1Latające spodki
Pułkownik William Blanchard od razu wiedział, że z rozłożonymi przed nim szczątkami coś jest nie tak. Kawałki drewnianego rusztowania i strzępy odblaskowego materiału - kilka dni temu pospiesznie zebrane z miejsca katastrofy lotniczej - nie pochodziły z żadnego pojazdu latającego, który potrafiłby zidentyfikować, a pokrywające je symbole nie przypominały żadnego znanego mu języka; jeśli już, kojarzyły się z hieroglifami.
Wrak, jak mu powiedziano, został znaleziony przez ranczera Maca Brazela. Miejscowy szeryf, podejrzewając, że mogą to być pozostałości maszyny wojskowej, polecił Brazelowi zgłosić się do najbliższej bazy lotnictwa. Na miejsce zdarzenia wysłano stamtąd dwóch oficerów wywiadu wojskowego: majora Jessego Marcela oraz nieznanego mężczyznę ubranego, jak to opisał później ranczer, po cywilnemu. Przez jakiś czas kręcili się po polu, zbierając "kawałki gumy, folię aluminiową, dość gruby karton i patyki", a następnie zawieźli je z powrotem do siedziby 509. Skrzydła Bombowego.
Wojsko Stanów Zjednoczonych produkowało statki powietrzne najróżniejszej maści - jako powszechnie szanowany i wielokrotnie odznaczany członek Sił Powietrznych Blanchard dobrze o tym wiedział - ale szczątki znalezione na posiadłości Brazela nie przypominały żadnego z nich. Nic też nie wskazywało na to, aby były jakoś związane z bronią atomową, z którą pułkownik również był dogłębnie zaznajomiony7. Wydawało się mało prawdopodobne, aby w grę wchodził pojazd zaprojektowany przez amatora, jako że baza znajdowała się w dość słabo zaludnionej części Nowego Meksyku. Więc może chodziło o jakiś nieudany test? Albo obiekt wystrzelili Rosjanie?
A może, pomyślał Blanchard, to coś zupełnie innego.
Pułkownik, noszący wśród wojskowych ksywkę Butch, czyli Twardziel, z dawna cieszył się reputacją człowieka śmiałego, zdecydowanego, który z niczym się nie cacka (nieprzychylni nazywali jego zachowanie "kozaczeniem"). W zaistniałej sytuacji postąpił zgodnie ze swym temperamentem. Wiedział już, na co patrzy.
Ten wrak, powiedział sobie w duchu, to musi być to coś, o czym wszyscy gadają.
Wezwał więc swojego oficera do spraw kontaktów z mediami, porucznika Waltera Hauta, i kazał mu przyszykować komunikat prasowy: żołnierze Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych z bazy w Roswell zdobyli pierwszy w historii latający spodek.
***
O ile znalezisko Maca Brazela miało z czasem obrosnąć legendą, nie był to bynajmniej ani pierwszy, ani jedyny przypadek spotkania z tajemniczym obiektem latającym w powojennej Ameryce. Zaledwie dwa tygodnie wcześniej podobną przygodę przeżył w stanie Waszyngton niejaki Kenneth Arnold, pochodzący z Boise biznesmen i lotnik. Jego doświadczenie pociągnęło za sobą falę doniesień o niezidentyfikowanych obiektach latających - czyli flapa, jak to z czasem zaczęli nazywać ufolodzy - od której właściwie zaczyna się nowoczesny fenomen UFO.
24 czerwca 1947 roku 32-letni Arnold, doświadczony pilot ratunkowy z czterema tysiącami godzin lotów wysokogórskich za pasem, leciał właśnie z miejscowości Chehalis do Yakimy, ale postanowił zboczyć nieco z trasy, aby się rozejrzeć za wojskowym transportowcem, który podobno rozbił się w okolicach Mount Rainier (nie spieszyło mu się, a słyszał, że za znalezienie samolotu wyznaczono pięć tysięcy dolarów nagrody). Jak później wspominał, w pewnym momencie ujrzał jasne światło przed dziobem swego dwuosobowego jednopłatowca CallAir A-2. W pierwszej chwili założył, że to odblask z owiewki albo kadłuba innego samolotu, zaraz uświadomił sobie jednak, że tak naprawdę patrzy na dziewięć odrębnych obiektów rozrzuconych na przestrzeni dobrych ośmiu kilometrów, poruszających się - jak mu się zdawało - w szyku i z zawrotną prędkością.
- Nie widziałem, żeby miały gdziekolwiek ogony - opowiadał. - Nie zostawiały za sobą śladu z dysz odrzutowych. Oceniałem ich rozmiary na co najmniej 30 metrów rozpiętości. Myślałem, że to jakiś nowy rodzaj rakiet.
Światła przemieszczały się dalej ruchem synchronicznym "jak ogon chińskiego latawca, jakby zygzakiem, z niesamowitą szybkością". Arnold postanowił zmierzyć za pomocą zegara pokładowego, ile czasu zajmie im pokonanie odległości między szczytami Mount Rainier i Mount Adams8. Wynik zapierał dech w piersiach. Według pomiaru obiekty poruszały się z prędkością w przedziale od 1900 do 2700 km/h, o wiele szybciej niż jakikolwiek istniejący w tamtych czasach pojazd latający. Arnold obserwował je przez około trzy minuty; w tym czasie otworzył nawet okienko boczne w kokpicie, aby się upewnić, że nie ma do czynienia z odbłyskiem w przedniej szybie.
Kiedy wylądował w Yakimie, opowiedział o przygodzie znajomym z lotniska, a następnego dnia powtórzył tę samą historię parze reporterów z dziennika "East Oregonian". W pierwotnej wersji artykułu obiekty określono mianem "statków powietrznych przypominających spodki", lecz redakcje z całego kraju szybko skróciły tę nazwę do bardziej chwytliwej: "latające spodki"9.
Dziennikarze rozesłali tekst dalekopisem i poszli na lunch, a gdy wrócili, okazało się, że biuro ich niewielkiej gazety tonie pod nawałą pytań od innych gazet. W przeciągu kilku godzin wiadomość obiegła całe Stany, od wybrzeża do wybrzeża. Jeden z reporterów popędził więc do hotelu, w którym nocował Arnold, żeby przeprowadzić kolejny wywiad. Rozmawiali bite dwie godziny. Wkrótce zjawili się też inni przedstawiciele prasy, a 26 czerwca Arnold wystąpił w radiu.
Opowieść brzmiała fantastycznie, aż prosiła się o to, aby ją wyśmiać i włożyć między bajki. A jednak gdy szczegóły relacji zostały poddane wnikliwszej analizie, ci, którzy z początku wątpili w słowa pilota, dali się przekonać, że mówi prawdę. Wywiad wojskowy zlecił zbadanie sprawy Frankowi M. Brownowi. Brown miał dostęp do szczegółowych map, o jakich Arnold mógłby tylko pomarzyć, i stwierdził, co następuje: "Przyjrzawszy się mapie lotniczej obszaru, nad którym pan Arnold rzekomo ujrzał obiekty, ustalono, że wszystkie twierdzenia pana Arnolda dotyczące odległości, prędkości obiektów, ich kursu i rozmiaru jak najbardziej mogą być zgodne ze stanem faktycznym".
"W prywatnym odczuciu autora pan Arnold rzeczywiście widział to, co widział - pisał dalej w swym tajnym jeszcze wówczas raporcie Brown. - Co więcej, gdyby pan Arnold potrafił w swej relacji opisać to, co opisał, nie widziawszy tego, co jak twierdził, widział, w odczuciu autora powinien zmienić pracę i zacząć pisać książki o Bucku Rogersie".
Niezależnie od tego, czym tak naprawdę były tajemnicze obiekty, historia o ich spotkaniu z Arnoldem zapoczątkowała w całym kraju istną gorączkę wypatrywania latających spodków. Tego lata stało się to rozrywką popularniejszą niż baseball. Gazety codziennie podawały doniesienia z całych Stanów o kolejnych niesamowitych zjawiskach na niebie. Rewelacjami o powietrznych anomaliach dzielili się niezliczeni lotnicy, zarówno cywilni, jak i wojskowi. 28 czerwca o 3.15 pewien pilot F-51 rzekomo zaobserwował sześć okrągłych obiektów latających w pobliżu Lake Mead w Nevadzie. Tej samej nocy oficerowie lotnictwa z Alabamy mieli ujrzeć w powietrzu kulę światła, która przemknęła nad ich głowami, a następnie wykonała ostry zwrot o 90 stopni i pomknęła na południe. 4 lipca o 11.00 cztery pojazdy w kształcie dysków rzekomo przeleciały z ogromną prędkością nad Redmond w stanie Waszyngton. Tego samego dnia o 13.05 funkcjonariusz policji z Portland ujrzał, jak twierdził, pięć ogromnych dysków nad miastem. Jego relację potwierdziło dwóch innych policjantów, którzy niewiele później wypatrzyli kolejne niezwykłe obiekty latające. Podobnymi doświadczeniami chwalili się pracownicy straży przybrzeżnej, a sensacyjne doniesienia mieli też dla prasy szarzy obywatele opowiadający o obiektach "koloru aluminium albo chromu, w kształcie dysku albo dekla, albo tortownicy, albo półksiężyca, które błyskały w słońcu, ale nie zostawiały po sobie żadnego śladu na niebie i nie wydawały żadnego odgłosu (może poza głuchym pomrukiem)". Jeszcze tego samego popołudnia pewien funkcjonariusz straży przybrzeżnej z Seattle wykonał najstarsze znane zdjęcie podejrzanego obiektu latającego - okrągłej jasnej kropki. (Badacze ustalili później, że był to balon meteorologiczny).
Wojskowi z początku nie wiedzieli, co zrobić z takim zalewem informacji. Wyglądało na to, że niezwykłe zjawiska mają miejsce w każdym zakątku kraju, ale trudno było cokolwiek ustalić na pewno i nic na razie nie wskazywało na realne zagrożenie. Czy te latające byty miały wrogie, czy raczej przyjazne zamiary? No i czy w ogóle istniały?
Aby znaleźć odpowiedź, wojsko postawiło w stan gotowości myśliwce P-61, które miały spróbować przechwycić jeden z tajemniczych dysków, a także zorganizowało "patrole fotograficzne" wyposażone w obiektywy teleskopowe w nadziei, że natkną się na któryś z niezidentyfikowanych obiektów i zdołają go sfotografować. W wielu bazach samoloty czekały w gotowości; na lotnisku Muroc w Kalifornii jeden P-80 stał zawsze na pasie startowym, aby w razie czego móc w mgnieniu oka ruszyć w pogoń za latającym spodkiem. Nad Górami Kaskadowymi i północno-zachodnim wybrzeżem całymi dniami krążyło osiem myśliwców P-51 i trzy bombowce A-26, nie natrafiły jednak na nic poza otwartymi przestworzami.
Podczas gdy wysiłki wojskowych spełzały na niczym, z całych Stanów napływały kolejne raporty cywilów: w przeciągu kilku tygodni zaobserwowano co najmniej 39 tajemniczych zjawisk na niebie. Niektóre okazywały się śmiesznie proste do wyjaśnienia. Kiedy przeszło 400 osób z miejscowości Birmingham w stanie Alabama zawiadomiło policję o świetlistych dyskach pośród nisko zawieszonych chmur, funkcjonariuszom szybko udało się ustalić, że w rzeczywistości były to po prostu światła dekoracyjnych szperaczy z pobliskiego cyrku. Z kolei w Portland w stanie Oregon przelot bombowców B-29 i myśliwców P-80 z okazji 4 lipca zaowocował alarmem policyjnym, bo mieszkańcy miasta wzięli samoloty za podejrzane obiekty. "Latające "wichajstry" stają się popularniejszym tematem rozmów niż pogoda" - głosił żartobliwie reportaż w "Los Angeles Timesie". Pewien pastor z Oregonu doszedł nawet do wniosku, że niezwykłe obiekty to "anielska forpoczta zwiastująca powtórne przyjście Chrystusa".
W końcu wojsko musiało pogodzić się z myślą, że tematu nie można po prostu zostawić samemu sobie. Tegoż 4 lipca dowództwo lotniska Wrighta10, głównej siedziby laboratorium i wywiadu technicznego Sił Powietrznych, wypuściło notatkę prasową z oświadczeniem, że na rozkaz szefa sztabu lotnictwa oficjalnie zajmie się badaniem niezidentyfikowanych obiektów. "Na chwilę obecną wygląda na to, że mamy do czynienia albo ze zjawiskiem [naturalnym], albo z wytworem czyjejś wyobraźni" - podsumowywali autorzy.
Jeszcze tego samego dnia około 20.00 załoga lotu United Airlines 105 z Boise do Oregonu zameldowała, że widzi zbliżający się z dużą prędkością świetlny punkt. Piloci włączyli światła lądowania, aby ostrzec nadlatujący pojazd o swojej obecności, zaraz jednak zorientowali się, że nie mają do czynienia ze zwykłym samolotem. Kapitan Emil Smith i drugi pilot Ralph Stevens ujrzeli zamiast tego od czterech do dziewięciu dysków - w późniejszych doniesieniach prasowych nie było zgody co do dokładnej liczby - które przez dobre 12 minut utrzymywały równą z nimi prędkość, gdy lecieli nad północno-zachodnim wybrzeżem USA. Smith wspominał, że obiekty były "gładkie od spodu, ale zdawały się szorstkie z wierzchu", z powodu ciemności jednak ani on, ani Stevens nie byli w stanie orzec, czy miały kształt "owalu czy spodka"11.
Wreszcie, 8 lipca, zaczęła się sprawa Roswell. Oświadczenie Blancharda, że do bazy 509. Skrzydła Bombowego trafiły pozostałości latającego spodka, stało się najgorętszym tematem w miejscowej gazecie. Pod dwupoziomowym nagłówkiem - "RAAF znajdują latający spodek na ranczu w okolicach Roswell" - dziennikarze z "Roswell Daily Record" opisywali, jak to "dysk został zabrany z rancza w pobliżu Roswell po tym, jak niezidentyfikowany ranczer poinformował szeryfa G. Wilcoxa, że natknął się na obiekt na swojej posesji". Major Jesse Marcel poddał pojazd oględzinom, a następnie odesłał go do "ważniejszej placówki", odmówił jednak zdradzenia prasie jakichkolwiek szczegółów dotyczących budowy i wyglądu spodka.
W artykule przytaczano także wypowiedzi dwojga miejscowych, państwa Wilmotów - pani Wilmot została opisana "jako jedna z najbardziej szanowanych i wiarygodnych mieszkanek miasta" - którzy utrzymywali, że w minioną środę, 2 lipca, siedzieli właśnie na ganku, kiedy nad ich głowami przemknął "duży, świecący się obiekt". "Z wyglądu był owalny, jak dwa odwrócone spodki zetknięte wierzchem ze sobą albo jak dwie takie staromodne balie do mycia ułożone w ten sam sposób - tłumaczyli. - Cały się świecił, jakby ze środka przebijało światło, choć nie tak, jakby było po prostu pod spodem".
O 14.30 czasu lokalnego oświadczenie Blancharda podała dalej agencja Associated Press, co sprawiło, że do Roswell zaczęli się zjeżdżać reporterzy, a w biurze szeryfa Wilcoxa urywał się telefon. Ludzie dzwonili z całego kraju i nie tylko - jedno z najdalszych połączeń zamiejscowych pochodziło z redakcji "Daily Mail" w Londynie.
Pośród całego tego zamieszania dziennikarzom "San Francisco Examiner" udało się dobić do szefa Blancharda, generała brygady Rogera Rameya, dowódcy Ósmej Armii Lotniczej z siedzibą w Fort Worth w Teksasie, gdzie ostatecznie trafiły szczątki z Roswell. Ramey zaprzeczył pogłoskom, jakoby obiekt wykonany był z jakiegoś nieznanego materiału. Twierdził, że specjaliści z jego bazy bez trudu zidentyfikowali w nim pozostałości nie zagranicznego czy pozaziemskiego pojazdu, a zwykłego balonu meteorologicznego. O 17.30 czasu Nowego Meksyku Associated Press wypuściła sprostowanie: "Głośny "latający talerz" z Roswell został bezwzględnie odarty ze splendoru, gdy dziś po południu oficer do spraw warunków pogodowych z bazy lotniczej w Forth Worth rozpoznał w nim balon meteorologiczny".
Od tej chwili wojsko miało już nieodwołalnie trzymać się wersji, że w Roswell nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Wieczorem tego samego dnia Ramey we własnej osobie wystąpił w lokalnej telewizji NBC, aby po raz kolejny zapewnić, że szczątki pochodziły z "zupełnie zwyczajnego gadżetu", a po bliższych oględzinach zdawały się niczym innym niż "pozostałościami po latawcu pokrytym folią aluminiową i gumowym balonie".
Prasa szybko straciła zainteresowanie - dziennikarze mieli wiele innych przypadków do opisania, a obiekt z Roswell ewidentnie nie rozwiązywał zagadki latających spodków. 9 lipca gazeta z sąsiedniego stanu, "Arizona Republic", wspomniała co prawda na stronie tytułowej o "bublu" z Roswell, ale uwagę poświęciła głównie historii, która zdawała się o wiele większą sensacją: jednemu z pierwszych w historii zdjęć latającego spodka. Dwie ziarniste fotografie wykonane przez Williama Rhodesa zdawały się przedstawiać obiekt w kształcie dysku, który - jak twierdził fotograf amator - leciał na południe na wysokości jakichś 300 metrów, a następnie wykonał serię ostrych zwrotów w pobliżu jego domu i z dużą prędkością oddalił się na zachód.
Specjaliści do spraw awiacji zgadzali się, że sfotografowany przez Rhodesa pojazd nie przypominał żadnego statku powietrznego znanego w Stanach Zjednoczonych. Pod koniec drugiej wojny światowej wojsko eksperymentowało co prawda z samolotem o kształcie zbliżonym do spodka - Voughtem V-173, przezywanym Latającym Naleśnikiem - lecz nigdy nie został on wprowadzony do produkcji, a modele testowe nie opuszczały Connecticut. Program został zresztą zawieszony w marcu 1947 roku, gdy okazało się, że voughty nigdy nie osiągną prędkości niezbędnej dla myśliwców12. Co takiego uchwycił więc na taśmie Rhodes? Wojskowi ze wstydem musieli przyznać, że nie potrafią odpowiedzieć na to pytanie - a latem 1947 roku wyjątkowo nie na rękę było im przyznawać się na arenie międzynarodowej do jakiejkolwiek słabości.
***
Ogólnokrajowa obsesja na punkcie latających spodków nadeszła w przełomowym momencie powojennej ewolucji amerykańskiego rządu, amerykańskiego wojska i ogólnie pojętego lotnictwa. W przeciągu zaledwie kilku lat samoloty z nowoczesnych cacek przerodziły się w jedne z najważniejszych instrumentów sztuki wojennej. Fascynacji niezidentyfikowanymi obiektami latającymi praktycznie nie dało się oddzielić od kształtujących się w tym czasie względów bezpieczeństwa.
W 1945 roku, po zakończeniu drugiej wojny światowej, Stany Zjednoczone osiągnęły silniejszą pozycję militarną i ekonomiczną niż jakikolwiek inny kraj - nieważne, czy wrogi, czy sprzymierzony. Jako że dotychczasowe mocarstwa europejskie chwiały się pod ciężarem głodu i wojennych zniszczeń, to na USA miała - po raz pierwszy w historii - spaść odpowiedzialność za globalne bezpieczeństwo. Ameryka jednak dopiero szykowała się do przyjęcia swojej nowej roli, a tymczasem stało się jasne, że tego rodzaju nadzór jest nieodzowny, gdy w latach 1946-1947 nad Europą zawisł cień nowego konfliktu.
W 1946 roku dyplomata George Kennan zaczął nawoływać do "przeciwdziałania" komunistycznemu i sowieckiemu zagrożeniu, które w jego odczuciu miało wyrosnąć na zgliszczach zrujnowanych przez wojnę krajów i rządów. Skutkiem tego w marcu 1947 roku prezydent Harry S. Truman zadeklarował pomoc dla Grecji i Turcji, które stanęły w obliczu fali komunistycznych przewrotów w sąsiednich państwach, i oświadczył, że Stany Zjednoczone będą "wspierały wolne narody stawiające opór próbom zniewolenia przez zbrojne mniejszości lub zewnętrzne grupy wpływów". W kwietniu tego samego roku polityk Bernard Baruch ukuł termin "zimna wojna" na opisanie coraz chłodniejszych stosunków pomiędzy Związkiem Radzieckim a Zachodem. Z kolei na początku czerwca, zaledwie trzy tygodnie przed pamiętnym lotem i podniebnym spotkaniem Kennetha Arnolda, sekretarz stanu George Marshall podczas przemówienia na zakończenie semestru letniego na Uniwersytecie Harvarda przedstawił szeroko zakrojony plan inwestycji w odbudowę i bezpieczeństwo Europy13.
Zmierzenie się z tymi wszystkimi wyzwaniami wymagało zmiany sposobu myślenia o roli, jaką wojsko powinno odgrywać w czasie pokoju. Przez poprzednie 75 lat, nie licząc czasu wojen, Stany Zjednoczone utrzymywały jedynie niewielką stałą armię i Marynarkę, a żadnej z tych formacji nie można by uznać za wzorcową. Na początku pierwszej wojny światowej USA mogły się już pochwalić największą gospodarką na świecie, ale miały mniejsze siły zbrojne niż Portugalia; pod tym względem plasowały się dopiero na 17. pozycji. (Pewien historyk wojskowości opisał amerykańską armię jako "podstarzałą, zapijaczoną i zramolałą"). Teraz jednak, po konflikcie, który objął niemal każdy zakątek globu, a toczył się na lądzie, morzu i w powietrzu, powrót do takiego stopnia zacofania i nieprzygotowania nie wchodził już w grę.
Na szczęście Truman miał szczególny wgląd w mechanizmy działania "kompleksu wojskowo-przemysłowego", jak to określił jego następca, Dwight Eisenhower. Jako senator przewodniczył komisji kongresowej odpowiedzialnej za rozliczanie gigantycznych wydatków z czasu wojny, a także walkę z oszustwami i ograniczanie marnotrawstwa. Miał więc okazję dobrze się przyjrzeć biurokratycznemu bezwładowi wojska, które w tamtych czasach dzieliło się jeszcze na dwie odrębne, podlegające różnym sekretarzom jednostki: Departament Wojny i Departament Morski. Jakby już samo to nie tworzyło wystarczającego zamieszania, na początku drugiej wojny światowej powstały jeszcze na poły autonomiczne Siły Powietrzne Armii Stanów Zjednoczonych. Już w 1944 roku Truman opublikował w "Collier's Weekly" felieton zatytułowany MUSIMY zunifikować nasze siły zbrojne, w którym przekonywał, że odrębne dotąd departamenty dawno powinny zostać połączone. "Chaotyczna organizacja armii zawodowej to przepis na katastrofę - pisał. - Cała nasza siła defensywna i ofensywna [musi się znaleźć] pod jednym dachem, pod jednym kategorycznym, odpowiedzialnym dowództwem". Jako prezydent wprowadził w życie swoją propozycję i tak powstała struktura zwana Departamentem Wojny, Departamentem Bezpieczeństwa Narodowego lub Departamentem Obrony Narodowej. Umożliwiło to między innymi połączenie dwóch istniejących wcześniej formacji wojskowych i sformułowanie planu na przyszły rozwój niezależnych Sił Powietrznych.
Kiedy generał Dwight Eisenhower został wybrany na kolejnego prezydenta, a zatem także głównodowodzącego sił zbrojnych, kontynuował restrukturyzację. Druga wojna światowa dowiodła, jak ważna stała się przewaga w przestworzach, a użycie bomby atomowej urealniło wizję konfliktu w decydującej mierze lotniczego. Jednocześnie wśród wojskowych i polityków zrodziło się niepokojące przeświadczenie, że przyszłe starcia będą o wiele krótsze i bardziej skoncentrowane niż dotychczasowe, to zaś oznaczało, że Stany Zjednoczone nie będą miały dwóch lat na przestawienie całej gospodarki na zbrojenia, jak to było przy obu wojnach światowych, i będą musiały utrzymywać większą armię stałą. "Wojna zapoczątkowała nową erę, w której dominującą rolę miała odgrywać potęga powietrzna, zarówno konwencjonalna, jak i atomowa - wyjaśniali autorzy oficjalnego podręcznika historii lotnictwa. - Nowoczesna armia w czasach pokoju musi być nastawiona na odstraszanie agresorów poprzez utrzymywanie wystarczających sił w stanie zbrojnej gotowości".
Mając to wszystko na uwadze, latem 1947 roku - gdy w gazetach roiło się od doniesień na temat latających spodków - pełny Senat Stanów Zjednoczonych zebrał się w Waszyngtonie, aby przystąpić do pracy nad ustawą, która miała przejść do historii jako Ustawa o bezpieczeństwie narodowym i przygotować amerykańskie wojsko do nadchodzącej zimnej wojny. W myśl postanowień prawodawców armia i Marynarka Wojenna zostały połączone w jeden departament, a do życia powołano nowe jednostki rządowe takie jak Rada Bezpieczeństwa Narodowego, Kolegium Połączonych Szefów Sztabów i CIA, czyli Centralna Agencja Wywiadowcza - pierwsza w historii USA agencja wywiadowcza funkcjonująca w czasie pokoju. Ustawa wyodrębniała też ze starszych struktur Siły Powietrzne USA i wprowadzała urząd sekretarza obrony, który miał nadzorować działanie wszystkich trzech odłamów wojska14. Obrady senackie poszły błyskawicznie, w kilka dni było po wszystkim. Kongres przyznał w ten sposób, że pokój w erze atomowej będzie wyglądał zupełnie inaczej niż dotychczas, a szaleństwo na punkcie latających spodków w pewien sposób stanowiło pierwszy poważny sprawdzian. Zaledwie 18 dni po katastrofie w Roswell swój podpis pod ustawą złożył prezydent Truman, deklarując tym samym powstanie "kompleksowego programu budowy przyszłego bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych".
***
W obliczu geopolitycznej niepewności i szybkiego rozwoju nowych technologii stało się niezwykle ważne, aby świeżo powołany do życia departament tłumił niepokoje społeczne w zarodku. Dzień za dniem wysoko postawieni wojskowi wypierali się jakiejkolwiek wiedzy na temat latających dysków.
- Cokolwiek widzieli ci ludzie, nie był to żaden wynik eksperymentów Sił Powietrznych Armii. Jeśli o mnie chodzi, sądzę, że nic w tym nie ma. Cała ta sprawa jest wyjątkowo niefortunna - stwierdził generał dywizji Curtis LeMay, legendarny dowódca lotnictwa z czasów drugiej wojny światowej, który teraz stał na czele programu badawczego Sił Powietrznych.
Inny wojskowy rzecznik zaproponował śmiechu warte wyjaśnienie, że latające dyski to "duże kule gradu, które mogły się rozpłaszczyć i trochę szybować". Na początku lipca pracownicy Obserwatorium Marynarki Wojennej USA w Waszyngtonie oświadczyli, że dyski, jeśli uznać ich opisy za wiarygodne, nie mogą stanowić zjawisk natury astronomicznej. Niewiele później David Lilienthal, przewodniczący Komisji Energii Atomowej, zapewnił, że występowanie tajemniczych obiektów na niebie nie ma nic wspólnego z żadnym tajnym projektem nuklearnym, choć od siebie dodał, że również chciałby dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Uspokajający efekt tych wiadomości został jednak nieco podkopany, gdy rzecznik prasowy lotniska wojskowego Wrighta w Ohio stwierdził, że jeżeli "jakieś obce mocarstwo wysyła latające dyski nad Stany Zjednoczone, to naszym obowiązkiem jest dowiedzieć się o tym i podjąć odpowiednie kroki".
Sprzeczne informacje zadziałały niczym oliwa dolana do ognia, a do pobudzającej wyobraźnię narodu dyskusji wkradło się nowe pytanie - i nowa obawa: czyżby Sowieci szykowali się do wykorzystania przeciwko Stanom Zjednoczonym jakiejś nowej broni kosmicznej?
LeMay i inni z początku lekceważyli doniesienia cywilów na temat latających spodków, kiedy jednak - równolegle do cyrku wokół Roswell - dotarły do nich raporty o serii podejrzanych zjawisk w pobliżu tajnych placówek na pustyni Mojave, zrobiło im się już trochę nieswojo.
Lotnisko Wojskowe Muroc15 stanowiło jeden z najlepiej strzeżonych sekretów armii USA. Była to położona w odludnej okolicy placówka o powierzchni 300 tysięcy akrów, na której terenie bez przeszkód i niepożądanej uwagi wojsko mogło prowadzić testy samolotów, badania nad nowymi technologiami i elitarne programy szkoleniowe. Na pobliskim solnisku Rogers Dry Lake stała między innymi pełnowymiarowa replika japońskiego ciężkiego krążownika Muroc Maru - zbudowana z drewna, drutu i papy - którą podczas drugiej wojny światowej wykorzystywano do ćwiczenia ataków lotniczych na jednostki morskie.
8 lipca około 9.30 porucznik Joseph McHenry wyszedł właśnie z bazowego sklepiku, gdzie dopiero co dyskutował z kilkoma innymi lotnikami na temat wątpliwego charakteru napływających z całego kraju doniesień o latających spodkach, i kierował się do swojego biura.
- Nie uwierzę, dopóki ktoś mi takiego dysku nie pokaże - powiedział wcześniej swoim kolegom.
Wchodząc do biura, uniósł wzrok i ujrzał, jak to później opisał, "dwa obiekty w kształcie kuli bądź dysku" poruszające się z prędkością jakichś 500 km/h na wysokości około 2500 metrów. To samo ujrzały także trzy inne osoby znajdujące się w pobliżu: dwóch sierżantów i sekretarz. Chwilę po tym, jak pierwsze dwa obiekty zniknęły z pola widzenia, McHenry zobaczył kolejny skręcający na północ. "Według moich naocznych obserwacji obiekt zawrócił po zbyt ciasnym okręgu i zbyt ostrej płaszczyźnie, aby mógł to być jakikolwiek znany mi statek powietrzny" - napisał potem w oficjalnym oświadczeniu dla agentów kontrwywiadu.
Zaledwie 30 minut później, około 10.00, major J.C. Wise, pilot oblatywacz, rozgrzewał właśnie silniki prototypowego samolotu XP-84 Thunderjet, gdy ujrzał na niebie coś, co w pierwszej chwili uznał za lecący na zachód balon meteorologiczny. Z niemałym zdziwieniem zorientował się jednak zaraz, że obiekt porusza się pod wiatr. "Był żółtawobiałego koloru i szacuję, że była to kula o średnicy około półtora do trzech metrów" - zameldował Wise. Inni oficerowie i lotnicy donosili o trzech podobnych obiektach zmierzających na zachód.
Około południa zespół obserwacyjny stacjonujący przy Rogers Dry Lake, gdzie przeprowadzał testy nowego fotela wyrzucanego [katapulty - przyp. red.], wypatrzył w powietrzu okrągły obiekt barwy aluminium, który również poruszał się pod wiatr. "Gdy obiekt ten zszedł na wystarczająco niski pułap, by możliwa stała się obserwacja boczna, ukazał nam owalny profil z dwiema wypustkami na górnej powierzchni, które mogły być grubymi statecznikami lub gałkami - pisali w swym raporcie członkowie zespołu. - Nie stwierdziliśmy obecności dymu, płomieni, pracujących wirników, odgłosu silnika czy innych wyraźnych oznak działania systemu napędowego". (Jeden z obserwatorów, kapitan John Paul Stapp, w oficjalnym oświadczeniu podkreślił, że "nie była to halucynacja ani żaden inny kaprys zmysłów").
Ostatnie niezwykłe zdarzenie dnia zgłosił pilot P-51, który podczas przelotu na południe od Muroc ujrzał wysoko nad sobą "płaski obiekt o odbijającej światło powierzchni". Próbował udać się za nim w pogoń, lecz jego maszyna nie mogła wspiąć się na wystarczający pułap.
Wrażenie, że aktywność tajemniczych dysków skupia się wokół jednej z najlepiej strzeżonych tajnych placówek Sił Powietrznych, wywołało panikę w Pentagonie. W mediach krążyła już plotka, że latające spodki to nowe rosyjskie samoloty ponaddźwiękowe o napędzie atomowym. Radziecki minister spraw zagranicznych bynajmniej zresztą nie zaprzeczał udziałowi swojego kraju w zjawisku, które "New York Times" ochrzcił mianem letniej "gorączki latających dysków": w publicznych wystąpieniach żartował sobie, że może "jakiś rosyjski dyskobol, który szykuje się do igrzysk, nie zna własnej siły". Amerykańskim wojskowym zdecydowanie nie było jednak do śmiechu.
Nic nie wskazywało na to, że tajemnicze obiekty mają wrogie zamiary, choć gwoli ścisłości nie zachowywały się też szczególnie przyjaźnie. Czym więc były te zjawiska pojawiające się na niebie w całym kraju?
W ostatecznym rozrachunku nie miało to znaczenia. Amerykanie mieli nowego konika, a amerykański rząd - nową bolączkę. Zaczęła się era obsesji na punkcie latających spodków.
7 Blanchard jako absolwent akademii West Point w 1944 roku pilotował pierwszy bombowiec B-29 podczas misji próbnej w Chinach, która stanowiła część przygotowań do ataku bombowego na Japonię. W 1945 roku pełnił funkcję rezerwowego pilota bombowca, który pod dowództwem pułkownika Paula Tibbetsa zrzucił bombę atomową na Hiroszimę.
8 Jednym z głównych zastrzeżeń do relacji Arnolda stała się z czasem kwestia tego, jak dokładnie mógł ocenić odległość pomiędzy własną maszyną a tajemniczymi obiektami. Biorąc pod uwagę, jak duże muszą być przedmioty, aby dało się je dostrzec gołym okiem, nie sposób wykluczyć, że w rzeczywistości znajdowały się bliżej, niż mu się zdawało. Możliwe, że tak naprawdę mierzyły około 15 metrów długości, a poruszały się z prędkością 650 km/h. Znaczyłoby to, że widział coś wielkości samolotu poruszającego się ze zwyczajną dla samolotu prędkością. [Edward J. Ruppelt, The Report on Unidentified Flying Objects, Doubleday, Garden City 1956, s. 17].
9 Koncepcja latającego spodka była w tamtym czasie dość świeża i zaskakująca. Jak pisał folklorysta Thomas Bullard, "pojazdy w kształcie dysku pojawiały się czasem na ilustracjach science fiction albo okładkach magazynów w rodzaju "Popular Science" jako wizja futurystycznych modeli statków powietrznych, ale idea okrągłych pojazdów nie zajmowała jeszcze szczególnego miejsca w kulturze masowej czy popularnej". [Bullard, The Myth and Mystery of UFOs..., s. 27].
10 Jako że początki doniesień o latających spodkach sięgają czasu, gdy organizacja amerykańskiego wojska przechodziła głębokie przeobrażenie, w niektórych miejscach ujednoliciłem nazwy miejsc czy jednostek, aby uniknąć zamieszania; nazwę lotniska Wrighta-Pattersona zmieniano na przykład trzy razy - w 1945, 1947 i 1948 roku - zanim okrzepła ta obecna.
11 Kiedy funkcjonariusz wojskowego kontrwywiadu przesłuchał pilota, doszedł do wniosku, że musiałby on "być bardzo silnie przekonany, że naprawdę widział latające dyski, aby narazić się na śmieszność związaną z tego typu meldunkiem". [Pismo Franka Browna do oficera dowodzącego, 16 lipca 1947, FBI, https://vault.fbi.gov/UFO/UFO%20Part%203%20of%2016].
12 Nawet dziś, gdy mamy o wiele większy dostęp do archiwów lotniczych i odtajnionych dokumentów, nic nie wskazuje na to, aby pod koniec lat 40. XX wieku Stany Zjednoczone posiadały jakiekolwiek pojazdy powietrzne o kształcie i możliwościach zbliżonych do opisywanych w prasie latających dysków.
13 Tak zwana doktryna Trumana w latach 50. XX wieku objęła również teorię domino, która ostatecznie doprowadziła do zaangażowania USA w wojny w Korei i Wietnamie.
14 Nowy byt rządowy, na czele którego stał sekretarz obrony, z początku nosił nazwę National Military Establishment, czyli Narodowy Instytut Wojskowy, lecz wielu ludzi wymawiało skrót NME jak enemy, a więc "wróg". W związku z tym w 1949 roku oficjalnie przemianowano go na Departament Obrony. Dużo później ta dwuletnia rozbieżność miała się stać ważnym szczegółem w historii poszukiwania istot pozaziemskich. [Department of Defense, 9/18/1947, National Archives Catalog, https://catalog.archives.gov/id/10455766].
15 W 1950 roku nazwę tę zmieniono na Bazę Sił Powietrznych Edwardsa.