem tym prądem, to pojechałem w kierunku Rędzina. Tam wjechałem do lasu i się z nią kochałem. Jak skończyłem, to płakała, a później zaczęła mi grozić, że pójdzie na policję.
- I wtedy?
- Walnąłem ją kamieniem. Trafiłem prosto w oko. Padła na ziemię. Dotknąłem ręki i nie było pulsu. Wtedy postanowiłem ją wyrzucić do rzeki.
- Rozumiem. Zabrałeś jej ciuchy, a ciało wrzuciłeś do Odry, tak?
Mochaj skinął głową.
Artur zapisał to w protokole.
- Powiem ci coś. Gdy wrzucałeś dziewczynę do rzeki, ona jeszcze żyła. Jej stan był ciężki, ale miała szansę przeżyć. Cóż, odpowiadałbyś za gwałt, pobicie i ciężki uszczerbek na zdrowiu. A tak odpowiesz za zabójstwo.
- Ale ja niechcący... - Mochajowi zadrżał głos. - Gdyby się nie śmiała, to nic by się nie wydarzyło. Co jej szkodziło mi dać?
Pasewicz pokręcił głową.
- Zostawię to bez komentarza. Dasz mi to teraz na papier i lecisz do lochu.
- Ale tak jak pan obiecał, nie powie pan klawiszom, no, wie pan...
- Podpiszesz protokół i tyle mojej działki. Nikomu nic nie powiem.
Mochaj uśmiechnął się, wystawiając pożółkłe zęby.
Artur zastanawiał się, czy jutro rano podejrzany będzie miał je wszystkie na swoim miejscu. Wszak nie obiecywał niczego, a nawet miał zamiar pogadać ze znajomym klawiszem o dawnych czasach.
Może warto spotkać się z nim na piwku?, pomyślał.
Dojazd w okolice rynku zajął Grotowi dużo więcej czasu, niż się spodziewał. Trasa nie była długa, ale tworzące się korki pomiędzy Leśnicą a stadionem miejskim na Lotniczej wydłużyły ją do granic cierpliwości.
Cały czas się zastanawiał, co jest przyczyną takiego stanu rzeczy. Prosta droga, praktycznie bez żadnych świateł na tej trasie. Fakt, był to wąski odcinek i jedyna wjazdówka w kierunku Lubina, ale żeby aż takie korki? Przecież można jechać w miarę wolnym tempem, a tutaj przejeżdża się kilka metrów, a potem stoi parę minut. Zastanawiające było to, że władze miasta nic z tym nie robiły.
Gdy w końcu dojechał w pobliże pracy Marka Kruszewskiego, dość długo szukał miejsca do zaparkowania. Wiedział, że brat klientki zwykle parkował na parkingu podziemnym. Musiał sprawdzić, czy jego auto dalej tam stoi.
Spokojnym, ale pewnym krokiem wszedł na parking. Przez chwilę się zastanawiał, w którą stronę się udać. Z kieszeni wyjął karteczkę z zapisanym numerem rejestracyjnym samochodu zaginionego. Zawadzka powiedziała, że to trzynastoletni granatowy volkswagen passat. Stare auto niepasujące do milionera, ale pasujące do dziennikarza.
Poszukiwania zajęły mu tylko moment. Już z daleka dostrzegł stojącego na końcu parkingu volkswagena. Jak dotąd wszystko przebiegało sprawnie. I tylko jedna rzecz trochę go zmartwiła. Auto było otwarte, a obok stało dwóch osiłków. Typowe dresy, z bicepsami większymi niż mózgi. Takie, co to wolą lać po pysku, niż rozmawiać.
Powoli ruszył w ich kierunku. Trochę się bał, ale wiedział, że nawet pomimo braku formy potrafi się obronić. Gdy znajdował się jakieś osiem metrów od nich, zauważyli go. Jeden z mięśniaków bez słowa podbiegł w jego stronę i zamachnął się szeroko jak cepem. Gdyby Grot się nie uchylił, pewnie cios zdmuchnąłby jego głowę jak świeczkę.
Cofnął się i kolejny strzał minął jego głowę dosłownie o centymetry. Nie czekając, aż napastnik ponowi atak, walnął go pięścią w prawy bok, pod żebra. Włożył w to całą siłę, jaką potrafił z siebie wykrzesać. Facet jęknął, ale nadal stał. Grot wiedział, że nie może teraz się zawahać. Następny cios wyprowadził w miejsce, gdzie szczęka łączy się z czaszką. Trafił w zawias. Facet padł jak długi na betonową posadzkę.
Grot szybko odwrócił się w stronę drugiego mięśniaka. Dresiarz cały czas stał przy samochodzie i pakował jakieś papiery do reklamówki. Detektyw był pewien, że to dokumenty związane z artykułem, który pisał zaginiony.
Nagle facet rzucił reklamówkę i zaczął podnosić pięści. Po chwili rozpędził się jak wściekły byk. W ostatnim momencie Grot zrobił krok w lewo i walnął mięśniaka w twarz. Trafiony tuż pod nos dresiarz zrobił fikołka w powietrzu. Sekundę później runął na podłogę.
Grot także oberwał. Czuł ból w okolicy oka. Wiedział, że za kilka minut zacznie się pod nim rozlewać limo.
Spojrzał na leżących na ziemi dresiarzy. Upewniwszy się, że już mu nie zagrażają, ruszył w kierunku leżącej przy bagażniku reklamówki, do której mięśniak kilka minut wcześniej wkładał papiery. Zajrzał do torby i wyjął z niej pierwszą z brzegu kartkę. Spojrzał na nią i od razu wiedział, że ma w dłoni fakturę. Wystawił ją jakiś PR Max, a płatnikiem był urząd wojewódzki. Największe wrażenie jednak robiła kwota - milion dwieście tysięcy złotych za doradztwo w zakresie poprawy wizerunku.
- Kurwa, kupa kasy za jakieś pierdolety... - mruknął pod nosem.
Sięgał po kolejny dokument, gdy poczuł czyjąś obecność za plecami. Zanim zdążył zareagować, dostał silne uderzenie w głowę. W oczach mu pociemniało.
Równocześnie z nim na ziemię upadł klucz do kół, którym oberwał.
Rozdział III
Spojrzał na swoje oko. Opuchlizna była coraz bardziej widoczna. Głowa w miejscu uderzenia pulsowała bólem.
Był na siebie zły, że dał się zaskoczyć temu gościowi z kluczem do kół. Skupił się na papierach, a nie zadbał o tyły. Nie usłyszał, że zachodzi go ten trzeci. Szybki cios w głowę i odleciał w niebyt.
Wczorajsze wydarzenia upewniły go, że zaginięcie Kruszewskiego jest związane z artykułem, który ten zamierzał napisać. Musiał postawić sobie najważniejsze pytanie. Komu zależy na tym, aby tekst się nie ukazał?
Wszystko powoli zaczęło się układać w logiczną całość. Kruszewski dotarł do jakiejś istotnej informacji. Zainteresował się tematem, a potem komuś się pochwalił, o czym będzie pisał. Ten ktoś skontaktował się z bohaterami artykułu i ci postanowili zapobiec wydaniu tekstu.
Już od początku bardziej przemawiała do Grota wersja, że dziennikarz został porwany, a nie zaginął. Ktoś go uprowadził i nie zażądał okupu od rodziny. Oznaczało to, że ma inne cele niż wzbogacenie się na porwaniu.
Doświadczenie podpowiadało Grotowi, że chłopak prawdopodobnie jest już martwy. Była jeszcze szansa, że zdąży go znaleźć, zanim porywacze go zlikwidują, ale z każdą minutą malała...
Zrobił sobie kawę i wbił wzrok w stojącą na wprost stołu tablicę. Pierwszy trop okazał się strzałem w dziesiątkę. Był na miejscu punktualnie, ale dał się zaskoczyć. Pomacał miejsce na głowie, gdzie trafił go klucz. Ból przypomniał mu o wczorajszej wpadce. Nie chciał jednak jej rozpamiętywać.
Odpalił papierosa i zaczął się zastanawiać, co dalej. Postanowił wczuć się w rolę Kruszewskiego. Gdyby był na miejscu dziennikarza, to na pewno zrobiłby kopię tych materiałów. Im więcej duplikatów, tym lepiej. Pytanie tylko, gdzie by je schował. W redakcji raczej by tego nie zrobił. Tam każdy mógłby je znaleźć i zabrać. Schowanie ich w samochodzie okazało się nieskuteczne - napastnicy z łatwością je zlokalizowali. Pozostały tylko rozwiązania bardziej kreatywne.
Mógł zawieźć je do swojej byłej dziewczyny i poprosić o przechowanie. Ten scenariusz był wysoce prawdopodobny, bo jak powiedziała Zawadzka, Kruszewski rozstał się z partnerką w zgodzie. Mógł też schować je w jakiejś skrytce pocztowej lub depozycie w banku. Gdyby Grot nadal pracował w policji, z łatwością uzyskałby informację, czy jakaś skrytka jest wynajęta na nazwisko zaginionego. Cóż, będzie musiał odnowić kontakty z kumplami z dawnej pracy. Liczył, że pomogą mu w śledztwie. Zrobią to po znajomości i ze względu na stare czasy lub za pieniądze, które może im zaproponować. Chociaż bardziej liczył na to pierwsze. Jak jeszcze był gliną, nikt w ich wydziale się nie skundlił. Podejrzewał, że w tej kwestii nic się nie zmieniło.
Palił papierosa i popijał kawę, co jakiś czas dotykając opuchlizny przy oku.
Po chwili zobaczył na tablicy coś, na co wcześniej nie zwrócił uwagi.
- Kurwa mać! - zaklął. - Że też wcześniej o tym nie pomyślałem...
Dopiero teraz przypomniał sobie, co powiedziała mu Zawadzka - że spotkała się z bratem w dniu jego zaginięcia. Jeśli Kruszewski czuł się zagrożony, mógł zeskanować wszystkie papiery i zgrać pliki na jakąś dyskietkę lub pendrive'a. Te zaś mógł schować... w domu siostry!
Wiedział, że będzie musiał przeszukać willę Zawadzkiej. Trochę go to zmartwiło, bo dom był wielki i roboty na cały dzień.
Grot zagasił papierosa i uśmiechnął się do siebie. Czuł, że znowu staje się rasowym psem gończym.
Szymczak obudził się z kolosalnym kacem i bólem głowy.
Nie pamiętał zbyt wiele z wczorajszego popołudnia poza tym, że był w pracy, a potem uczestniczył w imprezie zorganizowanej przez panią Jadwigę. Podczas spotkania nie wydarzyło się jednak nic, co zapowiadałoby późniejsze problemy zdrowotne. Rozmawiał z Markiem, potem napili się coli. Tylko że cola nigdy tak na niego nie działała, no, chyba że z whisky. Ale whisky wczoraj nie było... Chyba.
Pamiętał jeszcze, że nagle poczuł parcie na pęcherz i poszedł do toalety. Resztę zasnuwała mgła niepamięci.
Pomimo złego samopoczucia postanowił wstać i pojechać do pracy. Nie miał wątpliwości, że gdyby nawet zadzwonił i powiedział, że jest chory, nie dostałby na dziś wolnego.
Spojrzał na stojący na stoliku obok wersalki zegarek. Było pięć po szóstej. Zerwał się z łóżka. Miał tylko pół godziny, by przygotować się do pracy. W urzędzie musiał być na siódmą, a dojazd zajmuje mu zwykle piętnaście minut.
Poszedł do łazienki i spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Nie musiał się golić, zarost ledwo wykiełkował. Obmył szybko twarz i się wysikał.
Śniadania nie miał siły przygotowywać, więc tylko zaparzył kawę. Pijąc ją, zastanawiał się nad dziurą w pamięci. Jak dostał się do domu z imprezy? Co robił przez czas pomiędzy wyjściem do toalety a powrotem do domu? Pytań dużo, a żadnej odpowiedzi.
Nie ma co się nad tym zastanawiać, stwierdził, wychodząc z domu.
Przed urzędem stało kilku pracowników. Jak go zobaczyli, zaczęli się wzajemnie poszturchiwać i szeptać pod nosem. Na kilku twarzach Szymczak dostrzegł dziwne uśmieszki. Miał zamiar podejść do kolegów, ale zanim to zrobił, wszyscy się rozeszli. Zdziwiło go to. Pierwszy raz, odkąd tutaj pracował, spotkał się z czymś takim.
Tuż za progiem wpadł na swojego kierownika stojącego przy stanowisku ochrony. Wojciech Król od razu przywołał go gestem ręki.
- Zapraszam pana do siebie do gabinetu - powiedział z powagą.
Ruszyli schodami na pierwsze piętro. Przy drzwiach pokoju Król wcisnął kombinację przycisków na cyferblacie zamka elektronicznego i weszli do środka.
Kierownik zajął swoje miejsce za biurkiem. Szymczak stał bez ruchu. Nie miał pojęcia, w jakim celu przełożony wezwał go do siebie.
- Czy może mi pan powiedzieć, co pan wczoraj wyczyniał? Może mi pan to wytłumaczyć? - spytał kierownik. Widać było, że jest zdenerwowany.
- Nie wiem, co powiedzieć. Prawdę powiedziawszy, nie mam pojęcia, o co chodzi - z lekkim niepokojem stwierdził Wiktor.
- Pan nie wie, o co chodzi? Kurwa! Robi pan z urzędu cyrk, a teraz udaje głupiego? - Król podniósł głos.
Co się wczoraj wydarzyło? Co ja takiego zrobiłem?, pomyślał Szymczak.
- Pan wybaczy, kierowniku, ale mam w głowie pustkę - wyznał. - Nie pamiętam wczorajszego dnia.
- Czy pan bierze jakieś narkotyki? A może leki? Czy pił pan wczoraj w pracy?
- Nie. Nie biorę leków, nie ćpam i nie piję. Zwłaszcza w pracy - powiedział Wiktor.
Król patrzył na niego uważnie.
- To jak pan wytłumaczy swoje wczorajsze zachowanie?
- Chciałbym wytłumaczyć, ale naprawdę nie mam pojęcia, co się wczoraj działo. Byłem na imprezie, którą zorganizowała pani Jadwiga. Tam rozmawiałem z Markiem Walickim i to wszystko, co pamiętam.
- Jakim Markiem Walickim? Nikt taki u nas nie pracuje.
- Co? - Wiktor był zaskoczony słowami Króla.
- Nie pamięta pan? Więc może ja panu przypomnę. A jak trzeba, pokażę panu nagrania z kamer monitoringu - powiedział kierownik
- Myślę, że wystarczy, jak mi pan opowie.
- A więc wyszedł pan z toalety i początkowo szedł w miarę normalnie. Potem jednak zaczął pan skakać i klaskać w dłonie. Następnie położył się pan na podłodze i zaczął głośno krzyczeć. Zbiegli się ludzie, zaciekawieni, co się dzieje. Wtedy pan wstał, rozpiął rozporek i wyciągnął członka. Zaczął się pan masturbować na korytarzu! Potem zaczął pan gonić panią Jadwigę, krzycząc: "Dawaj, stara, będzie bara-bara". Próbowano pana uspokoić, ale uderzył pan w twarz starego Wojtczaka, a potem zaczął się pan kręcić w kółko. Z ust leciała panu ślina jak wściekłemu psu. Brał pan rozbieg i biegł całym korytarzem. Zaczął pan gonić pracownice urzędu, ciągle z penisem na wierzchu. Zlecieli się ochroniarze, chcieli wzywać policję. Jednak żeby nie robić afery, podjęto decyzję, że zostanie pan wyprowadzony z budynku i odwieziony do domu.
Szymczak przez chwilę nie mógł złapać powietrza.
- O Boże... - wydusił w końcu. - Proszę mi wierzyć, że niczego nie pamiętam. Jest mi niezmiernie wstyd... Nie wiem, co mam powiedzieć.
- Wydaje mi się, że powinien pan dzisiaj wziąć wolne i wrócić do domu. Albo inaczej. Dam panu tydzień urlopu. W tym czasie napisze pan podanie o zwolnienie. Myślę, że tak będzie najlepiej zarówno dla urzędu, jak i dla pana.
Szymczak patrzył na przełożonego w milczeniu.
- Uniknie pan złośliwych komentarzy, a urząd skandalu. Ludzie tak łatwo nie zapomną pańskiego zachowania. Poza tym nie ma gwarancji, że za jakiś czas się ono nie powtórzy. Czy się zrozumieliśmy? - spytał Król.
- Tak, jeszcze dziś napiszę podanie o rozwiązanie umowy. - Wiktor słabo pokiwał głową. - Po urlopie już nie wrócę do pracy.
- Dobrze. A przy okazji dam panu radę. Proszę zrobić jakieś badania, bo to, co pan wczoraj odstawił, jest co najmniej dziwne.
- Dziękuję. I do widzenia.
Szymczak podszedł do Króla i wyciągnął rękę. Kierownik jednak jej nie uścisnął.
Wychodząc z urzędu, Wiktor analizował to, co się wydarzyło. Ktoś z całą pewnością dosypał mu czegoś do napoju. Jedynym podejrzanym był ten Walicki. Przyniósł mu colę i pewnie wtedy wsypał do niej jakiś narkotyk. Zastanawiające było tylko to, że Król twierdził, iż nikt o takim nazwisku w urzędzie nie pracuje... Jeśli tak, to skąd się wziął na imprezie?
Król powiedział, że Wiktor został odwieziony w takim stanie do domu. Ale kto go odwiózł? Jeśli go odwieziono, to znaczyłoby, że jego samochód nadal stoi pod urzędem.
Idąc przez parking, szukał swojego volvo v40. Nigdzie jednak go nie widział.
Artur Pasewicz kończył pisać raport, gdy otworzyły się drzwi i w progu stanął naczelnik.
- Zbierać się. Mamy trupa.
- Jakieś szczegóły? - spytał Grodzki.
- Ktoś anonimowo zgłosił, że wczoraj widział, jak facet pakuje ciało do auta. Samochód stoi teraz na Zakładowej, za Leclerkiem. To jakieś volvo. Patrol już jest na miejscu. Artur, jedziesz razem z Wojtkiem.
- Wczoraj widział, dzisiaj dzwoni?
- Może musiał się z tym przespać. Bez znaczenia. Jedziecie i tyle.
Artur skinął głową i zaczął pakować papiery.
- Zanim pojedziecie, jedna sprawa - dodał naczelnik. - Dobrze, że masz przyznanie się do winy tego Mochaja. To się chwali, ale kurwa, trochę przesadziłeś z tym laniem go po ryju. Gość chce skargę złożyć, więc możemy być na cenzurowanym. Nie chcemy przecież, żeby kryształowi dobrali się nam do dupy.
- Szefie, to nie było lanie, tylko lekkie poklepanie. Nawet siniak po tym nie zostaje - stwierdził Pasewicz.
Ratajczyk się uśmiechnął. Potem wziął głęboki wdech i powiedział:
- Na przyszłość ustalmy jedno: nie ma bicia podejrzanych na komendzie. Jak chcecie wymusić zeznania, zabierz delikwenta na przejażdżkę do lasu i tam trochę postrasz. Ostatecznie walnij się czymś w łeb i spuść mu wpierdol. Wtedy masz wytłumaczenie, że się broniłeś. Od dzisiaj na komendzie nie wolno stosować jawnej przemocy. Chuj jeden wie, czy nie ma tu jakichś ukrytych kamer.
- Tak jak szef mówi: do lasu, potem sobie w łeb i można szaleć - włączył się sierżant Paweł Bogucki.
Naczelnik spojrzał na niego groźnie.
- Ty nie prowokuj, Bogucki. Już ostatnio ratowałem ci dupę za tę małolatę...
- Zrozumiałem, szefie. Nie było tematu.
Sprawa, o której wspominał naczelnik, dotyczyła pewnej młodej dziewczyny, która za kilka ciuchów puszczała się w galeriach. Podczas seksu w samochodzie na parkingu Galerii Dominikańskiej małolata okradła jakiegoś wieśniaka z Obornik Śląskich. Szybko została zatrzymana przez dochodzeniówkę i przewieziona na Trzemeską. W trakcie zatrzymania poinformowała śledczych, że ma wiedzę na temat zabójstwa. Przekazano ją więc do zabójców. Tam zajął się nią właśnie Bogucki. Już po kilku minutach wiedział, że dziewczyna ściemnia i żadnego zabójstwa nie było. Zdecydował się więc przekazać ją z powrotem do dochodzeniówki. Tutaj jednak zaczęły się problemy. Dziewczyna oskarżyła Boguckiego o molestowanie. Powiedziała, że składał jej propozycję, że za loda jest skłonny ją puścić i zapomnieć o kradzieży. Do sprawy włączyło się Biuro Spraw Wewnętrznych. Podczas przesłuchania przez kryształowych dziewucha zeznała, że Bogucki włożył jej palec w pochwę i zaczął całować. Decyzją góry policjant został zawieszony. Ratajczyk postanowił ratować podwładnego. Młodej założono technikę. Zamontowano podsłuchy w mieszkaniu, w którym wynajmowała pokój, zainstalowano też podsłuch na komórce. Po dwóch dniach udało się ustalić, jak przesłuchanie wyglądało naprawdę. Małolata chwaliła się znajomym, że wrobiła gliniarza w molestowanie. To pozwoliło oczyścić Boguckiego z zarzutów. Pojawił się jednak kolejny problem, i to spory. Podsłuchy założono bez wymaganej zgody sądu. Ratajczyk trochę oberwał po tyłku. Tłumaczył, że złamanie procedur i przepisów dotyczących technik operacyjnych spowodowane było tym, że dziewczyna twierdziła, iż ma wiedzę na temat zbrodni, o której w późniejszym czasie nie chciała nic powiedzieć. Technika miała posłużyć zdobyciu informacji. Sprawa się rozmyła, ale Biuro Spraw Wewnętrznych wyraźnie dało do zrozumienia, że kolejne potknięcie nie ujdzie im na sucho. Sam Bogucki przez jakiś czas był pośmiewiskiem w komendzie. Kumple dla jaj podchodzili do niego i dając mu do powąchania dwa palce, pytali "Zgadnij, kto to?". Jak raz starał się usunąć zacięty papier w drukarce, Artur rzucił: "Nie wsadzaj tam paluchów, wiesz, czym to pachnie". Ostatnio te żarty nie były już tak częste, ale nadal się zdarzały.
Ratajczyk popatrzył na Artura i powiedział:
- Słuchajcie, mamy dobre wyniki. Wykrywalność na wysokim poziomie. Było kilka potknięć, ale wszystko jest do ogarnięcia. Trzeba tylko się starać. Bardziej starać się trzeba. Jak mawiał towarzysz Stalin, tylko staranie zastąpi rozstrzelanie.
Wszyscy uśmiechnęli się pod nosem. Każdy wiedział, że Stalin nigdy nie wypowiedział takiego zdania i że jest to radosna twórczość naczelnika. Za to Artur właśnie polubił Ratajczyka, gdy ten pojawił się w zabójcach.
Wstał z krzesła i dał znak Grodzkiemu, że pora ruszyć na spotkanie z denatem.
Pomimo długich poszukiwań Wiktor nie znalazł swojego samochodu.
Nie było go ani na parkingu pod urzędem, ani w pobliżu domu. Zastanawiał się, czy nie został skradziony i czy nie zgłosić tego na policję. A może ten cały Walicki go zabrał?
Postanowił pójść do domu i poszukać dokumentów od auta. Wiedział, że policjanci przyjmujący zgłoszenie będą chcieli znać numer rejestracyjny, numer VIN i inne potrzebne dane.
Wszedł do mieszkania i zamarł. Już pierwszy rzut oka pozwalał stwierdzić, że ktoś się do niego włamał i czegoś tu szukał. Nie było wprawdzie wyraźnych śladów włamania ani porozrzucanych na podłodze rzeczy. Wiktor jednak wiedział, że ktoś tu był. Na jednym z kafli widniał ślad buta w rozmiarze sporo większym niż rozmiar Szymczaka.
Zaczął się bać. Stał na środku przedpokoju i nie wiedział, co ma robić. Wokół niego działy się jakieś dziwne rzeczy. Najpierw został naćpany, przez co stracił pracę, z którą wiązał swoją przyszłość. Potem skradziono mu samochód, a teraz to - włamanie do mieszkania. Zastanawiał się, co go spotka w kolejnych dniach.
Nagle podjął decyzję - zadzwoni do kuzyna z ABW. Pokazywał mu dokumenty związane z wyłudzeniami i tylko jemu mógł teraz zaufać. Sięgnął po komórkę i wybrał numer.
- No co tam, Witek? - Kuzyn odebrał dopiero po kilku sygnałach.
- Cześć, Paweł. Słuchaj, mam problem.
- Wpadłeś w jakieś gówno? Jazda po wódzie? Bo w tym nie dam rady pomóc...
- Nie, coś gorszego. Pamiętasz, jak pokazywałem ci pewne papiery?
- No... Ale mówiłem, żebyś to olał. Po chuj ci problemy? Bez nich łatwiej się żyje - powiedział oficer ABW.
- Dałem te papiery kumplowi. Spotkałem go przypadkiem. Lata się nie widzieliśmy. Okazało się, że jest dziennikarzem.
- Chłopie, po co ty takie rzeczy robisz? - przerwał mu kuzyn.
- Mniejsza o to. Wczoraj ktoś mnie naćpał. Po prochach odpierdoliłem manianę w robocie. Wyjebali mnie z urzędu. Na dodatek zajebali mi auto i ktoś włamał mi się na chatę.
- Zgłosiłeś włamanie na policję?
- Nie. W sumie nie ma żadnych śladów. Zamek cały, wszystko wygląda w porządku. Jest tylko ślad błota na podłodze.
- Błota?
- Pod bramą robią chodnik i jest syfu od zajebania. Ktoś tu wlazł i nie wytarł wcześniej butów.
- A może to twój ślad?
- Nie ma opcji. Rozmiar jest widocznie większy od mojego.
Szymczak podszedł do pozostawionego śladu i przyłożył swój but. Na oko różnica wynosiła nie mniej niż dwa numery.
- A wiesz, czego szukał włamywacz? Może tych dokumentów? Masz je jeszcze? - dopytywał oficer.
- Nie. Wszystko oddałem temu kumplowi. U mnie nic nie było.
- Nie zrobiłeś żadnego ksera albo skanu?
- Nie, papiery oddałem. Ale część wiedzy mam w głowie. Mogę sobie przypomnieć co nieco.
W słuchawce na dłuższą chwilę zapadła cisza. Wiktor spojrzał na wyświetlacz, żeby się upewnić, że połączenie nie zostało zerwane.
- Lepiej sobie nie przypominaj - powiedział w końcu Paweł. - Dobra, ja muszę lecieć na odprawę. Uważaj na siebie. Narka, chłopie.
- Cześć...
Szymczak schował komórkę do kieszeni i rozejrzał się po mieszkaniu. Postanowił sprawdzić, czy nic nie zginęło. Jakieś niejasne przeczucie podpowiadało mu, że popełnił błąd, interesując się tymi machlojkami. Jak świat światem takie rzeczy miały miejsce, a on mógł je najzwyczajniej olać. Nie powinien był wścibiać nosa w nie swoje sprawy.
Wiedział, że może go za to spotkać kara.
Grzegorz Dębski zwany Dębem patrzył na swoich dwóch współpracowników.
Siedzieli na wersalce i co chwila dotykali siniaków. Twarze mieli poobijane jak zawodowi bokserzy, którzy zaliczyli kilka bolesnych nokdaunów.
Przeszukiwali samochód Kruszewskiego, a tamten facet najzwyczajniej w świecie ich zaskoczył. Na szczęście Dąb wcześniej poszedł na parking, żeby uszkodzić kamery. Tylko dzięki niemu wszystko skończyło się dla nich pomyślnie. Gdyby nie klucz do kół, wynik starcia mógł być inny. Tamten facet był dobrze wyszkolony, wiedział, gdzie i jak bić. Kilka uników i parę celnych ciosów sprawiło, że dwóch najlepszych ludzi Dębskiego leżało jak Gołota po walce z Tysonem.
Gdy Dąb go unieszkodliwił, sprawdził, z kim mają do czynienia. W jego kieszeni znalazł dowód osobisty i prawo jazdy na nazwisko Grot. Nic mu to nie mówiło. Bardziej zaskoczyła go kwota, jaką znalazł w kieszeniach. Ludzie z reguły nie noszą przy sobie tylu pieniędzy. Broni nie znalazł. Wyglądało na to, że mógł to być zwykły przechodzień, który zareagował na włamanie do samochodu. Jedno się nie zgadzało - mało który przechodzień wystartowałby solo do dwóch dresiarzy, raczej po prostu schowałby się w bezpiecznym miejscu i zadzwonił na policję.
Dąb wiedział, że będzie musiał przekazać nazwisko gościa swojemu zleceniodawcy. Niech on się tym zajmie i sprawdzi tego całego Grota.
Już zamierzał coś powiedzieć do siedzących kawałek dalej podwładnych, gdy zaczęła dzwonić jego komórka.
- Słucham - powiedział, odbierając połączenie.
- Daliście dupy.
- Co?
- Jak przeszukujecie chałupę, to nie zostawiajcie śladów.
- Nic nie zostało. O czym ty gadasz?
- Przed chwilą rozmawiałem z Szymczakiem. Mówił, że ktoś u niego był i zostawił ślad ubłoconego buta.
- Uhm... i co w związku z tym? Mam tam pojechać i umyć mu podłogę?
- Przestać, kurwa, pierdolić! Dzięki nam masz teraz od chuja roboty. Dzięki nam masz kasę i perspektywy na rozwój...
- Stop. Bo się zagalopujesz - przerwał rozmówcy Dąb. - Po pierwsze, rozwijam się w biznesie dzięki swoim zaletom. Mam odpowiedni poziom inteligencji i wystarczającą siłę fizyczną, by radzić sobie w tym brudnym jak ruska kurwa świecie. Po drugie, zanim się do mnie zgłosiliście z propozycją współpracy, miałem już wyrobioną markę. Miałem renomę. Więc proszę, żebyś mi nie mówił, że coś ci zawdzięczam. Byłoby to niezgodne z prawdą i krzywdzące dla mnie. Rozumiemy się?
W słuchawce rozległo się westchnięcie.
- Mniejsza z tym. Popełniliście błąd. Mam tylko nadzieję, że cała reszta poszła zgodnie z planem.
- Panie kapitanie Rudzki. Pawle. Ponownie ranisz pan moje uczucia. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Dziś problem praktycznie zniknie.
- Liczę, że nie będzie już więcej komplikacji - powiedział oficer ABW, kończąc rozmowę.
Dąb spojrzał na swoich współpracowników. Zastanawiał się, który z nich zostawił ślad w mieszkaniu Szymczaka. Stanął w ich obronie w rozmowie z kuzynem mężczyzny, jednak wiedział, że popełnili kolejny błąd. Musieli bardziej uważać, jeżeli nie chcą popsuć sobie opinii.
Artur zaparkował służbowego fiata punto za stojącym w zatoczce radiowozem. Wysiadł i od razu założył lateksowe rękawiczki. Widział stojące kawałek dalej volvo z podniesionym bagażnikiem. O bok auta opierał się jakiś starszy posterunkowy.
- Coś ciekawego? - spytał Pasewicz, podchodząc bliżej.
- Denat w bagażniku. Dziura w głowie. Ktoś strzelił mu z bliska w twarz.
- Skąd wiesz? - spytał Grodzki, stając obok Artura.
- Technik mówił - odparł mundurowy.
- Zabezpieczcie teren, żeby nikt się nie kręcił. To raz, a dwa, kto cię, kurwa, uczył roboty? Na szkółce mówili, żeby opierać się o bok auta, w którym leży trup? Zacierasz, łosiu, ślady - powiedział Grodzki.
Artur zajrzał do bagażnika. Nachylił się nad ciałem i przez chwilę mu się przyglądał. Rzeczywiście, ktoś strzelił mężczyźnie prosto w twarz.
- Nie krzycz na nadposterunkowego. Chłopa postawili, to stoi - powiedział, prostując się.
- Mogli postawić potykacz ze stacji benzynowej. Pożytek byłby większy - mruknął Grodzki.
- Trzeba złożyć taki wniosek na naradzie u naczelnika. - Artur odsunął się kilka kroków w bok. - Chcesz popatrzeć?
- Dzięki, ale nie.
Artur spojrzał na techników zbierających ślady z wnętrza pojazdu.
- Krzychu, denat zrobiony? - spytał jednego z nich.
- Tak. W środku też już kończymy.
- Gienek był?
- Będzie. Mówił, że musi tylko skończyć krojenie jakiegoś łebka, co zszedł w nocy na jakiejś bibce.
Pasewicz rozejrzał się dookoła. Na ziemi przy bagażniku dostrzegł ślady butów w dużym rozmiarze. Niestety nie były zbyt wyraźne.
- Te ślady trepów już macie zrobione? - zwrócił się do technika.
- Tak, ale są słabo widoczne. Odlewy jednak porobiliśmy. Może coś z tego będzie.
Artur skinął głową i spojrzał na Grodzkiego.
- Wojtek, co myślisz?
- Jeszcze nic. A ty masz już jakieś wnioski?
- Jeden. Sprawca musiał albo odejść pieszo, albo odjechać innym samochodem. Trzeba się rozejrzeć.
Ruszył po polanie w poszukiwaniu śladów. Na wilgotnej ziemi znalazł sporo odcisków butów. Jeden wydał mu się najbardziej pasujący do tych przy volvo, jednak wyraźniejszy. Obcas zostawił głęboki ślad w podłożu.
Pasewicz machnął ręką do technika, żeby go przywołać, gdy zaczęła dzwonić jego komórka. Wyjął ją z kieszeni i spojrzał na wyświetlacz. Dzwonił Walczak.
- Słucham.
- Słuchaj pan - zaczął właściciel mieszkania.
- Przecież powiedziałem, że słucham.
- No więc jutro masz pan być w domu, bo ja będę.
- Jutro jestem w pracy.
- Ale ja będę, bo ma być ten od ubezpieczyciela.
- Panie Walczak, już panu mówiłem. On ma się umawiać ze mną, nie z panem.
- Ale to trzeba załatwić. A żona będzie?
- Też w pracy.
- To niech weźmie wolne i będzie.
- Panie Walczak, ja jestem najemcą i ze mną pan ma umowę. Ja muszę być obecny, a nie żona, a właściwie narzeczona.
- Panie, słuchaj pan. To trzeba załatwić. Ma pan być.
Metr dalej stanął Grodzki. Zamknął swój notatnik, a Pasewicz dał mu znak, że zaraz kończy rozmawiać.
- Po pierwsze, powinien pan zapytać, czy mógłbym być, a nie mówić mi, że mam być. Ja nic nie muszę. Po drugie, nie zerwę się z pracy, bo jakiś rzeczoznawca chce coś oglądać. On ma swoją pracę i grafik, a ja mam swoją. Obaj musimy ustalić dogodny dla nas termin. Sami, bez pośredników. Rozumie pan?
- Ale jemu pasuje jutro.
Artur przewrócił oczami. Grodzki zasłonił usta, żeby nie parsknąć śmiechem.
- Panie Walczak, mi jutro nie pasuje - powtórzył Pasewicz.
- Słuchaj pan, to ja jutro z nim przyjadę i wejdziemy do mieszkania. On zobaczy co i jak i pójdziemy. Pan nie musisz przyjeżdżać.
- Czy pan słucha tego, co się mówi? Jak pan wejdzie do mieszkania pod moją nieobecność?
- No otworzę kluczem i wejdem. To moje mieszkanie i mam klucze.
- Po pierwsze, zmieniłem zamki w drzwiach, więc pan nie wejdzie. Po drugie, nie ma pan takiego prawa. Wynajmując mieszkanie, zrzekł się pan do niego części praw.
- To moje mieszkanie i mogę wejść! Jak nikt mnie nie wpuści, to przyjadę z dzielnicowym i inaczej będzie pan gadać! - uniósł się staruszek.
- To niech pan przyjedzie z dzielnicowym. Mnie jutro nie ma i koniec. Żegnam.
Artur rozłączył się i schował komórkę do kieszeni.
- Walczak? - spytał Grodzki z rozbawieniem.
- A daj spokój. Dziadek już mnie wkurwia. Teraz wymyślił, że naśle na mnie dzielnicowego. Gada, że nie chcę go do jego chałupy wpuścić.
- To może naślijmy na dziadka kogoś. Ja chętnie pojadę i mu powiem, że ktoś doniósł, że zabił kilka osób. Nastraszę go trochę - zaproponował Grodzki.
- Daj spokój. Chcesz, żeby na zawał zszedł? Mało masz problemów? Olej. Przyjdzie dzielnicowy, to z nim pogadam i tyle. Bez spiny. - Pasewicz machnął ręką. - Dobra, co tu mamy?
Grodzki otworzył notatnik.
- Sprawdziłem blachy volvo. Z Cepiku wynika, że należy do Wiktora Szymczaka. Facet pracuje w urzędzie wojewódzkim. Teraz powinien być w pracy. Mamy więc pierwszego podejrzanego.
- Nie za szybkie wnioski?
- Auto nie widnieje w bazie pojazdów utraconych. Nie zostało zgłoszone jako kradzione. Już to świadczy przeciwko Szymczakowi.
- A może ktoś zajebał mu volvo, jak był w robocie? Mógł jeszcze nie zauważyć. Poza tym zgłaszający wczoraj widział, jak pakują trupa, ale nie sądzę, żeby to miało miejsce tutaj. Za dużo ludzi.
- Auto stoi tu od wczoraj - wtrącił jeden ze stojących w pobliżu mundurowych. - Na markecie jest monitoring. Samochód został nagrany, jak wjeżdża na tę drogę. Nie wyjeżdżał z niej. Pojawił się koło dwudziestej drugiej.
- A czy na nagraniu widać, jak jakieś inne auto stąd wyjeżdżało? - spytał Pasewicz.
- Pomiędzy przyjazdem volvo a nami było jakieś pięćdziesiąt samochodów. Tą drogą ludzie jeżdżą na skróty pomiędzy Jedności a Trzebnicką - wyjaśnił policjant.
- No to chyba musimy sobie porozmawiać z panem Szymczakiem. Chodź, Wojtek, przejedziemy się.
Ruszył wraz z Grodzkim w stronę służbowego fiata.
Grot przyjechał do domu Zawadzkiej. Od gosposi dowiedział się, że ta pojechała do miasta i powinna wrócić w ciągu godziny. Zdecydował się zaczekać.
Usiadł w kuchni i przez chwilę obserwował krzątaninę pani Stasi. Kobieta zaproponowała mu kanapki. Trochę się krygował, ale gdy postawiła przed nim talerz, zaczął jeść ze smakiem.
- Od dawna pani tu pracuje? - zagadał, przełknąwszy kolejny kęs.
- Od dziesięciu lat pracuję dla rodziny. Wcześniej zatrudniali mnie rodzice pani Joanny. Po tym, jak zginęli w wypadku, chciałam odejść, ale pani Joanna wzięła mnie do siebie. Nawet podwyżkę dała.
- Wydaje się, że to dobry pracodawca.
- Bardzo dobry. Pani jest uprzejma, z klasą. Nigdy nie było sytuacji, żeby podniosła głos lub jakoś nerwowo reagowała.
Grot sięgnął po kolejną kanapkę.
- A jej brat? Często tu bywał? - spytał.
- Wie pan, Marek to inna bajka. Chłopak chciał zmienić świat. Najpierw chciał być podróżnikiem. Potem uważał, że spełni się dopiero wtedy, jak założy fundację. Teraz zamierza zrobić karierę jako dziennikarz. W sumie to taki marzyciel.
- Rozumiem. Też znam wiele osób, które uważają, że świat wymaga zmian - przyznał Grot, biorąc kolejny gryz. Kanapka smakowała wyjątkowo dobrze, kiełbasa była wysokiej jakości. Miała smak kiełbasy, a nie trocin z domieszką zmielonych ścięgien, pazurów czy innych tkanek.
- Bo wymaga. Problem w tym, że Marek go nie zmieni - odparła pani Stasia, siadając na sąsiednim krześle. - A czy często tu bywał? - Wzruszyła ramionami. - Ostatnio rzadko. W mojej ocenie zbyt rzadko. Zawsze jak przyjeżdża, wnosi do domu taki pozytywny nastrój. Jak pan pewnie zauważył, tutaj rzadko bywa szczęście. Nie żebym coś sugerowała, ale pani Joanna jakaś taka smutna w ostatnim czasie chodzi.
- Może kłóci się z mężem? - zasugerował detektyw.
- Ja nic nie zauważyłam. Problem chyba leży gdzie indziej. Nie wiem i powiem panu jedno: to nie moja sprawa.
- Pani Stasiu - dobiegło nagle z boku - czy mogłaby pani nastawić wodę na kawę dla mnie i dla pana Grota?
W progu kuchni stała Joanna Zawadzka. W dłoni trzymała kluczyki od samochodu.
Grot spojrzał w jej stronę i się uśmiechnął. Gosposia, nagle poczerwieniała na twarzy, skinęła głową. Wstała i sięgnęła po czajnik.
- Zapraszam pana do siebie do gabinetu - powiedziała Zawadzka.
Grot ruszył za nią, jak zawsze dyskretnie podziwiając jej figurę.
Gdy weszli do gabinetu, Joanna usiadła za biurkiem. Detektyw zatrzymał się w progu.
- Chciałem panią przeprosić - zaczął.
- Za co? - Podniosła na niego uprzejme spojrzenie.
- Za to, że byłem wścibski i wmieszałem się w pani życie prywatne.
- Niech pan siada. - Wskazała mu krzesło. - Musimy porozmawiać.
Zajął miejsce na wprost swojej klientki. Spodziewał się, że ta zaraz go opieprzy, Zawadzka jednak zaczęła spokojnie:
- Rozumiem, że prowadząc śledztwo, musi pan wchodzić z butami w życie prywatne. Nie mam o to żalu. Jak pewnie pan zauważył, ten dom nie jest taki jak inne. Pani Stasia ma rację, nie ma tu radości. Pewnie też pan zauważył, że nie ma mojego męża.
- Zauważyłem.
- Więc mój mąż wcześnie wychodzi i późno wraca. A jak już jest w domu, siedzi głównie z tymi swoimi samochodami. Podejrzewam, że ma kochankę, ale w sumie mało mnie to już obchodzi. Gdybym chciała, rozwiodłabym się z nim w dowolnej chwili. Uczucia już dawno między nami nie ma. Coś wygasło. Wie pan dlaczego?
- Nie, ale podejrzewam, że zaraz się dowiem. - Grot czuł, że kobieta potrzebuje się wygadać.
- Problemem jest to, że nie mogę zajść w ciążę. Dowiedziałam się po czasie i mocno mnie to zmartwiło. Mąż początkowo chciał mieć dziecko. Okazało się jednak, że nie będzie nam to dane. Podczas jednej z awantur wykrzyczał, że jestem niepełnowartościową kobietą. Ale moje pieniądze są dla niego pełnowartościowe. Pewnie chciałby się ode mnie uwolnić, ale się boi. Mamy podpisaną intercyzę. W przypadku rozwodu on otrzymuje jedno wielkie gówno. A do luksusu przywykł.
Grot nie wiedział, co powiedzieć. Uważał, że problemy Zawadzkiej są jej problemami. On miał swoje zadanie do wykonania. Nie zamierzał jej pocieszać, podsuwać ramienia, żeby mogła się w nie wypłakać.
- To pani życie i to pani decyduje o tym, jak je przeżyje - stwierdził. - Jest wiele kobiet, które są w podobnej sytuacji do pani z tą różnicą, że one nie są milionerkami.
Zawadzka spojrzała na niego spod brwi.
- Myśli pan, że te miliony przynoszą mi szczęście? W każdej chwili może ich nie być.
- Ale wie pani, że dziecko można adoptować? Dla pani to nie byłby problem.
- A pan ma dzieci?
Grot poczuł ukłucie w sercu. Nie spodziewał się tego pytania. Całkowicie go zaskoczyło. Gdyby stał, pewnie ścięłoby go z nóg.
- Miałem syna i żonę.
- Miał pan?
- Oboje nie żyją.
- Przepraszam, nie wiedziałam... Przykro mi.
- Nie musi pani przepraszać. Nie pani odpowiada za ich śmierć. Nie chcę drążyć tego tematu.
- Jest mi przykro z powodu pańskiej straty. Jeszcze raz przepraszam. - Zawadzka westchnęła ciężko. - Dobrze, zmieńmy temat. Co pana sprowadza?
- Chciałbym, żeby pozwoliła pani na przeszukanie domu.
- Tego domu? Czy coś pan odkrył?
- Wczoraj pojechałem do pracy pani brata. Zanim tam jednak dotarłem, na parkingu miałem spotkanie z kilkoma dresiarzami. Włamali się do samochodu Marka. Zabrali z bagażnika jakieś dokumenty dotyczące artykułu, który pisał. Podejrzewam, że pani brat skopiował wszystko i gdzieś ukrył. Pani dom wydaje się odpowiednim miejscem do schowania jakiejś płyty czy pendrive'a.
- Rozumiem. Jeśli pan chce, poproszę panią Stasię i w trójkę możemy przeszukać cały dom. Szybciej pójdzie.
- Czuję, że czas nam ucieka. Trzeba przeszukać każdy pokój. Musimy zweryfikować też inne tropy.
- Dobrze. Zróbmy tak: pan pojedzie weryfikować te inne tropy, a ja przejrzę tu każdy kąt. Jeżeli znajdę jakąkolwiek płytę lub pendrive'a, włożę do kartonowego pudła. Mamy sporą kolekcję płyt, więc Marek mógł coś schować między nimi.
- Jeśli coś pani znajdzie, proszę o sygnał.
Zawadzka skinęła głową. Widać było, że chce o coś spytać. Gdy Grot zaczął podnosić się z krzesła, zaproponowała:
- A może zje pan ze mną obiad? Pani Stasia wyśmienicie gotuje...
- Dziękuję, ale będę już leciał. Płaci mi pani za pracę, a nie za dotrzymywanie towarzystwa.
- Czasem dotrzymanie towarzystwa też jest ważne. Ale oczywiście rozumiem. Niech pan na siebie uważa.
- Do zobaczenia - powiedział Grot, kierując się w stronę wyjścia.
W drodze do urzędu wojewódzkiego milczeli, zatopieni każdy w swoich myślach.
Pasewicz rozmyślał o swoich problemach z Walczakiem, a Grodzki zastanawiał się nad słowami byłej żony. Wczoraj zapowiedziała mu, że zamierza jechać do Anglii. Ostatnio coś przebąkiwała, że jej nowy facet znalazł tam pracę i ona z Zosią chce do niego pojechać. Owszem, uważał, że może układać swoje życie, ale nie kosztem jego kontaktów z córką. Będzie musiał poważnie z nią porozmawiać.
Artur zaparkował przed urzędem i obaj skierowali się do środka. Pokazali ochroniarzowi blachę, a ten polecił, by chwilę poczekali. Pasewicz już zamierzał powiedzieć mu coś na temat czekania, ale wtedy pojawił się szef ochrony.
- W czym mogę panom pomóc? - spytał.
W sztywno wyprostowanym mężczyźnie Artur od razu rozpoznał byłego wojskowego.
- Szukamy Wiktora Szymczaka - powiedział. - Pracuje tutaj, ale nie wiemy na jakim stanowisku.
- Chodzi o wczorajsze?
Pasewicz uniósł brwi. Zastanawiał się, czy szef ochrony ma jakąś wiedzę na temat zabójstwa.
- Co pan ma na myśli?
- No te jego podskoki, wariacje i krzyki... Mamy to nagrane. Jak pan chce, mogę puścić.
- Niech pan puści - powiedział Grodzki, równie zdumiony jak jego partner.
Szef ochrony zaprowadził ich do swojego biura. Chwilę majstrował przy rejestratorze, po czym puścił film. Obaj policjanci uważnie patrzyli na to, co działo się na ekranie.
Gdy nagranie się skończyło, Artur spytał:
- Czy jego przełożony jest w pracy?
- Nie. Pan Król wyjechał w teren. Ale z tego, co wiem, facet został zwolniony za te swoje wybryki. Znaczy się poszedł na urlop, a potem ma odejść. Wczoraj wszyscy tu byli zaskoczeni jego zachowaniem. Powiem więcej: bali się go. Pani Jadzia, ta starsza kobieta, co ją gonił z fiutem w ręku, wylądowała u lekarza. Jej córka mówiła, że musi brać leki uspokajające. A ten starszy mężczyzna, którego Szymczak uderzył, to ma pękniętą szczękę.
- Czy Wiktor Szymczak przejawiał wcześniej jakieś oznaki szaleństwa?
- Nie, to był spokojny facet. Nic nie zapowiadało, że zacznie tak świrować - stwierdził szef ochrony urzędu.
- A czy wie pan może, gdzie jest jego samochód?
- Nie. Monitoring nie obejmuje całego parkingu. Ale on dzisiaj przyszedł pieszo.
Pasewicz spojrzał na partnera.
- Niech pan zabezpieczy to nagranie z monitoringu - powiedział Grodzki. - Podeślemy kogoś, żeby je zabrał. To ważny dowód.
- Oczywiście. - Mężczyzna krótko skinął głową.
Gdy wyszli z budynku, Grodzki zwrócił się do Artura:
- I co myślisz?
- Myślę, że facet na nagraniu był naćpany. A to, co zobaczyłem, może świadczyć o tym, że byłby zdolny do zabójstwa.
- To co? Jedziemy do gościa?
- Jedziemy.
- Kominiarzy wzywamy?
- Do urzędnika? Damy radę sami.
Dębski spojrzał na mężczyznę z niesmakiem.
Miał przed sobą gliniarza, który się sprzedał. Stali teoretycznie po dwóch stronach barykady, ale ten kundel zdradził swoich kumpli i zaczął kapować bandziorom. Dąb rozumiał, że każdy potrzebuje pieniędzy. Gliniarze nie są pod tym względem żadnym wyjątkiem. Ale skundlony glina budził jego odradzę. Gardził takimi ludźmi. Do policjantów czuł szacunek. Uważał, że powinno się go okazywać przeciwnikowi. To przecież nie ich wina, że chcą go złapać. Tak jak nie było jego winą to, że im ucieka. Wchodząc na ścieżkę kariery przestępczej, podjął wyzwanie i zaakceptował zasady. Z gliniarzami można wypić wódkę i zajarać jointa, ale to wszystko można robić w czasie wolnym od pracy. Gliniarze często bratają się ze zbójami. Zawsze jednak wiedzą, gdzie jest granica bratania. W życiu bywa różnie. Czasem kumple ze szkolnej ławki stają się przeciwnikami w rozgrywce pomiędzy przedstawicielami prawa i zwykłymi przestępcami.
Dębski wiedział jednak, że wielu gliniarzy ma inne zdanie na ten temat. Oficjalnie twierdzili, że policjantem jest się całą dobę, ale rzeczywistość często okazywała się inna. On wyznawał swoje zasady. Dla kapusiów i sprzedajnych psów nie miał szacunku.
Teraz patrzył na policjanta i zastanawiał się, czy go nie odstrzelić. Wiedział jednak, że byłby to błąd, który może go drogo kosztować.
- I co? Sprawdziłeś mi to nazwisko? - spytał, po czym sięgnął po stojącą na stole butelkę z colą i zaczął przelewać płyn do szklanki.
- Chłopie, mam ekstra info, za które powinno być ekstra zapłacone - odparł policjant.
- Mało dostałeś?
- Źle nie było, w normalnych okolicznościach bym nie narzekał. Ale to naprawdę jest warte więcej. Więcej niż te dwa tysiące.
- Ile? - spytał Dębski.
- No przynajmniej klocek więcej...
Dąb patrzył na policjanta i zastanawiał się, czy jednak go nie załatwić. Czuł, że wzbierają w nim złe emocje. Emocje, które mogłyby doprowadzić go do agresji, która zakończyłaby się śmiercią gliniarza. Nie chodziło o pieniądze, ale o fakt, że sprzedajny glina samowolnie podniósł wcześniej ustaloną cenę. Wyjął jednak portfel i się uśmiechnął. Szybko przeliczył odpowiednią kwotę i wręczył ją rozmówcy.
- Masz. I oby to było tego klocka warte. Nie chciałbym się rozczarować naszą współpracą.
- Nie zawiedziesz się. Facet, którego dałeś do sprawdzenia...
- Grot - podpowiedział Dąb.
- To były glina. Chłopie, to prawdziwy as!
- As? A czym się tak wyróżniał? Że w łapę nie brał? - zgryźliwie spytał Dąb.
- Jeden z lepszych gliniarzy w komendzie. Jak dawałeś mi jego dane do sprawdzenia, czułem, że to on. Ale mówię sobie: może zbieżność nazwisk. Pesel wszystko wyjaśnił. Jak masz z nim jakiś zatarg, to radzę ci uważać.
- Taki groźny?
- Nieustępliwy. Gdy złapie trop, zapierdala jak chart. Nic się dla niego nie liczy oprócz celu. Może być głodny, zmęczony, brudny, ale będzie zapierdalał dalej.
- Znasz go?
- Osobiście nie. Odszedł na emeryturę jakiś czas temu.
- Emeryt nie może być aż taki groźny. - Dębski sięgnął po szklankę z colą i wziął duży łyk.
- Nie lekceważyłbym go - ostrzegł gliniarz. - Trzy lata temu jeden z ludzi Maruchy rozjechał mu żonkę i bachora na pasach.
- Coś mi się obiło o uszy.
- I właśnie dlatego Grot jest niebezpieczny.
- Bo?
- Bo nie ma nic do stracenia.
Dębski patrzył na siedzącego na wprost policjanta. Informacje, które mu dostarczył, rzeczywiście były warte swojej ceny. Wiedział już, z kim przyszło mu się zmierzyć.
- Dobra, myślę, że zasłużyłeś na tego dodatkowego tysiaka.
Gliniarz uśmiechnął się i wyciągnął dłoń na pożegnanie, jednak Dąb zignorował gest.
- Co wiesz o sprawie, panie Grot...? - mruknął pod nosem, gdy facet opuścił lokal. - Na parkingu bez wahania podszedłeś do auta Kruszewskiego. Co cię łączy z dziennikarzem? - Wziął kolejny łyk coli. - Będę miał do ciebie kilka pytań. Odpowiesz mi na nie, a potem cię zabiję.
Szczot nadal był wściekły na Starczewskiego. Wczorajsza rozmowa z byłym premierem rządu nie należała do najprzyjemniejszych. Starczewski co chwila krzyczał i wyzywał Szczota od idiotów.
Poniekąd miał rację, ale nie mógł tego przyznać byłemu szefowi rządu. Tylko idiota mógłby zrobić coś tak głupiego i uderzającego w partię jak to, co zrobił Szczot. Nie pomyślał i w trakcie debaty w publicznej telewizji chlapnął, że w czasie rządów Odbudowy Patriotycznej korupcja wśród urzędników wzrosła. Miał co prawda na myśli fakt, że wzrosła wykrywalność takich zachowań, ale wyszło jak wyszło.
Teraz musiał wysłuchiwać reprymendy ze strony przewodniczącego partii, a zarazem byłego prezesa rady ministrów. Był jednym z najważniejszych polityków w kraju, a stał jak uczniak przed nauczycielem.
Ostatnio ich relacje uległy ochłodzeniu. Kiedyś lubili się spotkać w ustronnym miejscu, zapalić markowe cygaro, wypić dobrą whisky i ustalić, kto jakie zajmie stanowisko. Te czasy w ocenie Szczota minęły jednak bezpowrotnie. Przyczyną tego stanu rzeczy mógł być też fakt, że jakiś czas temu w zaufaniu wyjawił byłemu ministrowi sprawiedliwości, że zamierza kandydować na stanowisko przewodniczącego Odbudowy Patriotycznej. Mógł się spodziewać, że ta informacja dotrze do Starczewskiego. Nie spodziewał się tylko, że od tego czasu będzie pomijany i zepchnięty na boczy tor.
Afera z nagraniem, na którym słychać, jak załatwia posadę członkowi rodziny, także zrobiła swoje. Dla dobra partii Szczot został odsunięty. Jednak nawet to nie upoważniało Starczewskiego, żeby go tak traktować. Szczot nie mógł tego przeboleć.
Teraz chodził po swoim biurze poselskim i co chwila przeklinał.
- Jak ten buc, który dzięki moim głosom i układom został premierem, może mnie tak traktować? Mnie wyzywać od skończonych idiotów? Mnie?! - pytał sam siebie.
Zdawał sobie sprawę, że nie postąpił zbyt rozsądnie i się przejęzyczył, ale przecież nie upoważniało to Starczewskiego do takiego traktowania.
- Jeszcze, chuju, będziesz mnie prosił o wsparcie. Oj, będziesz!
Ostatnio doszły do niego informacje o spotkaniu kilku osób niezadowolonych z przywództwa Starczewskiego. Planowano nawet rozłam. Szczot się zastanawiał, czy nie przystąpić do puczystów i nie wejść w układ z Ryszardem Koprem z partii Tradycja. Zarówno Koper, jak i jego ugrupowanie byli nowi na scenie politycznej, ale już mieli duże poparcie społeczne. Program także mieli zbliżony do programu jego partii. Złośliwi dziennikarze twierdzili nawet, że Tradycja jest córką, a Odbudowa Patriotyczna matką.
Szczot chętnie wszedłby w układ z Koprem, ale uważał, że facet jest jakiś taki sztuczny. Niby wykształcony za granicą, niby elokwentny, ale w oczach miał coś takiego, co sugerowało, że ciągle kłamie i że ktoś steruje nim z drugiego fotela. Ciekawy był tylko kto. Podejrzewał, że mógł to być Mirosław Kwiczyński z partii Jedność i Pewność. Zwłaszcza że swego czasu prezes JiP łowił posłów z mniejszych ugrupowań, oferując im intratne posady w spółkach skarbu państwa.
Szczot ostatnio stwierdził, że polityka zaczęła być coraz bardziej brudna. Zastanawiał się, czy nie odejść do prywatnego biznesu. Jednak wciąż coś go ciągnęło do tego świata. Wiedział, że jak się raz posmakuje władzy, ciężko z niej zrezygnować. Był stworzony do wielkiej polityki i zamierzał osiągnąć szczyty.
I jakby jeszcze mało było problemów, pojawił się ten dziennikarzyna. Niby wszystko było już załatwione, ale Szczot wiedział, że jeśli jedna osoba dotarła do tych danych, ktoś inny może się pokusić o ich odszukanie. Wszystko mogłoby wyglądać inaczej, gdyby nie pracował dla nich kapitan Rudzki z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. To jego kuzyn wykrył nieprawidłowości i na swoje nieszczęście skonsultował swoje odkrycie z człowiekiem, do którego miał zaufanie. Sporo osób mogłoby dostać poważne zarzuty. On także. Na szczęście szybkie działania spowodowały, że zagrożenie zmalało. Nie zniknęło co prawda całkowicie, ale w wyraźny sposób zmalało.
Szczot krążył po gabinecie i zastanawiał się, co powinni zrobić, żeby na przyszłość uniknąć podobnej sytuacji. Przede wszystkim muszą się spotkać w gronie najbardziej zaufanych członków układu i dokładnie obgadać sprawy.
No i był jeszcze ten Andrzej Wielgus z AW TECH-u. Facet był już bankrutem i ciągle gadał, że to zmowa urzędu skarbowego i prokuratury doprowadziła jego firmę do plajty. Kilka razu pojawił się u Szczota i mówił, że gdy zaczęła się sprawa z jego podatkami, to przychodzili jacyś ludzie - których on nazywał mafią - i proponowali mu odkup jego firmy. Był to łakomy kąsek nie tylko dla mafii. AW-TECH było na najlepszej drodze, by trafić na giełdę. Rynek nowoczesnych technologii stał się perspektywiczny i intratny, a firma Wielgusa stawała się na nim kluczowym graczem. Taki swojski Microsoft i Apple w jednym.
Facet liczył na pomoc w ustaleniu prawdy. Regularnie przychodził i prosił, żeby przyjrzeć się sprawie. Szczot za każdym razem się uśmiechał i obiecywał, że się przyjrzy. Jak dotąd jednak tego nie zrobił. Nie musiał, skoro znał prawdę. Był obecny, gdy planowano przejąć AW-TECH. Współdecydował o kolejnych działaniach, które miała podjąć skarbówka i prokuratura. Żałował, że Wielgus nie zdecydował się wtedy sprzedać swojej firmy. Teraz jej wartość była bliska zeru. Miał jednak nadzieję, że z pomocą rządową, którą on mógł załatwić, uda się postawić przedsiębiorstwo na nogi. Uważał, że jest szansa na powrót do stanu sprzed kontroli.
Szczot podjął decyzję, że gdy Wielgus ponownie się u niego pojawi, doradzi mu sprzedaż firmy. Pozbędzie się w ten sposób problemów.
- Nie wejdź w błoto - ostrzegł Artur.
- Co? Aaa... Nie zauważyłem - powiedział Grodzki.
Stanęli przed wejściem do budynku. Domofon wyglądał na zepsuty. Gdy Pasewicz wcisnął guzik, ten wypadł z obudowy.
- Kurwa... - zaklął.
- Uroki mieszkania w takiej dzielnicy.
Artur pchnął drzwi. Ku ich zaskoczeniu ustąpiły. Ich oczom ukazało się wnętrze starej kamienicy.
- Gotów na wejście do Krainy Czarów?
- Raczej do Narni - mruknął Grodzki.
- Albo Mordoru...
Weszli do budynku. Ściany były odrapane i niemalowane co najmniej od czasów Gierka. Lamperia była cała popisana. W powietrzu dało się wyczuć zapach moczu.
Wchodząc po schodach, Artur zastanawiał się, czy Szymczak będzie sprawiał problemy. Jego samochód znaleziony ze zwłokami w bagażniku jednoznacznie świadczył, że facet może być niebezpieczny. Zachowanie, które widzieli na nagraniu w urzędzie, także to potwierdzało. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że postąpili głupio. Powinni wezwać wsparcie pododdziału specjalnego i czekać, aż kominiarze wyjmą gościa z mieszkania. Jadąc tutaj, uważał, że czeka ich łatwe zadanie. Był pewny, że nic im nie grozi ze strony Szymczaka. Teraz nabrał wątpliwości.
- Może jednak wezwiemy wsparcie? - spytał Grodzki.
- Do urzędasa? Nie przesadzaj. - Artur grał twardziela, chociaż wcale nie czuł się pewnie.
- Ambicja kiedyś cię zabije.
- Ambicja?
- No tak. Nie chcesz się dzielić sukcesem z innymi, więc sam zamierzasz wejść typowi na kwadrat. Moim zdaniem powinni go wyjąć czarni.
- Bez przesady. Za kwadrans sam stwierdzisz, że do Szymczaka to nawet samemu można było pójść. Myślisz, że jakiś chłopek w garniaku będzie się stawiał dwóm psom?
- Widziałeś, co robił w urzędzie.
- No i co? Z chujem w łapie będzie mnie gonił? - parsknął Artur.
Weszli na piętro, gdzie znajdowało się mieszkanie Szymczaka. Artur podszedł do drzwi i przez chwilę słuchał, czy z mieszkania dochodzą jakieś odgłosy. W końcu zapukał.
Po kilkunastu sekundach ktoś spojrzał przez wizjer.
- Kto tam? - usłyszeli.
- Policja. Proszę otworzyć - powiedział Artur.
Rozległ się dźwięk przekręcanego zamka i w progu stanął Wiktor Szymczak. Już na pierwszy rzut oka było widać, że jest wystraszony. Artur przez kilka sekund mu się przyglądał. Młody szczupły chłopak. Na nosie okulary za kilkaset złotych. Granatowe spodnie od garnituru i biała koszula. Wyglądał na typowego urzędnika.
Szymczak przesunął się w bok.
- Proszę, niech panowie wejdą - powiedział.
Pasewicz łypnął na Grodzkiego z uśmiechem. Spodziewali się innej reakcji ze strony Szymczaka. Po tym, co widzieli na nagraniu, byli pewni, że będzie robił problemy. Wszystko jednak wyglądało inaczej. Nie było żadnej walki, żadnego ataku z jego strony. Facet był grzeczny i miły.
Weszli do środka.
- Panowie przychodzą w związku z wczorajszym? - spytał Szymczak, wskazując im miejsce, gdzie mogli usiąść i porozmawiać.
Artur spojrzał na Szymczaka. Nie wiedział, czy mężczyzna mówi o wyskokach w pracy, czy o zwłokach w samochodzie.
- Wiecie panowie, ja nie chciałem... Nie wiem, co się ze mną działo. Nic nie pamiętam - powiedział Szymczak. Głos mu się łamał, prawie płakał.
- Spokojnie. Niech pan opowie wszystko od początku - powiedział Artur.
- Ale co tu opowiadać? Ktoś mnie naćpał, a potem ruszyła lawina. Ja naprawdę taki nie jestem...
- Gdzie pan był wczoraj wieczorem?
- Nie wiem. Nic nie pamiętam. Nic a nic.
- Czy zgadza się pan, żebyśmy się tutaj trochę rozejrzeli? - spytał Grodzki. - Możemy załatwić nakaz prokuratora, ale to potrwa i trochę nas wkurzy.
Mężczyzna spojrzał na policjanta ze zdziwieniem.
- Rozejrzeć się? Chcecie panowie przeszukać mieszkanie? Po co? Przecież wszystko już wiecie.
- Akurat nie wszystko wiemy, a pan nie potrafi sobie przypomnieć - powiedział Artur.
- Ale po co przeszukiwać mieszkanie, skoro ja tylko trochę powariowałem w pracy? Rozumiem, że ktoś może mieć mi za złe, że tak się zachowałem, ale to chyba nie powód, żeby robić mi w mieszkaniu przeszukanie! - zbulwersował się urzędnik.
Artur czuł, że facet coś chce ukryć.
- Czy panowie mogą pokazać mi swoje legitymacje? - spytał Szymczak.
Pasewicz uśmiechnął się do niego i wyjął legitymację służbową. Urzędnik chwilę się jej przyglądał, po czym podniósł wzrok na policjanta.
- Panie Szymczak, gdzie jest pański samochód? - spytał Artur.
- Samochód? No właśnie tutaj jest problem. Nie pamiętam. Chciałem zgłosić kradzież, ale jeszcze tego nie zrobiłem.
- Ukradziono go panu? Kiedy? - spytał Grodzki.
- Nie wiem dokładnie. Wczoraj pojechałem nim do pracy. A co było potem, nie mam pojęcia. Mam dziurę w pamięci. Chyba nie myślą panowie, że gdzieś go schowałem w mieszkaniu? Po to przeszukanie? Bez przesady. To chyba jakieś żarty!
- Panie Szymczak, pożartować to mogę sobie z kimś innym - powiedział Grodzki. - Ja pytam poważnie, bo sprawa jest poważna.
- Ktoś moim samochodem popełnił jakieś wykroczenie? Spowodował wypadek i uciekł? Ja nie mam z tym nic wspólnego.
- Czy wyraża pan zgodę na to, żeby mój partner rozejrzał się po mieszkaniu? - ponownie spytał Artur.
- Nie. Nie zgadzam się - zaprotestował urzędnik.
- Dobrze, więc załatwimy oficjalny nakaz przeszukania mieszkania wystawiony przez prokuratora. Panie Szymczak, jest pan zatrzymany pod zarzutem dokonania zabójstwa.
- Zabójstwa? Co pan pieprzy? - Szymczak zbladł. - Jakiego, kurwa, zabójstwa?
- Dziś odnaleźliśmy pański samochód. W bagażniku były zwłoki - powiedział Pasewicz, wyjmując z kieszeni kajdanki.
- O Boże...
Sekundę później Szymczak zemdlał.
Blok przy ulicy Dokerskiej nie wyróżniał się niczym szczególnym. Był podobny do pozostałych na tym osiedlu. Zwykłe blokowisko, jakich pełno w tym mieście.
Grot wysiadł z samochodu i podszedł do bramy. W tym budynku na ósmym piętrze mieszkał Marek Kruszewski. Przed wejściem kilku wyrostków paliło papierosy. Wyglądali na typowych dresiarzy. Trzech małolatów i jakaś dziewczyna. Na oko nie miała więcej niż szesnaście lat. W ocenie Grota nie powinna się zadawać z takim towarzystwem. Gdy jeszcze był gliną, wiele razy widział takie grupki. Wiecznie zapracowani rodzice nie mieli czasu, żeby zająć się dziećmi. Potem wielu z nich było zdziwionych, że wychowaniem zajęli się rówieśnicy i ulica. A najbardziej byli zaskoczeni, gdy latorośl trafiła na dołek z zarzutami. Wtedy zaczynało się szukanie winnych. Część takich małolatów dostawała się w ręce policji. Jedni byli podejrzani o kradzieże, inni o handel narkotykami, a jeszcze inni o nielegalny ubój.
Popatrzył na stojących przed wejściem nieletnich. Dziewczynie nie wróżył więcej niż zostanie prostytutką lub zwykłą cichodajką. W ostateczności mogła za parę dżinsów dawać dupy w galeriach handlowych.
Dresiarze stali przed wejściem i pili piwo. Co jakiś czas któryś splunął na ziemię albo głośno się zaśmiał. Nagle jeden z nich spojrzał na Grota hardo i spytał:
- Masz jakiś problem, frajerze?
Detektyw uśmiechnął się do niego szeroko.
- Powiem ci, kolego, że poczułem się wyjątkowo mile zaskoczony faktem, że jest ktoś zainteresowany moimi problemami. Umiesz rozwiązywać problemy?
Dresiarz zrobił zaskoczoną minę.
- Chyba rzeczywiście, dziadek, masz problem.
- Każdy ma jakiś problem, synku. Najważniejsze to umieć zgłosić się po pomoc. Rozumiem, że jesteś jakimś terapeutą?
Dresiarz spojrzał na kolegów zupełnie zdezorientowany.
- Patrzcie, zgred się stawia. Chyba dawno, dziadku, wpierdol nie dostałeś.
- Synku, jak ty srałeś w pampersa, to ja już obijałem takie głupie ryje jak twój - wypalił Grot. - Idź do domu, obejrzyj sobie jakąś bajkę i daj spokój porządnym ludziom.
Dresiarz przez chwilę stał w miejscu. Widać było, że jest zdumiony słowami Grota. W końcu ruszył w jego stronę z wyciągniętymi rękami. Zamachnął się, ale nie trafił. Grot wiedział, że musi być bezlitosny. Nie może nawalić. Od tego wiele zależało.
Wyprowadził kopnięcie w przód. Trafił dresiarza prosto w krocze. Małolat jęknął i się pochylił. Wtedy Grot poprawił kolanem prosto w twarz. Usłyszał chrzęst łamanego nosa. Był pewny, że przeciwnik już nie będzie stwarzał zagrożenia. Małolat leżał na ziemi i jęczał. Wyraźnie odeszła mu ochota do walki.
Grot odwrócił się w kierunku pozostałych. W ostatnim momencie zdążył odchylić głowę w bok. Cios, który wyprowadził jeden z młodzianów, minął go dosłownie o milimetry. Chłopak stracił równowagę i poleciał na ścianę przy wejściu do bramy.
Korzystając z okazji, Grot chwycił go za włosy i walnął jego głową o mur. Gdy ściana oddała dresiarzowi uderzenie, pchnął go w kierunku pozostałych.
- Dobra, chłopaki, na dzisiaj koniec - rzucił, głośno sapiąc.
- Nie tak szybko, dziadku. Myślisz, że problem załatwiony? - spytał jedyny pozostały na nogach dresiarz.
W jego ręku pojawiła się pałka teleskopowa. Grot patrzył na nią i zastanawiał się, jakie ma szanse na odebranie jej małolatowi. Kalkulacja nie wypadła najlepiej. Był już zmęczony dotychczasową walką. Sapał i z trudem łapał oddech.
- Chłopcze, zanim zrobisz coś głupiego, pozwól, że ci coś wytłumaczę. Są dwa rozwiązania, jeśli użyjesz pałki. Pierwsze to takie, że walniesz mnie tym batonem i wygrasz. Zyskasz wtedy w oczach koleżanki. Drugie: ja będę szybszy i ci ją odbiorę. Zgadnij, co wtedy zrobię.
Chłopak milczał. Pałka w jego dłoni nieznacznie drgnęła.
- Jak ci ją odbiorę, wsadzę ci ją tak głęboko w dupę, że koniec wyjdzie ci ustami. Ty decydujesz. Mam jednak propozycję. Przyjmijmy, że jest remis i się rozchodzimy -powiedział Grot.
Chłopak się zawahał. Detektyw tylko na to czekał. Szybkim susem doskoczył do niego i chwycił za rękę trzymającą narzędzie.
Dresiarz nie spodziewał się takiej reakcji i nawet nie zdążył cofnąć ręki. Gdy pałka teleskopowa znalazła się w dłoni Grota, ten podniósł ją i wykonał ruch, jakby miał zamiar uderzyć chłopaka. Dresiarz się skulił, a ręka Grota zatrzymała się w połowie drogi do jego głowy.
- Dobra, myślę, że wystarczy. Proponuję remis ze wskazaniem na mnie. Teraz macie kilka możliwości. Pierwsza to zapierdalać do domu i zapomnieć o całym wydarzeniu. Druga to lecieć po kumpli, ale to może być złe rozwiązanie. Jak się dowiedzą, że wpierdol spuścił wam dziadek, będą z was drzeć łacha. Trzecie wyjście to pogadać ze mną. Ja zadam kilka pytań, a wy odpowiecie. Pasuje?
- Spierdalaj - burknął jeden z dresiarzy, ten, który dostał z kolana prosto w twarz.
- To też jest jakiś pomysł - odparł Grot. - Ale na tę chwilę nie bardzo możliwy do zrealizowania.
Spojrzał na całą grupę. Wiedział, że żaden z tych małolatów nie ma chęci na kolejną rundę. Odejść stąd z podkulonym ogonem też im się nie uśmiechało. Przeniósł wzrok na dziewczynę, która stała z boku.
- A ty, koleżanko? Pomożesz mi?
- Z psami nie gadam - odparła zuchwale dziewczyna.
- Nie jestem psem. Jestem wolnym elektronem - powiedział Grot.
Zdawał sobie sprawę, że dziewczyna pewnie nawet nie ma pojęcia, czym jest elektron. Nie przejmował się tym zbytnio. Wyjął zdjęcie Kruszewskiego i pokazał jej.
- Widziałaś go tutaj?
- A co, jak powiem? - spytała dziewczyna.
- A co, jak nie powiesz?
Dziewczyna patrzyła na niego wyraźnie zaskoczona. Nie spodziewała się takiego pytania. Grot miał wrażenie, że może być ograniczona umysłowo, ale nie chciał ferować wyroków. Popatrzył na nią uważnie i powiedział:
- Słuchaj, ten chłopak to wasz sąsiad, ale o tym pewnie już wiesz. Zaginął i ja chcę go znaleźć. Nie chodzi tu tylko o mnie. Jego rodzina mnie wynajęła, żebym go znalazł. Pomożesz mi?
- Jesteś detektywem?
- Tak.
- Za darmo nic nie powiem.
Grot wyjął z kieszeni stówę.
- Macie tu na fajki i browary. Pasi?
- No... mieszka tu, ale nie było go od kilku dni - powiedziała małolata, chowając banknot do kieszeni.
Jej koledzy pozbierali się już trochę i zerknęli na zdjęcie.
- On na ósmym mieszka - powiedział dresiarz, który jeszcze niedawno machał pałką teleskopową. - Ale wczoraj w nocy ktoś u niego był. Światło się świeciło.
- To chyba od niego wyłaził ten kark ze złamanym nosem. Minął nas wczoraj i krzywo patrzył - wtrącił kolejny. - Miał gnój szczęście, bo mógł wpierdol dostać.
- Ejże, kolego. Nie używamy słów - upomniał go Grot. - A i z tym dawaniem wpierdolu to lepiej nie wyskakuj. Ja też miałem dostać. Pamiętaj, chłopie, zacząć łatwo, ale potem można mocno oberwać. Wiesz, jakim autem przyjechał ten gość?
- Nie, stałem pod bramą, a on poszedł w stronę przystanku. Tam jest parking z boku. Pewnie na nim zaparkował.
- Dobra, dzięki. Jakby co, to nie ja - powiedział Grot i otworzył drzwi do bramy.
Wchodząc, czuł na plecach wzrok dresiarzy. Zastanawiał się, czy nie zaatakują go z tyłu lub nie poczekają na niego, jak będzie wychodził. Pałkę, którą zabrał jednemu z nich, schował do kieszeni. Miał nadzieję, że wychodząc z bramy, nie będzie musiał jej wyciągać.