Uczta Babette - Karen Blixen

-
Proszę czekać

***

Mira Dżama opo­wia­dał tę histo­rię:

Żył w Szi­ra­zie młody stu­dent teo­lo­gii, nazwi­skiem Saufe, bar­dzo uzdol­niony i czy­stego serca. Kiedy wciąż czy­tał i czy­tał Koran, to tak go pochło­nęła myśl o anio­łach, że dusza jego bli­żej nich prze­by­wała niż przy wła­snej matce i bra­ciach, nauczy­cie­lach i kole­gach, i innych miesz­kań­cach Szi­razu.

Prze­po­wia­dał sobie słowa Świę­tej Księgi: "...przez anio­łów, tych, co gwał­tem ludz­kie dusze wydzie­rają, i przez tych, co z dru­gich je doby­wają łagod­nie, przez tych, co powie­trzem płyną, nio­sąc roz­kazy Boga, przez tych, co przed spra­wie­dli­wymi idą, do Raju ich wpro­wa­dza­jąc, i przez tych, co posłusz­nie rzą­dzą spra­wami tego świata...".

Tron Boga - myślał - na takich się wyży­nach nieba wzno­sić musi, że ludz­kie oko nie zdoła go dosię­gnąć, a umysł czło­wie­czy doznaje tam zawrotu. Lecz pro­mie­ni­ści anio­ło­wie krążą mię­dzy lazu­ro­wymi kom­na­tami Boga a naszymi ciem­nymi domami i izbami, w któ­rych pobie­ramy nauki. Można więc może ujrzeć ich i poro­zu­mieć się z nimi.

Ze wszyst­kich stwo­rzeń - zasta­na­wiał się - ptaki winny być naj­bar­dziej anio­łom podobne. Czyż nie powiada Pismo: "Cokol­wiek się tak po nie­bio­sach, jak i po ziemi poru­sza, cześć Bogu oddaje, a takoż i anioły" - z całą pew­no­ścią ptaki tak po nie­bie się poru­szają, jak po ziemi. Czyż Pismo nie mówi dalej o anio­łach: "Nie unosi ich pycha, iżby lekce sobie ważyli służbę swoją; śpie­wają, i czy­nią, co im naka­zane" - a z pew­no­ścią ptaki robią tak samo. Jeżeli we wszyst­kim tym spró­bu­jemy je naśla­do­wać, sta­niemy się podob­niejsi do anio­łów, niż teraz jeste­śmy.

Ale dodać trzeba, że ptaki mają skrzy­dła, tak jak je mają anio­ło­wie. Byłoby dobrze, gdyby i ludzie mogli spo­rzą­dzić sobie skrzy­dła, które by ich unio­sły do owych wyso­kich stref, gdzie panuje świa­tło nie­ska­lane i wieczne. Gdy ptak wytęży skrzy­dła do gra­nic, może spo­tkać lub minąć anioła na jed­nym z pustyn­nych szla­ków eteru. Nie da się wyklu­czyć, że skrzy­dło jaskółki musnęło stopę jakie­goś anioła albo że oko orła, kiedy ten już nie­mal z sił opada, napo­tkało spo­kojny wzrok jed­nego z posłań­ców Boga.

Wyko­rzy­stam swój czas i umie­jęt­no­ści - zde­cy­do­wał - by zro­bić bliź­nim takie skrzy­dła.

Posta­no­wił przeto opu­ścić Szi­raz dla bada­nia dróg uskrzy­dlo­nych stwo­rzeń.

Ponie­waż do tej pory, ucząc synów boga­czy oraz kopiu­jąc stare ręko­pisy, utrzy­my­wał matkę i młod­szych braci, ci zlę­kli się, że bez niego popadną w biedę. Prze­ko­ny­wał ich jed­nak, że za pewien czas jego doko­na­nia po wie­le­kroć wyna­gro­dzą im obecny nie­do­sta­tek. Nauczy­ciele, któ­rzy mu roko­wali świetną karierę, kar­cili go także, że skoro świat tak długo się oby­wał bez stycz­no­ści ludzi z anio­łami, to widocz­nie tak ma być i tak być może rów­nie dobrze w przy­szło­ści.

Z peł­nym sza­cun­kiem młody softa opie­rał się im.

- Nikt - rzekł - po dziś dzień nie widział, żeby wędrowne ptaki leciały ku cie­plej­szym stro­nom, które nie ist­nieją, ani żeby rzeki toro­wały sobie drogę przez skały i rów­niny, zmie­rza­jąc do oce­anu, któ­rego nie spo­sób zna­leźć. Bóg bowiem nie stwa­rza tęsk­noty ni nadziei bez rze­czy­wi­sto­ści goto­wej je zaspo­koić. Tylko tęsk­nota nasza jest naszą poręką, i bło­go­sła­wieni za domem tęsk­niący, albo­wiem oni do domu przyjdą. A poza tym - wołał, porwany bie­giem wła­snych myśli - o ileż lepiej by się toczył ludzki świat, gdyby czło­wiek mógł szu­kać rady u anio­łów i od nich się uczył poj­mo­wa­nia wzoru wszech­świata, który to wzór oni czy­tają z łatwo­ścią, bo oglą­dają go z góry!

Tak mocna była jego wiara w to przed­się­wzię­cie, że w końcu nauczy­ciele prze­stali mu się sprze­ci­wiać i pomy­śleli, że w przy­szło­ści sława ucznia także ich może uczy­nić sław­nymi.

Więc młody softa przez cały rok prze­sta­wał z pta­kami. Sypiał w wyso­kich tra­wach stepu, gdzie ćwier­kają prze­piórki; wspi­nał się na stare drzewa, wśród któ­rych buduje gniazdo grzy­wacz i drozd; znaj­do­wał kry­jówki pod osłoną listo­wia i trwał tam nie­po­ru­szony, by ich nie pło­szyć. Wędro­wał po wyso­kich górach i na samej gra­nicy śniegu zna­lazł się w pobliżu pary orłów, obser­wu­jąc, jak przy­la­tują i odla­tują.

Kiedy wró­cił do Szi­razu, bogaty w wiel­kie doświad­cze­nie i wie­dzę, zabrał się do robie­nia skrzy­deł.

W Kora­nie czy­tał: "Chwała niech będzie Bogu, który uczy­nił anioły, a tym są dane pary skrzy­deł albo dwie, albo trzy, albo cztery", i posta­no­wił, że wykona sobie trzy. Jedną na ramiona, jedną umo­co­waną w pasie i jedną u stóp. Pod­czas swo­ich podróży nazbie­rał setki lotek orłów, łabę­dzi i myszo­ło­wów i z tym wszyst­kim zamknął się i pra­co­wał tak gor­li­wie, że przez czas długi nie widział nikogo ani nie roz­ma­wiał z nikim. Ale pra­cu­jąc, śpie­wał, a prze­chod­nie zatrzy­my­wali się, słu­chali i mówili:

- Ten młody softa chwali Boga i czyni, co naka­zane.

Jed­nak gdy pierw­szą parę skrzy­deł ukoń­czył, wypró­bo­wał i poczuł ich uno­szącą siłę, nie potra­fił już taić swego suk­cesu i powie­dział o tym przy­ja­cio­łom.

Z początku możni Szi­razu, duchowni i wysocy urzęd­nicy naśmie­wali się z pogło­sek o jego wyczy­nie. Lecz kiedy wie­ści zata­czały kręgi coraz szer­sze i wielu mło­dych je potwier­dzało, poczuli się zagro­żeni.

- Jeśli naprawdę - mówili mię­dzy sobą - ten lata­jący chło­piec spo­tka anio­łów i nawiąże kon­takt z nimi, ludzie z Szi­razu, jak to zwy­kle bywa, kiedy dzieje się coś nie­zwy­kłego, osza­leją z podziwu i rado­ści. A kto wie, o jakich to nowych i wywro­to­wych rze­czach anio­ło­wie mogą mu naopo­wia­dać? Bo prze­cież mimo wszystko - doda­wali - w nie­bie mogą być anio­ło­wie.

Roz­wa­żali tę sprawę i naj­star­szy z nich, kró­lew­ski mini­ster, który nazy­wał się Mirza Aghai, rzekł:

- Ten mło­dzie­niec jest nie­bez­pieczny, bo wiel­kie są jego marze­nia. Ale jest nie­szko­dliwy i łatwo będzie się z nim upo­rać, bo zanie­dbał stu­diów nad rze­czy­wi­stym naszym świa­tem, w któ­rym marze­nia pod­daje się pró­bom. Wystar­czy jed­nej lek­cji, a zara­zem potwier­dzimy i oba­limy jego wiarę w anioły. Czyżby nie było mło­dych kobiet w Szi­ra­zie?

Następ­nego dnia posłał po jedną z kró­lew­skich tan­ce­rek, imie­niem Thu­smu. Wyja­śnił jej sprawę na tyle, na ile według jego mnie­ma­nia znać ją powinna, i obie­cał nagrodę, jeśli będzie posłuszna. Lecz jeśli sprawi mu zawód, inna młoda tan­cerka, jej przy­ja­ciółka, zaj­mie jej miej­sce w kró­lew­skim zespole pod­czas uro­czy­sto­ści zbie­ra­nia róż na ole­jek różany.

Tym spo­so­bem zda­rzyło się, że pew­nej nocy, gdy softa wyszedł na dach swego domu, aby patrzeć na gwiazdy i obli­czać, jak szybko mógłby się prze­no­sić z jed­nej na drugą, usły­szał za sobą wypo­wie­dziane cicho swoje imię, a kiedy się odwró­cił, pochwy­cił wzro­kiem smu­kły pro­mienny kształt w sza­cie ze złota i sre­bra: postać sto­jącą pro­sto, ze złą­czo­nymi sto­pami, na kra­wę­dzi dachu.

Mło­dzie­niec, któ­rego umysł tak bar­dzo zaprzą­tała idea anio­łów, nie miał wąt­pli­wo­ści co do tego, kim jego gość być może, i nawet nie był szcze­gól­nie zasko­czony, a tylko prze­peł­niony rado­ścią. Posłał spoj­rze­nie ku niebu, by spraw­dzić, czy lot anioła nie pozo­sta­wił tam świe­tli­stego śladu. W tym momen­cie ludzie na dole ścią­gnęli dra­binę, po któ­rej tan­cerka weszła na dach. Potem upadł przed nią na kolana.

Łaska­wie skło­niła głowę ku niemu i patrzyła nań ciem­nymi oczyma w moc­nej opra­wie czar­nych rzęs.

- Długo nosi­łeś mnie w swym sercu, sługo mój, Saufe - wyszep­tała. - Przy­cho­dzę więc, by zba­dać ten mój mały przy­by­tek. Od pokory twej i od goto­wo­ści, z jaką zechcesz wypeł­niać mą wolę, zale­żeć będzie, jak długo pozo­stanę w twym domu.

Następ­nie usia­dła na dachu ze skrzy­żo­wa­nymi nogami, on zaś wciąż klę­czał, i tak roz­ma­wiali.

- My, anio­ło­wie - mówiła - praw­dzi­wie nie potrze­bu­jemy żad­nych skrzy­deł, by się mię­dzy nie­bem a zie­mią poru­szać, bo nam wła­sne nasze członki po temu wystar­czą. Jeśli rze­czy­wi­ście sta­niemy się przy­ja­ciółmi, tak samo będzie i z tobą, i będziesz mógł znisz­czyć skrzy­dła, nad któ­rymi pra­cu­jesz.

Cały drżący z unie­sie­nia, pytał ją, jak jest moż­liwy taki lot prze­czący pra­wom nauki. Śmiała się z niego, a śmiech dźwię­czał czy­sto jak dzwo­ne­czek.

- Wy, ludzie - rze­kła - kocha­cie prawa i dowody i pokła­da­cie wielką wiarę w sło­wach, które się wydo­stają z waszych ust oko­lo­nych bro­dami. Ja jed­nak mam zamiar prze­ko­nać cię, że my mamy usta do dys­put słod­szych i usta słod­sze do pro­wa­dze­nia dys­puty. Mam zamiar nauczyć cię, w jaki spo­sób anio­ło­wie i męż­czyźni osią­gają poro­zu­mie­nie dosko­nałe, pozba­wione dowo­dów, na nie­biań­ski spo­sób.

I uczy­niła to.

Przez mie­siąc szczę­ście softy było tak wiel­kie, że serce o mało nie wysko­czyło mu z piersi. Cał­kiem zapo­mniał o swej pracy i raz za razem odda­wał się nie­biań­skim poro­zu­mie­niom. Mówił do Thu­smu:

- Teraz widzę, do jakiego stop­nia miał rację anioł Iblis, gdy mówił do Boga: "Jestem dosko­nal­szy niż Adam. Tyś go stwo­rzył tylko z gliny, mnie zaś stwo­rzyłeś z ognia".

I dalej cyto­wał jej Pismo, wzdy­cha­jąc: "Kto­kol­wiek wro­giem anio­łów jest, jest wro­giem Boga".

Trzy­mał anioła w domu, powie­działa mu bowiem, że widok jej powa­bów mógłby ośle­pić nie­wta­jem­ni­czo­nych miesz­kań­ców Szi­razu. Tylko nocą wycho­dziła z nim na dach domu i razem oglą­dali młody księ­życ.

Tak się jed­nak sprawy poto­czyły, że tan­cerka bar­dzo się zako­chała w teo­logu, bo miał uro­dziwą twarz, a jego nie­wy­czer­pany wigor czy­nił zeń wspa­nia­łego kochanka. Zaczęła wie­rzyć, że jest zdolny do wszyst­kiego. Poza tym roz­mowa z mini­strem przy­wio­dła ją do wnio­sku, że oba­wiał się chłopca i jego skrzy­deł, które zagra­żały jemu samemu, jego kole­gom i pań­stwu, i pomy­ślała sobie, że spra­wi­łoby jej przy­jem­ność zoba­czyć koniec sta­rego mini­stra i jego kole­gów i zagładę pań­stwa. Czu­łość dla mło­dego przy­ja­ciela spra­wiła, że serce jej stało się rów­nie tkliwe jak jego.

Gdy księ­życ docho­dził do pełni i mia­sto leżało ską­pane w jego świe­tle, oni sie­dzieli bli­sko sie­bie na dachu. Jego ręce prze­bie­gły po jej ciele i powie­dział:

- Odkąd cię spo­tka­łem, moje ręce, żyją wła­snym życiem. Poją­łem, że Bóg, dając ludziom ręce, oka­zał im miłość i łaska­wość tak wielką, jakby dał im skrzy­dła.

I pod­niósł ręce, i przy­glą­dał się im.

- Nie bluź­nij - powie­działa i wes­tchnęła lekko. - To nie ja, to ty jesteś anio­łem i zaprawdę twoje ręce mają w sobie cudowną siłę i życie. Spraw, abym to poczuła raz jesz­cze, a potem, jutro, poka­żesz mi te wspa­niałe rze­czy, które uczy­ni­łeś nimi.

Następ­nego dnia, żeby jej spra­wić przy­jem­ność, zapro­wa­dził ją, całą osło­niętą, do swego warsz­tatu. Zoba­czył wów­czas, że szczury zja­dły orle lotki i że rama skrzy­deł została strza­skana, a jej kawałki walają się dokoła. Spoj­rzał na to i przy­po­mniał sobie czas, kiedy tu pra­co­wał. Tan­cerka pła­kała.

- Nie wie­dzia­łam, że to wła­śnie zamie­rzał zro­bić! - krzyk­nęła. - Nie wie­dzia­łam, że Mirza Aghai jest złym czło­wie­kiem!

Zdu­miony softa spy­tał ją, o czym mówi, a ona, z żalem i w obu­rze­niu, wyznała mu wszystko.

- Ach, kochany mój - rze­kła - ja nie umiem fru­wać, choć mówią, że tań­czę z nad­zwy­czajną lek­ko­ścią. Nie gnie­waj się na mnie, tylko zważ na to, że Mirza Aghai i jego przy­ja­ciele to możni ludzie, prze­ciw któ­rym biedna dziew­czyna nie może nic. Mają pie­nią­dze i piękne rze­czy. I nie powi­nie­neś się spo­dzie­wać po tan­cerce, że będzie anio­łem.

Na to on upadł na twarz i nie wyrzekł słowa. Thu­smu sie­działa przy nim, a łzy jej skra­piały jego włosy, które owi­jała sobie wokół pal­ców.

- Jesteś takim cudow­nym chłop­cem - rze­kła. - Przy tobie wszystko jest wspa­niałe i roz­koszne, i praw­dzi­wie nie­biań­skie, a ja cię kocham. Nie martw się, mój drogi.

Uniósł głowę, spoj­rzał na nią i rzekł:

- "Nikogo, jeno anio­łów wyzna­czył Bóg, aby strze­gli ognia pie­kiel­nego".

- Nikt - powie­działa - nie recy­tuje Świę­tej Księgi tak pięk­nie jak ty.

Znów spoj­rzał na nią.

- I jeżeli - rzekł - ujrzysz, jako to jest, kiedy anioły o śmierć nie­wier­nych przy­pra­wiają. Po twa­rzach ich bijąc, powia­dają im: "Pokosz­tuj­cie bólu pie­ką­cego, ten cier­pieć będzie­cie za uczynki rąk waszych".

Rze­kła po chwili:

- Może jesz­cze zdo­łasz napra­wić skrzy­dła i będą tak dobre jak nowe.

- Nie mogę ich napra­wić - powie­dział. - Teraz zaś, gdy zada­nie twoje zostało wypeł­nione, musisz odejść. Nie będzie dla cie­bie bez­pieczne prze­sta­wa­nie ze mną. Mirza Aghai bowiem i jego przy­ja­ciele to ludzie możni. A ty masz tań­czyć pod­czas uro­czy­sto­ści zbie­ra­nia róż na ole­jek różany.

- Czy zapo­mnisz Thu­smu? - spy­tała.

- Nie - odparł.

- Czy przyj­dziesz popa­trzeć, jak tań­czę? - spy­tała znowu.

- Tak, jeśli zdo­łam - odpo­wie­dział.

- Zawsze - powie­działa poważ­nie, wsta­jąc - zawsze będę miała nadzieję, że przyj­dziesz. Nie można tań­czyć bez nadziei.

I zasmu­cona ode­szła.

Saufe nie był w sta­nie prze­by­wać teraz w domu. Drzwi jego warsz­tatu stały otwo­rem, a on włó­czył się po mie­ście. Lecz i w mie­ście nie mógł wytrzy­mać i cho­dził po lasach i rów­ni­nach. Ale tam nie mógł znieść widoku pta­ków i wkrótce znowu wró­cił na ulice. W swo­ich wędrów­kach zatrzy­my­wał się nie­kiedy przed skle­pami ptasz­ni­ków i przez dłuż­sze chwile obser­wo­wał ptaki w klat­kach.

Kiedy przy­ja­ciele zwra­cali się doń, nie pozna­wał ich. Lecz gdy chłopcy uliczni wyśmie­wali się z niego i wołali:

- Patrz­cie, to ten softa, który uwie­rzył, że Thu­smu jest anio­łem - zatrzy­my­wał się, patrzył na nich i mówił:

- Wciąż w to wie­rzę. Nie stra­ci­łem wiary w tan­cerkę, ale w anio­łów. Dziś nie mogę sobie przy­po­mnieć, jak w mło­do­ści wyobra­ża­łem sobie anio­łów. Czuję, że są strasz­liwe z wyglądu. Kto­kol­wiek wro­giem anio­łów jest, jest wro­giem Boga. A który wro­giem jest Boga, temu nie zostaje nadzieja. Nie mam nadziei. A bez nadziei nie można fru­wać. To mnie przy­pra­wia o nie­po­kój.

Tak to nie­szczę­sny softa wałę­sał się przez cały rok. Ja sam, kiedy byłem mały, spo­ty­ka­łem go na uli­cach spo­wi­tego w wytarty czarny płaszcz i jesz­cze ciem­niej­szy płaszcz wiecz­nej samot­no­ści.

Pod koniec roku znik­nął i nie widziano go już wię­cej w Szi­ra­zie.

- Taka - powie­dział Mira Dżama - jest pierw­sza część mojej histo­rii.

Bo przy­tra­fiło się wiele lat póź­niej, gdy jako mło­dzie­niec roz­po­czą­łem opo­wia­da­nie opo­wie­ści, które miały rado­wać świat i czy­nić go mądrzej­szym, że moje podróże zawio­dły mnie na piasz­czy­ste mor­skie wybrzeże, do wio­sek poła­wia­czy pereł, gdzie zamie­rza­łem słu­chać o przy­go­dach owych ludzi i gro­ma­dzić je sobie.

Wiele rze­czy bowiem przy­tra­fia się tym, co nur­kują na dno morza. W per­łach samych tkwi tajem­nica i przy­goda. Jeśli się śle­dzi dzieje jed­nej perły, dostar­cza ci ona two­rzywa do stu opo­wie­ści. I są perły jak opo­wie­ści poetów: dole­gli­wość zamie­niona w powab, coś przej­rzy­stego i nieprzej­rzy­stego zara­zem. Sekret głę­biny wydo­byty na świa­tło, by cie­szyć młode kobiety, które w nim roz­po­znają głęb­sze jesz­cze sekrety wła­snego łona.

Wiele razy w życiu, i z wiel­kim powo­dze­niem, opo­wia­da­łem kró­lom histo­rie zasły­szane u tych łagod­nych i pro­stych ryba­ków.

Wśród gawęd, jakie snuli, powra­cało czę­sto pewne imię, tak że moja cie­ka­wość rosła i pro­si­łem, żeby mi powie­dzieli coś wię­cej o oso­bie to imię noszą­cej. Wów­czas oznaj­mili mi, że ów czło­wiek zyskał wśród nich sławę przez swą śmia­łość oraz z powodu wyjąt­ko­wej i nie­wy­tłu­ma­czal­nej przy­chyl­no­ści losu. I samo imię, Elna­zred, jakie mu nadali, zna­czyło w ich narze­czu "taki, któ­remu się wie­dzie" albo kogoś, kto jest "rad i szczę­śliwy". Potra­fił on nur­ko­wać na więk­sze niż inni głę­bo­ko­ści i pozo­sta­wać tam dłu­żej i zawsze wydo­by­wał ostrygi zawie­ra­jące naj­oka­zal­sze perły. W wio­skach poła­wia­czy wie­rzono, że zyskał sobie w głę­bi­nach jakie­goś sprzy­mie­rzeńca - może młodą i piękną rusałkę lub jakie­goś mor­skiego demona, który udzie­lał mu rad. Kiedy inni rybacy byli wyko­rzy­sty­wani przez kupiec­kie kom­pa­nie i wciąż żyli w bie­dzie, ten szczę­ściarz doro­bił się nie­złego majątku, nabył w głębi lądu dom z ogro­dem, do któ­rego spro­wa­dził swą matkę, i poże­nił braci. Lecz sam miesz­kał w małej cha­cie na brzegu. Mimo demo­nicz­nej repu­ta­cji był w codzien­nym życiu na lądzie, jak się zda­wało, czło­wiekiem spo­koj­nym.

Jestem poetą, a było w tych wie­ściach coś, co mi przy­wo­dziło na pamięć jakieś histo­rie z odle­głych cza­sów. Posta­no­wi­łem ujrzeć tego czło­wieka, któ­rego ota­czała taka pomyśl­ność, i usły­szeć coś wprost od niego. Zrazu, i na próżno, szu­ka­łem go w owym ład­nym domu i ogro­dzie. Potem, pew­nej nocy, posze­dłem wybrze­żem do jego chatki.

Księ­życ był w pełni, dłu­gie szare fale szły jedna za drugą i wszystko dokoła przy­zwa­lało jakby na zacho­wa­nie tajem­nicy. Patrzy­łem na to i czu­łem, że zbliża się chwila, w któ­rej usły­szę i ułożę opo­wieść piękną.

W cha­cie nie było czło­wieka, któ­rego szu­ka­łem. Sie­dział na pia­sku wpa­trzony w morze i od czasu do czasu rzu­cał weń kamyk. Oświe­tlał go księ­życ i spo­strze­głem, że jest ład­nym, oty­łym nieco męż­czy­zną i że jego spo­kojna twarz rze­czy­wi­ście wyraża rów­no­wagę ducha i szczę­ście.

Pozdro­wi­łem go z sza­cun­kiem, poda­łem mu swe imię i wyja­śni­łem, że wła­śnie wybra­łem się na prze­chadzkę w tę jasną, cie­płą noc. Grzecz­nie i życz­li­wie odpo­wie­dział na moje powi­ta­nie i rzekł, że już sły­szał o mnie jako o mło­dzieńcu pra­gną­cym się dosko­na­lić w sztuce opo­wia­da­nia. Popro­sił, bym spo­czął koło niego na pia­sku. Po chwili mil­cze­nia stwier­dził, że już bar­dzo dawno nie sły­szał żad­nej opo­wie­ści. Czy nie zechciał­bym, kiedy tak miło sie­dzimy razem w tę jasną, cie­płą noc, opo­wie­dzieć mu jakiejś histo­rii?

Pali­łem się, by dowieść swej umie­jęt­no­ści, a zara­zem ufa­łem, że może mi to pomóc w speł­nie­niu zamy­słów, jakie do niego mnie przy­wio­dły. Nie wiem dla­czego, ale myśl moją prze­śla­do­wać zaczęła histo­ria softy Saufe. Niskim i mięk­kim gło­sem, dostro­jo­nym do księ­życa i fal, zaczą­łem:

- Żył w Szi­ra­zie młody stu­dent teo­lo­gii...

Szczę­śliwy czło­wiek słu­chał spo­koj­nie i z uwagą. Lecz gdy dosze­dłem do tego ustępu, który mówi o kochan­kach na dachu, i wymie­ni­łem imię tan­cerki Thu­smu, pod­niósł do góry rękę i przy­glą­dał się jej. Dokła­da­łem sta­rań, by jak naj­pięk­niej przed­sta­wić tę śliczną scenę w księ­ży­co­wej poświa­cie, bo była ona droga memu poetyc­kiemu sercu. Roz­po­zna­łem ten gest i w ogrom­nym zdu­mie­niu i popło­chu krzyk­ną­łem:

- Ty jesteś softa z Szi­razu!

- Tak - odparł szczę­śliwy czło­wiek.

Grozą przej­muje poetę odkry­cie, że jego opo­wieść jest praw­dziwa. Byłem chłop­cem jesz­cze i nowi­cju­szem w mej sztuce. Włosy zje­żyły mi się na gło­wie i nie­mal zerwa­łem się i ucie­kłem. Lecz zatrzy­mało mnie coś, co było w gło­sie szczę­śli­wego czło­wieka.

- Kie­dyś - powie­dział - powo­dze­nie softy Saufe, o któ­rym mi wła­śnie opo­wia­da­łeś, bar­dzo mi leżało na sercu. Lecz teraz już pra­wie zapo­mnia­łem o nim. Cie­szy mnie jed­nak to, że tra­fił do opo­wie­ści, bo być może po to został stwo­rzony i na przy­szłość mogę go tam zosta­wić w spo­koju. Snuj dalej swoją opo­wieść, Mira Dżamo, baja­rzu, i niech usły­szę jej zakoń­cze­nie.

Zadrża­łem na tę prośbę, ale raz jesz­cze jego zacho­wa­nie urze­kło mnie i pozwo­liło pod­jąć wątek mojej opo­wie­ści. Z początku mia­łem uczu­cie, że to on czyni mi zaszczyt, lecz w miarę jak mówi­łem, poczu­łem, że i ja mu zaszczyt wyświad­czam. Try­umf opo­wia­da­cza prze­peł­nił mi serce. Przed­sta­wi­łem tę histo­rię bar­dzo przej­mu­jąco, a kiedy skoń­czy­łem ją tam, na suchej piasz­czy­stej plaży, gdzie tylko on i ja sie­dzie­li­śmy pod peł­nym księ­ży­cem, twarz mia­łem zalaną łzami.

Szczę­śliwy czło­wiek pocie­szał mnie i usil­nie pro­sił, bym nie brał tej histo­rii zbyt­nio do serca. Gdy więc odzy­ska­łem głos, zaczą­łem go zakli­nać, aby mi opo­wie­dział wszystko, co z nim się działo po opusz­cze­niu Szi­razu. Bo jego doświad­cze­nia w głę­bi­nach mor­skich oraz powo­dze­nie, które mu przy­spo­rzyło bogac­twa i sławy wśród ludzi, z pew­no­ścią skła­dały się na histo­rię tak wdzięczną jak ta, którą mu opo­wie­działem, a przy tym pogod­niej­szą. Ksią­żęta, wiel­kie damy, tan­cerki, wyja­śnia­łem mu, lubią opo­wie­ści smutne, podob­nie jak żebracy u miej­skich murów. Lecz ja chcę, by mnie słu­chał cały świat, a ludzie inte­resu oraz ich żony doma­gać się będą histo­rii, które się koń­czą dobrze.

Szczę­śliwy czło­wiek mil­czał przez chwilę.

- To, co przy­da­rzyło mi się po opusz­cze­niu Szi­razu - odrzekł - żad­nej histo­rii nie czyni. Jestem sławny wśród ludzi - powie­dział - ponie­waż potra­fię pozo­sta­wać na dnie morza dłu­żej niż oni. Umie­jęt­ność ta, jeśli chcesz, jest drob­nym spad­kiem po sof­cie, o któ­rym mi opowie­działeś. Lecz w tym nie ma niczego, co by się na opo­wia­da­nie nadało. Ryby są dla mnie zawsze dobre i ni­gdy nie zwo­dzą nikogo. To zatem też się nie nadaje na opo­wieść.

A jed­nak - cią­gnął po dłuż­szym mil­cze­niu - w zamian za twoje opo­wia­da­nie, a także by nie znie­chę­cać mło­dego poety, opo­wiem ci, choć to żad­nej histo­rii nie czyni, co mi się przy­tra­fiło po opusz­cze­niu Szi­razu.

Zaczął więc swą opo­wieść, a ja go słu­cha­łem.

- Ponie­cham wyja­śnia­nia, jak się wydo­sta­łem z Szi­razu i jak tra­fi­łem tutaj, a zajmę się tym tylko, co zado­woli ludzi inte­resu oraz ich mał­żonki.

Bo kiedy po raz pierw­szy zsze­dłem na dno morza, w poszu­ki­wa­niu rzad­kiej perły, o któ­rej wów­czas wiele myśla­łem, zajęła się mną pewna ryba, wie­kowa kostera nosząca oku­lary w rogo­wej opra­wie. Jako bar­dzo mała rybka została zła­pana w sieć przez dwóch sta­rych ryba­ków i całą noc spę­dziła na dnie łodzi, gdzie była woda, bo dno prze­cie­kało, i słu­chała roz­mowy tych ludzi, któ­rzy musieli być nabożni i głę­bo­kich myśli. Lecz rano, gdy wyno­szono sieć na brzeg, wyśli­znęła się przez oko i odpły­nęła. Od tej pory kpi sobie z nie­uf­no­ści oka­zy­wa­nej ludziom przez inne ryby. Bo naprawdę, wyja­śnia mi ona, jeśli ryba wie, jak się trzeba zacho­wać, łatwo może sobie pora­dzić z ludźmi. Nabrała nawet nie­ja­kiego zain­te­re­so­wa­nia dla natury i oby­cza­jów czło­wie­czych i czę­sto wygła­sza o tym wykłady wobec rybiej publicz­no­ści. Lubi też i ze mną dys­ku­to­wać na ten temat.

Wiele jej zawdzię­czam, gdyż zaj­muje ona w morzu wyso­kie sta­no­wi­sko, a mnie, jako jej pro­te­go­wa­nego, dopusz­czają wszę­dzie. Zawdzię­czam jej także wiele z bogac­twa i sławy, które uczy­niły mnie, jak ci powie­dziano, czło­wie­kiem szczę­śli­wym. Zawdzię­czam jej wię­cej jesz­cze, ponie­waż w naszych dłu­gich roz­mo­wach dzieli się ze mną swymi poglą­dami filo­zo­ficz­nymi, które przy­nio­sły mi uko­je­nie.

Jest ona rzecz­niczką nastę­pu­ją­cego mnie­ma­nia:

- Ryba - oświad­cza - jest spo­śród wszyst­kich stwo­rzeń uczy­niona dokład­nie i naj­sta­ran­niej na podo­bień­stwo Pana. Wszystko działa dla jej dobra, z czego można wnio­sko­wać, że wciela Jego zamysł.

Czło­wiek poru­szać się może w jed­nej tylko płasz­czyź­nie i jest przy­wią­zany do ziemi. Ale nawet zie­mia trzyma go tylko na małej powierzchni, jaką wyzna­czają jego stopy. Musi ponad nią dźwi­gać swój cię­żar i ponad nią oddy­chać. Musi, jak to zro­zu­mia­łam z roz­mowy moich sta­rych ryba­ków, żmud­nie wspi­nać się na wznie­sie­nia ziemi. Gdy zda­rza mu się padać, wów­czas zie­mia przyj­muje go surowo. Nawet ptaki, mające skrzy­dła, jeśli skrzy­deł owych nie wytężą, doznają zawodu od powie­trza, w któ­rym je umiesz­czono, i spa­dają.

My, ryby, poru­szamy się w żywiole, który nas pod­trzy­muje i pod­piera ze wszech stron. Pole­gamy na nim ufnie i żyjemy w har­mo­nii z nim. Poru­szamy się we wszyst­kie strony i jaki­kol­wiek obie­rzemy kurs, potężne wody zgod­nie z tym dosto­so­wują swą formę z sza­cunku dla naszych cnót.

Nie mamy rąk, więc nie możemy budo­wać, i ni­gdy nie zwo­dzi nas próżna ambi­cja, by cokol­wiek zmie­niać we wszech­świe­cie Pana. Nie sie­jemy ani nie pra­cu­jemy w mozole, a przeto nic z naszych zamie­rzeń nie oka­zuje się złe ani żadne z naszych ocze­ki­wań nie przy­nosi nam zawodu. Naj­więk­sze spo­śród nas osią­gnęły w swo­ich sfe­rach dosko­nałą ciem­ność. Z łatwo­ścią też odczy­tu­jemy wzór wszech­świata, bo go oglą­damy od spodu.

Naszej płyn­no­ści towa­rzy­szy ogląd zda­rzeń dosko­nale dowo­dzący naszej uprzy­wi­le­jo­wa­nej pozy­cji, pozwa­la­jący nam zacho­wy­wać bra­ter­skie uczu­cia. To znane jest także ludziom i nawet zaj­muje ważne miej­sce w histo­rii czło­wieka, jed­nak na sku­tek jego infan­tyl­nej kon­cep­cji rze­czy ma on o tym mętne jedy­nie poję­cie. Obja­śnię ci to.

Kiedy Bóg stwo­rzył niebo i zie­mię, zie­mia spra­wiła Mu sro­gie roz­cza­ro­wa­nie. Czło­wiek, skłonny do upadku, upadł nie­mal od razu, a z nim wszystko, co było na suchym lądzie. I żało­wał Pan, że uczy­nił czło­wieka i zwie­rzęta ziemi, i ptac­two powie­trza.

Ale ryba nie upa­dła, i nie upad­nie ni­gdy, bo jak i w jaki spo­sób byśmy upaść miały? Przeto łaska­wie wej­rzał Pan na swą rybę, a pocie­szył Go widok tych stwo­rzeń, albo­wiem ze wszyst­kich tylko one Go nie zawio­dły.

I posta­no­wił nagro­dzić je Pan sto­sow­nie do ich zasług. Roz­warły się przeto wszyst­kie źró­dła wiel­kich głębi i otwo­rzyły się okna nie­bios, i wody potopu zalały zie­mię. I try­um­fo­wały wody i rosły, i wszyst­kie wyso­kie góry, jakie były pod nie­bem, zostały nakryte. I roz­prze­strze­niały się wody nie­zmier­nie, a wszyst­kie ciało po ziemi się poru­sza­jące umarło, zarówno z ptac­twa, jak z trzody, dzi­kich zwie­rząt i wszel­kiego czło­wieka. Wszystko, co było na lądzie suchym, umarło.

Nie będę się w tym spra­woz­da­niu moim roz­wo­dzić dłu­żej nad roz­ko­szami owego okresu i stanu. Żywię bowiem dla ludzi współ­czu­cie, a poza tym jestem tak­towna. Ty sam, zanim odna­la­złeś drogę do nas, mogłeś lgnąć do trzody, wiel­błą­dów i koni lub mogłeś trzy­mać gołę­bie albo pawie. Jesteś młody i ostat­nio mogłeś być przy­wią­zany do jed­nego z tych stwo­rzeń twego gatunku, choć ma ono raczej coś z ptaka, które nazy­wa­cie młodą kobietą. (Choć, nawia­sem mówiąc, lepiej by było dla cie­bie, gdyby ci się to nie zda­rzyło, bo przy­po­mi­nają mi się słowa moich ryba­ków: że młoda nie­wia­sta daje swemu kochan­kowi zaznać palą­cego bólu. Zamiast tego mógł­byś się zain­te­re­so­wać jedną z moich sio­strze­nic, wprost nie­zwy­kle sło­nym mło­dym stwo­rze­niem, która ni­gdy żadną miarą nie przy­spo­rzy kochan­kowi palą­cego bólu). Wspo­mnę tylko pokrótce, że mia­ły­śmy sto i pięć­dzie­siąt dni dostatku i że uka­zany nam został w pełni bło­go­sła­wiony róg obfi­to­ści.

Przejdę dalej - tym razem ze względu na mnie samą - przejdę lekko, w mądry i wypró­bo­wany rybi spo­sób nad tym fak­tem, że czło­wiek, cho­ciaż upa­dły i zepsuty, ponow­nie odniósł suk­ces dzięki prze­bie­gło­ści i wydo­stał się na szczyt.

Jed­nakże wciąż budzi wąt­pli­wo­ści to, czy przez jawny swój try­umf zyskał czło­wiek pomyśl­ność praw­dziwą. Jak bez­pie­czeń­stwo rze­czy­wi­ste zyska stwo­rze­nie stale drę­czone wybo­rem kie­runku, w jakim ma się poru­szać, i które tak żywotne zna­cze­nie przy­wią­zuje do swych powstań i upad­ków? Jak ma osią­gnąć rów­no­wagę stwo­rze­nie, które nie chce zre­zy­gno­wać z kon­cep­cji nadziei i ryzyka?

My, ryby, spo­czy­wamy spo­koj­nie, pod­trzy­my­wane ze wszech stron, pośród żywiołu, który wciąż, dokład­nie i nie­za­wod­nie się rów­no­waży. Żywiołu, o któ­rym powie­dzieć można, że bie­rze na sie­bie cię­żar naszego ist­nie­nia, ponie­waż, bez względu na indy­wi­du­alny kształt, na to, czy będzie to ryba okrą­gła czy pła­ska, nasza waga i ciało są skal­ku­lo­wane odpo­wied­nio do masy oto­cze­nia, jakie sobą wypie­ramy.

Doświad­cze­nie prze­ko­nało nas, tak jak i twoje wła­sne kie­dyś cię prze­kona, że można dosko­nale pły­wać bez nadziei, a nawet że bez nadziei pływa się lepiej. Toteż nasze wyzna­nie wiary stwier­dza, że u nas nadzieję się porzuca.

Niczego nie ryzy­ku­jemy. Bo nasza zmiana miej­sca w egzy­sten­cji ni­gdy ani nie stwa­rza, ani nie zosta­wia za sobą tego, co czło­wiek nazywa drogą. Nad któ­rym to feno­me­nem - a fak­tycz­nie nie feno­me­nem, lecz złu­dze­niem - traci on czas w namięt­nych, a do żad­nych kon­klu­zji nie­pro­wa­dzą­cych roz­trzą­sa­niach.

Czło­wieka, na koniec, zatrważa idea czasu. Jest wytrą­cony z rów­no­wagi przez usta­wiczne błą­ka­nie się mię­dzy prze­szło­ścią a przy­szło­ścią. Miesz­kańcy płyn­nego świata łączą prze­szłość i przy­szłość w mak­sy­mie: Apr?s nous le déluge.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki