Uczta Babette - Karen Blixen

Reflow text when sidebars are open.
Mira Dżama opowiadał tę historię:
Żył w Szirazie młody student teologii, nazwiskiem Saufe, bardzo uzdolniony i czystego serca. Kiedy wciąż czytał i czytał Koran, to tak go pochłonęła myśl o aniołach, że dusza jego bliżej nich przebywała niż przy własnej matce i braciach, nauczycielach i kolegach, i innych mieszkańcach Szirazu.
Przepowiadał sobie słowa Świętej Księgi: "...przez aniołów, tych, co gwałtem ludzkie dusze wydzierają, i przez tych, co z drugich je dobywają łagodnie, przez tych, co powietrzem płyną, niosąc rozkazy Boga, przez tych, co przed sprawiedliwymi idą, do Raju ich wprowadzając, i przez tych, co posłusznie rządzą sprawami tego świata...".
Tron Boga - myślał - na takich się wyżynach nieba wznosić musi, że ludzkie oko nie zdoła go dosięgnąć, a umysł człowieczy doznaje tam zawrotu. Lecz promieniści aniołowie krążą między lazurowymi komnatami Boga a naszymi ciemnymi domami i izbami, w których pobieramy nauki. Można więc może ujrzeć ich i porozumieć się z nimi.
Ze wszystkich stworzeń - zastanawiał się - ptaki winny być najbardziej aniołom podobne. Czyż nie powiada Pismo: "Cokolwiek się tak po niebiosach, jak i po ziemi porusza, cześć Bogu oddaje, a takoż i anioły" - z całą pewnością ptaki tak po niebie się poruszają, jak po ziemi. Czyż Pismo nie mówi dalej o aniołach: "Nie unosi ich pycha, iżby lekce sobie ważyli służbę swoją; śpiewają, i czynią, co im nakazane" - a z pewnością ptaki robią tak samo. Jeżeli we wszystkim tym spróbujemy je naśladować, staniemy się podobniejsi do aniołów, niż teraz jesteśmy.
Ale dodać trzeba, że ptaki mają skrzydła, tak jak je mają aniołowie. Byłoby dobrze, gdyby i ludzie mogli sporządzić sobie skrzydła, które by ich uniosły do owych wysokich stref, gdzie panuje światło nieskalane i wieczne. Gdy ptak wytęży skrzydła do granic, może spotkać lub minąć anioła na jednym z pustynnych szlaków eteru. Nie da się wykluczyć, że skrzydło jaskółki musnęło stopę jakiegoś anioła albo że oko orła, kiedy ten już niemal z sił opada, napotkało spokojny wzrok jednego z posłańców Boga.
Wykorzystam swój czas i umiejętności - zdecydował - by zrobić bliźnim takie skrzydła.
Postanowił przeto opuścić Sziraz dla badania dróg uskrzydlonych stworzeń.
Ponieważ do tej pory, ucząc synów bogaczy oraz kopiując stare rękopisy, utrzymywał matkę i młodszych braci, ci zlękli się, że bez niego popadną w biedę. Przekonywał ich jednak, że za pewien czas jego dokonania po wielekroć wynagrodzą im obecny niedostatek. Nauczyciele, którzy mu rokowali świetną karierę, karcili go także, że skoro świat tak długo się obywał bez styczności ludzi z aniołami, to widocznie tak ma być i tak być może równie dobrze w przyszłości.
Z pełnym szacunkiem młody softa opierał się im.
- Nikt - rzekł - po dziś dzień nie widział, żeby wędrowne ptaki leciały ku cieplejszym stronom, które nie istnieją, ani żeby rzeki torowały sobie drogę przez skały i równiny, zmierzając do oceanu, którego nie sposób znaleźć. Bóg bowiem nie stwarza tęsknoty ni nadziei bez rzeczywistości gotowej je zaspokoić. Tylko tęsknota nasza jest naszą poręką, i błogosławieni za domem tęskniący, albowiem oni do domu przyjdą. A poza tym - wołał, porwany biegiem własnych myśli - o ileż lepiej by się toczył ludzki świat, gdyby człowiek mógł szukać rady u aniołów i od nich się uczył pojmowania wzoru wszechświata, który to wzór oni czytają z łatwością, bo oglądają go z góry!
Tak mocna była jego wiara w to przedsięwzięcie, że w końcu nauczyciele przestali mu się sprzeciwiać i pomyśleli, że w przyszłości sława ucznia także ich może uczynić sławnymi.
Więc młody softa przez cały rok przestawał z ptakami. Sypiał w wysokich trawach stepu, gdzie ćwierkają przepiórki; wspinał się na stare drzewa, wśród których buduje gniazdo grzywacz i drozd; znajdował kryjówki pod osłoną listowia i trwał tam nieporuszony, by ich nie płoszyć. Wędrował po wysokich górach i na samej granicy śniegu znalazł się w pobliżu pary orłów, obserwując, jak przylatują i odlatują.
Kiedy wrócił do Szirazu, bogaty w wielkie doświadczenie i wiedzę, zabrał się do robienia skrzydeł.
W Koranie czytał: "Chwała niech będzie Bogu, który uczynił anioły, a tym są dane pary skrzydeł albo dwie, albo trzy, albo cztery", i postanowił, że wykona sobie trzy. Jedną na ramiona, jedną umocowaną w pasie i jedną u stóp. Podczas swoich podróży nazbierał setki lotek orłów, łabędzi i myszołowów i z tym wszystkim zamknął się i pracował tak gorliwie, że przez czas długi nie widział nikogo ani nie rozmawiał z nikim. Ale pracując, śpiewał, a przechodnie zatrzymywali się, słuchali i mówili:
- Ten młody softa chwali Boga i czyni, co nakazane.
Jednak gdy pierwszą parę skrzydeł ukończył, wypróbował i poczuł ich unoszącą siłę, nie potrafił już taić swego sukcesu i powiedział o tym przyjaciołom.
Z początku możni Szirazu, duchowni i wysocy urzędnicy naśmiewali się z pogłosek o jego wyczynie. Lecz kiedy wieści zataczały kręgi coraz szersze i wielu młodych je potwierdzało, poczuli się zagrożeni.
- Jeśli naprawdę - mówili między sobą - ten latający chłopiec spotka aniołów i nawiąże kontakt z nimi, ludzie z Szirazu, jak to zwykle bywa, kiedy dzieje się coś niezwykłego, oszaleją z podziwu i radości. A kto wie, o jakich to nowych i wywrotowych rzeczach aniołowie mogą mu naopowiadać? Bo przecież mimo wszystko - dodawali - w niebie mogą być aniołowie.
Rozważali tę sprawę i najstarszy z nich, królewski minister, który nazywał się Mirza Aghai, rzekł:
- Ten młodzieniec jest niebezpieczny, bo wielkie są jego marzenia. Ale jest nieszkodliwy i łatwo będzie się z nim uporać, bo zaniedbał studiów nad rzeczywistym naszym światem, w którym marzenia poddaje się próbom. Wystarczy jednej lekcji, a zarazem potwierdzimy i obalimy jego wiarę w anioły. Czyżby nie było młodych kobiet w Szirazie?
Następnego dnia posłał po jedną z królewskich tancerek, imieniem Thusmu. Wyjaśnił jej sprawę na tyle, na ile według jego mniemania znać ją powinna, i obiecał nagrodę, jeśli będzie posłuszna. Lecz jeśli sprawi mu zawód, inna młoda tancerka, jej przyjaciółka, zajmie jej miejsce w królewskim zespole podczas uroczystości zbierania róż na olejek różany.
Tym sposobem zdarzyło się, że pewnej nocy, gdy softa wyszedł na dach swego domu, aby patrzeć na gwiazdy i obliczać, jak szybko mógłby się przenosić z jednej na drugą, usłyszał za sobą wypowiedziane cicho swoje imię, a kiedy się odwrócił, pochwycił wzrokiem smukły promienny kształt w szacie ze złota i srebra: postać stojącą prosto, ze złączonymi stopami, na krawędzi dachu.
Młodzieniec, którego umysł tak bardzo zaprzątała idea aniołów, nie miał wątpliwości co do tego, kim jego gość być może, i nawet nie był szczególnie zaskoczony, a tylko przepełniony radością. Posłał spojrzenie ku niebu, by sprawdzić, czy lot anioła nie pozostawił tam świetlistego śladu. W tym momencie ludzie na dole ściągnęli drabinę, po której tancerka weszła na dach. Potem upadł przed nią na kolana.
Łaskawie skłoniła głowę ku niemu i patrzyła nań ciemnymi oczyma w mocnej oprawie czarnych rzęs.
- Długo nosiłeś mnie w swym sercu, sługo mój, Saufe - wyszeptała. - Przychodzę więc, by zbadać ten mój mały przybytek. Od pokory twej i od gotowości, z jaką zechcesz wypełniać mą wolę, zależeć będzie, jak długo pozostanę w twym domu.
Następnie usiadła na dachu ze skrzyżowanymi nogami, on zaś wciąż klęczał, i tak rozmawiali.
- My, aniołowie - mówiła - prawdziwie nie potrzebujemy żadnych skrzydeł, by się między niebem a ziemią poruszać, bo nam własne nasze członki po temu wystarczą. Jeśli rzeczywiście staniemy się przyjaciółmi, tak samo będzie i z tobą, i będziesz mógł zniszczyć skrzydła, nad którymi pracujesz.
Cały drżący z uniesienia, pytał ją, jak jest możliwy taki lot przeczący prawom nauki. Śmiała się z niego, a śmiech dźwięczał czysto jak dzwoneczek.
- Wy, ludzie - rzekła - kochacie prawa i dowody i pokładacie wielką wiarę w słowach, które się wydostają z waszych ust okolonych brodami. Ja jednak mam zamiar przekonać cię, że my mamy usta do dysput słodszych i usta słodsze do prowadzenia dysputy. Mam zamiar nauczyć cię, w jaki sposób aniołowie i mężczyźni osiągają porozumienie doskonałe, pozbawione dowodów, na niebiański sposób.
I uczyniła to.
Przez miesiąc szczęście softy było tak wielkie, że serce o mało nie wyskoczyło mu z piersi. Całkiem zapomniał o swej pracy i raz za razem oddawał się niebiańskim porozumieniom. Mówił do Thusmu:
- Teraz widzę, do jakiego stopnia miał rację anioł Iblis, gdy mówił do Boga: "Jestem doskonalszy niż Adam. Tyś go stworzył tylko z gliny, mnie zaś stworzyłeś z ognia".
I dalej cytował jej Pismo, wzdychając: "Ktokolwiek wrogiem aniołów jest, jest wrogiem Boga".
Trzymał anioła w domu, powiedziała mu bowiem, że widok jej powabów mógłby oślepić niewtajemniczonych mieszkańców Szirazu. Tylko nocą wychodziła z nim na dach domu i razem oglądali młody księżyc.
Tak się jednak sprawy potoczyły, że tancerka bardzo się zakochała w teologu, bo miał urodziwą twarz, a jego niewyczerpany wigor czynił zeń wspaniałego kochanka. Zaczęła wierzyć, że jest zdolny do wszystkiego. Poza tym rozmowa z ministrem przywiodła ją do wniosku, że obawiał się chłopca i jego skrzydeł, które zagrażały jemu samemu, jego kolegom i państwu, i pomyślała sobie, że sprawiłoby jej przyjemność zobaczyć koniec starego ministra i jego kolegów i zagładę państwa. Czułość dla młodego przyjaciela sprawiła, że serce jej stało się równie tkliwe jak jego.
Gdy księżyc dochodził do pełni i miasto leżało skąpane w jego świetle, oni siedzieli blisko siebie na dachu. Jego ręce przebiegły po jej ciele i powiedział:
- Odkąd cię spotkałem, moje ręce, żyją własnym życiem. Pojąłem, że Bóg, dając ludziom ręce, okazał im miłość i łaskawość tak wielką, jakby dał im skrzydła.
I podniósł ręce, i przyglądał się im.
- Nie bluźnij - powiedziała i westchnęła lekko. - To nie ja, to ty jesteś aniołem i zaprawdę twoje ręce mają w sobie cudowną siłę i życie. Spraw, abym to poczuła raz jeszcze, a potem, jutro, pokażesz mi te wspaniałe rzeczy, które uczyniłeś nimi.
Następnego dnia, żeby jej sprawić przyjemność, zaprowadził ją, całą osłoniętą, do swego warsztatu. Zobaczył wówczas, że szczury zjadły orle lotki i że rama skrzydeł została strzaskana, a jej kawałki walają się dokoła. Spojrzał na to i przypomniał sobie czas, kiedy tu pracował. Tancerka płakała.
- Nie wiedziałam, że to właśnie zamierzał zrobić! - krzyknęła. - Nie wiedziałam, że Mirza Aghai jest złym człowiekiem!
Zdumiony softa spytał ją, o czym mówi, a ona, z żalem i w oburzeniu, wyznała mu wszystko.
- Ach, kochany mój - rzekła - ja nie umiem fruwać, choć mówią, że tańczę z nadzwyczajną lekkością. Nie gniewaj się na mnie, tylko zważ na to, że Mirza Aghai i jego przyjaciele to możni ludzie, przeciw którym biedna dziewczyna nie może nic. Mają pieniądze i piękne rzeczy. I nie powinieneś się spodziewać po tancerce, że będzie aniołem.
Na to on upadł na twarz i nie wyrzekł słowa. Thusmu siedziała przy nim, a łzy jej skrapiały jego włosy, które owijała sobie wokół palców.
- Jesteś takim cudownym chłopcem - rzekła. - Przy tobie wszystko jest wspaniałe i rozkoszne, i prawdziwie niebiańskie, a ja cię kocham. Nie martw się, mój drogi.
Uniósł głowę, spojrzał na nią i rzekł:
- "Nikogo, jeno aniołów wyznaczył Bóg, aby strzegli ognia piekielnego".
- Nikt - powiedziała - nie recytuje Świętej Księgi tak pięknie jak ty.
Znów spojrzał na nią.
- I jeżeli - rzekł - ujrzysz, jako to jest, kiedy anioły o śmierć niewiernych przyprawiają. Po twarzach ich bijąc, powiadają im: "Pokosztujcie bólu piekącego, ten cierpieć będziecie za uczynki rąk waszych".
Rzekła po chwili:
- Może jeszcze zdołasz naprawić skrzydła i będą tak dobre jak nowe.
- Nie mogę ich naprawić - powiedział. - Teraz zaś, gdy zadanie twoje zostało wypełnione, musisz odejść. Nie będzie dla ciebie bezpieczne przestawanie ze mną. Mirza Aghai bowiem i jego przyjaciele to ludzie możni. A ty masz tańczyć podczas uroczystości zbierania róż na olejek różany.
- Czy zapomnisz Thusmu? - spytała.
- Nie - odparł.
- Czy przyjdziesz popatrzeć, jak tańczę? - spytała znowu.
- Tak, jeśli zdołam - odpowiedział.
- Zawsze - powiedziała poważnie, wstając - zawsze będę miała nadzieję, że przyjdziesz. Nie można tańczyć bez nadziei.
I zasmucona odeszła.
Saufe nie był w stanie przebywać teraz w domu. Drzwi jego warsztatu stały otworem, a on włóczył się po mieście. Lecz i w mieście nie mógł wytrzymać i chodził po lasach i równinach. Ale tam nie mógł znieść widoku ptaków i wkrótce znowu wrócił na ulice. W swoich wędrówkach zatrzymywał się niekiedy przed sklepami ptaszników i przez dłuższe chwile obserwował ptaki w klatkach.
Kiedy przyjaciele zwracali się doń, nie poznawał ich. Lecz gdy chłopcy uliczni wyśmiewali się z niego i wołali:
- Patrzcie, to ten softa, który uwierzył, że Thusmu jest aniołem - zatrzymywał się, patrzył na nich i mówił:
- Wciąż w to wierzę. Nie straciłem wiary w tancerkę, ale w aniołów. Dziś nie mogę sobie przypomnieć, jak w młodości wyobrażałem sobie aniołów. Czuję, że są straszliwe z wyglądu. Ktokolwiek wrogiem aniołów jest, jest wrogiem Boga. A który wrogiem jest Boga, temu nie zostaje nadzieja. Nie mam nadziei. A bez nadziei nie można fruwać. To mnie przyprawia o niepokój.
Tak to nieszczęsny softa wałęsał się przez cały rok. Ja sam, kiedy byłem mały, spotykałem go na ulicach spowitego w wytarty czarny płaszcz i jeszcze ciemniejszy płaszcz wiecznej samotności.
Pod koniec roku zniknął i nie widziano go już więcej w Szirazie.
- Taka - powiedział Mira Dżama - jest pierwsza część mojej historii.
Bo przytrafiło się wiele lat później, gdy jako młodzieniec rozpocząłem opowiadanie opowieści, które miały radować świat i czynić go mądrzejszym, że moje podróże zawiodły mnie na piaszczyste morskie wybrzeże, do wiosek poławiaczy pereł, gdzie zamierzałem słuchać o przygodach owych ludzi i gromadzić je sobie.
Wiele rzeczy bowiem przytrafia się tym, co nurkują na dno morza. W perłach samych tkwi tajemnica i przygoda. Jeśli się śledzi dzieje jednej perły, dostarcza ci ona tworzywa do stu opowieści. I są perły jak opowieści poetów: dolegliwość zamieniona w powab, coś przejrzystego i nieprzejrzystego zarazem. Sekret głębiny wydobyty na światło, by cieszyć młode kobiety, które w nim rozpoznają głębsze jeszcze sekrety własnego łona.
Wiele razy w życiu, i z wielkim powodzeniem, opowiadałem królom historie zasłyszane u tych łagodnych i prostych rybaków.
Wśród gawęd, jakie snuli, powracało często pewne imię, tak że moja ciekawość rosła i prosiłem, żeby mi powiedzieli coś więcej o osobie to imię noszącej. Wówczas oznajmili mi, że ów człowiek zyskał wśród nich sławę przez swą śmiałość oraz z powodu wyjątkowej i niewytłumaczalnej przychylności losu. I samo imię, Elnazred, jakie mu nadali, znaczyło w ich narzeczu "taki, któremu się wiedzie" albo kogoś, kto jest "rad i szczęśliwy". Potrafił on nurkować na większe niż inni głębokości i pozostawać tam dłużej i zawsze wydobywał ostrygi zawierające najokazalsze perły. W wioskach poławiaczy wierzono, że zyskał sobie w głębinach jakiegoś sprzymierzeńca - może młodą i piękną rusałkę lub jakiegoś morskiego demona, który udzielał mu rad. Kiedy inni rybacy byli wykorzystywani przez kupieckie kompanie i wciąż żyli w biedzie, ten szczęściarz dorobił się niezłego majątku, nabył w głębi lądu dom z ogrodem, do którego sprowadził swą matkę, i pożenił braci. Lecz sam mieszkał w małej chacie na brzegu. Mimo demonicznej reputacji był w codziennym życiu na lądzie, jak się zdawało, człowiekiem spokojnym.
Jestem poetą, a było w tych wieściach coś, co mi przywodziło na pamięć jakieś historie z odległych czasów. Postanowiłem ujrzeć tego człowieka, którego otaczała taka pomyślność, i usłyszeć coś wprost od niego. Zrazu, i na próżno, szukałem go w owym ładnym domu i ogrodzie. Potem, pewnej nocy, poszedłem wybrzeżem do jego chatki.
Księżyc był w pełni, długie szare fale szły jedna za drugą i wszystko dokoła przyzwalało jakby na zachowanie tajemnicy. Patrzyłem na to i czułem, że zbliża się chwila, w której usłyszę i ułożę opowieść piękną.
W chacie nie było człowieka, którego szukałem. Siedział na piasku wpatrzony w morze i od czasu do czasu rzucał weń kamyk. Oświetlał go księżyc i spostrzegłem, że jest ładnym, otyłym nieco mężczyzną i że jego spokojna twarz rzeczywiście wyraża równowagę ducha i szczęście.
Pozdrowiłem go z szacunkiem, podałem mu swe imię i wyjaśniłem, że właśnie wybrałem się na przechadzkę w tę jasną, ciepłą noc. Grzecznie i życzliwie odpowiedział na moje powitanie i rzekł, że już słyszał o mnie jako o młodzieńcu pragnącym się doskonalić w sztuce opowiadania. Poprosił, bym spoczął koło niego na piasku. Po chwili milczenia stwierdził, że już bardzo dawno nie słyszał żadnej opowieści. Czy nie zechciałbym, kiedy tak miło siedzimy razem w tę jasną, ciepłą noc, opowiedzieć mu jakiejś historii?
Paliłem się, by dowieść swej umiejętności, a zarazem ufałem, że może mi to pomóc w spełnieniu zamysłów, jakie do niego mnie przywiodły. Nie wiem dlaczego, ale myśl moją prześladować zaczęła historia softy Saufe. Niskim i miękkim głosem, dostrojonym do księżyca i fal, zacząłem:
- Żył w Szirazie młody student teologii...
Szczęśliwy człowiek słuchał spokojnie i z uwagą. Lecz gdy doszedłem do tego ustępu, który mówi o kochankach na dachu, i wymieniłem imię tancerki Thusmu, podniósł do góry rękę i przyglądał się jej. Dokładałem starań, by jak najpiękniej przedstawić tę śliczną scenę w księżycowej poświacie, bo była ona droga memu poetyckiemu sercu. Rozpoznałem ten gest i w ogromnym zdumieniu i popłochu krzyknąłem:
- Ty jesteś softa z Szirazu!
- Tak - odparł szczęśliwy człowiek.
Grozą przejmuje poetę odkrycie, że jego opowieść jest prawdziwa. Byłem chłopcem jeszcze i nowicjuszem w mej sztuce. Włosy zjeżyły mi się na głowie i niemal zerwałem się i uciekłem. Lecz zatrzymało mnie coś, co było w głosie szczęśliwego człowieka.
- Kiedyś - powiedział - powodzenie softy Saufe, o którym mi właśnie opowiadałeś, bardzo mi leżało na sercu. Lecz teraz już prawie zapomniałem o nim. Cieszy mnie jednak to, że trafił do opowieści, bo być może po to został stworzony i na przyszłość mogę go tam zostawić w spokoju. Snuj dalej swoją opowieść, Mira Dżamo, bajarzu, i niech usłyszę jej zakończenie.
Zadrżałem na tę prośbę, ale raz jeszcze jego zachowanie urzekło mnie i pozwoliło podjąć wątek mojej opowieści. Z początku miałem uczucie, że to on czyni mi zaszczyt, lecz w miarę jak mówiłem, poczułem, że i ja mu zaszczyt wyświadczam. Tryumf opowiadacza przepełnił mi serce. Przedstawiłem tę historię bardzo przejmująco, a kiedy skończyłem ją tam, na suchej piaszczystej plaży, gdzie tylko on i ja siedzieliśmy pod pełnym księżycem, twarz miałem zalaną łzami.
Szczęśliwy człowiek pocieszał mnie i usilnie prosił, bym nie brał tej historii zbytnio do serca. Gdy więc odzyskałem głos, zacząłem go zaklinać, aby mi opowiedział wszystko, co z nim się działo po opuszczeniu Szirazu. Bo jego doświadczenia w głębinach morskich oraz powodzenie, które mu przysporzyło bogactwa i sławy wśród ludzi, z pewnością składały się na historię tak wdzięczną jak ta, którą mu opowiedziałem, a przy tym pogodniejszą. Książęta, wielkie damy, tancerki, wyjaśniałem mu, lubią opowieści smutne, podobnie jak żebracy u miejskich murów. Lecz ja chcę, by mnie słuchał cały świat, a ludzie interesu oraz ich żony domagać się będą historii, które się kończą dobrze.
Szczęśliwy człowiek milczał przez chwilę.
- To, co przydarzyło mi się po opuszczeniu Szirazu - odrzekł - żadnej historii nie czyni. Jestem sławny wśród ludzi - powiedział - ponieważ potrafię pozostawać na dnie morza dłużej niż oni. Umiejętność ta, jeśli chcesz, jest drobnym spadkiem po sofcie, o którym mi opowiedziałeś. Lecz w tym nie ma niczego, co by się na opowiadanie nadało. Ryby są dla mnie zawsze dobre i nigdy nie zwodzą nikogo. To zatem też się nie nadaje na opowieść.
A jednak - ciągnął po dłuższym milczeniu - w zamian za twoje opowiadanie, a także by nie zniechęcać młodego poety, opowiem ci, choć to żadnej historii nie czyni, co mi się przytrafiło po opuszczeniu Szirazu.
Zaczął więc swą opowieść, a ja go słuchałem.
- Poniecham wyjaśniania, jak się wydostałem z Szirazu i jak trafiłem tutaj, a zajmę się tym tylko, co zadowoli ludzi interesu oraz ich małżonki.
Bo kiedy po raz pierwszy zszedłem na dno morza, w poszukiwaniu rzadkiej perły, o której wówczas wiele myślałem, zajęła się mną pewna ryba, wiekowa kostera nosząca okulary w rogowej oprawie. Jako bardzo mała rybka została złapana w sieć przez dwóch starych rybaków i całą noc spędziła na dnie łodzi, gdzie była woda, bo dno przeciekało, i słuchała rozmowy tych ludzi, którzy musieli być nabożni i głębokich myśli. Lecz rano, gdy wynoszono sieć na brzeg, wyśliznęła się przez oko i odpłynęła. Od tej pory kpi sobie z nieufności okazywanej ludziom przez inne ryby. Bo naprawdę, wyjaśnia mi ona, jeśli ryba wie, jak się trzeba zachować, łatwo może sobie poradzić z ludźmi. Nabrała nawet niejakiego zainteresowania dla natury i obyczajów człowieczych i często wygłasza o tym wykłady wobec rybiej publiczności. Lubi też i ze mną dyskutować na ten temat.
Wiele jej zawdzięczam, gdyż zajmuje ona w morzu wysokie stanowisko, a mnie, jako jej protegowanego, dopuszczają wszędzie. Zawdzięczam jej także wiele z bogactwa i sławy, które uczyniły mnie, jak ci powiedziano, człowiekiem szczęśliwym. Zawdzięczam jej więcej jeszcze, ponieważ w naszych długich rozmowach dzieli się ze mną swymi poglądami filozoficznymi, które przyniosły mi ukojenie.
Jest ona rzeczniczką następującego mniemania:
- Ryba - oświadcza - jest spośród wszystkich stworzeń uczyniona dokładnie i najstaranniej na podobieństwo Pana. Wszystko działa dla jej dobra, z czego można wnioskować, że wciela Jego zamysł.
Człowiek poruszać się może w jednej tylko płaszczyźnie i jest przywiązany do ziemi. Ale nawet ziemia trzyma go tylko na małej powierzchni, jaką wyznaczają jego stopy. Musi ponad nią dźwigać swój ciężar i ponad nią oddychać. Musi, jak to zrozumiałam z rozmowy moich starych rybaków, żmudnie wspinać się na wzniesienia ziemi. Gdy zdarza mu się padać, wówczas ziemia przyjmuje go surowo. Nawet ptaki, mające skrzydła, jeśli skrzydeł owych nie wytężą, doznają zawodu od powietrza, w którym je umieszczono, i spadają.
My, ryby, poruszamy się w żywiole, który nas podtrzymuje i podpiera ze wszech stron. Polegamy na nim ufnie i żyjemy w harmonii z nim. Poruszamy się we wszystkie strony i jakikolwiek obierzemy kurs, potężne wody zgodnie z tym dostosowują swą formę z szacunku dla naszych cnót.
Nie mamy rąk, więc nie możemy budować, i nigdy nie zwodzi nas próżna ambicja, by cokolwiek zmieniać we wszechświecie Pana. Nie siejemy ani nie pracujemy w mozole, a przeto nic z naszych zamierzeń nie okazuje się złe ani żadne z naszych oczekiwań nie przynosi nam zawodu. Największe spośród nas osiągnęły w swoich sferach doskonałą ciemność. Z łatwością też odczytujemy wzór wszechświata, bo go oglądamy od spodu.
Naszej płynności towarzyszy ogląd zdarzeń doskonale dowodzący naszej uprzywilejowanej pozycji, pozwalający nam zachowywać braterskie uczucia. To znane jest także ludziom i nawet zajmuje ważne miejsce w historii człowieka, jednak na skutek jego infantylnej koncepcji rzeczy ma on o tym mętne jedynie pojęcie. Objaśnię ci to.
Kiedy Bóg stworzył niebo i ziemię, ziemia sprawiła Mu srogie rozczarowanie. Człowiek, skłonny do upadku, upadł niemal od razu, a z nim wszystko, co było na suchym lądzie. I żałował Pan, że uczynił człowieka i zwierzęta ziemi, i ptactwo powietrza.
Ale ryba nie upadła, i nie upadnie nigdy, bo jak i w jaki sposób byśmy upaść miały? Przeto łaskawie wejrzał Pan na swą rybę, a pocieszył Go widok tych stworzeń, albowiem ze wszystkich tylko one Go nie zawiodły.
I postanowił nagrodzić je Pan stosownie do ich zasług. Rozwarły się przeto wszystkie źródła wielkich głębi i otworzyły się okna niebios, i wody potopu zalały ziemię. I tryumfowały wody i rosły, i wszystkie wysokie góry, jakie były pod niebem, zostały nakryte. I rozprzestrzeniały się wody niezmiernie, a wszystkie ciało po ziemi się poruszające umarło, zarówno z ptactwa, jak z trzody, dzikich zwierząt i wszelkiego człowieka. Wszystko, co było na lądzie suchym, umarło.
Nie będę się w tym sprawozdaniu moim rozwodzić dłużej nad rozkoszami owego okresu i stanu. Żywię bowiem dla ludzi współczucie, a poza tym jestem taktowna. Ty sam, zanim odnalazłeś drogę do nas, mogłeś lgnąć do trzody, wielbłądów i koni lub mogłeś trzymać gołębie albo pawie. Jesteś młody i ostatnio mogłeś być przywiązany do jednego z tych stworzeń twego gatunku, choć ma ono raczej coś z ptaka, które nazywacie młodą kobietą. (Choć, nawiasem mówiąc, lepiej by było dla ciebie, gdyby ci się to nie zdarzyło, bo przypominają mi się słowa moich rybaków: że młoda niewiasta daje swemu kochankowi zaznać palącego bólu. Zamiast tego mógłbyś się zainteresować jedną z moich siostrzenic, wprost niezwykle słonym młodym stworzeniem, która nigdy żadną miarą nie przysporzy kochankowi palącego bólu). Wspomnę tylko pokrótce, że miałyśmy sto i pięćdziesiąt dni dostatku i że ukazany nam został w pełni błogosławiony róg obfitości.
Przejdę dalej - tym razem ze względu na mnie samą - przejdę lekko, w mądry i wypróbowany rybi sposób nad tym faktem, że człowiek, chociaż upadły i zepsuty, ponownie odniósł sukces dzięki przebiegłości i wydostał się na szczyt.
Jednakże wciąż budzi wątpliwości to, czy przez jawny swój tryumf zyskał człowiek pomyślność prawdziwą. Jak bezpieczeństwo rzeczywiste zyska stworzenie stale dręczone wyborem kierunku, w jakim ma się poruszać, i które tak żywotne znaczenie przywiązuje do swych powstań i upadków? Jak ma osiągnąć równowagę stworzenie, które nie chce zrezygnować z koncepcji nadziei i ryzyka?
My, ryby, spoczywamy spokojnie, podtrzymywane ze wszech stron, pośród żywiołu, który wciąż, dokładnie i niezawodnie się równoważy. Żywiołu, o którym powiedzieć można, że bierze na siebie ciężar naszego istnienia, ponieważ, bez względu na indywidualny kształt, na to, czy będzie to ryba okrągła czy płaska, nasza waga i ciało są skalkulowane odpowiednio do masy otoczenia, jakie sobą wypieramy.
Doświadczenie przekonało nas, tak jak i twoje własne kiedyś cię przekona, że można doskonale pływać bez nadziei, a nawet że bez nadziei pływa się lepiej. Toteż nasze wyznanie wiary stwierdza, że u nas nadzieję się porzuca.
Niczego nie ryzykujemy. Bo nasza zmiana miejsca w egzystencji nigdy ani nie stwarza, ani nie zostawia za sobą tego, co człowiek nazywa drogą. Nad którym to fenomenem - a faktycznie nie fenomenem, lecz złudzeniem - traci on czas w namiętnych, a do żadnych konkluzji nieprowadzących roztrząsaniach.
Człowieka, na koniec, zatrważa idea czasu. Jest wytrącony z równowagi przez ustawiczne błąkanie się między przeszłością a przyszłością. Mieszkańcy płynnego świata łączą przeszłość i przyszłość w maksymie: Apr?s nous le déluge.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki