1
1
Arcycechmistrzyni Alice Meynell jechała z synem do Invercombe i była
najzupełniej pewna, że wiezie go na miejsce śmierci. Nie, nie straciła
nadziei - nadziei wciąż się zawzięcie trzymała - ale przez lata choroby
Ralpha odkryła w zwykłych słowach odcienie znaczeń, których istnienia
wcześniej ledwo się domyślała.
Wyglądała z okna pociągu, który wytaczał się z Bristolu. Był chłodny
szary poranek, wciąż obrzeżony nocą, Ralph dygotał pod kocami, usta miał
sine. Najpierw jechali nocnym pociągiem z Londynu, a teraz ów z wyglądu
porządny, lecz lodowaty w środku samochód wiózł ich wzdłuż wewnętrznych
podwórzy pobłyskujących tandetą miasta, które zawsze było jej bardziej
obce niż choćby najdalsze rubieże kontynentu. Tramwaje poruszały z szumem pałąkami składającymi nad ulicami swe końce jak rozmodlone
dłonie. A te budynki! Festony koralowego kamienia hodowanego i mutowanego przez mistrzów budowlanych przypominały jej ulepione z mąki i wody maszkary z ciasta. Wszystko się zakrzywiało, skręcało, różowe i błękitne, jakby nadal rosło - niczym eksplozja w żłobku. Jakże różniło
się od uporządkowanej siatki Northcentral! W elegantszych dzielnicach
wokół tamy Clifton fantastyczne domy powoli budziły się do życia, a wśród gasnących z pobłyskiem latarń chodnikami do pracy śpieszyli
służący. Wtem, tak raptownie, jak to się nigdy nie zdarza w Londynie,
znaleźli się wśród pustych pól.
Ralph pierwszy raz widział Bristol i ledwo zdążył nań spojrzeć. Mimo że
miasto leżało nieopodal celu ich podróży, Alice się zastanawiała, czy
jej syn kiedykolwiek jeszcze je zobaczy; ostatnio takie myśli budził w niej niemal każdy nowy widok. Wzdrygnęła się. Zegar, przyśpieszony i rozgorączkowany jak jego puls, tykał przez cały czas. Londyn, potem
Bristol, teraz ten rozfalowany krajobraz, oświetlane lampami pociągu,
nietknięte jeszcze świtem bezlistne szpalery krzewów.
Przedtem, jeszcze przedtem... Baden, potem Paryż, jakaś miejscowość w górach. Gabinety lekarzy. Blask fiolek. Błysk binokli. Wyszeptywane na
próżno zaklęcia. W jej wyobraźni miesiące i pracokresy zlewały się
niekiedy w jedną długą chwilę, rozpoczynającą się letnim popołudniem na
londyńskich Wzgórzach Latawcowych - był to Dzień Motyla; już nigdy w to
święto nie poczuła się tak jak wtedy - gdy Ralph podbiegł do niej,
zaczął kaszleć, a wśród kropelek śliny na jego dłoni dostrzegła krwawe
punkciki. Odtąd wyglądało to jak nieprzerwana ucieczka, czas spędzany w licznych naprawdę pięknych i ciekawych miejscowościach wydawał się
jedynie przerwą na złapanie oddechu przed kolejnym biegiem. Znużyłoby to
nawet zdrowe dziecko - ona też czasem czuła się znużona. I wszystko po
to, by się dowiedzieć, że takie słowa jak "nadzieja" dają się dzielić na
nieskończone odcienie i niuanse, coraz słabsze, aż tracą znaczenie.
Teraz jednak, wyjeżdżając z doliny, gdy wschodzące słońce
niespodziewanie wysunęło się zza ściany szarych chmur i zakręciło
strzępkami mgły, zmierzali do Invercombe, które będzie ich ostatnim
bastionem.
Ralph oddychał teraz regularniej. Słońce oświetlało mu twarz i Alice
dostrzegła lśniący w świetle nowego dnia gęstniejący puch na jego
policzkach. Choć choroba nie pozwoliła mu na normalne dzieciństwo, już
stawał się mężczyzną.
Wyczuwając zmianę w jej spojrzeniu, odwrócił się ku niej. Na górnej
wardze miał kropelki potu.
- Długo się tam jedzie?
- Nie wiem, skarbie. Nigdy tam nie byłam.
- Powiedz jeszcze raz. Jak to się nazywa?
- Invercombe.
Skinął głową i znów zapatrzył się w okno. Na szybie pulsowała mgiełka
oddechu z jego ust.
- Więc tak wygląda Zachód.
Alice uśmiechnęła się i ujęła syna za rękę, gorącą i lekką. Teraz, skoro
słońce już naprawdę wstało, zaczęła sobie przypominać, jak piękny, nawet
w późnozimowy poranek, potrafi być krajobraz Zachodu. Wzgórza wysuwały
się jedno zza drugiego - czy za którymś kolejnym ukaże się morze?
Niezbyt znała zachodnie ziemie. Nic ponad miasteczka o fasadach z mellitu, gdzie w młodości bezczynnie trawiła popołudnia, siedząc na
walizce i czekając na pociąg. Ralph wydawał się jednak zadowolony,
patrzył na drogę biegnącą w dół zboczem ku rzece i dalekim wzgórzom
Walii. Londyn, kilka spędzonych tam dni, gęsta mgła i niekończąca się
bieganina zacierały się już w pamięci. Tak, Invercombe wydawało się
odpowiednie, ze wszystkich tylekroć wyliczanych w myślach powodów, a poza tym coraz bardziej czuła, że to miejsce niejasno, acz znacząco
przemawia do niej.
- Naprawdę nie masz pojęcia, jak tam jest? - mruknął Ralph.
- Nie, ale...
Ralph odwrócił się z powrotem do niej i razem wyskandowali zdanie, które
wypowiadali zawsze, gdy przybywali w jakieś nowe miejsce:
- Zaraz się okaże...
***
Drzewa się rozstąpiły, ukazując wysoki zewnętrzny mur z małą stróżówką i długą wewnętrzną aleję, dalej po prawej za parkiem prześwitywał jakby
zameczek czy ruina, a jeszcze dalej porośnięta nibylipami i zimozielenią
ziemia wznosiła się ku przysadzistej latarni morskiej. A nie, to jest
zapewne wiatroster.
Alice zrobiła rozeznanie i wiedziała, że Invercombe istnieje od bardzo
dawna. Ów nadmorski przyczółek u ujścia Severn zapewne ufortyfikowali
już Rzymianie i z pewnością stał tu mały zamek, który złupiły wojska
Cromwella. Potem nadszedł czas, gdy angielski krajobraz raz jeszcze
spłynął krwią, po tym, jak samotny obsesjonat Joshua Wagstaffe
wyekstrahował ze zbieranych przez całe życie kamieni nieznaną dotąd
substancję. Nazwał ją eterem, od piątej formy materii, której domyślał
się Platon; jej poszukiwanie niebawem stało się obsesją Wieku. Eter
nakłania zboże do rodzenia wielkich jak cebrzyki kłosów na ziemiach,
które dotąd rodziły głównie plewy. Eter sprawia, że kręcą się
zamarznięte osie. Eter pozwala naginać materię świata. A przede
wszystkim eter stanowi potęgę, a cechy rzemiosł rozumiały to najlepiej i w swych walkach z królem i Kościołem użyły go, jakby od zawsze do nich
należał.
Po krwawej rzezi tak zwanych wojen zjednoczeniowych, u zarania
pierwszego z Wieków Przemysłu, Invercombe odbudowano, już nie jako
zamek, lecz elegancką, przesyconą nowym bogactwem i możliwościami eteru
rezydencję na tym chwiejnym płaskowyżu; prawdziwy kamienny klejnot.
Przez pokolenia zamieszkiwała ją rodzina Muscoates, dopóki ich gwiazda
nie przygasła, kiedy dom stał się częścią ugody upadłościowej i przeszedł pod władanie Wysokich Cechów. Stał się zaledwie jedną z wielu
inwestycji, jednym z wielu udziałów przechodzących mimochodem z testamentu do testamentu, z małżeństwa do małżeństwa, aż wreszcie pod
koniec Trzeciego Wieku dostał się Cechowi Telegrafistów, choć wątpliwe,
by kiedykolwiek postała tam noga któregoś z arcycechmistrzów. Niemniej
losy rezydencji meandrowały dalej i znaleziono dla niej użytek: ośrodek
rozwoju technologii, która miała się stać cudem i rogiem obfitości
obecnego Wieku. Oczyszczono stary kanał młyński i postawiono nad nim
generator zaopatrujący Invercombe w elektryczność. Potem zainstalowano
nowoczesną jak na ten czas maszynę obliczeniową, a na skraju posiadłości
wzniesiono małą, ale sprawną stację nadawczą. Prowadzone tam prace
zrodziły nowy rodzaj elektrycznego telegrafu, który nie potrzebował już
wykwalifikowanych telegrafistów łączących się umysłami - dzięki niemu
zwykli cechowi, o ile byli dostatecznie bogaci, mogli po prostu
rozmawiać tak, jakby siedzieli twarzą w twarz. Ten wielki wynalazek,
nazwany telefonem, odmienił oblicze świata. Jednakże Invercombe raz
jeszcze znalazło się w cieniu sławy i ludzkiej pamięci. Salony,
porzucone w chaosie wieńczącym ostatni z Wieków Przemysłu, dryfowały
przez historię, aż wreszcie zostały nadane w dożywotnią dzierżawę
pewnemu starszemu mistrzowi, niejakiemu Ademusowi Isumbardowi
Porrettowi.
***
Invercombe było wówczas na wpół zrujnowane i poważnie zagrożone przez
fale podmywające klif pod jego fundamentami, ale starszy mistrz Porrett
energicznie zabrał się do remontu. Alice widziała stuletnie dokumenty
świadczące o odbudowie dachu, naprawie generatorów, rekonstrukcji
tarasów, założeniu od nowa wielu ogrodów. Starszy mistrz Porrett
postarał się nawet nadać brzydkiej stacji nadawczej kształt imitacji
zamkowych ruin, by nie psuć krajobrazu. Według Alice zakres tych robót
był dziwnie duży jak na zaledwie dożywotniego dzierżawcę - ale
najniezwyklejszą z przeróbek Porretta było wzniesienie wiatrosteru,
którego ceglaną wieżę z mosiężną kopułą widzieli teraz, stojącą jak
przysadzista latarnia morska na południowym zboczu wzgórza, ponad
kanałem. Mistrzowie żeglugi dzięki takim urządzeniom potrafili lepiej
wykorzystywać siłę wiatru, ale pomysł, by posadzić je na lądzie i sterować klimatem całej doliny, uznała za niezwykle wręcz ambitny.
Samochód zatrzymał się z szurgotem na półkolistej połaci omszałego
żwiru. Alice wprawnym okiem osoby przyzwyczajonej do wizyt w nieznanych
miejscach otaksowała wysokie okna i kominy, eleganckie zwieńczenia,
misternie wyryte na szybach wzory. Dom był ładniejszy, niż sobie
wyobrażała.
Gestem poleciła szoferowi, by poczekał, i zerkając na zegarek - była za
piętnaście ósma - podeszła do frontowych drzwi. Pociągnęła za dzwonek.
Pracokres czy dwa temu wysłała informację, że przyjeżdżają, ale, jak to
miała w zwyczaju, nie podała konkretnej daty i godziny. Zwykle w takim
momencie zza drzwi wyglądała przestraszona twarz jakiejś na wpół
odzianej pokojówki. Odkąd wyszła za mąż za arcycechmistrza Toma
Meynella, rozpoczęła małą, prywatną krucjatę na rzecz należytego
zarządzania wszystkimi posiadłościami cechu. I dlatego właśnie jej uwagę
zwróciło Invercombe, stosunkowo niewielka rezydencja, ale długie kolumny
liczb pod tą nazwą wskazywały, że chłonie pieniądze jak gąbka. Jak Alice
wyjaśniono, koszty szły głównie na ów lądowy wiatroster, zbyt potężny,
by go bez ogromnych nakładów wyłączyć. Alice postanowiła zachować
Invercombe, choć sama nie potrafiła określić dlaczego. A teraz stała u jego drzwi, Ralph marzł w samochodzie i nic się nie działo. Przez nagie
drzewa prześwitywała zielonkawozłota kopuła wiatrosteru. Westchnęła i przycisnęła palcem drgającą powiekę prawego oka. Już miała drugi raz
pociągnąć sznur dzwonka, gdy coś usłyszała, a raczej wyczuła za plecami
czyjąś obecność. Powoli odwróciła się, spodziewając się, że to złudzenie
wywołane zmęczeniem, i ujrzała dobrze zbudowaną Murzynkę.
- Pani arcycechmistrzyni, witamy w Invercombe - powiedziała i dygnęła. -
Nazywam się Cissy Dunning i jestem tu ochmistrzynią...
2
2
Ralph był, jak zawsze, najważniejszy. Znalazła mu najlepszy pokój o najlepszym powietrzu, ze stuletnimi, ale niemal nieużywanymi meblami i ładną boazerią. Olbrzymi zielonozłoty materac w łożu z baldachimem nawet
jej wydał się w miarę czysty, okna wychodziły na południowy zachód, a w kominku już trzaskał przyzwoity ogień.
Wypatrzyła wygodną sofę i kazała ją przenieść do pokoju Ralpha, żeby
mieć gdzie usiąść, a w razie konieczności także spędzić noc. Wszystko
trzeba było posprawdzać, poprzesuwać, przewietrzyć, poustawiać,
poprzeglądać, powyjaśniać, pozałatwiać. To potrwa nie godziny, lecz dni
całe. Ochmistrzyni wyglądała jednak na kompetentną i nie dawała się
wyprowadzić z równowagi, mimo że była kobietą i Murzynką, a jej
podwładni, jak się zdaje, znali się na swej pracy, choć nie wyglądało na
to, by ten cały wiatroster w najdrobniejszym stopniu zmieniał mroźną
pogodę. No i ta wymowa! Te drobne niuanse ich zachowania, ich strojów,
delikatny, obcy posmak wody, który jej dziwnie odpowiadał, a nawet jakby
wzbogacał smak herbaty. Nic właściwie nie było tutaj takie samo i Alice
niemal wyczekiwała, kiedy w pozornej sprawności mechanizmu Invercombe
pojawi się jakaś luka, a wtedy ona łatwiej narzuci własną dyscyplinę tym
ludziom.
- No i...? Co sądzisz?
Siedziała przy Ralphie, na jego łóżku. Był późny ósmkowy ranek, czwarty
dzień ich pobytu tutaj; ogień mienił się delikatnie. Spełniono już chyba
wszystkie jej zarządzenia dotyczące spraw codziennych i niezbędnych i znalazła się w dziwnej sytuacji. Niewiele pozostało do doglądania. Na
zewnątrz szarzał kolejny ponury dzień.
Ralph się uśmiechnął. Półleżał w łóżku, niemal całkowicie ubrany. Spał
dobrze już trzecią noc.
- Podoba mi się. Podoba mi się tutejsze powietrze. Kiedy pozwolisz mi
się rozejrzeć po wszystkim?
- Niebawem. - Rozradowana ścisnęła go za rękę. - Ale nie możemy się
śpieszyć. Ledwo dwa pracokresy temu... - Przeklęte londyńskie powietrze.
Ralph mamroczący, że palą go kości. Nieco tej słabości przetrwało aż do
teraz. Pochyliła się i ucałowała go w policzek, czując pod wargami
młodzieńczy puch. Uśmiechnęła się i wyprostowała. - Sprowadzę twoje
książki.
Choć przybyło już wiele rzeczy, które na początku poleciła wysłać z Londynu, podręczniki, dzięki którym doglądała edukacji Ralpha, jeszcze
nie dotarły. Jednakże zmarły lata temu starszy mistrz Porrett swą
zadziwiająco dobrze wyposażoną biblioteką najwyraźniej wyszedł naprzeciw
jego potrzebom. Książki były stare, lecz Alice, rozłamując przy
otwieraniu ich dziewicze grzbiety, wywnioskowała, że przez cały obecny
Wiek niewiele istotnego dodano do sumy ludzkiej wiedzy. Studiowanie
pięknych, ręcznie kolorowanych rycin kwiatów, zarówno naturalnych, jak i eterowo modyfikowanych, ich szczegółowych łacińskich opisów oraz
kaskadowych ilustracji przedstawiających skały, na pewno przysłuży się
Ralphowi, kiedy wstąpi do Telegrafistów i zacznie prawdziwą pracę, choć
Alice nigdy nie rozumiała tej męskiej potrzeby katalogowania.
- Czemu się tak uśmiechasz? - zapytał.
- Bo planuję. Zastanawiam się kiedy, a nie czy. Po prostu cieszę się, że
ty się cieszysz.
Popatrzył na nią podejrzliwie.
- O ile ty też jesteś szczęśliwa. - Głos mu się załamywał, to był niski,
to wysoki.
- Ależ jestem.
Miejscowy lekarz, niejaki Foot, zdążył już ją odwiedzić ze swą wścibską
małżonką, podobnie wielebny wyższy mistrz Humphry Brown, proboszcz. W niedzielne poranki chodziła oczywiście do kościoła, jak każda szanowana
cechmistrzyni, ale przez lata usłyszała już zbyt wiele modlitw i pieśni.
Znała etapy, przez jakie przechodzą matki suchotników. Ogromna udręka
towarzysząca odkryciu choroby ustępuje pragnieniu pojechania wszędzie,
uczynienia wszystkiego. Dopiero po latach pojawia się przepełniona
poczuciem winy świadomość, że w ten sposób tylko przysparza się dziecku
cierpienia. Naturalnie zdarza się, że suchoty ustępują, ale jedynymi
znanymi sposobami ich złagodzenia są wypoczynek i świeże powietrze. A ty
dalej podróżujesz, dalej się niepokoisz, dalej rzucasz się w niestrudzony pościg za najświeższym powietrzem i najpełniejszym
wypoczynkiem. Okresy pogorszenia i poprawy zdrowia dziecka stają się
gwiazdą, na którą orientuje się całe twoje życie. W miejscowościach
uzdrowiskowych i sanatoriach całej Europy widziała wiele przypadków, w których ten pościg trwał do śmierci dziecka albo zachorowania matki.
Jednakże impuls każący jechać do Invercombe był jasny i nieodwołalny.
Nie czuła ani odrobiny zwykłych wątpliwości.
Podłożyła synowi dodatkową poduszkę pod botaniczną książkę i zostawiła
go przy lekturze. Na korytarzu spojrzała na zegarek. Już prawie
południe. Daleko w Londynie jej mąż Tom zapewne zmierza na lunch do
swego klubu. W tym zaduchu, podobnym do londyńskiego powietrza na
zewnątrz, ale dziesięć razy gęstszym, nad czerwonym winem i obfitymi
posiłkami, przy snookerze, wśród tych samych kiepskich żartów i uśmiechów wymienianych między tymi samymi ludźmi na ich krzesłach z wysokimi oparciami, odbywała się większość prawdziwej pracy Wysokich
Cechów. Postanowiła, że jeszcze przed lunchem zatelefonuje do niego. Ale
najpierw musi doprowadzić się do porządku.
Na podeście skręciła do swojego pokoju, położonego pod kątem prostym do
pokoju Ralpha, z oknami wychodzącymi na balkon chwiejnie zawieszony nad
wielką zatoką. Invercombe miało wiele takich niespodzianek, załamujących
się pod dziwnym kątem korytarzy i otwierających się znienacka widoków na
ląd lub wodę. Po tej stronie domu morze było tak blisko, że nie można
było znieść myśli o nieustannym podmywaniu fundamentów przez silny
przybój, ale wszystko to dawało niezaprzeczalnie przyjemne uczucie.
Zaczęła się nawet zastanawiać, czy dziwny komfort, jaki tu czuje pomimo
ciągłego chłodu na dworze i nisko wiszącego szarego nieba, nie jest
pierwszym z objawów budzącego się wiatrosteru. Przywitano ich tu tak
spokojnie: gdzie indziej nadskakiwano by im nieznośnie, by potem
ulokować w cuchnących moczem łóżkach. Wszelkie podejrzenia, jakie żywiła
w stosunku do Invercombe, okazały się bezpodstawne.
Otwierając drzwi balkonowe, strząsnęła z ramion zieloną jedwabną suknię.
Dotarły już prawie wszystkie jej kufry, ubrania rozpakowano i włożono do
szaf. Na stoliku przy oknie stała, połyskując od fal morskich, czarna
skrzyneczka z laki - gramofon. Zakręciła jego talerzem, zdjęła kolczyki
i krokiem walca, raz-dwa-trzy, przemierzyła lśniącą podłogę. Dotknęła
stalowych zamków kuferka, na jednym oddechu wyszeptała zwalniające je
zaklęcie. Dwa akcentujące muzykę szczęknięcia - i jego boki rozwinęły
się, ukazując aksamitną kryjówkę. Był tam olejek z bergamoty, z ogrzanych słońcem soków drzew cytrusowych. Były przypominające wosk
destylaty z ambry, ziem rzadkich, były zawierające ołów. Podróże
szkodziły zawartości kuferka, tak jak dobremu winu, lecz Alice,
odkręcając żłobkowany słoik chłodnego kremu i nakładając go wełnianym
puszkiem na twarz, poczuła, że w Invercombe wszystko się już powoli
stabilizuje. Aromaty pszczelego wosku, migdałów, nutki wody różanej
mieszały się z zapachem szumiącego morza, a ona, ubrana w halkę,
obracała się w rytm muzyki, raz-dwa-trzy, przed wysokimi lustrami
garderoby.
Przyjrzała się sobie z lewa i z prawa. Szczęka, szyja, profil,
pozbawiona wieku twarz i figura kobiety wciąż stuprocentowo pięknej,
choć może nie całkiem młodej. Stopy lekko stąpają na palcach. Jędrne
biodra i biust. Alice. Alice Meynell. Włosy, które zawsze były bardziej
srebrne niż blond, wciąż mogła nosić długie i rozpuszczone. Wysokie,
klasyczne czoło. Szeroko rozstawione niebieskie oczy. Jeden wielki
szczęśliwy traf. Ludzkie ciało, nic więcej, rozwieszone na przypadkowych
kościach.
Nucąc, wyciągnęła srebrną lampkę spirytusową, przytknęła świeczkę do jej
knota i białym płótnem przetarła szklany kielich. Płyta potrzaskiwała w ostatnim rowku. Nastawiła ją jeszcze raz, potem podgrzała kielich
delikatnym ciepłem lampki, dodała olejków, parę kropel spirytusu,
tynktur i balsamów oraz greckiego miodu. Zamieszała łyżeczką z kości
wielorybiej, maź nabrała pienistej lekkości, czyniącej ją bardziej
chłonną na ostatni składnik - najczystszy z najczystszych eter. Alice,
wciąż nucąc, tańcząc, wyciągnęła z tajemnych czeluści kuferka maleńką
fiolkę i wyszeptawszy zaklęcie, które nasiliło dziwoblask, ścisnęła
pipetę i uniosła rozjarzoną buteleczkę ku oczekującemu kielichowi. A teraz wyśpiewała głosem podobnym do dźwięku fletu główne wersy zaklęcia
- dźwięki niegdyś dopracowane przez nią z zapałem najgorliwszego z paromistrzów. Zatętniła ciemność. Skończył się zaśpiew. Kropelka spadła.
Eliksir napełnił się energią.
Alice usiadła przy toaletce i rozmasowała policzki. Potem umoczyła końce
palców w miksturze i zaczęła wcierać ją w skórę twarzy, zawsze ruchem ku
górze. Poczuła przyjemne mrowienie. Trzask, trzask - odezwał się
gramofon na końcu płyty, dołączając do delikatnego poszumu fal
uderzających o klif daleko w dole i całej życiowej gonitwy, która
przywiodła ją do tej chwili, do tego zaklęcia, do tego miejsca.
Rozciągnęła wargi i mrugnęła do lustra. Następnie popracowała nad szyją
i ramionami, wmasowała delikatnie maść w ręce i rowek między piersiami,
choć do ciała były inne czary.
Zrobione. Uśmiechnęła się szerzej do siebie, kończąc wizerunek, który
chciała zaserwować Tomowi, kiedy doń zatelefonuje. Odrobina błękitu nad
oczyma, kropla czerni na rzęsy, po czym wyczyściła akcesoria, zamknęła
kuferek i wyszeptała zdanie unieruchamiająca oba jego zamki. Czuła się
odświeżona pod każdym względem. Magiczna toaleta miała mnóstwo zalet,
między innymi była lepsza niż dobrze przespana noc. Alice z powrotem
zdjęła z wieszaka zieloną sukienkę i pociągnęła nosem - czy materiał
wchłonął odpowiednią porcję zapachu jej ciała? Przy potrzaskiwaniu
gramofonu nadal nuciła, jakby wtórowała płycie. Co nuciła? To przecież
niebezpieczne mruczeć sobie coś niedbale podczas pracy z eterem - pokój,
po którym się rozejrzała, wyglądał, jakby znieruchomiał na chwilę. Szum,
trzaski, odgłos fal. Jakby cały dom zaczął oddychać.
Zapomniała jeszcze o kolczykach. Pochyliła się nad toaletką, by wcisnąć
w płatki uszu złote pręciki. Wtedy stało się coś strasznego. Kiedy tak
przyglądała się sobie, kiedy na jej twarz znów padł bystry wzrok
nadmorskiego słońca, po raz pierwszy w życiu zauważyła, że jej dotąd
idealny podbródek zaczyna po obu stronach obwisać.
***
Budka telefoniczna pod najelegantszymi schodami w wewnętrznym hallu
Invercombe była małą klateczką z czerwonego pluszu. Zwieńczający ją
mosiężny dzwonek wyglądał, jakby mniej razy dzwonił, niż był polerowany.
Budka miała wnętrze przytulne, acz staroświeckie. Stanowiła element
historii tego domu, historii eksperymentów cechu. Alice znalazła się
przed lustrem, ale w łagodnym, padającym z góry blasku elektrycznej
żarówki prawie mogła siebie przekonać, że wcale nie widziała tego, co
dostrzegła na górze.
Żarówka przygasła. Alice, wciskając wyłącznik i wybierając mosiężnym
kołeczkiem numer klubu Toma, poczuła, jak urządzenie znajomo, z oporem
ustępuje. Przekaźniki załączały się na kablach zakopanych pod ziemią, by
nie psuć urody Invercombe, i biegnących do tej cudacznej stacji
nadawczej, by od niej skierować się ku tętniącej, dudniącej maszynie
obliczeniowej w izbie rozrachunkowej. Spojrzała w lustro i dostrzegła
drgnięcie, przerwę w rzeczywistości. Jej twarz się rozpłynęła, potem zaś
zniknęło - czy raczej poszerzyło się - i samo lustro, wypuszczając z siebie gwar męskich głosów. Poczuła gryzący dym cygar i usłyszała
stłumiony uliczny hałas Londynu; portal był już w pełni otwarty.
Kelner z tamtej budki nachylił się do niej, aby zapytać, z kim życzy
sobie rozmawiać; kiedy odchodził, poczuła powiew spowodowany przez
zamykające się drzwi, potem usłyszała chichot nalewanego drinka - aż
wreszcie przyszedł jej mąż i usiadł w lustrze naprzeciwko niej.
- Tak myślałam, kochanie, że zastanę cię w klubie.
- Znasz mnie. Punktualny jak w zegarku. - Czuć go było raczej potem niż
wodą kolońską. Krawat, choć niewątpliwie niedawno zawiązany na nowo,
miał już przekrzywiony. - Jak Ralph? Przez cały pracokres powtarzałem
sobie, że brak wiadomości to dobra wiadomość, a poza tym na pewno
zabrałaś ze sobą wystarczającą ilość rzeczy do tego... Jak to się
nazywa? Inverglade?
- Invercombe. I nie wzięłam prawie nic. - Alice figlarnie udała
obrażoną, gdy Tom wpatrywał się w nią znajomym, pełnym tęsknoty
wzrokiem. Potrzebowała jego spojrzenia, zwłaszcza po tym, co dostrzegła
na górze, w lustrze toaletki. Ten ciepły powiew jest lepszy niż eter. -
Ralph już się zadomowił. A ja bardzo się cieszę, że tu przyjechaliśmy,
mimo że bardzo do ciebie tęsknię.
- Tak krótko byłaś w Londynie. I tak długo cię nie było. - Uśmiech Toma
niemal zgasł.
- Wiesz przecież dlaczego. Musiałam.
- No tak, no tak. I Ralph... Rozumiem, że Londyn to nie miejsce dla
niego.
Wpatrywał się w nią. Poruszył ustami. Wokół jego oczu pojawiły się
zmarszczki. Miał gęste czarne włosy jak Ralph, jednak na czole zaczęły
się cofać, a na skroniach siwieć; poza tym jego podbródek był już z lekka obwisły wtedy, kiedy go poznała. Mężczyznom w ogóle łatwiej
przychodzi ładnie się zestarzeć.
- W każdym razie tęskniłem za tobą, kochanie.
Rozszerzonymi nozdrzami chwytał jej zapach; jej zmysły pobudzał
stłumiony uliczny zgiełk i grzechot przejeżdżającego tramwaju, kiedy
opowiadała Tomowi o osobliwościach Invercombe: o tym, że ochmistrzyni
jest kobietą i Murzynką; o wiatrosterze - że wciąż nie wierzyła w jego
działanie; o dziwnej wymowie tutejszych mieszkańców; i o Ralphie, który
dobrze sypiał, przegryzał się przez zaskakująco bogatą bibliotekę i nie
mógł się już doczekać wyjścia na zwiedzanie okolicy.
- To brzmi wspaniale. Jestem z was dumny. Powiedz Ralphowi... Powiedz
mu, że jestem z niego dumny. I że niedługo będziemy dużo przebywać
razem. Alice, jest tyle rzeczy, którymi chciałbym się z nim podzielić.
- Ten czas był trudny dla nas obojga.
- Kiedy wyjeżdżałaś, byłaś taka smutna.
- Ale już nie jestem.
- A wyglądasz...
Alice, mimo że wcale nie pozwoliła podbródkowi obwisnąć, uniosła go
jeszcze wyżej.
- ...przewspaniale, kochanie.
Potem rozmawiali o interesach, a wieści wcale nie były pomyślne. Pewien
kontrakt budowlany przeciągał się, rzekomo z powodów technicznych. Tom
był za uwzględnieniem dodatkowego czasu na zmiany w projekcie, Alice zaś
była przekonana, że należy się z umowy wycofać i pozwać klienta do sądu.
- Czy nie za ostro?
- Musimy działać ostro. Przecież oni wobec naszego cechu zrobiliby tak
samo.
Tom skinął głową. Wiedział, że instynkty zbyt często podpowiadają mu
ugodowe działanie, polegał więc na sile i radzie Alice. Potem się
pożegnali, jego obraz przygasł, lustro pociemniało, poczuła - jak drzwi
zatrzaskujące się od niewyczuwalnego przeciągu - rozłączające się od
Londynu po Invercombe kolejne przekaźniki. Powinna już unieść wyłącznik,
ale jeszcze parę chwil posiedziała przed otwartą linią, a lustro znów
wyglądało, jakby się rozszerzyło. Patrząc w nie, czuła się prawie tak,
jakby spadała. Była pewna, że przy odrobinie wysiłku mogłaby wejść w tę
przestrzeń i popłynąć wzdłuż linii jako coś bezcielesnego, wychodząc
gdzieś na drugim końcu. Od dawna bawiła się myślą o takim eksperymencie,
zawsze jednak odrzucała ją jako zbyt absurdalną i niebezpieczną. Ale
jakież może być lepsze miejsce na takie doświadczenie niż ten dom? -
szepnął do niej telefon. Przecież właśnie tutaj zaczęły się sztuczki z lustrami. Zwalniając wyłącznik, usiadła głębiej w fotelu i obserwowała,
jak w szkle stopniowo pojawia się jej własne odbicie. Unosząc dłoń, by
dotknąć miękkiego podbródka, poczuła, że grawitacja, burząca góry i przetaczająca księżyc po niebie, wyszarpuje ciało z jej twarzy.
***
Wyszła z budki, włożyła płaszcz i skierowała się do drzwi. Było zimniej,
niż się spodziewała. Owiana parą oddechu przeszła przez frontowy
dziedziniec, potem przez mostek nad przypominającą wąwóz dolinką rzeki
Riddle, i ruszyła ścieżką wijącą się przez arboretum z drzewami
iglastymi ku zapachowi dymu. Wiatrosternik Ayres, łysy, z kręconym
wąsem, odziany w rękawice, wlókł czarne, przypominające kukułcze ziele
sploty ciemiernika, by cisnąć je w ognisko na polanie.
- Ciągle muszę to wyrywać, proszę pani! - zawołał, gdy ją dostrzegł. -
Muszę też bagrować kanał, przynajmniej dwa razy na wiosnę.
Roślina była brzydka, sinofioletowa, pokryta trującymi niebieskoczarnymi
jagodami, płomienie strzelały z niej z mokrym sykiem w górę. Alice,
wspomniawszy swoją twarz, cofnęła się.
- Pomyślałam, że wstąpię i zobaczę, jak pana postępy przy wiatrosterze -
powiedziała. - Prawdę mówiąc, miałam nadzieję, że już zobaczymy jakieś
efekty. Przez wzgląd na mojego syna...
Wiatrosternik Ayres zrzucił rękawice i otarł czoło. Poprowadził ją w górę błotnistą ścieżką wzdłuż wąwozu pod słupami wznoszącymi się nad
sterówką, potem otworzył skrzypiące żelazne drzwi i wprowadził Alice w surowe, bursztynowe światło wiatrosteru.
- Długo pan tu pracuje?
- Dobre dwadzieścia lat.
- I nigdy naprawdę pan tego nie użył?
- No cóż... - Z namysłem postukał w tarczę paznokciem. - Widzi pani, on
tak naprawdę nigdy nie był wyłączony. Na swój sposób działa cały czas.
Przynajmniej na biegu jałowym. Maszyny dużo bardziej wolą robić to, do
czego zostały stworzone, niż nie robić nic.
Kiedy się uśmiechał, podwijał mu się wąs. Poklepując poręcze galeryjek,
gładząc żółte jak lwia sierść cegły, oprowadził Alice po wszystkich
piętrach. Tu wznosiła się główna maszyna wiatrosteru, karmiąca się
eterem i elektrycznością, obrośnięta pąklami przewodów. Ta budowla,
stwierdziła Alice, jest albo tętniącą życiem świątynią przemysłu, albo
monstrualnym szwindlem. Ale przynajmniej panował tu wzorowy porządek.
Coraz wyżej i wyżej. Wreszcie znaleźli się na samej górze i przez
kolejne żelazne drzwi wyszli na ziąb zewnętrznej galerii, dużo wyżej niż
drzewa Invercombe. Wysokość robiła wrażenie, zwłaszcza po stronie zbocza
opadającego ku wirowi wody i błyskowi koła wodnego.
Kopuła wiatrosteru, pobrużdżona i popstrzona plamami, wyglądała jak
powierzchnia jesiennego księżyca.
- Można dotknąć?
- Lepiej nie, proszę pani.
Popatrzyła przez czyste powietrze nad wierzchołkami drzew i roześmiała
się, bo poza szarościami i cieniami doliny Invercombe cały świat
zbielał. Pola wyglądały jak pryzmy prześcieradeł, miasteczka i domy jak
zrobione z papieru.
- No proszę, panie Ayres, spadł śnieg!
- A tu nic by pani nie zauważyła, nieprawdaż?
To prawda, nie spadło go dużo, ale dosyć, by odmienić krajobraz.
Niby-ruina - telefoniczna stacja przekaźnikowa - była białym pałacem. A tam, za chusteczkowymi polami, wznosiły się wzgórza Mendip. Na północy
ponuro żarzył się Bristol. Tam z kolei leżało Einfell - zgęstek mgły
zaledwie...
W Einfell, jak wie każde dziecko, mieszkają odmieńcy, osoby
zniekształcone, zmory przemysłu, które padły ofiarą zbyt długiego
kontaktu z eterem i przejęły niektóre cechy wymawianych zaklęć. W Wiekach nieco mniej cywilizowanych odmieńców palono albo zakuwano w łańcuchy, więżono i prowadzano po ulicach jak chowańców albo perszerony,
a wszystko to pod auspicjami Cechu Zbieraczy. Teraz jednak, w nowych
czasach, krzywiono się na takie praktyki. W Einfell odmieńcy, trolle,
chochliki - w zasadzie można by wybrać dowolną nazwę - żyły sobie po
swojemu. A cechy zgodnie przymykały na to oko, ponieważ stanowiło to
rozwiązanie problemu, leżało w ich interesie, a poza tym tak najłatwiej
było o nich zapomnieć.
Alice musnęła palcami drobną bliznę Znaku po wewnętrznej stronie lewego
przegubu, przypominając sobie, jak w Dniu Próby ustawiła się ze
wszystkimi dzieciakami z podwórka w kolejce do zielonego furgonu. Dziwną
chwilę, kiedy znalazła się sama w tej szopie na kółkach, cuchnącej dymem
fajkowym i zatęchłą pościelą, a cechowy kapnął jej na lewy nadgarstek
czegoś świecącego - była wówczas biedna, więc nigdy wcześniej tego nie
widziała, ale nawet największy głupek wiedział, że to się nazywa eter. I już. Boli cała ręka, zostaje rozpalona blizna - nigdy się do końca nie
zagoi - zwana Znakiem Starszych. Wysokie cechmistrzynie, które później
poznała, często dekorowały swój Znak pomysłowo skonstruowanymi
bransoletkami, u innych z czasem zaczynała otaczać go obwódka brudu
codzienności, ale naprawdę nie dawało się o nim zapomnieć. Jeśli bowiem
należycie się uważało, chodziło do kościoła i robiło wszystko, co
nakazuje twój cech, oraz unikało tego, czego zabraniał, Znak dowodził,
że wciąż jesteś człowiekiem. Ale co się działo za murami Einfell, wśród
odmienionych, pozostawało tajemnicą, choć Alice częściej niż większość
ludzi miewała powody, by się nad tym zastanawiać...
- Prawie każdy patrzy w tamtą stronę - powiedział wiatrosternik Ayres,
podążając za jej wzrokiem. - Chociaż nie za bardzo jest na co. Nie
miałem z nimi żadnych kontaktów, ale słyszałem, że ludzie czasami udają
się do nich po pomoc - po lekarstwa, wróżby. Wątpię, co prawda, żeby coś
dostawali. Wszyscy mówią, że to miejsce to jedna zawiedziona nadzieja...
***
Tego wieczoru zjadła kolację razem z Ralphem w jego sypialni. Powietrze
było zmysłowo ciepłe, chociaż poza Invercombe ziemię skrywał śnieg.
Podzieliła się z synem swym odkryciem, ta wiedza polatywała między nimi,
kiedy rozgrywali partyjkę warcabów. Jeśli się nie skupiała, Ralph
potrafił teraz z nią wygrać. Sam zaś mógł jednocześnie opowiadać o swych
najnowszych odkryciach na polu ukochanych nauk. Mimo smutnej prawdy o obwisłym podbródku była niemal całkowicie szczęśliwa. Przyjemnie
siedziało się razem z Ralphem w tym starym, dziwnym domu dającym osłonę
przed nocą i śniegiem, jego słowa dryfowały, stukały pionki warcabów, a ona pozwalała sobie nawet na grzeszną myśl, że chciałaby zachować go w tym stanie - uwięzionego w wieży, jak jakiegoś stwora w bajkach, które
niegdyś tak lubił. Ale nie, nie: naprawdę chciała, żeby wyzdrowiał i żył
samodzielnie. Teraz, kiedy się znaleźli w Invercombe, nawet trochę
wierzyła, że to się może zdarzyć.
Ralph zmęczył się, dostał lekkiej gorączki. Czując, że przelała na niego
zbyt dużo swej nerwowości, poprawiła mu poduszki, nalała kolejną porcję
tynktury i przyglądała się ruchom jego jabłka Adama, kiedy przełykał.
Potem odwrócił się do niej, mając jeszcze na ustach ciemny płyn, a w jego spojrzeniu pojawiło się coś obcego.
Przegarnęła ogień i przygasiła światła. Poprawiła mu pościel, na czole
położyła zwilżoną chustkę. Ale wciąż był niespokojny i leżał w dziwnej
pozie na poduszkach. W takich chwilach był wzruszający. Alice, która
bardziej niż zwykle pragnęła, by nocą dobrze wypocząć, sięgnęła po
drewniane pudełeczko z cierpnikami, wypolerowanymi, pokrytymi misternymi
żyłkami. Od przyjazdu tutaj starała się ich nie używać, dziś z pięciu
różnych ich mocy sięgnęła po trzecią z kolei.
Ralph zakaszlał rozdzierająco. Przebiegł wzrokiem po jej twarzy.
Nadchodził kolejny spazm. Wcisnęła chłodny kamień w jego prawą dłoń.
Szukając na prześcieradle ostrzegawczych śladów krwi, poczuła przypływ
zimnego potu. Tak wiele razy myślała: niechbym to była ja. Teraz ta sama
myśl przemknęła jej przez głowę, gdy Ralph odzyskiwał oddech. W ciągu
minuty zasnął - tak szybko działał cierpnik.
Właściwie był to fałszywy alarm. Sama się nadmiernie zdenerwowała.
Wstając, zerknęła na kanapę. Czy powinna spędzić tu noc? Ralph oddychał
jednak regularnie, a jej obecność odebrałby jako sugestię, że znów mu
się pogarsza. A tymczasem polepszało mu się. Tak. Naprawdę... Ucałowała
go w policzek, wdychając już niezaprzeczalnie męski zapach jego ciała, i zostawiła Ralpha z jego snami.
Wróciwszy do swego pokoju, unikała wzrokiem lustra nad toaletką. Zdjęła
buty, potem żakiet i położyła się na łóżku. Słyszała odgłosy
zapadającego w sen domu: niski głos Cissy Dunning, kroki pokojówek,
szepty na dobranoc, zamykanie drzwi. Ralph dorastał. Niebawem, jeśli
wszystko pójdzie tak, jak pozwala sobie czasami wierzyć, głos przestanie
mu się załamywać i jej syn zacznie miewać tęskne, spragnione,
abstrakcyjne myśli o namiętności, jakie pojawiają się u mężczyzn w tym
wieku, choć większości nie opuszczają nigdy. Może nawet już się sam
zaspokajał, choć wątpiła w to; żyli zbyt blisko siebie, żeby czegoś
takiego nie dostrzegła. Na pewno jednak dojrzewał, ona zaś, na mocy tych
samych nieubłaganych praw bezeterowej fizyki i natury - tak jakby nikt
nie mógł zyskać bez czyjejś straty - traciła swą urodę.
Wspomniała, jak pierwszy raz zdała sobie sprawę z jej potęgi, kiedy
stary ogrodnik zaczął darzyć ją szczególnymi względami w starym,
wilgotnym domu, w którym się wychowała. "Z takim wyglądem musisz,
dziewczyno, uważać" - tylko tyle powiedziała ciotka, kiedy przyszła do
niej, kulejąc, w rozdartej sukience. Ale przynajmniej Alice zaczęła
inaczej przyglądać się sobie w lustrze. Od zawsze wiedziała, że matka i ojciec byli atrakcyjną parą, ale zadając ciotce niespodziewane pytania i wertując kolumny towarzyskie starych gazet, dowiedziała się, że on,
Freddie Bowdly-Smart, zanim pojął za żonę Fay Girouard, był "słynnym
kawalerem", że "grał do kilku bramek" (o jaki sport chodziło?), a Fay
była aktorką, choć Alice nie rozumiała wówczas, co wynika z takiego
określenia, poza faktem, że los matki zależy od jej ciała, jej twarzy.
Pobrali się, urodziła się Alice Bowdly-Smart, a pewnego pogodnego
poranka Fay i Freddie zostawili ją w objęciach mamki, by wyruszyć w rejs
swym wytwornym nowym jachtem. Mniej więcej po jednym pracokresie fale
wyrzuciły na brzeg ich ciała, po czym ją i pieniądze rodziców powierzono
opiece niezamężnej ciotki.
Starsza pani miała zarządzać tymi funduszami. Wyraźną wskazówką
umiejętności w tym względzie był jednak rozpaczliwy stan jej domu,
zniedołężniali służący i wodniste jedzenie. Cała posiadłość, razem z długami, które chyba pochodziły z czasów młodości ciotki i jej
zaginionego zalotnika, stanowiła lekcję poglądową na temat upadku
wysokiego rodu. Alice Bowdly, zrozumiawszy po śmierci ciotki, że nic nie
dziedziczy, i porzuciwszy nazwisko Smart, opuściła dom i wyprawiła się
do dystyngowanego miasta Lichfield, najdalej, dokąd stać ją było na
bilet trzeciej klasy w jedną stronę. Tam, błysnąwszy uśmiechem,
mignąwszy nogami, zdołała znaleźć sobie lokum, choć niebawem odkryła, że
sam uśmiech nie uchroni jej przed głodem. Ale się dostosowała. Robiła,
co było konieczne. Zachowanie obojętności zawsze dobrze jej wychodziło,
a zarobione pieniądze i uzyskane kontakty reinwestowała w elegantsze
stroje i elegantsze maniery, potem także w lepsze mieszkanie na
staromiejskim rynku.
Zaraz po dwudziestce, teraz jako piękna, w miarę zamożna kobieta,
przeniosła się do Dudley, owego rogu obfitości Midlandów. Tym razem
udało jej się zamieszkać w najelegantszej dzielnicy Tipton i chadzać na
spacery do Castle Gardens. Bogaci synowie wyższych cechmistrzów
władających miejscowymi rzeźniami zabierali ją na pikniki, nauczyła się
też dość przyzwoicie malować akwarelami i grać na fortepianie, odkryła w sobie upodobanie do lepszych rzeczy, przejechała się tu i tam, liznęła
nieco francuskiego. Otrzymała nawet parę niezgorszych propozycji
małżeństwa, wszystkie jednak były nie dość dobre.
Niebawem dobiegała trzydziestki, wciąż nieusatysfakcjonowana i wciąż
piękna. Pojechała więc pociągiem do Londynu, tym razem jako Alice Smart,
i zrzuciła większość z dziesięciu lat, które już zaczynały jej ciążyć.
Osiedlając się w Northcentral, w małym, ale niebywale drogim mieszkaniu
z widokiem na zigguratowe ogrody Parku Westminsterskiego, korzystając z pomocy ustosunkowanego wielkiego mistrza Cechu Elektryków, który się w niej zakochał, zyskała dostęp do wszelkich niezbędnych kręgów
towarzyskich. Postarała się odpowiednio młodo ubierać i zachowywać, choć
jak na swój wiek wydawała się doświadczona. Dla mężczyzn uosabiała
wszystko, czego brakowało innym dziewczynom z towarzystwa. Największą z jej zdobyczy był arcycechmistrz Tom Meynell; z przyjemnością
stwierdziła, że nawet go lubi. Niemniej podczas małżeństw pomiędzy
Wysokimi Cechami dokonywały się olbrzymie przesunięcia władzy i majątków, ona zaś miała do zaoferowania tylko siebie. Tego lata, kiedy
odrzuciła wielkiego mistrza Elektryków, a Tom Meynell wreszcie jej się
oświadczył, gwiazda Alice świeciła jasno jak nigdy, a ich ślub był
wydarzeniem sezonu. Byli ze sobą szczęśliwi. Uwielbiała bogactwo,
niezliczone karety, samochody, służących, wielkie domy o niekończących
się korytarzach, trawniki, jeziora... wszystkie teraz należały do niej.
Kochała także Toma, choć dziecko, którego oboje pragnęli, nie chciało
się począć. Zażywała eliksiry, radziła się dyskretnie lekarzy, ale była
dziesięć lat starsza, niż myślał Tom, a jej ciało zawiodło właśnie
wtedy, gdy najbardziej go potrzebowała. Wreszcie, po paru fałszywych
alarmach, zaszła w ciążę. Czuła się dumna, czuła się źle, poród
potwierdził jej najgorsze obawy, ale dziecko miała idealne - no i był to
syn. Takiego szczęścia nie zaznała nigdy przedtem. Ralph Meynell
uosabiał wszystko, co w niej najlepsze, a szczególnie zachwycał ją fakt,
że on nigdy nie będzie musiał się tak jak ona zmagać z losem.
W pewnym sensie jej uroda powinna teraz stracić na znaczeniu. Kobietom z Wysokich Cechów wolno nieco oklapnąć, kiedy staną się matkami, a od
mężów oczekuje się, że dyskretnie spojrzą gdzie indziej. Ale nie Alice
Meynell. Nadal była uosobieniem wdzięku. Odkryła też, że ma o wiele
większy niż Tom talent do cechowej polityki. Po śmierci jego ojca stała
się dla Toma jedyną podporą i wiernym słuchaczem. Korzystając ze swych
rautów, kontaktów, uśmiechu, często umiała przechylić szalę na korzyść
jego cechu. Nie potrafiła określić, kiedy zaczęła używać eteru do
pielęgnacji ciała - ten proces był bardzo stopniowy - ale nigdy nie
miała wątpliwości, tak jak rzadko miewała je przez całe życie, że robi
to co właściwe, to co konieczne. Jej fortuna, jej cech, jej syn i mąż,
wszystko zależało od tego, czy pozostanie legendarną, olśniewającą
pięknością, arcycechmistrzynią Alice Meynell.
Jej uroda nie przemijała z upływem lat, przeciwnie, nawet wytworniała.
Oficjalnie Alice zbliżyła się do trzydziestki, a Ralph wyrósł na chłopca
bystrego, energicznego, wrażliwego. Oczywiście tęskniła za czasami,
kiedy był mały, i chętnie miałaby więcej dzieci. Zdarzyło się nawet
kilka fałszywych alarmów. Potem nastał ów upalny wieczór na londyńskich
Wzgórzach Latawcowych. Ralph miał dziewięć lat, a ona, czując, że już
czas - najwyższy czas - nauczyć go pływać, wybrała się z nim na basen.
Nie z tego powodu, że te uperfumowane chlorem publiczne przybytki były
idealnym miejscem, tylko dlatego, że w basenie dla dzieci było płytko i bezpiecznie. Tak jej się wydawało, choć Ralph sztywno stał w roziskrzonej wodzie wśród wrzeszczących, chlapiących dzieciaków i nie
chciał ani zanurkować, ani nawet się głębiej zanurzyć, a potem skarżył
się, że boli go w piersi. Gdy wyszli z basenu, biegał po pagórkowatym
parku jak uwolniony więzień, ona zaś usiadła pod drzewem, aby utulić swe
drobne rozczarowanie. Podbiegłszy do niej, zaczął kaszleć. Już miała mu
przypomnieć, że powinien użyć chusteczki, gdy dostrzegła połysk krwi na
jego dłoni i cały świat runął w posadach. Tego samego lata odkryła
także, że nie jest płodna. Ralph - jak to często powtarzała w myślach,
ale nie rozumiała - Ralph był dla niej wszystkim.
Tak oto rozpoczęła erę poszukiwań, choć nie pozwoliła sobie przestać być
Alice Meynell. Zewnętrznie wszystko wskazywało, że jest kobietą w pełnym
rozkwicie urody. W eleganckich cechowych domach musiała nawet uciekać
się do comiesięcznej farsy plamienia paru sztuk bielizny krwią,
wiedziała bowiem, że pod schodami rodzą się plotki, ale była Alice,
Alice Meynell, i zadbała, by jej obecność zapamiętano we wszystkich
europejskich uzdrowiskach i kurortach, do jakich jeździła z Ralphem.
Odkryła nawet, że oddalenie przydaje jej dodatkowego mitycznego poloru.
A kiedy wracała do Londynu, swe wyjścia na bankiety i bale planowała z wojskową dokładnością. Pojawić się tutaj. Nie pojawić się tam.
Bezwstydnie flirtować. Tak, stwierdziła kładąc się do łóżka, teraz jest
bardziej niż kiedykolwiek konieczne pozostanie stuprocentową Alice
Meynell i położenie kres tym fałdkom kojarzącym się z okropną, obwisłą
twarzą jej koszmarnej ciotki.
Invercombe było ciche i spokojne. Lekko wzdrygając się od chłodu
podłogi, podeszła do swego kuferka, wyszeptała zaklęcie zwalniające
zamki i wyciągnęła postrzępiony, opuchnięty notes. W elektrycznym blasku
lampy stołowej rozpostarła na łóżku rozdarte, wylatujące, pozaginane,
poplamione kartki - przypominające cechową księgę zaklęć, ale
ukradzionych, pożyczonych, skopiowanych czy znalezionych, zdobytych
małym albo i dużym kosztem. Jej własne, elegancko pochylone, zielone
pismo mieszało się ze zżółkłymi bazgrołami dawno zmarłych ludzi,
strzępkami zapisanymi maczkiem, ledwie czytelnymi zawijasami i fragmentami dziwnych ilustracji.
Przez całą noc rozważała wątpliwości i niemożliwości. Wyszeptywała
fragmenty zaklęć, wprawiające w trzepot strony, często nasycone
śladowymi ilościami eteru naniesionego przez odciski palców i wycieki.
Ach, gdyby tak wszystkie splotły się w jeden zaczarowany latający dywan,
który uniósłby w dal ją, Ralpha i ich kłopoty! Zamiast tego zadowoliła
się jednak czymś z niekompletnego leksykonu, skromnym dodatkiem do
arsenału uroków i zaklęć, który wypełniał jej kuferek i mógł, być może -
nie, na pewno mógł, wiara jest zawsze ważna - przepędzić z jej podbródka
te obsceniczne fałdy. Dobrze się składało, że znalazła się teraz nad
ujściem rzeki, w którym występowały silne pływy; leksykon zapewnił ją,
że tu można naprawdę znaleźć to, czego poszukuje.
Złożyła notes, zamknęła kuferek, naciągnęła buty i w najcieplejszej
pelerynie ruszyła w dół schodów. Parę minut zabawiła w bibliotece,
przeglądając ręcznie kolorowane ilustracje małży i mięczaków, aż doszła
do hasła, które ją interesowało, wydarła je i wyszła z ciemnego domu
bocznymi drzwiami.
Posiadłość Invercombe nadal spowijał cień. Tylko wiatroster chwycił już
odrobinę światła brzasku i kiedy schodziła po tarasach, których kamienie
lśniły od osadzającego się na nich lodu, przebłyskiwał pomiędzy nagimi
drzewami. Z zielonej kępki czegoś, co gdzie indziej byłoby zwykłą trawą,
uniósł się dziwnie przyjemny aromat. Alice, wiedziona impulsem,
pochyliła się, by powachlować palcami - rosa skapująca z koniuszków
źdźbeł smakowała intensywną słodyczą. Tu, na skraju posiadłości, poza
wierzbowym zagajnikiem i płaskim terenem do gier i zabaw, zbiegały się
ścieżki z ogrodu, prowadząc przez bramę do mozaikowej głębi słonego
stawu napełnianego morską wodą - jak się domyślała - przez podziemne
kanały, którymi od strony zatoki Clarence Cove przypływ wdzierał się pod
szczyt Durnock Head. Idąc energicznie wokół wypiętrzonego cypla,
odkryła, że co większe skały nad Kanałem Bristolskim są oprószone
śniegiem - w mglistym półmroku wyglądały jak lukrowane baby. Był odpływ,
nadal pobłyskiwały dalekie światełka na moście na Severn, na jego
delikatnych mackach przypominających płynącą meduzę.
W pamięci miała czyste wyobrażenie poszukiwanej muszli, nadbrzeżna
rzeczywistość była jednak brudna, oślizła i śmierdząca. Alice wyjęła z kieszeni peleryny stalowy nożyk i zanurzyła dłoń w rozlewisku, które
okazało się o wiele zimniejsze i głębsze, niż oczekiwała. Zamoczyła
rękaw, ale wyciągnęła pierwsze ze stworzeń i od razu, po prążkach na
skorupie, poznała, że to nie Cardium glycimeris - mięczak, którego
szukała. Wyrzucając go z powrotem, prostując się i zastanawiając, jak
najlepiej szukać dalej, zauważyła, że po skałach skacze coś ciemnego.
Poczuła ukłucie strachu, kształt był jednak niewątpliwie ludzki.
- Ej, ty! - krzyknęła, bo w kontaktach z gminem ważne było, aby
natychmiast narzucić dominację. - Co tam robisz?
Postać się wyprostowała. Miała w ręku coś jakby worek, za sobą ciągnęła
grabie. Nie zbliżyła się, więc Alice musiała narazić kostki na szwank i przejść po zielonkawych głazach.
- Jak się nazywasz? - Zachowała wyniosły ton.
Postać po prostu się jej przyglądała. Nosiła czapkę i stary, na oko
przemoczony do nitki kaftan. Co zaskakujące, mimo ziąbu była boso.
Chłopak w wieku Ralpha lub trochę młodszy. Wyraźnie biedny, może też
niedorozwinięty albo tylko ograniczony. Już miała dać sobie spokój z rozmową, gdy stworzenie zamrugało, oblizało wargi i wyprostowało się -
okazało się prawie wzrostu Alice - po czym przemówiło.
- Zbieram sercówki. Jestem Marion Price i to jest mój kawałek brzegu.
Czyli to dziewczyna. Ani "proszę pani", ani "pani", ani dygnięcia. No i ten "mój kawałek brzegu", całkiem jakby była jego właścicielką.
- A ja jestem arcycechmistrzyni Alice Meynell. Mieszkam w tym wielkim...
- Invercombe.
A nawet przerywa. Alice jednak postanowiła ciągnąć rozmowę i rozłożyła
planszę wydartą z książki o faunie morskiej.
- Taki. Będziesz mogła mi pomóc?
- Ostryga paciorkowa. Przeważnie je wyrzucamy.
- Potrzebne mi coś takiego, spójrz. W książce nazwano je krwawymi
perłami.
- Tak? - Dziewczyna z wybrzeża zasznurowała usta spierzchnięte od wiatru
i chłodu, miała zaczerwienione policzki, co przypadłoby do gustu
niejednej cechmistrzyni. - Jeśli chce pani zrobić z nich naszyjnik, to
się nie nadają. Są nietrwałe, w sam raz dla dzieci do zabawy.
Tak jakby sama nie była jeszcze dzieckiem. Zanim jednak Alice zdążyła
zapewnić ją, że poszukuje krwawej perły właśnie dla jej kruchości,
dziewczyna z wybrzeża skakała już zygzakiem po kamieniach, które Alice
pokaleczyłyby stopy do kości.
- A ty zbierasz małże?
- Sercówki. Gotujemy je i sprzedajemy na targu w Luttrell, po trzy
szylingi za kubełek. Ale wodorosty zatrzymujemy sobie i robimy z nich
chleb.
- Jecie wodorosty?!
- No pewnie. - Dziewczyna i kobieta przypatrywały się sobie ponad
kałużą, nad którą klęczały, obie równie zdumione. - Nigdy pani nie
próbowała chleba z wodorostów?
Alice uśmiechnęła się i pokręciła głową.
- Skąd jesteś? Tu jest w pobliżu wieś?
- Nazywa się Clyst. Niedaleko, za tym załomem cypla. Mieszkam z matką i ojcem. Mam brata i... - Zawahała się. - Siostrę.
Jej rozgwiaździste palce poruszały się pomiędzy pasmami wodorostów i pulsującymi paszczami ukwiałów.
- I tak codziennie rano? Zbierasz sercówki?
- Nie codziennie. Tylko kiedy jest dosyć światła i odpowiedni odpływ.
Co za życie! Miotani tam i z powrotem wzdłuż ujścia rzeki, jak niesione
prądem śmieci.
- Mam... - Dziewczyna podważyła krawędź muszli, uniósłszy ją wysoko w posiniałych, pomarszczonych palcach. Istotnie, Cardium glycimeris, ale
po otwarciu szybkim ruchem krótkiego szerokiego nożyka okazało się, że w środku nie ma perły.
- Twoja rodzina należy do cechu?
- No pewnie. - Wędrówka palców ustała na chwilę.
Alice zrozumiała. Tu, na Zachodzie, nawet nadbrzeżni zbieracze i budowniczowie łódek z wikliny mieli się za cechowych. Mdłe światło
odbijało się od lodowatej wody i oświetlało twarz dziewczyny, która przy
pracy miała rysy całkiem nieruchome, pełne głębokiego skupienia. Jej
dziwny akcent, jej zwierzęcy spokój wydały się Alice przyjemnie
uspokajające. Życie straciło jeszcze parę ostryg paciorkowych. Szum
przypływu stawał się coraz głośniejszy.
- Nie powinnyśmy już iść? Nie znajdziemy ich gdzieś wyżej?
- To najlepsze miejsce. Mamy jeszcze parę minut.
Kolejna muszla, kolejna pusta paszcza. Wtem, gdy już otaczały je
pierwsze strugi przypływu, dziewczyna wydobyła z wody nieco większą
ostrygę. Szybko rozdzielona ukazała na swym żywym języku wilgotny rubin.
Dziewczyna i arcycechmistrzyni zerknęły na siebie triumfalnie.
- Jedna wystarczy?
- Musi. - Przypływ zaszemrał wokół nich. Dziewczyna już się odwracała,
sięgała po worek i grabie. - Nie! Zaczekaj!
Alice miała dziwne przeczucie, że ta dziewczyna mogłaby wnieść coś
nowego do funkcjonowania Invercombe. Najpewniej trochę piasku w tryby,
ale może właśnie tego było trzeba. Konieczność radzenia sobie z nową,
nieokrzesaną pokojową będzie wystarczająco trudnym wyzwaniem dla
ochmistrzyni Dunning.
- Jak mówiłaś? Ile dostajesz za kubełek gotowanych sercówek?
- Trzy szylingi, jeżeli się poszczęści.
- A ile takich kubełków trzeba, żeby zapełnić garnek?
- Ze dwanaście.
- Przyjdź do pracy w Invercombe, a dopilnuję, żeby płacili ci dwa razy
tyle.
Dziewczyna z wybrzeża odłożyła worek, wytarła dłoń o kaftan i wyciągnęła
ją. Alice, gdy przypływ zalewał kałużę i podbiegał im do stóp, była zbyt
zaskoczona, by jej nie uścisnąć.
3
3
W niedzielny ranek ochmistrzyni Dunning posłała po Marion Price. Marion,
stojąc przed drzwiami jej kantorka, na samym końcu niskiego, bielonego
korytarza, poprawiła nakrochmalony biały czepek.
- Proszę! Stoisz tam, prawda?
Weszła do małego, zagraconego pokoju.
- Zamknij drzwi. Krzesła są do siedzenia, nie?
Marion, pewna, że o jeden raz za dużo brzęknęła wiadrem albo niechcący
złamała któryś z niezliczonych nakazów i zakazów wiszących w ramkach na
ścianach służbówek, postanowiła przyjąć zwolnienie z Invercombe z godnością i taktem. Rzeczy, które zawsze miała za oczywiste - jak
ocenianie każdego dnia po zapachu i klimacie poranka, przeplatające się
sezonowo prace, połowy i przypływy - zaczęły już wydawać się dziwne i odległe. Tu, w tym domu, wszystko stawało na głowie, by każdy dzień był
taki sam; nigdy jeszcze nie jadła tak dobrze, nigdy nie miała tak ciepło
i nigdy nie zdawała sobie sprawy, że jej byt jest tak mało ważny.
Starała się jednak zachować stosownie poważny wyraz twarzy, podczas gdy
ochmistrzyni wzdychała, a jej miedziane, przetykane siwizną włosy
podskakiwały, kiedy kręciła głową.
- Możliwe, że byłam dla ciebie trochę za ostra - powiedziała. -
Naturalnie nie ja prosiłam, żeby cię tu przyjąć. Domyślam się, że ty też
nie masz wielkiej ochoty pracować u nas.
- Starałam się jak najlepiej, proszę pani. Przykro mi, że to się okazało
za mało.
- Spokojnie, spokojnie. Nie wezwałam cię, żeby cię zwolnić.
- Tak, proszę pani?
- Jesteś z wybrzeża, więc chyba nigdy nie myślałaś o spędzeniu życia w służbie. Dla mnie to było oczywiste od zawsze. Dunningowie służyli w wielkich rezydencjach odkąd mój prapradziadek przybył tutaj jako
niewolny. Jesteś zdziwiona?
- Nigdy nie myślałam, proszę pani.
- Są jeszcze ludzie, którzy myślą, że my, Murzyni, nie powinniśmy
pracować jako cechowi. W miastach, na przykład Londynie, nawet
wygłaszają na ten temat kazania z ambon. - Jej wydatne usta pocieniały.
- Wygląda na to, że jesteś dość bystra i zdolna. A ja potrzebuję każdej
pary rąk, żeby ten dom jako tako działał...
Gdy ochmistrzyni Dunning rozprawiała o rozmaitych sprawach Invercombe,
Marion błądziła wzrokiem po pokoju. Ściany pokrywały typowe haftowane
pouczenia - DOM PORZĄDNIE PROWADZONY RZADKO TROSKI WYMAGA. NIE RÓB NIC
PO ŁEBKACH - a na biurku ochmistrzyni piętrzyły się notatniki, suszki,
kwity nienadziane jeszcze na szpikulec oraz przedmiot w kształcie ziarna
fasoli, podobny do tych, jakie Marion zdarzało się czasem znajdować
podczas nadbrzeżnych wędrówek. Dzieciaki nazywały je fasolkami, choć to
oczywiście nie była fasola.
- Nie słuchasz mnie!
- Co? Ach, przepraszam, proszę pani, ja po prostu...
- Mniejsza o to. Może któregoś dnia awansujesz na kucharkę lub
ochmistrzynię. Jeśli tylko tego chcesz... i jeśli nauczysz się mówić
"słucham" zamiast "co". - Uśmiechnęła się. - Niech to zostanie między
nami: widzisz, arcycechmistrzyni i jej synek to dość dziwni ludzie.
Przyjeżdżają tu znikąd, bez własnej służby, prawie bez uprzedzenia. Tyle
pieniędzy, wszystkie te podróże i co z tego mają?
Marion spróbowała zastanowić się nad tym dziwnym pytaniem. Faktycznie
nie widziała arcycechmistrzyni od tamtego spotkania nad morzem, a syna,
który niby tu z nią mieszkał, w ogóle.
- Wszystko?
- Dziewczyno, nie ma co się wymądrzać. - Ochmistrzyni nawet nie
pokręciła głową. - Na pewno już słyszałaś, że on jest ciężko chory. -
Westchnęła. - A to, swoją drogą... - Perłowymi opuszkami palców dotknęła
fasolki. - Na to się gapiłaś, zamiast mnie słuchać. Wiesz, co to jest?
Marion zaprzeczyła.
- To z Wysp Szczęśliwych. Takie nasiona spadają z palm i płyną aż tutaj
przez całe Morze Borealne.
Marion dotknęła fasolki, myśląc o białych plażach i jaskrawych kwiatach.
Wyobrażała sobie, że tak muszą się czuć cechmistrze, kiedy dotykają
licznych dziwnych urządzeń - chalcedonów, szeptokamieni, cierpników,
szpinetowych klawiszy maszyn kalkulujących, liczykamyków...
- Parę warunków bez dyskusji - dodała ochmistrzyni. - Po pierwsze, ten
dom opiera się na wzajemnym szacunku i obowiązkowości. Każdziuteńkie z tych oprawionych przez kucharza przysłów, a widziałam, że krzywisz się
drwiąco na ich widok, każde z nich to sama prawda. Oczekuję, że w niedzielę moi pracownicy spędzają czas z rodziną.
- Nie miałam jeszcze wolnej niedzieli, proszę pani.
- No to już masz. Wilkins za jakieś pół godziny wyjeżdża furgonem do
Luttrell. Postaraj się zdążyć i włóż no swoją najlepszą spódnicę i zapaskę... - Oczy ochmistrzyni powędrowały w górę i w dół. - Pamiętaj,
że reprezentujesz ten dom, ludzie będą patrzeć na ciebie i wyobrażać
sobie, niech im Bóg wybaczy, że jesteś najlepszym, na co stać
Invercombe. A twoja rodzina na pewno się zastanawia, jak ci tu idzie.
Możesz więc wrócić do Clyst i powiedzieć staremu Billowi Price'owi, że
Cissy Dunning przesyła pozdrowienia i mówi, że radzisz sobie całkiem
dobrze, chociaż czasem trzeba cię trochę pogonić. Co, może nie?
- Tak, proszę pani. - Dygając, Marion zdała sobie sprawę, że nie zrobiła
tego, kiedy wchodziła. - Dziękuję.
- Zaraz, jeszcze jedno. - Ochmistrzyni wysunęła dolną szufladę biurka,
otworzyła puszkę i wyciągnęła brązową kopertę. - Dla ciebie.
- Proszę pani?
- Na miłość boską, to przecież twoja wypłata!
***
Siedząc na tyle furgonu do wożenia żywności, w gromadzie podstajennych,
pomocników ogrodnika i młodszych pokojówek, Marion bardzo marzła. Droga
poza posiadłością była pełna głębokich kałuż, a nagie drzewa ociekały
wodą. W Invercombe, nawet jeśli padało, to tak dyskretnie, że nie dało
się zauważyć. Dziewczyna zerknęła na wiatroster. Wprawdzie wtajemniczono
ją w fakt, że on może zmieniać pogodę, ale odrzuciła to jako bajkę.
Wilkins wysadził ją na poboczu, skąd udała się prosto nad morze. Czuła,
jak poprawia jej się nastrój po tym fikuśnym domostwie, w którym ciągle
coś trzeba było robić. Tutaj mogła sobie krzyknąć, zamachać rękoma i wystraszyła tylko mewy i rybołówki. Krzycząc, skacząc - zatrzymała się
tylko po to, by zrzucić nowe buty i skarpety, a potem zedrzeć z głowy
czepek - popędziła przez plamiste, marznące błoto. To był odpływ
kwadraturowy, szybki, zimny i silny; uciekał z sykiem, choć biegła ku
niemu, a jednak wreszcie zdołała zanurzyć stopy w wodzie - co za słodka,
beztroska rozkosz po ucisku butów.
W skalnych zalewiskach zaczęła szukać fasolki. Marne szanse, ale co tam;
była przecież wytrawną poszukiwaczką. Znalazła pensówki, prawie dobre
miednice, obręcze od krynolin, brosze, bryłki wyrzuconego przez fale
węgla, wyżłobione kości, fantastyczne kawałki maszyn, brunatnopurpurowe
zwały kukułczego wodorostu. Kiedyś nadpłynęło ogromne, włochate cielsko
zmytego z mostu na Severn gargulca, jednego z tych, co pełzają po
podniebnych belkach i bez końca malują je na czarno. Dziś jednak
znalazła tylko parę odłamków ładnie otoczonego szkła. Prostując się,
czując, jak w kieszeni spódnicy ciąży koperta od ochmistrzyni,
przyśpieszyła kroku. Szła ku przygarbionym, nieregularnym domkom Clyst.
Domek Price'ów wyglądał spod przysadzistego dachu pokrytego trochę
dachówkami, a trochę mchem. Marion weszła do środka, pochylając się,
żeby nie uderzyć głową w niską framugę. Mateczka gotowała pranie.
Podnosiła je kopyścią, jakby sprawdzała, czy już się ugotowało. Raptem
dostrzegła Marion.
- Wiedziałam! - wykrzyknęła, wymachując parującym podkoszulkiem. -
Wylali cię!
Nie od razu przekonała matkę, że naprawdę jeszcze pracuje w Invercombe.
Potem mateczka zobaczyła wiszące na jej szyi buty.
- A co zrobiłaś ze starymi?
Marion wzruszyła ramionami, przypominając sobie, jaką minę miała
kucharka, kiedy ciskała je do ognia.
- Trzymam je na bardziej mokre dni.
- Bardziej mokre? Nas prawie zalało!
- Ja i tak większość czasu spędzam w domu.
- No pewnie. Idź, zawołaj ojca, brata i siostrę, dobrze?
Ludzie znad brzegu umieli rozpoznawać się z daleka. Po sposobie
chodzenia, swoistym przygarbianiu się czy utykaniu. Oto szła jej siostra
Denise, ciągnęła za sobą worek i uginała się jakby z zaskoczeniem i niesmakiem. Dalej Owen jechał po błocie na drewnianej włóce, odpychając
się kijem. Marion zwinęła dłonie w trąbkę i krzyknęła zawodząco.
Po pachnących rybą uściskach i wyrazach zdziwienia, jak ona wygląda,
troje dzieci Price'ów znalazło ojca nad małym strumykiem, gdzie
polerował i nizał z powrotem swe piękne spławiki z błękitnego szkła, z których był tak dumny. Wokół Marion zdążyła się już zebrać gromadka
dorosłych i dzieciaków. "Mają dużo złota do polerowania?" - zapytał
ktoś. "Nauczyli cię jakichś zaklęć? A ta ochmistrzyni to naprawdę
zbiegła niewolnica? Ile ci się udało zwędzić?".
- Mamy szczególny dzień - obwieścił tata, gdy wrócili do domu.
Zaprowadził Marion do spiżarni i podniósł deski, odsłaniając dół, w którym trzymał swój drobny import. Odkorkowawszy zębami jedną z brązowych butelek bez etykiet, przysunął ją do nosa, by sprawdzić, czy
nie dostała się do niej morska woda. Potem siedli przy stole, jedli
obsmażany chleb z wodorostów, śledzie i wszyscy trochę sobie popili.
Marion nigdy wcześniej nie zauważyła, jak szary jest ich chleb i jak
zawzięcie ojciec dłubie w zębach. Była pewna, że przysłuży się rodzinie,
przyjmując zaskakującą propozycję arcycechmistrzyni; powtarzała sobie,
że to po prostu praca jak każda, ale teraz wyglądało na to, że sam fakt
służenia w wielkim domu stanowi tożsamość, którą chcą ją naznaczyć i domownicy, i wszyscy w Clyst - a ona się z nią wcale nie identyfikuje.
- Jak tam, skarbie...? - Porośniętą odciskami dłonią matka ścisnęła jej
nadgarstek.
- Masz pustą szklankę, dziewczyno. - Tata uniósł butelkę.
- Wszystko w porządku. A w ogóle to mówiłam wam, że dostałam wypłatę?
- No, w takim razie... - Tata odstawił z brzękiem flaszkę i zatarł
dłonie.
Marion wiedziała, że pieniądze należą się rodzinie. Jasne, fajnie byłoby
przejść się wzdłuż jedynego w Luttrell pasażu porządnych sklepów i kupić
mamie nową chustkę, tacie cygaro w srebrnej rurce, Denise jakieś
perfumy, a Owenowi kompas, któremu zawsze się przyglądał, ale miała
lepszy pomysł. Właściwie to dlatego tak łatwo i szybko zgodziła się na
brzegu na ofertę cechmistrzyni. Koperta, kiedy ją wyciągała i kładła na
stole, wydała się równie solidna i pewna, jak same pieniądze.
- Myślę, że powinniśmy za to zrobić Sally porządny nagrobek - obwieściła
Marion.
Od razu poznała po ich minach, że nigdy o czymś takim nie myśleli.
- Wspaniały pomysł - mruknęła mama, znowu ściskając przegub Marion. - Po
prostu, po prostu... wspaniały.
- Tylko że wszystko jest już załatwione - dodał ojciec, przerywając
dłuższe milczenie.
- Co niby jest załatwione? - Marion zdumiała się szorstkością we własnym
głosie.
- Zapisaliśmy naszego Owena do Cechu Żeglarzy, tak jak zawsze
obiecywałem!
***
- Nie jesteś zła, co? - zapytała Marion siostra, gdy się gramoliły na
niską antresolę nad kuchnią, gdzie obie spały.
- Wcale. - I to była prawda. Wykupienie Owenowi porządnego
czeladnikostwa było dla rodziny najlepszą możliwą inwestycją. A o Sally
już się tu nie rozmawiało, choć odeszła zaledwie rok temu.
- A ja będę prawdziwą krawcową, mówiłam ci? Nan Osborne obiecała, że
mnie nauczy, a potem, w przyszłym roku, załatwi, żebym poszła do tej
cechowej akademii w Bristolu.
- Świetny pomysł - odparła Marion z roztargnieniem, wysuwając szufladę i znajdując w niej rzeczy siostry.
- Rozpuściłaś się w tym Invercombe, sikając do porcelany. Kto by
pomyślał!
- To powinnaś być ty, Denise. Mogę jeszcze spróbować szepnąć słówko...
- Wyobrażasz sobie, że latam ze szmatą i dygam?! Ale twoja bluzka to mi
się naprawdę podoba... - Denise się przysunęła. - Te zaszewki, co ją
dopasowują tutaj i tutaj. - Zazdrośnie musnęła rękami pierś siostry.
- Poważnie? Myślałam, że jest po prostu za ciasna.
Piękne błękitne oczy Denise przez chwilę wyrażały zdumienie. Jej twarz,
o ładnych, wydatnych kościach policzkowych, zarumieniona od rumu i przebywania na świeżym powietrzu, była obramiona jasnobrązowymi lokami.
Marion pomyślała, że to najpiękniejsza twarz, jaką w życiu widziała.
Przynajmniej do momentu, kiedy poznała nową arcycechmistrzynię
Invercombe.
- Niewiele jeszcze wiesz o świecie, co, siostrzyczko?
Ona tymczasem zapomniała, czego właściwie szukała wśród swoich starych
rzeczy. Denise zresztą i tak przywłaszczyłaby to sobie albo wyrzuciła.
- Marion, jakieś resztki i guziki. Kawałki tasiemek, na przykład takiej,
jak ci się pruje u dołu sukni. Wiadomo, jak to jest w tych bogatych
domach, ciągle wyrzucają coś, co może się jeszcze przydać.
- Rozejrzę się. - Chociaż, jak głosiła jedna z mądrości kucharki,
POŻYCZANIE Z DOMU TO ZWYKŁA KRADZIEŻ.
- Ale przede wszystkim musisz mi załatwić jedno... - Denise zrobiła
zaskakująco poważną minę, przysiadając przy maleńkim okienku i przyzywając Marion do siebie. Otworzyła usta i wetknęła do nich palce. -
Zidziś?
Marion, mrugając od ohydnego smrodu, zajrzała do środka. Trzonowce
siostry były czarne jak smoła. Denise zawsze lubiła słodycze,
szczególnie Kartacze Bolta, ogromne landryny o warstwach jak cebula,
które zmieniały kolor, gdy się je przegryzało. Czerwoną warstwę można
było rozsmarować na ustach i wyglądała jak szminka.
- Gdybyś tak skombinowała dla mnie trochę porządnej pasty do zębów -
powiedziała Denise, przełykając ślinę. - No wiesz, takiego białego
czegoś, co pachnie lekarstwami. To na pewno by pomogło. Przyniesiesz mi,
co?
***
Marion zdała sobie sprawę, że jej powrót do Clyst zmienił dzisiejszy
dzień w coś przypominającego te rodzinne niedziele, o których kiedyś
czytała w gazetach. Jej powrót albo rum. Bo mateczka drzemała przed
ogniem, tata nucił i krzątał się wokół, choć niczego konkretnego nie
robił, a Denise, zainspirowana bluzką, coś z zapałem majstrowała. Nawet
zwykle pracowity Owen siedział w otwartej przybudówce na odwróconej
blaszanej balii i gapił się na przypływ.
- Gratulacje - powiedziała.
Uniósł na nią wzrok.
- Mówisz to poważnie?
- No pewnie. A teraz rusz się.
Zapadał już zmrok. Właściwie był jeden z tych dni, kiedy wcale nie
robiło się naprawdę jasno - przynajmniej poza Invercombe. Na morzu
żarzyły się klejnocikami i punkcikami światełka statków. Fracht szedł do
Bristolu albo wychodził stamtąd na cały świat. Brat od zawsze marzył,
żeby zostać marynarzem na takim statku, precyzyjnym jak urządzenia
pokładowe.
- Już cię inicjowano?
- Nie, ale tata naprawdę podpisał papiery. Dają taką żółtą kopię, cały
czas mówi, że powiesi to w ramce. Nie wiem, jak mam ci dziękować.
- To nie z moich pieniędzy. Tata oszczędzał od lat.
- No... - Owen zachichotał i pokręcił głową. - Przynajmniej zawsze tak
mówił.
Owen był pod każdym względem największy w rodzinie; o szerokiej twarzy,
rumianych policzkach i sterczącej szopie kasztanowych włosów, skłonny do
tycia nawet na ich kiepskim jedzeniu. Trudno było go sobie wyobrazić
wbitego w mundur ze sznurami, epoletami i mosiężnymi guzikami, ale o swym nowym cechu mówił podekscytowany i zapewniał, że choć będzie
chronił jego tajemnice, nigdy nie zapomni o swych korzeniach.
- Naprawdę, siostra. Wierzysz mi? Rozumiesz, ja się nie zmienię. Będę
dalej jadł pasztet z węgorza i nienawidził cholernych Poborców Akcyzy. I dalej będę rzucać w fale kawałki chałki, żeby morze nie zapragnęło zbyt
wielu dusz.
- Owen, jesteś moim bratem. Jesteś Price'em. Kiedy będę musiała ci o tym
przypomnieć, to wezmę wiosło i walnę cię w łeb.
Miło się tak zaśmiewać w ciemności, nawet kiedy grzechot wiatru w dachówkach ustąpił mocniejszemu szurgotowi deszczu.
***
- Posłuchaj, skarbie... - szepnęła mama, przyciągając Marion do siebie,
gdy cała rodzinka zebrała się po ciemku, by ją pożegnać. - Któregoś dnia
obstaluje się dla Sally coś ładnego.
Marion szła nadbrzeżną drogą, a deszcz zmieniał się w deszcz ze
śniegiem. Wiedziała wprawdzie, że jest skrót prowadzący przez cypel
prosto do furtki ogrodu Invercombe, ale tamtędy nigdy by nie poszła ani
jako dziewczyna znad brzegu, ani jako młodsza pokojowa. Drogą płynęła
woda. Marion trzymała się jej krawędzi. Szła, od czasu do czasu
przewracając się, aż dotarła do miejsca, gdzie odchodziła mniejsza
dróżka wiodąca do bramy i stróżówki Invercombe. Deszcz ze śniegiem przez
chwilę silniej niż przedtem siekł pojękujące drzewa, potem ustał jak za
naciśnięciem guzika.
4
4
Punkt dziesiąta, ciepły marcowy wieczór w Invercombe, dziewięćdziesiąty
dziewiąty rok Wieku Światła; każdy kurant, dzwon i gong z osobna
wypełniał sobą milczenie, aż w przeciągłych obchodach godziny zastępował
go następny. Z początku ta nieregularność narzucała się Alice jako coś,
co można by wykorzystać. Teraz nauczyła się nią delektować. Dziesiąta
rano. Wyciągnęła z kuferka poplamioną fioletem papierową torbę i wsypała
owoce ciemiernika do białej, zdobnej rytem retorty. Dziesiąta rano.
Mruknęła zaklęcie i uśmiechnęła się, patrząc, jak puchną i nabierają
lśniącej, apetycznej, słodkiej czerwieni. Dziesiąta rano. Włożyła
elegancki oliwinowy płaszcz, ostatni raz sprawdziła w lustrze i uśmiechnęła się na widok odzyskanej jędrności podbródka.
A na zewnątrz, kiedy szła do Ralpha na południowo-zachodni górny taras,
gdzie lubił teraz siadywać, rozbawił ją fakt, że cień rzucany przez
zegar słoneczny na ciepłą ścianę z czerwonej cegły ponad głównym hallem
pokazywał zaledwie wpół do dziesiątej.
***
Na dźwięk kroków matki Ralph przesunął kolisty obiektyw swego teleskopu
z kotłującego się gorączkowo żywopłotu, w którym obserwował parzenie się
wróbli, i skupił sokole spojrzenie swego nowego nabytku - prawdziwej
marynarskiej lunety, którą sprezentował mu niedawno wiatrosternik Ayres
- na posiwiałym pasemku włosów.
- Skarbie, to niezbyt ładnie patrzeć na ludzi tak, jakby byli
przedmiotami.
- Nie? - Mrugając, oderwał oko od okularu.
- No dobra, nieważne. - Matka przysiadła na skraju leżaka, odgarniając
koce okrywające mu nogi. - Muszę zobaczyć się z kimś w Bristolu.
Ralph skinął głową. Rzeczywistość poza biblioteką i ogrodami Invercombe
była całkiem inna. Pomyślał o ojcu, o zadymionym londyńskim powietrzu,
które przedostawało się razem z nim po linii, kiedy rozmawiali przez
telefon, i poddał się łaskoczącemu napływowi nowej fali kaszlu.
- Muszę iść. - Matka delikatnie go ucałowała. Nic się jej nie imało.
Zawsze była tak młoda i świeża; wyglądała pięknie, idąc przez słoneczny
taras, gdzie rozrośnięte głowy ogromnych dzwonków kiwały się na wietrze,
jakby chciały, uderzając pręcikami, zawtórować biciu wszystkich zegarów
domostwa.
Pozostawiony samemu sobie, znów przyłożył oko do lunety i jednym
rozmazującym obraz ruchem przesunął obiektyw przez pół doliny. Powietrze
było zadziwiająco przejrzyste, a urządzenie, zaprojektowane i wyprodukowane według czystych zasad optyki, okazało się, jak pomyślał,
wiodąc wzrokiem po złotozielonych łodygach świetlików i mlecznych kulach
luniaka, chyba jedynym nienaeteryzowanym przedmiotem w Invercombe.
Osiągnął tutaj całkiem nowy stan jasności umysłu. Za to, oraz za poprawę
zdrowia, czuł wdzięczność wobec Invercombe. Początkowo było znużone jak
on, wydawało się zaledwie końcem kolejnej podróży i - jak zawsze -
okazją do kolejnych lektur, kolejnych badań naukowych. Wiedza, pewność,
nauka od dawna były mu murem obronnym przed gorączką, a także
najpewniejszym dowodem, że świat - prawdziwy świat, którego poza
rozgardiaszem koców, wózków inwalidzkich, kufrów i dworców kolejowych
widział tak mało - naprawdę istnieje.
Najpierw pociągnęły go mapy. Był podróżnikiem, obrysowując podróże swoje
i matki wzdłuż kropkowanych granic Europy, potem połaci afrykańskiego
lądu, białych granic Lodowej Kołyski, aż ogarniał go nowy atak gorączki
i niósł do terra incognita koszmaru. Potem zainteresował się przyrodą.
Zaczynał rozumieć, że wszystko w życiu jest częścią jednej
skomplikowanej machiny. Płatki kwiatu miały związek z zapylającą kwiat
pszczołą mieszkającą w ulu pośród kształtów, jakie można było
zaobserwować także w skalnych kryształach. Przewracając lśniące, ciężkie
stronice wielkich i kosztownych ksiąg, które kupowała mu matka,
odgarniając półprzejrzyste warstwy ochronnego pergaminu, by spojrzeć na
pięknie pokolorowane i opisane plansze, często czuł, że jakaś część jego
duszy opuściła łóżko i spaceruje po cudownym ogrodzie. Ta ucieczka do
świata, w którym wszystko dawało się opisać i wytłumaczyć, była
stuprocentowym przeciwieństwem gorączkowych majaczeń. Element tego
świata stanowiła nawet choroba trawiąca jego ciało - a skoro tak, nie
była ani wspaniała, ani straszna, była po prostu faktem. Pierwotna
gruźlica płuc: mieszkała w motylich skrzydłach wypatroszonych płuc swych
ofiar.
Wrogiem, przed którym należało się bronić, stał się więc chaos - bezsens
- a nie choroba. Ralph tropił go i zwalczał z samolubnym zapamiętaniem
inwalidy. Niebawem uznał, że zbędna jest ręka Najwyższego nakręcająca
mechanizm powodujący wszystkimi zdarzeniami w przyrodzie, odrzucił też
biblijną ideę ogrodu rajskiego, w którym rzekomo pleniły się wszystkie
gatunki i rodzaje. Teraz raj istniał dlań jedynie jako chaotyczny mit,
całkiem nieprzystający do Wieku Światła, acz nieco trudniej było wyzbyć
się obrazu dwóch pierwszych istot ludzkich, płochliwych jak fauny i odartych nawet ze swych figowych listków. Od czasu do czasu wciąż
przyłapywał się na wpatrywaniu w stare ryciny Adama i Ewy stojących obok
obsypanego owocami Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego. Oboje byli
bezwłosi, co, jak wiedział z zawoalowanych wzmianek w dodatkach i przypisach książek o fizjologii, nie zdarzało się dorosłym ludziom, choć
nigdy dotąd nie znalazł żadnych ilustracji, z którymi mógłby należycie
porównać to, co się działo z jego ciałem. Często mieli pępki, co,
zważywszy na okoliczności, także było błędem, a Ewa - także piersi i sutki, które nie zawsze w pełni zakrywała uniesioną nonszalancko dłonią.
Czasami można było nawet dojrzeć szczelinę pomiędzy jej nogami. Po
odłożeniu książek, zgaszeniu świateł, kiedy ogień migotał w kominku, a jego ogarniały słodka ciemność zaklęć i rozlewające się po ciele
laudanum, jej obraz często stał mu przed oczyma jak pełen wyrzutu duch
utraconej wiary. Czasem nawet przychodziła do łóżka i brała go w objęcia
- wtedy rozkoszny ucisk na podbrzuszu tarciem sprowadzał ulgę.
Jednakże teraz, w Invercombe, wszystko stało się jasne. Tutaj, mimo że
wiele książek zgubiło się podczas przenosin, miał dostęp do biblioteki
jeszcze większej niż w Walcote, której półki były jak na jego gust zbyt
wypchane powieściami i oprawionymi rocznikami plotkarskich magazynów. W Invercombe od razu wiedział, otwierając pierwszą z tutejszych książek, o życiu ptaków, że nigdy dotąd nikt jej nie otwierał, o czytaniu nie
mówiąc. Przywodziło mu to na myśl odległe czasy sprzed choroby, kiedy
jako pierwszy szedł po białym i z pozoru nieskończonym śnieżnym polu. To
prawda, książki w Invercombe były nieco stare, Ralph rozumiał jednak, że
wiedza się nie zmienia. Miał też dziwne poczucie - bardzo nienaukowe,
ale dodające otuchy - że te książki czekały na niego, tak jak czekał
cały dom. Widział, że i matkę ekscytowało Invercombe, ze swą starożytną
maszyną obliczeniową, najwyraźniej wciąż działającą gdzieś w trzewiach
domu, gdzie jeszcze nie dotarł, z jej rolą w kształtowaniu się jego
cechu, nawet z wiatrosterem do obrony przed co gorszymi wybrykami
pogody. W pewnym stopniu leczył go sam pobyt tutaj. Czasami, uderzenie
serca za uderzeniem, oddech za oddechem, strona za stroną, czuł, jak
jego ciało - izolowane wysepki bólu - na nowo składa się w całość.
Zejście na dół do biblioteki, bez pomocy, było całkiem jak propozycja
złożona królowej Izabeli przez cechmistrza Kolumba, dotycząca baśniowych
kontynentów Thule. Gdy pierwszy raz wypuścił się z sypialni w oszałamiającą pustkę głównego tarasu na półpiętrze, tak samo jak on
widział, jak znajome widoki chowają się za horyzontem, znikając w bladym
świetle poza zasięgiem wzroku. Dotarcie dalej zajęło całe dni
naprzemiennych wypadów i odwrotów, które w jego pamięci zlały się w jedną nieprzerwaną podróż. Gdy tylko doszedł do zakrętu, z początku
wydającego się nieosiągalnym, widział nowe przeszkody, jakich nie
przewidział żaden kartograf. Jak podróżnik na krawędzi świata, lądował u skosu potężnych głównych schodów. Matka wydawała oczywiście pomruki
dezaprobaty, ale Kolumb słyszał to samo od swej załogi. Ralph szedł
coraz dalej, schodek za schodkiem, aż wreszcie, ponad pracokres od
pierwszej wyprawy, stanął triumfalnie przed drzwiami biblioteki, która
była dokładnie tak imponująca, jak to sobie wyobrażał.
Przez parę dni zadowalało go samo siedzenie tam, między piętrami
nieotwartych grzbietów książek. Stopniowo jednak ogarnął myślą i opanował to wspaniałe pomieszczenie. Wstanie z łóżka, ubranie się, a potem przejście po arkadach i zejście w dół schodami było dlań
odpowiednikiem długiego spaceru po okolicy. Czasem nawet matka pozwalała
mu iść samemu, choć podejrzewał, że czai się gdzieś za rogiem, na
wypadek gdyby miał nagły atak zawrotów głowy. W Invercombe, w tych
szeptach, grze cieni, zapachu słonego powietrza, czuło się, że ktoś cię
podgląda, ktoś cię śledzi.
Koliste spojrzenie teleskopu objęło dojrzewające owoce w gaju
cytrusowym. Ralph prawie czuł zapach rosnących pomarańczy i cytryn,
które hołubił wiatroster w najbardziej osłoniętej części ogrodu. Potem
do góry. Czasami tak robił - niech sobie leci i gdzieś się zatrzyma. Na
grządkach figlowały i skrzyły się kolorami kwiaty o niezwykłych
zapachach i jaskrawych barwach - czerwone, białe, zielone, fioletowe,
albo w żadnym z tych kolorów i we wszystkich zmieszanych razem. Kiedyś
niezbyt interesował się cudami sztuki zielmistrzów, teraz jednak
przepełniała go nowa ciekawość. W końcu finalny ich produkt, obojętne,
jak daleko odbiegł od przodków, musiał mieć swe korzenie w jakiejś
naturalnie rosnącej roślinie. Cedr kamienny musi mieć w sobie coś z sekwoi z Thule. Żółcień pochodził zapewne od pospolitej pietruszki, a może i kopru morskiego. Potem były jeszcze stworzenia, które przybywały
specjalnymi przesyłkami, zaplombowanymi i ostemplowanymi napisami "Żywe
zwierzęta. Do rąk własnych adresata" prosto z biur Wydziału Stawonogów
Cechu Zwierzmistrzów. Co pospolitszym gatunkom wystarczały pszczoły,
muchy i osy, ale kiedy szło o szkarłatne języczki ogniomaków, trąbki
świetlików czy owoce luniaka, zwykłe owady po prostu się nie nadawały.
Te gigantyczne włochate i zębate stwory, jaskrawo pasiaste, o potężnych
trąbkach, nazywane były brzęczkami.
Omiótł obiektywem rozmazane czubki drzew. Oto żywopłot i jakaś trawa, na
której wciąż lśni rosa. Potem coś niebiesko-białego. W paski.
Zastanawiając się, co to za naeteryzowane cudo upolował tym razem,
wyostrzył obraz. Paski stały się wyraźniejsze, potem zniknęły, potem
znów pojawiły się w polu widzenia. Bawełna - widział jej splot.
Delikatnie przesunął lunetę, dopóki nie ujrzał botka, potem rąbka
spódnicy... i z powrotem tej samej pasiastej bluzki.
Jedna z pokojówek. Te nagłe ruchy, to rozprostowywanie się fałdy na
bluzce, spowodowane były tym, że pochylała się i prostowała,
rozwieszając pranie. Kawałek po kawałku, jedno koliste spojrzenie za
drugim, skompletował sobie jej obraz. Ciemne, prawie czarne włosy, lecz
na słońcu pobłyskujące złoto. Były gęste i bujne, obcięte tuż poniżej
ramion; po powtarzającym się błysku dłoni, którymi je odgarniała,
domyślał się, że wolałaby krótsze. Twarzy nie widział - tylko krzywiznę
brody i czasem małżowinę ucha, choć szybko z powrotem zakrywały ją
włosy, ale przyjemnie było tak po prostu tę pokojówkę obserwować.
Rzeczy, które dźgającym ruchem umieszczała na sznurze, pozostawały białą
mgłą, podejrzewał jednak, że dobrze byłoby się im przypatrzeć, rozpoznać
ich naturę i krój, tak jak zapamiętał krzyżowy wzorek na szelkach
fartucha i kształt poruszających się pod nimi łopatek. Jednakże
skupienie się na praniu oznaczało, że dziewczynę będzie widział
nieostro. Gdy zaczął bić kolejny z zegarów Invercombe, Ralph poczuł, że
coraz większa część świadomości wydostaje się z jego spowitego w koce
ciała przez lunetę, sunąc po świetlnym promieniu.
***
Steward Dunning pozwalała jej teraz chodzić do domu nie tylko w niedziele, ale i w większość poranków - na wczesne śniadanie. Dzisiaj
Marion wstała przed czwartą, ubrała się i szybko wyszła z posiadłości,
ruszyła główną drogą, a potem brzegiem do rodzinnego domku, gdzie
Price'owie dopiero wstawali.
- O, jesteś. - Tak jakby po prostu zeszła z pięterka. A potem: - Czy to
nie dzisiaj dzień wypłaty?
Pieniądze w jej kopertach jakby się kurczyły. Owen potrzebował munduru
ucznia, podręczników, specjalnych piór, specjalnych tuszy - wszystko
było specjalne. Kompasy, jakie podziwiała na wystawach w Luttrell,
najwyraźniej nie nadawały się dla prawdziwego żeglarza. Igła urządzenia,
które w końcu zakupił, obracała się w obudowie wielkości miednicy, w której dałoby się wykąpać dziecko. Nasycona zaklęciami, wykalibrowana,
kręciła się jak żywa ryba. Denise także potrzebowała pomocy finansowej,
aby utrzymać się u Nan Osborne. A Marion nie była w stanie zmusić się do
zabrania grubej tubki Pasty Wybielającej Piltona z umywalki w łazience
dla służby.
Godzinę po śniadaniu, przed wyjściem do Izby Żeglarskiej w Luttrell,
Owen miał się uczyć. Któregoś z pierwszych poranków spędzonych w domu
Marion zastała go siedzącego w otwartej przybudówce. Przed świtem było
przejmująco zimno i już miała mu powiedzieć, że są w domu lepsze miejsca
do pracy, gdy zauważyła, że jego szeroka twarz lśni od łez.
- Jestem beznadziejny, Marion! Nie mogę nawet spamiętać, która to
sterburta, a która bakburta. Zobacz... - Uniósł kartkę, która wyglądała,
jakby ocierał nią łzy. - To nawet nie jest po angielsku!
Marion wyjęła mu papier z rąk. Był to tekst zaklęcia.
- Owen, ja nie powinnam tego oglądać.
Tata wiedział to i owo o nawigacji, chyba podłapał też parę zaklęć, ale
na pewno przeraziłby się, gdyby Owen poprosił go o pomoc. Podsunęła
kartkę pod migocącą lampę, próbowała wypowiedzieć zapisane na niej
słowa, odchrząknęła, spróbowała jeszcze raz. Tamtego ranka i we
wszystkie inne dni, kiedy ochmistrzyni zrozumiała, nie pytając o nic, że
obecność Marion w domu rodzinnym jest ważna, znajdowała w bałaganiarskim
worku Owena stosowne podręczniki mówiące o Zdaniu, Kształcie i Składni,
zadawała sobie trud ich zrozumienia, po czym wszystko mu jak najprościej
tłumaczyła.
Przypływy nadchodziły i odchodziły. Odfrunęły zimujące ptaki. A Marion
dowiedziała się nieco o korzystaniu z map, wykreślaniu kursów,
pochodzeniu słów takich jak "marspikiel" i "boja". W końcu, gdy palce
już im siniały, a książki próbowały odlatywać, nauczył się i Owen. W szczególności trzeba było uczyć się węzłów. Gdy analizowała
skomplikowane rysunki, usiłowała zmusić, zaklinając go oczyma, jakiś
stary, pokryty smołą kawałek sznura do zrobienia sztuczki, a palce jej
drżały, swędziały i pokrywały się bąblami, po czym pokazywała to Owenowi
tak, by zrozumiał. Były tam duże, ozdobne węzły jak osie gniazda, były
węzły tak małe i delikatne, że jubilerzy związywali nimi sznury pereł.
No i wreszcie węzły wiatrowe, wyjątkowo uparte i trudne bez odpowiedniej
dawki eteru - od niekończących się zaklęć bolały gardła, tak jak palce
od wiązania; czasem jednak w jakiejś resztce liny pozostało jeszcze dość
eteru, by powietrze wokół nich zgęstniało, jakby przeszło tamtędy coś
dużego i niewidzialnego.
Takie rozpoczynanie każdego dnia było męczące, a potem czekała ją
jeszcze długa droga z powrotem do Invercombe, w pośpiechu, żeby zdążyć
na wspólną modlitwę z kucharką i pokojówkami. Nawet teraz, kiedy
rozwieszała bieliznę - ochmistrzyni nalegała, żeby każda służąca sama
sobie prała - w głowie wciąż polatywały jej żeglarskie zaklęcia.
Falujące prześcieradła mogły być bezanami i bramslami, a podkoszulka
topslem. Poczuła łaskotanie na karku. Poczuła coś jak światło, jak blask
słońca wydobywający z ciała pot. Choć nie było to całkiem nieprzyjemne,
miała niemal pewność, że ktoś ją obserwuje.
***
Wiatrosternik Ayres dostrzegł z galeryjki wiatrosteru mosiężny pobłysk.
Opuścił wzrok i zobaczył, że panicz Ralph zawzięcie obserwuje z górnego
tarasu dziewczynę od Price'ów z Clyst rozwieszającą majtki na sznurku.
Bardzo ucieszył się, że podarował chłopakowi swą starą lunetę.
Przesuwając w palcach wycięcia wstęgoczaru, myśląc ciepło i erotycznie o Cissy Dunning, przypatrywał się krajobrazowi Somerset poza posiadłością
Invercombe, wciąż spowitemu w mgłę, podczas gdy Invercombe już kąpało
się w słońcu. Teraz, po latach oczekiwania, miał szansę puścić tę
maszynę na pełne obroty i udowodnić ochmistrzyni Invercombe, że jest w stanie ożywić posiadłość, jak należy, a po drodze może i zdobyć jej
serce. Słońce lśniło na jego łysinie i kopule wiatrosteru, gdy sprawdzał
temperaturę, ciśnienie atmosferyczne oraz zastanawiał się nad właściwym
sformułowaniem zaklęcia, którym odgoni nadchodzący front chmur. Kiedy
zegar wybijał ostatnie "bom" godziny dziesiątej, rozbłysły w słońcu
liczne okna Invercombe.
5
5
Podczas przewożenia ich dobytku do Invercombe zaginęła część paczek,
zwłaszcza z książkami Ralpha. Chociaż wobec bogatej biblioteki
Invercombe nie powinno mu ich brakować, Alice powiedziała ochmistrzyni
Dunning, że skoro i tak jedzie dziś do Bristolu, poświęci parę minut na
zajęcie się tym problemem.
Ochmistrzyni rzuciła jej jedno ze swych spojrzeń.
- Te rzeczy, proszę pani, rządzą się własnym czasem.
Ach, doprawdy? - pomyślała Alice. A potem pociąg z Luttrell
niewiarygodnie się spóźnił. Właściwie ten, który w końcu przyjechał na
małą miejscową stacyjkę, ani wyglądem, ani trasą nie przypominał niczego
z rozkładu jazdy. Niemniej znaleziono dla niej elegancki wagon, a kawę
podano słodką, mocną i aromatyczną, tak że teraz Alice szła spacerkiem
przez to osobliwe miasto, czując się pełna życia, energii i zadowolona.
Jak łatwo się było domyślić, gałkowaty fallus wieży zegarowej
bristolskiej poczty głównej pokazywał całkiem inny czas na każdej z sześciu fasad.
W środku kolorowe kafle i olbrzymia poczekalnia. Długie ławki dla
oczekujących. Zapach gumek. Trzepot uwięzionych gołębi. Podeszła prosto
do pierwszego okienka i mocno walnęła w dzwonek, udając
zniecierpliwienie i bawiąc się inkrustowaną cechową broszą - nie
zapomniała przypiąć jej do klapy.
- Proszę pani, o pierwszej zamykamy.
- Nie ma problemu. - Zerknęła na kolejny olbrzymi zegar, który zwieszał
swe wskazówki w całkiem zrozumiałym geście klęski. - Nie zajmę dużo
czasu.
- Muszę znaleźć kogoś, żeby pani pomógł. To, niestety, nie mój
departament.
I tak dalej.
- Tak, pani arcycechmistrzyni. To wielka szkoda. Naprawdę panią
rozumiemy. Czy ma pani opis każdego zaginionego przedmiotu? A także
kopię formularza LIF dwieście siedemdziesiąt jeden łamane na A?
I tak dalej.
Cech Pocztowców był blisko spokrewniony z Telegrafistami. Choć na
traumatycznym przełomie wieków, po którym nastał obecny Wiek Światła,
drogi tych instytucji się rozeszły, Alice mogłaby wyrecytować z tuzin
nazwisk wysokich cechmistrzów nadal maczających palce w obu. Dawno
jednak stwierdziła, że bez sensu jest zwracanie się do tak ważnych osób
w sprawach dziejących się o wiele poniżej ich poziomu. O wiele lepiej
delikatnie używać swych potężnych wpływów, rozmawiając bezpośrednio z urzędnikiem, majstrem czy mechanikiem, który może osobiście zająć się
twoją sprawą. Bezpośrednie groźby zwolnienia z pracy czy obietnice
awansu tylko denerwowały te istoty, a Alice, choć uważała się za osobę
wolną od pospolitej próżności, i tak myślała, że właściwie wyświadcza im
przysługę, obdarzając uwagą przez parę minut.
- Jest już dobrze po pierwszej, pani arcycechmistrzyni, niezmiernie mi
przykro, ale obsłużenie pani według formularza wyszukania przedmiotu
będzie możliwe dopiero po otwarciu urzędu jutro rano...
Prawdę mówiąc, bristolskie kościoły i zegary wciąż zawzięcie wybijały
godzinę, ale ten starszy mistrz, podobno zajmujący się zagubionymi
przesyłkami w rejonie doręczeń Invercombe, był już na dobre zajęty
kanapkami, kiedy zaprowadzono ją do jego pokoju. Śmierdziało konserwowym
mięsem i najwyraźniej tutaj tak zwana służba publiczna, jak bez ironii o sobie mówili pocztowcy, standardowo kończyła w połowie dnia godziny
urzędowania. Rozkład tych godzin, jak podejrzewała Alice, celowo
zaprojektowano dla zmylenia przeciwnika. Starszy mistrz zakręcił
karuzelą pieczątek. Dotknął - choć wolałaby, żeby nie robił tego swoimi
tłustymi paluchami - żółtych formularzy w dwóch kopiach, które z takim
trudem wypisała. Po co jeszcze tu siedział, skoro urząd zamykano?
Rozumiała jednak: etykieta cechowa. Starszy mistrz nosił zarękawki, był
strażnikiem swej baterii pieczątek. Nie warto go prosić, by błądził po
katakumbach wypełnionych niedoręczonymi przesyłkami. I tak zdałby się na
nic. Wzdychając, choć wciąż prawie uśmiechnięta, zostawiła urzędnika z jego drugim śniadaniem, a puste sale urzędu pocztowego z ich gołębiami.
W zalanym słońcem mieście zapachy jedzenia mieszały się z woniami
starego kamienia, zatkanych rynsztoków, prostodusznym smrodem otwartych
publicznych pisuarów, których używanie sprawiało podejrzaną przyjemność
mężczyznom gapiącym się na ciebie ponad przepierzeniem. Niewiarygodne
budowle poszturchiwały się ramionami, gdzieś wysoko łoskotały tramwaje,
krzątali się ludzie, zamożne cechmistrzynie nosiły tak puchate i włochate futra, że Alice zaczęła się zastanawiać, czy w cieńszym okryciu
nie powinno być jej zimno. Jednakże to wszystko było na pokaz, tak jak
niesamowite balkony z koralowej piany, wystające z pierwszych pięter
domów, gdzie można było widzieć i być widzianym, nawet nie zdzierając
sobie zelówek. Londyn, ze swym zgiełkiem wydawał się przy tym
uporządkowany. Po Lichfield, po Dudley, po tych wszystkich korektach,
jakie była zmuszona w życiu poczynić, Alice uważała się za osobę
elastyczną, choć musiała przyznać, że Bristol i cały Zachód wciąż
potrafiły ją zaskoczyć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki