2
VIVIENNE, 1922
Pokój Vivienne jest malutki - miejsca starcza tylko na wąskie łóżko i dwa drewniane pudła, w których trzyma cały swój skromny dobytek. Odgłosy sprzeczek między dwiema siostrami, które zarządzają lokum, a także pisk kurczaków dochodzący z klatek znajdujących się tuż pod oknem towarzyszą jej cały czas, podobnie jak smród surowego mięsa, koni i skóry. Nie może wrócić tam, gdzie czuje się swobodniej, bo boi się odrazy i bólu, jakie widziała w oczach Alexandre'a. Czas spędza, wędrując po ulicach nowego sąsiedztwa, paląc papierosa za papierosem i próbując być niewidzialną.
Prawie nie je, toteż żołądek skurczył jej się do rozmiaru zaciśniętej pięści, pomarszczonej jak dłoń starej kobiety. Od czasu przyjazdu do Paryża schudła co najmniej cztery kilogramy. Zawsze należała do raczej pulchnych dziewczyn, więc zmiana w wadze pomogła jej w stworzeniu nowego wizerunku. A przy okazji pozwoliła zaoszczędzić trochę na jedzeniu. Ale niewystarczająco - ma osiemdziesiąt sześć franków, co znaczy, że musi znaleźć pracę.
Tym razem nie może to być bezpłatny staż, jak to miało miejsce w Londynie. Vivienne musi zarabiać i to na tyle dużo, żeby mogła się utrzymać i uzbierać pieniądze na wyjazd z Francji. Nigdy wcześniej nie myślała o pensji ani w ogóle o pieniądzach. Lekcje, których udzielał jej ojciec na temat tego, jak zajmować się kolekcją Mertensów, nie uwzględniały strony finansowej całego przedsięwzięcia, a Vivienne wychowywana była w przeświadczeniu, że nie przystoi, aby kobieta zajmowała się takimi sprawami. Ale teraz nie ma pieniędzy i kontaktów, nie ma rodziny i jej wsparcia. Jest samiutka w świecie, którego nie rozumie, a wcześniejsze lekcje pianina, sztuki i dykcji zupełnie jej do takiego życia nie przygotowały.
Nad Vivienne nieustannie krążą ciemne chmury. Myśli o ojcu, matce, Léonie, Francku - czy za nią tęsknią? Znają jej adres i nowe nazwisko, wiedzą, jak ją znaleźć, ale żadne z nich nie przyjechało. Czy o niej myślą? Czy ją nadal kochają? Nigdy nie przypuszczała, że odpowiedź na te pytania może być przecząca. Naprawdę jej ich brakuje. Rodziny i George'a.
Prawie tak samo brakuje jej obrazów. Jej ojciec jest czwartym z kolei właścicielem fabryki włókienniczej Mertens, największego producenta bawełny w Belgii, a także kolekcjonerem sztuki. Od dziecka marzyła, by pójść w jego ślady, więc przygotowywała się, by zająć się rodzinną kolekcją założoną przez pradziadka Mertensa, ignorowaną przez dziadka, a wzbogaconą przez ojca. Ale ambicje Vivienne sięgają znacznie dalej, nie chce być bowiem tylko zarządzającą. Ma zamiar zaadaptować wielką stodołę na wschodnim końcu ich posiadłości i stworzyć tam Muzeum Postimpresjonizmu Mertnesów, największe centrum postimpresjonizmu na świecie.
Większość kolekcji Mertensów, czyli siedemnasto- i osiemnastowieczne obrazy europejskie zakupione przez jej pradziadka, znajduje się w północnym skrzydle rezydencji. Są dostępne dla publiczności przez pięć dni w tygodniu. Ale prace, która ona i jej ojciec cenią najwyżej - te, które zakupił w ostatnich dekadach wbrew poradom przyjaciół jednogłośnie oceniających je jako kiepskie, a ich twórców jako szaleńców - wiszą razem w pokoju w skrzydle wschodnim nazywanym kolumnadą, bo otwiera się na hol otoczony rzędami kolumn korynckich. To trzy obrazy Henriego Matisse'a: Lekcja muzyki, Talerze i melony oraz Martwa natura z tykwami, dwa płótna Pabla Picassa: Głowa kobiety i Młoda kobieta trzymająca papierosa, a do tego Niedziela na La Grande Jatte Seurata i Pięć kąpiących się Cézanne'a.
Początkowo płótna te znajdowały się w północnym skrzydle razem z bardziej tradycyjnymi obrazami, jednak po tym, jak odwiedzający narzekali, że to nie prawdziwa sztuka, tylko bazgroły mało utalentowanych samozwańców, ojciec przeniósł je do kolumnady. Dorastając, spędzała z nimi tak dużo czasu, jak tylko mogła: uciekała przed nianiami i nauczycielami tylko po to, by na nie popatrzeć.
W pomieszczeniu znajdowało się parę wygodnych foteli i kanap, a jej ulubioną była ta naprzeciw Lekcji muzyki Matisse'a, jej ukochanego z siedmiu obrazów. Mościła się na srebrno-błękitnej kanapie ze szkicownikiem i ołówkami, czasem rysowała, a czasem po prostu patrzyła, odpływała i śniła, pozwalając płótnom przenosić się do innych, odległych światów.
W dzieciństwie nie miała wielu towarzyszy zabaw. Widywała głównie służbę. Cała posiadłość Mertensów rozciąga się na obszarze paru kilometrów, a jej matka uparła się, by Paulien uczyli w domu ci sami nudni nauczyciele, którzy wieki temu zajmowali się edukacją jej i jej sióstr. Starszy brat Paulien, Léon, był zbyt sztywny, by się z nią bawić, a młodszy Franck, którego zresztą uwielbiała, był zaś zdecydowanie za mały, by być odpowiednim dla niej przyjacielem.
Jej matka, piękność zainteresowana głównie plotkami, przyjęciami i drogą biżuterią, była rozczarowana faktem, że jej córka, choć równie piękna, nie gustowała w tych samych rozrywkach. Mówiła często, że jeśli Paulien nie zacznie zachowywać się, jak przystało na porządną dziewczynę, będzie musiała poślubić kogoś niższego stanem. Był to według niej najgorszy możliwy scenariusz na przyszłość. Obrazy natomiast zawsze czekały na Paulien w tym samym miejscu, otwierały się dla niej tak, że mogła zagłębić się w ich emocjach, ożywiać je w wyobraźni - a przy okazji ożywiać też samą siebie.
Pewnego dnia, gdy miała jedenaście lat, ojciec zastał ją płaczącą cicho przed Lekcją muzyki. Zawstydzona i przestraszona, że może zostać źle oceniona, szybko otarła łzy rękawem sukienki.
- Dzień dobry, ojcze.
- Dlaczego płaczesz, moja droga? - zapytał.
Nie wiedziała, jak wyjaśnić mu swoje odczucia, ale jako że prawie nigdy nie zadawał jej tak osobistych pytań, zależało jej, by odpowiedzieć, żeby w końcu zwrócił na nią uwagę. Wskazała więc na obrazy.
- Ja, och... Zawsze jest mi tak smutno, gdy widzę samotnych ludzi. A ci tutaj są tacy samotni. To rodzina zupełnie jak nasza: siostra i dwóch braci, ale na obrazie nie ma ojca, a matka jest tak daleko. Jakby zupełnie nie obchodziło jej, co robią. I może ojca też to wcale nie obchodzi.
Ojciec przyjrzał się uważnie obrazowi w sposób, jakiego nie potrafiła do końca zrozumieć.
- Co sprawia, że myślisz, że są samotni? Są przecież we własnym domu i każde z nich zdaje się spędzać miło czas.
- Sama nie wiem - wyszeptała, a gdy papa spojrzał na zegarek, wybąkała: - Może dlatego, że wcale na siebie nie patrzą. Starszy brat czyta książkę, matka robi na drutach z tyłu domu, nawet mały chłopiec i jego siostra, chociaż siedzą razem przy pianinie, wyglądają, jakby... byli osobno. Nie chcę, by nasza rodzina kiedykolwiek się taka stała.
- Bardzo dobrze - ojciec wskazał na szeroki złoty pas namalowanej ramy obrazu, która przebiegała między głowami dzieci grającymi na pianinie, oddzielając je od siebie. - Bardzo dobrze, Paulie. - Spojrzał na nią, potem na obraz i znów na nią. - Jesteś bardzo spostrzegawcza. Zupełnie inaczej niż twoi bracia, którzy nie mogą usiedzieć w jednym miejscu i się czemuś porządnie przyjrzeć.
Zdziwiły ją te słowa. Zazwyczaj gdy ojciec przebywał w domu, a nie w biurze, cały swój czas i uwagę poświęcał synom. Na nią patrzył z rzadka, zawsze pobłażliwie i dość lekceważąco. Nie dalej niż poprzedniego wieczora w czasie kolacji przepytywał Léona z fizyki, zadawał zagadki matematyczne Franckowi, a jej zaś powiedział, że powinna się częściej uśmiechać, jeśli ma zamiar kiedykolwiek znaleźć mężczyznę, który będzie chciał ją poślubić. Jej matka skwapliwie się z nim zgodziła.
- Ten pokój to moje ulubione miejsce na świecie, papo! - wykrzyknęła uradowana, że po raz pierwszy udało się jej prześcignąć braci.
Nachylił się i pocałował ją w sam czubek głowy.
- Cieszę się zatem, że czeka tu na ciebie zawsze, kiedy tylko tego chcesz.
Po spotkaniu w kolumnadzie regularnie rozmawiał z nią o obrazach, a także o swoich przemyśleniach na temat tego, jak można kształtować kreatywność oraz dokąd zmierza sztuka. Paulien rozkoszowała się uwagą, jaką jej poświęcał - rozmowy z ojcem były najbardziej wyczekiwanym momentem całego jej dnia. Kiedyś przystawił fotel bardzo blisko kanapy, na której siedziała.
- Co byś powiedziała, gdyby pewnego dnia cała ta kolekcja przeszła w twoje ręce?
- W moje? - Była przecież córką: wiedziała, że jest na zawsze zdana na wsparcie rodziny, więc zakładała, że wszystkie dobra przejdą w ręce braci. - A Léon i Franck?
- Léon i Franck nie będą mieli powodów do narzekań. Ale nie mają serca dla sztuki. A kolekcja zasługuje na to, by zajmowała się nią i rozwijała osoba, która je ma.
- Mogłabym to zrobić - powiedziała. - Mogłabym się nią bardzo dobrze zająć. Wszystkimi obrazami. Nawet tymi ciemnymi, które należały do pradziadka. I mogłabym znaleźć więcej prac, które dołączyłyby do naszej cudownej siódemki. I do mnie.
Przez kolejne pięć lat ojciec zajmował się jej edukacją artystyczną, co znacznie zmieniło charakter ich relacji, bo zaczęli dzielić ze sobą miłość do sztuki, a także pogłębiali tę łączącą ich samych. Jako człowiek interesu z obsesją porządku utrzymywał, że to, co nazywa się postimpresjonizmem, dawało mu chwilę wytchnienia, możliwość wyrwania się z uporządkowanego świata. Paulien z kolei, która pogardzała zasadami i kochała wszystko, co nierówne i nieregularne, fascynowało odrzucenie tradycyjnej perspektywy, a także świeże, ekspresywne kolory.
Ojciec opowiadał jej nie tylko o sztuce, ale także o kolekcjonerstwie. O tym, że trzeba wybierać to, co się kocha, ale tylko takie prace, które wpasowują się w szerszą wizję, dzięki której całość kolekcji będzie bardziej znacząca niż jej elementy składowe. Zabierał ją do muzeów, galerii i na aukcje. Wyjaśniał, że prawdziwy kolekcjoner nie kupuje dla siebie ani dla rodziny, ale zbiera dla potomnych. Że jest kustoszem i opiekunem, bo w przeciwieństwie do innych przedmiotów sztuka nie może stać się czyjąś własnością - jest ponadczasowa i tworzona po to, by się nią dzielić.
Teraz wszystkie te nauki mogła wyrzucić do kosza, bo rodzina Mertensów upodobniła się do rodziny z Lekcji muzyki Matisse'a: jest podzielona, a jej członkowie naznaczeni samotnością. Spotkał ją los, jakiego Paulien nigdy dla niej nie chciała.
Vivienne tęskni za przechadzkami po galeriach i muzeach, które kiedyś były jej codziennością; tęskni za wizytami w studiach artystów, gdzie rozmawiała o nowościach i o tym, które z nich są dobre; tęskni za zastanawianiem się, jakie dzieła mogłyby uświetnić jej kolekcję. Oczyma duszy widzi stodołę przekształconą w otwarte i jasne muzeum, którego białe ściany wypełniają odważne kompozycje barwne i abstrakcje. Zaczyna płakać.
Parę tygodni spędza pogrążona w smutku. Pieniądze wydaje głównie na papierosy i telegramy do Brukseli, na które nie dostaje odpowiedzi. Jednego popołudnia kupuje sześć eklerów, chociaż wie, że nie może sobie na nie pozwolić. Siada przy stoliku przed cukiernią i od razu pochłania trzy z nich. Potem wymiotuje do kosza na odpadki. Smród wymiocin połączony z odorem rozkładających się śmieci jest tak silny, że musi jak najszybciej się oddalić, by odetchnąć świeżym powietrzem.
Widzi kobietę, która spaceruje z dwiema małymi dziewczynkami, trzymając je za ręce. Ich ubrania są znoszone i ubrudzone węglem, ale wesoło śpiewają razem Panie Janie. Dziewczynki piskliwie fałszują. Kiedy kończy się zwrotka, kobieta przystaje i całuje córki w czubki głów. Dziewczynki śmieją się i patrzą na nią z uwielbieniem. Kiedy dochodzą do pobliskich delikatesów, stojący tam mężczyzna z zaniedbaną brodą unosi swój kapelusz i szarmancko otwiera przed nimi drzwi. Kobieta uśmiecha się, kłania i wchodzi do sklepu. W uszach Vivienne długo jeszcze pobrzmiewa śmiech dziewczynek.
W kolejnym tygodniu znajduje pracę w malutkim sklepie z kapeluszami dla kobiet, które miesiącami ciułają pieniądze, by kupić nowe okrycie głowy. Vivienne nigdy nie znała takich ludzi. Jest zdumiona, gdy zdaje sobie sprawę, w jak uprzywilejowanych warunkach dorastała i jak naturalne jej się to wydawało. Lubi swoje klientki, podziwia ich cichą dumę, a także wstydliwą przyjemność, jaką odczuwają, gdy wkłada na ich głowy nowe kapelusze.
W biednej dzielnicy kupujących jest niewielu, więc modysta może zatrudnić Vivienne tylko na dwa dni w tygodniu. To za mało, by mogła opłacić swój pokój i jeden posiłek dziennie. Boi się jednak rozglądać za pracą, który wymagałaby od niej obcowania z bogatszymi klientami w lepszej dzielnicy; nawet chudsza, z nowym nazwiskiem i fryzurą nadal może zostać rozpoznana. Vivienne postanawia więc przebywać tylko tu, gdzie nie zna zupełnie nikogo, a gdzie nikt znajomy nigdy by się nie zapuścił.
Dowiaduje się, że kawiarenka przy ulicy Cardinal Lemoine poszukuje kelnerki na parę wieczorów w tygodniu, a potem poznaje malarza, który prosi ją, by mu pozowała. Robiła to już w Slade, chociaż wtedy była to tylko przysługa oddawana przyjaciołom, a nie źródło utrzymania. Wkrótce malarz przedstawia ją innym artystom, którzy też ją zatrudniają. Z trzema pracami jakoś daje radę związać koniec z końcem.
Ku własnemu zaskoczeniu zupełnie nie przeszkadza jej to, że pracuje. Wręcz przeciwnie - jest zadowolona, szczególnie z pozowania, bo znów może być częścią świata sztuki i artystów. Czerpie perwersyjną wręcz przyjemność z myśli, jak przerażeni byliby jej rodzice, gdyby dowiedzieli się, co robi. A także gdyby doszło do nich, że zaprzyjaźniła się z innymi dziewczętami ze swego lokum: z Adéla?dą, która jest na swoim, odkąd skończyła dwanaście lat i która potrafi zamienić obszarpany kawałek materiału w sukienkę wyglądającą jak z eleganckiego sklepu. Z cudowną malutką Rachelle, która uciekła z katolickiego sierocińca i żyje w strachu, że ktoś może ją rozpoznać, pobić i wysłać z powrotem tam, skąd uciekła. I z nieustraszoną Odette, która w sobotnie wieczory zabiera Vivienne na tańce. Każda z nich widzi, że Vivienne pochodzi z innego świata, ale żadna nie zadaje pytań, za co Vivienne jest im niezmiernie wdzięczna.
Kiedy pewnego dnia zaprzyjaźniony artysta mówi jej, że pewien amerykański kolekcjoner, doktor Edwin Bradley, stracił właśnie tłumacza i potrzebuje kogoś, by pomógłby mu radzić sobie we francuskim świecie sztuki, Vivienne wypytuje o szczegóły. Dziewczyna mówi płynnie po angielsku, flamandzku i francusku, zna też niemiecki i hiszpański, choć nie aż tak dobrze.
Ale czy powinna być w ogóle zainteresowana? Taka praca oznaczałaby przecież przebywanie wśród śmietanki towarzyskiej Paryża. Na samą myśl czuje skurcz w żołądku. Jednak obecna pensja nie pozwala jej na gromadzenie oszczędności, a bogaty kolekcjoner na pewno zapłaciłby jej znacznie więcej. Od czasu przyjazdu Vivienne do Paryża minęły w końcu dwa miesiące, do tego nie wygląda już jak Paulien Mertens. Nawet się nią nie czuje.
Rozmowa o pracę ma odbyć się nazajutrz. Doktor Bradley ma czekać na nią w lobby swojego hotelu dokładnie w południe. Idąc na miejsce, Vivienne patrzy w chodnik, a kapelusz z szerokim rondem przekrzywia tak, by przykrywał twarz. Trzyma się blisko budynków, ostrożnie wygląda za każdy róg, za który ma wyjść, i zastanawia się, jak to możliwie, że czuje się znacznie bardziej komfortowo w domu, który dzieli z dwunastką innych dziewcząt i trzema klatkami pełnymi kurczaków, niż w eleganckich miejscach, gdzie wcześniej nieustannie przebywała. Przez chwilę chce nawet zawrócić, ale mimo wszystko idzie do przodu. Potrzebuje tej pracy, a chociaż nie ma żadnego doświadczenia w rozmowach kwalifikacyjnych, jej matka skutecznie nauczyła ją, jak oczarowywać mężczyzn.
Hotel jest niewielki, ale bardzo elegancki, gustowny i minimalistyczny - typ miejsca, które spodobałoby się zamożnemu turyście z Europy, a więc dokładnie takiej osobie, jakiej Vivienne absolutnie nie chce spotkać. Na szczęście doktor Bradley czeka na nią przy wejściu.
- Panna Gregsby? - pyta po angielsku.
- Zgadza się - odpowiada, także po angielsku. Za każdym razem, gdy potwierdza swoje fałszywe nazwisko czuje się trochę nieswojo. Nie zdejmuje kapelusza, dopóki doktor Bradley nie zaprowadza jej do cichego miejsca na tyłach lobby. Daje jej to chwilę na uważne przyjrzenie się pomieszczeniu i upewnienie się, że nie ma tam żadnych znajomych twarzy. Twarzy, których się boi. Twarzy, za którymi tak tęskni.
Vivienne szacuje, że doktor Bradley ma około sześćdziesięciu lat. Kiedyś musiał być dość przystojny. Niektórzy mogliby powiedzieć, że nadal taki jest: wysoki i dobrze zbudowany, o rzymskim nosie i bujnych włosach delikatnie przyprószonych siwizną.
- Proszę usiąść - mówi i po raz pierwszy patrzy wprost na nią. Jego lodowate, błękitne spojrzenie jest tak głębokie, inteligentne i intensywne, że przez moment wydaje się jej, że doktor ma wgląd w jej myśli. Biorąc pod uwagę jej historię, jest to co najmniej niepokojące.
Vivienne wyjmuje z torebki papierosa. On podaje jej ogień, potem zapala też swojego. Dziewczyna pyta, jak podoba mu się Paryż.
- Bardzo, ale nie wydaje mi się, żebym ja podobał się Paryżowi.
- Skąd takie przypuszczenie?
- Jestem Amerykaninem i nie widzę potrzeby, bym miał to ukrywać. Jeśli chcę coś mieć, kupuję to. To cecha, której Francuzi najbardziej nie lubią w Amerykanach.
- Widzę, że potrafi pan dobrze odczytywać innych - mówi Vivienne.
- Dziękuje, panno Gregsby. - Siedzą w fotelach ustawionych po przekątnej, a on trzyma prawą stopę na lewym kolanie. - W Paryżu powstaje najlepsza sztuka na świecie: cudowna, odważna i wolna. Zniosę więc wiele, byle tylko kupić to, co chcę.
- Czy mogę spytać, jak został pan kolekcjonerem? - Vivienne uśmiecha się szeroko.
- Kiedyś próbowałem swoich sił jako artysta - mówi doktor Bradley. - Ale niestety nie byłem zbyt dobry, więc teraz kolekcjonuję. To druga najlepsza droga, jaką mogłem wybrać.
- Prawda - zgadza się. - Od dawna się pan tym zajmuje?
- Od około dziesięciu lat. Mój przyjaciel, Bill Glackens... Zna pani jego prace? - Vivienne przyznaje, że nie. - To naturalne. Jest Amerykaninem, bardzo utalentowanym. Postimpresjonistą, powiedziałbym, ale amerykańskim. Mam parę jego obrazów. Bill wziął mnie w podróż po Europie i pokazał, jak patrzeć na sztukę, jak rozróżniać to, co dobre, od tego, co niedobre, oraz jak znaleźć to, co wyjątkowe. I złapałem bakcyla.
- To musiało być piękne doświadczenie.
- Zna się pani na sztuce?
- Studiowałam malarstwo w Królewskiej Akademii Sztuki Pięknych w Brukseli, a także w Slade w Londynie. Potem przez prawie rok pracowałam w galerii Whitechapel. Marzę o tym, by pewnego dnia zostać kolekcjonerką.
Powiedziawszy to, od razu pojmuje, że popełniła błąd. To rozmowa o pracę, a on ma prawo sprawdzić czy to, co mu powiedziała, jest prawdą. Jeśli to zrobi, odkryje, że Vivienne Gregsby nigdy nie uczęszczała do żadnej z tych szkół ani nie pracowała w Whitechapel. Tym wszystkim zajmowała się przecież Paulien Mertens.
- Którzy artyści się pani podobają? - pyta.
Vivienne waha się. Rozumie, że od odpowiedzi na to pytanie zależy, czy dostanie pracę. "Cudowna, odważna i wolna". Słyszała, że ludzie w Stanach są jeszcze bardziej krytyczni wobec młodego malarstwa niż Europejczycy, ale postanawia zaryzykować.
- Matisse i Cézanne to moi ulubieni malarze, szczególnie Matisse. Jego prace pokazały mi, że nie mogę być szczęśliwa, jeśli nie jestem otoczona najlepszą sztuką.
- Ktoś jeszcze?
- Och, wielu. Uważam, że przyszłość należy do Picassa i Braque'a. Że ich prace będą siłą napędową dla innowacji.
- A co takiego jest w tych pracach, że tak panią pociągają?
- Zupełnie nowe podejście do koloru. Kolor to w nich siła sama w sobie, a nie tylko coś, co wypełnia rysunek. To spotkanie.
- Spotkanie?
- Kolory to dla mnie coś więcej niż tylko aspekt czysto wizualny - ciągnie, nachylając się do rozmówcy. - To doświadczenia, emocje, smaki i zapachy. Błękity do mnie wołają, uspokajają mnie, zabierają mnie na plażę i smakują jak słona woda. Czerwienie to moc, wesoła, seksowna i pełna życia, to skręty egzotycznych tancerzy. A żółcienie to poranki, nadzieja, słodki zapach nowonarodzonego dziecka... - milknie i zmieszana patrzy w dół.
Kiedy zdobywa się na odwagę i podnosi wzrok, widzi, że mina doktora Bradleya zmieniła się: jego mocno ściśnięte usta jakby się rozluźniły, to samo stało się w okolicach oczu.
- Czy pani francuski jest tak samo dobry jak angielski?
- Je parle tr?s bien - odpowiada i dostaje pracę.
- Teraz, kiedy już wszystko ustaliliśmy, opowiem trochę o moich planach - mówi doktor Bradley. - Posiadam prace malarzy klasycznych, takich jak El Greco, Rembrandt i Michał Anioł. A także trochę sztuki chińskiej i afrykańskiej. Ale moja kolekcja, a także moja wielka pasja, to głównie postimpresjoniści.
Vivienne prostuje się w krześle. Wygląda na to, że podobają się im ci sami artyści. Doktor Bradley kolekcjonuje ich prace, a ona ma nadzieję robić to w przyszłości. Ba, zatrudnił ją, by mu pomagała. Czuje, jakby po raz pierwszy od całych wieków dostrzegła jakiś promyk nadziei na przyszłość.
Doktor Bradley wyjaśnia, że jego kolekcja rozrosła się do takich rozmiarów, że stawia dla niej nowy budynek. Żyje w Filadelfii, w Pensylwanii, która leży gdzieś po południe od Nowego Jorku. Vivienne kiepsko orientuje się w geografii Stanów Zjednoczonych.
- W Filadelfii ludzie nie rozumieją jeszcze postimpresjonizmu i nowoczesnych artystów - mówi doktor Bradley. - Chciałbym, żeby mieli do nich dostęp poprzez moją kolekcję. Żeby mogli dowiedzieć się więcej o tym kierunku i o artystach, o tym, skąd przybyli i dokąd zmierzają, i żeby nauczyli się doceniać ich tak bardzo, jak doceniam ich ja.
- Tutaj to zrozumienie też nie jest pełne, choć poprawiło się trochę od czasów wystawy "Malarze Paryża i Nicei" z 1918 roku. Przynajmniej nikt nie twierdzi już, że postimpresjoniści są częścią spisku mającego doprowadzić do upadku europejskiego malarstwa. Ale ludzie od zawsze boją się nowych pomysłów i potrzeba wizjonerów takich jak pan, aby otworzyć im oczy.
Kiwa głową, jakby tego typu komplementy zwyczajnie się mu należały.
- Muszę się z panią zgodzić, panno Gregsby.
- Proszę opowiedzieć mi więcej o swoich pomysłach.
- Muzeum. Otwarte dla publiczności, ale takie, w którym nie ma zwiedzania z tak zwanymi ekspertami i rozpraszających uwagę białych karteczek z tytułami prac i nazwiskami artystów. Nie znoszę takich sztywnych, starych miejsc. Chcę ciepłych, wygodnych pokojów, gdzie ludzie będą czuli się swobodnie, mogąc cierpliwie się przyjrzeć i dojść do własnych wniosków na temat tego, co widzą.
- Brzmi niezwykle - mówi zachwycona, bo podziela jego wizję sztuki jako czegoś, czym powinno się dzielić.
Doktor Bradley znów przyjmuje jej komplement jak coś oczywistego.
- Nowy budynek jest spory - ciągnie. - Potrzebuję więc prac, które dobrze wypełnią przestrzeń. I właśnie dlatego przybyłem do Paryża. Przez kolejne trzy tygodnie mam zamiar kupować, kupować i jeszcze raz kupować. - Wspomina następnie o paru miejscach, które już odwiedził, takie jak dom Gertrudy Stein, oraz o takich, które dopiero zamierza zobaczyć, zanim wyjedzie z miasta. - A potem pojadę do Włoch, żeby znów kupować.
Vivienne stara się ukryć swoje rozczarowanie. Nawet jeśli zapłaci jej więcej niż to, co teraz zarabia, trzytygodniowa pensja nie zwiększy jej marnych oszczędności. I będzie musiała zostawić pracę u modysty i w kawiarni, gdzie szybko znajdzie się dla niej zastępstwo. Ale może doktor Bradley zostanie dłużej, niż zapowiada? A może jeśli spisze się jako tłumaczka, zabierze ją z sobą do Włoch? Włoski nie różni się aż tak bardzo od hiszpańskiego. Mogłaby podołać.
Doktor Bradley wyjaśnia, że Vivienne będzie mu towarzyszyć w jego wizytach, rozpoczynając o siódmej rano i kończąc być może nawet późno wieczorem, siedem dni w tygodniu. Tłumaczenie będzie jej głównym zadaniem, ale ma też pełnić funkcję jego asystentki, pomagać mu umawiać się na spotkania i robić notatki w czasie zawierania transakcji.
- Poradzi sobie z tym pani? - pyta.
- Oczywiście - Vivienne potwierdza, ale z mniejszym entuzjazmem, niżby chciała. To będą bardzo intensywne trzy tygodnie. Będzie poruszać się po mieście widoczna dla każdego, kto minie ją na ulicy. Praca związana jest więc z pewnym ryzykiem.
Ale miejsca, które chce odwiedzić doktor Bradley, nie są miejscami, w jakich przebywają konserwatywni znajomi jej rodziny. To awangardowe galerie. Studia artystów. Salon Gertrudy Stein. Trudno jej wyobrazić sobie kogokolwiek z kręgu Mertensów zadającego się z bohemą paryską, z pisarzami, malarzami i kolekcjonerami. Jej ojciec jest jedyną osobą, która mogłaby się na coś takiego zdobyć, ale on teraz ani nie podróżuje, ani nie kolekcjonuje.
- Nie mam wiele czasu - oczy doktora Bradleya zwężają się. - Jeśli nie może pani się tego podjąć, muszę wiedzieć od razu, żebym mógł szukać kogoś innego.
- Ależ skąd - zapewnia go. - To idealna praca dla mnie.
Nie ma doświadczenia w pracy asystentki, nie jest nawet pewna, na czym ona w ogóle polega, ale potrafi robić notatki i umawiać spotkania.
Doktor Bradley znów patrzy na nią przenikliwe, a ona spogląda mu prosto w oczy. Najwyraźniej udało się jej przekonać go o swojej szczerości, bo podaje stawkę godzinową. Wynosi trzy razy tyle, ile zarabia jako kelnerka i sprzedawczyni, a cztery razy tyle, ile bierze za pozowanie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki