Ukąszenie. Ród Argeneau. Tom 1 - Lynsay Sands

Kup ebooka

39.90 zł
23.94 zł (33,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

PRO­LOG

Listo­pad 2000

To tylko mała pro­szona kola­cja... - Aha.

Greg Hewitt wstał z fotela, przy­trzy­mu­jąc słu­chawkę mię­dzy ramie­niem a policz­kiem. Manew­ru­jąc tak, by nie wypa­dła, zaczął sprzą­tać biurko i szy­ko­wać się do wyj­ścia z pracy.

W gło­sie Anne pobrzmie­wały pro­sząco-naga­bu­jące tony, co ni­gdy nie wró­żyło dobrze. Greg wes­tchnął pod nosem i pokrę­cił głową, pod­czas gdy jego sio­stra jak kata­rynka opo­wia­dała o wykwint­nych daniach i innych pla­no­wa­nych atrak­cjach, w nadziei, że prze­ko­nają go do sta­wie­nia się na kola­cji. Zauwa­żył, że sło­wem nie wspo­mniała o gościach, lecz skład oso­bowy nie sta­no­wił dla niego tajem­nicy. Prze­czu­wał, że szy­kuje się kolejny wie­czór w towa­rzy­stwie młod­szej sio­stry, jej męża Johna oraz ich kolej­nej samot­nej zna­jo­mej, którą Anne będzie pró­bo­wała wyswa­tać.

- To jak będzie?

Greg zamilkł na chwilę i prze­ło­żył słu­chawkę do dłoni.

Naj­wy­raź­niej coś mu umknęło.

- Prze­pra­szam, o co pytasz?

- No, o któ­rej się cie­bie jutro spo­dzie­wać?

- Jutro nie dam rady. Będę za gra­nicą - dodał szybko, by uprze­dzić maru­dze­nie sio­stry.

- Jak to? - spy­tała i zamil­kła na chwilę. - Dla­czego?

Dokąd jedziesz? - dodała podejrz­li­wie.

- Wyla­tuję do Mek­syku na waka­cje. Wła­śnie dla­tego do cie­bie dzwo­ni­łem. Mam z samego rana samo­lot do Cancún.

Zado­wo­lony z efektu Greg uśmiech­nął się sze­roko. Prze­ło­żył tele­fon do dru­giej dłoni, zakła­da­jąc zrzu­coną w ciągu dnia mary­narkę.

- Na waka­cje? - prze­mó­wiła wresz­cie Anne. - Do Mek­syku?

Greg nie wie­dział, czy zdzi­wie­nie sio­stry bar­dziej go bawiło, czy napa­wało smut­kiem, sta­no­wiąc smętny komen­tarz do jego dotych­cza­so­wego życia. To miały być jego pierw­sze waka­cje, odkąd osiem lat temu otwo­rzył wła­sny gabi­net psy­cho­lo­giczny. A tak naprawdę nie miał praw­dzi­wego urlopu od początku stu­diów. Był typo­wym, nasta­wio­nym na suk­ces pra­co­ho­li­kiem, goto­wym poświę­cić na osią­gnię­cie celu nie­zli­czone godziny. A takie podej­ście nie zosta­wia wiele miej­sca na życie towa­rzy­skie... Ten wyjazd nale­żał mu się już dawno.

- Słu­chaj, muszę się zbie­rać. Wyślę ci pocz­tówkę z Mek­syku. Pa! - Greg odło­żył słu­chawkę, zanim Anne zdą­żyła cokol­wiek powie­dzieć, chwy­cił za teczkę i wybiegł z biura.

Gdy zamy­kał drzwi, gonił go natar­czywy dzwo­nek tele­fonu. Anne ni­gdy nie dawała łatwo za wygraną, uśmiech­nął się lekko. Zigno­ro­wał ten dźwięk, scho­wał klu­cze do kie­szeni i ruszył przez kory­tarz do windy.

Dok­tor Gre­gory Hewitt wła­śnie ofi­cjal­nie roz­po­czął waka­cje i odda­la­jąc się z tą świa­do­mo­ścią od biura, czuł coraz więk­szy luz. Pogwiz­du­jąc pod nosem, wsiadł do windy i odwró­cił się, by wci­snąć przy­cisk z sym­bo­lem P3. Na widok zamy­ka­ją­cych się drzwi kobieta na kory­ta­rzu przy­śpie­szyła kroku. Greg prze­stał gwiz­dać i odru­chowo się­gnął do tablicy, szu­ka­jąc wzro­kiem przy­cisku otwie­ra­ją­cego drzwi. Nie­po­trzeb­nie - nie­zna­joma oka­zała się nie­zwy­kle szybka. Prze­mknęła przez szparę tuż przed zatrza­śnię­ciem.

Greg opu­ścił dłoń i uprzej­mie zro­bił miej­sce nowej pasa­żerce. W drzwiach powi­tał ją zacie­ka­wio­nym spoj­rze­niem, zasta­na­wia­jąc się, skąd wła­ści­wie się wzięła? Szedł prze­cież przez pusty kory­tarz i nie sły­szał trza­sku zamy­ka­nych lub otwie­ra­nych drzwi... Choć, z dru­giej strony, mógł być zato­piony w myślach o nad­cho­dzą­cych waka­cjach. Na tym samym pię­trze, co jego gabi­net, mie­ściło się jesz­cze kilka biur i nie­zna­joma mogła wyjść z każ­dego z nich, Greg był jed­nak prze­ko­nany, że ni­gdy wcze­śniej jej nie widział.

Twarz tajem­ni­czej kobiety zale­d­wie mu mignęła; nie potra­fił dokład­nie przy­po­mnieć sobie jej rysów. Zapa­mię­tał jedy­nie nie­zwy­kłe oczy o nie­co­dzien­nym kolo­rze sre­brzy­stego błę­kitu. Nie­ty­powe i jakże piękne! Z pew­no­ścią nosi soczewki kon­tak­towe, pomy­ślał, i natych­miast stra­cił zain­te­re­so­wa­nie. Potra­fił doce­nić kobiecą urodę i nie był prze­ciw­ni­kiem zabie­gów mają­cych wydo­być jej atuty, znie­chę­cało go jed­nak sztuczne popra­wia­nie wdzię­ków dla zwró­ce­nia na sie­bie uwagi.

Porzu­ciw­szy roz­my­śla­nia o nie­zna­jo­mej, oparł się o ścianę windy i powró­cił do pla­no­wa­nia nad­cho­dzą­cej podróży. Marzyły mu się roz­liczne wycieczki, ni­gdy bowiem nie był w kraju tak egzo­tycz­nym, jak Mek­syk, i chciał zoba­czyć moż­li­wie naj­wię­cej atrak­cji. Oprócz wyle­gi­wa­nia się na plaży miał nadzieję spró­bo­wać lotu na spa­do­chro­nie za moto­rówką, nur­ko­wa­nia z fajką i - kto wie? - być może kar­mie­nia del­fi­nów z łódki.

Zapla­no­wał wyprawę do muzeum Casa Maya, parku i skan­senu w jed­nym, gdzie odtwo­rzono warunki życia daw­nych gospo­da­rzy tej ziemi - Majów. Ponoć po par­ko­wych ścież­kach prze­cha­dzały się zamiesz­ku­jące tam zwie­rzęta. Nie zapo­mi­najmy o noc­nym życiu, pomy­ślał. O ile wystar­czy mi ener­gii po tak aktyw­nym wypo­czynku, może wybiorę się do jakiejś dys­ko­teki w stylu coco bongo lub do Bul­l­dog Café powy­gi­nać się z innymi w takt ogłu­sza­ją­cej muzyki?

Z zamy­śle­nia nad pół­na­gimi tan­cer­kami wyrwał go wysoki dźwięk zapo­wia­da­jący otwar­cie drzwi. Greg zer­k­nął na wyświe­tlacz. Wid­niał na nim sym­bol P3, czyli trze­cie pię­tro par­kingu. Tu wysiada.

Poże­gnał towa­rzyszkę grzecz­nym ski­nie­niem głowy, wyszedł i ruszył przez ogromny, nie­mal pusty par­king. W zakąt­kach jego myśli wciąż sza­lały skąpo odziane tan­cerki, więc nie od razu usły­szał zbli­ża­jące się kroki. Już miał się obej­rzeć, lecz w pół drogi zmie­nił zda­nie. Po par­kingu niósł się cha­rak­te­ry­styczny stu­kot obca­sów o beton - ryt­miczne, ostre i odbi­ja­jące się echem krót­kie odgłosy.

Bru­netka z windy naj­wy­raź­niej też zosta­wiła samo­chód na trze­cim pię­trze.

Greg omiótł opu­sto­szały par­king nie­obec­nym wzro­kiem. Gdzieś tutaj powi­nien znaj­do­wać się jego samo­chód... Nagle jego spoj­rze­nie padło na pod­pie­ra­jącą sufit jedną z belek. Wid­niał na niej duży, wyma­lo­wany czarną farbą na beto­no­wym dźwi­ga­rze sym­bol P1. Greg zwol­nił kroku i zasta­no­wił się przez chwilę. Poziomy P1 i P2 były zare­zer­wo­wane dla gości roz­ma­itych biur i firm mają­cych sie­dzibę w tym budynku, a on zawsze zosta­wiał swoje auto na P3. I jesz­cze ten wyświe­tlacz w win­dzie... Naj­wy­raź­niej coś mu się pomy­liło. Zatrzy­mał się i zawró­cił.

To jest wła­ściwy poziom, dotarło do niego. Samo­chód stoi naprze­ciwko.

- Oczy­wi­ście! - wymam­ro­tał pod nosem i ruszył naprzód. Pod­szedł do samot­nie sto­ją­cego auta.

Myśl, że ten mały, spor­towy wozik wcale do niego nie należy, prze­mknęła mu przez głowę dopiero, gdy otwie­rał bagaż­nik. Prze­cież ja jeż­dżę gra­na­to­wym bmw! Nie­po­ko­jący impuls znikł jed­nak rów­nie szybko, jak się poja­wił, zdmuch­nięty niczym wątły pło­mień świecy.

Greg się odprę­żył, wrzu­cił teczkę do bagaż­nika, po czym umo­ścił się w cia­snej prze­strzeni obok i zatrza­snął za sobą klapę.

Rozdział 1

ROZ­DZIAŁ 1

Mmm. Uwiel­biam zapach two­ich wło­sów.

- Ojej, Bob, dzię­kuję. - Lis­sianna Arge­neau rozej­rzała się ostroż­nie po ciem­nym par­kingu i z ulgą stwier­dziła, że oprócz nich nie było tam żywego ducha. - Czy mógł­byś jed­nak zabrać dłoń z mojej pupy?

- Dwayne.

- Słu­cham? - Skon­ster­no­wana Lis­sianna zer­k­nęła na przy­stoj­niaka.

- Mam na imię Dwayne - wyja­śnił, uśmie­cha­jąc się sze­roko.

- Och - wes­tchnęła. - Zatem, Dwayne, czy możesz zabrać dłoń z mojej pupy?

- Myśla­łem, że ci się podo­bam - rzekł, nie odkle­ja­jąc dłoni od jej lewego pośladka. Co gor­sza, zaczął ją pod­szczy­py­wać w zde­cy­do­wa­nie zbyt poufały spo­sób.

Choć w pełni na to sobie zasłu­żył, Lis­sianna powstrzy­mała nagłą chęć zada­nia mu ogłu­sza­ją­cego ciosu i porzu­ce­nia w krza­kach. Zamiast tego przy­wo­łała na twarz wymu­szony uśmiech.

- Ow­szem, ale pocze­kajmy może, aż doj­dziemy do two­jego wozu...

- Ach, tak. Mój wóz... - prze­rwał jej. - No więc... Lis­sianna zatrzy­mała się w pół kroku i spoj­rzała na Dwayne'a badaw­czo. Na widok zmie­sza­nej miny chło­paka jej oczy zamie­niły się w wąskie szparki.

- Co znowu?

- Nie mam samo­chodu - wyznał Dwayne.

Lis­sianna zamru­gała, powoli przy­swa­ja­jąc tę rewe­la­cję. W Kana­dzie każdy, kto koń­czy dwa­dzie­ścia pięć lat, ma samo­chód. No, pra­wie każdy. Nawet jeśli było to stwier­dze­nie nieco na wyrost, więk­szość samot­nych męż­czyzn w wieku rand­ko­wym dys­po­no­wała jakimś pojaz­dem. Tak brzmiała nie­pi­sana zasada.

Zanim zdą­żyła cokol­wiek powie­dzieć, Dwayne dodał szybko:

- Myśla­łem, że to ty masz samo­chód.

Lis­sianna nachmu­rzyła się, usły­szaw­szy pobrzmie­wa­jące w tym zda­niu oskar­ży­ciel­skie tony. W nie­któ­rych dzie­dzi­nach życia eman­cy­pantki naprawdę wyświad­czyły kobie­tom niedź­wie­dzią przy­sługę! Gdzie te czasy, w któ­rych Dwayne, jako męż­czy­zna, albo miałby samo­chód, albo bez zasta­no­wie­nia wziąłby na sie­bie cię­żar zna­le­zie­nia im ustron­nego miej­sca. Tym­cza­sem to on wyglą­dał na nie­za­do­wo­lo­nego. Zupeł­nie jakby to Lis­sianna go zawio­dła!

- Ow­szem, mam samo­chód - powie­działa obron­nym tonem. - Ale dziś wie­czo­rem ktoś mnie tutaj pod­wiózł.

- Ta laska z różo­wymi wło­sami?

- Nie, to moja przy­ja­ciółka, Mira­beau. Przy­wiózł nas tu mój kuzyn, Tho­mas - odparła Lis­sianna, błą­dząc myślami gdzie indziej. Ana­li­zo­wała sytu­ację.

Dwayne nie miał wozu, jeep Tho­masa zaś stał zamknięty na par­kingu. Mogłaby pobiec do baru, odna­leźć kuzyna i popro­sić go o klu­czyki. Z dru­giej strony jed­nak nie chciała wyko­rzy­sty­wać jego samo­chodu do...

- Nic nie szko­dzi. Nie mam nic prze­ciwko zaba­wom na świe­żym powie­trzu.

Dwayne przy­cią­gnął Lis­siannę za bio­dra, kła­dąc kres jej roz­my­śla­niom. Wzdry­gnęła się i odsu­nęła odru­chowo, uni­ka­jąc bliż­szego kon­taktu z jego tor­sem. Mimo to udało mu się wymu­sić kon­takt na wyso­ko­ści lędźwi i od razu stało się jasne, że i on nie miał nic prze­ciwko zaba­wom na świe­żym powie­trzu. Co wię­cej, napo­tkana twar­dość zdra­dziła Lis­sian­nie, że ta per­spek­tywa zde­cy­do­wa­nie go pod­nie­cała. Cóż, naj­wy­raź­niej kręci go byle co, stwier­dziła w duchu. Jej samej świeże powie­trze nie wyda­wało się pocią­ga­jące, a już z pew­no­ścią nie w środku kana­dyj­skiej zimy.

- No, chodź. - Dwayne puścił jej bio­dra, chwy­cił ją za dłoń i pocią­gnął za sobą na koniec par­kingu.

Jego inten­cje pojęła w pełni, dopiero gdy zapro­wa­dził ją za duże, meta­lowe kon­te­nery na śmieci w naj­ciem­niej­szym rogu.

Zmełła w ustach zło­śliwy komen­tarz na temat jego roman­tycz­nej duszy i podzię­ko­wała losowi, że jest dopiero wcze­sna zima. Jesz­cze nie spadł pierw­szy śnieg, chłód zaś sku­tecz­nie zapo­bie­gał roz­prze­strze­nia­niu się fetoru gni­ją­cych resz­tek.

- Tu będzie dobrze. - Dwayne przy­parł ją do lodo­wa­tej powierzchni pojem­nika.

Lis­sianna wes­tchnęła w duchu i szcze­rze poża­ło­wała, że płaszcz pozo­sta­wiła w samo­cho­dzie. Choć zno­siła chłód lepiej niż prze­ciętni ludzie, nie była nań uod­por­niona cał­ko­wi­cie. Zimny metal pod ple­cami wysy­sał z niej cie­pło, zmu­sza­jąc ciało do dodat­ko­wej pracy przy utrzy­my­wa­niu tem­pe­ra­tury. Lis­sianna była głodna i odwod­niona i dodat­kowy wysi­łek był ostat­nią rze­czą, któ­rej jej orga­nizm potrze­bo­wał w tej chwili.

Z zamy­śle­nia wyrwał ją nie­spo­dzie­wany i nie­zdarny poca­łu­nek. Uznała, że naj­wyż­sza pora prze­jąć kon­trolę nad sytu­acją. Zigno­ro­wała nie­śmiało ocie­ra­jący się o jej zaci­śnięte wargi język, zaci­snęła palce na połach kurtki Dwayne'a i wyko­nała obrót, przy­pie­ra­jąc go do kosza nieco moc­niej, niż zamie­rzała.

- Ho, ho! - zachi­cho­tał, a w jego oczach poja­wił się błysk. - Dzi­ku­ska!

- Podoba ci się? - spy­tała sucho. - Zatem to spodoba ci się jesz­cze bar­dziej!

Roz­pięła jego kurtkę i prze­su­nęła pal­cami wzdłuż karku. Prze­cze­sała dło­nią jego włosy i chwy­ciła za krót­kie kosmyki. Odchy­liła mu głowę do tyłu i zbli­żyła usta do szyi.

Gdy deli­kat­nie prze­su­wała wargi wzdłuż żyły szyj­nej, Dwayne pomru­ki­wał z roz­ko­szy. Zna­la­zł­szy naj­do­god­niej­sze miej­sce, Lis­sianna otwo­rzyła usta, nabrała powie­trza przez nos, wysu­nęła oka­załe kły, a następ­nie zato­piła je w szyi ofiary.

Dwayne stęk­nął cicho. Nagle cały spięty, na uła­mek sekundy ści­snął ją z całej siły, chwilę póź­niej jed­nak jego mię­śnie roz­luź­niły się, a ciało opa­dło na zimny kon­te­ner. Lis­sianna prze­ka­zy­wała mu wła­sne dozna­nia - satys­fak­cję z prze­pływu krwi wprost do jej ciała, które, pobu­dzone i oszo­ło­mione, chci­wie przyj­mo­wało zdo­bycz.

Jedyne zja­wi­sko, do któ­rego potra­fi­łaby przy­rów­nać to uczu­cie, to nie­bez­pieczny prze­chył statku wywo­łany przej­ściem wszyst­kich pasa­że­rów na jedną burtę. Ciało Lis­sianny reago­wało podob­nie - wygłod­niała fala ruszyła ze wszyst­kich jej koń­czyn wprost do głowy, by wchło­nąć życio­dajny płyn, wpom­po­wy­wany przez kły do jej orga­ni­zmu. W niczym nie przy­po­mi­nało to nie­przy­jem­nych zawro­tów głowy. Lis­sianna wyobra­żała sobie, że podobne dozna­nia towa­rzy­szą przy­ję­ciu dawki nar­ko­tyku. Z tym że w jej przy­padku nie był to żaden psy­cho­trop, a sub­stan­cja nie­zbędna do życia.

Dwayne wydał z sie­bie cichy jęk roz­ko­szy. Odgłos był jak echo jej nie­mego wes­tchnie­nia w reak­cji na powoli obej­mu­jące ciało roz­luź­nie­nie.

Za wolno!, zdała sobie sprawę. Coś jest nie tak!

Nie wyj­mu­jąc kłów z szyi ofiary, zaczęła czy­tać w myślach chło­paka. Szybko ziden­ty­fi­ko­wała źró­dło pro­blemu. Dwayne wcale nie był takim zdro­wym i krzep­kim oka­zem, na jaki wyglą­dał. Jego myśli zdra­dziły, że twar­dość wpie­ra­jąca się w jej pod­brzu­sze to scho­wany wcze­śniej w spodniach ogó­rek, sze­ro­kie ramiona - zasługa wszy­tych do kurtki podu­szek, ape­tyczna zaś, spor­towa opa­le­ni­zna to wynik dzia­ła­nia samo­opa­la­cza. Miała ukry­wać spo­wo­do­waną ane­mią natu­ralną bla­dość...

Lis­sianna, klnąc pod nosem, ode­rwała się od jego szyi. Szybko scho­wała kły i przyj­rzała się ofie­rze. Odru­chowo ponow­nie wśli­znęła się w jej myśli, by odpo­wied­nio zmo­dy­fi­ko­wać wspo­mnie­nia. Była wście­kła.

Była wście­kła i na Mira­beau, bo pode­rwała chło­paka na prze­ką­skę wyłącz­nie ze względu na jej nale­ga­nia. Lis­sianna dosko­nale wie­działa, że jej matka trzyma coś w zana­drzu, i chciała pocze­kać z ucztą do przy­ję­cia uro­dzi­no­wego, lecz jej kuzynka Jeanne Louise i Mira­beau mar­twiły się, że widząc bla­dość córki, Mar­gu­erite Arge­neau umie­ści ją w domu pod kro­plówką.

Cała histo­ria zmie­rzała w kie­runku nie­szczę­śli­wego finału. Gdy Dwayne zaczął się do niej zale­cać, Lis­sianna dała się namó­wić Mira­beau i wcią­gnęła go na prze­ką­skę. Dopiero po chwili zorien­to­wała się, że coś z nim nie tak, a potem potrze­bo­wała kolej­nych kilku minut, by doszu­kać się infor­ma­cji o jego ane­mii. Miała tylko nadzieję, że w tym cza­sie nie pozba­wiła go zbyt dużej ilo­ści krwi.

Skoń­czyw­szy mody­fi­ko­wać pamięć Dwayne'a, Lis­sianna spoj­rzała na niego z tro­ską i poiry­to­wa­niem jed­no­cze­śnie. Mimo sztucz­nej opa­le­ni­zny wyglą­dał blado, lecz był w sta­nie stać o wła­snych siłach. Przy­ło­żyła palce do jego nad­garstka, zmie­rzyła mu puls i uspo­ko­iła się nieco; tętno, choć przy­śpie­szone, było łatwo wyczu­walne. Do rana powi­nien wydo­brzeć. Przez pewien czas zapewne będzie się czuł słabo, choć z dru­giej strony zasłu­żył sobie na to, usi­łu­jąc pod­ry­wać dziew­czyny na ogórki i poduszki na ramio­nach. Idiota.

Nie­któ­rzy ludzie to straszni głupcy, pomy­ślała ze zło­ścią. Dzieci prze­bie­rają się, żeby uda­wać star­szych, a doro­śli pro­wa­dzają się w gor­se­tach, z podusz­kami na ramio­nach czy z innymi sili­ko­no­wymi dodat­kami, uda­jąc kogoś, kim w rze­czy­wi­sto­ści nie są, lub by przy­dać sobie cech, które uwa­żają za atrak­cyjne. Z cza­sem to się tylko pogar­sza. Zasta­na­wiała się, dla­czego do śmier­tel­ni­ków nie dociera, że są wystar­cza­jąco dobrzy tacy, jacy są. Powinni wie­dzieć, że osoby, które wpę­dziły je w poczu­cie niż­szo­ści, mają z tym jesz­cze więk­szy pro­blem.

Lis­sianna wpro­wa­dziła do pamięci Dwayne'a wspo­mnie­nie, że gorzej się poczuł i wyszedł, by zaczerp­nąć powie­trza. Naka­zała mu zostać na zewnątrz, aż minie osła­bie­nie, a potem wró­cić tak­sówką do domu. Zamknęła mu powieki i na zakoń­cze­nie wyma­zała z jego wspo­mnień swoją osobę. Upew­niw­szy się, że dobrze wyko­nała zada­nie, zosta­wiła go na chwiej­nych nogach tam, gdzie był, i omi­ja­jąc śmiet­niki, wró­ciła na par­king.

- Lissi? - Z mroku wyło­niła się ciemna postać.

- Ojciec Joseph? - Lis­sianna unio­sła brew i skrę­ciła w kie­runku star­szego pana.

Duchowny był jej zwierzch­ni­kiem w ośrodku dla bez­dom­nych, w któ­rym pra­co­wała na nocną zmianę. Prze­sia­dy­wa­nie w barach po nocy raczej nie nale­żało do jego roz­ry­wek.

- Co ojciec tu robi?

- Bill powie­dział mi, że na uli­cach poja­wił się nowy dzie­ciak. Jego zda­niem ma naj­wy­żej dwa­na­ście lub trzy­na­ście lat i pra­wie na pewno żywi się reszt­kami z tych śmiet­ni­ków. Mia­łem nadzieję, że go tu spo­tkam i namó­wię na prze­no­siny do naszego przy­tułku.

- Och. - Lis­sianna rozej­rzała się po par­kingu.

Bill bywał w ośrodku czę­stym gościem i nie­rzadko wska­zy­wał im osoby, które mogły potrze­bo­wać pomocy. Jeśli powie­dział, że na ulicy poja­wił się nowy dzie­ciak, to zna­czyło, że się poja­wił. W tych spra­wach Bill był nie­za­wodny. Z kolei ojciec Joseph był rów­nie nie­za­wodny w kwe­stii odnaj­dy­wa­nia zagu­bio­nych dzieci, zanim w odru­chu despe­ra­cji zro­bią coś głu­piego lub dadzą się wcią­gnąć w nar­ko­tyki albo pro­sty­tu­cję.

- Mogę pomóc. - Zaofe­ro­wała się Lis­sianna. - Pew­nie jest gdzieś tutaj. Ja...

- Nie, nie trzeba. Masz dzi­siaj wolne - powie­dział ojciec Joseph, po czym spo­waż­niał. - Co wię­cej, nie masz na sobie płasz­cza. Co tu robisz o tej porze bez okry­cia?

- Och. - Lis­sianna zer­k­nęła w popło­chu na śmiet­niki, zza któ­rych docie­rały głu­che łomoty.

Szybko podej­rzała myśli Dwayne'a. Idiota, ude­rzył głową o pojem­nik, na któ­rym się wspie­rał. Odwró­ciła się i pochwy­ciła wzrok ojca Jose­pha, badaw­czo przy­glą­da­ją­cego się kon­te­ne­rom.

- Zosta­wi­łam coś w samo­cho­dzie kuzyna - powie­działa szybko, pró­bu­jąc odwró­cić jego uwagę od hała­sów.

Było to bez­czelne kłam­stwo. Lis­sianna miała szczerą nadzieję, że męż­czy­zna nie zauwa­żył, skąd dokład­nie wycho­dziła, i uzna, że wysia­dła z małej, czar­nej mazdy zapar­ko­wa­nej w pobliżu śmiet­ni­ków. Nie chcąc kła­mać wię­cej, niż było to konieczne, zaczęła roz­cie­rać ramiona.

- Jed­nak ma ojciec rację. Strasz­nie tu zimno!

- Zga­dza się - spoj­rzał z tro­ską. - Lepiej wra­caj do baru. Lis­sianna ski­nęła głową i życząc mu spo­koj­nej nocy, sal­wo­wała się ucieczką. Ener­gicz­nym truch­tem poko­nała par­king, skrę­ciła za rogiem i zwol­niła dopiero, gdy weszła do zatło­czo­nej i gło­śnej prze­strzeni.

Nie była w sta­nie wyło­wić z tłumu Tho­masa, lecz za sprawą cykla­me­no­wego bale­jażu na koń­ców­kach czar­nych wło­sów przy­ja­ciółki nie­mal od razu zauwa­żyła przy barze Mira­beau i Jeanne Louise.

- Hm, wyglą­dasz... - Zawie­siła głos ta pierw­sza.

- ...dokład­nie tak samo. Co się stało? - spy­tała.

- Ane­mik - rzu­ciła poiry­to­wana Lis­sianna.

- A wyglą­dał tak zdrowo! - wes­tchnęła Jeanne Louise.

- Wypchane ramiona i samo­opa­lacz - odparła. - Ale to jesz­cze nie wszystko.

- Aż się boję zapy­tać - stwier­dziła sucho Mira.

- Wło­żył sobie ogó­rek w spodnie - oznaj­miła Lis­sianna, krzy­wiąc twarz.

Jeanne popa­trzyła na nią z nie­do­wie­rza­niem i zachi­cho­tała, Mira­beau zaś tylko stęk­nęła.

- To musiał być chyba ogó­rek wąż, bo wyglą­dał impo­nu­jąco...

- Przy­glą­da­łaś mu się? - Lis­sianna otwo­rzyła sze­roko usta.

- A ty nie?

Jeanne Louise wybuch­nęła dzi­kim śmie­chem. Lis­sianna pokrę­ciła głową i rozej­rzała się po barze.

- Gdzie jest Tho­mas?

- Tutaj.

Poczuła jego dłoń na ramie­niu i odwró­ciła głowę.

- Dobrze sły­sza­łem? Wasz Romeo para­do­wał z ogór­kiem w gaciach? - zapy­tał, wyraź­nie roz­ba­wiony, roz­ma­so­wu­jąc ramię Lis­sianny.

Ski­nęła głową z obrzy­dze­niem.

- Nie do wiary, prawda? Tho­mas się roze­śmiał.

- Choć nie jest to szcze­gól­nie zabawne, nie jest nie­moż­liwe. Kobiety zaczęły od wypy­cha­nia sta­ni­ków, to teraz męż­czyźni wypy­chają bok­serki. - Pokrę­cił głową. - Co za świat! Jego słowa spra­wiły, że usta Lis­sianny powoli roz­cią­gnęły się w uśmie­chu i zupeł­nie prze­szło jej poiry­to­wa­nie. Nie była zła, że Dwayne para­do­wał z ogór­kiem; w grun­cie rze­czy mało ją inte­re­so­wała zawar­tość bok­se­rek. Nawet nie chciała robić sobie z niego prze­gryzki. Zło­ścił ją zmar­no­wany czas oraz fakt, że zużyła wię­cej ener­gii na dogrze­wa­nie się na zewnątrz, niż udało jej się uzy­skać ze sła­bej krwi ofiary. Teraz była jesz­cze bar­dziej głodna niż przed wyj­ściem. Całe przed­się­wzię­cie jedy­nie podraż­niło jej ape­tyt.

- Kiedy będziemy ruszać do mamy? - spy­tała z nadzieją w gło­sie.

Mira­beau i kuzyni jed­nak już wcze­śniej posta­no­wili zabrać ją do klubu tanecz­nego, a dopiero stam­tąd na orga­ni­zo­wane przez matkę przy­ję­cie uro­dzi­nowe. Wtedy pomysł ten przy­padł Lis­sian­nie do gustu, lecz teraz była wygłod­niała jak wil­czyca i naj­chęt­niej jak naj­szyb­ciej poje­cha­łaby na imprezę i skon­su­mo­wała cokol­wiek, co mama trzy­mała w zana­drzu dla swo­jej córeczki. Osią­gnęła sta­dium, w któ­rym pozwo­li­łaby się nakar­mić dożyl­nie, a to już coś zna­czyło. Lis­sianna nie­na­wi­dziła kar­mie­nia przez kro­plówkę.

- Jest dopiero parę minut po dzie­wią­tej - stwier­dziła Mira­beau, zer­ka­jąc na zega­rek. - Mar­gu­erite zabro­niła nam przy­wo­zić cię przed dwu­dzie­stą drugą.

- Hm. - Lis­sianna skrzy­wiła usta. - Czy ktoś z was wie, dla­czego przy­ję­cie zaczyna się tak późno?

- Cio­cia Mar­gu­erite powie­działa, że musi jesz­cze ode­brać coś na mie­ście i że może to zro­bić dopiero po dzie­wią­tej - wyja­śnił Tho­mas. - Trzeba doli­czyć czas na powrót, co ozna­cza, że wszystko zacznie się nie wcze­śniej niż po godzi­nie - wzru­szył ramio­nami.

- Na pewno poje­chała po pre­zent - uznała Mira­beau.

- Nie sądzę - rzekł Tho­mas. - Wspo­mi­nała coś o kar­mie­niu Lis­sianny. Podej­rze­wam, że odbiera jakiś spe­cjalny deser. Albo coś w tym guście.

- Spe­cjalny deser? - Znie­nacka zain­te­re­so­wała się Jeanne Louise. - Na mie­ście? Po dzie­wią­tej? - Spoj­rzała na pod­eks­cy­to­waną pomy­słem jubi­latkę. - Czyżby "słodki ząbek"? - Pod­su­nęła życz­li­wie.

- Nie­wąt­pli­wie. - Zgo­dziła się Lis­sianna i wyszcze­rzyła się w uśmie­chu na samą myśl o nie­spo­dziance.

Odzie­dzi­czyła po matce sła­bość do sło­dy­czy, a "słod­kie ząbki" - jak okre­ślało się nie­zdia­gno­zo­wa­nych dia­be­ty­ków z nie­bez­piecz­nie wyso­kim pozio­mem cukru we krwi - ucho­dziły za naj­lep­sze. Jed­nak przy­smak sta­no­wił praw­dziwą rzad­kość, bo wsku­tek wam­pi­rzej dzia­łal­no­ści ich liczba malała z roku na rok. Po prze­ką­sce krwio­pijcy zawsze zosta­wiali ofiarę z myślą, że powinna umó­wić się na bada­nie, czym na trwale usu­wali ten kon­kretny "słodki ząbek" z menu.

- Rze­czy­wi­ście, może i o to cho­dzi - stwier­dził Tho­mas. - To by wyja­śniało nagłą ochotę ciotki Mar­gu­erite na prze­jażdżkę po Toronto. Prze­cież ona nie znosi jazdy po mie­ście i unika jej jak ognia.

- Mogła popro­sić Bastiena, żeby pode­słał jej samo­chód służ­bowy z kie­rowcą - powie­działa Mira­beau.

Na wspo­mnie­nie o bra­cie Lis­sianny, sze­fie Arge­neau Enter­pri­ses, Tho­mas tylko pokrę­cił głową.

- Nie. Pro­wa­dziła wóz samo­dziel­nie i nie wyglą­dała na szczę­śliwą z tego powodu.

Lis­sianna krę­ciła się znie­cier­pli­wiona.

- To jak? Kiedy możemy ruszać? - spy­tała. Tho­mas się zawa­hał.

- Jest piąt­kowy wie­czór i mogą być korki. Wszy­scy jadą na week­end za mia­sto... - Zamy­ślił się. - Sądzę, że możemy się zbie­rać za kwa­drans, bez ryzyka, że przy­je­dziemy za wcze­śnie.

- A może wyru­szymy zaraz, tylko będziesz jechał powoli? - Pod­su­nęła Lis­sianna.

- A co, tacy jeste­śmy nudni? - zapy­tał roz­ba­wiony.

- Nie, nie cho­dzi o was. To ten bar. Czuję się tutaj jak na mię­snym targu. - Zmarsz­czyła nos Lis­sianna.

- W porządku, mało­latko. - Tho­mas z roz­czu­le­niem zmierz­wił jej włosy.

Był od niej cztery lata star­szy, ale bliż­szy niż rodzeni bra­cia. Cóż, w końcu razem dora­stali.

- Jedziemy. Będę nas wiózł naj­wol­niej, jak się da.

- Jasne! - Prych­nęła Jeanne Louise. - Już to widzę. Zebrali płasz­cze i ruszyli do wyj­ścia, a Lis­sianna uśmiech­nęła się sze­roko. Tho­mas lubił szybką jazdę i scep­ty­cyzm Jeanne Louise był w pełni uza­sad­niony. Ona sama zaś miała pew­ność, że dotrą do domu przed cza­sem i zezłosz­czą matkę, była jed­nak skłonna ponieść to ryzyko.

Gdy pro­po­no­wała opusz­cze­nie baru, zdą­żyła już nie­mal zapo­mnieć o spo­tka­niu z ojcem Jose­phem. Nie natknęli się na niego rów­nież po dro­dze do jeepa. Naj­wy­raź­niej pod­dał się albo kon­ty­nu­ował poszu­ki­wa­nia w innym miej­scu. Kolejna myśl Lis­sianny doty­czyła Dwayne'a. Już z samo­chodu rzu­ciła okiem na mijane śmiet­niki, wypa­tru­jąc sie­dzą­cej postaci, lecz nie było po niej śladu. Cóż, też sobie poszedł. Lis­sianna była wpraw­dzie nieco zasko­czona, że chło­pak tak szybko doszedł do sie­bie, lecz zbyła sprawę wzru­sze­niem ramion. W końcu nie leżał nie­przy­tomny na środku par­kingu, musiał więc zła­pać tak­sówkę.

Przez mia­sto prze­je­chali bez trudu. Było na tyle późno, że omi­nęli naj­gor­sze korki i szybko dotarli do domu na przed­mie­ściach. Zbyt szybko.

- Jeste­śmy pół godziny przed cza­sem... - powie­działa Jeanne Louise z tyl­nego sie­dze­nia, gdy Tho­mas par­ko­wał jeepa za czer­wo­nym, zgrab­nym spor­to­wym wozem Mar­gu­erite.

- Aha. - Spoj­rzał na dom i wzru­szył ramio­nami. - Chyba nie będzie się gnie­wać?

- Co ozna­cza, że prze­sta­nie się gnie­wać, gdy tylko obda­rzysz ją tym swoim słod­kim uśmie­chem - par­sk­nęła Jeanne Louise. - Zawsze mia­łeś spo­soby na ciotkę Mar­gu­erite.

- A jak myślisz, czemu tak lubi­łam bawić się z Tho­ma­sem, gdy byli­śmy mali? - zapy­tała nie­win­nie Lis­sianna.

- No tak! - roze­śmiał się, wysia­da­jąc z samo­chodu.

- Prawda wyszła na jaw. Lubisz mnie tylko dla­tego, że zawsze rato­wa­łem ci skórę przed matką.

- Chyba nie sądzi­łeś, że tak po pro­stu prze­pa­da­łam za twoim towa­rzy­stwem? - dro­czyła się Lis­sianna.

- Mało­lata! - Pod­szedł do niej i pokle­pał po gło­wie.

- Czy to aby nie jest samo­chód Bastiena? - spy­tała Mira­beau, wygra­mo­liw­szy się wresz­cie z sie­dze­nia pasa­żera i trza­snąw­szy drzwiami.

Lis­sianna zer­k­nęła na ciem­nego mer­ce­desa i ski­nęła głową.

- Na to wygląda.

- Cie­kawe, czy oprócz niego jest ktoś jesz­cze... - mruk­nęła pod nosem Jeanne Louise.

Lis­sianna wzru­szyła ramio­nami.

- Nie widzę tu żad­nych innych wozów. Nie­wy­klu­czone jed­nak, że Bastien mógł zor­ga­ni­zo­wać kilka służ­bo­wych samo­cho­dów do trans­portu gości.

- Nawet jeśli to zro­bił, wąt­pię, żeby ktoś był już na miej­scu - stwier­dziła Mira­beau przy drzwiach wej­ścio­wych. - Wia­domo, że punk­tu­alne poja­wia­nie się na przy­ję­ciu nie jest w dobrym tonie. Robią tak tylko igno­ranci bez wyczu­cia stylu.

- Co czyni z nas tako­wych - skwi­to­wała Lis­sianna.

- A tam! My wyzna­czamy nowe trendy - oznaj­mił Tho­mas, wywo­łu­jąc powszechne chi­choty.

Bastien otwo­rzył im drzwi, zanim zdą­żyli zapu­kać.

- Chyba sły­sza­łem samo­chód.

- Cześć, ziom! - powi­tał go jowial­nie Tho­mas i od razu prze­kro­czył próg, by go wyści­skać. Star­szy pan aż znie­ru­cho­miał, zasko­czony. - Jak leci?

Lis­sianna zagry­zła wargi, by nie wybuch­nąć śmie­chem, i zer­k­nęła kątem oka na Jeanne Louise i Mira­beau. Czym prę­dzej odwró­ciła wzrok, gdyż przy­ja­ciół­kom rów­nie trudno było zacho­wać poke­rową twarz w obli­czu zagrywki Tho­masa. Z cał­kiem nor­mal­nego gościa w mgnie­niu oka prze­isto­czył się w zło­śli­wego pro­wo­ka­tora.

- Tak... więc... Cześć, Tho­mas. - Bastien wyplą­tał się z objęć wylew­nego młod­szego kuzyna.

Wyglą­dał na nieco spe­szo­nego, jak zwy­kle zresztą, bo nie do końca wie­dział, jak ma sobie radzić z tak mło­dym czło­wie­kiem. Wła­śnie jego kon­ster­na­cja spra­wiała, że Tho­mas zacho­wy­wał się wobec niego tak, a nie ina­czej. Obaj starsi bra­cia Lis­sianny (liczyli sobie, odpo­wied­nio, czte­ry­sta lat z okła­dem i ponad sześć­set) trak­to­wali go z góry, tro­chę jak szcze­niaka, co dener­wo­wało go nad­zwy­czaj­nie. Obcho­dze­nie się z kimś, kto ma ponad dwie­ście lat, bywa dla zain­te­re­so­wa­nego potwor­nie iry­tu­jące, więc Tho­mas prze­kor­nie zacho­wy­wał się przy nich jak przy­głup. Zakło­po­ta­nie, w jakie nie­odmien­nie wpra­wiał przy tym obu panów - podej­rze­wała Lis­sianna - dawało mu poczu­cie prze­wagi. Odkąd pamię­tała, jej bra­cia byli bowiem do Tho­masa uprze­dzeni, i jej zda­niem nie doce­niali go tak, jak na to zasłu­gi­wał.

Ona sama musiała zma­gać się z iden­tycz­nymi uprze­dze­niami, więc w pełni rozu­miała postawę kuzyna. Widok star­szych braci zwi­ja­ją­cych się z kon­fu­zji nie prze­sta­wał jej bawić.

- To co, ziom, gdzie ta impreza? - zapy­tał wesoło Tho­mas.

- Jesz­cze się nie zaczęła - odparł Bastien. - Jeste­ście pierwsi.

- O nie, ziom, to ty byłeś pierw­szy. - Rado­śnie popra­wił go Tho­mas. - Nawet nie wiesz, jaką spra­wi­łeś mi ulgę! Gdy­by­śmy przy­szli pierwsi, to, zgod­nie ze sło­wami Mira­beau, byli­by­śmy igno­ran­tami bez wyczu­cia stylu. Ale nie jeste­śmy. I to dzięki tobie! - wyznał.

Lis­sianna zaka­słała gwał­tow­nie, żeby nie wybuch­nąć śmie­chem na widok miny star­szego brata, gdy dotarło do niego, co przed chwilą usły­szał. Gdy się opa­no­wała, Bastien stał pro­sty jak struna, spięty i nieco poiry­to­wany. Zro­biło jej się go szkoda, więc szybko zmie­niła temat.

- Gdzie jest mama? Czy już możemy wcho­dzić, czy zacze­kać jesz­cze kwa­drans?

- Może­cie. - Bastien ustą­pił im miej­sca w przej­ściu.

- Sam doje­cha­łem przed chwilą. Mama mnie wpu­ściła i poszła na górę się prze­brać. Za kilka minut powinna być na dole. Naj­le­piej zacze­kaj­cie na nią w bawialni. Może nie życzyć sobie, żeby­ście oglą­dali deko­ra­cje, zanim nie zjadą się wszy­scy goście.

- W porządku. - Zgo­dziła się Lis­sianna i weszła do domu.

- Może par­tyjka bilarda, ziom? - zapy­tał pogod­nie Tho­mas, idąc w ślady kuzynki.

- Eee... Nie. Dzię­kuję, ale dopóki mama nie będzie gotowa, muszę witać gości - odparł Bastien, wyco­fu­jąc się w głąb kory­ta­rza. - Powiem jej, że już jeste­ście.

- On mnie uwiel­bia - stwier­dził Tho­mas z roz­ba­wie­niem, odpro­wa­dza­jąc Bastiena wzro­kiem.

Roz­ło­żył ramiona i sze­ro­kim gestem skie­ro­wał towa­rzy­stwo do zamknię­tych drzwi po pra­wej stro­nie.

- Chodź­cie, roze­rwiemy się tro­chę. Czy ktoś ma ochotę na bilarda?

- Ja! - zade­kla­ro­wała Mira­beau. - Lissi, masz podarte raj­stopy - dodała.

- Gdzie? - Lis­sianna zatrzy­mała się i zaczęła oglą­dać swoje łydki.

- Z tyłu, na pra­wej. Lis­sianna wykrę­ciła głowę.

- Ech! Pew­nie zacze­pi­łam o coś przy tych śmiet­ni­kach

- mruk­nęła z obrzy­dze­niem, przy­glą­da­jąc się impo­nu­ją­cemu oczku.

- Przy jakich śmiet­ni­kach? - Zain­te­re­so­wał się Tho­mas.

- Nie pytaj! - Ucięła i psyk­nęła. - Muszę zmie­nić raj­stopy. Całe szczę­ście, że przy wypro­wadzce mama kazała mi zosta­wić tro­chę zapa­so­wych ciu­chów. W moim pokoju coś powinno się zna­leźć. Idź­cie do bawialni, dogo­nię was.

- Tylko raz-dwa! - zawo­łał za nią Tho­mas, gdy wbie­gała po scho­dach.

Poiry­to­wana, mach­nęła dło­nią z pół­pię­tra i ruszyła przez kory­tarz do sypialni, choć w duchu przy­zna­wała Tho­ma­sowi rację. Mar­gu­erite Arge­neau praw­do­po­dob­nie nie będzie zachwy­cona ich wcze­śniej­szym przy­by­ciem, lecz kuzy­nek z pew­no­ścią szybko ją obła­skawi. Już choćby z tego jed­nego powodu lepiej by było, gdyby zdą­żyła powi­tać mamę razem ze wszyst­kimi, na dole.

- Ależ z cie­bie tchórz! - Zga­niła się na głos.

W wieku ponad dwu­stu lat już dawno powinna prze­stać się bać mat­czy­nego gniewu.

- Aku­rat! - wymam­ro­tała pod nosem, stwier­dza­jąc w duchu, że pew­nie będzie się jej oba­wiać tak samo, gdy dobije sześć­setki.

Wystar­czyło spoj­rzeć na braci. Byli nie­za­leżni, samo­wy­star­czalni i... mówiąc wprost, sta­rzy, a wciąż liczyli się z humo­rami Mar­gu­erite.

- Naj­wy­raź­niej to u nas rodzinne - stwier­dziła Lis­sianna, otwie­ra­jąc drzwi swo­jego daw­nego pokoju. Sypiała w nim oka­zjo­nal­nie, zwłasz­cza gdy zasie­działa się w rodzin­nym domu zbyt długo, by powró­cić do swo­jego miesz­ka­nia przed wscho­dem słońca.

Wpa­dła z impe­tem do sypialni i sta­nęła jak wryta, patrząc w osłu­pie­niu na roz­cią­gnię­tego na łóżku męż­czy­znę.

- Prze­pra­szam, pomy­li­łam pokoje... - wymam­ro­tała, zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

Ode­tchnęła, nie­przy­tom­nie rozej­rzała się po kory­ta­rzu i po chwili pojęła, że wcale nie popeł­niła pomyłki. To była jej dawna sypial­nia. W końcu spę­dziła w niej kil­ka­dzie­siąt lat swo­jego życia i potra­fiła roz­po­znać wła­sny pokój. Skąd jed­nak wziął się w nim obcy męż­czy­zna? I dla­czego był przy­wią­zany na wznak do jej łóżka?

Zasta­no­wiła się przez chwilę. Jej mama raczej nie wyna­ję­łaby nikomu pokoju, a nawet gdyby miała taki pomysł, naj­pierw skon­sul­to­wa­łaby go z dziećmi. Na pewno też nie umie­ści­łaby loka­tora w sta­rej sypialni Lis­sianny, z któ­rej wciąż prze­cież korzy­stała jej córka, rzadko, bo rzadko, ale jed­nak... Ponadto fakt, że męż­czy­zna tkwił na łóżku skrę­po­wany, raczej eli­mi­no­wał moż­li­wość, że prze­by­wał tu z wła­snej woli.

Na to samo wska­zy­wa­łaby kokarda, pomy­ślała. Nie­zna­jomy miał na szyi fan­ta­zyj­nie zawią­zaną czer­woną wstążkę, którą nie­mal przy­gniótł brodą, gdy pod­niósł głowę, by przyj­rzeć się intru­zowi.

Kokarda osta­tecz­nie uspo­ko­iła Lis­siannę oraz prze­ko­nała ją, że męż­czy­zna to zapewne nie­spo­dzianka, po którą matka wybrała się samo­cho­dem na mia­sto; "słodki ząbek", jak przy­pusz­czała Jeanne Louise. Jed­nak gość na jej łóżku wyglą­dał na cał­kiem zdro­wego, choć z dru­giej strony trudno to stwier­dzić, dopóki nie podej­dzie się wystar­cza­jąco bli­sko cukrzyka. Roz­strzy­ga­jąca byłaby cha­rak­te­ry­styczna słodka woń...

Krótko mówiąc, Lis­sianna wła­śnie podej­rzała nie­chcący swój mobilny tort uro­dzi­nowy. I do tego cał­kiem ape­tyczny, stwier­dziła, przy­po­mi­na­jąc sobie rysy twa­rzy obcego. Facet miał prze­szy­wa­jący i inte­li­gentny wzrok, pro­sty nos, zde­cy­do­wany pod­bró­dek i... cał­kiem ładne ciało. Wycią­gnięty na łóżku, spra­wiał wra­że­nie wyso­kiego, umię­śnio­nego i dość forem­nego.

Natu­ral­nie, po doświad­cze­niu z Dwayne'em Lis­sianna wie­działa już, że każda mary­narka może kryć roz­ma­ite ulep­sza­cze. Wpraw­dzie nie przyj­rzała się swemu pre­zen­towi pod kątem ogór­ków, ale zdą­żyła dostrzec brak wyraź­nej opa­le­ni­zny (ani osią­gnię­tej za pomocą samo­opa­la­cza, ani żad­nej innej), choć męż­czy­zna nie wyglą­dał na ane­mika. Nie, matka Lis­sianny z pew­no­ścią nie popeł­ni­łaby takiego błędu! Zna­jąc Mar­gu­erite, jeśli zde­cy­do­wała się już na poda­ru­nek, musiała mieć co do niego stu­pro­cen­tową pew­ność. Lis­sianna pomy­ślała, że Jeanne Louise praw­do­po­dob­nie ma rację. Na moim łóżku leży nie­zdia­gno­zo­wany dia­be­tyk, stwier­dziła. Żadne inne wyja­śnie­nie nie miało sensu. Jej matka z pew­no­ścią nie wybra­łaby się samo­cho­dem do mia­sta tylko po to, by przy­wieźć zwy­kłego, zdro­wego osob­nika. Wystar­czy­łoby, według spraw­dzo­nego sche­matu, zamó­wić pizzę i spre­zen­to­wać Lis­sian­nie dostawcę...

Dobra, zatem słodki upo­mi­nek, uznała Lis­sianna, czu­jąc jed­no­cze­śnie, że jej żołą­dek skręca się z głodu. A może szybko coś prze­ką­sić już teraz? Wziąć odro­binę na ząb jesz­cze przed ofi­cjal­nym wrę­cze­niem pre­zentu? Szybko ode­gnała pokusy, bo gdyby wycięła taki numer, nawet Tho­mas nie byłby w sta­nie ura­to­wać sytu­acji. Spró­bo­wa­nie nie wcho­dziło w grę, ale wzię­cie raj­stop na zmianę - jak naj­bar­dziej.

Choć czuła, że naj­roz­sąd­niej byłoby po pro­stu zawró­cić do bawialni, posta­no­wiła, że - skoro i tak już zepsuła sobie nie­spo­dziankę - nie będzie się ska­zy­wać na wie­czór w dziu­ra­wych raj­sto­pach. W końcu była już pod drzwiami i wycią­gnię­cie nowej pary z szu­flady było kwe­stią zale­d­wie kilku chwil.

Rozdział 2

ROZ­DZIAŁ 2

Greg nie mógł ode­rwać wzroku od zamknię­tych drzwi. Nie mie­ściło mu się w gło­wie, że ktoś je przed chwilą otwo­rzył, sta­nął w nich, wyraź­nie zasko­czony jego wido­kiem, prze­pro­sił i wyszedł, a on leżał na tym łóżku jak idiota, zbyt zasko­czony, by cokol­wiek powie­dzieć lub zdzia­łać. Wpraw­dzie dys­po­no­wał ogra­ni­czo­nym wachla­rzem środ­ków eks­pre­sji, lecz to go nie tłu­ma­czyło...

Od utrzy­my­wa­nia głowy w górze roz­bo­lały go mię­śnie szyi. Z cięż­kim wes­tchnie­niem dał za wygraną i opadł z powro­tem na poduszkę, zło­rze­cząc pod nosem.

Tego wie­czoru Greg jasno dowiódł, że jest skoń­czo­nym kre­ty­nem. Ni­gdy dotąd nie myślał o sobie tak źle, wręcz prze­ciw­nie, zawsze uwa­żał się za raczej inte­li­gent­nego, ale to było jesz­cze przed wczoł­ga­niem się do bagaż­nika tam­tego dziw­nego samo­chodu i zatrza­śnię­ciem za sobą klapy. Z wciąż nie­od­gad­nio­nych przy­czyn.

- Idio­tyzm! - stwier­dził, choć może lep­szym sło­wem byłoby "sza­leń­stwo".

Pro­stą głu­potą byłoby, gdyby jakimś cudem zatrza­snął się w tym bagaż­niku przy­pad­kiem, jed­nak wgra­mo­le­nie się do środka i spo­kojne zamknię­cie za sobą pokrywy zakra­wało na para­noję. Do tego, jak zauwa­żył, zaczął mówić do sie­bie. Naj­wy­raź­niej stra­cił kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią... Pozo­sta­wało pyta­nie: gdzie i w jaki spo­sób postra­dał zmy­sły? Zary­zy­ko­wał nawet tezę, że być może sza­leń­stwo jest zaraź­liwe. Że może prze­szło od jed­nego z pacjen­tów? Z dru­giej jed­nak strony Greg nie kwa­li­fi­ko­wał żad­nego ze swo­ich pod­opiecz­nych jako wariata. W ramach prak­tyki miał stycz­ność głów­nie z fobiami, choć zda­rzyło mu się kilka przy­pad­ków prze­wle­kłych zabu­rzeń. Zaczął nawet podej­rze­wać, że od zawsze nosił w sobie ziarno, które dzi­siej­szego wie­czoru wykieł­ko­wało w praw­dziwy obłęd. To jest myśl! A jeśli przy­padki sza­leń­stwa zda­rzały się w jego rodzi­nie? Musi koniecz­nie spy­tać o to matkę i dowie­dzieć się, czy w fami­lij­nej histo­rii nie zda­rzył się przy­pad­kiem wariat czy dwóch.

Żeby skoń­czyło się wyłącz­nie na dobro­wol­nym wej­ściu do bagaż­nika! Nie, to było zale­d­wie pierw­sze z jego wariac­kich zacho­wań, któ­rego zresztą poża­ło­wał natych­miast, jak tylko usły­szał trzask zamy­ka­nej klapy. Spę­dził w ciem­nej, cia­snej prze­strzeni pół­go­dzinną jazdę, wymy­śla­jąc sobie od naj­więk­szych osłów. Wresz­cie sil­nik zgasł, bagaż­nik sta­nął otwo­rem, a on co? Wysko­czył na zewnątrz, prze­pro­sił za dziwne zacho­wa­nie i poszedł do domu? Nic podob­nego. Stał jak słup soli i cze­kał, aż ładna bru­netka z windy wysią­dzie z samo­chodu i podej­dzie, po czym ruszył za nią, posłuszny niczym psiak, w głąb domu. Pro­sto do tego pokoju.

Następ­nie ufnie i rado­śnie, niczym pię­cio­la­tek, bez spe­cjal­nego zapro­sze­nia, wycią­gnął się na wznak na łóżku i pozwo­lił się do niego przy­wią­zać. Nawet odwza­jem­nił uśmiech bru­netki, gdy ta pokle­pała go po policzku.

- Moja córka będzie zachwy­cona. Jesteś moim naj­lep­szym pre­zen­tem uro­dzi­no­wym - powie­działa.

Gdy opu­ściła pokój, Greg leżał przez jakiś czas bez­myśl­nie i dopiero po upły­wie kilku minut pojął, że znów dał się wywieść w pole. Od tej chwili, mimo oszo­ło­mie­nia, usi­ło­wał pojąć, co wła­ści­wie zaszło. Jego wła­sne dzia­ła­nia - mniej­sza o kobietę - były kom­plet­nie pozba­wione sensu. Zupeł­nie, jakby chwi­lowo był nie­spełna rozumu. Drę­czony roz­ter­kami, skie­ro­wał myśli na bar­dziej przy­ziemne kwe­stie, jak to, co może go spo­tkać. Skoro już się tutaj zna­lazł?

"Moja córka będzie zachwy­cona. Jesteś moim naj­lep­szym pre­zen­tem uro­dzi­no­wym". W zesta­wie­niu z fak­tem, że Greg tkwił wła­śnie przy­wią­zany na wznak do łóżka, słowa zrazu go prze­ra­ziły. Czyżby miał zostać czy­jąś ero­tyczną zabawką? Sek­su­al­nym nie­wol­ni­kiem? Oczyma duszy ujrzał sie­bie gwał­co­nego przez jakąś zwa­li­stą i szka­radną istotę o brzyd­kiej cerze i - o zgrozo! - z wąsi­kiem. W dzi­siej­szych cza­sach do pory­wa­nia męż­czy­zny i przy­wią­zy­wa­nia go do łóżka musia­łaby ucie­kać się tylko wyjąt­kowo mało atrak­cyjna kobieta...

Wyobra­ziw­szy sobie taki roz­wój wypad­ków, Greg nie­mal zadła­wił się wła­snym gwał­tow­nym odde­chem, lecz opa­no­wał się szybko. Ta kobieta, naj­wy­raź­niej matka, nie mogła mieć wię­cej niż dwa­dzie­ścia pięć - trzy­dzie­ści lat. Z pew­no­ścią nie docze­kała się jesz­cze córki na tyle doro­słej, by ta zapra­gnęła sek­snie­wol­nika albo nawet wie­działa, do czego on służy. Co wię­cej, zasta­na­wiał się w duchu, dla­czego kto­kol­wiek chciałby uczy­nić wła­śnie jego takim narzę­dziem?

Gre­gowi nie bra­ko­wało pew­no­ści sie­bie i wie­dział, że jest atrak­cyj­nym męż­czy­zną, lecz nie był ani gwiazdą rocka, ani nawet mode­lem z okładki maga­zynu "GQ"1. Był psy­cho­lo­giem, nosił zacho­waw­cze gar­ni­tury, zacho­waw­czo się strzygł i wiódł zacho­waw­cze życie, sku­pione wokół rodziny i pracy, które pozo­sta­wiało mu nie­wiele miej­sca na cokol­wiek innego. W zasa­dzie jego egzy­sten­cja oscy­lo­wała wokół zawo­do­wej rutyny, rodzin­nych obo­wiąz­ków i wykrę­ca­nia się z ran­dek w ciemno uma­wia­nych przez sio­stry, ciotki i matkę, popra­wił się w duchu.

Z zamy­śle­nia wyrwało go ponowne otwar­cie drzwi. Wytę­żył siły i dźwi­gnął głowę z poduszki. W progu stała ta sama kobieta, co przed chwilą. Greg przyj­rzał się jej z zain­te­re­so­wa­niem i nie­po­ko­jem jed­no­cze­śnie. Nie licząc dłu­gich blond wło­sów, bar­dzo przy­po­mi­nała bru­netkę, tę, która go tutaj spro­wa­dziła. Miała piękną, owalną twarz, pełne usta, pro­sty nos i te same srebr­no­nie­bie­skie oczy. Naj­wy­raź­niej mają jed­nego optyka, stwier­dził.

Nie, jed­nak ich oczy nie były iden­tyczne, zmie­nił zda­nie. Miały wpraw­dzie ten sam kolor i kształt, lecz w spoj­rze­niu bru­netki kryły się smu­tek i mądrość, kon­tra­stu­jące z mło­do­ścią jej skóry i rysów twa­rzy. Blon­dynka z kolei miała spoj­rze­nie jasne i wesołe, nie­na­zna­czone żalem ani miło­snym cier­pie­niem. To dzięki niemu wyglą­dała mło­dziej.

Na pewno są ze sobą spo­krew­nione, uznał Greg, przy­glą­da­jąc się, jak blond dziew­czyna prze­cho­dzi przez pokój i otwiera szu­fladę komody obok łóżka. To pew­nie jej sio­stra. Prze­su­nął wzro­kiem po krót­kiej, obci­słej, czar­nej sukience i pozwo­lił oczom ześli­zgnąć się na zgrabne nogi. Przez myśl prze­mknął mu żal, że ta młoda dama jest zbyt doro­sła, by być córką bru­netki. Nie miałby nic prze­ciwko, by zostać jej pre­zen­tem...

Greg wywró­cił oczami na swoje kosmate myśli i nie odry­wa­jąc wzroku od blon­dynki, cze­kał, aż ta zamknie szu­fladę i zwróci na niego uwagę. Ku jego zasko­cze­niu kobieta bez słowa odwró­ciła się i ruszyła w kie­runku drzwi, naj­wy­raź­niej zamie­rza­jąc opu­ścić pokój. Był do tego stop­nia zdzi­wiony jej zacho­wa­niem, że dwa razy bez­gło­śnie otwo­rzył usta, zanim udało mu się wypo­wie­dzieć naj­zwy­klej­sze:

- Prze­pra­szam?

Blon­dynka zatrzy­mała się w progu i spoj­rzała zacie­ka­wiona.

- Czy ewen­tu­al­nie mogła­byś mnie roz­wią­zać? - zapy­tał, siląc się na uśmiech.

- Roz­wią­zać?

Pode­szła do łóżka i spoj­rzała, wyraź­nie zasko­czona.

- Tak. Popro­szę - powie­dział zde­cy­do­wa­nie.

Prze­su­nęła wzrok na jego nad­garstki, zaczer­wie­nione i obtarte po bez­owoc­nej szar­pa­ni­nie. Ewi­dent­nie wpra­wiały ją w zakło­po­ta­nie.

- Dla­czego mama nie dała ci cze­goś na roz­luź­nie­nie? Nie powinna była zosta­wiać cię tutaj w tym sta­nie. Dla­czego... - Zamil­kła na chwilę i zamru­gała. Nagle na jej twa­rzy poja­wił się błysk zro­zu­mie­nia. - Wszystko jasne! Bastien przy­je­chał przed cza­sem i prze­rwał jej, zanim zdą­żyła cię do końca przy­go­to­wać! Pew­nie miała tu wró­cić póź­niej i dokoń­czyć, ale zapo­mniała.

Greg nie miał poję­cia, co ozna­cza to wszystko. Dziew­czyna naj­wy­raź­niej sądziła, że spro­wa­dziła go tu jej matka. Posta­no­wił wypro­wa­dzić ją z błędu.

- Kobieta, która mnie przy­wio­zła do tego domu, jest zbyt młoda, by być twoją matką. Jest do cie­bie podobna, ale ma ciemne włosy. Może twoja sio­stra? - pod­su­nął.

Z jakie­goś powodu jego słowa roz­ba­wiły dziew­czynę.

- Nie mam sio­stry. Kobieta, którą opi­su­jesz, to moja mama. Nie wygląda na swoje lata, prawda?

Greg patrzył z nie­do­wie­rza­niem. Gdy pojął kon­se­kwen­cje tych rewe­la­cji, roz­sze­rzyły mu się źre­nice.

- To zna­czy, że prze­zna­czono mnie dla cie­bie? W odpo­wie­dzi kiw­nęła głową, po czym spoj­rzała z ukosa.

- Dziw­nie się uśmie­chasz... O czym myślisz?

Greg pomy­ślał sobie wła­śnie, że jest naj­więk­szym far­cia­rzem na świe­cie. Wcze­śniej­sze obawy przed grubą, brzydką kobietą, zrzu­ca­jącą odzie­nie i dosia­da­jącą go prze­mocą, zastą­piła wizja czy­nią­cej to samo atrak­cyj­nej blon­dynki. Pozwo­lił sobie posma­ko­wać tej fan­ta­zji, po czym zorien­to­wał się, że jego ciało reaguje na nią zbyt entu­zja­stycz­nie. W jego spodniach poja­wiło się wyraźne wybrzu­sze­nie. Ener­gicz­nie potrzą­snął głową. Choć per­spek­tywa zosta­nia jej nie­wol­ni­kiem była uro­cza, miał już prze­cież swoje plany - podróż do kra­iny piasz­czy­stych plaż, palm i wygi­na­ją­cych się na par­kie­tach pół­na­gich kobiet. Co wię­cej, zapła­cił z góry.

Cho­ciaż, jeśli po urlo­pie ta kobieta dałaby się zapro­sić na randkę, a następ­nie przy­wią­zała go do łóżka i zaspo­ko­iła swoje żądze... Greg z przy­jem­no­ścią pod­dałby się jej woli. Poza tym per­spek­tywa sek­snie­wol­nic­twa nie była w końcu taka zła. Zauwa­żyw­szy, że jego myśli ponow­nie odpły­wają w nie­po­żą­da­nym obec­nie kie­runku, Greg zebrał się w sobie. - Pory­wa­nie ludzi jest karalne - zawy­ro­ko­wał z poważ­nym wyra­zem twa­rzy.

- A mama cię porwała? - zapy­tała dziew­czyna, uno­sząc brew.

- Nie­zu­peł­nie - przy­znał, przy­po­mi­na­jąc sobie, jak usłuż­nie zapa­ko­wał się do bagaż­nika.

Porwa­nie zakłada uży­cie siły. Greg roz­wa­żył moż­li­wość poda­nia innej wer­sji wyda­rzeń, lecz ni­gdy nie był dobrym kłamcą.

- Nie­mniej jed­nak nie chcę tutaj prze­by­wać i naprawdę nie mam poję­cia, dla­czego wsze­dłem do bagaż­nika wozu two­jej mamy. Wtedy wyda­wało mi się to słusz­nym i natu­ral­nym posu­nię­ciem, ale ja jesz­cze ni­gdy...

Greg urwał, bo zdał sobie sprawę, że blon­dynka wcale go nie słu­cha. A przy­naj­mniej tak wyglą­dało. Wpa­try­wała się w jego głowę, marsz­cząc w sku­pie­niu brwi. Wie­dziona odru­chem, zbli­żyła się do łóżka. Zda­wała się być bez reszty pochło­nięta jego wło­sami, lecz po chwili, ziry­to­wana, pokrę­ciła głową.

- Nie mogę czy­tać w two­ich myślach - wymam­ro­tała.

- Nie możesz czy­tać w moich myślach? - powtó­rzył ostroż­nie Greg.

Pokrę­ciła głową.

- Rozu­miem. A... czy to jest jakiś pro­blem? - zapy­tał.

- To zna­czy, czy zazwy­czaj umiesz czy­tać w ludz­kich myślach?

Potwier­dziła ruchem głowy, choć jej myśli były wyraź­nie zaprząt­nięte czymś innym.

Greg pró­bo­wał zigno­ro­wać roz­cza­ro­wa­nie fak­tem, że ma przed sobą kobietę sza­loną, lub przy­naj­mniej cier­piącą na uro­je­nia, uznał jed­nak, że nie powinno go to dzi­wić. Jej matka też nie mogła być nor­malna, skoro pozwa­lała obcym męż­czy­znom wcho­dzić do bagaż­nika; w końcu stała za nim i musiała widzieć, co robi. Każda inna osoba pobie­głaby z krzy­kiem po ochro­nia­rza, zamiast zabie­rać do domu pasa­żera na gapę.

Tej nocy sza­leń­stwo wyzie­rało z każ­dego kąta. Na począ­tek jego wła­sne zacho­wa­nia, potem ta bru­netka, a na deser blon­dynka utrzy­mu­jąca, że ma zdol­no­ści tele­pa­tyczne. Zaczął się zasta­na­wiać, czy w obłę­dzie nie pogrą­żyło się przy­pad­kiem całe mia­sto. Być może, jak Toronto dłu­gie i sze­ro­kie, męż­czyźni wcho­dzili do bagaż­ni­ków, a następ­nie pozwa­lali przy­wią­zy­wać się do łóżek? Może do zbior­nika na wodę wsy­pano jakiś nar­ko­tyk, a całość sta­nowi zamach ter­ro­ry­styczny mający na celu ubez­wła­sno­wol­nie­nie kana­dyj­skich męż­czyzn?

A może to po pro­stu dziwny sen, a on wciąż jest w pracy i twardo śpi z głową wspartą na biurku? Tak, ta moż­li­wość była naj­bar­dziej prze­ko­nu­jąca; przy­naj­mniej w satys­fak­cjo­nu­jący spo­sób wyja­śniała jego zacho­wa­nia. Natu­ral­nie, nie miało to żad­nego zna­cze­nia. We śnie czy na jawie, przy zdro­wych zmy­słach czy obłą­kany - tkwił przy­wią­zany do łóżka. Nawet jeśli był to tylko kosz­mar senny, Greg zapra­gnął znów zna­leźć się w domu. W prze­ciw­nym razie uciek­nie mu samo­lot.

- Słu­chaj, jeśli mnie uwol­nisz, obie­cuję, że pusz­czę wszystko w nie­pa­mięć. Nie będę powia­da­miał władz ani nic z tych rze­czy.

- Władz? - powtó­rzyła blon­dynka. - Cho­dzi ci na przy­kład o poli­cję? - dopy­tała, zupeł­nie jakby takie roz­wią­za­nie nie przy­szło jej do głowy.

- No tak - odparł znie­cier­pli­wiony Greg. - Dobrze, powiedzmy, że przy­by­łem tu ponie­kąd z wła­snej woli - przy­znał nie­chęt­nie. - Ale teraz już chcę wró­cić do domu i jeśli mnie nie uwol­nisz, to mamy do czy­nie­nia z bez­praw­nym prze­trzy­my­wa­niem. Które jest karalne.

Lis­sianna przy­gry­zła dolną wargę. Pró­bo­wała wedrzeć się do umy­słu tego czło­wieka, by uspo­koić jego myśli i uzy­skać nad nim kon­trolę. Wyko­nać to, co zro­biła już wcze­śniej z Dwayne'em, a jej matka powinna była uczy­nić z jej

"pre­zen­tem". A jed­nak nie była w sta­nie się prze­bić; miała wra­że­nie, że jego umysł ota­cza szczelna bariera. Sły­szała wcze­śniej o takich przy­pad­kach, lecz ni­gdy do tej pory nie zetknęła się z niczym podob­nym oso­bi­ście. Jesz­cze ni­gdy nie spo­tkała śmier­tel­nika, któ­rego nie byłaby w sta­nie czy­tać ani kon­tro­lo­wać. Zda­rzały się, oczy­wi­ście, przy­padki trudne, ale zazwy­czaj wszel­kie kom­pli­ka­cje ustę­po­wały, gdy napiła się ich krwi.

Prze­krzy­wiła głowę i uważ­nie obser­wo­wała kan­dy­data na poda­ru­nek, zasta­na­wia­jąc się, czy nie spró­bo­wać się w niego wgryźć, by uła­twić sobie wnik­nię­cie do jego głowy i dopiero wtedy go uspo­koić. Skoro jed­nak nie miała dostępu do jego myśli, nie mogła go znie­czu­lić przed pierw­szym zato­pie­niem kłów w jego szyi. Chyba że...

Mira­beau wspo­mi­nała kie­dyś o podob­nej sytu­acji. Cało­wała i pie­ściła męż­czy­znę, który wresz­cie roz­luź­nił się na tyle, że udało się jej prze­nik­nąć do jego myśli dokład­nie w chwili, gdy prze­gry­zła skórę na jego szyi.

Lis­sianna krótko roz­wa­żyła moż­li­wo­ści. Ni­gdy wcze­śniej nie pró­bo­wała nikogo uwo­dzić. Przy­szła na świat i dora­stała w geo­r­giań­skiej Anglii. Wio­dła życie z dala od ludzi, więc nie­spe­cjal­nie odczu­wała postę­pu­jącą w ciągu ostat­nich pięć­dzie­się­ciu lat roz­wią­złość spo­łe­czeń­stwa. Jej rodzice wyzna­wali dawne war­to­ści i prze­ko­na­nia, pod­da­jąc się zmia­nom nie­chęt­nie i powoli. Matka, być może, dałaby jej wię­cej wol­no­ści, lecz ojciec był nie­prze­jed­nany i nie ule­gał stad­nym modom.

Lis­sianna uznała jed­nak, że nie może ot tak, po pro­stu, pozo­sta­wić roz­trzę­sio­nego męż­czy­zny samemu sobie. A przy oka­zji uszczk­nie sobie odro­binkę głów­nego dania... To tro­chę tak, jak zli­za­nie odro­biny lukru z tortu przed poda­niem, choć, prawdę mówiąc, miała ochotę na coś wię­cej niż tylko liź­nię­cie. To będzie taka mała prze­gryzka dla zaspo­ko­je­nia pierw­szego głodu, roz­grze­szyła się szybko. Aku­rat!

Aż ją kor­ciło, żeby wyssać tego ape­tycz­nego męż­czy­znę do ostat­niej kro­pelki. Takiej pokusy nie zaznała od kilku dzie­się­cio­leci.

Z zamy­śle­nia wyrwało ją narze­ka­nie.

- Ta lina jest naprawdę mocno zawią­zana!

Lis­sianna ponow­nie spoj­rzała na poka­le­czone nad­garstki i opu­ściły ją wszel­kie wąt­pli­wo­ści. Nauczono ją, że nie wypada bawić się jedze­niem lub zada­wać mu nie­po­trzeb­nych cier­pień. A męż­czy­zna wyraź­nie cier­piał. Prze­nik­nię­cie do jego myśli i uko­je­nie go sta­no­wiło jej obo­wią­zek. Nie może prze­cież winić sie­bie za to, że nie może tego zro­bić w nor­malny spo­sób i jest zmu­szona się­gnąć po mniej kon­wen­cjo­nalne środki.

Pod­jąw­szy decy­zję i uspo­ko­iw­szy sumie­nie, Lis­sianna przy­sia­dła na skraju łóżka.

- Nie oba­wiaj się niczego i przede wszyst­kim się nie szarp. Przyj­mij, że szkoda mi patrzeć na cie­bie w tym sta­nie. Wbił w nią wzrok, jakby poiry­to­wany fak­tem, że wyczu­wała jego zde­ner­wo­wa­nie. A może był po pro­stu zły, że mimo próśb go nie roz­wią­zała?

- Zdej­miemy to z cie­bie - zapro­po­no­wała. Zapa­sowe raj­stopy poło­żyła sobie na kola­nach i przy­stą­piła do roz­wią­zy­wa­nia kokardy pod szyją.

Wes­tchnął i roz­luź­nił się nieco. Lis­sianna posta­no­wiła zająć się rów­nież jego kra­wa­tem.

- Wygod­niej, prawda? - zapy­tała, zsu­wa­jąc mu z szyi pasek jedwa­biu.

Męż­czy­zna poki­wał głową. Nie­mal opa­no­wany spoj­rzał na nią spode łba, gdy zajęła się roz­pi­na­niem guzi­ków przy koszuli.

- Na­dal byłoby lepiej, gdy­byś mnie roz­wią­zała. Lis­sianna uśmiech­nęła się, roz­ba­wiona wewnętrzną walką męż­czy­zny, po czym spró­bo­wała odwró­cić jego uwagę, prze­su­wa­jąc deli­kat­nie pal­cami po odsło­nię­tym frag­men­cie jego piersi. Z satys­fak­cją odno­to­wała, że gdy prze­je­chała paznok­ciami wzdłuż skóry, przez męskie ciało prze­szedł dreszcz. Całe to uwo­dze­nie oka­zało się łatwiej­sze, niż przy­pusz­czała. A może po pro­stu miała je we krwi? Zasta­no­wiła się, czy powinna się tym mar­twić.

- Roz­wiąż mnie. - Greg zdo­był się na zde­cy­do­wany ton, nie do końca prze­ko­nany, że wła­śnie tego chce.

Lis­sianna z poro­zu­mie­waw­czym uśmie­chem prze­su­nęła palce niżej, głasz­cząc go po koszuli tuż nad paskiem.

Bez­ce­re­mo­nialny gest wywo­łał dreszcz pod­nie­ce­nia w oko­licy jego brzu­cha. Greg ze świ­stem wypu­ścił powie­trze.

- Co mi tam! - wes­tchnął. - Są gor­sze rze­czy niż żywot sek­snie­wol­nika.

Lis­sianna zamru­gała, zasko­czona komen­ta­rzem, i uznała, że facet jest wystar­cza­jąco zre­lak­so­wany.

- Jak masz na imię?

- Greg... - Odkaszl­nął i powtó­rzył zde­cy­do­wa­nym tonem. - Dok­tor Gre­gory Hewitt.

- Dok­tor? - Prze­su­nęła dłoń z powro­tem na klatkę pier­siową.

Wzrok Grega ześli­znął się z jej twa­rzy. Śle­dził ruch ręki.

- Zatem... Dok­to­rze, jesteś bar­dzo atrak­cyj­nym męż­czy­zną.

Tym razem prze­su­wała dłoń po jego gło­wie i prze­cze­sy­wała silne, ciemne włosy, zachwy­ca­jąc się ich gład­ko­ścią. Opra­co­wu­jąc kolejne posu­nię­cie, przyj­rzała się jego ciem­no­brą­zo­wym oczom i zde­cy­do­wa­nemu zary­sowi ust. Fak­tycz­nie był atrak­cyj­nym męż­czy­zną. Swego czasu widy­wała bar­dziej przy­stoj­nych, lecz ten miał w sobie to coś, co na nią dzia­łało. Prze­nio­sła wzrok na prze­ci­na­jące jego czoło zmarszczki, a za oczami pośpie­szyły palce. Muskała je deli­kat­nie, jakby chciała wygła­dzić skórę.

- Czy mogę cię poca­ło­wać? - spy­tała miękko. Dok­tor Gre­gory Hewitt nie odpo­wie­dział. Patrzył tylko, a jego spoj­rze­nie pociem­niało z zain­te­re­so­wa­nia, gdy pozwo­liła pal­com zabłą­dzić w oko­lice jego warg i obry­so­wać opusz­kami ich deli­katny kon­tur. Usta otwo­rzyły się nagle i zamknęły palec Lis­sianny w cie­płym i wil­got­nym wnę­trzu. Sie­działa bez ruchu, wpa­tru­jąc się głę­boko w jego oczy. Zafa­scy­no­wana, dostrze­gła w nich błysk pożą­da­nia. Zassał jej palec głę­biej, prze­su­wa­jąc języ­kiem wzdłuż jego kra­wę­dzi. Lis­sianna jęk­nęła, zasko­czona.

Żyję już na tym świe­cie ponad dwie­ście lat i dotąd nie zda­wa­łam sobie sprawy, że palec może się oka­zać strefą ero­genną, pomy­ślała nie­przy­tom­nie. Ogień w jego oczach zaczął teraz roz­grze­wać i jej wnę­trze, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem pod­brzu­sza.

Gre­gory Hewitt oka­zał się nie­bez­piecz­nie pocią­ga­ją­cym męż­czy­zną i Lis­sianna uznała, że już naj­wyż­szy czas spró­bo­wać odzy­skać kon­trolę nad sytu­acją. Z tym zamia­rem powoli wysu­nęła palec z gorą­cych ust i nachy­liła się, by musnąć policz­kiem jego twarz i poczuć zapach męż­czy­zny. Dzia­łała instynk­tow­nie, jak węszący za ofiarą dra­pież­nik. Greg wydzie­lał głę­boką, mroczną woń, taką, jaką lubiła. Uśmiech­nęła się miękko i prze­su­nęła war­gami po policzku, po czym poszu­kała nimi jego ust.

Choć wargi Gre­gory'ego Hewitta wyglą­dały na mocne i zde­cy­do­wane, w dotyku oka­zały się przy­jem­nie mięk­kie. Lis­sianna deli­kat­nie muskała je i jed­no­cze­śnie sma­ko­wała ero­tyczną piesz­czotę, aż Greg znie­nacka uniósł głowę i odwza­jem­nił poca­łu­nek. Poczuła jego miękko prze­su­wa­jący się język i roz­chy­liła usta. Otwo­rzyła oczy, z nie­do­wie­rza­niem przyj­mu­jąc dozna­nia.

Lis­siannę cało­wano w ciągu ostat­nich dwu­stu lat nie raz i nie dwa. Szcze­rze mówiąc, była cało­wana nie­zli­czoną ilość razy. Nie­które poca­łunki były wycze­ki­wane, nie­które skra­dzione, nie­które miłe, inne mniej. Lecz ten...

Ich cie­płe, wil­gotne języki ocie­rały się o sie­bie. Ten jego sma­ko­wał miętą, kawą i jesz­cze kil­koma skład­ni­kami, któ­rych nie potra­fiła okre­ślić, ale nie­wiele ją to inte­re­so­wało. Przy­mknęła powieki i pozwo­liła się ponieść.

Choć wszystko zaczęło się od próby uwie­dze­nia Gre­gory'ego Hewitta, zdo­by­czą oka­zała się ona! Lis­sianna zatra­ciła się w poca­łunku i pozwa­lała języ­kowi wypeł­niać i pie­ścić jej usta w nie­mym pożą­da­niu, które przy­pra­wiało ją o ciarki. Na chwilę zupeł­nie zapo­mniała o począt­ko­wych zamia­rach. Popra­wiła się na łóżku i uło­żyła obok męż­czy­zny. Zaplo­tła nogi wokół jego ud, dło­nią nie prze­sta­wała prze­cze­sy­wać wło­sów.

Poczuła, że zaczął moc­niej szar­pać za linę, dopiero gdy prze­rwał poca­łu­nek.

- Roz­wiąż mnie. Chcę cię dotknąć - wymru­czał.

Mimo olbrzy­miej pokusy, Lis­sianna zigno­ro­wała tę prośbę i zamiast tego zaczęła cało­wać jego poli­czek i powoli prze­su­wać się w dół męskiego ciała. Jej usta zna­la­zły się na wyso­ko­ści jego gar­dła, zetknęli się bio­drami. Obró­cił się i przy­warł moc­niej, co spra­wiło prze­skok pod­nie­ce­nia na wyż­szy poziom. Wyrwał mu się jęk zawodu i roz­ko­szy zara­zem. Mio­tał się pod nią nie­spo­koj­nie, pod­czas gdy jej wargi podró­żo­wały po jego szyi, aż Lis­sianna odna­la­zła żyłę szyjną i głę­boko zato­piła kły.

Osłu­piały męż­czy­zna znie­ru­cho­miał, po czym rów­nie szybko się roz­luź­nił, wyda­jąc z sie­bie długi jęk. Lis­sianna roz­po­częła żero­wa­nie; jej umysł eks­plo­do­wał roz­ko­szą, którą prze­ka­zała Gre­gowi. Doświad­cze­nie było nie­po­rów­ny­walne z jej wcze­śniej­szą przy­godą z Dwayne'em. Jedze­nie ni­gdy dotąd nie koja­rzyło się jej z ero­tyką, ale z dru­giej strony ni­gdy nie musiała uwo­dzić ofiar. Zazwy­czaj przej­mo­wała kon­trolę nad ich umy­słami i zabie­rała się do dzieła. Tym razem działo się ina­czej. Oboje byli pod­nie­ceni, a prze­pły­wa­jąca do jej ciała krew utwo­rzyła mię­dzy nimi most, łączący wra­że­nia i potę­gu­jący je, gdy Greg otwo­rzył na Lis­siannę swe myśli. Ona jed­nak nie do końca pano­wała nad sytu­acją. Była w sta­nie jedy­nie wysy­łać swoje myśli i odbie­rać te pły­nące od niego.

Wszystko wiro­wało jak w kalej­do­sko­pie. Fala myśli i emo­cji zale­wała jej umysł. Namięt­ność, pożą­da­nie, inte­li­gen­cja, sym­pa­tia, honor, odwaga... Lis­sianna zaj­rzała w okno jego duszy i przez te kilka chwil dowie­działa się o nim wię­cej niż z setek roz­mów. Nie było w tym kłamstw, pół­prawd ani obli­czo­nego na efekt krę­tac­twa. Był tylko on, a potem wszystko zmio­tła lawina pożą­da­nia.

Zapo­mniała o pla­nach uspo­ko­je­nia ofiary i o całym świe­cie. Czuła wyłącz­nie głód, potrzebę krwi i zupeł­nie nowe pra­gnie­nie roz­ko­szy. W chwili gdy leżeli sple­ceni, jęczący, z wygię­tymi w łuk i ocie­ra­ją­cymi się o sie­bie cia­łami, tylko ten męż­czy­zna zda­wał się być w sta­nie zaspo­koić jej głód. Lis­sianna mogłaby nie­chcący wypić go do sucha, gdyby z sza­leń­stwa nie wyrwał jej głos Tho­masa.

- Nie rozu­miem, dla­czego tak się zło­ścisz. Po pro­stu poszła na górę po nowe raj­stopy...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki