Uderz w struny - Joan He

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

COŚ Z NICZEGO

Są tacy, któ­rzy mówią, że to nie­biosa decy­dują o roz­kwi­cie i upadku impe­riów.

Naj­wy­raź­niej ni­gdy nie sły­szeli o mnie.

Bie­głość w kwe­stii stra­te­gii przy­nio­sła mi wiele przy­dom­ków, od Smo­czego Cie­nia po Tak­tyczkę z Thi­stle­gate. "Wzla­tu­jąca Zefir" jest jed­nak moim ulu­bio­nym. Samo "Zefir" wystar­czy.

-?Pawico!

No, chyba że mówimy o Lotos. Wtedy to zbyt wygó­ro­wane ocze­ki­wa­nia.

Z tru­dem prze­ko­nuję moją klacz do zawró­ce­nia; konie nie mają zro­zu­mie­nia dla geniu­szu.

Zupeł­nie jak Lotos.

-?Hej, Pawico! -?krzy­czy ponad trza­skiem zaprzę­gów, pła­czem dzieci, strze­la­niem batów. Poga­nia ogiera i po chwili rów­namy się ze sobą, a głowy ludzi i wołów prze­su­wają się mię­dzy nami. -?Doga­niają nas!

Trudno powie­dzieć, żeby mnie to zasko­czyło. Nie było ucieczki przed Mia­zmą, pre­mierką Cesar­stwa Xin jedy­nie z nazwy, de facto rzą­dzącą zamiast cesa­rzo­wej. A teraz nasi żoł­nie­rze i uchodźcy -?dzięki nie­wy­pa­rzo­nej gębie Lotos -?wie­dzą już, że nie wymkną się śmierci. Jakieś dziecko pła­cze gło­śno, jedna z kobiet się potyka, para mło­dych ludzi pona­gla muła, na któ­rym jadą. Pech. Stroma leśna ścieżka jest błot­ni­sta po zeszło­rocz­nych desz­czach i roz­dep­tana sto­pami setek ludzi, któ­rych udało nam się ewa­ku­ować.

A kolejne setki cze­kają na ratu­nek.

-?Zrób coś! -?krzy­czy Lotos. -?Użyj mózgu!

Jej włosy napu­szyły się od wil­goci i oka­lają jej twarz nie­okieł­znaną grzywą. Potrząsa topo­rem, jakby nie mogła się docze­kać, by go użyć.

I tak nam to nie pomoże. Nie tylko z Mia­zmą wal­czymy; spo­wal­nia nas nasza liczeb­ność. "Musimy ewa­ku­ować wszyst­kich" -?surowo zapo­wie­działa Ren, gdy zasu­ge­ro­wa­łam, byśmy opu­ściły mia­sto i ucie­kły dalej, do następ­nego. -?"Mia­zma wyrżnie ich wszyst­kich tylko dla­tego, że się tu zatrzy­ma­ły­śmy".

Przy tym tem­pie ucieczki to na­dal moż­liwe, ale nikt nie dys­ku­tuje z dobro­cią naszej przy­wód­czyni, Xin Ren. Więk­szość stra­te­gów nie potra­fi­łaby pra­co­wać w takich warun­kach.

Ja potra­fię.

-?Może jakiś plan! -?wrzesz­czy Lotos.

Dzięki za zaufa­nie, Lotos. Wła­ści­wie to mam jakiś -?trzy nawet, żeby być szczerą. O pierw­szym (porzu­cić uchodź­ców) mogę od razu zapo­mnieć, ale mam też drugi (ściąć drzewa i modlić się o deszcz) i trzeci (wysłać jedną z zaufa­nych gene­ra­łek do mostu, by zatrzy­mała tam Mia­zmę).

Plan drugi ma szansę na powo­dze­nie, jeśli za wska­zówkę uznać coraz więk­szą wil­got­ność powie­trza. Ode­sła­łam już oddział Tur­ma­lin na tyły, do ści­na­nia drzew. Nad­cho­dząca ulewa zmyje pnie i ta blo­kada powinna powstrzy­mać kon­nicę Mia­zmy przy­naj­mniej na jakiś czas.

Jeśli zaś mówimy o wysła­niu zaufa­nej gene­rałki do mostu...

Odry­wam wzrok od Lotos i patrzę na Obłok, drugą z zaprzy­się­żo­nych sióstr Ren. W górze ścieżki pomaga naszym ewa­ku­owa­nym prze­brnąć przez błoto, a płaszcz w kolo­rze ultra­ma­ryny inten­syw­nieje na tle zga­szo­nej zie­leni jodeł.

Pod pre­sją Obłok jest lep­sza od Lotos. Szkoda, bo nie wiem, czy potra­fię nad nią zapa­no­wać. Led­wie w zeszłym mie­siącu uwol­niła Mia­zmę z jed­nej z moich puła­pek, gdyż "mędrzec Sen­cjusz zabra­nia pod­stępu". To uro­cze, Obłok, ale czy mędrzec Sen­cjusz ucie­kał kie­dyś przed armią cesar­stwa? Jakoś nie sądzę.

-?Ty. -?Wska­zuję wachla­rzem Lotos. -?Weź setkę swo­ich naj­lep­szych ludzi, jedź do mostu i wdra­żaj zro­bić coś z niczego.

Patrzy na mnie z nie­do­wie­rza­niem.

-?Po pro­stu... zrób coś, żeby wyglą­dało, że wzdłuż rzeki jest wię­cej naszego woj­ska, niż mamy naprawdę. Tumany kurzu. Możesz zary­czeć. Zastrasz ich.

To nie powinno być dla Lotos zbyt trudne, nie nazwano jej tak, bo przy­po­mi­nała deli­katne płatki różo­wych kwia­tów, lecz raczej uparty korzeń znaj­du­jący opar­cie w naj­bar­dziej muli­stym dnie. Jej okrzyk bojowy pło­szył ptaki z drzew w pro­mie­niu l? 3. Wła­sno­ręcz­nie wykuła swój topór, a jako zewnętrzną spód­nicę nosi skórę samo­dziel­nie upo­lo­wa­nego tygrysa. Jest wojow­niczką w każ­dym zna­cze­niu tego słowa, prze­ci­wień­stwem wszyst­kiego, co repre­zen­tuję ja. Obłok przy­naj­mniej cytuje poezję.

Ale Lotos potrafi coś, co Obłok przy­cho­dzi z trud­no­ścią: umie wyko­ny­wać roz­kazy.

-?Zastra­szyć -?powta­rza cicho. -?Robi się. -?I galo­puje na tym swoim mon­stru­al­nym ogie­rze w dół góry, mówiąc o sobie w ten pro­stacki spo­sób, jaki sły­szy się pośród żoł­nie­rzy idą­cych w bój. -?Lotos nie zawie­dzie!

Grzmot pochła­nia echo jej odjazdu. Na nie­bie kłę­bią się chmury, a wokół mnie, w bry­zie cuch­ną­cej bar­dziej niż powie­trze uno­szą się liście. Czuję w piersi ucisk, ale oddy­cham głę­boko i mija, a ja sku­piam uwagę na wło­sach, wciąż spię­tych w sta­ranny kucyk. I na wachla­rzu w dłoni.

Nie pierw­szy raz mam dla Ren doko­nać nie­moż­li­wego.

I doko­nam. Mia­zma nie jest lek­ko­myślna; nad­cią­ga­jące ulewy i zastra­sza­jące dzia­ła­nia Lotos spra­wią, że ostroż­niej podej­dzie do podą­że­nia za nami w góry. Mogę ją spo­wol­nić.

Ale też muszę nas przy­spie­szyć.

Ścią­gam wodze, a klacz pode mną się wyła­muje. Jakież nie­po­słu­szeń­stwo!

-?Rzepa i figi potem! -?syczę.

Ścią­gam wodze sil­niej i pro­wa­dzę nas w dół ścieżki.

-?Zostaw­cie zwie­rzęta! -?wyszcze­kuję roz­kazy w stronę powol­nej ludz­kiej masy. -?Zostaw­cie wozy! To roz­kaz stra­teżki wład­czyni Xin Ren!

Nie­chęt­nie robią, co im każę. Kochają Ren za jej honor, Obłok za pra­wość, Lotos za hart ducha. Mnie kochać nie muszą. Moim zada­niem jest prze­pro­wa­dzić każ­dego z nich przez góry i dopro­wa­dzić do mia­sta, gdzie Ren już czeka z pierw­szą falą uchodź­ców, połową woj­ska oraz -?miejmy nadzieję -?zapew­nioną prze­prawą na Połu­dnie, żebym mogła zdo­być tak potrzeb­nych nam sojusz­ni­ków.

-?Szyb­ciej! -?war­czę. Ludzka masa nie­znacz­nie przy­śpie­sza. Każę komuś pomóc męż­czyź­nie ze zła­maną nogą, ale jest też cię­żarna, która wygląda, jakby dziecko miało uro­dzić się już teraz, są dzie­ciaki bez butów, malu­chy bez rodzi­ców. Wil­goć zagę­ściła powie­trze, a ucisk w piersi się­gnął gar­dła. To pewny znak zbli­ża­ją­cych się pro­ble­mów z oddy­cha­niem.

Ani się waż -?prze­strze­gam w myślach ciało, jadąc wzdłuż pochodu i krzy­cząc do zachryp­nię­cia. Mijam jakąś dziew­czynę nawo­łu­jącą sio­strę.

Kilka kro­ków dalej pośród uchodź­ców dostrze­gam inną dziew­czynkę, w bliź­nia­czej kami­zeli, która rów­nież szuka sio­stry.

-?Za mną -?char­czę w jej stronę. Nie­mal nie zauwa­żam ich spo­tka­nia, gdy świa­tło bły­ska­wicy uka­zuje pnie drzew. Pod­nosi się chór zwie­rzę­cych jęków, pośród nich głos i mojej kla­czy.

-?Rzepa...

Ude­rza pio­run, klacz pode mną się narowi, a wodze...

Wyśli­zgują mi się z rąk.

* * *

Już spo­ty­ka­łam śmierć. Nie róż­nię się w tym od setek, a może tysięcy, innych sie­rot. Rodzi­ców ode­brał nam głód, zaraza, jakiś nagle odważny watażka, jakich wielu w cie­niu słab­ną­cego cesar­stwa. Wtedy śmierć mnie oszczę­dziła, ale wiem, że zawsze jest bli­sko, jak cień. Ist­nieją ludzie, któ­rzy potra­fią ją prze­ści­gnąć. Ja nie pró­buję. Mój umysł jest świecą, świa­tłem. Cie­nie ucie­kają przede mną, nie ja przed nimi.

Nie boję się więc, gdy śnię o nie­bio­sach. To zna­jomy sen. Biała, wikli­nowa altana. Wapienne tarasy. Niebo w kolo­rze płat­ków magno­lii. Wietrzne dzwonki, ptasi trel i ta melo­dia. Zawsze ta melo­dia.

Ta melo­dia grana na guqi­nie.

Podą­żam za nią ponad jezio­rami różo­wych chmur. Ale kolor blak­nie, a sen staje się kosz­ma­rem wspo­mnie­nia.

Stal ude­rza o stal. Grzmot kopyt na kamie­niach ulicy. Grot włóczni wynu­rza się z torsu. Czer­wień. Chwy­tam twoją dłoń i bie­gniemy. Nie wiem, czy ci żoł­nie­rze to wro­go­wie czy sojusz­nicy, ani który z wataż­ków sprze­nie­wie­rzył się cesar­stwu i obwo­łał kró­lem, czy może to cesar­stwo upo­mniało się o swoje, nie bacząc na to, czy dosta­nie to żywe czy mar­twe. Jeste­śmy jedy­nie sie­ro­tami. Dla nich, dla tych żoł­nie­rzy, nie jeste­śmy nawet ludźmi. Możemy tylko przed nimi ucie­kać. Ucie­kać. Twoja dłoń wymyka się z mojej; krzy­czę twoje imię.

Ku!

Zalewa mnie fala ucie­ka­ją­cych. Nie mogę cię odna­leźć. W końcu kurz opada. Żoł­nie­rze odcho­dzą.

I ty ode­szłaś ode mnie.

Zry­wam się, ciężko dysząc.

-?Spo­koj­nie.

Ręce na moich ramio­nach. Twarz: ostre brwi, bli­zny na grzbie­cie nosa. Tur­ma­lin. Trze­cia gene­rałka Xin Ren -?jedyna z pasu­ją­cym przy­dom­kiem, bo jej uspo­so­bie­nie jest solidne niczym krysz­tał. Tole­ru­jemy się, jak na wojow­niczkę i stra­teżkę przy­stało. Ale teraz nie ją chcia­łam zoba­czyć.

Nie jest sio­strą z mojego snu.

-?Spo­koj­nie, Zefir -?instru­uje, gdy pró­buję uwol­nić się z uści­sku jej rąk.

Powoli, wydech po wyde­chu, uwal­niam moje roz­cza­ro­wa­nie. Jakby w odpo­wie­dzi, Tur­ma­lin mnie pusz­cza. Podaje mi bukłak. Z waha­niem trzy­mam go w dło­niach. Woda zmyje mi z języka imię, to, któ­rego nie wymó­wi­łam od sze­ściu lat.

Ku.

Ale sen nie jest prawdą, więc gdy Tur­ma­lin mówi: "Pij", posłusz­nie prze­ły­kam wodę.

Tur­ma­lin ponow­nie siada. Zaschnięte błoto bruka jej zbroję.

-?Cie­bie, Zefir, cie­bie pobło­go­sła­wili bogo­wie -?mówi, a ja krztu­szę się wodą. -?Albo w poprzed­nim życiu zro­bi­łaś coś wyjąt­kowo dobrego.

Rein­kar­na­cja, bogo­wie, wszystko to bajki dla zwy­kłych ludzi.

-?Dotar­łam do cie­bie sekundy przed tym, zanim dosię­gły cię koła wozu. - Tur­ma­lin kon­ty­nu­uje jak gdyby ni­gdy nic. Mogła sobie daro­wać opisy, ale z dwojga złego, lepiej, że zna­la­zła mnie ona, a nie Lotos albo Obłok. Te dwie pisz­cza­łyby nie­ustan­nie, opo­wia­da­jąc wszyst­kim dookoła o tym wyda­rze­niu. A mówiąc o wszyst­kich...

Roz­glą­dam się. Jeste­śmy w namio­cie, jest noc, na zewnątrz jakaś dzi­czy­zna skwier­czy na ogniu. Same piękne oznaki tego, że Mia­zma nas nie dopa­dła.

Muszę się upew­nić.

-?Dotar­ły­śmy do Hewanu?

Pota­kuje.

-?Nas i siły Mia­zmy dzieli dokład­nie dzie­sięć l? , jedna góra i jedna rzeka. Jak prze­wi­dy­wa­łaś, lunął deszcz. Co naj­mniej dzień im zej­dzie na oczysz­cze­nie drogi. Cztery, jeśli pójdą naokoło.

-?Lotos?

-?Całe cesar­stwo będzie o niej mówić. Wiesz, bicie w bębny i wście­kły ryk. Gene­ra­ło­wie Mia­zmy wiali, jakby odkryli, że jest nas tu z dzie­sięć tysięcy.

Wypi­jam kolejny łyk wody. Dobrze. Mia­zma to para­no­iczka. Usły­szała odgłosy woj­ska, ujrzała trudny teren i pomy­ślała: pułapka. Taki manewr wyma­gałby o wiele więk­szych sił niż te, któ­rymi dys­po­nu­jemy, ale póki Mia­zma wie­rzy w ilu­zję stwo­rzoną przez Lotos, kupi­ły­śmy sobie czas, tyle, ile zaj­mie jej ocze­ki­wa­nie na posiłki -?jeśli dobrze liczę, naj­wy­żej dzień.

A potem przy­po­mi­nam sobie męż­czy­znę o kulach, cię­żarną o krok od porodu, roz­dzie­lone sio­stry. Jeśli żyją...

-?Żyją -?mówi Tur­ma­lin.

...zawdzię­czają to ide­ałom jed­nej osoby.

-?A Ren?

-?Wybie­rała się na spo­tka­nie z rządcą Hewanu, kiedy się z nią widzia­łam -?odpo­wiada Tur­ma­lin.

Pod­trzy­muje mnie, gdy wstaję. Ręce wspie­rają dolną część ple­ców, gdy mie­rzę spoj­rze­niem rze­czy ura­to­wane wraz ze mną. Białe szaty są nie do ura­to­wa­nia i krzy­wię się na myśl o zapa­so­wych. Beż. Ble.

-?Nie powin­naś tak odjeż­dżać samo­wol­nie. Widzisz, jak to się koń­czy. - Tur­ma­lin prze­rywa ciszę.

-?Potra­fię jeź­dzić. Ta kobyła... Twoja sztuczka z rzepą i figami nie zadzia­łała. -?Albo sama sobie jestem winna, bo posłu­cha­łam rady żoł­nierki.

Tur­ma­lin patrzy na mnie długo i mruga bar­dzo powoli.

-?Nie zna­la­złam przy tobie żad­nych fig ani rzepy.

-?Obie­ca­łam jej póź­niej, w nagrodę. -?Na którą, jak widać, klacz nie zasłu­żyła.

Kolejne powolne mru­gnię­cie.

-?Pozwolę ci się ubrać -?mówi w końcu Tur­ma­lin.

Opusz­cza namiot. Kiedy zostaję sama, z nie­chę­cią zakła­dam beżowe szaty. Dopi­nam sze­roki pas, się­gam w dół -?po dro­dze muska­jąc zawi­niątko, w któ­rym spo­czywa mój guqin -?po wachlarz. Wygła­dzam żura­wie pióra, prze­su­wam pal­cami wol­niej po poje­dyn­czym pió­rze zimo­rodka. To pre­zent od mojego ostat­niego men­tora, tego, który żył dłu­żej niż inni. Jedna gwiazda nie roz­ja­śni galak­tyki -?mówił, wszy­wa­jąc je pomię­dzy żura­wie pióra.

"Nie jestem gwiazdą" -?zaprze­cza­łam. -?"Jestem wszech­świa­tem".

Ale nawet wszech­świat pod­lega zewnętrz­nym siłom. Następ­nej nocy ude­rzył meteor, wbi­ja­jąc w zie­mię i men­tora, i wygódkę, w któ­rej sie­dział.

Dziś umiem prze­wi­dzieć mete­ory. Umiem śle­dzić ścieżki gwiazd, prze­po­wie­dzieć traf­nie pogodę w dzie­wię­ciu przy­pad­kach na dzie­sięć. Oto­cze­nie, jak się oka­zuje, jest naszym jedy­nym sprzy­mie­rzeń­cem. Wyko­rzy­sty­wa­nie go, by zapew­nić nam prze­wagę, przy­nio­sło mi przy­do­mek Odwra­ca­ją­cej Los. Ale to, co robię, nie jest magią. To zapa­mię­ty­wa­nie, ana­liza i wdra­ża­nie. To ogra­ni­cza­nie czyn­ni­ków, na które nie mam wpływu, i sytu­acji, w któ­rych cze­kamy na cud.

Dziś bez wąt­pie­nia docze­ka­ły­śmy cudu. Nie­ła­two mi to przy­znać, ale o ile jakiś meteor nie zała­twi Mia­zmy, następ­nym razem nawet ja nie zdo­łam nas oca­lić. Nie, jeśli na­dal będziemy podró­żo­wać z pospól­stwem.

Czas naj­wyż­szy poroz­ma­wiać z Ren.

Wsu­wam bam­bu­sową rączkę wachla­rza pomię­dzy pas a talię, zwią­zuję włosy w kucyk i wycho­dzę z namiotu wprost w noc.

Umiesz­czone na krzy­ża­kach pale­ni­ska wyzna­czają drogę do hewań­skiego rynku. Nad ogniem pieką się świ­niaki. Pod zada­szo­nym pawi­lo­nem, na któ­rego dachu suszy się pra­nie i konopna pościel, miesz­kańcy mia­steczka i żoł­nie­rze wzno­szą kie­li­chy za zdro­wie Ren. Popu­lar­ność ni­gdy nie była pro­ble­mem. Mia­sta nas witają. Rządcy sprze­ci­wia­jący się Mia­zmie udzie­lają nam schro­nie­nia. Pospól­stwo gro­ma­dzi się tłum­nie, by podą­żać za nami przez góry, by prze­kra­czać z nami rzeki.

Musimy to zakoń­czyć. Tutaj.

Przy­uwa­żam Ren pod zada­sze­niem pawi­lonu, przy stole z rządcą i miesz­kań­cami Hewanu. W spra­nych sza­rych sza­tach, łata­nym pasie, z wło­sami spię­tymi w skromny węzeł, nie­mal wta­pia się w tłum. Nie­mal. Jej głos roz­brzmiewa mocą. Smut­kiem, który, jak czę­sto myślę, nie pasuje do jej uśmie­chu, szyb­kiego i bez­tro­skiego. Śmieje się teraz ze słów jed­nego z żoł­nie­rzy.

Kie­ruję się w jej stronę.

-?Hej, Pawico!

Na nie­biosa, tylko tego mi bra­ko­wało.

-?Pawico!

Nie zwra­caj na nią uwagi.

Ale wtedy sły­szę głos trze­ciej z moich men­to­rów, sza­chistki: "Nie możesz trak­to­wać ludzi jak pionki. Musisz zdo­być ich zaufa­nie".

Zdo­bądźmy więc zaufa­nie.

-?I po co ją wołasz? -?Obłok pyta Lotos, kiedy się ku nim odwra­cam. Jej nie­bie­ski płaszcz opina się na sze­ro­kich, zamknię­tych w zbroi ramio­nach, wzdłuż ple­ców spływa ciężki, gruby war­kocz. -?Nie masz jej dość po całym dniu bycia pomia­taną?

-?Chcia­łam się jej przyj­rzeć -?wyja­śnia Lotos, a gdy się zbli­żam, jej twarz się roz­ja­śnia. -?Naprawdę zmie­ni­łaś kolory.

Pawica czy kame­leon, Lotos. Mogła­byś się zde­cy­do­wać.

-?Ha! -?mru­czy Obłok, przy­glą­da­jąc mi się. -?Co się stało z bielą? Niech zgadnę: zmę­czyło cię spie­ra­nie gówna.

Żoł­nie­rze wokół niej nawet nie pró­bują tłu­mić śmie­chu. Wzdy­cham. Nie zro­zu­mie­liby. Nie rozu­mieją zna­cze­nia. Biel to kolor mędr­ców, czy­sto­ści i wie­dzy, kolor...

-?Plotka głosi, że się dziś posy­pa­łaś. -?Obłok nie odpusz­cza. -?Ren kazała mi zna­leźć cie­ślę. Pech, że nie ma tu żad­nego, który potra­fiłby napra­wić twoją kola­skę.

Rydwan. Tak nazywa się ustroj­stwo, dzięki któ­remu poru­sza­łam się, zanim padłam ofiarą błota. Patrzę Obłok w oczy, a ona nie spusz­cza wzroku. Nie lubi mnie, bo mimo że nie jestem jedną z jej zaprzy­się­żo­nych sióstr, Ren mnie słu­cha. Jakże mi przy­kro. Nie zamie­rzam bra­tać się z Lotos ani Obłok, dzie­więt­na­sto- i dwu­dzie­sto­pa­ro­latką, które zacho­wują się, jakby miały po dzie­sięć lat. Zbie­ram się do odej­ścia, kiedy Lotos chwyta mnie za ramię.

-?Cze­kaj! Naj­pierw toast dla pawicy. -?Wznosi wysoko naczy­nie, roz­le­wa­jąc wino. -?Ura­to­wała dziś wszyst­kich!

Wyry­wam się jej.

-?Kon­ty­nu­uj­cie beze mnie.

Lotos rzed­nie mina.

-?Ej, bez smut­ków -?karci ją Obłok. Jej głos nie­sie się ponad hała­sem, gdy ucie­kam. -?Wiesz, co mówią o stra­też­kach.

Odejdź.

-?Mają słabe głowy.

Odejdź.

-?Jedna kolejka i rzy­gają...

Odwra­cam się, masze­ruję w ich stronę, odbie­ram Lotos czarkę z winem i wypi­jam jed­nym łykiem.

Lotos ude­rza w stół.

-?I jesz­cze raz!

Nagle ota­czają mnie żoł­nie­rze prze­py­cha­jący się po następną kolejkę. Piją do dna. Lotos znowu nalewa.

-?Kto uważa, że Tru­pia Gęba jest bóstwem? -?Tru­pia Gęba w języku Lotos pew­nie ozna­cza Mia­zmę. Pod­no­szą się ręce, a ona ryczy: -?Tchó­rze! To Ren jest bóstwem!

-?Cichaj! -?wtrąca się Obłok. -?Ren nie chce plo­tek. -?Ude­rza pię­ścią w pierś i ogła­sza zebra­nym przy stole: -?To ja jestem bóstwem!

-?Nie, to ja jestem bóstwem!

-?Ja jestem bóstwem!

-?Ja jestem bóstwem!

Jeste­ście pleb­sem, każde jedno z was -?myślę z nie­chę­cią, gdy wię­cej wina tra­fia na moje szaty niż do ich ust. Ktoś beka. Lotos pier­dzi. Ja zaś, gdy tylko widzę taką moż­li­wość, wymy­kam się.

Gdy tylko dopa­dam jakichś krza­ków, wymio­tuję.

Dopiero po trze­ciej, Obłok. Krzy­wię się, gdy widzę, jakiego bała­ganu naro­bi­łam pod krze­wem -?pod cisem, żeby być dokładną. Łusko­wata brą­zowa kora. Igły spi­ralą okrą­ża­jące łodygę. Jagody okrą­głe i czer­wone. Tru­jące dla ludzi, któ­rzy, mam nadzieję, są wystar­cza­jąco mądrzy, żeby nie zja­dać owo­ców z przy­pad­ko­wych krze­wów, i dla koni, które aż tak mądre nie są. Powin­nam ostrzec kon­nych...

Kolejne tor­sje.

-?Aj, moje zaprzy­się­żone sio­stry cię dopa­dły, co?

Ren.

Wycie­ram usta i pośpiesz­nie się odwra­cam, by skło­nić się jej nisko.

-?Spo­cznij, spo­cznij. -?Ren czeka, aż się wypro­stuję. -?Poroz­ma­wiam z nimi.

I spra­wisz, że się bar­dziej uprą?

-?To nie było...

-?Która teraz ogło­siła się bóstwem?

-?Obłok. -?Uch. - Wszyst­kie tak naprawdę.

-?Nie­biosa wyba­czą im to pod­bu­rza­nie -?mówi Ren, ale się uśmie­cha. - Może spró­bujmy im na chwilę uciec. Pozwie­dzać mia­sto. -?Odwraca się, patrzy na mnie przez ramię, a tro­ska łago­dzi jej rysy. -?Jeśli masz siłę.

Jak­bym miała pozwo­lić żoł­nier­kom mnie poko­nać.

Ponow­nie wycie­ram usta i towa­rzy­szę Ren w podróży przez nasz tym­cza­sowy obóz. Robi prze­gląd woj­ska, pomaga jakie­muś żoł­nie­rzowi napra­wić but, pyta kobietę w widocz­nej ciąży, kiedy roz­wią­za­nie. Trzy­mam się z boku - nie takie "zwie­dza­nie" mia­łam na myśli -?ale w końcu docie­ramy do zachod­niej straż­nicy Hewanu. Ren rusza pierw­sza po bam­bu­so­wych scho­dach. Wspi­nam się za nią. Płuca bolą. Ze szczytu wieży patrzymy na mia­sto. Noc jest jasna, a niebo usiane gwiaz­dami.

-?Powiedz mi, Qilin. -?Tylko Ren używa jesz­cze mojego imie­nia. Za późno, żeby powie­dzieć jej, że go nie­na­wi­dzę. -?W skali od jeden do dzie­się­ciu, jak bli­sko jesteś decy­zji o odej­ściu?

Mój ukłon jest pośpieszny, ale głę­boki.

-?Jeśli cię roz­cza­ro­wa­łam, pani...

-?Ura­to­wa­łaś nas dzi­siaj. -?Ren sta­now­czo mi prze­rywa. -?Ale prze­cież nie na to się pisa­łaś.

Nie może się dowie­dzieć. Nie o tych momen­tach, kiedy spie­ra­łam brud i błoto z bia­łych szat, kiedy leża­łam, nie mogąc zasnąć, wpa­tru­jąc się w noc, kiedy czu­łam się bar­dziej pasterką pospól­stwa niż stra­teżką.

W grun­cie rze­czy to zale­d­wie nie­do­god­no­ści. Nawet pospól­stwo. To brak prze­prawy na zachód jest palą­cym pro­ble­mem. Powiedz jej o tym...

-?Nie zawiodę cię -?rzu­cam zamiast tego.

-?Wiem -?mówi Ren. -?Boję się, że to ja zawiodę cie­bie. I może... - Pod­nosi wzrok na niebo. -?Że zawiodę ją.

Na nie­bie są setki gwiazd, jed­nak wiem, bez waha­nia, bez zasta­no­wie­nia, na którą z nich patrzy. Na małą i przy­ga­szoną gwiazdę naszej cesa­rzo­wej Xin Bao.

Ren patrzy na nią jak na słońce.

Z tego, co wiem, spo­tkała naszą nie­let­nią cesa­rzową tylko raz -?co i tak jest jedną szansą wię­cej, niż dostała więk­szość z nas. Od sta­ro­żyt­no­ści cesa­rzowe żyły ukryte w pałacu, ich wła­dza wiąże się nie z tym, kim są, ale z odwieczną tra­dy­cją, którą uosa­biają one i ich dwory. Dwo­rzanki Xin Bao wywo­dzą się z dłu­giej linii regen­tek.

Mia­zma to po pro­stu naj­now­sza z nich.

Kiedy Xin Bao popro­siła Ren, by ta uwol­niła ją ze szpo­nów Mia­zmy, to, co Ren usły­szała, było prośbą dziecka. Porzu­ciła swoją pozy­cję w armii cesar­stwa, zwró­ciła się prze­ciw tym, z któ­rymi łączyły ją więzi kole­żeń­stwa i obo­wiązku. Deter­mi­na­cja Mia­zmy, by znisz­czyć Ren, pocho­dzi z tego samego źró­dła co miłość pospól­stwa: ze wszyst­kich wataż­ków, któ­rzy przez ostat­nią dekadę rzu­cali wyzwa­nie cesar­stwu, Ren ma naj­lep­szy powód. Naj­le­piej uza­sad­nione żąda­nie, jeśli kie­dy­kol­wiek zde­cy­do­wa­łaby się się­gnąć po tron. Ją i Xin Bao, przed­sta­wi­cielki rodu Xin, łączą więzy krwi. I choć to Mia­zma się zaklina, że zesłały ją nie­biosa, wiem, że wielu tak wła­śnie myśli o Ren. Bo obok gwiazdy cesa­rzo­wej Xin Bao lśni inna. Poja­wiła się osiem lat temu. I Mia­zma może mieć w kie­szeni cesar­skich kosmo­lo­gów, ale nawet ona nie może uci­szyć plo­tek. Nowa gwiazda zwia­stuje poja­wie­nie się nowego bóstwa.

Ta zbłą­kana gwiazda może ozna­czać kogo­kol­wiek.

Znam swoje gwiazdy, ale nie wie­rzę w bogów. Nawet gdy­bym wie­rzyła, nie wie­rzę, że się nami przej­mują. Patrzymy w niebo, a dłoń Ren muska zawie­szony na jej szyi wisior z wygra­we­ro­wa­nym nazwi­skiem Xin. Zasta­na­wiam się, który łań­cuch jest więk­szym cię­ża­rem: ten łączący twój los z siłą wyż­szą czy ten, który przy­kuwa cię do rodziny.

Mam szczę­ście. Nie skuwa mnie żaden z nich.

Ren wyrywa się z zamy­śle­nia.

-?Idź spać, Qilin. -?Sięga ręką ku moim ple­com, ale osta­tecz­nie kła­dzie mi dłoń na gło­wie. Mimo to siniaki bolą, jakby w odpo­wie­dzi na dotyk. - Ruszamy jutro ze świ­tem. Zosta­wimy tutaj uchodź­ców...

To dobra wia­do­mość.

-?...i część wojsk.

Nie­wielka strata. Woj­ska nie mają wiel­kiego zna­cze­nia, gdy wciąż jest się w odwro­cie.

-?Pani... -?odzy­wam się, zanim zdoła zejść na dół. -?Moja prze­prawa na zachód?

Odpo­wiada mi gry­ma­sem.

-?Przy­kro mi, Qilin. Wszyst­kie rzeki w pro­mie­niu stu l? kon­tro­luje cesar­stwo.

-?Znajdę spo­sób. -?Zawsze znaj­duję.

Patrzę, jak Ren idzie przez obóz, jak ludzie się kła­niają, gdy prze­cho­dzi. Zamy­kam oczy, nagle zmę­czona. A prze­cież wciąż nie stra­ci­łam naj­waż­niej­szego: mojego miej­sca w tym świe­cie.

Jestem stra­teżką. Jedyną, jaką ma Ren. Trzy­krot­nie odwie­dzała mnie w Thi­stle­gate, pró­bu­jąc skło­nić, bym jej słu­żyła. Sły­sza­łam o takich jak ona. Wystar­czy rzu­cić im ochłap wie­dzy i mądro­ści, by nie nie­po­ko­ili cię wię­cej. Wygło­si­łam więc Poucze­nie Wzno­szą­cej się Zefir: "Sprzy­mie­rzeń­ców szu­kaj na połu­dniu. Na zacho­dzie utrzy­maj twier­dzę. Rusz na wschód zbyt wcze­śnie i prze­pad­niesz. Lecz miej pierw w rękach wschód i zachód, a cesar­stwo będzie twoje".

Ren była nie­wzru­szona. "Cesar­stwo należy do Xin Bao. Ja jestem jedy­nie jej obroń­czy­nią".

I choć pre­mierka Mia­zma rów­nież mie­niła się obroń­czy­nią, coś w sło­wach Ren mnie poru­szyło. Prze­ko­nało, bym tego dnia wyru­szyła z nią. Wtedy nie wie­dzia­łam, co to było. Dziś, nie­mal po roku służby, wiem. Nazwi­ska czy plotki o bosko­ści nie miały zna­cze­nia -?to jej szcze­rość. Cha­ry­zma. Cechy, któ­rych oso­bi­ście nie ceni­łam zbyt­nio, ale skoro Ren prze­ko­nała mnie do opusz­cze­nia mojej chatki, jaką wła­dzę mogła mieć nad duszami zwy­kłych ludzi? Zoba­czy­łam wielu loja­li­stów Xin, któ­rzy wybiorą podą­ża­nie za nią. Zoba­czy­łam swoją przy­szłość. Gdy pomogę Ren przy­wró­cić wła­dzę Xin Bao, gdy zostanę naj­więk­szą stra­teżką tych ziem, wymażę ist­nie­nie dziew­czynki, którą byłam, dziew­czynki, którą widuję przed zaśnię­ciem.

Na dro­dze samotna postać w brud­nych beżo­wych sza­tach.

Sio­stra porwana przez ludzką falę.

Krew i kurz. To wszystko, co zosta­wili po sobie żoł­nie­rze. Ich bojowe okrzyki gasną w dali. Zapach pożaru coraz bliż­szy...

Ogień...

Gwał­tow­nie otwie­ram oczy.

Dym. Spływa ze sto­ków góry niczym pió­ro­pusz, gołę­bio­szary w mroku nocy. Pośród lasu, który prze­mie­rzy­ły­śmy zale­d­wie chwilę temu, krwawe sieci szkar­łat­nych paję­czyn prze­ska­kują pomię­dzy drze­wami. Nie grzmią bębny, nie roz­lega się bojowy okrzyk, ale ciężki dym pło­ną­cego drewna -?zbyt wil­got­nego, by po pro­stu się palić -?mówi mi wszystko.

Nad­cho­dzi Mia­zma.

2

UŚMIECHY SKRYWAJĄ NOŻE

Nadcho­dzi Mia­zma.

Nie powinna. Powin­ny­śmy mieć czas, nim o świ­cie do nas dotrze, wzmoc­niona posił­kami, na które miała pocze­kać. A teraz mam zale­d­wie kilka minut, zanim straż­nicy miej­scy ogło­szą alarm i zapa­nują panika i chaos.

W pośpie­chu poty­kam się na scho­dach straż­nicy i bie­gnę w stronę pawi­lonu, gdzie chra­pie Lotos, roz­wa­lona na ławie, w dłoni wciąż ści­ska­jąc pusty dzban. Trą­cam ją stopą, ale jedyne, co robi w odpo­wie­dzi, to zasła­nia oczy ręką. Sko­puję jej ramię i wtedy ona zrywa się na równe nogi, gotowa do ataku.

Wcho­dzę w jej pole widze­nia, gdy widmo natych­mia­sto­wego wypa­tro­sze­nia się oddala.

-?Co zro­bi­łaś?

-?Z czym? -?Lotos mam­ro­cze, prze­cie­ra­jąc oczy dłońmi.

-?Przy moście. -?Ści­skam rączkę wachla­rza tak mocno, że bie­leją mi knyk­cie. Nie­wiele wię­cej mogę zro­bić, by nie zacząć krzy­czeć. -?Mów. Ze szcze­gó­łami.

-?Nastra­szy­łam Tru­pią Gębę i znisz­czy­łam most. Jak kaza­łaś.

-?Co zro­bi­łaś?

-?Nastra­szy­łam ich i znisz­czy­łam most.

-?Śmia­łaś. Znisz­czyć. Most?

Lotos pota­kuje.

Nie. Nie, nie, nie. W two­rze­niu cze­goś z niczego cho­dzi o ilu­zję potęgi, a Lotos znisz­czyła ilu­zję, nisz­cząc most. Dowód­czyni z dzie­siąt­kiem tysięcy woj­ska nie znisz­czyłaby mostu. Dowód­czyni z dzie­siąt­kiem tysięcy woj­ska zosta­wi­łaby most nie­tknięty, wio­dąc wroga w zasadzkę.

Mia­zma, ta cho­lerna lisica, musiała zawró­cić, przejść bokiem i gdy zoba­czyła znisz­czony most, wie­działa, że ble­fu­jemy. A mogły­śmy zyskać nawet i kilka dni prze­wagi, jeśli uwie­rzy­łaby, że nasze siły są na tyle duże, że musi wezwać posiłki. Zamiast tego dosta­ły­śmy marne kilka godzin, któ­rych naj­lepsi inży­nie­ro­wie cesar­stwa potrze­bo­wali, by zbu­do­wać tym­cza­sową prze­prawę.

-?Nie to mia­łam zro­bić? -?pyta Lotos, ale moje myśli krążą już wokół pło­ną­cych drzew. Sprytne. Dym wyku­rzy przy­cza­jo­nych w zasadzce żoł­nie­rzy, oczy­ści ścieżkę ze zwa­lo­nych pni i zapo­wie nie tylko przy­by­cie Mia­zmy, ale i jej zamiary. Ona chce paniki i cha­osu ucieczki. Hewan stoi na wznie­sie­niu. Na dro­dze w dół będziemy łatwym celem dla łucz­ni­ków. Jak zwie­rzyna pro­wa­dzona przez nagonkę, nie mamy dokąd uciec. Nie możemy wal­czyć. Jeste­śmy na prze­gra­nej pozy­cji -?i jeste­śmy mar­twe, jeśli będziemy uda­wać, że jest ina­czej.

Kiedy ja cho­dzę tam i z powro­tem, Lotos unosi głowę i wącha powie­trze.

-?Czy to... ogień?

-?Brawo! Pierw­sze podej­ście i od razu pra­wi­dłowa odpo­wiedź! A jak myślisz, kto go pod­ło­żył?

-?Kto?

-?Zgad­nij.

Lotos myśli inten­syw­nie. To nie powinno być zbyt trudne -?w całym cesar­stwie nie ma dru­giej osoby, która aż tak bar­dzo chce nas dopaść, że jest gotowa spa­lić las -?i w końcu jej oczy się roz­sze­rzają.

Rusza ku stajni.

Świet­nie. Tego nam wła­śnie potrzeba...

-?Lotos! Stój! -?Nie­zdar­nie bie­gnę za nią. -?Stój natych­miast! To roz­kaz!

Docie­ram do stajni w chwili, gdy wypada z niej na tym swoim mon­stru­al­nym ogie­rze. Koń staje dęba, a ja pró­buję utrzy­mać się na nogach.

-?Zabierz Ren w bez­pieczne miej­sce! -?roz­ka­zuje, jakby to ona była stra­teżką. A potem galo­puje przez obóz z bojo­wym okrzy­kiem na ustach. Jej pod­ko­mendni opusz­czają namioty i wska­kują na sio­dła. Znowu o włos uni­kam śmierci pod kopy­tami.

-?Lotos! -?Kurza dupa! Bie­gnę za nią, choć wiem, że to nie ma sensu. Kiedy mijam spi­chle­rze, widzę, że oży­wia się obsada straż­nicy. Dźwięk brą­zo­wych dzwo­nów odbija się echem od uszczel­nio­nych zie­mią ścian i żoł­nie­rze Ren wysy­pują się z chat, chwy­ta­jąc broń i wystrzę­pione sztan­dary. Uchodźcy i miesz­kańcy Hewan poja­wiają się chwilę póź­niej, uzbro­jeni w lemie­sze i tłuczki do mięsa.

Prze­py­cham się mię­dzy nimi. Żoł­nierz, miesz­czuch, obo­jętne, wszy­scy oni to tylko pospól­stwo, zbyt śpieszne umie­rać.

Lotos jest taka sama. Docie­ram do bramy za późno, nie jestem stwo­rzona do gania­nia za żoł­nie­rzami. Zgięta wpół, z tru­dem łapię oddech i wpa­truję się w ogromne ślady kopyt jej cho­ler­nego ogiera, a jej pod­ko­mendni mijają mnie z prawa i lewa. Pro­stuję się. Popra­wiam włosy.

Nie stra­ci­łam opa­no­wa­nia. Na­dal mam swoje manewry.

Znaj­duję Ren przy staj­niach. Sie­dzi już w sio­dle, przez plecy ma prze­wie­szone bliź­nia­cze mie­cze -?o pasu­ją­cych do niej imio­nach: Cnota i Pra­wość. Moja twarz układa się w wyraz dez­apro­baty, w odpo­wie­dzi rysy Ren tward­nieją.

-?To o mnie jej cho­dzi -?mówi. Jakby to był powód, by szar­żo­wać na pię­cio­ty­sięczną armię Mia­zmy.

-?Więc po pro­stu jej się ofia­ru­jesz.

-?Lotos tam jest.

-?Nie z two­jego roz­kazu. -?I wbrew moim.

-?Qilin...

-?Pozwól mi. -?Zaci­skam dłoń w pięść, nakry­wam ją drugą dło­nią i pochy­lam się w niskim, peł­nym sza­cunku ukło­nie. -?Pozwól mi wziąć dwu­dzie­stu żoł­nie­rzy i ruszyć prze­ciw niej.

-?Po co? -?Obłok pod­jeż­dża do Ren i patrzy na mnie z grzbietu swo­jej wiel­kiej kla­czy z pogardą. -?By umrzeć?

Może taki plan ma Lotos, ale nie ja.

-?By zatrzy­mać Mia­zmę -?mówię. Wciąż uprzej­mie. Nie mogę zni­żyć się do ich poziomu.

-?Z dwu­dzie­stoma żoł­nie­rzami. -?Wzrok Obłok zatrzy­muje się na moich kości­stych nad­garst­kach. Wiem, co myśli. Spo­tka­łam wielu takich jak ona: te sil­niej­sze dzie­ciaki w sie­ro­cińcu, żoł­nie­rze sta­cjo­nu­jący w mia­stach. Myśli, że moje stra­te­gie są dla sła­bych, dla tchó­rzy, któ­rzy boją się sta­wić czoła wro­gom. Że ten plan, by ruszyć prze­ciwko Mia­zmie z garstką żoł­nie­rzy, to blef, sztuczka, dym na wodzie, nie­ważne, że Lotos pognała tam z siłami o połowę mniej­szymi niż te, o które pro­szę. Dla niej, dla wojow­niczki, porażka nie wcho­dzi w rachubę. Umrze, zanim zaak­cep­tuje jej nie­uchron­ność.

Poko­ny­wa­łam śmierć całe moje życie.

-?Jeśli zawiodę, to za to, że okła­ma­łam moją panią, oddam się pod sąd woj­skowy.

-?Jeśli zawie­dziesz, nie tylko twoją głowę zatkną na cesar­skiej pice. - Obłok pochyla się w sio­dle, góru­jąc nade mną. -?I co zamie­rzasz zro­bić? Zaga­dać ją na śmierć?

-?Obłok. -?W gło­sie Ren dźwię­czy ostrze­że­nie.

Szcze­rze? Tak, Obłok, ten manewr ma nawet nazwę: Skryj szty­let za uśmie­chem. Ale nie będę uświa­da­miać żoł­nierki.

-?Nie­za­leż­nie od tego, co zapla­no­wa­łam, to nasze jedyne wyj­ście. -?I dodaję, zanim zdo­łam się powstrzy­mać: -?Wzię­ła­bym cię ze sobą, Obłok, ale nie mogę zary­zy­ko­wać, że znowu uwol­nisz Mia­zmę.

-?Ty!

-?Wystar­czy. -?Ren wyciąga rękę przed sie­bie, Obłok nie­chęt­nie pusz­cza drzewce gle­wii o ostrzu w kształ­cie pół­księ­życa. Zwra­ca­jąc się do mnie, Ren mówi: -?Dwu­dzie­stu żoł­nie­rzy. Prze­ciw Mia­zmie.

-?Tak.

Cisza.

-?Ufam ci, Qilin.

Zatem daj mi to, o co pro­szę.

-?Możesz wziąć tę dwu­dziestkę.

-?Dzię­kuję. -?Znów zgi­nam się w ukło­nie. A gdy się pro­stuję, w oczach Ren widzę tro­skę. Mar­twi się o Lotos. Ale kiedy zapew­niam, że spro­wa­dzę jej zaprzy­się­żoną sio­strę całą i zdrową, Ren marsz­czy brwi i przez głowę prze­myka mi nie­wy­godna myśl, że może mar­twi się o mnie.

Niby czemu nie? W końcu jestem jej jedyną stra­teżką. Nie może sobie pozwo­lić na tę stratę. Jed­nak nie ma się czym mar­twić. Nie zawio­dłam dotąd i nie pla­nuję zawieść teraz.

Szybko wybie­ram moją dwu­dziestkę. Ani naj­sil­niej­szych, ani naj­spryt­niej­szych. Bledną, gdy mówię im, czego ocze­kuję. Ale nie wahają się i w kilka minut jeste­śmy gotowi.

Przed odjaz­dem chcę jesz­cze poroz­ma­wiać z Tur­ma­lin.

-?Przy pawi­lo­nie -?mówię cicho i pośpiesz­nie -?znaj­dziesz cis. Kiedy tylko będziesz mogła, zapro­wadź tam konie i nakarm je jego igłami. Pil­nuj, żeby nikt cię nie nakrył, i upew­nij się, że wszy­scy będą wie­dzieć, że to moja wina.

Przez chwilę nie odpo­wiada. Może dla­tego, że wie, co się sta­nie, gdy konie naje­dzą się cisu. Nawet jeśli tak jest, nie oskarża mnie o sabo­taż. Zerka na ogiera, któ­rego wodze trzy­mam.

-?Gdzie jedziesz?

Teraz? Do Mia­zmy. Potem? Gdzie­kol­wiek Mia­zma mnie zawle­cze. Tak naprawdę?

-?Na połu­dnie -?odpo­wia­dam z prze­ko­na­niem. Modlę się, żeby nie spy­tała, jak zamie­rzam tam dotrzeć. To jesz­cze muszę roz­pra­co­wać.

-?Kiedy wró­cisz?

-?Tego nie wiem. -?Jestem zbyt szczera. Wino, to musi być efekt wina, myślę, łapiąc ramię Tur­ma­lin. -?Nie­ważne, co się sta­nie, pamię­taj, że jestem po waszej stro­nie. -?Tur­ma­lin patrzy na moją rękę, jakby wyro­sła z jej ramie­nia. Zaci­skam palce. -?Rozu­miesz?

-?Tak, rozu­miem.

-?Wrócę, gdy nadej­dzie czas powrotu. Do tego czasu zapo­mnij o naszej roz­mo­wie. Jeśli Ren cię spyta, nic nie mów. Zatrzy­maj ją tutaj. W Hewa­nie jest naj­bez­piecz­niej­sza. -?Będzie, kiedy uda mi się zawró­cić Mia­zmę.

-?Rozu­miem -?powta­rza Tur­ma­lin. -?Jesz­cze jedno. -?Odcho­dzi na chwilę, a gdy wraca, pro­wa­dzi swo­jego wierz­chowca, lśniąco białą klacz. -?Perła potrafi się zacho­wać. Będzie posłuszna, czy obie­casz jej rzepę i figi, czy nie.

Nie od razu poj­muję jej inten­cje. Robię się podejrz­liwa. Plotka głosi, że się dziś posy­pa­łaś - śmiała się wcze­śniej Obłok. Tur­ma­lin jej powie­działa? Czy ta dobroć ma mnie obra­zić? Kręci mi się w gło­wie, ale wszystko się uspo­kaja, gdy Tur­ma­lin ofe­ruje pomoc przy wsia­da­niu.

-?Dam radę sama.

Trzy razy ześli­zgnę­łam się z grzbietu Perły, zanim udało mi się siąść w sio­dle. Sapiąc, patrzę w dół, na Tur­ma­lin.

Gdy­bym mogła się roz­dwoić, zro­bi­ła­bym to, choćby po to, by dopil­no­wać wyko­na­nia moich pole­ceń. Nie mogę, więc muszę zaufać Tur­ma­lin, że zrobi to lepiej niż Obłok czy Lotos. Podaje mi wodze i odsuwa się o krok.

-?Bez­piecz­nej drogi.

Żegnam się z nią chłodno i ostatni raz patrzę na Ren.

Osie­ro­cona jako trzy­na­sto­latka. Pozba­wiona wspar­cia swo­jego rodu. Wal­cząca o cesar­stwo Xin Bao, ale prze­ciw dowo­dzo­nym przez Mia­zmę siłom tegoż cesar­stwa. Może dla innych to prze­grana sprawa, dla mnie to naro­dziny legendy, która prze­trwa wieki.

Nie powrócę z pustymi rękami. Gdy znów się zoba­czymy, będę mieć dla nas sojusz z Połu­dniem.

Pona­glam konia. Brama otwiera się dla mnie i mojej dwu­dziestki, dzwony straż­nicy są gło­śne, ale dźwięk łagod­nieje, gdy zanu­rzamy się w ciem­ność. Kopyta dep­czą błot­ni­stą drogę, wio­dąc nas z powro­tem tam, skąd nade­szły­śmy, góra ciem­nieje na hory­zon­cie niczym głowa olbrzyma. Świa­tło księ­życa wypeł­nia ślady pozo­sta­wione przez Lotos i jej oddział, zna­cząc drogę srebr­nymi półksię­życami. Docie­ramy do linii drzew -?dzie­sięć l? w złym kie­runku poko­nu­jemy zbyt szybko -?i trop się urywa. Ciem­ność zacie­śnia się wokół nas, zamyka niczym pięść. Nie widzę sosen. Czuję, jak igły, niczym palce, muskają skórę, gdy z galopu prze­cho­dzimy w kłus.

Dym gęst­nieje. Wal­czę z kasz­lem i oczy mi łza­wią. Widzę pierw­sze pochod­nie, drobne ogniki świe­tli­ków. Perła par­ska i muszę pona­glić ją, by ruszyła do przodu. Ktoś za mną jęk­nął nagle. Po mojej pra­wej ktoś nasa­dził strzałę.

-?Odłóż -?war­czę na niego. Pozo­sta­łych instru­uję: -?Nie robi­cie nic bez mojego roz­kazu.

Zapada cisza. Jedyne dźwięki to sze­lest kopyt na ściółce i koła­ta­nie mojego serca. Wodze wil­got­nieją mi w dło­niach i jestem wdzięczna, że żoł­nie­rze nie zauwa­żyli, jak się wzdry­gam, gdy dobiega nas odle­gła melo­dia stali ude­rza­ją­cej o stal.

W każ­dej chwili... Ocze­ki­wa­nie szar­pie moje myśli niczym wilk. Już. Już teraz...

-?Stać!

Żoł­nie­rze Mia­zmy wysy­pują się spo­śród drzew. Ich twa­rze i ciała pokrywa sadza, ale spod całej tej czerni prze­bija blask ich zbroi. Dla słu­gu­sów cesar­stwa tylko to, co naj­lep­sze.

Jedna z nich pod­jeż­dża bli­żej. Płaszcz ze skóry lam­parta wska­zuje na wyż­szą rangę. Jest gene­rałką.

Wojow­niczką.

Serce mi przy­śpie­sza.

Zsia­dam, dzię­ku­jąc nie­bio­som, kiedy nie zaplą­tuję się w strze­miona, nie pło­szę Perły i nie robię z sie­bie pośmie­wi­ska w żaden inny spo­sób. Moi żoł­nie­rze pró­bują do mnie dotrzeć, ale żoł­nie­rze Mia­zmy ich powstrzy­mują. Ostrze włóczni dotyka pod­bródka, zmu­sza­jąc mnie, bym pod­nio­sła wzrok. Przed twa­rzą migo­cze mi pochod­nia.

Lam­parci Płaszcz wzywa któ­re­goś ze słu­gu­sów. Mie­rzą spoj­rze­niem mnie i moją dwu­dziestkę.

-?Ludzie Ren -?potwier­dza słu­gus.

Lam­par­cica kiwa głową, pod­nosi rękę. Ukryci na drze­wach łucz­nicy nacią­gają cię­ciwy.

Gryzę się w poli­czek, ślina napływa mi do ust. Ale głos mam pewny, gdy mówię:

-?Chcę roz­ma­wiać z twoją dowód­czy­nią. -?Wstrzy­mane odde­chy. Drże­nie strun. -?Ocze­kuje mnie. A wiesz -?zawie­szam głos -?jaka jest, gdy coś nie idzie po jej myśli.

Lam­par­cica mil­czy.

-?Zabij­cie resztę -?roz­ka­zuje wresz­cie.

-?Idą ze mną -?ogła­szam ponad jękiem cię­ciw. Każę mojej dwu­dzie­stce zsiąść z koni i zło­żyć broń.

Gdy to robią, bez­miar naszej bez­bron­no­ści widać jak na dłoni. Dwu­dzie­stu prze­ciw dwóm set­kom. Nie­uzbro­jeni prze­ciw mie­czom i łukom z nasa­dzo­nymi strza­łami. Nie jeste­śmy bez­bronni. Jeste­śmy żało­śni. Zmiaż­dże­nie nas to jak zabi­cie mrówki mło­tem. Prze­sada.

Lam­par­cica opusz­cza dłoń i żoł­nie­rze impe­rium wysy­pują się na polanę. Sznur krę­puje mi nad­garstki, a coś podej­rza­nie przy­po­mi­na­ją­cego czu­bek ostrza włóczni trąca moje plecy, suge­ru­jąc kie­ru­nek, w któ­rym mam się udać.

Czuję, jak napi­nają mi się łydki, gdy ścieżka pnie się w górę. Mam wra­że­nie, że mijają godziny, zanim docie­ramy do zamglo­nej polany gdzieś u pod­nóża góry. Mam pro­blemy z dosto­so­wa­niem wzroku do świa­tła migo­czą­cych pochodni i srebr­nych pro­mieni księ­życa, ale gdy w końcu się udaje, odnaj­duję Lotos i jej pod­ko­mend­nych.

Zwią­zani jak bydło na rzeź, z posi­nia­czo­nymi twa­rzami, krwa­wią­cymi war­gami, z oczami zamknię­tymi opu­chli­zną. Nie popeł­nię ich błędu, nie rzucę się bez­myśl­nie do dzia­ła­nia. Nad nimi bowiem, z wygo­loną połową głowy, z poje­dyn­czym dzwo­necz­kiem z laki zwi­sa­ją­cym z płatka ucha niczym kro­pla krwi, góruje Mia­zma.

Jesz­cze nas nie widzi, zwró­cona do nas ple­cami, ale na pewno sły­szy, że się zbli­żamy. I wie, kim jeste­śmy, gdy sły­szy skrzy­piący głos Lotos:

-?Pawica?

Na szczę­ście moje manewry nie wyma­gają zacho­wa­nia ano­ni­mo­wo­ści.

Lam­par­cica przy­bliża się do Mia­zmy i szep­cze do ozdo­bio­nego kol­czy­kiem ucha. W odpo­wie­dzi na jej słowa pre­mierka sięga po miecz. Spi­ralne ostrze wynu­rza się z pochwy, odbi­ja­jąc świa­tło niczym zwier­cia­dło.

-?Powi­tam naszego gościa za chwilę.

Zamach.

Powin­nam sły­szeć muzykę dzwon­ków. Głu­che ude­rze­nie głów. Ale wszystko mi się mie­sza i to głowa dzwoni, wpa­da­jąc mię­dzy papro­cie, a dzwo­nek Mia­zmy głu­cho dudni i dudni, koły­sząc się przy jej uchu gwał­tow­nie, gdy jej ręka wraca, kre­śląc drugi łuk. Ciało znaj­duje stra­coną przy cio­sie rów­no­wagę, a pozba­wiony głowy pod­ko­mendny Lotos pochyla się w ukło­nie.

Krzyk Lotos nie brzmi jak coś, co mogło wydać ludz­kie gar­dło.

-?I pro­szę. Teraz nic nas nie roz­pro­szy. -?Mia­zma prze­suwa kciu­kiem po zakrwa­wio­nym ostrzu, a potem obli­zuje opuszkę i wyciąga miecz w moją stronę jak dzi­waczny poczę­stu­nek. -?Spró­bu­jesz?

Powie­trze ma ostry posmak żelaza. Moja szyja pul­suje.

-?Oba­wiam się, że mam słab­szy żołą­dek. -?Inne czę­ści ciała pew­nie też. Mia­zma jest wpraw­dzie dość niska -?zale­d­wie pięć ch? 4 -?ale jej pozba­wiona ręka­wów kami­zela odsła­nia węzły mię­śni. Jej twarz to wypo­le­ro­wana stal, ostre rysy, gładka skóra opięta na kościach. Ma dwa­dzie­ścia pięć lat, zale­d­wie dwa lata wię­cej niż Ren, ale wydaje się star­sza co naj­mniej o dekadę, a ilość krą­żą­cych o niej plo­tek zdaje się to potwier­dzać. Mia­zma zabija skry­to­bój­ców, nie prze­ry­wa­jąc snu. Mia­zma kolek­cjo­nuje wątroby swo­ich wro­gów. Mia­zma jest niczym robac­two; prze­tnij ją wpół, a powróci nie­wzru­szona.

Ostat­nia z plo­tek głosi, że Mia­zma jest bóstwem zesła­nym przez nie­biosa, by oca­lić cesar­stwo przed upad­kiem. Ja wolę fakty, ale nie są nam przy­chyl­niej­sze. Kiedy sie­dem lat temu grupa rady­ka­łów zwana Czer­wo­nymi Fenik­sami masze­ro­wała na sto­licę, Mia­zma zmiaż­dżyła rebe­lię i została wynie­siona do rangi gene­rałki kawa­le­rii. Kiedy rok póź­niej Dzie­się­ciu Eunu­chów pró­bo­wało zamor­do­wać cesa­rzową Xin Bao, Mia­zma wyeli­mi­no­wała nie tylko ich, ale i wszyst­kich ich żyją­cych krew­nych, "oca­liła" cesa­rzową i umoc­niła swoją pozy­cję w woj­sku i na dwo­rze. Oczy­wi­stym więc było, że gdy skromna Xin Ren, współ­we­te­ranka kam­pa­nii prze­ciw pocho­dzą­cej z jakie­goś zapo­mnia­nego mia­steczka rebe­lii Czer­wo­nych Fenik­sów, ogło­siła ją uzur­pa­torką, Mia­zma nie była zado­wo­lona.

A teraz stoję z nią twa­rzą w twarz. Powia­dają, że jest złem wcie­lo­nym. Ja raczej widzę karie­ro­wiczkę -?a to, przy­naj­mniej moim zda­niem, czyni ją dużo bar­dziej nie­bez­pieczną.

Nie wzru­sza jej moja odmowa, wyciera ostrze i chowa je do pochwy. Lotos szlo­cha. Ja biorę nerwy w karby i zbli­żam się o krok.

-?Na twoim miej­scu nie robi­ła­bym tego -?ostrzega mnie Mia­zma. Pło­mień pochodni roz­ja­śnia się nagle, ujaw­nia­jąc setkę kon­nych ota­cza­ją­cych polanę. -?Chyba że chcesz zoba­czyć, jak pozo­stali twoi przy­ja­ciele tracą głowy.

Zbli­żam się o kolejny krok.

-?Nie są moimi przy­ja­ciółmi. -?Jesz­cze jeden. -?Długo cze­ka­łam na tę oka­zję. -?Trudno jest uklęk­nąć ze zwią­za­nymi rękami, ale udaje mi się to i pochy­lam się nad bia­łymi kape­lu­szami grzy­bów. -?Pani.

Cisza.

Śmiech Mia­zmy przy­po­mina bar­dziej krzyk wrony, uwię­ziony w gar­dle, nie­się­ga­jący ust.

-?Nie­źle. Jak na pierw­szą zdradę. Nie zaszko­dzi poćwi­czyć.

-?Moje czyny mówią wię­cej niż słowa. Pozwól mi oka­zać lojal­ność.

-?Lojal­ność kogoś, kto zdra­dził swoją wład­czy­nię, jest tania.

-?Nie przy­się­ga­łam Xin Ren. Dołą­czy­łam do niej, bo bła­gała, gdy wresz­cie mnie odna­la­zła.

Lotos prze­staje szlo­chać.

-?Zdraj­czyni!

Mia­zma daje leni­wie znak ręką i Lotos zostaje zakne­blo­wana.

-?Bła­gała -?powta­rza, roz­ko­szu­jąc się tym sło­wem.

-?Tak. Bła­gała -?kon­ty­nu­uję. -?Trzy razy padła przede mną na kolana.

-?To do niej podobne, to prawda. -?Mia­zma sma­kuje tę wizję. -?Zawsze zde­spe­ro­wana, Dobro­tliwa Ren. A ty. -?Jej głos nagle się pod­nosi. -?Ty, Wzla­tu­jąca Zefir, ty zawsze masz sztuczkę w zana­drzu. -?Gdy wyma­wia mój przy­do­mek, czuję dreszcz wzdłuż krę­go­słupa; wiem, że wspo­mina teraz, ile razy się jej wymknę­ły­śmy. -?Czyny, nie słowa, powia­dasz? -?Kiwa głową w stronę Lotos. -?Niech i tak będzie. Udo­wod­nisz swoją lojal­ność, zabi­ja­jąc ją.

-?I spra­wia­jąc, że prze­grasz tę wojnę? Nie sądzę.

-?Och? -?Mia­zma unosi brew. -?Wyja­śnij.

Powin­nam być zbyt prze­ra­żona, by skle­cić choćby zda­nie. Wciąż jesz­cze ryzy­kuję głową; mogę ją stra­cić, zanim skoń­czy się noc. I jestem prze­ra­żona, póki nie dotknę wachla­rza. W tym jestem prze­cież naj­lep­sza: w prze­wi­dy­wa­niu dzia­łań moich prze­ciw­ni­ków, w pla­no­wa­niu kontr­ataku, w grze zna­czo­nymi kar­tami infor­ma­cji, które zdo­by­łam wcze­śniej.

To ja panuję nad plan­szą.

-?Znasz Ren rów­nie dobrze jak ja -?mówię. -?Może nawet lepiej, łączy was wspólna prze­szłość. -?Mia­zma chi­cho­cze na wspo­mnie­nie sta­rych dobrych cza­sów, kiedy dwie panny nikt, Mia­zma, przy­brana córka eunu­cha, i Ren, bez­silna córka potęż­nego rodu, słu­żyły dyna­stii ramię w ramię. -?Ren jest wład­czy­nią bez ziemi, bez warowni, gdzie mogłaby tre­no­wać swoją armię, skąd mogłaby ścią­gnąć posiłki. Zostaw ją w spo­koju, a sczeź­nie samot­nie. Ale zabij jej zaprzy­się­żoną sio­strę i będzie cię ści­gać jak wście­kły pies.

-?Po co więc cze­kać? -?pyta Mia­zma. -?Zmiażdżmy tu i teraz. Pozwolę ci nawet ściąć jej głowę.

-?Po co się męczyć? Zanim tu przy­by­łam, zatru­łam dwie trze­cie jej wierz­chow­ców cisem -?mówię. Lotos krzy­czy mimo kne­bla. Nie zwra­cam na nią uwagi, kon­ty­nu­ując: -?Xin Ren i jej armia jesz­cze długo nie opusz­czą Hewanu.

To spra­wia, że Mia­zma się waha. Nie sądziła, że jestem zdolna uzie­mić kon­nicę. Zapewne wyśle zwia­dow­ców, żeby to potwier­dzili. Podejrz­li­wość leży w jej natu­rze.

-?Nie przy­by­łaś sama -?zauważa.

-?Ja, zdą­ża­jąca samot­nie na spo­tka­nie z tobą? To wzbu­dzi­łoby podej­rze­nia, nawet osoby tak naiw­nej jak Ren. Ci żoł­nie­rze to przy­krywka dla mojej zdrady. A teraz są ofiarą dla god­nej przy­wód­czyni. Zabij ich. Prze­słu­chaj. Dwu­dzie­stu prze­ciw twoim pię­ciu tysiącom to śmieszne. Ale dwa­dzie­ścia gada­ją­cych gąb? To infor­ma­cje.

Ostry smród ude­rza w noz­drza. Smród moczu. Docho­dzi ze strony mojej dwu­dziestki. W ich oczach jestem bez­duszną, okrutną uty­li­ta­rystką. Gdy­bym tylko mogła ich zapew­nić, że jest spora szansa, że Mia­zma ich oszczę­dzi; ma sła­bość do uta­len­to­wa­nych ludzi nie­za­leż­nie od ich korzeni.

-?Obóz pełen zdraj­ców. -?Mia­zma zaciera ręce. -?Och, Ren. Gdyby tylko wie­działa, byłaby zdru­zgo­tana. Mówi­łaś, że konie...

-?Zdechną do świtu -?zapew­niam.

-?Dosko­nale. -?Nie prze­ko­na­łam jej jesz­cze. Nie cał­kiem. Kiedy się nad tym zasta­no­wić, mar­twe konie i poświę­ce­nie kilku żoł­nie­rzy mogą być zale­d­wie stra­te­gią, któ­rej nie wypusz­czam z rąk. Muszę jej poka­zać, że ryzy­kuję, że mam do stra­ce­nia coś praw­dzi­wego. Że w obo­zie Ren mam jedy­nie wro­gów.

Wresz­cie zie­mia zaczyna drżeć.

Naj­wyż­szy czas.

No, rusz się. Zaci­skam palce na rączce wachla­rza. Zarzu­ci­łam przy­nętę, zasia­łam nie­uf­ność, na to, co teraz się sta­nie, nie mam wpływu. No, rusz się.

Wiem, że jesteś szyb­sza.

Nie­mal natych­miast u boku Mia­zmy poja­wiają się jej naj­lepsi gene­ra­ło­wie, Żmija i Szpon, z dłońmi na głow­niach mie­czy. Ota­czają nas jej żoł­nie­rze. Gdzieś w ciem­no­ści roz­brzmiewa krzyk. Urywa się nagle. Mgła się roz­lewa, zna­cząc bielą poszy­cie, i sięga ku nam. Mia­zma bled­nie. Ponoć pre­mierka wie­rzy w duchy. Myślę, że ma to sens, duchy i bogo­wie to ta sama bajka.

Ale nie ma ducha, który potra­fiłby się prze­drzeć przez runo i żoł­nie­rzy z taką mocą, jak czyni to Obłok.

Jakimż jest obra­zem, gdy zja­wia się na tej swo­jej potwor­nej kla­czy, kobalt płasz­cza kon­tra­stuje z brą­zem zbroi, ostrze gle­wii wznosi się wysoko i opada cięż­kim cio­sem. Zata­pia je w piersi jed­nego z żoł­da­ków Mia­zmy, nasadą drzewca miaż­dży głowę wraz z heł­mem. Brąz i kość pod­dają się i przy­cho­dzi moja kolej, by zbled­nąć, gdy przy­po­mi­nam sobie żoł­nie­rzy z mojego kosz­maru. Jed­nak to na­dal część planu.

Jak i Obłok, nawet jeśli ona o tym nie wie.

Pło­wym spoj­rze­niem prze­cze­suje polanę, prze­su­wa­jąc się po mojej dwu­dzie­stce, żoł­nier­zach Mia­zmy, samej Mia­zmie, zanim zatrzy­muje się na mnie.

Widzę moment, w któ­rym ele­menty ukła­danki wska­kują na miej­sca i Obłok orien­tuje się, że zdra­dzi­łam.

Zanim Lotos zdoła wypluć kne­bel i krzyk­nąć "zdrada", Obłok prze­bija się już przez pierw­szą linię kon­nych Mia­zmy. Ich krew grubą war­stwą pokrywa pół­księ­życ ostrza, gdy podą­ża­jąc za cio­sem, Obłok przy­klęka na jedno kolano. Na ten sygnał łucz­nicy zwal­niają cię­ciwy i ślą strzały ponad jej głową. Jedna tra­fia w oko Lam­par­cicy. Inna muska moje ramię. Syczę, ści­ska­jąc ranę, a woj­sko Mia­zmy odpo­wiada wła­sną salwą.

Łucz­nicy Obłok spa­dają z koń­skich grzbie­tów jak doj­rzałe śliwki z drzew.

Nie Obłok. Ona unosi gle­wię, ostrze wiruje tak szybko, że jest roz­ma­zaną plamą metalu, pasz­czą, która pożera wszystko na swej dro­dze -?na dro­dze ku mnie. Ku mnie, ku oszu­stce. Zdraj­czyni. Ku tej, która pro­wo­ko­wała Obłok jej wła­sną histo­rią z Mia­zmą, zanim pognała, by przy­rzec lojal­ność wro­gini.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki