2
w porze posiłku zawsze czekam do ostatniej chwili. Chowam się w kącie, podczas gdy pastorowa stawia na stół ciężki kociołek z owsianką. Dymi się z niego i jest czarny z wierzchu jak śmierć, jakby wzięty wprost z ogni piekielnych. Ale w środku owsianka jest jasna, złocista, trochę krupczasta i kremowa w miejscu, w którym przylepia się do drewnianej łyżki. Brita Kajsa miesza w garze łopatką, dogrzebuje się do dna i przewala na wierzch, rozrywając cienki kożuch, który powstał na samej górze. To sprawia, że zapach siana i pyłków wypełnia każdy kąt izby. Dzieciaki i czeladź siedzą w oczekiwaniu, widzę ich blade twarze, tę milczącą ścianę głodu. Z surową miną bierze miski i nakłada duże porcje starszym i mniejsze młodszym, rozdaje jedzenie służbie i gościom, którzy zajrzeli tu po drodze, każdy otrzyma swój przydział. Potem głowy pochylają się, a palce splatają nad stołem. Pastor czeka, aż wszystko ucichnie, wtedy on także pochyla głowę i żarliwie dziękuje za nasz chleb powszedni. I jedzą w milczeniu. Słychać tylko mlaskanie i odgłosy wylizywania łyżek. Najstarsi chcą dokładki i dostają. Łamią chleb, zwinnymi palcami jedzą zimnego gotowanego szczupaka, układając ości jak lśniące igły rzędem na stole. Kiedy zbliżają się do końca posiłku, gospodyni przypadkiem zerka w kąt, w którym siedzę.
- Chodź no tu, zjedz co.
- Nie trzeba.
- No chodź, siadaj, dzieciaki, zróbcie miejsce Jussiemu.
- Mogę poczekać.
Teraz mistrz także się odwraca. Ma szklisty wzrok, dostrzegam w nim mękę i to, jak walczy, by ją ukryć. Na jego krótkie skinienie przyczłapuję do stołu. Wyciągam moją kuksę*, którą sam wyrzeźbiłem na północy w Karesuando i która towarzyszyła mi przez całe życie, z początku biała jak skóra noworodka, z czasem pociemniała od słońca i soli i od płukania w tysiącu wód. Czuję ciężar, kiedy gospodyni opróżnia swoją łyżkę, i widzę, jak wyskrobuje resztki z brzegów kociołka, żeby zebrać więcej, ale ja już wracam do mojego kąta i przysiadam na podłodze ze skrzyżowanymi nogami. Prędko pochłaniam gęstą owsiankę o posmaku jęczmienia, zdążyła już wystygnąć i teraz ma tę samą temperaturę, co moje usta. Czuję, jak sunie przełykiem i jak otaczają ją mięśnie żołądka. Tam przemienia się w siłę i ciepło, które pomagają mi przeżyć. Jem niczym pies, łapczywie i czujnie.
- Chodź no, weź więcej - zachęca gospodyni.
Ale wie, że nie przyjdę. Jem tylko raz. Biorę, co mi dadzą, nigdy - więcej.
Kuksa jest pusta. Gładzę poduszką kciuka jej zaokrągloną ściankę i oblizuję, cmoktam i smakuję, aż jest wymyta do czysta. Miękko wsuwa mi się do kieszeni. Ta kuksa daje mi jeść, przyciąga to, co akurat nadaje się do spożycia. Wiele razy byłem bliski śmierci głodowej. Ale jeśli wyciągnąłem przed siebie kuksę, pojawiała się w niej rybia głowa. Albo krew renifera. Albo zmrożone jagody z górskiego zbocza. Tak po prostu. A ja żułem i odzyskiwałem siły. Człowiek dostaje tyle, by przeżyć dzień. Na nic więcej nie liczę, to mój sposób na przetrwanie. To dlatego usiadłem na podłodze. Nigdy bym się nie pchał ani nie domagał, nie rzucał na jedzenie jak kruk czy warczał na innych jak rosomak. Wolę się usunąć w cień. Jeśli nikt mnie nie dostrzeże, pozostaję wśród cieni. Lecz gospodyni, ona mnie widzi. Niczego nie żądam, ale ona i tak podaje mi jedzenie. Jej surowa życzliwość, taka sama troska o wszystkie stworzenia, krowy czy psy. Wszystko, co żywe, musi jakoś żyć. Coś w tym rodzaju.
Mogę zniknąć w każdej chwili. Jak każdy wędrowiec. Teraz jestem tu, za chwilę będę tam. Staję na nogi, chwytam tobołek i idę. To wszystko. Człowiek ubogi może tak żyć. Cały dobytek noszę na sobie. Odzież na grzbiecie, nóż za pasem. Krzesiwo, kuksa, rogowa łyżka i woreczek z solą. Wszystko razem waży tyle co nic. Jestem lekki, chyżonogi, zanim ktoś odczuje mój brak, ja już będę w następnej dolinie. Nie zostawiam za sobą śladów. Nie więcej niż zwierzę. Stopy gniotą trawę i mech, które po chwili się prostują. Kiedy rozpalam ogień, wykorzystuję stare miejsca, a mój popiół na popiele innych ognisk staje się niewidzialny. Potrzeby załatwiam w lesie, odwracam darń i po wszystkim zakrywam z powrotem. Następny wędrowiec może postawić tam stopę i niczego nie zauważy, jedynie lis poczuje słaby zapach człowieka. Zimą prowadzę narty po miękkim niebie śnieżnego puchu, frunę kilka łokci nad ziemią, a gdy nadejdzie wiosna, ślad moich kroków rozpuści się i zniknie. Człowiek może tak żyć, nie pustosząc, nie niszcząc. Właściwie prawie nie istniejąc. Być jak las, jak letnia masa listowia i jesienna ściółka, jak śnieg w środku zimy i niezliczone pąki wykluwające się w wiosennym słońcu. Kiedy wreszcie zniknie na dobre, to jakby nigdy go tu nie było.
* Kuksa, guksa, k?sa - rodzaj kubka lub miski z uchwytem, tradycyjnie wyrabianego z drewna brzozowego w północnej Skandynawii.