Prolog
PROLOG
Listopad 2000
To tylko mała proszona kolacja... - Aha.
Greg Hewitt wstał z fotela, przytrzymując słuchawkę między ramieniem a policzkiem. Manewrując tak, by nie wypadła, zaczął sprzątać biurko i szykować się do wyjścia z pracy.
W głosie Anne pobrzmiewały prosząco-nagabujące tony, co nigdy nie
wróżyło dobrze. Greg westchnął pod nosem i pokręcił głową, podczas gdy
jego siostra jak katarynka opowiadała o wykwintnych daniach i innych
planowanych atrakcjach, w nadziei, że przekonają go do stawienia się na
kolacji. Zauważył, że słowem nie wspomniała o gościach, lecz skład
osobowy nie stanowił dla niego tajemnicy. Przeczuwał, że szykuje się
kolejny wieczór w towarzystwie młodszej siostry, jej męża Johna oraz ich
kolejnej samotnej znajomej, którą Anne będzie próbowała wyswatać.
- To jak będzie?
Greg zamilkł na chwilę i przełożył słuchawkę do dłoni.
Najwyraźniej coś mu umknęło.
- Przepraszam, o co pytasz?
- No, o której się ciebie jutro spodziewać?
- Jutro nie dam rady. Będę za granicą - dodał szybko, by uprzedzić
marudzenie siostry.
- Jak to? - spytała i zamilkła na chwilę. - Dlaczego?
Dokąd jedziesz? - dodała podejrzliwie.
- Wylatuję do Meksyku na wakacje. Właśnie dlatego do ciebie dzwoniłem.
Mam z samego rana samolot do Cancún.
Zadowolony z efektu Greg uśmiechnął się szeroko. Przełożył telefon do
drugiej dłoni, zakładając zrzuconą w ciągu dnia marynarkę.
- Na wakacje? - przemówiła wreszcie Anne. - Do Meksyku?
Greg nie wiedział, czy zdziwienie siostry bardziej go bawiło, czy
napawało smutkiem, stanowiąc smętny komentarz do jego dotychczasowego
życia. To miały być jego pierwsze wakacje, odkąd osiem lat temu otworzył
własny gabinet psychologiczny. A tak naprawdę nie miał prawdziwego
urlopu od początku studiów. Był typowym, nastawionym na sukces
pracoholikiem, gotowym poświęcić na osiągnięcie celu niezliczone
godziny. A takie podejście nie zostawia wiele miejsca na życie
towarzyskie... Ten wyjazd należał mu się już dawno.
- Słuchaj, muszę się zbierać. Wyślę ci pocztówkę z Meksyku. Pa! - Greg
odłożył słuchawkę, zanim Anne zdążyła cokolwiek powiedzieć, chwycił za
teczkę i wybiegł z biura.
Gdy zamykał drzwi, gonił go natarczywy dzwonek telefonu. Anne nigdy nie
dawała łatwo za wygraną, uśmiechnął się lekko. Zignorował ten dźwięk,
schował klucze do kieszeni i ruszył przez korytarz do windy.
Doktor Gregory Hewitt właśnie oficjalnie rozpoczął wakacje i oddalając
się z tą świadomością od biura, czuł coraz większy luz. Pogwizdując pod
nosem, wsiadł do windy i odwrócił się, by wcisnąć przycisk z symbolem
P3. Na widok zamykających się drzwi kobieta na korytarzu przyśpieszyła
kroku. Greg przestał gwizdać i odruchowo sięgnął do tablicy, szukając
wzrokiem przycisku otwierającego drzwi. Niepotrzebnie - nieznajoma
okazała się niezwykle szybka. Przemknęła przez szparę tuż przed
zatrzaśnięciem.
Greg opuścił dłoń i uprzejmie zrobił miejsce nowej pasażerce. W drzwiach
powitał ją zaciekawionym spojrzeniem, zastanawiając się, skąd właściwie
się wzięła? Szedł przecież przez pusty korytarz i nie słyszał trzasku
zamykanych lub otwieranych drzwi... Choć, z drugiej strony, mógł być
zatopiony w myślach o nadchodzących wakacjach. Na tym samym piętrze, co
jego gabinet, mieściło się jeszcze kilka biur i nieznajoma mogła wyjść z każdego z nich, Greg był jednak przekonany, że nigdy wcześniej jej nie
widział.
Twarz tajemniczej kobiety zaledwie mu mignęła; nie potrafił dokładnie
przypomnieć sobie jej rysów. Zapamiętał jedynie niezwykłe oczy o niecodziennym kolorze srebrzystego błękitu. Nietypowe i jakże piękne! Z pewnością nosi soczewki kontaktowe, pomyślał, i natychmiast stracił
zainteresowanie. Potrafił docenić kobiecą urodę i nie był przeciwnikiem
zabiegów mających wydobyć jej atuty, zniechęcało go jednak sztuczne
poprawianie wdzięków dla zwrócenia na siebie uwagi.
Porzuciwszy rozmyślania o nieznajomej, oparł się o ścianę windy i powrócił do planowania nadchodzącej podróży. Marzyły mu się rozliczne
wycieczki, nigdy bowiem nie był w kraju tak egzotycznym, jak Meksyk, i chciał zobaczyć możliwie najwięcej atrakcji. Oprócz wylegiwania się na
plaży miał nadzieję spróbować lotu na spadochronie za motorówką,
nurkowania z fajką i - kto wie? - być może karmienia delfinów z łódki.
Zaplanował wyprawę do muzeum Casa Maya, parku i skansenu w jednym, gdzie
odtworzono warunki życia dawnych gospodarzy tej ziemi - Majów. Ponoć po
parkowych ścieżkach przechadzały się zamieszkujące tam zwierzęta. Nie
zapominajmy o nocnym życiu, pomyślał. O ile wystarczy mi energii po tak
aktywnym wypoczynku, może wybiorę się do jakiejś dyskoteki w stylu coco
bongo lub do Bulldog Café powyginać się z innymi w takt ogłuszającej
muzyki?
Z zamyślenia nad półnagimi tancerkami wyrwał go wysoki dźwięk
zapowiadający otwarcie drzwi. Greg zerknął na wyświetlacz. Widniał na
nim symbol P3, czyli trzecie piętro parkingu. Tu wysiada.
Pożegnał towarzyszkę grzecznym skinieniem głowy, wyszedł i ruszył przez
ogromny, niemal pusty parking. W zakątkach jego myśli wciąż szalały
skąpo odziane tancerki, więc nie od razu usłyszał zbliżające się kroki.
Już miał się obejrzeć, lecz w pół drogi zmienił zdanie. Po parkingu
niósł się charakterystyczny stukot obcasów o beton - rytmiczne, ostre i odbijające się echem krótkie odgłosy.
Brunetka z windy najwyraźniej też zostawiła samochód na trzecim piętrze.
Greg omiótł opustoszały parking nieobecnym wzrokiem. Gdzieś tutaj
powinien znajdować się jego samochód... Nagle jego spojrzenie padło na
podpierającą sufit jedną z belek. Widniał na niej duży, wymalowany
czarną farbą na betonowym dźwigarze symbol P1. Greg zwolnił kroku i zastanowił się przez chwilę. Poziomy P1 i P2 były zarezerwowane dla
gości rozmaitych biur i firm mających siedzibę w tym budynku, a on
zawsze zostawiał swoje auto na P3. I jeszcze ten wyświetlacz w windzie...
Najwyraźniej coś mu się pomyliło. Zatrzymał się i zawrócił.
To jest właściwy poziom, dotarło do niego. Samochód stoi naprzeciwko.
- Oczywiście! - wymamrotał pod nosem i ruszył naprzód. Podszedł do
samotnie stojącego auta.
Myśl, że ten mały, sportowy wozik wcale do niego nie należy, przemknęła
mu przez głowę dopiero, gdy otwierał bagażnik. Przecież ja jeżdżę
granatowym bmw! Niepokojący impuls znikł jednak równie szybko, jak się
pojawił, zdmuchnięty niczym wątły płomień świecy.
Greg się odprężył, wrzucił teczkę do bagażnika, po czym umościł się w ciasnej przestrzeni obok i zatrzasnął za sobą klapę.
Rozdział 1
ROZDZIAŁ 1
Mmm. Uwielbiam zapach twoich włosów.
- Ojej, Bob, dziękuję. - Lissianna Argeneau rozejrzała się ostrożnie po
ciemnym parkingu i z ulgą stwierdziła, że oprócz nich nie było tam
żywego ducha. - Czy mógłbyś jednak zabrać dłoń z mojej pupy?
- Dwayne.
- Słucham? - Skonsternowana Lissianna zerknęła na przystojniaka.
- Mam na imię Dwayne - wyjaśnił, uśmiechając się szeroko.
- Och - westchnęła. - Zatem, Dwayne, czy możesz zabrać dłoń z mojej
pupy?
- Myślałem, że ci się podobam - rzekł, nie odklejając dłoni od jej
lewego pośladka. Co gorsza, zaczął ją podszczypywać w zdecydowanie zbyt
poufały sposób.
Choć w pełni na to sobie zasłużył, Lissianna powstrzymała nagłą chęć
zadania mu ogłuszającego ciosu i porzucenia w krzakach. Zamiast tego
przywołała na twarz wymuszony uśmiech.
- Owszem, ale poczekajmy może, aż dojdziemy do twojego wozu...
- Ach, tak. Mój wóz... - przerwał jej. - No więc... Lissianna zatrzymała się
w pół kroku i spojrzała na Dwayne'a badawczo. Na widok zmieszanej miny
chłopaka jej oczy zamieniły się w wąskie szparki.
- Co znowu?
- Nie mam samochodu - wyznał Dwayne.
Lissianna zamrugała, powoli przyswajając tę rewelację. W Kanadzie każdy,
kto kończy dwadzieścia pięć lat, ma samochód. No, prawie każdy. Nawet
jeśli było to stwierdzenie nieco na wyrost, większość samotnych mężczyzn
w wieku randkowym dysponowała jakimś pojazdem. Tak brzmiała niepisana
zasada.
Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Dwayne dodał szybko:
- Myślałem, że to ty masz samochód.
Lissianna nachmurzyła się, usłyszawszy pobrzmiewające w tym zdaniu
oskarżycielskie tony. W niektórych dziedzinach życia emancypantki
naprawdę wyświadczyły kobietom niedźwiedzią przysługę! Gdzie te czasy, w których Dwayne, jako mężczyzna, albo miałby samochód, albo bez
zastanowienia wziąłby na siebie ciężar znalezienia im ustronnego
miejsca. Tymczasem to on wyglądał na niezadowolonego. Zupełnie jakby to
Lissianna go zawiodła!
- Owszem, mam samochód - powiedziała obronnym tonem. - Ale dziś
wieczorem ktoś mnie tutaj podwiózł.
- Ta laska z różowymi włosami?
- Nie, to moja przyjaciółka, Mirabeau. Przywiózł nas tu mój kuzyn,
Thomas - odparła Lissianna, błądząc myślami gdzie indziej. Analizowała
sytuację.
Dwayne nie miał wozu, jeep Thomasa zaś stał zamknięty na parkingu.
Mogłaby pobiec do baru, odnaleźć kuzyna i poprosić go o kluczyki. Z drugiej strony jednak nie chciała wykorzystywać jego samochodu do...
- Nic nie szkodzi. Nie mam nic przeciwko zabawom na świeżym powietrzu.
Dwayne przyciągnął Lissiannę za biodra, kładąc kres jej rozmyślaniom.
Wzdrygnęła się i odsunęła odruchowo, unikając bliższego kontaktu z jego
torsem. Mimo to udało mu się wymusić kontakt na wysokości lędźwi i od
razu stało się jasne, że i on nie miał nic przeciwko zabawom na świeżym
powietrzu. Co więcej, napotkana twardość zdradziła Lissiannie, że ta
perspektywa zdecydowanie go podniecała. Cóż, najwyraźniej kręci go byle
co, stwierdziła w duchu. Jej samej świeże powietrze nie wydawało się
pociągające, a już z pewnością nie w środku kanadyjskiej zimy.
- No, chodź. - Dwayne puścił jej biodra, chwycił ją za dłoń i pociągnął
za sobą na koniec parkingu.
Jego intencje pojęła w pełni, dopiero gdy zaprowadził ją za duże,
metalowe kontenery na śmieci w najciemniejszym rogu.
Zmełła w ustach złośliwy komentarz na temat jego romantycznej duszy i podziękowała losowi, że jest dopiero wczesna zima. Jeszcze nie spadł
pierwszy śnieg, chłód zaś skutecznie zapobiegał rozprzestrzenianiu się
fetoru gnijących resztek.
- Tu będzie dobrze. - Dwayne przyparł ją do lodowatej powierzchni
pojemnika.
Lissianna westchnęła w duchu i szczerze pożałowała, że płaszcz
pozostawiła w samochodzie. Choć znosiła chłód lepiej niż przeciętni
ludzie, nie była nań uodporniona całkowicie. Zimny metal pod plecami
wysysał z niej ciepło, zmuszając ciało do dodatkowej pracy przy
utrzymywaniu temperatury. Lissianna była głodna i odwodniona i dodatkowy
wysiłek był ostatnią rzeczą, której jej organizm potrzebował w tej
chwili.
Z zamyślenia wyrwał ją niespodziewany i niezdarny pocałunek. Uznała, że
najwyższa pora przejąć kontrolę nad sytuacją. Zignorowała nieśmiało
ocierający się o jej zaciśnięte wargi język, zacisnęła palce na połach
kurtki Dwayne'a i wykonała obrót, przypierając go do kosza nieco
mocniej, niż zamierzała.
- Ho, ho! - zachichotał, a w jego oczach pojawił się błysk. - Dzikuska!
- Podoba ci się? - spytała sucho. - Zatem to spodoba ci się jeszcze
bardziej!
Rozpięła jego kurtkę i przesunęła palcami wzdłuż karku. Przeczesała
dłonią jego włosy i chwyciła za krótkie kosmyki. Odchyliła mu głowę do
tyłu i zbliżyła usta do szyi.
Gdy delikatnie przesuwała wargi wzdłuż żyły szyjnej, Dwayne pomrukiwał z rozkoszy. Znalazłszy najdogodniejsze miejsce, Lissianna otworzyła usta,
nabrała powietrza przez nos, wysunęła okazałe kły, a następnie zatopiła
je w szyi ofiary.
Dwayne stęknął cicho. Nagle cały spięty, na ułamek sekundy ścisnął ją z całej siły, chwilę później jednak jego mięśnie rozluźniły się, a ciało
opadło na zimny kontener. Lissianna przekazywała mu własne doznania -
satysfakcję z przepływu krwi wprost do jej ciała, które, pobudzone i oszołomione, chciwie przyjmowało zdobycz.
Jedyne zjawisko, do którego potrafiłaby przyrównać to uczucie, to
niebezpieczny przechył statku wywołany przejściem wszystkich pasażerów
na jedną burtę. Ciało Lissianny reagowało podobnie - wygłodniała fala
ruszyła ze wszystkich jej kończyn wprost do głowy, by wchłonąć
życiodajny płyn, wpompowywany przez kły do jej organizmu. W niczym nie
przypominało to nieprzyjemnych zawrotów głowy. Lissianna wyobrażała
sobie, że podobne doznania towarzyszą przyjęciu dawki narkotyku. Z tym
że w jej przypadku nie był to żaden psychotrop, a substancja niezbędna
do życia.
Dwayne wydał z siebie cichy jęk rozkoszy. Odgłos był jak echo jej
niemego westchnienia w reakcji na powoli obejmujące ciało rozluźnienie.
Za wolno!, zdała sobie sprawę. Coś jest nie tak!
Nie wyjmując kłów z szyi ofiary, zaczęła czytać w myślach chłopaka.
Szybko zidentyfikowała źródło problemu. Dwayne wcale nie był takim
zdrowym i krzepkim okazem, na jaki wyglądał. Jego myśli zdradziły, że
twardość wpierająca się w jej podbrzusze to schowany wcześniej w spodniach ogórek, szerokie ramiona - zasługa wszytych do kurtki
poduszek, apetyczna zaś, sportowa opalenizna to wynik działania
samoopalacza. Miała ukrywać spowodowaną anemią naturalną bladość...
Lissianna, klnąc pod nosem, oderwała się od jego szyi. Szybko schowała
kły i przyjrzała się ofierze. Odruchowo ponownie wśliznęła się w jej
myśli, by odpowiednio zmodyfikować wspomnienia. Była wściekła.
Była wściekła i na Mirabeau, bo poderwała chłopaka na przekąskę
wyłącznie ze względu na jej nalegania. Lissianna doskonale wiedziała, że
jej matka trzyma coś w zanadrzu, i chciała poczekać z ucztą do przyjęcia
urodzinowego, lecz jej kuzynka Jeanne Louise i Mirabeau martwiły się, że
widząc bladość córki, Marguerite Argeneau umieści ją w domu pod
kroplówką.
Cała historia zmierzała w kierunku nieszczęśliwego finału. Gdy Dwayne
zaczął się do niej zalecać, Lissianna dała się namówić Mirabeau i wciągnęła go na przekąskę. Dopiero po chwili zorientowała się, że coś z nim nie tak, a potem potrzebowała kolejnych kilku minut, by doszukać się
informacji o jego anemii. Miała tylko nadzieję, że w tym czasie nie
pozbawiła go zbyt dużej ilości krwi.
Skończywszy modyfikować pamięć Dwayne'a, Lissianna spojrzała na niego z troską i poirytowaniem jednocześnie. Mimo sztucznej opalenizny wyglądał
blado, lecz był w stanie stać o własnych siłach. Przyłożyła palce do
jego nadgarstka, zmierzyła mu puls i uspokoiła się nieco; tętno, choć
przyśpieszone, było łatwo wyczuwalne. Do rana powinien wydobrzeć. Przez
pewien czas zapewne będzie się czuł słabo, choć z drugiej strony
zasłużył sobie na to, usiłując podrywać dziewczyny na ogórki i poduszki
na ramionach. Idiota.
Niektórzy ludzie to straszni głupcy, pomyślała ze złością. Dzieci
przebierają się, żeby udawać starszych, a dorośli prowadzają się w gorsetach, z poduszkami na ramionach czy z innymi silikonowymi
dodatkami, udając kogoś, kim w rzeczywistości nie są, lub by przydać
sobie cech, które uważają za atrakcyjne. Z czasem to się tylko pogarsza.
Zastanawiała się, dlaczego do śmiertelników nie dociera, że są
wystarczająco dobrzy tacy, jacy są. Powinni wiedzieć, że osoby, które
wpędziły je w poczucie niższości, mają z tym jeszcze większy problem.
Lissianna wprowadziła do pamięci Dwayne'a wspomnienie, że gorzej się
poczuł i wyszedł, by zaczerpnąć powietrza. Nakazała mu zostać na
zewnątrz, aż minie osłabienie, a potem wrócić taksówką do domu. Zamknęła
mu powieki i na zakończenie wymazała z jego wspomnień swoją osobę.
Upewniwszy się, że dobrze wykonała zadanie, zostawiła go na chwiejnych
nogach tam, gdzie był, i omijając śmietniki, wróciła na parking.
- Lissi? - Z mroku wyłoniła się ciemna postać.
- Ojciec Joseph? - Lissianna uniosła brew i skręciła w kierunku
starszego pana.
Duchowny był jej zwierzchnikiem w ośrodku dla bezdomnych, w którym
pracowała na nocną zmianę. Przesiadywanie w barach po nocy raczej nie
należało do jego rozrywek.
- Co ojciec tu robi?
- Bill powiedział mi, że na ulicach pojawił się nowy dzieciak. Jego
zdaniem ma najwyżej dwanaście lub trzynaście lat i prawie na pewno żywi
się resztkami z tych śmietników. Miałem nadzieję, że go tu spotkam i namówię na przenosiny do naszego przytułku.
- Och. - Lissianna rozejrzała się po parkingu.
Bill bywał w ośrodku częstym gościem i nierzadko wskazywał im osoby,
które mogły potrzebować pomocy. Jeśli powiedział, że na ulicy pojawił
się nowy dzieciak, to znaczyło, że się pojawił. W tych sprawach Bill był
niezawodny. Z kolei ojciec Joseph był równie niezawodny w kwestii
odnajdywania zagubionych dzieci, zanim w odruchu desperacji zrobią coś
głupiego lub dadzą się wciągnąć w narkotyki albo prostytucję.
- Mogę pomóc. - Zaoferowała się Lissianna. - Pewnie jest gdzieś tutaj.
Ja...
- Nie, nie trzeba. Masz dzisiaj wolne - powiedział ojciec Joseph, po
czym spoważniał. - Co więcej, nie masz na sobie płaszcza. Co tu robisz o tej porze bez okrycia?
- Och. - Lissianna zerknęła w popłochu na śmietniki, zza których
docierały głuche łomoty.
Szybko podejrzała myśli Dwayne'a. Idiota, uderzył głową o pojemnik, na
którym się wspierał. Odwróciła się i pochwyciła wzrok ojca Josepha,
badawczo przyglądającego się kontenerom.
- Zostawiłam coś w samochodzie kuzyna - powiedziała szybko, próbując
odwrócić jego uwagę od hałasów.
Było to bezczelne kłamstwo. Lissianna miała szczerą nadzieję, że
mężczyzna nie zauważył, skąd dokładnie wychodziła, i uzna, że wysiadła z małej, czarnej mazdy zaparkowanej w pobliżu śmietników. Nie chcąc kłamać
więcej, niż było to konieczne, zaczęła rozcierać ramiona.
- Jednak ma ojciec rację. Strasznie tu zimno!
- Zgadza się - spojrzał z troską. - Lepiej wracaj do baru. Lissianna
skinęła głową i życząc mu spokojnej nocy, salwowała się ucieczką.
Energicznym truchtem pokonała parking, skręciła za rogiem i zwolniła
dopiero, gdy weszła do zatłoczonej i głośnej przestrzeni.
Nie była w stanie wyłowić z tłumu Thomasa, lecz za sprawą cyklamenowego
balejażu na końcówkach czarnych włosów przyjaciółki niemal od razu
zauważyła przy barze Mirabeau i Jeanne Louise.
- Hm, wyglądasz... - Zawiesiła głos ta pierwsza.
- ...dokładnie tak samo. Co się stało? - spytała.
- Anemik - rzuciła poirytowana Lissianna.
- A wyglądał tak zdrowo! - westchnęła Jeanne Louise.
- Wypchane ramiona i samoopalacz - odparła. - Ale to jeszcze nie
wszystko.
- Aż się boję zapytać - stwierdziła sucho Mira.
- Włożył sobie ogórek w spodnie - oznajmiła Lissianna, krzywiąc twarz.
Jeanne popatrzyła na nią z niedowierzaniem i zachichotała, Mirabeau zaś
tylko stęknęła.
- To musiał być chyba ogórek wąż, bo wyglądał imponująco...
- Przyglądałaś mu się? - Lissianna otworzyła szeroko usta.
- A ty nie?
Jeanne Louise wybuchnęła dzikim śmiechem. Lissianna pokręciła głową i rozejrzała się po barze.
- Gdzie jest Thomas?
- Tutaj.
Poczuła jego dłoń na ramieniu i odwróciła głowę.
- Dobrze słyszałem? Wasz Romeo paradował z ogórkiem w gaciach? -
zapytał, wyraźnie rozbawiony, rozmasowując ramię Lissianny.
Skinęła głową z obrzydzeniem.
- Nie do wiary, prawda? Thomas się roześmiał.
- Choć nie jest to szczególnie zabawne, nie jest niemożliwe. Kobiety
zaczęły od wypychania staników, to teraz mężczyźni wypychają bokserki. -
Pokręcił głową. - Co za świat! Jego słowa sprawiły, że usta Lissianny
powoli rozciągnęły się w uśmiechu i zupełnie przeszło jej poirytowanie.
Nie była zła, że Dwayne paradował z ogórkiem; w gruncie rzeczy mało ją
interesowała zawartość bokserek. Nawet nie chciała robić sobie z niego
przegryzki. Złościł ją zmarnowany czas oraz fakt, że zużyła więcej
energii na dogrzewanie się na zewnątrz, niż udało jej się uzyskać ze
słabej krwi ofiary. Teraz była jeszcze bardziej głodna niż przed
wyjściem. Całe przedsięwzięcie jedynie podrażniło jej apetyt.
- Kiedy będziemy ruszać do mamy? - spytała z nadzieją w głosie.
Mirabeau i kuzyni jednak już wcześniej postanowili zabrać ją do klubu
tanecznego, a dopiero stamtąd na organizowane przez matkę przyjęcie
urodzinowe. Wtedy pomysł ten przypadł Lissiannie do gustu, lecz teraz
była wygłodniała jak wilczyca i najchętniej jak najszybciej pojechałaby
na imprezę i skonsumowała cokolwiek, co mama trzymała w zanadrzu dla
swojej córeczki. Osiągnęła stadium, w którym pozwoliłaby się nakarmić
dożylnie, a to już coś znaczyło. Lissianna nienawidziła karmienia przez
kroplówkę.
- Jest dopiero parę minut po dziewiątej - stwierdziła Mirabeau, zerkając
na zegarek. - Marguerite zabroniła nam przywozić cię przed dwudziestą
drugą.
- Hm. - Lissianna skrzywiła usta. - Czy ktoś z was wie, dlaczego
przyjęcie zaczyna się tak późno?
- Ciocia Marguerite powiedziała, że musi jeszcze odebrać coś na mieście
i że może to zrobić dopiero po dziewiątej - wyjaśnił Thomas. - Trzeba
doliczyć czas na powrót, co oznacza, że wszystko zacznie się nie
wcześniej niż po godzinie - wzruszył ramionami.
- Na pewno pojechała po prezent - uznała Mirabeau.
- Nie sądzę - rzekł Thomas. - Wspominała coś o karmieniu Lissianny.
Podejrzewam, że odbiera jakiś specjalny deser. Albo coś w tym guście.
- Specjalny deser? - Znienacka zainteresowała się Jeanne Louise. - Na
mieście? Po dziewiątej? - Spojrzała na podekscytowaną pomysłem
jubilatkę. - Czyżby "słodki ząbek"? - Podsunęła życzliwie.
- Niewątpliwie. - Zgodziła się Lissianna i wyszczerzyła się w uśmiechu
na samą myśl o niespodziance.
Odziedziczyła po matce słabość do słodyczy, a "słodkie ząbki" - jak
określało się niezdiagnozowanych diabetyków z niebezpiecznie wysokim
poziomem cukru we krwi - uchodziły za najlepsze. Jednak przysmak
stanowił prawdziwą rzadkość, bo wskutek wampirzej działalności ich
liczba malała z roku na rok. Po przekąsce krwiopijcy zawsze zostawiali
ofiarę z myślą, że powinna umówić się na badanie, czym na trwale usuwali
ten konkretny "słodki ząbek" z menu.
- Rzeczywiście, może i o to chodzi - stwierdził Thomas. - To by
wyjaśniało nagłą ochotę ciotki Marguerite na przejażdżkę po Toronto.
Przecież ona nie znosi jazdy po mieście i unika jej jak ognia.
- Mogła poprosić Bastiena, żeby podesłał jej samochód służbowy z kierowcą - powiedziała Mirabeau.
Na wspomnienie o bracie Lissianny, szefie Argeneau Enterprises, Thomas
tylko pokręcił głową.
- Nie. Prowadziła wóz samodzielnie i nie wyglądała na szczęśliwą z tego
powodu.
Lissianna kręciła się zniecierpliwiona.
- To jak? Kiedy możemy ruszać? - spytała. Thomas się zawahał.
- Jest piątkowy wieczór i mogą być korki. Wszyscy jadą na weekend za
miasto... - Zamyślił się. - Sądzę, że możemy się zbierać za kwadrans, bez
ryzyka, że przyjedziemy za wcześnie.
- A może wyruszymy zaraz, tylko będziesz jechał powoli? - Podsunęła
Lissianna.
- A co, tacy jesteśmy nudni? - zapytał rozbawiony.
- Nie, nie chodzi o was. To ten bar. Czuję się tutaj jak na mięsnym
targu. - Zmarszczyła nos Lissianna.
- W porządku, małolatko. - Thomas z rozczuleniem zmierzwił jej włosy.
Był od niej cztery lata starszy, ale bliższy niż rodzeni bracia. Cóż, w końcu razem dorastali.
- Jedziemy. Będę nas wiózł najwolniej, jak się da.
- Jasne! - Prychnęła Jeanne Louise. - Już to widzę. Zebrali płaszcze i ruszyli do wyjścia, a Lissianna uśmiechnęła się szeroko. Thomas lubił
szybką jazdę i sceptycyzm Jeanne Louise był w pełni uzasadniony. Ona
sama zaś miała pewność, że dotrą do domu przed czasem i zezłoszczą
matkę, była jednak skłonna ponieść to ryzyko.
Gdy proponowała opuszczenie baru, zdążyła już niemal zapomnieć o spotkaniu z ojcem Josephem. Nie natknęli się na niego również po drodze
do jeepa. Najwyraźniej poddał się albo kontynuował poszukiwania w innym
miejscu. Kolejna myśl Lissianny dotyczyła Dwayne'a. Już z samochodu
rzuciła okiem na mijane śmietniki, wypatrując siedzącej postaci, lecz
nie było po niej śladu. Cóż, też sobie poszedł. Lissianna była wprawdzie
nieco zaskoczona, że chłopak tak szybko doszedł do siebie, lecz zbyła
sprawę wzruszeniem ramion. W końcu nie leżał nieprzytomny na środku
parkingu, musiał więc złapać taksówkę.
Przez miasto przejechali bez trudu. Było na tyle późno, że ominęli
najgorsze korki i szybko dotarli do domu na przedmieściach. Zbyt szybko.
- Jesteśmy pół godziny przed czasem... - powiedziała Jeanne Louise z tylnego siedzenia, gdy Thomas parkował jeepa za czerwonym, zgrabnym
sportowym wozem Marguerite.
- Aha. - Spojrzał na dom i wzruszył ramionami. - Chyba nie będzie się
gniewać?
- Co oznacza, że przestanie się gniewać, gdy tylko obdarzysz ją tym
swoim słodkim uśmiechem - parsknęła Jeanne Louise. - Zawsze miałeś
sposoby na ciotkę Marguerite.
- A jak myślisz, czemu tak lubiłam bawić się z Thomasem, gdy byliśmy
mali? - zapytała niewinnie Lissianna.
- No tak! - roześmiał się, wysiadając z samochodu.
- Prawda wyszła na jaw. Lubisz mnie tylko dlatego, że zawsze ratowałem
ci skórę przed matką.
- Chyba nie sądziłeś, że tak po prostu przepadałam za twoim
towarzystwem? - droczyła się Lissianna.
- Małolata! - Podszedł do niej i poklepał po głowie.
- Czy to aby nie jest samochód Bastiena? - spytała Mirabeau,
wygramoliwszy się wreszcie z siedzenia pasażera i trzasnąwszy drzwiami.
Lissianna zerknęła na ciemnego mercedesa i skinęła głową.
- Na to wygląda.
- Ciekawe, czy oprócz niego jest ktoś jeszcze... - mruknęła pod nosem
Jeanne Louise.
Lissianna wzruszyła ramionami.
- Nie widzę tu żadnych innych wozów. Niewykluczone jednak, że Bastien
mógł zorganizować kilka służbowych samochodów do transportu gości.
- Nawet jeśli to zrobił, wątpię, żeby ktoś był już na miejscu -
stwierdziła Mirabeau przy drzwiach wejściowych. - Wiadomo, że punktualne
pojawianie się na przyjęciu nie jest w dobrym tonie. Robią tak tylko
ignoranci bez wyczucia stylu.
- Co czyni z nas takowych - skwitowała Lissianna.
- A tam! My wyznaczamy nowe trendy - oznajmił Thomas, wywołując
powszechne chichoty.
Bastien otworzył im drzwi, zanim zdążyli zapukać.
- Chyba słyszałem samochód.
- Cześć, ziom! - powitał go jowialnie Thomas i od razu przekroczył próg,
by go wyściskać. Starszy pan aż znieruchomiał, zaskoczony. - Jak leci?
Lissianna zagryzła wargi, by nie wybuchnąć śmiechem, i zerknęła kątem
oka na Jeanne Louise i Mirabeau. Czym prędzej odwróciła wzrok, gdyż
przyjaciółkom równie trudno było zachować pokerową twarz w obliczu
zagrywki Thomasa. Z całkiem normalnego gościa w mgnieniu oka
przeistoczył się w złośliwego prowokatora.
- Tak... więc... Cześć, Thomas. - Bastien wyplątał się z objęć wylewnego
młodszego kuzyna.
Wyglądał na nieco speszonego, jak zwykle zresztą, bo nie do końca
wiedział, jak ma sobie radzić z tak młodym człowiekiem. Właśnie jego
konsternacja sprawiała, że Thomas zachowywał się wobec niego tak, a nie
inaczej. Obaj starsi bracia Lissianny (liczyli sobie, odpowiednio,
czterysta lat z okładem i ponad sześćset) traktowali go z góry, trochę
jak szczeniaka, co denerwowało go nadzwyczajnie. Obchodzenie się z kimś,
kto ma ponad dwieście lat, bywa dla zainteresowanego potwornie
irytujące, więc Thomas przekornie zachowywał się przy nich jak przygłup.
Zakłopotanie, w jakie nieodmiennie wprawiał przy tym obu panów -
podejrzewała Lissianna - dawało mu poczucie przewagi. Odkąd pamiętała,
jej bracia byli bowiem do Thomasa uprzedzeni, i jej zdaniem nie
doceniali go tak, jak na to zasługiwał.
Ona sama musiała zmagać się z identycznymi uprzedzeniami, więc w pełni
rozumiała postawę kuzyna. Widok starszych braci zwijających się z konfuzji nie przestawał jej bawić.
- To co, ziom, gdzie ta impreza? - zapytał wesoło Thomas.
- Jeszcze się nie zaczęła - odparł Bastien. - Jesteście pierwsi.
- O nie, ziom, to ty byłeś pierwszy. - Radośnie poprawił go Thomas. -
Nawet nie wiesz, jaką sprawiłeś mi ulgę! Gdybyśmy przyszli pierwsi, to,
zgodnie ze słowami Mirabeau, bylibyśmy ignorantami bez wyczucia stylu.
Ale nie jesteśmy. I to dzięki tobie! - wyznał.
Lissianna zakasłała gwałtownie, żeby nie wybuchnąć śmiechem na widok
miny starszego brata, gdy dotarło do niego, co przed chwilą usłyszał.
Gdy się opanowała, Bastien stał prosty jak struna, spięty i nieco
poirytowany. Zrobiło jej się go szkoda, więc szybko zmieniła temat.
- Gdzie jest mama? Czy już możemy wchodzić, czy zaczekać jeszcze
kwadrans?
- Możecie. - Bastien ustąpił im miejsca w przejściu.
- Sam dojechałem przed chwilą. Mama mnie wpuściła i poszła na górę się
przebrać. Za kilka minut powinna być na dole. Najlepiej zaczekajcie na
nią w bawialni. Może nie życzyć sobie, żebyście oglądali dekoracje,
zanim nie zjadą się wszyscy goście.
- W porządku. - Zgodziła się Lissianna i weszła do domu.
- Może partyjka bilarda, ziom? - zapytał pogodnie Thomas, idąc w ślady
kuzynki.
- Eee... Nie. Dziękuję, ale dopóki mama nie będzie gotowa, muszę witać
gości - odparł Bastien, wycofując się w głąb korytarza. - Powiem jej, że
już jesteście.
- On mnie uwielbia - stwierdził Thomas z rozbawieniem, odprowadzając
Bastiena wzrokiem.
Rozłożył ramiona i szerokim gestem skierował towarzystwo do zamkniętych
drzwi po prawej stronie.
- Chodźcie, rozerwiemy się trochę. Czy ktoś ma ochotę na bilarda?
- Ja! - zadeklarowała Mirabeau. - Lissi, masz podarte rajstopy - dodała.
- Gdzie? - Lissianna zatrzymała się i zaczęła oglądać swoje łydki.
- Z tyłu, na prawej. Lissianna wykręciła głowę.
- Ech! Pewnie zaczepiłam o coś przy tych śmietnikach
- mruknęła z obrzydzeniem, przyglądając się imponującemu oczku.
- Przy jakich śmietnikach? - Zainteresował się Thomas.
- Nie pytaj! - Ucięła i psyknęła. - Muszę zmienić rajstopy. Całe
szczęście, że przy wyprowadzce mama kazała mi zostawić trochę zapasowych
ciuchów. W moim pokoju coś powinno się znaleźć. Idźcie do bawialni,
dogonię was.
- Tylko raz-dwa! - zawołał za nią Thomas, gdy wbiegała po schodach.
Poirytowana, machnęła dłonią z półpiętra i ruszyła przez korytarz do
sypialni, choć w duchu przyznawała Thomasowi rację. Marguerite Argeneau
prawdopodobnie nie będzie zachwycona ich wcześniejszym przybyciem, lecz
kuzynek z pewnością szybko ją obłaskawi. Już choćby z tego jednego
powodu lepiej by było, gdyby zdążyła powitać mamę razem ze wszystkimi,
na dole.
- Ależ z ciebie tchórz! - Zganiła się na głos.
W wieku ponad dwustu lat już dawno powinna przestać się bać matczynego
gniewu.
- Akurat! - wymamrotała pod nosem, stwierdzając w duchu, że pewnie
będzie się jej obawiać tak samo, gdy dobije sześćsetki.
Wystarczyło spojrzeć na braci. Byli niezależni, samowystarczalni i...
mówiąc wprost, starzy, a wciąż liczyli się z humorami Marguerite.
- Najwyraźniej to u nas rodzinne - stwierdziła Lissianna, otwierając
drzwi swojego dawnego pokoju. Sypiała w nim okazjonalnie, zwłaszcza gdy
zasiedziała się w rodzinnym domu zbyt długo, by powrócić do swojego
mieszkania przed wschodem słońca.
Wpadła z impetem do sypialni i stanęła jak wryta, patrząc w osłupieniu
na rozciągniętego na łóżku mężczyznę.
- Przepraszam, pomyliłam pokoje... - wymamrotała, zamykając za sobą drzwi.
Odetchnęła, nieprzytomnie rozejrzała się po korytarzu i po chwili
pojęła, że wcale nie popełniła pomyłki. To była jej dawna sypialnia. W końcu spędziła w niej kilkadziesiąt lat swojego życia i potrafiła
rozpoznać własny pokój. Skąd jednak wziął się w nim obcy mężczyzna? I dlaczego był przywiązany na wznak do jej łóżka?
Zastanowiła się przez chwilę. Jej mama raczej nie wynajęłaby nikomu
pokoju, a nawet gdyby miała taki pomysł, najpierw skonsultowałaby go z dziećmi. Na pewno też nie umieściłaby lokatora w starej sypialni
Lissianny, z której wciąż przecież korzystała jej córka, rzadko, bo
rzadko, ale jednak... Ponadto fakt, że mężczyzna tkwił na łóżku
skrępowany, raczej eliminował możliwość, że przebywał tu z własnej woli.
Na to samo wskazywałaby kokarda, pomyślała. Nieznajomy miał na szyi
fantazyjnie zawiązaną czerwoną wstążkę, którą niemal przygniótł brodą,
gdy podniósł głowę, by przyjrzeć się intruzowi.
Kokarda ostatecznie uspokoiła Lissiannę oraz przekonała ją, że mężczyzna
to zapewne niespodzianka, po którą matka wybrała się samochodem na
miasto; "słodki ząbek", jak przypuszczała Jeanne Louise. Jednak gość na
jej łóżku wyglądał na całkiem zdrowego, choć z drugiej strony trudno to
stwierdzić, dopóki nie podejdzie się wystarczająco blisko cukrzyka.
Rozstrzygająca byłaby charakterystyczna słodka woń...
Krótko mówiąc, Lissianna właśnie podejrzała niechcący swój mobilny tort
urodzinowy. I do tego całkiem apetyczny, stwierdziła, przypominając
sobie rysy twarzy obcego. Facet miał przeszywający i inteligentny wzrok,
prosty nos, zdecydowany podbródek i... całkiem ładne ciało. Wyciągnięty na
łóżku, sprawiał wrażenie wysokiego, umięśnionego i dość foremnego.
Naturalnie, po doświadczeniu z Dwayne'em Lissianna wiedziała już, że
każda marynarka może kryć rozmaite ulepszacze. Wprawdzie nie przyjrzała
się swemu prezentowi pod kątem ogórków, ale zdążyła dostrzec brak
wyraźnej opalenizny (ani osiągniętej za pomocą samoopalacza, ani żadnej
innej), choć mężczyzna nie wyglądał na anemika. Nie, matka Lissianny z pewnością nie popełniłaby takiego błędu! Znając Marguerite, jeśli
zdecydowała się już na podarunek, musiała mieć co do niego stuprocentową
pewność. Lissianna pomyślała, że Jeanne Louise prawdopodobnie ma rację.
Na moim łóżku leży niezdiagnozowany diabetyk, stwierdziła. Żadne inne
wyjaśnienie nie miało sensu. Jej matka z pewnością nie wybrałaby się
samochodem do miasta tylko po to, by przywieźć zwykłego, zdrowego
osobnika. Wystarczyłoby, według sprawdzonego schematu, zamówić pizzę i sprezentować Lissiannie dostawcę...
Dobra, zatem słodki upominek, uznała Lissianna, czując jednocześnie, że
jej żołądek skręca się z głodu. A może szybko coś przekąsić już teraz?
Wziąć odrobinę na ząb jeszcze przed oficjalnym wręczeniem prezentu?
Szybko odegnała pokusy, bo gdyby wycięła taki numer, nawet Thomas nie
byłby w stanie uratować sytuacji. Spróbowanie nie wchodziło w grę, ale
wzięcie rajstop na zmianę - jak najbardziej.
Choć czuła, że najrozsądniej byłoby po prostu zawrócić do bawialni,
postanowiła, że - skoro i tak już zepsuła sobie niespodziankę - nie
będzie się skazywać na wieczór w dziurawych rajstopach. W końcu była już
pod drzwiami i wyciągnięcie nowej pary z szuflady było kwestią zaledwie
kilku chwil.
Rozdział 2
ROZDZIAŁ 2
Greg nie mógł oderwać wzroku od zamkniętych
drzwi. Nie mieściło mu się w głowie, że ktoś je przed chwilą otworzył,
stanął w nich, wyraźnie zaskoczony jego widokiem, przeprosił i wyszedł,
a on leżał na tym łóżku jak idiota, zbyt zaskoczony, by cokolwiek
powiedzieć lub zdziałać. Wprawdzie dysponował ograniczonym wachlarzem
środków ekspresji, lecz to go nie tłumaczyło...
Od utrzymywania głowy w górze rozbolały go mięśnie szyi. Z ciężkim
westchnieniem dał za wygraną i opadł z powrotem na poduszkę, złorzecząc
pod nosem.
Tego wieczoru Greg jasno dowiódł, że jest skończonym kretynem. Nigdy
dotąd nie myślał o sobie tak źle, wręcz przeciwnie, zawsze uważał się za
raczej inteligentnego, ale to było jeszcze przed wczołganiem się do
bagażnika tamtego dziwnego samochodu i zatrzaśnięciem za sobą klapy. Z wciąż nieodgadnionych przyczyn.
- Idiotyzm! - stwierdził, choć może lepszym słowem byłoby "szaleństwo".
Prostą głupotą byłoby, gdyby jakimś cudem zatrzasnął się w tym bagażniku
przypadkiem, jednak wgramolenie się do środka i spokojne zamknięcie za
sobą pokrywy zakrawało na paranoję. Do tego, jak zauważył, zaczął mówić
do siebie. Najwyraźniej stracił kontakt z rzeczywistością... Pozostawało
pytanie: gdzie i w jaki sposób postradał zmysły? Zaryzykował nawet tezę,
że być może szaleństwo jest zaraźliwe. Że może przeszło od jednego z pacjentów? Z drugiej jednak strony Greg nie kwalifikował żadnego ze
swoich podopiecznych jako wariata. W ramach praktyki miał styczność
głównie z fobiami, choć zdarzyło mu się kilka przypadków przewlekłych
zaburzeń. Zaczął nawet podejrzewać, że od zawsze nosił w sobie ziarno,
które dzisiejszego wieczoru wykiełkowało w prawdziwy obłęd. To jest
myśl! A jeśli przypadki szaleństwa zdarzały się w jego rodzinie? Musi
koniecznie spytać o to matkę i dowiedzieć się, czy w familijnej historii
nie zdarzył się przypadkiem wariat czy dwóch.
Żeby skończyło się wyłącznie na dobrowolnym wejściu do bagażnika! Nie,
to było zaledwie pierwsze z jego wariackich zachowań, którego zresztą
pożałował natychmiast, jak tylko usłyszał trzask zamykanej klapy.
Spędził w ciemnej, ciasnej przestrzeni półgodzinną jazdę, wymyślając
sobie od największych osłów. Wreszcie silnik zgasł, bagażnik stanął
otworem, a on co? Wyskoczył na zewnątrz, przeprosił za dziwne zachowanie
i poszedł do domu? Nic podobnego. Stał jak słup soli i czekał, aż ładna
brunetka z windy wysiądzie z samochodu i podejdzie, po czym ruszył za
nią, posłuszny niczym psiak, w głąb domu. Prosto do tego pokoju.
Następnie ufnie i radośnie, niczym pięciolatek, bez specjalnego
zaproszenia, wyciągnął się na wznak na łóżku i pozwolił się do niego
przywiązać. Nawet odwzajemnił uśmiech brunetki, gdy ta poklepała go po
policzku.
- Moja córka będzie zachwycona. Jesteś moim najlepszym prezentem
urodzinowym - powiedziała.
Gdy opuściła pokój, Greg leżał przez jakiś czas bezmyślnie i dopiero po
upływie kilku minut pojął, że znów dał się wywieść w pole. Od tej
chwili, mimo oszołomienia, usiłował pojąć, co właściwie zaszło. Jego
własne działania - mniejsza o kobietę - były kompletnie pozbawione
sensu. Zupełnie, jakby chwilowo był niespełna rozumu. Dręczony
rozterkami, skierował myśli na bardziej przyziemne kwestie, jak to, co
może go spotkać. Skoro już się tutaj znalazł?
"Moja córka będzie zachwycona. Jesteś moim najlepszym prezentem
urodzinowym". W zestawieniu z faktem, że Greg tkwił właśnie przywiązany
na wznak do łóżka, słowa zrazu go przeraziły. Czyżby miał zostać czyjąś
erotyczną zabawką? Seksualnym niewolnikiem? Oczyma duszy ujrzał siebie
gwałconego przez jakąś zwalistą i szkaradną istotę o brzydkiej cerze i -
o zgrozo! - z wąsikiem. W dzisiejszych czasach do porywania mężczyzny i przywiązywania go do łóżka musiałaby uciekać się tylko wyjątkowo mało
atrakcyjna kobieta...
Wyobraziwszy sobie taki rozwój wypadków, Greg niemal zadławił się
własnym gwałtownym oddechem, lecz opanował się szybko. Ta kobieta,
najwyraźniej matka, nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia pięć -
trzydzieści lat. Z pewnością nie doczekała się jeszcze córki na tyle
dorosłej, by ta zapragnęła seksniewolnika albo nawet wiedziała, do czego
on służy. Co więcej, zastanawiał się w duchu, dlaczego ktokolwiek
chciałby uczynić właśnie jego takim narzędziem?
Gregowi nie brakowało pewności siebie i wiedział, że jest atrakcyjnym
mężczyzną, lecz nie był ani gwiazdą rocka, ani nawet modelem z okładki
magazynu "GQ"1. Był psychologiem, nosił zachowawcze garnitury,
zachowawczo się strzygł i wiódł zachowawcze życie, skupione wokół
rodziny i pracy, które pozostawiało mu niewiele miejsca na cokolwiek
innego. W zasadzie jego egzystencja oscylowała wokół zawodowej rutyny,
rodzinnych obowiązków i wykręcania się z randek w ciemno umawianych
przez siostry, ciotki i matkę, poprawił się w duchu.
Z zamyślenia wyrwało go ponowne otwarcie drzwi. Wytężył siły i dźwignął
głowę z poduszki. W progu stała ta sama kobieta, co przed chwilą. Greg
przyjrzał się jej z zainteresowaniem i niepokojem jednocześnie. Nie
licząc długich blond włosów, bardzo przypominała brunetkę, tę, która go
tutaj sprowadziła. Miała piękną, owalną twarz, pełne usta, prosty nos i te same srebrnoniebieskie oczy. Najwyraźniej mają jednego optyka,
stwierdził.
Nie, jednak ich oczy nie były identyczne, zmienił zdanie. Miały
wprawdzie ten sam kolor i kształt, lecz w spojrzeniu brunetki kryły się
smutek i mądrość, kontrastujące z młodością jej skóry i rysów twarzy.
Blondynka z kolei miała spojrzenie jasne i wesołe, nienaznaczone żalem
ani miłosnym cierpieniem. To dzięki niemu wyglądała młodziej.
Na pewno są ze sobą spokrewnione, uznał Greg, przyglądając się, jak
blond dziewczyna przechodzi przez pokój i otwiera szufladę komody obok
łóżka. To pewnie jej siostra. Przesunął wzrokiem po krótkiej, obcisłej,
czarnej sukience i pozwolił oczom ześlizgnąć się na zgrabne nogi. Przez
myśl przemknął mu żal, że ta młoda dama jest zbyt dorosła, by być córką
brunetki. Nie miałby nic przeciwko, by zostać jej prezentem...
Greg wywrócił oczami na swoje kosmate myśli i nie odrywając wzroku od
blondynki, czekał, aż ta zamknie szufladę i zwróci na niego uwagę. Ku
jego zaskoczeniu kobieta bez słowa odwróciła się i ruszyła w kierunku
drzwi, najwyraźniej zamierzając opuścić pokój. Był do tego stopnia
zdziwiony jej zachowaniem, że dwa razy bezgłośnie otworzył usta, zanim
udało mu się wypowiedzieć najzwyklejsze:
- Przepraszam?
Blondynka zatrzymała się w progu i spojrzała zaciekawiona.
- Czy ewentualnie mogłabyś mnie rozwiązać? - zapytał, siląc się na
uśmiech.
- Rozwiązać?
Podeszła do łóżka i spojrzała, wyraźnie zaskoczona.
- Tak. Poproszę - powiedział zdecydowanie.
Przesunęła wzrok na jego nadgarstki, zaczerwienione i obtarte po
bezowocnej szarpaninie. Ewidentnie wprawiały ją w zakłopotanie.
- Dlaczego mama nie dała ci czegoś na rozluźnienie? Nie powinna była
zostawiać cię tutaj w tym stanie. Dlaczego... - Zamilkła na chwilę i zamrugała. Nagle na jej twarzy pojawił się błysk zrozumienia. - Wszystko
jasne! Bastien przyjechał przed czasem i przerwał jej, zanim zdążyła cię
do końca przygotować! Pewnie miała tu wrócić później i dokończyć, ale
zapomniała.
Greg nie miał pojęcia, co oznacza to wszystko. Dziewczyna najwyraźniej
sądziła, że sprowadziła go tu jej matka. Postanowił wyprowadzić ją z błędu.
- Kobieta, która mnie przywiozła do tego domu, jest zbyt młoda, by być
twoją matką. Jest do ciebie podobna, ale ma ciemne włosy. Może twoja
siostra? - podsunął.
Z jakiegoś powodu jego słowa rozbawiły dziewczynę.
- Nie mam siostry. Kobieta, którą opisujesz, to moja mama. Nie wygląda
na swoje lata, prawda?
Greg patrzył z niedowierzaniem. Gdy pojął konsekwencje tych rewelacji,
rozszerzyły mu się źrenice.
- To znaczy, że przeznaczono mnie dla ciebie? W odpowiedzi kiwnęła
głową, po czym spojrzała z ukosa.
- Dziwnie się uśmiechasz... O czym myślisz?
Greg pomyślał sobie właśnie, że jest największym farciarzem na świecie.
Wcześniejsze obawy przed grubą, brzydką kobietą, zrzucającą odzienie i dosiadającą go przemocą, zastąpiła wizja czyniącej to samo atrakcyjnej
blondynki. Pozwolił sobie posmakować tej fantazji, po czym zorientował
się, że jego ciało reaguje na nią zbyt entuzjastycznie. W jego spodniach
pojawiło się wyraźne wybrzuszenie. Energicznie potrząsnął głową. Choć
perspektywa zostania jej niewolnikiem była urocza, miał już przecież
swoje plany - podróż do krainy piaszczystych plaż, palm i wyginających
się na parkietach półnagich kobiet. Co więcej, zapłacił z góry.
Chociaż, jeśli po urlopie ta kobieta dałaby się zaprosić na randkę, a następnie przywiązała go do łóżka i zaspokoiła swoje żądze... Greg z przyjemnością poddałby się jej woli. Poza tym perspektywa
seksniewolnictwa nie była w końcu taka zła. Zauważywszy, że jego myśli
ponownie odpływają w niepożądanym obecnie kierunku, Greg zebrał się w sobie. - Porywanie ludzi jest karalne - zawyrokował z poważnym wyrazem
twarzy.
- A mama cię porwała? - zapytała dziewczyna, unosząc brew.
- Niezupełnie - przyznał, przypominając sobie, jak usłużnie zapakował
się do bagażnika.
Porwanie zakłada użycie siły. Greg rozważył możliwość podania innej
wersji wydarzeń, lecz nigdy nie był dobrym kłamcą.
- Niemniej jednak nie chcę tutaj przebywać i naprawdę nie mam pojęcia,
dlaczego wszedłem do bagażnika wozu twojej mamy. Wtedy wydawało mi się
to słusznym i naturalnym posunięciem, ale ja jeszcze nigdy...
Greg urwał, bo zdał sobie sprawę, że blondynka wcale go nie słucha. A przynajmniej tak wyglądało. Wpatrywała się w jego głowę, marszcząc w skupieniu brwi. Wiedziona odruchem, zbliżyła się do łóżka. Zdawała się
być bez reszty pochłonięta jego włosami, lecz po chwili, zirytowana,
pokręciła głową.
- Nie mogę czytać w twoich myślach - wymamrotała.
- Nie możesz czytać w moich myślach? - powtórzył ostrożnie Greg.
Pokręciła głową.
- Rozumiem. A... czy to jest jakiś problem? - zapytał.
- To znaczy, czy zazwyczaj umiesz czytać w ludzkich myślach?
Potwierdziła ruchem głowy, choć jej myśli były wyraźnie zaprzątnięte
czymś innym.
Greg próbował zignorować rozczarowanie faktem, że ma przed sobą kobietę
szaloną, lub przynajmniej cierpiącą na urojenia, uznał jednak, że nie
powinno go to dziwić. Jej matka też nie mogła być normalna, skoro
pozwalała obcym mężczyznom wchodzić do bagażnika; w końcu stała za nim i musiała widzieć, co robi. Każda inna osoba pobiegłaby z krzykiem po
ochroniarza, zamiast zabierać do domu pasażera na gapę.
Tej nocy szaleństwo wyzierało z każdego kąta. Na początek jego własne
zachowania, potem ta brunetka, a na deser blondynka utrzymująca, że ma
zdolności telepatyczne. Zaczął się zastanawiać, czy w obłędzie nie
pogrążyło się przypadkiem całe miasto. Być może, jak Toronto długie i szerokie, mężczyźni wchodzili do bagażników, a następnie pozwalali
przywiązywać się do łóżek? Może do zbiornika na wodę wsypano jakiś
narkotyk, a całość stanowi zamach terrorystyczny mający na celu
ubezwłasnowolnienie kanadyjskich mężczyzn?
A może to po prostu dziwny sen, a on wciąż jest w pracy i twardo śpi z głową wspartą na biurku? Tak, ta możliwość była najbardziej
przekonująca; przynajmniej w satysfakcjonujący sposób wyjaśniała jego
zachowania. Naturalnie, nie miało to żadnego znaczenia. We śnie czy na
jawie, przy zdrowych zmysłach czy obłąkany - tkwił przywiązany do łóżka.
Nawet jeśli był to tylko koszmar senny, Greg zapragnął znów znaleźć się
w domu. W przeciwnym razie ucieknie mu samolot.
- Słuchaj, jeśli mnie uwolnisz, obiecuję, że puszczę wszystko w niepamięć. Nie będę powiadamiał władz ani nic z tych rzeczy.
- Władz? - powtórzyła blondynka. - Chodzi ci na przykład o policję? -
dopytała, zupełnie jakby takie rozwiązanie nie przyszło jej do głowy.
- No tak - odparł zniecierpliwiony Greg. - Dobrze, powiedzmy, że
przybyłem tu poniekąd z własnej woli - przyznał niechętnie. - Ale teraz
już chcę wrócić do domu i jeśli mnie nie uwolnisz, to mamy do czynienia
z bezprawnym przetrzymywaniem. Które jest karalne.
Lissianna przygryzła dolną wargę. Próbowała wedrzeć się do umysłu tego
człowieka, by uspokoić jego myśli i uzyskać nad nim kontrolę. Wykonać
to, co zrobiła już wcześniej z Dwayne'em, a jej matka powinna była
uczynić z jej
"prezentem". A jednak nie była w stanie się przebić; miała wrażenie, że
jego umysł otacza szczelna bariera. Słyszała wcześniej o takich
przypadkach, lecz nigdy do tej pory nie zetknęła się z niczym podobnym
osobiście. Jeszcze nigdy nie spotkała śmiertelnika, którego nie byłaby w stanie czytać ani kontrolować. Zdarzały się, oczywiście, przypadki
trudne, ale zazwyczaj wszelkie komplikacje ustępowały, gdy napiła się
ich krwi.
Przekrzywiła głowę i uważnie obserwowała kandydata na podarunek,
zastanawiając się, czy nie spróbować się w niego wgryźć, by ułatwić
sobie wniknięcie do jego głowy i dopiero wtedy go uspokoić. Skoro jednak
nie miała dostępu do jego myśli, nie mogła go znieczulić przed pierwszym
zatopieniem kłów w jego szyi. Chyba że...
Mirabeau wspominała kiedyś o podobnej sytuacji. Całowała i pieściła
mężczyznę, który wreszcie rozluźnił się na tyle, że udało się jej
przeniknąć do jego myśli dokładnie w chwili, gdy przegryzła skórę na
jego szyi.
Lissianna krótko rozważyła możliwości. Nigdy wcześniej nie próbowała
nikogo uwodzić. Przyszła na świat i dorastała w georgiańskiej Anglii.
Wiodła życie z dala od ludzi, więc niespecjalnie odczuwała postępującą w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat rozwiązłość społeczeństwa. Jej
rodzice wyznawali dawne wartości i przekonania, poddając się zmianom
niechętnie i powoli. Matka, być może, dałaby jej więcej wolności, lecz
ojciec był nieprzejednany i nie ulegał stadnym modom.
Lissianna uznała jednak, że nie może ot tak, po prostu, pozostawić
roztrzęsionego mężczyzny samemu sobie. A przy okazji uszczknie sobie
odrobinkę głównego dania... To trochę tak, jak zlizanie odrobiny lukru z tortu przed podaniem, choć, prawdę mówiąc, miała ochotę na coś więcej
niż tylko liźnięcie. To będzie taka mała przegryzka dla zaspokojenia
pierwszego głodu, rozgrzeszyła się szybko. Akurat!
Aż ją korciło, żeby wyssać tego apetycznego mężczyznę do ostatniej
kropelki. Takiej pokusy nie zaznała od kilku dziesięcioleci.
Z zamyślenia wyrwało ją narzekanie.
- Ta lina jest naprawdę mocno zawiązana!
Lissianna ponownie spojrzała na pokaleczone nadgarstki i opuściły ją
wszelkie wątpliwości. Nauczono ją, że nie wypada bawić się jedzeniem lub
zadawać mu niepotrzebnych cierpień. A mężczyzna wyraźnie cierpiał.
Przeniknięcie do jego myśli i ukojenie go stanowiło jej obowiązek. Nie
może przecież winić siebie za to, że nie może tego zrobić w normalny
sposób i jest zmuszona sięgnąć po mniej konwencjonalne środki.
Podjąwszy decyzję i uspokoiwszy sumienie, Lissianna przysiadła na skraju
łóżka.
- Nie obawiaj się niczego i przede wszystkim się nie szarp. Przyjmij, że
szkoda mi patrzeć na ciebie w tym stanie. Wbił w nią wzrok, jakby
poirytowany faktem, że wyczuwała jego zdenerwowanie. A może był po
prostu zły, że mimo próśb go nie rozwiązała?
- Zdejmiemy to z ciebie - zaproponowała. Zapasowe rajstopy położyła
sobie na kolanach i przystąpiła do rozwiązywania kokardy pod szyją.
Westchnął i rozluźnił się nieco. Lissianna postanowiła zająć się również
jego krawatem.
- Wygodniej, prawda? - zapytała, zsuwając mu z szyi pasek jedwabiu.
Mężczyzna pokiwał głową. Niemal opanowany spojrzał na nią spode łba, gdy
zajęła się rozpinaniem guzików przy koszuli.
- Nadal byłoby lepiej, gdybyś mnie rozwiązała. Lissianna uśmiechnęła
się, rozbawiona wewnętrzną walką mężczyzny, po czym spróbowała odwrócić
jego uwagę, przesuwając delikatnie palcami po odsłoniętym fragmencie
jego piersi. Z satysfakcją odnotowała, że gdy przejechała paznokciami
wzdłuż skóry, przez męskie ciało przeszedł dreszcz. Całe to uwodzenie
okazało się łatwiejsze, niż przypuszczała. A może po prostu miała je we
krwi? Zastanowiła się, czy powinna się tym martwić.
- Rozwiąż mnie. - Greg zdobył się na zdecydowany ton, nie do końca
przekonany, że właśnie tego chce.
Lissianna z porozumiewawczym uśmiechem przesunęła palce niżej, głaszcząc
go po koszuli tuż nad paskiem.
Bezceremonialny gest wywołał dreszcz podniecenia w okolicy jego brzucha.
Greg ze świstem wypuścił powietrze.
- Co mi tam! - westchnął. - Są gorsze rzeczy niż żywot seksniewolnika.
Lissianna zamrugała, zaskoczona komentarzem, i uznała, że facet jest
wystarczająco zrelaksowany.
- Jak masz na imię?
- Greg... - Odkaszlnął i powtórzył zdecydowanym tonem. - Doktor Gregory
Hewitt.
- Doktor? - Przesunęła dłoń z powrotem na klatkę piersiową.
Wzrok Grega ześliznął się z jej twarzy. Śledził ruch ręki.
- Zatem... Doktorze, jesteś bardzo atrakcyjnym mężczyzną.
Tym razem przesuwała dłoń po jego głowie i przeczesywała silne, ciemne
włosy, zachwycając się ich gładkością. Opracowując kolejne posunięcie,
przyjrzała się jego ciemnobrązowym oczom i zdecydowanemu zarysowi ust.
Faktycznie był atrakcyjnym mężczyzną. Swego czasu widywała bardziej
przystojnych, lecz ten miał w sobie to coś, co na nią działało.
Przeniosła wzrok na przecinające jego czoło zmarszczki, a za oczami
pośpieszyły palce. Muskała je delikatnie, jakby chciała wygładzić skórę.
- Czy mogę cię pocałować? - spytała miękko. Doktor Gregory Hewitt nie
odpowiedział. Patrzył tylko, a jego spojrzenie pociemniało z zainteresowania, gdy pozwoliła palcom zabłądzić w okolice jego warg i obrysować opuszkami ich delikatny kontur. Usta otworzyły się nagle i zamknęły palec Lissianny w ciepłym i wilgotnym wnętrzu. Siedziała bez
ruchu, wpatrując się głęboko w jego oczy. Zafascynowana, dostrzegła w nich błysk pożądania. Zassał jej palec głębiej, przesuwając językiem
wzdłuż jego krawędzi. Lissianna jęknęła, zaskoczona.
Żyję już na tym świecie ponad dwieście lat i dotąd nie zdawałam sobie
sprawy, że palec może się okazać strefą erogenną, pomyślała
nieprzytomnie. Ogień w jego oczach zaczął teraz rozgrzewać i jej
wnętrze, ze szczególnym uwzględnieniem podbrzusza.
Gregory Hewitt okazał się niebezpiecznie pociągającym mężczyzną i Lissianna uznała, że już najwyższy czas spróbować odzyskać kontrolę nad
sytuacją. Z tym zamiarem powoli wysunęła palec z gorących ust i nachyliła się, by musnąć policzkiem jego twarz i poczuć zapach
mężczyzny. Działała instynktownie, jak węszący za ofiarą drapieżnik.
Greg wydzielał głęboką, mroczną woń, taką, jaką lubiła. Uśmiechnęła się
miękko i przesunęła wargami po policzku, po czym poszukała nimi jego
ust.
Choć wargi Gregory'ego Hewitta wyglądały na mocne i zdecydowane, w dotyku okazały się przyjemnie miękkie. Lissianna delikatnie muskała je i jednocześnie smakowała erotyczną pieszczotę, aż Greg znienacka uniósł
głowę i odwzajemnił pocałunek. Poczuła jego miękko przesuwający się
język i rozchyliła usta. Otworzyła oczy, z niedowierzaniem przyjmując
doznania.
Lissiannę całowano w ciągu ostatnich dwustu lat nie raz i nie dwa.
Szczerze mówiąc, była całowana niezliczoną ilość razy. Niektóre
pocałunki były wyczekiwane, niektóre skradzione, niektóre miłe, inne
mniej. Lecz ten...
Ich ciepłe, wilgotne języki ocierały się o siebie. Ten jego smakował
miętą, kawą i jeszcze kilkoma składnikami, których nie potrafiła
określić, ale niewiele ją to interesowało. Przymknęła powieki i pozwoliła się ponieść.
Choć wszystko zaczęło się od próby uwiedzenia Gregory'ego Hewitta,
zdobyczą okazała się ona! Lissianna zatraciła się w pocałunku i pozwalała językowi wypełniać i pieścić jej usta w niemym pożądaniu,
które przyprawiało ją o ciarki. Na chwilę zupełnie zapomniała o początkowych zamiarach. Poprawiła się na łóżku i ułożyła obok mężczyzny.
Zaplotła nogi wokół jego ud, dłonią nie przestawała przeczesywać włosów.
Poczuła, że zaczął mocniej szarpać za linę, dopiero gdy przerwał
pocałunek.
- Rozwiąż mnie. Chcę cię dotknąć - wymruczał.
Mimo olbrzymiej pokusy, Lissianna zignorowała tę prośbę i zamiast tego
zaczęła całować jego policzek i powoli przesuwać się w dół męskiego
ciała. Jej usta znalazły się na wysokości jego gardła, zetknęli się
biodrami. Obrócił się i przywarł mocniej, co sprawiło przeskok
podniecenia na wyższy poziom. Wyrwał mu się jęk zawodu i rozkoszy
zarazem. Miotał się pod nią niespokojnie, podczas gdy jej wargi
podróżowały po jego szyi, aż Lissianna odnalazła żyłę szyjną i głęboko
zatopiła kły.
Osłupiały mężczyzna znieruchomiał, po czym równie szybko się rozluźnił,
wydając z siebie długi jęk. Lissianna rozpoczęła żerowanie; jej umysł
eksplodował rozkoszą, którą przekazała Gregowi. Doświadczenie było
nieporównywalne z jej wcześniejszą przygodą z Dwayne'em. Jedzenie nigdy
dotąd nie kojarzyło się jej z erotyką, ale z drugiej strony nigdy nie
musiała uwodzić ofiar. Zazwyczaj przejmowała kontrolę nad ich umysłami i zabierała się do dzieła. Tym razem działo się inaczej. Oboje byli
podnieceni, a przepływająca do jej ciała krew utworzyła między nimi
most, łączący wrażenia i potęgujący je, gdy Greg otworzył na Lissiannę
swe myśli. Ona jednak nie do końca panowała nad sytuacją. Była w stanie
jedynie wysyłać swoje myśli i odbierać te płynące od niego.
Wszystko wirowało jak w kalejdoskopie. Fala myśli i emocji zalewała jej
umysł. Namiętność, pożądanie, inteligencja, sympatia, honor, odwaga...
Lissianna zajrzała w okno jego duszy i przez te kilka chwil dowiedziała
się o nim więcej niż z setek rozmów. Nie było w tym kłamstw, półprawd
ani obliczonego na efekt krętactwa. Był tylko on, a potem wszystko
zmiotła lawina pożądania.
Zapomniała o planach uspokojenia ofiary i o całym świecie. Czuła
wyłącznie głód, potrzebę krwi i zupełnie nowe pragnienie rozkoszy. W chwili gdy leżeli spleceni, jęczący, z wygiętymi w łuk i ocierającymi
się o siebie ciałami, tylko ten mężczyzna zdawał się być w stanie
zaspokoić jej głód. Lissianna mogłaby niechcący wypić go do sucha, gdyby
z szaleństwa nie wyrwał jej głos Thomasa.
- Nie rozumiem, dlaczego tak się złościsz. Po prostu poszła na górę po
nowe rajstopy...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki